RSS
 

Notki z tagiem ‘zachodniopomorskie’

Grudzień na koniec udanych 12 miesięcy

09 sty

Nic na to nie poradzę, bo rok rocznie grudzień okazuje się być najtrudniejszym miesiącem w roku. Albo jednym z najtrudniejszych. To jednak nie może wpłynąć na fakt, że cały rok 2013 był dla mnie bardzo udany. Czas zaplanować kolejny, prawda?

Impreza w krakowskim Coconie 1 grudnia

Impreza w krakowskim Coconie 1 grudnia

To w sumie oczywiste, że jest w ostatnim miesiącu trzeba brać się za zestawienia, podsumowania, porządkowanie papierów i inne tego typu rzeczy. I byłoby okej, gdyby nie to, że to miesiąc wyjątkowo krótki. Przecież od 24 grudnia już nic się nie dzieje, nikt nie pracuje. A poza tym i tak wszyscy chcą mieć wszystko do tego właśnie magicznego 24 grudnia, więc nie ma znaczenia, co się robi po tym dniu…
Tak więc spędziłam grudzień na tego typu rzeczach. Kończył mi się, dla przykładu, projekt dla dzielnicy Ursynów musiał się zakończyć do 31 grudnia, więc do tego dnia wszystkie umowy, płatności, przelewy i rachunki musiały być gotowe. W normalnych instytucjach zajmują się tym sztaby ludzi, albo przynajmniej wyspecjalizowane jednostki. W Fundacji robię to ja. Tak wyszło, że muszę to ogarnąć.
Ale! Koniec roku to zarazem czas, gdy przygotować się trzeba na nowy. Wszak nowe konkursy, nowe granty, nowe wnioski. Z jednym miałabym niezłą wpadkę. Chodziło o to, że byłam święcie przekonana, że konkurs trwa do 31 grudnia do 12:00. I zaplanowałam, że 30 grudnia wieczorem popracuję nad tym, dokończę wniosek i takie tam. Na szczęście automatyczny system wysłał mi tego 30 grudnia rano maila z przypomnieniem, że tylko do 12:00 można składać wnioski. Więc cały poranek spędziłam właśnie na tym. Udało się (choć nie jest idealnie – już post factum wyłapałam jeden błąd…), ale nerwów miałam co niemiara.
No i inne wnioski także piszę. Tak to jest w świecie ngo…

Odwiedziłam Strasburg! Zaproszono mnie na konferencję podsumowującą LGBT Project Rady Europy. Jednodniowa konferencja sumująca to, co się wydarzyło. Miałam nawet okazję w kilku słowach odpowiedzieć o projekcie „Proste Równanie”, który u nas robiliśmy. Oczywiście, cały wyjazd nie obył się bez problemów… Najpierw na lotnisku Chopina powiedziano mi, że coś dziwnego jest z moim biletem AirFrance KLM, bo nie mam bagażu rejestrowanego w ramach niego ale jak trzeba, to się etykieta drukuje prawidłowo… Okazało się, że KLM ma nową taryfę od maja, w której podstawowy bilet NIE MA bagażu w cenie. Chyba że jest się członkiem ich programu lojalnościowego Flying Blue i wówczas za darmo dodają ów bagaż. Pani na lotnisku odesłała mnie do stanowiska KLM, gdzie niemiły zezowaty pan poinstruował mnie jak na iPadzie udostępnionym się zarejestrować. Zrobiłam to i powinno być okej. Powinno, ale w Amsterdamie podczas przesiadki okazało się, że nie jest. Znów musiałam podejść do Transfer Desk, by pani ogarnęła, że wszystko jest okej. Dotarłam do Strasburga około 22:00. Szczęśliwa wsiadłam w taxi, która mnie pod mój hotel zawiozła. Wybrałam sobie taki mały, awangardowy w latach 60. XX wieku hotel dosłownie 600 m od Pałacu Europy, gdzie odbywać się miała cała konferencja. W hotelu niespodzianka: panowie, którzy ze mną lecieli, też tu się zatrzymują. I mają jakiś problem z rezerwacją. Moja poszła bezproblemowo. Miły pan zaprowadził mnie do pokoju, gdzie okazało się… że nie jest on posprzątany. Najpierw próbował mnie przekonać, że jest inaczej, ale gdy okazało się, że w WC na podłodze leżą ręczniki, żarty się skończyły. On nie był władny, na szczęście na dole była jeszcze pani, która ogarniała sprawę i załatwiła mi po dłuższej chwili nowy pokój…
Konferencja poniedziałkowa przebiegła spokojnie. Wszystko zgodnie z planem, mili ludzie, dobre jedzenie. Wieczorem udaliśmy się na kolację w takim LGBTQ-miejscu, które okazało się być bardzo miłe. Ale wszyscy ewidentnie zmęczeni, bo nikt nie miał ochoty za długo siedzieć ani w miasto iść. Ja też nie. Tym bardziej, że to poniedziałek był a Strasburg jest nudny nawet w weekendowe noce. Po drodze na kolację poznałam się lepiej z przedstawicielem Biura Rzecznika Praw Obywatelskich (może się przydać!) oraz… namówiłam go i Wiktora na grzane wino! Bo, oczywiście, Strasburg jako stolica Świąt Bożego Narodzenia, szczyci się małymi targami na każdym większym skwerze, gdzie między innymi to można kupić. Ale tylko do 20:00, bo potem już wszystko zamknięte…
Wróciłam do hotelu około 23:00 i okazało się, że – uwaga! – mój pokój w pierdolonym czterogwiazdkowym hotelu nie był sprzątnięty. Możecie sobie wyobrazić moją emocję… Ale że już późno, to awantury robić nie chciałam. Po prostu Hotel Villa Novarina w Strasburgu OMIJAJCIE szerokim łukiem.
Następnego dnia wylot. Wiktor Dynarski leciał ze mną, więc od razu raźniej. W Strasburgu na lotnisku okazało się, że jego odprawili na oba loty bez problemów a mnie… oczywiście, że nie. Bo był overbooking w samolocie Amsterdam-Warszawa i musiałam się tym zająć na lotnisku Schiphol. Na szczęście przy Transfer Desk był bardzo miły stary pedał, który flirtując ze mną ogarnął sprawę. Okazało się, że jednak nie będzie problemu i nie przesadzą mnie do klasy biznes z powodu braku miejsc… Wróciłam więc normalnie, standardowo ale już w tym momencie bezproblemowo. Tylko po to, żeby w domu w ciągu 15 min ogarnąć się i wybiec na UW…

W grudniu Queer UW zorganizowało spotkania dotyczące gender. No i queer, ma się rozumieć. Nasz dwudniowe „Kody Genderu” okazały się być bardzo udane. I nie chodzi mi tylko o frekwencję, ale także o to, jak naukowo wszystko poszło. Też było z tym problemów co niemiara, bo się okazało, że w grudniu wszyscy chcą wyjechać/odpocząć/przygotować się do Świąt. Nie powinno to być zaskoczeniem, ale jakoś nie zastanowiliśmy się nad tym wcześniej. Tak więc prosiliśmy bardzo mocno ekspertki i ekspertów o zjawienie się na miejscu – z sukcesem! Dyskusja okazała się być fascynująca. Na tyle, że seminarium planowane na dwie godziny trwało dobre 2:40 (bez przerwy!) a i tak nikt nie chciał wychodzić z sali. Całą relację przeczytać możecie na stronie queer.uw.edu.pl – polecam, bo nawet jak ktoś nie był, to wynieść może z niej pewne elementy.

Studia doktoranckie się komplikują. Sprawa wygląda tak, że mam już nowego chętnego na promowanie mnie. Mam nowy temat. Mam nowe fragment i nową koncepcję spisaną. Wszystko cacy. Chcę się teraz wznowić. Mogę, bo regulamin pozwala na to. Jest tylko jeden problem: osobą decydującą o wznowieniu jest… moja była promotorka. A jej zdaniem wznawianie się tak w trakcie roku nie przejdzie. Oczywiście, znacie mnie, sprawdziłam przepisy i okazało się, że nie ma niczego regulującego tę kwestię. Ba! Powiem więcej! Jedyną rzeczą, jaka reguluje wznawianie się na studia doktoranckie jest zapis mówiący, że decyzja w tej sprawie należy do kierownika studiów doktoranckich. I tyle. Moje zadanie: przekonać ją, że może mnie wznowić od nowego semestru. Pierwsze podejścia już za mną, ale nadal nie udało mi się przekonać jej, że tak jest okej. Zobaczymy. Trzymajcie kciuki. Swoją drogą: myślałam, że najtrudniejsze będzie znalezienie nowego promotora. Okazuje się jednak, że nie. Że walka z formalnościami. Ale dam radę.

Byłam w domu rodzinnym na Święta. Na początek się wkurwiłam, bo mój ukochany InterCity miał ponad 30 min spóźnienia! Więc bardzo źle! Potem jakoś już poszło. To była pierwsza Wigilia, gdy moje obie babcie wiedziały, że jestem transem. Czy tam pedałem. Myślę, że im wszystko jedno. Lokalna gazeta jakiś czas temu napisała o mnie. Ze zdjęciem. I „cytatami” z pewnego serwisu internetowego. A ponieważ naruszyło to moje dobra osobiste, to przed Świętami do odpowiedniego sądu trafiło dokładnie 250 stron pozwu cywilnego…
Sama Wigilia przebiegała śmiesznie. Jedna z babć (nie spędzamy razem Świąt, kontakt mamy słaby) zadzwoniła do mnie tego dnia (mama ma imieniny, chciała złożyć życzenia) a gdy usłyszała, że ja jestem w domu rodzinnym, złożyła mi życzenia. Powiedziała też: „I pamiętaj: rób swoje na resztę – za przeproszeniem – kładź laskę.” Zaskoczyła mnie pozytywnie. Druga z babć była na Wigilii tej samej, co ja. Składając mi życzenia powiedziała m.in.: „I żeby ci się odmieniło, żebyś się odmienił…” Na co rezolutnie odpowiedziałam: „Jeszcze bardziej?!” Poza tym wieczór udany. U mojego brata w domu, co było nowością. Nowością było też to, że pojawiło się wino. Bo zazwyczaj w mojej rodzinie temat alkoholu 24 grudnia wywoływał tylko jedną reakcję: absolutnie nie! Nie wiem czemu w tym roku jakoś bez słowa sprzeciwu nagle się to pojawiło… Ale nie protestowałam!
W pierwszy dzień Świąt zaproszono mnie na chrzest córki mojej kuzynki. Poszłam, bo co mi tam. Najpierw uroczystość w małym wiejskim kościółku (nadal pamiętam wszystkie modlitwy, odpowiedzi i takie tam…). Potem uroczystość w jakiejś nowej restauracji. Spodziewałam się małego obiadu, jakiegoś ciasta i tyle. Ale nie, o nie! To była impreza na pełnej kurwie! Wódka się lała, jedzenie donoszono! Super było! Okazało się, że nowy mąż mojej kuzynki (wcześniej nigdy go nie poznałam…) czyta mojego facebooka i inne takie. Śmiesznie tak jakoś. Ale napiłam się, najadłam… Zadowolona!
Wieczorem wybrałam się do Szczecina. Musicie wiedzieć, że choć to blisko od mojego rodzinnego miasta, to jednak PKP tnie połączenia i nie tak łatwo wieczorem wrócić… Na wyjazd namówił mnie Marcin, którego poznałam podczas ostatniej wizyty w domu rodzinnym. Ładny chłopiec, który właśnie zaczyna pracę w nowym gejowskim miejscu – Małym Amsterdamie. Śmieszny taki skromny i przytulny pub z niewielkim darkroomem na terenie Starego Miasta. Od razu powiedziałam mu, że jeśli przyjadę, to ma mnie na głowie do 4:00 nad ranem, bo wówczas mam pociąg… I nawet dał radę. A w samym Małym Amsterdamie śmiesznie się zrobiło, bo poznałam właściciela, potem pojawiła się jedna drag queen znajoma, druga… Było przyjemnie. Starałam się nie upić, bo wiedziałam, że czeka mnie dość wczesna pobudka.
Ostatni dzień Świąt spędziłam w domu. Odwiedziła mnie rodzina brata. Mama przygotowała całe jedzenie wcześniej, a jako że w pracy była, ja zajmowałam się obsługą gości. Było sympatycznie. Oczywiście, moje ciasto też się pojawiło. Wszak w rodzinie tylko ja piekę. Co więcej, wygrałam mój nieoficjalny doroczny wyścig z siostrą mojej mamy na to kto zrobi więcej ciast na Święta. Ona w pracy je spędziła, więc nie robiła żadnego (córka jej upiekła) a ja tym jednym wygrałam! Oczywiście, nagrody nie ma. Chodzi o honor.

Do Warszawy wróciłam w sobotę 28 grudnia samolotem. W czerwcu zarezerwowaliśmy ten lot i kosztował nas mniej niż pociąg, więc z Gackiem i Gasiąspyrką tak właśnie się wybraliśmy. Udany, krótki lot. Co ciekawe: w Eurolocie nie podają kawy! Tylko woda i herbata. #PolskaJestBardzoBiedna

Imprezy w tym miesiącu okazały się bardzo udane. Ale też i bardzo kosztowne. To jednak jest tak, że jak się więcej zarabia, to i się więcej wydaje… Aż czasem mnie serce boli (żart – wiadomo, że nie mam serca… mam bloga!) jak widzę na rachunku uciekające setki złotych. No, ale cóż… a na co miałabym wydawać?

Oczywiście, sylwestra spędziłam, jak zwykle – sama w domu. No, sama nie do końca, bo Ola36 na seksczacie poznała wielu miłych młodzieńców. Jeden z nich okazał się być szczególnie wart uwagi, przez co spędził przed kamerką aż pięć godzin do 10:00 rano 1 stycznia 2014. Taka sytuacja. Nie obyło się bez alkoholu. Przecież nie obiecuję nigdy, że spędzę ten czas na trzeźwo…

Krótkie podsumowanie roku 2013 obiecuję! W weekend spróbuję!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wódka i trzeźwość, atak i śledztwo, codzienność i święta

30 mar
W międzyczasie zorganizowałam z Queer UW konferencję "Diversity Pays! Różnorodność się opłaca!" ale o niej nie będę pisać tym razem

W międzyczasie zorganizowałam z Queer UW konferencję „Diversity Pays! Różnorodność się opłaca!” ale o niej nie będę pisać tym razem

Dużo rzeczy. Więc bez zbędnych wstępów. Będzie o tym, co dalej się dzieje z bitwą pod Melino, jak wyglądam ja po moim incydencie wypadkowym, o tym dlaczego Michał się wyprowadza i kto się wprowadza oraz o tym jak spędzam święta i co z tą Utopią.

Pytacie mnie czasem, czy coś się dzieje w sprawie bitwy pod Melino. Nie ukrywam, że nie monitoruję tej sprawy na bieżąco. To znaczy, znajomi mi donosili, że byli przesłuchiwani. Niektórzy w domu, inni na posterunku czy innej komendzie. Więc coś się dzieje. Wiem z rozmowy z policjantem, że mają nagrania wideo z monitoringu. Wiem, że są zainteresowani osobami z mojego bloku, bo przybysze wydawali się ogarniać sytuację i wiedzieć dokładnie, co i jak. To dobrze dla mnie, bo łatwiej znaleźć. Wszak krąg podejrzanych jest dzięki temu zawężony. Zastanawiam się, czy nadal byłabym w stanie rozpoznać tego ładnego chłopca, który zapukał do drzwi, umożliwiając całe zajście. Pamiętam jego oczy. Lekko pijane, zaszklone. Ale duże, ładne. To pamiętam. Pewno, mam nadzieję, kiedyś dane nam będzie jeszcze się spotkać – na komendzie policji. Nadal mam bowiem nadzieję, że sprawa się rozwiąże.
A co do bezpieczeństwa w samej Melinie – jest okej. Od czasu bitwy pod Melino mieliśmy przecież ze dwie czy trzy imprezy i nic się nie działo. Z powodu pogody, ale i mojego ustawicznego, ciągłego i regularnego dzwonienia na policję, gdy tylko coś się dzieje pod blokiem, jest tam spokojnie. Raz młodzież przybywająca do mnie zgłosiła, że kilka osób stoi pod blokiem i spożywa alkohol. W takiej sytuacji, niezmiennie i bez chwili wahania dzwonię na policję. Nie wiem czy przyjeżdżają, ale tego typu sytuacje są teraz sporadyczne, więc mam nadzieję, że wreszcie się im znudziło i już tutaj nie stoją. Zdarzało mi się także wchodzić i wychodzić w stroju powszechnie uważanym za kobiecy i wówczas również nic się nie działo. Więc o swoje bezpieczeństwo się nie obawiam.
A, i wszystkie osoby, które komentując to wydarzenie słowami streszczającymi się w słowach „doigrali się”, informuję, że nimi gardzę. Winienie ofiary o to, że została zaatakowana jest prymitywne  niesprawiedliwie i zawsze nieprawdziwe. To jak winienie kobiety, że została zgwałcona („mogła się tak nie ubierać!”) albo rodziców, że ich dziecko było wykorzystane („nie pilnowali go!”). Zawsze winny jest sprawca. Zawsze.

***

Dochodzę też do siebie po moim wypadku. W zasadzie nie mam już prawie śladów. I nie, nadal nie wiem, co się wówczas stało. Miałam wypadek, to miałam, na chuj drążyć temat? ;) Na policzku mam nadal niewielki rumień, który dokładnie przykrywa za każdym razem podkład. Mam też dwie jeszcze gojące się szramki na brwiach. Nowe okulary (raz jeszcze dziękuję Amy za oprawki!) są okej, wszystko wróciło do normy. No, może poza moim palcem wskazującym. Nadal boli mnie w prawej ręce. Byłam u chirurga jakieś dwa tygodnie temu i powiedział, że wszystko okej. Teraz jeszcze do ortopedy idę, bo już chcę, żeby mi przeszło. Nie boli mnie cały czas, tylko jak pięść robię albo prostuję bardzo. I trochę nadal lekko spuchnięty. A ponieważ już trochę czasu minęło, to mnie troszkę niepokoi.
Więc w zasadzie o sprawie mogę zapomnieć. Dodam tylko, że Miesiąc Bez Alkoholu, który przyśpieszyłam w tym roku, w związku z zajściem, powoli się kończy. I, oczywiście, udało mi się bez problemu wytrzymać. Byłam na wielu imprezach w tym czasie, na większości z nich częstowano mnie darmowym alkoholem (czasem bardzo dobrym i wtedy było mi ciut smutno…) i nic mnie nie złamało. Byłam w Dublinie w tak zwanym międzyczasie i też mogłam pić na koszt Unii Europejskiej, ale się powstrzymałam bez problemu. Teraz jestem w domu rodzinnym na Wielkanoc i muszę wytrzymać jakoś na trzeźwo z rodziną. Dam radę też. Tym bardziej, że do Warszawy wracam 2 kwietnia z rana i tego dnia już mogę pić! ;) Co prawda do wieczora muszę się powstrzymać, bo mam wykład na Uniwersytecie Warszawskim (jak co tydzień) i dopiero po nim mogę. Ale najważniejsze, że mogę.
W lodówce czeka już na mnie Pravda Vodka. Bardzo smaczna ponoć i polecana wódka z półki premium. „Receptura wódki Pravda trafiła do Stanów Zjednoczonych wraz z Franciszkiem Penzapolskim, potomkiem dynastii gorzelników z Horodenki, centrum majątku, należącego do rodu Potockich, a później Czartoryskich. (…) Gorzelnicy pieczołowicie wybierali zarówno zboże, które służyło do produkcji przeznaczonego dla owej wódki spirytusu, jak i wodę źródlaną o słodkim, świeżym smaku. Przez dziesięciolecia śledzili też uważnie wszelkie nowinki techniczne i w miarę potrzeb stosowali je w swojej fabryce, co zapewniało ich koronnemu wyrobowi znakomitą opinię.” Dostałam kiedyś w prezencie małą butelkę, żeby spróbować i odłożyłam na specjalną okazję. Więc specjalna okazja nadeszła!

O ile wódka na mnie czeka (ona zawsze wierna!), o tyle Michał już nie będzie. W momencie, gdy piszę te słowa, on najpewniej jest w trakcie pakowania/przewożenia swoich rzeczy do nowego mieszkania. Tak, tak, stało się. Michał się naprawdę wyprowadza. Jakoś dotychczas nie czułam tego. Dopiero, gdy na konto moje wpłynęła kasa od nowego współlokatora (kaucja), poczułem, że to naprawdę ma miejsce. Po sześciu latach wspólnego mieszkania (i półrocznej przerwie, gdy wyjechał do Hiszpanii na Erasmusa), nadeszła wiekopomna chwila. Jakoś tak dziwnie trochę. Michał napisał na swoim blogu m.in. „dziękuję przede wszystkim JP za 6 lat znoszenia się i swobody, która ocierała się momentami o zboczenie.” Pytałam go o co chodziło i chyba już wiem. Ja zawsze podkreślam, że gdy ktoś dzieli ze mną mieszkanie, to zależy mi na tym, żeby mieszkał „ze mną” a nie „obok mnie”. W sensie, żeby jednak jakoś nasze życia się złączały. Jakkolwiek to nie brzmi. I bez wątpienia z Michałem ten stan osiągnęliśmy. Pamiętam taki trudny, chyba przełomowy dla nas moment kilka lat temu, gdy ciężko było się nam dogadać. On miał depresję, ja jestem uparta jak osioł… I jakoś tak musieliśmy to rozpracować, rozmówić, żeby się udało. Potem było już bardzo łatwo. I, rzeczywiście, nasza relacja była bardzo zażyła. W takim nieseksualnym sensie. Nie mieliśmy oporów przy sobie. Michał chodził w samych majtkach przy mnie (ja nie! ja musiałam mieć koszulkę do tego!), oglądał porno tak, że wiedziałam, że to robi (dźwięki), wiedziałam, kiedy do niego ktoś na seks przychodzi (czasem słyszałam też). Pierdzieliśmy przy sobie. Nie mieliśmy tematów tabu. W tym sensie wprowadzenie się nowej osoby będzie dla mnie też nowym, ciekawym rozdziałem. Po raz pierwszy bowiem będę mieszkać z kimś, kogo zupełnie wcześniej nie znałam. Wszak w czasie przerwy w pobycie Michała w Melinie, mieszkali u mnie Tomeczek (którego znam od jakiś 10 lat) i Paweł (którego poznałam też jakiś czas wcześniej, by był razem z Tomeczkiem). A jeszcze wcześniej mieszkałam z Iwoną (całe liceum się znaliśmy) i jej Anką (słabo, bo słabo, ale przynajmniej wiedziałem, że to dziewczyna Iwony, więc coś niecoś…). A teraz ktoś zupełnie nowy, obcy.

No właśnie, pytacie mnie, kto to, skąd się wziął i tak dalej. To Daniel. Jest jedną z trzech osób, które zobaczyły moje skromne ogłoszenie na queer.pl i/lub facebook.com. Specjalnie nie wrzucałam tego na gumtree czy coś. Zależało mi na specyficznej grupie odbiorców i na tym, żeby nie mieć tłumów obcych ludzi walących do drzwi. Spotkałam się tylko z nim – pozostałe dwie osoby jakoś przygasły w swoim zapale. Może to i dobrze. Daniel zrobił dobre wrażenie. Jest młodszy od Michała, lubi imprezować… Zapowiada się ciekawie. Już w piątek po świętach mamy imprezę „NOWY w Melinie”, kiedy będzie okazja dla wielu moich znajomych, żeby go też poznać. No a ja będę mieć okazję poznać „jego ludzi”. To też ważne. Liczę na to, nie ukrywam, że i z nim uda mi się pomieszkać tak długo, jak z Michałem. Trzymam za to kciuki, więc i wy trzymajcie!

***

Póki co, jestem w domu rodzinnym. Święta, jakie są, każdy widzi. Udało mi się tak zorganizować współprace wszystkie, że w domu rodzinnym pojawiłam się w środę wieczorem. Czyli fajnie. Za to już we wtorek muszę być w Warszawie, bo – o czym już wspomniałem – mam wykład na UW. (Swoją drogą, jeśli ktoś zainteresowany, to zapraszam – 7 maja rusza kolejna edycja zajęć „Osobno i razem. Zrozumieć współczesną miłość, relacje i samotność” – musicie mieć 16 lat, a zapisy są na www.uo.uw.edu.pl.) No i wspominałam już też, że muszę tę całą wyprawę na trzeźwo znieść. W sumie to plus, może będę lepiej kontrolować swoja skłonność do jedzenia. Bo, nie zapominajmy, ja kocham żreć. Uwielbiam być najedzony tak, że nie mogę się ruszać. Jasne, gardzę wówczas sobą trochę, ale zarazem szczęście moje jest wielkie. Picie alkoholu nie tylko wzmaga głód, ale i osłabia bariery moje. W tym sensie, że ja naprawdę potrafię zjeść bardzo, bardzo dużo. Rzadko mam tak, że czuję, że więcej nie dam rady. To raczej moja świadoma decyzja, że już mówię sobie „o nie, zjadłam dużo i wystarczy” – nawet jeśli wiem, że dam radę więcej. A że w Dublinie nas karmili bardzo dobrze i na bogato, to waga moja znów jest za duża. Teraz święta… Jedyny powód  dla którego czekam na wiosnę, to fakt, że chcę wrócić do biegania porannego i do jazdy na rowerze. Bardzo mi się to przyda. Niby ten Miesiąc Bez Alkoholu też powinien sprzyjać chudnięciu (bo jednak wódka ma dużo kalorii!), ale na nieszczęście pojawiły się inne czynniki sprzyjające obżeraniu w tym czasie. I pewno wyszło na to samo. Plus taki, że jakbym jeszcze piła, to w ogóle ważyłabym dużo, dużo więcej.

Wczoraj przygotowałam już dwa ciasta na Wielkanoc. Moja ulubioną gotowaną babkę cytrynową w polewie czekoladowej i sernik typu „złota rosa”, ale nieco inaczej niż zwykle. Okazało się, że jest go tak dużo na blasze, że nie dam rady juz złotej rosy wylać na wierzch… więc muszę czym innym go ozdobić :) Takie tam problemy kucharki. Niewiele więcej poza tym zrobiłam. Tradycyjną sałatkę jarzynową, ale nieco inaczej niż moja mama. Przede wszystkim: mniej majonezu. Moja rodzicielka uwielbia bowiem topić wszystkie sałatki w takowym. A ja jestem bardzo na nie. Więc udało mi się tym razem chociaż tyle zrobić. A poza tym większe kawałki składników – nie lubię takich superdrobno posiekanych. Lubię widzieć i wiedzieć, co jem. Drobnostki.
Pierwszy dzień Świąt u mnie w domu rodzinnym – przychodzi brat z żoną i synem oraz babcia. Drugiego dnia idę do brata, gdzie zjawi się jeszcze moja mama i mama jego żony. Tak na spokojnie, w niewielkim gronie. Pamiętam te święta, gdy była moja babcia, jej córki z mężami i piątka dzieci. To były święta…

***

Pamiętacie mój wpis o Utopii, prawda? Ten, w którym napisałam dlaczego uważam, że pewne rzeczy są nie tak w nowym miejscu. Pytaliście mnie wówczas, czy zamierzam nadal tam wchodzić, jakie są moje relacje teraz z Królową i w ogóle…
Zacznę od tego, że oczywiście, że nadal chodzę. Bardzo lubię Utopię, więc nie wiem, czemu miałabym nie chodzić tam teraz. I macie rację, na początku mam wrażenie, że Królowa źle przyjęła moja krytykę. Ale nie dziwię się, bo to było dość ostre, wprost i niezapowiedziane. Tym niemniej, teraz jest inaczej. Myślę, że do wszystkich, do których miało, dotarło, że to z miłości do tego miejsca i wspomnień o imprezach, które tam były. Gdybym chciała po prostu zaatakować, to napisałabym tak o Candy, bo nie zależy mi na tym klubie, nie chodzę tam i nie obchodzi mnie on.
Mam też wrażenie, że Utopia wzięła sobie do serca te uwagi – może nie tylko ode mnie, nie wiem. Wszyscy, którzy lajkują ją na facebooku widzą, że narracja jest teraz inna, że inaczej klub się porozumiewa z nami. To zmiana na plus. Są plakaty, są nowe rzeczy. No i jest Utopia Cafe, na której miałam okazję być otwarciu. Utopia Cafe to Kredytowa 9 za dnia. Od 15:00 – w formie kawiarni, miejsca do posiedzenia. Ale i miejsca, które ma być przyjaznym dla różnych osób i środowisk: artystycznych, modowych, intelektualnych. Wszystkich witają chętnie i otwarcie. Więc od razu podpowiedź: jeśli któreś z Was albo z Waszych znajomych chce coś fajnego zrobić, pochwalić się zdjęciami, obrazami, muzyką, albo zaprosić ludzi na ciekawą debatę, spotkanie – to Utopia Cafe stoi otworem. Mogę pomóc w kontakcie, jeśli trzeba. Sama rozważam, czy nie przygotować tam czegoś, więc śmiało. Na otwarciu był pokaz zdjęć z jakiejś wyprawy (przepraszam, że nie pamiętam z jakiej, ale nie dla wystawy tam przyszłam…). To ciekawy i odważny pomysł, więc go wspieram. Tym bardziej, że było miło na otwarciu. Oby tak dalej.

***

Następnym razem napiszę Wam o planach wyjazdu do Kanady. I o doktoracie. Oraz pewnie o innych rzeczach, które się pojawią. I naprawdę postaram się częściej pisać!!!

A póki co zapraszam na nową stronę! W żartach na urodzinach/pożegnaniu Michała pojawił się pomysł stworzenia strony, na której będę polecać/odradzać coś. I wzięłam się i zrobiłam. Na polecam.jejperfekcyjnosc.pl możecie poczytać. Jak Wam się podoba?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Apartamenty z Hummerem, upadająca samorządność i kłopoty z pasywami

05 lip
Znów dużo do napisania, bo tak się jakoś stało, że nie ogarniałam blo przez dłuższy czas… Nic to jednak, właśnie siedzę w pociągu do domu rodzinnego, co oznacza, że będę mieć teraz kilka dni na tło, żeby jednak się tym zając i ogarnąć. Więc zacznijmy od pierwszych dni po Paradzie Równości…
To błogosławiony dla mnie okres, nareszcie bez tysięcy telefonów, setek maili i tak dalej. Oczywiście, rozpętała się dyskusja czy Parada była sukcesem czy nie. Mnie też o to pytali. Ja uważam, że była. Z kilku punktów widzenia. Raz, że udało się zebrać sporą liczbę ludzi (choć zaraz Wojtek Szot powie, ze Wyborczej udało się zebrać tylko 23 tys. podpisów pod apelem do Marszałka Schetyny o zajęcie się projektem ustawy o związkach partnerskich i że taka liczba jest porażka), dwa że Paradę zrobiła w tym roku banda zapaleńców, którzy dotychczas tego nie robili (choć byli wśród nas ludzie z jakimiś przygodami przy organizacji dawnych Parad) a trzy, że w zasadzie wszystko poszło zgodnie z planem. Miasteczko Równości było pomysłem fajnym, którego nie udało się zorganizować jak należy. Za rok będzie lepiej. Mnie oczywiście zastanawia jak to jest, że w Tel Avivie idzie w Paradzie 100 tys. ludzi a u nas tylko 5… i oczywiście nie wiem czemu. Przyczyn widzę wiele. Ot, choćby sam fakt, że nie wiadomo czym tak do końca Parada ma być. Czy radosną czy waleczną manifestacją. I pytanie odwieczne o to, jakie ma być hasło Parady, jej cele oraz kto ma o tym decydować… Imprezy paradowe i paradopodobne przyciągają ludzi w innych miastach dlatego, że są huczne, radosne, kolorowe, wyzwlone i wesołe. Dopóki tak nie będzie w Warszawie, nie mamy co liczyć na tłumy. Jasne, że będą tacy i takie którym taka forma się podobać nie będzie, bedą narzekać na komercjalizację Parady i takie tam. Moim jednak zdaniem tylko takie podejście może sprawić, że będzie nas wiecej. Oraz podkreślam to zawsze: tak, zabawa może mieć charakter wystąpienia politycznego. To, że banda ciot, lesb i transów bawi się na środku Marszałkowskiej jest pokazaniem środkowego palca przeciwnikom osób LGBTQ i w tym sensie ma charakter polityczny.
W poniedziałek po weekendzie odwiedził mnie Robert. Miał zły humor i chciał spędzić z kimś chwilkę. No więc Melina jest miejscem jak najbardziej wskazanym. Dostał drynk, dostał pizzę, zadowolony wrócił do domu. A ja, nie ukrywam, też się cieszę z jego obecności u mnie.
Zresztą takie “powracanie do normalności” trwało u mnie kilka dni. We wtorek rano nareszcie znalazłam czas na zakupy w Carrefour (coś jeść trzeba!) a po południu umówiłam się na dwa spotkania. Jedno z Mateuszem – zdecydowanie o charakterze towarzyskim (kawa, spacer, luźna rozmowa o różnych duperelach) i drugie z Dzymitrym. To nowa postać na blo ;) I najpewniej jednorazowa. To znajomy Grzesia z Krakowa, który mieszka teraz… w sumie to nie wiem gdzie, bo cały czas zmienia miejsce zamieszkania. Tak czy owak pochodzi ze Wschodu, studiuje na Zachodzie i przygotowuje jakieś badanie na temat – jak rozumiem – drag queens w krajach postkomunistycznych. A więc i w Polsce. Ze mną spotkał się jako z osobą, która może dać kontakty do drag queen w Polsce (no, w sumie mogę) oraz “ekspertem” od środowiska LGBTQ w Polsce. Zawsze bawi mnie nazywanie mnie specjalistką czy też ekspertem w jakiś sprawach, bo w zasadzie jedyną rzeczą, w której ja określiłabym siebie ekspertką jest clubbing. No i ładni chłopcy. No i samorządność studencka. No i może jeszcze pojęcie tożsamości w socjologii (i trochę psychologii). Nic więcej nie przychodzi mi do głowy w zasadzie. Ale oczywiście na rozmowę z Dzymitrym się zgodziłam z chęcią, żeby pomóc. Dałam kontakty, coś poopowiadałam… Plus jest taki, że widziałam drag queen show w Kijowie dwa razy, więc chociaż o tyle mam porównanie międzynarodowe ze Wschodem. A to już coś dla niego. Spotkanie miłe zresztą, w języku polskim i angielskim. A że był z koleżanką, to jeszcze po białorusku czy tam po rosyjsku wymieniali z rzadka jakieś uwagi. Sam Dzymitry bardzo pozytywny. Mieliśmy się umówić na spotkanie w weekend, co by z nami poimprezował… Ale nie udało się, bo – korzystając z kontaktu ode mnie – wybrał się do Łodzi na spotkanie z tamtejszym światem drag queen.
Środa była dość zajęta. Najpierw poranna wizyta u dentysty. Jak zwykle w sumie… Niemniej, zbliżamy się do końca. Potem trochę biegania, umawiania się… Udało mi się też tego dnia odzyskać 4 tys. zł, które pewna firma była mi winna. To duży sukces! :) Tzn. ja wiem, że oni mi oddadzą, tylko kwestia tego kiedy. Na razie pożycza mi mBank. I dziękuję mu za to (oraz polecam Wam! naprawdę!).
Część kasy musiałam oddać właścicielom mieszkania tego samego dnia zresztą ;) A wieczorem wybrałam się do offowego Planu B, gdzie Maciej Bieacz przygotował dla bliskich znajomych spotkanie z okazji urodzin. To nie oficjalne party, bo takowe będzie w weekend któryś, ale takie spotkanie “na kawę”. Sympatycznie dość, choć z racji tego, że Plan B jest dość hipsterskim miejscem, to dziwnie się tam czasem czuliśmy. Ja specjalnie chciałam się dostosować i założyłam najbardziej offowe ubranie jakie miałam, ale i tak mam wrażenie, że odstawaliśmy od tłumu. No, trudno. Zahaczyłam też po raz pierwszy o Charlotte. Nie powiem, żeby dupę urywało. Ot, kanapkarnia. Ja wiem, że grzeszę mówiąc w ten sposób… ale tam nic specjalnego nie było. No, może poza tym, że tam ładni chłopcy pracują – spotkaliśmy Michała S. – ale w sumie to się wszędzie dzisiaj zdarza. Stoję więc na stanowisku, że nic specjalnego.
W czwartek udało mi się dotrzeć do okulisty. Muszę raz na jakiś czas wzrok kontrolować jednak. Skontrolowałam i… wszystko ok! W sensie, że wada mi się nie pogłębia i jest nieźle. Pan doktor nauk medycznych sprawdził mi też ciśnienie w oku (obrzydliwe badanie, w którym maszynka pluje trzy razy do każdego oka strumieniem powietrza!) i jestem zdrowa ;) To jakieś pocieszenie, nie?
Tego dnia także odwiedziłam Radio Kampus. Zaprosili mnie, żeby pogadać o Paradzie Równości i o Queer UW. Miło wyszło wszystko. Podczas programu jednak moją uwagę przyciągał młodzieniec, z którym prowadzący się zjawił w studio. Młody siedział co prawda obok realizatora a nie z nami, ale przez szkło mogłam go obserwować. I gapiłam się bez przerwy, bo był zjawiskowo piękny! Blondynek z ciut dłuższą grzywką, ma się rozumieć. Tak, wiem, jestem nudna. A program chyba ciekawy. Co prawda nadal muszę czasem powalczyć o upodmiotowienie mnie jako Jej Perfekcyjność, ale idzie mi to coraz łatwiej. Wychodzę też z założenia, że jednak jak ktoś mnie gdzieś zaprasza to zna mnie choć troszkę i wie, że to dla mnie kwestia ważna.
Czasem zastanawiam się, czy gdybym nazwała się Justyna a nie Jej, to czy byłoby to łatwiejsze. Jak sądzicie?
Prosto z radia pobiegłam do Instytutu Socjologii UW na spotkanie w sprawie działalności Komisji Rekrutacyjnych w tym roku. Jako że znów mam zaszczyt zasiadać w jednej z nich, chciałam posłuchać, dowiedzieć się oraz umówić z całą Komisją swoją na wszystko, co potrzebne. I wszystko fajnie poszło. Zmieniły się zasady rekrutacji na studia zaoczne II stopnia. Teraz nie ma już rozmowy kwalifikacyjnej – przyjmujemy na podstawie dokumentów. Trochę szkoda, trochę fajnie. Nadal podkreślam, że zasady rekrutacji powinny wynikać z wizji tego, czym ma być Instytut Socjologii UW – czy maszynką do robienia osób z wyższym wykształceniem socjologicznym czy też elitarną jednostką, która będzie zbierać tylko najlepszych. Dopóki Instytut Socjologii UW nie wybierze jednej drogi, wszystkie zasady rekrutacji, wszystkie programy studiów i tak dalej mogą być niespójne i powodować pewne problemy i frustracje. Ale to już nie do mnie należy decyzja…
Tego samego dnia wróciłam jeszcze na UW wieczorem na spotkanie Queer UW.
Własnie. Queer UW przechodzi pierwszy mały kryzys. Nie wiem do końca z czego on wynika, ale nie można udawać, ze go nie ma. Wydaje mi się, ze źle zrobiło nam pojawienie się w organizacji Agaty i Moniki. I komentarze takie słyszę cały czas w prywatnych rozmowach na ich temat z pozostałymi osobami z Queer UW. Niby nic się nie dzieje ale dziewczyny tak niefajnie weszły w tryby jakoś tam już działającej maszyny, że nie sposób tego nie zauważyć… Atmosfera się popsuła, jest coraz trudniej. Dwie osoby wyłączyły się z pracy w QUW przez to, kolejne co chwilę mi donoszą o swoich wahaniach w tej sprawie… Nie wiem za bardzo co robić, bo to jednak niełatwe zadanie, by wszystkich jakoś zadowolić. Podczas spotkania odczytałam (na prośbę autorki!) list, który skierowała do nas jedna ze znanych profesorek, która współpracowała z nami przy okazji konferencji naukowej a w którym stwierdza, że zasady funkcjonowania organizacji są złe, ja jestem zła, mam swoją “świtę” w Queer UW i że patrirachalnie zarządzana organizacja ma na celu jedynie wypromowanie mojej osoby i że ona żałuje, że się w to zaangażowała. Emocjonalna, transfobiczna (to chyba boli najbardziej, bo pochodzi ze strony osoby, która uchodzi za autorytet w kwestiach queer theory) wiadomość wywołała wśród osób na sali raczej uśmiechy. Bo można wszystko powiedzieć, wyrazić każdą opinię ale w odpowiedniej formie.
Dyskusja nad sytuacją w Queer UW była trudna. Ja nie ukrywam, że od samego początku wiedziałam, że dwie nowe dziewczyny namieszają w organizacji, ale nie było powodu ani sposobu, by do tego nie dopuścić. Przypuszczałam też, że po konferencji ich działalność tutaj osłabnie, bo traktują Queer UW jedynie jako środek do osiągnięcia celu jakim jest doktorat. Do takiej oceny mam prawo i mam nadzieję, że okaże się prawdziwa. Bo wcześniej wszystko ładnie działało i mam nadzieję, że działać będzie dalej. Jeszcze tylko publikacja nieszczęsna, nad którą przyjdzie nam popracować… Ale to już końcówka. A pomysły na nowy rok działalności mam, jak najbardziej! Więc wierzę, że po tym kryzysie jakoś się podniesiemy i damy radę.
Spotkanie się przeciągnęło i przez to spóźniłam się na podsumowujące Paradę Równości spotkanie w Le Garage. Na szczęście na większości byłam. I na szczęście postanowiono o odsunięciu w czasie rozpatrywania planów co do dalszej naszej współpracy. Wszyscy potrzebują odpoczynku po tym i mi na sam dźwięk nazwy Parada Równości robi się już niedobrze. Więc ta decyzja była dobra. A ja musiałam już lecieć dalej na kolejne spotkanie…
Tym razem w klubie Galeria. Spotkanie – powiedzmy – biznesowe, więc za wiele zdradzać nie będę. Ale mogę zdradzić, że trwało to wszystko do “nad ranem” i że trochę się najebałam ;) Oj, bo wiecie jak to jest… Polacy i Polki ponoć bez wódki dogadać się nie potrafią ;)
W piątek zobaczłam się z Pawłem Kaktusem. Spotkanie po latach. On teraz unika miejsc, gdzie alkohol się leje… Musi z racji terapii. Rozumiem to i wspieram go. Choć żałuję, że się nie widujemy przez to. On teraz mieszka z Kubą Po Prostu przy pl. Trzech Krzyży. Lokalizacja zajebista, czynsz – z powodu “zawirowań” – bardzo, bardzo niski. Czego chcieć więcej? Ja bym tam niezłą biforownię zrobiła ;) Znacie mnie.
Miło było go nie tylko zobaczyć, ale i dowiedzieć się, że u niego dobrze a idzie ku jeszcze lepszemu. Wspieram to! No i musimy pomyśleć nad jakimś wspólnym projektem naukowym. Wiecie, takie badanie socjologiczno-fizyczne czy też fizyczno-socjologiczne może być innowacyjne. A więc jest szansa na kasę ;) Tak, jestem interesowna. Ale ja potrzebuję pieniędzy! Muszę żyć jakoś :)
Wieczorem udaliśmy się na urodziny Mateusza W. (muszę ich oznaczać, bo Mateuszów ci u nas dostatek ostatnio – a wszyscy pasywni). Co prawda to na Bemowie, ale Maciej Bieacz nas zawiózł autem. Szukaliśmy po drodze ode mnie (z Ochoty przez Śródmieście na Bemowo!) apteki 24 h i… nie znaleźliśmy! A ja chciałam jakąś smecktę czy coś, bo mój żołądek nie czuł się za dobrze. Nie to, że coś było nie tak, ale jednak coś tam… wiecie, jak to jest? Lepiej na wszelki wypadek. Ale nie było apteki i musiałam sobie jakoś bez tego poradzić.
Urodziny zabawne. Ludzie w zasadzie nieznani (poza tym, że spora część zna “dość blisko” Mateusza W.) ale jakoś tam się dogadaliśmy. Niemniej, szybko się zmyliśmy. I do Glam pojechaliśmy. A tam całkiem sympatyczny wieczór! Dużo młodych ładnych chłopców, a więc tego, co transy lubią najbardziej ;) Sporo też dawno-nie-widzianych znajomych (z Whitney Houston na czele!), więc i wódki sporo poszło. Podobało mi się, jak Whitney – gdy chciałam jej fotkę na fotoblo zrobić – złapała jakąś pierwszą lepszą dziewczynę przechodzącą obok, żeby nie stać na zdjęciu samotnie. Potem jeszcze postawiła mi szota i stwierdziła, że musimy szybko wypić, żeby ona poszła i żeby nikt nas nie kojarzył ze sobą – dla mojego dobra, ma się rozumieć ;)
W sobotę organizowałam bifor u mojej przyjaciółki. Chciałam zaprosić młodych chłopców i to zrobiłam. Tristan, niestety, przyprowadził dwoch chłopców i dodatkowo jakieś kobiety. Więc więcej raczej już go zapraszać nie będziemy. Sami rozumiecie… Ja za to Pasywki przyprowadziłam. Zabawnie dość. Damian.be i jeden z Pasywków mają nadal emocje. A drugi Pasywek miał być nie tylko miłym towarzystwem w czasie wieczoru ale dodatkowo małą zemsteczką na Mocarze. Zemsteczka za Bartka, wiadomka. A Mateusz się nadawał do tej roli, bo zadręczał jeszcze nie tak dawno Mocara SMSami i wiadomościami na facebooku (zablokował go wszędzie, gdzie się dało), lecz ostatnio udało mu się odciąć od niego… do tego wieczoru :)
Mocar docenił. Powiedział, że plan był dobry. Lubię gdy przeciwnik – mimo tego, że właśnie się na nim odgrywam – potrafi wznieść się ponad to i przyznać, że mi się udała zemsteczka. Plus za to.
Przenieśliśmy się do Glam, gdzie znów sporo wypiłam. Nie na tyle jednak, by nie zjeść potem kebaba z Michałem w drodze do domu! W klubie było wszystko fajnie, poza panem, który na żywo “śpiewał”. Bardzo, bardzo na nie. Robił jedynie okrzyki w stylu “komon!”, “jea!”, “mh!”. Bardzo kiepskie to było. Jestem na nie całkowicie. Dobrze, że miał występ krótki, bo mógłby wszystkich odstraszyć z parkietu. Na szczęście noc skończyła się dobrze dla wszystkich.
Niedziela nie była spokojna. Udałam się na UW na spotkanie klubu parlamentarnego Evolucja, na które mnie zaproszono (bo członkiem nie jestem). Spotkanie z jednej strony fajne, a z drugiej smutne. Nie będę wdawać się w szczegóły, coby Nowej Koalicji nie ułatwiać zadania (tak, wiem że to czytacie). Niemniej, moim zdaniem, rok akademicki 2011/2012 będzie decydujący. Zadecyduje się być albo nie być Evolucji. Jeśli nie wydarzy się coś, co znacząco zmieni siły w Parlamencie Studentów UW, to obawiam się, że za rok po Evo zostaną wspomnienia. I piszę to trochę też po to, by jednak do pracy ludzi zmobilizować.
Wracałam ze spotkania Nowym Światem i zadzwoniłem sobie do mojej przyjaciółki Gacek, żeby zapytać czy żyje po weekendzie… a ta zaprosiła mnie na obiad, który właśnie jedli. Miło, bo Mocar go zrobił i smacznie podał. Posiedziałam, pogadałam, pośmialiśmy się z minionych nocy, pożartowaliśmy z ludzi… Standard.
W poniedziałek wybrałam się do zaprzyjaźnionej firmy. Posiedziałam, pogadaliśmy, ustalaliśmy jakieś rzeczy, trochę im tam ponaprawiałam jakieś duperele… Ale czas gonił, chciałam wpaść na UW, bo tam inauguracja SocjoSzkoły. W tym roku nie udało mi się jakoś specjalnie w to włączyć (inne rzeczy na głowie…), ale wspieram projekt i mam nadzieję, że za rok pójdzie mi lepiej włączanie się w przedsięwzięcie. Chyba, że będą protesty!
Okazuje się bowiem, że z powodu prowadzenia przeze mnie zajęć z licealistami w ramach warsztatów socjologicznych, które UW robi (promując Instytut Socjologii UW przy okazji), Stowarzyszenie Piotra Skargi wysyłało protesty do Mazowieckiego Kuratorium Oświaty :) Nie mam siły do nich, co za banda debili ;) Bez urazy, ale naprawdę trzeba być lekko niepewnym psychicznie, żeby pisać skargę dlatego, że zajęcia prowadzi osoba, która – ich zdaniem – posiada nieuporządkowane życie seksualne i choruje na świerzb (akurat wtedy nie miałam). Zabawne jest też to, że czytają mojego blo, więc mam nadzieję, że i to przeczytają. Przy okazji dodam, że jak każdy protest oszołomów, także i ten okazał się całkowicie nieskuteczny. Prowadziłam homoseksualną propagandę w płońskim liceum, gwałciłam dzieci oraz zjadałam potem ich szczątki, żeby nie zostawić śladów.
Ciekawe, czy będą protestować jak będę kwestować na ulicy na rzecz katolickiej Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia? Napiszą do Prymasa w tej sprawie?
W poniedziałek spotkałam się jeszcze z Mateuszem O. Wpadł ot, tak na kolację. Zrobiłam ją i chyba niezła wyszła nawet. Nasza rozmowa trudna, bo on nie mógł się otworzyć, ale gdy powiedział wreszcie to, co wiedziałam, że powie, emocje opadły. I mógł wracać do domu. A mnie to coraz bardziej przekonuje, że ta znajomość nie zaspokoi potrzeb i nadziei, jakie ja w niej pokładałam a więc najpewniej trzeba będzie ją skończyć.
Wtorek w większości poświęciłem na pisanie (jakoś trzeba zarabiać…) poza tym na UW wpadłem na chwilkę zobaczyć się z moją promotor i wziąć wpisy ze dwa. Spotkać mi się udało, ale wpis tylko jeden uzyskałam… Niemniej, cieszę się z atmosfery spotkania z promotor, bo mam wrażenie, że było inne niż wcześniej. Konferencja jednak wiele nam dała. Może to tylko moje wrażenie, ale podbudowuje mnie to. Opowiedziałam jej też o moich planach a propos doktoratu i chyba jest zadowolona. Jeśli, oczywiście, uda mi się plan zrealizować…
Koniec roku szkolnego jest ważnym momentem w kalendarzu. Co prawda może i mnie mniej już osobiście obchodzi kiedy się dany rok kończy, ale… nie do końca. Bo przecież gros moich znajomych to ludzie bardzo młodzi, którzy nadal chodzą do gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych. Czasem wręcz bawi mnie, jak widzę na facebooku statusy “dostałem się do liceum!” albo “jednak będę w drugiej klasie!”, “no, to za rok matura!” i im podobne. Bawi w tym sensie, że pamiętam, jak nie tak dawno ja mogłabym coś podobnego napisać. Tylko, że wtedy nie było za bardzo u nas facebooka. A w zasadzie był… ale to już nie ma znaczenia.
Ważne jest to, że z okazji zakończenia roku szkolnego zaprosiłam do siebie Mateusza O. Żeby przyszedł, pokazał świadectwo i się pochwalił. Chociaż, jak sam twierdzi, nie ma w tym roku czym. No, niech będzie. Ja tam oceniać nie będę. Uważam, że każdy ma jakieś ambicje i jeśli je zaspokaja, to znaczy, że ma się czym chwalić. Przy okazji oczywiście nasuwa się pytanie czy ja mam się czym pochwalić w mijającym roku akademickim? No, pomijając fakt, że z zimowej sesji zaliczyłam jeden przedmiot a w letniej jeszcze ani jednego, to nie za bardzo… wydawałoby się. Ale tak nie jest. Wiem, że nie podchodziłam do egzaminów nie dlatego, że nie potrafię, że się boję czy też że mi się nie chciało, ale dlatego, że moją ambicją było w owym czasie co innego. Proste. Poza tym, nie zapominajmy, że moje studia doktoranckie (w przeciwieństwie do filologii polskiej) zmuszą mnie nie tylko do zaliczania zajęć, ale także do innej działalności. Z której zresztą muszę się “spowiadać”. I to też zrobiłam.
Jak więc mój miniony rok akademicki wyglądał?
- W minionym roku akademickim opublikowałem pracę "Śmierć prezydenta. Analiza momentu dyskursywnego w ogólnopolskich dziennikach drukowanych" w tomie "Katastrofa smoleńska. Reakcje społeczne, polityczne i medialne" pod redakcją Piotra Glińskiego i Jacka Wasilewskiego. Książkę wydało Wydawnictwo IFiS PAN. Praca jest sprawozdaniem z badania dyskursu medialnego w dniu śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz w dwóch kolejnych dniach na podstawie ogólnopolskich dzienników drukowanych.
- Jestem także współautorem książki "Przemilczane, przemilczani. Raport z badań nad sytuacją osób LGBTQ na Uniwersytecie Warszawskim", w którym znajdują się teksty zarówno przeze mnie napisane jak i takie, których współautorem jestem. Książkę wydało Queer UW.
- Przyjęto do druku moją pracę "Dewiant wkracza na uczelnię. Krótka historia obecności osób homoseksualnych w polskiej myśli społecznej", która ukaże się w tomie "Polska socjologia wczoraj i dziś. Materiały ze studencko-doktoranckiej konferencji naukowej" nakładem AGH w Krakowie. Książka ukazać ma się jesienią.
- Przyjęto do druku tekst, którego jestem współautorem (wraz z Ewą i Pauliną) pt. "Narracja Auschwitz-Birkenau jako dominująca interpretacja Holocaustu". Praca ukaże się w tomie "Kultura Pamięci XX wieku w Polsce i w Niemczech" oraz niemieckojęzycznym tłumaczeniu "Erinnerungskultur des 20. Jahrhunderts in Polen und Deutschland". Wydawcą będzie Muzeum Powstania Warszawskiego. Książka ukazać ma się przed końcem roku.
- W tym roku ukazać ma się także publikacja po konferencji "Kontrowersje Dyskursywne: Pomiędzy Wiedzą Specjalistyczną a Praktyką Społeczną", w której ukaże się mój tekst "Nie jesteśmy chorzy. Walka osób transseksualnych o depatologizację w ramach kampanii Stop Trans Pathologization 2012". Wydawcą jest KUL.
Wygłosiłam referaty: “Nie jesteśmy chorzy. Walka osób transseksualnych o depatologizację w ramach kampanii Stop Trans Pathologization 2012" na konferencji "Kontrowersje dyskursywne. Między wiedzą specjalistyczną a praktyką społeczną", która odbyła się w dniach 18-19 listopada 2010 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, "Przychodzi lesbijka/gej/trans do lekarza. Queerowanie służby zdrowia – problemy, strategie, perspektywy" podczas konferencji "Strategie queer. Kulturowa i społeczna sytuacja osób nieheteroseksualnych i transpłciowych w perspektywie interdyscyplinarnej", która odbyła się w dniach 3-4 czerwca 2011 na Uniwersytecie Warszawskim.
Uczestniczyłam w kilku wyjazdach zagranicznych:
- W dniach 30 września – 3 października reprezentowałem Polskę podczas 3rd European Transgender Council, której tegorocznym hasłem było "Embracing Diversity. Stretching Boundaries. Demanding Rights". Czterodniowe wydarzenie skupiało naukowców, prawników i aktywistów działających w obszarze spraw osób transpłciowych.
- W minionym roku akademickim uczestniczyłem także w wyjeździe naukowym "It’s T Time! Embracing Diversity", który odbył się w Kijowie w dniach 13-18 października. Organizatorem wydarzenia była Rada Europy oraz International Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender and Queer Youth and Student Organisation. Wzięło w nim udział ok. 30 osób z całej Europy. Aktywnymi metodami w trakcie tygodnia wypracowywano rozwiązania dotyczące osób transpłciowych.
- W dniach 28 listopada – 5 grudnia uczestniczyłam w study session zorganizowanej w Strasburgu przez Radę Europy i IGLYO pod hasłem "LGBTQI Young People on the Doorstep of Health Care: Understanding Obstacles and Increasing Access". 
To nie koniec.
- Byłem przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego ogólnopolskiej konferencji naukowej "Strategie queer. Kulturowa i społeczna sytuacja osób nieheteroseksualnych i transpłciowych w perspektywie interdyscyplinarnej". W dwudniowej konferencji wzięło udział ponad 30 osób z całej Polski. Przewidziana jest publikacja pokonferencyjna (zima 2011). Wystąpieniom przysłuchiwało się łącznie ponad 110 osób a kolejne 40 śledziło ją w specjalnej transmisji on-line. Nagrania video z wystąpień ukażą się także w internecie.
- Koordynowałem i współuczestniczyłem w badaniach nad sytuacją osób LGBTQ studiujących na Uniwersytecie Warszawskim, które posłużyły potem do stworzenia publikacji "Przemilczane, przemilczani". Książka dostępna jest w wersji drukowanej oraz w formie e-booka. Eksploracyjne badanie było unikalnym w skali kraju oraz Europy Środkowo-Wschodniej przedsięwzięciem.
- Koordynowałem organizację Tygodnia Równości na Ursynowie. W trakcie szeregu wydarzeń (pokazy filmowe, wystawa, prelekcje, dyskusje i wykłady) udział wzięli m.in. prof. Ireneusz Krzemiński, prof. Małgorzata Fuszara, dr Agnieszka Graff, dr Bożena Keff i inni.
- W semestrze letnim prowadziłem co dwa tygodnie w Instytucie Socjologii bezpłatne Warsztaty Dziennikarskie dla studentów i studentek UW w ramach Koła Naukowego Socjologicznego Warsztatu Dziennikarskiego. Projekt będzie kontynuowany także w przyszłym roku.
- Zostałem wybrany na Prezesa trzech kół naukowych na Uniwersytecie Warszawskim: Queer UW, Koła Naukowego Socjologicznego Warsztatu Dziennikarskiego oraz "Gazeta Studencka" – Praktyczna Szkoła Dziennikarstwa.
- Włączyłem się w promocję Instytutu Socjologii UW poprzez prowadzenie warsztatów dla licealistów "Socjologia – zawód czy powołanie?" w podwarszawskich szkołach średnich.
- Zostałem wybrany na członka Rady Doktorantów Instytutu Socjologii oraz na członka Rady Wydziału Socjologii i Filozofii UW.
- Pozostaję redaktorem naczelnym magazynu studentów Instytutu Socjologii UW "Niusy".
- W październiku 2010 obroniłem tytuł magistra na kierunku dziennikarstwo w Instytucie Dziennikarstwa UW oraz rozpocząłem studia II stopnia na kierunku filologia polska na Wydziale Polonistyki UW. Przygotowuję pracę magisterską pod roboczym tytułem "Tworząc język queer" pod kierunkiem prof. dr hab. Stanisława Dubisza.
- Powołano mnie do Komisji rekrutacyjnej na studia II stopnia (zaoczne) w Instytucie Socjologii UW.
Czyli coś tam jednak zrobiłam. I fakt, że nie mam aktualnie zaliczonej sesji i roku na moich trzecich studiach… no mało mnie martwi :) Poza tym wiem, że dam radę. A jak nie… to też przeżyję jakoś. Jestem Jej Perfekcyjność, nie takie rzeczy robiłam!
A co do spotkania z Mateuszem O. (bo od tego zaczęłam!), to wyszło całkiem fajnie. Niemniej, to było nasze raczej ostatnie spotkanie w ten sposób zorganizowane. Wydaje mi się, że dość jasno i od jakiegoś czasu dawałam do zrozumienia Mateuszowi, że jednak chciałabym, żeby ta relacja nabrała innego charakteru. On tego nie chce, nie zrozumiał albo nie interesuje go to. Więc nie ma sensu, żebym i ja się męczyła dalej. Dlatego też zaproszenie na weekendową imprezę, jako że już poszło, jest ostatnim, jakie ode mnie dostał. Nie ma sensu.
No i jeszcze a propos zaliczania, to tego dnia (przed jak i po spotkaniu z Mateuszem) odwiedziłam UW, żeby dostać jakieś wpisy do indeksu. Czyli nie jest ze mną aż tak źle, prawda?
Na UW zresztą potem jeszcze zostałam. Najpierw: spotkanie z dyrektorem Instytutu Socjologii UW na temat zmian w zasadach funkcjonowania doktorantów. Bo jest pomysł, żeby doktoranci za darmo prowadzili zajęcia – nie tylko ci, co dostają stypendia, ale wszyscy. I choć z jednej strony to fajne, bo przecież prowadzenie zajęć samo w sobie jest fajne, ciekawe i w ogóle, daje dodatkowo doświadczenie, uczy wiele… ale z drugiej strony: inni dostają za to kasę, więc może jednak nie jest to do końca fair, żebyśmy my nie dostawali, prawda? No i doktoranci chcą, żeby płacić a dyrekcja będzie się przed płaceniem wzbraniać. Wiadomo. Konkluzji za wiele nie ma z tej dyskusji – może poza tym, że jest szansa na współprowadzenie zajęć albo na to, żeby w inny sposób zaliczać te praktyki dydaktyczne. Z systemowego punktu widzenia największym plusem będzie na pewno to, że nikt nie będzie mógł zostać doktorem nie mając doświadczenia w prowadzeniu jakiś zajęć, co dotychczas jest możliwe.
Moje zajęcia zaś chyba są już zaklepane na 100 proc. Mówię chyba, bo do mnie dokument żaden oficjalny nie dotarł, ale widzę, że jak wół na stronie www widnieje, że w semestrze letnim przyszłego roku akademickiego prowadzę translatorium. No i fajnie. Strasznie się cieszę i jeśli okaże się, że rzeczywiście stanie się tak, to będę najszczęśliwszą transą na świecie :) Nie muszę chyba mówić, że zajęcia będą w klimacie queerowym i że zapraszam wszystkich i wszystkie, których to interesuje, a którzy są na UW, bo zajęcia będą miały status ogólnouniwersyteckich, więc “z zewnątrz” będzie można się zapisać.
Ze spotkania z dytrektorem musiałam uciec na posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Bardzo smutne posiedzenie. Frekwencja zatrważająco niska – co świadczy oczywiście o braku kompetencji Marszałka, żeby ludzi zebrać albo żeby tak zorganizować posiedzenie, by wszystkim pasował termin i by się stawili liczniej… Świadczy też o ignorowaniu potrzeb opozycji, która akurat tego dnia stawić się nie mogła i której prawie nie było. Świadczy dodatkowo także o tym, że złą decyzją jest likwidowanie Konwentu Seniorów i nie korzystanie z możliwości jakie daje i z jego doradczej funkcji. Świadczy też o spadku zaangażowania ludzi w ogóle w działalność samorządową. Nie chcę się chwalić, ale gdy ja organizowałam posiedzenie Parlamentu Studentów UW w czerwcu, to frekwencja na nim była, mieliśmy kworum i można było podjąć decyzje w sprawach, w których decyzje były podejmowane. Posiedzenie smutne było także dlatego, że po raz kolejny Marszałek wykazał się absolutnym brakiem kompetencji do prowadzenia posiedzenia. I już nie mówię o kwestiach formalnych (bo jestem formalistą) i jego nieznajomości przepisów dotyczących tego, jak należy posiedzenie prowadzić, czy też takich “udogodnień”, które za moich czasów były standardem jak wyświetlanie porządku obrad na rzutniku za plecami Prezydium Parlamentu Studentów UW… ale chodzi o całkowity brak szacunku do mówców, zwłaszcza mówców i mówczyń opozycji, o niegrzeczne zachowanie wobec nich, o nierówne traktowanie mówców i mówczyń, w końcu o wyrażaną co chwilę stronniczość i pogardę zarazem dla osób, które reprezentują inny pogląd. Przekonanie Marszałka o tym, jaką jest wspaniałą osobą oraz jakimi debilami są wszyscy inni jest nie tyle złe, co smutne po prostu. Bo nikt z posłów i posłanek koalicji nie reaguje. Wyraźnie im to na rękę i nie przejmują się tym, że demokracja wyraża się przede wszystkim w szacunku dla poglądów mniejszości. Czy też w zwykłej pokorze i świadomości, że może jednak nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów i warto czasem posłuchać, co inni mają do powiedzenia na ten temat, bo może zauważą coś, czego my nie zauważyliśmy. To jest smutne.
Nie chcę stawiać siebie w pozycji lepszej od innych, ale z racji stażu i pełnionej przeze mnie funkcji w Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW liczyłam na to, że jednak wobec mnie Marszałek nie będzie zachowywał się w ten sposób. Ale zrobił to. Dobrze, jeśli naprawdę chce, to ja mogę wyczerpać wszelkie formalne możliwości w czasie trwania posiedzenia do tego, by zrealizować swoje cele, wypowiedzieć swoje zdanie i zabrać głos tyle razy, ile będę chcieć, stosując odpowiednie kruczki i zabiegi formalne. Nie ma sprawy. Tylko po co?
A czy warto, żebym głos zabierała? Nie wiem ilu formalnie teraz jest parlamentarzystów i ile parlamentarzystek. Niemniej, jestem przekonana, że 90 proc. z nich nie przeczytałao projektu Regulaminu Parlamentu Studentów UW, który miał być dyskutowany i głosowany na tym posiedzeniu. Ja przeczytałam. Miałam uwagi. Chciałam się nimi podzielić. Chciałam zwrócić uwagę m.in. na to, że Marszałek może zwołać posiedzenie np. na 21 marca, przenieść je potem na 1 marca, poinformować o tym wszystkich 14 marca i będzie to zgodne z prawem (choć sprzeczne z logiką i zasadami demokracji). Szkoda, że Marszałek nie chciał tego posłuchać. Tzn. ja to oczywiście powiedziałam, ale nikt nie słuchał.
Szkoda też dlatego, że pewno jestem jedną z ostatnich i niewielu już osób, które czytają projekty protokołów z posiedzeń przygotowywane przez Marszałka i zgłaszających poprawki do nich. Szkoda, że chociaż tego tak po ludzku nie docenił.
Jednak po spotkaniu grupy parlamentarzystów i parlamentarzystek z Evolucji, których od zawsze wspieram i zbieram w niedzielę poprzedzającą posiedzenie Parlamentu Studentów UW widzę, że może nie być łatwo to zmienić. Zapaleńców jest coraz mniej. Ludzie mają inne sprawy, a idee są dla nich coraz mniej ważne. Podobnie w sumie jak posłowie i posłanki aktualnej koalicji, którzy sprawiają wrażenie, że zależy im tylko na wpisaniu potem pewnych rzeczy do CV, co ma im pomóc w walce w innych sytuacjach – politycznych czy zawodowych. Szkoda, szkoda. Kiedyś Parlament Studentów UW był miejscem, gdzie rzeczywiście coś się działo, gdzie ludzie mieli możliwość dyskutowania o sprawach ważnych, gdzie spierały się idee a nie interesy.
Po posiedzeniu Parlamentu Studentów UW udałam się do Galerii. Tam spotkanie o chrakterze – nazwijmy to – biznesowym. Atmosfera miła, trochę konkretów. Mam nadzieję, że sprawa ta zamknie się niedługo i będę mogła zdradzić jej szczegóły :)
Ponieważ ten wieczór to wigilia Bożego Ciała, to więcej osób mogło coś zrobić, wyjść, ruszyć się. A więc namówiłam moją przyjaciółkę Gacek na ruszenie dupska z domu. Damian.be też był w Galerii. Niespodziewanie zjawił się też jego dobry znajomy z Łodzi – Łukasz. Ja też miałam okazję go poznać podczas ostatniego pobytu w tym mieście. Bardzo ładny, męski, z tatuażami, wokalista zespołu rockowego… No wiecie, taki facet przez duże F. Ale tam jakaś negatywna lekko emocja była między nim a Damianem.be (za to moja przyjaciółka miała bardzo pozytywną!) i ostatecznie nie czekaliśmy na tańczących tej nocy chłopców w Galerii tylko przenieśliśmy się dalej. Do końca nie wiedzieliśmy gdzie. W sensie, że do Cudu Nad Wisłą, bo to dość nowe, offowe miejsce. I fajnie, że tam można się wybrać, ale jak nareszcie udało się nam dotrzeć i zobaczyliśmy kolejkę do wejścia, to zrezygnowaliśmy. Właśnie tak bowiem wyobrażam sobie kolejkę z czasów PRL. Dwa kilometry ludzi stoją i czekają. Nie, nie, ja czekać nie będę. Gdybym jeszcze miała pewność, że wejdę i umrę z wrażenia, to może bym się odważyła… ale nie w przypadku, gdy widzę to, co widzę. Że tam w środku (można mówić o CnW, że jest się “w środku”?) nie ma nic takiego, co sprawi, że umrę. Więc nie.
Wycofaliśmy się. Ponieważ było blisko do Gacka, wybraliśmy się do niego. Po drodze kupiliśmy wódkę jakąś czy coś i tak sobie usiedliśmy. Mocar zaraz przyszedł ze swoją szefową, która niniejszym dowiedziała się, że Mocar jest pedałem. Siedzimy, siedzimy i czegoś jakoś nam brakuje. Rozrywki. A ja w kontakcie byłam w Robertem, więc udało się nam ustalić, że jest w Zwiąż Mnie i że zaraz pracę kończy.
Tak, pojechaliśmy do niego. Tak, przeze mnie. Tak, dla niego. Ja, Damian.be i Tomeczek. Bo Gacek już najebany padł spać… Na miejscu okazało się, że impreza rzeczywiście się kończy. Natomiast jeszcze z Robertem coś wypiliśmy i zajmowaliśmy się ogarnianiem a) umierającego już Tomeczka (usnął na schodach…) oraz b) zaginionego w akcji telefonu Damiana.be. Udało się nam i Tomeczka ogarnąć i telefon odzyskać (Volfra Taxi okazała się uczciwa!). Posiedzieliśmy jeszcze trochę a jak Robert skończył pracę, ruszyliśmy dalej! Do Glam! No bo skoro noc ma być szalona, to niech będzie. Tomeczka odstawiliśmy pod domem a sami na Żurawiej wylądowaliśmy. Tam spotkała nas niespodzianka. Dwie grające lesbijki po dwóch utworach… skończyły! Ludzi sporo jeszcze w klubie, pląsają sobie na parkiecie, drynki zamawiają a one kończą! No co za szok. Z podsłuchanej ich romowy z barmanem wywnioskowałam, że one mają zapłacone tyle-a-tyle i nie obchodzi je, co się dalej dzieje z klubem. Żenada i dziecinada. Totalny brak profesjonalizmu. Moim skromnym zdaniem, powinien to być ich ostatni występ z tym klubie. A dodatkowo powinnam powiedzieć wszystkim znajomym właścicielom klubów, że one nie. Że zdecydowanie nie.
Co mnie zaskoczyło, to że ludzie nadal siedzieli! :) Bez muzyki, pogrążeni w rozmowach, podrywach, flirtach i własnych sprawach… nadal siedzieli! To dość zabawne, ale zarazem świadczące o tym, że a) mają dużą potrzebę zabawy, wyjścia z domu, imprezy, b) naprawdę źle że te didżejki wyszły.
Niemniej, po jeszcze jednym drynku my też wyszliśmy. Do mnie. To znaczy Damian.be nie, ale ja z Robertem owszem. I u mnie też piliśmy. Żeby jednak nie było wątpliwości – Robert nie spał u mnie.
Boże Ciało, wiadomo, spędzone w domu. Nawet za dużo roboty nie miałam. I nawet za pisanie blo się wziąć miałam, ale… no, sami wiecie jak to jest. Jak jest wolne, to się czasem po prostu nie chce nic robić. I choć w sumie mam wakacje od jakiegoś czasu, a więc i wolne od jakiegoś czasu, to mogłabym tak codziennie mówić, ale jednak dzień wolny dla wszystkich jest rozleniwiający bardziej niż inne dni :)
A wieczorem: spotkanie z Pauliną i Ewą. Swoją drogą, okazało się, że Ewie się tak samo bardzo nie chciało iść na nie, jak mnie. Dobrze jednak, że poszliśmy, bo było bardzo sympatycznie. Paulina jak zwykle zrobiła dobre przekąski w postaci surowych warzyw oraz sosu jogurtowo-czosnkowego i kilku innych. Zrobiła też jakieś serowe niespodzianki. Miło wyszło, miło. A gadaliśmy, jak zawsze o Auschwitz (naukowo jak i towarzysko) oraz o Queer UW i wydarzeniach sprzed kilku dni.
Gdy już się zaś najebałyśmy, śpiewałyśmy piosenki Edyty Górniak. I zabijcie mnie, nie wiem dlaczego.
Niespodziewanie nadszedł weekend właściwy. Piątek. A tutaj wielka niespodzianka: impreza w apartamencie. Jak to się stało, że zaprosiłam znajomych do wielkiego apartamentu na Nowym Świecie? Ano tak, że pojawił się ktoś, kto chce za niego zapłacić. Bez wchodzenia w szczegóły… Arek, który mieszka na co dzień w Szwajcarii a który jest moim znajomym przyjechał na weekend do Warszawy. I ponieważ tak czy owak wynajmował apartament, to skorzystaliśmy z tego i tam imprezę zrobiliśmy. Na początku nie było łatwo. Przestrzeń duża a nas aż nie tak wielu i trudno było te metry kwadratowe jakoś ograć. W sensie, że zazwyczaj jesteśmy na nieco mniejszych przestrzeniach i to znajomych, więc wiadomo, jak się w tych murach zachować. A tutaj nie za bardzo. Ale po kilku drynk okazało się, że dajemy radę ;) Było fajnie. Na tyle, że wyszłam raz z moją przyjaciółką zapalić a przy okazji miała mi pokazać stojącego na Nowym Świecie chłopca, który się jej podobał.
Chłopca nie spotkaliśmy, ale jakąś grupkę przechodniów zaczepiliśmy. Dwóch chłopców i dwie dziewczyny. Zaczepiliśmy je pytaniem “czy jesteście hipsterami?” i powiedzieli, że nie. Znaczy, że są. Więc od słowa do słowa i zaprosiliśmy ich do środka, do aparatmentu. Arka nieco to przeraziło, ale uspokoiłam jego niepokój ;) Jeden z chłopców był trochę jednak hetero ale ten drugi zupełnie nie. Wojtek. Co śmieszne, nikt nie wziął do niego kontaktu, podczas gdy się wszyscy jego urodą (słusznie) zachwycali! Teraz, gdy piszę te słowa, wiem co to za Wojtek, ale odkryliśmy to dopiero po 10 dniach od tej imprezy! Gdy wypiliśmy już większość alkoholu postanowiliśmy się zbierać. (Mateusz został, najebany i zrzygany w moim łóżku…) Za namową Arka, który chciał zobaczyć Hunters stwierdziłam, że wejdę tam, zostawię go z Gackiem czy tam innymi ludźmi i pójdę do Glam. I dobrze, że weszłam. Może i to był piątek, może i byłam najebana lekko ale w środku zobaczyłam masakrę. 4 osoby na krzyż. Naprawdę, nie więcej. Masakra.
Doszłam do baru na chilloucie, gdzie stał Gacek i wyszłam od razu. Do Glam.
A tam impreza w porządku. W sensie, że w stylu Glam ;) Dopiero potem się dowiedziałam, że Tomeczka do Glam nie wpuścili, bo był… zbyt najebany a Michał po wejściu na schody Glam zrzygał się tam i wyszedł z klubu. Trochę masakra :)
Ja zaś bawiłam się dobrze! Na pełnej kurwie! Ponieważ nocować miałam w apartamencie, to wracałam z Glam z Gackiem, coby on mnie po drodze do siebie odprowadził. Zahaczyliśmy, nie inaczej, o kebaba. A potem Gacek wszedł ze mną do apartamentu. Ja, generalnie, położyłam się spać do Mateusza (ogarnęłam zarzygane miejsca…) a Gacek… no właśnie. Od Arka wyszedł z pokoju Kuba Po Prostu i ktoś jeszcze. Ktoś jeszcze (nie wiem kto to…) wyszedł a Gacek do nich wszedł i spali razem we trójkę trochę. Ja usnęłam obok Mateusza. Trudno.
W sobotę poszłam na hipsterskie śniadanie z moją przyjaciółką do Sketch. Tam obsługiwał nas jeden lekko przegięty ale bardzo miły pan. Opierdoliłyśmy po Sketchburgerze i tak się zaczął mój dzień. Odebrałam od Gacka mojego iPada zostawionego tam w środę podczas picia z okazji wigilii Bożego Ciała. Wyglądałam pewno dość śmiesznie w muszce, koszuli i bluzeczce oraz lekko rozwianych włosach… Wróciłam do domu lekko się ogarnąć.
Wieczorem bowiem: impreza urodzinowa Macieja Bieacz. Ponieważ to mogą być jego ostatnie urodziny w życiu, postanowiłam się na nich zjawić jednak. Kiedyś byliśmy prawie przyjaciółmi, więc wypada, co nie? Tym bardziej, że impreza u Gacka w Ordynacka Palace Residence, więc chcę wpaść. Ludzi sporo, choć trochę dziwni momentami dla mnie. Zwłaszcza znajome Adama (tego, co go Maciek podrywa ostatnio), ale daliśmy radę. I owszem, się lekko najebaliśmy. Potem odwieczny dylemat “kto gdzie idzie”. Ja od razu mówiłam, że w Hunters moja noga nie postanie, więc odpadło. Poszedł m.in. Gacek, który potem nagrywał mi się na video, że było w klubie totalne gówno i że więcej tam nie pójdzie. Ja wiem, że kiedyś już tak na temat Toro mówił i słowa nie dotrzymał… niemniej, świadczy to nie najlepiej o jakims miejscu, jeśli ma sytuację podobną do Toro ;)
Tak czy owak – impreza trwała w najlepsze. O tyle dziwnie się dla mnie skończyła, że w apartamencie wylądował ze mną (jakkolwiek dwuznacznie lub nawet jednoznacznie nie zabrzmi) jakiś chłopiec, którego imienia nie znałam za bardzo nawet w momencie, gdy wychodził. Okazało się zresztą, że znałam (Michał), tylko pewna nie byłam. I nie wiem czemu poszedł ze mną, prawdę mówiąc. Spał koło mnie a rano mnie obudził i wyszedł. Dziwnie jakoś tak. Sama czasem się zastanawiam po co ja takie rzeczy robię…
Tym bardziej, że… w środę (a więc kilka dni później) moja dermatolog powiedziała mi, że znów mam świerzb (zaraz do tego dojdę) i tegoż Michała zaraziłam. Znajomi żartują, że dlatego musiałam znów zachorować, że nie przekazałam choroby dalej poprzednim razem i teraz musiałam, żeby mieć pewność, że wyzdrowieję… No, niech będzie.
Dzień spędziłam w zasadzie z Arkiem. Poszliśmy na śniadanie do Fridy na Nowym Świecie. A że tam podawali jakiś dobry drynk z truskawek… no to wypiliśmy jeden. A potem drugi. A potem trzeci. A potem poszliśmy po Filipa, który gdzieś tam koleżankę odprowadzał. A potem wypiliśmy jeszcze jednego. Spotkaliśmy też Gacka i Macieja, więc z nimi na Krakowskie Przedmieście się wybraliśmy, żeby zobaczyć Warsaw Fashion Week czy coś takiego. Ale nic się nie działo, poza tym, że Arek chciał ze mną za rękę chodzić. No więc chodziliśmy.
Wieczorem wylądowaliśmy znów w Royal Route Residence. Z wódką. Ponieważ Arek chciał, zaprosiłam do nas także Kenny’ego. No i oni sobie coś tam razem w pokoju robili a ja rozmawiałam z Filipem. I zauważyłam, że to już naprawdę koniec naszej znajomości. Od czasu gdy sypiał z Grzegorzem nie poprawiło się nic. Skoro on nie widzi nic złego w tym, że nie odzywa się do mnie przez 7 a nawet 10 dni i udaje, że nadal jest tak jak było… to nie mamy o czym rozmawiać. Po prostu.
Do domu z sobotniej imprezy wróciłam w poniedziałek koło 13.00. Nie pamiętam już na czym mi ten dzień zleciał, ale pamiętam, że umówiłam się z Robertem na wtorkowy poranek. Bo on wyjechał z siostrą gdzieś nad morze ale chciał pilnie wrócić. Nie wiem czemu. Mówił, że się po prostu tam źle czuje. Sprawdziłam mu transport i nocnym autobusem wrócił stamtąd do Warszawy. Był na miejscu koło 6.00. A ja odebrałam go z dworca. I zaprosiłam na śniadanie. Jasne, że się nie wyspałam. Ale chciałam go zobaczyć.
To był dopiero początek intensywnego dnia. Postanowiłam się w końcu na UW wybrać i ogarnąć nowe ubezpieczenie zdrowotne, jakie będę mieć dzięki Uniwersytetowi. Dotychczas płaciłam 32 zł do PZU Życie a teraz będzie 56 zł. Więcej, no ale rozumiem, że nie udało się im inaczej wynegocjować. Trudno. Dla mnie ważne jest, żeby jednak mieć to, bo okazuje się, że oszczędzam. Poza tym – wystarczy jedna wizyta u lekarza na dwa miesiące, żeby mi się opłacało. Więc spoko, na pewno zaraz złapię jakiś syfilis czy inne gówno, więc spoko. Ogarnęłam też ostatecznie kwestię konferencji naukowej. Wyobraźcie sobie bowiem, że ona nadal nierozliczona… No, ale nic to. UW ogarnia. Dadzą radę. Pani, która się tym zajmuje – pełnomocnik kwesotra – jest zajebiście miła i pomocna. Dzięki bogu za takich ludzi! Ja oczywiście płaszczę się przed nią, udaję najmniejszego robak i chodzący brak wiedzy… ale i bez tego czuję, że ma taką naturę, że ogarnęłaby mnie ramieniem i przytuliła.
Potem spotkanie z Marcinem. Dawno się nie widzieliśmy. Co więcej, ostatnio widzieć się mieliśmy jakieś 6 tyg. temu w piątek w przededniu jego urodzin. Miałam mu dać prezent. Ale że wyszło nam spotkanie na dwa dni przed tym terminem tak jakoś spontanicznie, to odwołał to piątkowe. I prezent czekał do dziś. Dostał go, to najważniejsze (tak, była to książka i filmy porno). Samo spotkanie miłe. Odkryłam, że jednak miejsca mniej formalne – czyli nie kawiarnie – sprzyjają wymianie myśli między nami. Mam takie wrażenie, że moment, gdy siedzieliśmy naprzeciw Żurawiej 4 na murku pod jakąś instytucją, która była za nami, był najfajniejszy w tym wszystkim. Więc może następnym razem będę od razu proponować tego typu spotkania. Na murku.
Fajnie było go znów zobaczyć.
A pod wieczór wpadł do mnie Kuba. Jeden z Pasywków. Ponieważ ostatnio Mateusz pokazywał mi swoje świadectwo, tym razem padło na niego. Przyniósł, lekko wygniecione. Dostał ode mnie oczywście jakiś posiłek (już nie pamiętam, co to było dokładnie) i pogadaliśmy trochę. Głównie o tym jak sobie w szkole radzi. Skądinąd wiem, że ma tam problemy z racji tego, że jest przegiętą ciotą. Ale wiem też, że sobie radzi oraz że są sposoby formalne, by sobie radzić. I powiedziałam mu – a powtarzam to teraz – że w tym zakresie na moją pomoc może oczywiście liczyć. Przecież jestem jebaną formalistką! :)
Następny dzień był dla mnie bardzo ważny. Nie powiem, że stresujący, bo to nieprawda… Ale był o tyle ważny, że o 9:00 miałam egzamin wstępny na studia II stopnia w Ośrodku Studiów Amerykańskich. Złożyłam tutaj papiery też na I stopień, więc jest szansa, że chociaż tutaj się dostanę. I nie będę ukrywać, że a) zależy mi na II stopniu (na razie jestem na liście rezerwowej), b) jeśli dostanę się na oba, to wybieram II, c) jeśli dostanę się na I stopień, to sobie przez rok pochodzę na co ciekawsze zajęcia i tyle – pewno nie będę tego kontynuować, bo oznaczałoby to, że rok po obronie doktoratu będę bronić licencjat… Ale nigdy nie wiadomo jak się życie potoczy ;)
Sam egzamin – wydaje mi się, że prostszy niż rok temu, ale może ja się nie znam… A może mi teraz szczęście sprzyjało (wtedy na rezerwowej nie byłam). Zobaczymy, za kilka dni ma się sprawa rozjaśnić. Z oboma stopniami.
Prosto z Wydziału Zarządzania (tam miał miejsce egzamin) pojechałam do dentysty. To moja ostatnia, ósma chyba wizyta u niego w tym cyklu. Udało mi się wyleczyć w zasadzie wszystko. Do mojej decyzji pozostają “ósemki”, ale nimi zajmę się za jakiś czas. Generalnie wydałam na stomatologa jakieś 1,5 tys. zł. Z dwudziestoprocentową zniżką, ma się rozumieć. No cóż, ale generalnie moje zdrowie w tym roku mnie kosztuje…
Potem jeszcze wizyta u dermatologa. Tak, mam świerzb. Nie, to nie ten sam co poprzednio. Minęło za dużo czasu od poprzedniego leczenia, żeby była możliwość samo-zarażenia… Co oznacza, że znów mnie ktoś zaraził. Fajnie, nie? Podejrzewam, że tym razem wiem kto… w sensie, że to nosiciel ukryty. Ma, ale sam nie ma objawów i zaraża innych, bo nie chce – wbrew mojej poradzie – poddać się leczeniu mimo braku objawów. Pamiętajcie, na przyszłość, że brak objawów gdy ktoś bliski Wam ma świerzb nie zwalnia Was z konieczności leczenia. Wprost przeciwnie, musicie to zrobić dla dobra swojego, tej osoby i innych dokoła. Dziękuję za uwagę.
Oczywiście, tego dnia zdobyłam InfectoScab i jestem już zdrowa. Przez to też wieczorem nie poszłam na urodziny barmanki Glamowej. Miałam, chciałam, planowałam… ale jednak leczenie świerzbu jest ważniejsze ;)
Czwatek minął mi na pracy przy komputerze. No, niestety, czasami trzeba. Niemniej, praca ta przynosić powinna efekty. A ja podliczyłam dziś ile mam “wirtualnych” pieniędzy. To znaczy takich, które powinnam mieć lub które będę mieć lada moment, bądź też takich, które pożyczyłam komuś. I wyszło mi 5150+880+300+400+1400+1400=10790 zł. Tak, ponad dziesięć tysięcy gdzieś tam krążących, które nie mogą do mnie dotrzeć. Mam nadzieję, że większość do końca lipca do mnie trafi. Mój kochany mBank ma do mnie zaufanie i na kartę kredytową mi z chęcią pozwala wiele rzeczy brać, ale ja chcę moje pieniądze oraz chcę zlikwidować kartę kredytową! :) Oddajcie mi kasę! ;)
Arek, który tydzień wcześniej w weekend szalał w Warszawie, postanowił wrócić. Przez tydzień był u siebie w Bydgoszczy rodzinnej a teraz znów chciał w Warszawie poimprezować. Ponieważ wcześniej tego nie planował, nie ogarnął sobie apartamentu a te okazały się być zajęte czy coś tam. Więc spał u mnie. W piątek zabrałam go na bifor na Grochów do znajomych Michała. To nie była dobra decyzja. Wszystko fajnie, wszystko sympatycznie… Ale jednak to nie moje towarzystwo. Za mało młodych ludzi, za dużo kobiet… Doceniam, że dobry alkohol i ładne wnętrze, ale to zdecydowanie za mało. Sam Michał jednak mówił potem, że to nie była najlepsza czwórka, jaką tam miał. Trudno więc, stało się.
Pojechaliśmy więc czem prędzej dalej. Do Toro. Arek rzadko bywa, więc nie miałam nic przeciwko i podjęłam to ryzyko. Tam okazało się, że ludzi nie za wiele i się nie dzieje dużo… Dobrze, że występowała Monika Jarosińska. Ostatni mój z nią kontakt wspominam źle. Ten natomiast bardzo korzystnie. Uratowała imprezę, poważnie. Inaczej nie wiem czy dałabym radę. Ma ładny głos, niezły kontakt z publicznością. Dobrze nagłośniona… nie, no było naprawdę fajnie.
A potem Arek spotkał Nicol. Czyli dawniej Jordana. I się zgadali, że wychodzimy z Toro i jedziemy gdzieś-tam. Ja nie chciałam gdzieś-tam, więc powiedziałam, że obok jest kebab na pl. Konstytucji i że ja tam chcę, to go zjem. I zjadłam sobie, co mi poprawiło nastrój, ale i mój stan fizyczny.
Arek chciał jechać po spotkaniu z Jordanem do mnie, żeby się przebrać czy coś tam. No więc jeszcze o Melinę zahaczyliśmy zanim do Glam dotarliśmy. Udało się jednak i ja zadowolona oddałam się zabawie. Arek jednak stwierdził, że nie da rady. W sensie, że tam palą, że jest duszno (fakt, coś im się zjebało i było tak gorąco jak jeszcze nigdy w historii!) i on musiał wyjść. Wrócił sobie do Toro. A ja bawiłam się dalej w Glam. Awantur i rewelacji nie było, więc wróciłam do domu z Michałem jakoś. W domu jeszcze usmażyłam nam rano (bez tłuszczu!) fileta z uda kurczaka z sosem cayene i czerwoną fasolką.
Arek wrócił jakoś, ale caaaaałą sobotę miał z głowy. Umierał, mówiąc krótko. A to niedobrze, bo w sobotę zaplanowana była impreza w Melinie. I to na pełnej kurwie, bo w limuzyną Hammera wożącą nas potem po klubach. A Arek naprawdę umierał. Przybył na ratunek Tomeczek, który miał pomóc załatwić Arkowi coś, co postawi go na nogi. Ale nie załatwił. Zjedliśmy kebaba, próbowaliśmy różnych soków, drynków, czegokolwiek… Nic nie pomagało. Dlatego jak na minibifor przybyli ludzie, to zastali Arka tak jak zastali. Zdychającego. Ale mimo wszystko postanowiliśmy bawić się dalej. Limuzyna zamówiona, zapłacona… Trzeba na pełnej kurwie dać radę! I po biforze u mnie rzeczywiście limuzyna podjechała. Wpakowaliśmy się w nią i ruszyliśmy w podróż! Zapłacone było za godzinę i tyle zamierzaliśmy wykorzystać. Najpierw – by dojechać do klubu Zoo. To nie było łatwe, bo nie wszędzie limuzyna da radę wjechać. Ostatecznie jednak Mazowiecką zdobyliśmy, zakorkowaliśmy i do Majkiego wskoczyliśmy na jego urodziny. Ludzi już trochę było. On ucieszył się na mój widok, zaprosił nas wszystkich na welcome drinki, przedstawił mnie mamie swojego faceta… no, działo się, działo. Jak na kilkanaście minut, które byliśmy w klubie, to naprawdę sporo się wydarzyło. Ale fajnie, pozytywnie.
Szybko wyskoczyliśmy (Gacek z Martyną zostali) i pojechaliśmy dalej. Część chciała wysiąść przy Hunters a część, w tym ja, pojechała dalej, do Glam. Pan był na tyle uprzejmy, że zgodził się przekroczyć czas o jakieś 3 minuty i nas dowieźć na miejsce ;) No, chociaż tyle.
Śmieszne było to, że Arek zaprosił Daniela Cz. i Kamila ChupaChups. W sensie, że to są ludzie, z którymi ja już nie mam kontaktu i jakoś tak nie rozmawiam raczej. Tak więc musieliśmy jakoś przez ten jeden wieczór działać razem, jak dawniej. I udało się. Oni trafili z Arkiem do Hunters, ale wyszli po pół godziny. Ja trafiłam do Glam i wyszłam nad ranem. Poznałam aż trzech ładnych chłopców. Oraz zrobiłam scenę Robertowi. Taką lekką ciotodramę. Już wyjaśniliśmy sobie co i jak ale w klubie nie było tak wesoło. Musiałam też kolejne 100 zł pożyczyć Damianowi.be, który kartę kredytową zgubił czy tam zniszczył… No, generalnie nie miał kasy ;)
Gacek z Kocykiem przyszli potem z Zoo i Huntersa do Glam (to takie miejsce, gdzie coraz częściej kończą się imprezy). Ale już długo z nimi nie siedziałam tylko do domu pojechałam. I to śmiesznie, bo odwiózł mnie David (ze swoim pięknym chłopcem!). Ale że David pijany, to zamówił pana, który prowadził samochód Davida. Dobra instytucja. A pan śmieszny, bo osiemnastolatek zestresowany tym, że wiezie transa i bandę ciot w drogim aucie ;) Było śmiesznie. A Davidowi dziękuję za transport!
W niedzielę… bawimy się dalej! Arek wynajął na jedną noc apartament na Nowym Świecie i chciał pogadać ze mną. Wpadłam więc i gadaliśmy sobie. A wieczorem Michaś przyjeżdżał z Władysławowa. Więc odebrałam go z dworca (przecież ja go do Władka wysłałam!) i pojechaliśmy do Arka znów. Siedzieliśmy ostatecznie całą noc. Ale całą. Do 7 rano jeśli mnie pamięć nie myli. Rozmowy, rozmowy, muzyka (dużo chóru chłopięcego, trochę popu, na koniec też house’u), pizza nocą, podryw i takie tam. Skończyło się tak, że ja sama wypiłam 0,7 l wódki (oni nie pili, woleli mocniejsze rzeczy) i spaliśmy w tym apartamencie do 12.00. Dwadzieścia minut później byłam już u fryzjera (specjalnie dla mnie wcześniej przyszedł do pracy, więc nie mogłam się spóźnić i dlatego z Chmielnej 1/3 na Chmielną 122 jechałam taxi…). Potem spacerowałam sobie z Michasiem. Jedliśmy śniadanie/obiad/posiłek w Złotych Kutasach. (dialog dnia: “Na co masz ochotę?”, “Na to, na co chcesz mnie zaprosić”). Trochę pogadaliśmy, ale i jemu śpieszno było do Krakowa. Więc odprowadziłam go na dworzec, gdzie zapomocą biletomatu, bez kolejki, patrząc na OLBRZYMIĄ kolejkę w kasach holu głównego, kupił sobie bilet na podróż. I pojechał.
A ja wróciłam do domu się ogarnąć. I spakować na wyjazd! Wszystko trwało nie za długo, bo okazało się, że Arek – zmęczony nocą i zmuszony czekać aż do 18:00 na samolot do Zurichu – wynajął apartament, który od 18:00 do 11:00 był dostępny ale pusty. 80 m kwadratowych o wysokim standardzie. Więc ja go zajęłam. I zorganizowałem tam spotkanie ze znajomymi, którzy chcieli mnie zobaczyć przed wyjazdem. Wpadł Gacek, Kasiaspyrka, Robert. Michał nie chciał wpadać, bo “jutro muszę wyjść z domu, więc dziś nie będę wychodzić”. Wypiliśmy coś, pogadaliśmy, pojedliśmy… Potem został tylko Robert i mogliśmy spokojnie pogadać o weekendzie minionym i nie tylko. Nie chciał jednak korzystać z dwułóżkowej sypialni na Nowym Świecie (przez ścianę z moją sypialnią), bo wiedział, że musiałby wstać ze mną najpóźniej o 7:00. Przecież mam rano pociąg do domu rodzinnego.
Więc o 7:20 stałam już na dworcu, czekając na pociąg Express InterCity Bolesław Prus, który szczęśliwie dowiózł mnie na Pomorze Zachodnie. Tak zaczyna się mój tygodniowy pobyt tutaj oraz tutaj jest moment, o którym opowiadam w pierwszym akapicie tej blotki.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I nie możesz już tego znieść

29 gru

Nie lubię zmieniać planów jeśli idzie o terminy pisania blo. Sami wiecie jakie mam z tym problemy. Wie c jak już zaplanuję, to staram się tego trzymać. Tym razem się nie udało. Winna jest spółka PKP InterCity. To przez nią piszę blo 4 dni później niż zakładałem.

I muszę jeszcze o Grzegorzu napisać. Już wyjaśniałam na blo jak i jemu czemu nie możemy kontynuować tej znajomości. Bo się nie stara. Bo się wycofuje z zapowiedzi. Skoro na początku naszej znajomości mówi, że mnie kocha i że mógłby dla mnie zrezygnować z życia seksualnego a potem twierdzi, że niczego nie może mi obiecać, to mnie to nie bawi.
Oczywiście, jest miłym, gdy okazuje się, że po sześciu latach celibatu nadal ktoś jest zainteresowany mną tak quasiseksualnie. To mi schlebia tym bardziej, że ów ktoś ma lat siedemnaście i jak na swój wiek coś tam w głowie. Oraz że jest ładny. Oraz że nie wstydzi się publicznie mówić o tym, że jest mną zainteresowany. Oraz że to okazuje.
Może powinnam też od razu dodać wszystkim wścibskim i zainteresowanym, że do niczego między nami nie doszło. Nie całowaliśmy się. Nie przebywaliśmy nago w swojej obecności. Grzegorz spał ze mną w ubraniu.
Choć, i to muszę przyznać, kusiło mnie to bardzo. Na tym chyba polega różnica między byciem osobą aseksualną a byciem w celibacie. Nie jestem aseksualna. To, że nie mam życia seksualnego, to tylko mój wybór. A więc coś, co mogę teoretycznie zmienić. Mogłabym dla Grzegorza i nie ma co udawać, że jest inaczej. I to nie chodzi o to, że jest słodkim młodzieńcem ale o to, że wiedział, na których strunach zagrać.
Chcę na to spojrzeć z perspektywy psychoanalizy Naomi Klein. Ona lubi mówić o elementach alfa i beta. Te pierwsze są fajne, te drugie nie. I mówi o kontenerowaniu. Że z naszymi elementami beta musimy sobie jakoś radzić i w sobie lub w innych je kontenerować. Jednym z jej ulubionych przykładów jest sytuacja autentyczna z relacji psychoanalityk-klient. Ów właśnie zakochał się w swojej terapeutce ale nie mógł sobie z tym poradzić. Męczyło go to, nie dawało spać. Widywał ją codziennie od poniedziałku do piątku ale nie mógł z siebie nic wydusić. Miał w sobie dużo elementów beta. Gdyby je potrafił w sobie skontenerować, wytłumaczyłby sobie jakoś, że nic z tego. Że musi o niej zapomnieć. Nie potrafił jednak. Co zrobił? W któryś piątek na sam koniec spotkania rzucił do niej: "a tak w ogóle to panią kocham i nie potrafię żyć bez pani dlatego chciałbym żeby została pani moją partnerką" i wyszedł. To oznacza, że pozbył się swoich elementów beta. Niemalże dosłownie rzucił nim w terapeutkę. W weekend mógł spać spokojnie, problem miał z głowy, nie musiał nad nim więcej myśleć, martwić się i zastanawiać. A co stało się z terapeutką? Miała weekend z głowy. Zastanawiała się jak to się stało, czy to prawda, czy on mógł się w niej zakochać, czy to może tylko jakieś przeniesienie, czy zauroczenie, czy coś jednak głębokiego. I co ma mu powiedzieć w poniedziałek, czy może nadal go leczyć? Jego elementy beta znalazły się w niej. Teraz to ona miała problem.
Przytaczam (niedokładnie) tę historię, by pokazać jaki mechanizm zadziałał między mną a Grzegorzem. Jego miłość, jego kłopot, jego elementy beta zostały wrzucone we mnie. To ja się musiałam zastanawiać co zrobić, ja zareagować, na co pozwolić sobie i jemu. Teraz to ja miałam problem. Ja miałam elementy beta. Wydaje mi się, że dzięki kilku rozmowom oraz jednemu upiciu się udało mi się je skontenerować. Co nie oznacza oczywiście, że wiem jakbym zareagowała gdyby teraz zadzwonił i powiedział, że myślał nad tym i jednak chce inaczej. Nie ręczę za siebie :) Chociaż z dnia na dzień wydaje się to całe szaleństwo odległą historią. A pisanie blo jest także sposobem na kontenerowanie. Wiem o tym i to także powód dla którego wracam do tego tematu. Chcę zarazem dodać, że Grzegorz nie jest dla mnie nastolatkiem jakich dokoła wielu. Rzekłam.

W niedzielę wieczorem, po napisaniu najdłuższej blotki w historii, odwiedziłam jeszcze moją przyjaciółkę Gacek (złego słowa o niej nie powiem), bo miałam w planie zrobić u niej ciasto na Queerilię. Adam zapowiedział, że wpadnie. Bo jakoś nasze kontakty ostatnio coś nie teges. Więc żeby była okazja się zobaczyć, to on też do Gacka się zapowiedział. I wpadł. A ja jeszcze Grzańca przyniosłam. I tak, w miłej atmosferze i przy kręcących się bohaterkach programu Tap Madl, które od soboty (czy od piątku?) siedziały na górze mieszkania, powstawał piernik na jutrzejsze święto. Miła atmosfera, wszystko fajnie. W sensie, że dobry wieczór był, ciasto też dobre wyszło (mimo, że u Gacka piekarnik nie najnowszy i trzeba w połowie czasu, na wszelki wypadek, okręcić ciasto dokoła). Więc dobra niedziela, mimo że późno dość wracałam. Adam wyszedł wcześniej ciut, bo się z tym swoim nowym bsps umówił. Tam też mają jakieś kryzysy ale o tym pisać mi się nie chce. Mam swoje ;)

W poniedziałek od rana robota. Najpierw w sieci, bo trzeba przygotować kilka stron na to, że wyjadę i mnie nie będzie a coś jednak dziać się musi. Więc, teraz zdradzam tajemnicę, takie rzeczy robię najczęściej wcześnie rano. O 7, o 6… Różnie. Ale właśnie wtedy. Bo czasem mnie pytacie „jak ty znajdujesz na to czas?”. To już wiecie.
Potem w zaprzyjaźnionej firmie – ale atmosfera już okołoświąteczna i to się czuje. Raz, że wszyscy trochę bardziej rozleniwieni, dwa – niewiele się da załatwić, bo w innych firmach, miejscach, instytucjach, taka sama atmosfera. Więc w przerwie udało mi się podpisać z 80 kartek świątecznych, które na mój podpis czekały przed wysyłką. Zadanie wykonane, ktoś może je teraz wysłać.
Po południu udałam się w końcu na seminarium magisterskie. Drugi raz w tym roku… ale dziekan na tyle wyrozumiały, że od razu powiedział, że po tak długiej nieobecności, nie będzie mnie męczył i że muszą dziewczyny ogarnąć to, co było do zrobienia. Alleluja! Więc mogłam słuchać i się uczyć bezstresowo. Śmiesznie w ogóle, bo na tym seminarium nas było w sumie 4 osoby. Dość kameralnie. Jasne, to ma plusy. Ale, co oczywiste, wymaga też od nas większego skupienia, większej uwagi, większego zaangażowania. Ale to dobrze, dobrze. Wspieram to :)

W tak zwanym międzyczasie odwiedziłam sekretariat Instytutu Dziennikarstwa UW, żeby… tak! Odebrać dyplom! Nareszcie był i czekał na mnie. Piękny, opłacony! Mam więc coraz więcej dyplomów magistra, którymi mogę sobie – za przeproszeniem – dupę podetrzeć. Bo w zasadzie na razie dyplom ów był mi potrzebny tylko dwa razy. Raz, jak się na studia doktoranckie dostawałam a dwa, jak się na studia II stopnia dostawałam. Czyli że generalnie szaleństwa nie ma ;) No, ale skoro 100 zł poszło, to dyplom mieć chcę. Może kiedyś się jednak przyda?
Po wszystkim jeszcze Centrum Myśli Jana Pawła II odwiedziłam, bo zajęcia. Rozmawialiśmy o tym, jakie prace chcemy napisać. Efektem naszych zajęć mają być bowiem prace podsumowujące czy jakkolwiek. Które zresztą potem prowadzący chce razem z Centrum JP2 wydać jakoś. Więc wszyscy piszą o jakiś tam katolickich sprawach a ja chcę o buddyzmie. Więc może być ciekawie. Ale temat się podoba i mam sporo na ten temat przeczytane też. Więc mam nadzieję, że coś fajnego z tego wyjdzie.

Ja wyjść za to musiałam ale wcześniej z zajęć, bo w domu Queerilia. Czyli że nasza queerowa wersja wigilii. Bez opłatka, z bigosem na dziku i generalnie na dziko :) Okazało się, że wpadło w sumie 18 osób. Każdy i każda przyniósł coś do jedzenia, coś do picia… No i tak się nam sympatycznie zrobiło, że się Queerilia przeciągnęła jakoś do 1 w nocy czy coś. Oczywiście, były skandale. Mocar wyłączający muzykę (nienawidzę jak ktoś dotyka Justynę bez pytania!!!), Pola całująca się z heterokobietą (to akurat ciekawostka, nie skandal) no i wizyta Grzeogrza. Zapowiadał, że wpadnie i stało się. Chciał rozmawiać trochę. Ja powtórzyłam w zasadzie to, co mam do powiedzenia i – choć było to bardzo trudne – opierałam się mu, gdy chciał mnie przytulić czy objąć. Nie było to łatwe, ale nie dałam się sobie.
Poszło sporo alkoholu. Zważywszy na to, że nie wszyscy pili, to jednak 4 litry grzanego wina, 2 litry wódki i 3 butelki wina, to sporo. Ale dobrze, dobrze! Tak ma być! To jest Queerilia! Poszło też mnóstwo żarcia. Niemniej, cieszę się, że goście zabrali to, co zostało. Ciasta, ciasteczka, sałatki, sałateczki, duperele… No, wszystko. Dobrze, bo inaczej ja bym się tym obżerała.

Kolejne dni, kolejne wigilie. We wtorek: wigilia Instytutu Socjologii UW. Wiadomo, że jako student czułem się w związku z tą okazją inaczej (bo sam współorganizowałem to wydarzenie), ale jednak jako doktorant też mogę się dobrze tam czuć. Jedzenia było trochę, choć z powodu zmian w rozliczeniach, jakie wprowadziła kwestura, zmienił się też skład tego, co na stołach się pojawiało. Ważniejsza jednak okazała się aukcja charytatywna. Ta sama, na której rok temu poszły moje korale przez Dodę zerwane. Tym razem ja licytowałam. Najpierw – bombka od prezydentowej Komorowskiej. W zasadzie nie wiem czemu… ot, bałam się, że nie pójdzie. I ostatecznie za 45 zł ją nabyłam. Dam babci na Święta – moja pierwsza myśl. Dziś już wiem, że mi się to nie udało, bo nie miał mi jej kto wydać potem z magazynu przed Bożym Narodzeniem. Ale to na marginesie.
Szałem okazała się jednak szminka prof. Jadwigi Staniszkis. Tak, kupiłam. Tak, za dużo pieniędzy. Dałam za nią 275 zł. Ale! Za to mam obiecane, że będzie z dedykacją dla JP od pani profesor. Wyobrażacie to sobie? :) Super! I oczywiście po naprawdę ciężkiej walce, padło pytanie z sali (siedziałam w pierwszym rzędzie, bo musiałam wyjść przed końcem): „Będziesz jej używać?” Wiadomka!

Potem zajęcia na Wydziale Polonistyki. Było śmiesznie. Kolokwium, z którego uciekłam… jest do poprawki. Profesor stwierdziła, że tak słabo poszło, że jedna osoba dostałaby 4 a reszta… nie. W sensie, że źle. Więc będę miała szansę napisać to kolokwium! Nauczę się! Obiecuję! Tym bardziej, że na zajęciach poprawialiśmy je i wiem już mniej więcej czego mogę się spodziewać. Będzie dobrze, dam radę!
A wieczorem wpadł Adam. W zasadzie chyba bez konkretnego powodu, ot żeby się spotkać. Późno wpadł, bo też miał jakąś tam robotę. I takie nasze „widzenie” było średnie. Wpadł, zaraz spać szliśmy. Dziwnie aż trochę.

Środa, ostatni dzień przed wyjazdem. Rano spotkanie z moim byłym, a aktualnie moim redaktorem. Tym razem jednak w innej relacji – on: dziennikarz, ja: interlokutor. O czym rozmowa? Oczywiście o byciu Jej Perfekcyjnością, o Queer UW i takich tam. Nawet ciekawa ta rozmowa, zobaczymy co z tego wyjdzie. To będzie dla Onet.pl, więc dam znać jak się ukaże. Pewno za jakiś czas, bo jeszcze chce mnie dopytać coś. Niemniej, dziwnie opowiadać komuś, kogo w sumie dość dobrze znam, o rzeczach, o których on przez ten długi czas nie wiedział.
Nie mogliśmy kontynuować, bo musiałam lecieć do Rektory na kolejną wigilię. Wystawna, jak zawsze. Mało znajomych, co mnie zaskoczyło. Widać, że niektórzy samorządowcy się wycofują. A na ich miejsce nie ma nikogo innego. Wino, jak zawsze, średnie. Ale jedzenie dobre za to. Posiedziałam, posiedziałam i po jakiejś tam godzinie trzeba było się zbierać. Dla mnie ważne, żeby jednak złożyć życzenia osobom, które dla mnie jakoś tam są ważne – w sensie, że na przykład pani od języków obcych czy inne takie. Z szacunku.
W środę wieczorem przed pakowaniem jeszcze musiałam siedzieć i – jak zwykle – pisać jakąś pracę zleconą. Bez zmian, bez zmian.

No i czwartek. Pada śnieg, zimno. Ja z dużą (choć nie taką pełną) torbą. Stwierdziłam, że wpadnę na dworzec, żeby tam zostawić ją w schowku, bo przecież nie będę cały dzień z nią popierdalać! I plan był dobry. Wpadłam do zaprzyjaźnionej firmy na umówiony dyżur a stamtąd prosto na dworzec i do domu rodzinnego.

Początkowo pisać chciałam blo w trakcie jazdy pociągiem z Warszawy do Szczecina. Plan dobry, perspektywa opisania kilku dni na iPodzie w trakcie jazdy Chrobrym – nie taka zła. Pojawiło się jednak "ale". InterCity postanowiło w ostatniej chyba chwili, że mój wagon nie będzie jednak bezprzedziałowy, jak głosił dokument przewozowy (uwielbiam tak nazywać bilet), ale normalny, tradycyjny wagon z 6 osobami w przedziale. Więc z pisania nici, bo tutaj nie ma takiego wygodnego stoliczka przed moim siedzeniem, gdzie mogłabym sobie wygodnie położyć tablet i stukać go do woli… Wkurwiłam się. Jednakże mój problem to pikuś w porównaniu z tym, że jakeś 30 osób miało sprzedane bilety na miejsca których w ogóle w wagonów nie było. Było za to zamieszanie, chaos i początkowo mały harmider. Po chwili jednak chyba wszyscy stwierdzili, że nie są w stanie. Tak niczego wskórać w tym momencie i zaprzestał narzekania i awanturowania. Więc podróż była generalnie okej choć nie bez przygód. Ja przeczytałam dwie książki, obejrzałem nareszcie "The World Unseen" (jaki o ma tytuł po polsku?) i się relaksowałam w cieple wagonowych grzejników. Gdy piszę te słowa, siedzę już w pociągu powrotnym i sytuacja z nie-bezprzedziałowym wagonem się powtarza. Nie ma aż tylu ludzi, więc chaos jest opanowany ale widać wyraźnie, że PKP InterCity nie daje sobie rady. Więc wzięłam odpowiednie poświadczenia od konduktorów i mam zamiar napisać dwie reklamacje w związku z niewywiązaniem się z warunków umowy przewozowej. Miałam mieć bezprzedziałowy? Miałam. Więc chcę moją kasę! :)

Święta w domu rodzinnym. Było inaczej niż zwykle. Widać, że średnie pokolenie dorasta. Kuzyn, który mi kiedyś groził, nie brał udziału w świętowaniu z nami. Urodziło mu się dziecko jakieś dwa tygodnie temu, więc spędza ten czas z konkubiną i potomstwem. To jedna ze zmian. Pierwszego dnia Świat mama miała dyżur w szpitalu, więc na obiad zaprosił mnie brat z żoną – to też nowość. Takie duperele, które sprawiają, że Święta nabierają nieco innego charakteru. No i powtórzona prośba od rodziny, by nie pisać o nich na blo. Ani o tym, że o to proszą. Oraz moja deklaracja, że i tak to zrobię. Na imieniny (24 grudnia) mama dostała ode mnie m.in. "Zakazane miłości". Ciekawe jak to przyjmie. Jeszcze nie czytała, więc jej recenzję poznam pewno za jakiś czas, jeśli w ogóle… No a skoro Święta, to dostała jeszcze ode mnie i brata telefon komórkowy. A ja? Kasa i kosmetyki. Czyli standard. Tak trochę symbolicznie, ale tak chyba powinno być. Miałam, jak zwykle, problem z prezentami dla chrześniaków. Ostatecznie dostali ode mnie dobre gry planszowe. Zabawki mają od innych, ja będę raczej skupiać się na tym, żeby coś rozwojowego było.
To, co było jeszcze dość niestandardowego w te Święta, to fakt, że się na imprezę wybrałam z moją przyjaciółką Gacek (złego słowa o niej nie powiem) do Szczecina. Ale to wynikało z tego, że Boże Narodzenie weekendowo wypadało. Marceli nas zawiózł i u siebie ugościł. Razem z jego koleżanką udaliśmy się potem do City Hall. Impreza średnia ale nie ma co wybrzydzać, bo to Szczecin i bo to Święta. Poskakać nie było do czego. Klub heterycki, więc ludzie raczej średni… Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Plusem były, oczywiście, szczecińskie ceny. Balantyna ze spritem za 13 PLN… Więc jakieś dobre strony były. Zła to taka, że za wstęp sobie 25 PLN liczyli.
W zasadzie niewiele więcej o Bożym Narodzeniu 2010 napisać mogę. Nic się nie działo. Obżarłam się jak zwykle. Ważenie wykazało, że wracam 3,5 kg cięższa niż byłam. Wiem, wiem, dużo. Zrzucę!

Oczywiście, po powrocie do domu, musiałam się wziąć do roboty. Obiecałem kuzynce, że jej pomogę z jedną rzeczą, więc siedziałam i pisałam. A Adam, który odebrał mnie z lotniska, miał bardzo poważne rozmowy na Facebook chat ze swoim bsps. Awantury, skandale. Nudy, generalnie. Próbowałam go odwieść od tego, ale… niech robi co chce.
Wypiliśmy przy okazji wino grzane (to się staje powoli jeden z moich ulubionych trunków) – po litrze na głowę! :) Posiedzieliśmy do 3.00 po tym wszystkim a następnego dnia musiałam rano wstać.

Z dobrych wiadomości: dziś mijają dwa tygodnie od złożenia przeze mnie papierów rejestracyjnych Queer UW. Napisałam wiec do odpowiedniej pani z pytaniem czy jest już decyzja. Napisała, że jest wstępna zgoda pod warunkiem, że zmienimy kadencję Zarządu na roczną. Zrobimy to. Co nie zmienia faktu, że nie znajduję podstawy takiego wymogu. Potem jednak będę się tym zajmować i o to walczyć. Na razie priorytetem jest formalna rejestracja. Potem zajmę się duperelami.

Dotarłam do zaprzyjaźnionej firmy, wielka radość i w ogóle. Caaaały dzień Adam u mnie w domu siedział, gdy ja zapierdalałam! To jest skandal! Więc ja ciężko pracowałam, ozdabiałam pomieszczenie. Bo dzisiaj mieliśmy mieć wigilię o 15.00 przełożoną ze „sprzed Wigilii”. A o 17.00 właściciel sklepu chciał zrobić urodzinową imprezę dla znajomych. I tak się nam zeszło, że do 16.30 nie zaczęliśmy wigilii, a ja musiałam wychodzić… No cóż, trudno. Kilka pierogów zjedzonych mniej, krótsza droga do zrzucenia zbędnych kilogramów!
No i będę mieć nowy telefon! Mama dostała ode mnie i brata aparat, więc stary mi dała. A moja znajoma Kaśka chciała się pozbyć swojej nowej Nokii dotykowej. A że mi się podoba, to się umówiliśmy za niewielką kwotę plus stary aparat mamy i… jutro będę mieć. Cieszę się w sumie, bo dawno nie miałam nic takiego.

A na koniec mam wiersz.

***

zdaje się że do szczęścia trzeba czegoś innego niż alkoholu,
narkotyków, fajek, książek, muzyki, rżnięcia, Chrystusa, ładnego
widoku z okna, drewnianej podłogi, fajnych ciuchów, dużego chuja,
przyjaźni, dobrze płatnej pracy, fajnego szefa, ulubionej knajpy,
mądrej kobiety, ładnej kobiety, skarpet do pary, zapalniczki Zippo,
rodziców, których zazdroszczą ci znajomi, ładnej sąsiadki, kumpla z
telewizji, łatwego nawiązywania kontaktów, dobrego wykształcenia,
zajebistego samochodu z otwieranym dachem, znajomości z dobrym
pisarzem, kilku dobrych obrazów, jakiegoś talentu, psa, kota,
teściowej, żony, piekła, nieba, znajomego brata zakonnego, kumpla,
który pracuje w radio, kilku dobrych wierszy, porannej latte,
pierwszego papierosa z nią gdy się pieprzyliście pierwszy raz u niej
lub u Ciebie, zapachu nowej książki, momentu, gdy pierwszy raz ją
całujesz, momentu, gdy budzisz się w środku nocy i widzisz jej nagie
ramiona, zapachu szynki którą wędzi Twój dziadek, śledzi i wódki z
„Przekąsek”, Warszawy pierwszego sierpnia, butelki piwa, gdy otwierasz
lodówkę pewien, że nic tam nie ma, a ona jest, że umiesz grać na
fortepianie, że umiesz jeździć konno, mocniejszego uścisku ręki niż
nowy facet Twojej byłej, że ciągle produkują Twój zapach, bokserek
Calvina, gdy przestajesz się krępować mówić „mamusiu” i wszystkiego
Wszystkiego, bo nagle okazuje się, że masz to i nie możesz już tego
znieść.

[piotr fiedler]

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gdy dorosnę, chcę być imprezą

07 sie

Niełatwo jest mnie lubić, ja wiem. Nie zależy mi też jakiś specjalnie, żeby duża grupa ludzi mnie lubiła. Cieszę się tym, co mam. Cieszę się też, jak ludzie jakkolwiek reagują na to, co piszę i co robię. Bo przecież żaden performance nie może się odbyć bez publiczności. (Chociaż w sumie nie jestem na 100 proc. pewna prawdziwości tego zdania.) Niemniej jednak ostatnio miałam dwa ważne przykłady reakcji na mnie.

Pierwsza z nich to pogróżki. W kodeksie karnym nazywa się to chyba groźbą karalną. I takowa została do mnie skierowana przez kogoś, kto twierdzi, że o nim piszę na blo. Problemy z tym zarzutem są zasadniczo dwa. Po pierwsze – nie znam tej osoby, nigdy nie byliśmy sobie przedstawieni. Owszem, kojarzę z widzenia i wiem, że znają ją niektórzy moi znajomi, ale to tyle. Po drugie zaś – mój blo to opowieść fikcyjna. Nigdy nie twierdziłam, że opisuję na nim prawdę. W zasadzie, używając pojęć, które znam od Żiżka, a które pewno w psychoanalizie ktoś inny wcześniej wprowadził – nie opisuję Realności tylko rzeczywistość. Albo na odwrót. W każdym razie opisuję tylko to, co naprawdę się dzieje ale pokryte grubą maską fantazji. Rozumianej psychoanalitycznie, ma się rozumieć.
Ten więc człowiek, który zarzuca mi, że piszę cokolwiek o nim, jest oczywiście w błędzie. Bez względu na to jednak, czy jest to o nim czy nie o nim, nie może mi grozić. Polskie prawo nie pozwala na coś takiego i dlatego zamierzam w pełnym możliwym wymiarze dochodzić swoich praw na drodze przewidzianej przez kodeksy i ustawy. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek bezkarnie mi groził.
Wydaje mi się, że niektórzy źle na mnie reagują, bo wiedzą, że nie mam nic do stracenia. Wynika to także z mojej jawności życiowej, ale nie tylko. Także z tego, że traktuję każdą znajomość przygodnie, że nie przejmuję się ludźmi i mam ich w dupie. Tak, jestem wyrachowana. Tak, jestem cyniczna. Tak, tak. To cała ja. I ludzie czasem nie wierzą, że posunę się do kroków ostatecznych, bo to może mnie wiele kosztować. Gówno prawda, nic mnie nie kosztuje. Tak jak ten człowiek, który napisał do mnie z pogróżkami. Nie spodziewał się, że o tym napiszę? Nie wiedział, że zgłoszę pogróżki na policję? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Dla mnie nie ma pojęcia „za bardzo”, „przesadziłeś”. Czuję się trochę jak chodzący camp. Ja jestem przesadą :)

Druga z nich to zaskakująca deklaracja. Chodzi o dra Jacka Kochanowskiego. Rzadko kogokolwiek z nazwiska na blo wymieniam, więc moment wart odnotowania. Jacek, to mój znajomy. Tego nie ukrywałam nigdy. Ale nie wiedziałem, że aż tak mnie i innych zaskoczy, pisząc nagle na swoim Fejsbuku, że jedyną osobą naprawdę kompetentną jeśli idzie o queer studies w Polsce jestem ja. W sensie, że jego zdaniem jestem osobą, która nie tylko bada zjawisko, ale i z postulatów queer zrobiła swoją misję życiową, swoje życie. No i teraz muszę się jakoś do tego odnieść, prawda?
W zasadzie wydaje mi się, że Jacek ma rację co do tego, że ja ze swojego życia robię queer. Tak, chyba tego chcę. Dość świadomie mieszam sobie tu i ówdzie, burząc pewność świata i ludzi co do tego, jak wygląda świat/Realność/rzeczywistość. Chcę to robić, bo widzę partykularność oczywistości, które uznajemy. I nie odpowiada mi to. Chcę, bo daje mi to dużo zabawy, pozwala wywoływać różne emocje. I chcę, bo daje mi to dużo wolności – pozwala próbować rzeczy, wydarzeń i emocji, których nie przeżyłabym, gdyby nie queer. Z premedytacją podkreślam zawsze, że się nie przebieram a ubieram. A na głupie pytanie „a gdzie sukienka?” odpowiadam zawsze „ale która?”Wiem, że nawet część moich znajomych ma problem z wpisaniem mnie w którąś z szufladek i sama nie ułatwiam im tego – bo nie wiem czy jestem bardziej transgender, transseksualistą, transwestytą czy cokolwiek jeszcze innego. Skoro ja nie wiem, to i pewno inni nie wiedzą.
Ale też i zaskoczyła mnie moc, z jaką Jacek zapewnia, że nie zna nikogo kto byłby bardziej ode mnie w tych kwestiach kompetentny. Dlatego że sama mam czasem wrażenie, że sporo udało mi się załatwić, sporo udało mi się zqueerować, ale nie mam pomysłu co dalej. W sensie, że gdy pokazałam pewne granice, gdy przekroczyłam je, to nie wiem co dalej – nie jestem pewna co teraz robić. Wiadomo, nie ma przewodników, nie ma nikogo, kto wskaże mi drogę… I w sumie nigdy nie mówię o tym głośno, ale czasem nie wiem gdzie dalej queerować. Dlatego zajmuję się raczej ekspansją i zdobywaniem nowych terenów – to rozwój bardziej ilościowy niż jakościowy. Jasne, on jest też ważny. Tym bardziej, że transgresja dokonana raz nie oznacza przesunięcia granicy a tylko jej uświadomienie. Misja uświadamiająca jest więc tutaj kluczowa… Ale czasem zastanawiam się, gdzie dalej badać granicę. W sensie: gdzie jej szukać?
Wszystko to nie zmienia faktu, że słowa Jacka były dla mnie bardzo miłe. I bardzo za nie dziękuję. Ubolewam, że to tylko odosobniony głos ;)

Gdy piszę te słowa, siedzę właśnie w pociągu do Warszawy. Podróż mija miło, jest całkiem fajnie – choć bardzo ciepło jak dla mnie. Dobrze, że przeciągi są sympatyczne. Wracam po tygodniu spędzonym na Pomorzu Zachodnim. Tygodniu odpoczynku, obijania się, olewania wszystkiego.
Zaczęło się niełatwo. Pierwszego dnia pojechałam nad jezioro. Niedziela to idealny dzień, pomyślałam. Chciałam poznać trasę, bym mogła kolejne dni jeździć tam rowerem. Superpomysł, prawda? Brat mnie zawiózł i wziął ze sobą syna i stałą partnerkę seksualną. A to oznaczało, że tak szybko się stamtąd nie wydostanę. To niedobrze. Spaliłam się, co już chyba wiadomo. Czerwona, obolała, z temperaturą, strasznie ale to strasznie cierpiąca musiałam spędzić jakoś ten tydzień w domu rodzinnym. Nie było łatwo. Najbardziej bolał tył nóg. Tak, także zgięcie z tyłu kolana. Straszne. Nie mogłam chodzić, nie mogłam nosić spodni, nie mogłam nic. Uwierzcie, że to strasznie ogranicza możliwość działania jakiegokolwiek. Nie mogłam też spać za bardzo, musiałam uważać, żeby nie dotykać nóg niczym. Potem było lepiej trochę, bo zaczynało dawać efekty nawilżanie nóg i smarowanie ich D-panthenolem. Ale i to miało swoje negatywne strony. Jednej nocy, wysmarowana poszłam spać i… okazało się, że prześcieradło, kołdra i co tylko, przykleiło się do tego D-panthenolu i by wstać musiałam odrywać (dosłownie) materiał od swoich nóg. To bardzo, bardzo bolało.
Ale dzielnie to wytrzymywałam. Nawet udało mi się ciasto zrobić! A jakżeby inaczej. Rodzina zapragnęła sernika, to im ten sernik dałam. Dobry, Złota Rosa lub Sernik Uli, jak kto woli. Klasyk, jak dla mnie. W planie była jeszcze pizza, tradycyjnie, ale zabrakło czasu na nią.
Dopiero jakoś po trzech dniach zaczęłam odczuwać ból w innych opalonych częściach ciała. Rozbolały mnie plecy, rozbolał mnie brzuch, barki, ramiona. To w sumie zdrowy znak – skóra żyje. Zaczęła oddawać ciepło. O, jaki ja byłem gorący. Niesamowite, jak bardzo takie podrażnienie może podnieść temperaturę ciała. Z powodu podwyższonego jej stanu oraz faktu, że mnie bolało – prawie cały czas byłam na niewielkich ilościach leków przeciwbólowych. Najpierw pyralginy, potem paracetamolu. Pomagało i nadal pomaga, bo zaraz łyknę kolejną tabletkę.

Udało mi się za to odwiedzić stomatologa, który skończył planowo zęba zaczętego w kwietniu. Musiał ileś-tam miesięcy odczekać i zdarzyła się dobra okazja do wyleczenia. Udało mi się także w czwartek wyjechać do Rewala. Gosia spędza tam kolejny turnus z grupą młodych przyszłych dziennikarzy, więc czemu miałabym nie wpaść. Pojechałam w środę wieczorem – załapałam się jeszcze na występ Kabaretu Moralnego Niepokoju. Było mi trochę dziwnie, bo po raz pierwszy od kilku dni miałam na sobie spodnie a nie tylko majtki. Ale dałam radę. Wieczorem, gdy dzieci już smacznie spały, mieliśmy czas z Gosią i jej koleżanką Iwoną, którą także znam, pogadać sobie na spokojnie. Poplotkować też. Posiedzieliśmy do jakiejś 4:30 czy coś i zastanawialiśmy się, czy nie czekać już wschodu słońca. Czekalibyśmy, ale nie wiedzieliśmy, o której matka natura go zaplanowała. Sprawdziłem potem – 5:05. A o 9 już byłem na nogach. Jakieś śniadanie, poranne rozbudzenie i zaserwowaliśmy sobie jeszcze spacer. Spotkania ze starymi znajomymi, ratownikami, szefami, restauratorami… I zaraz zbliżała się 15:00, a więc godzina mojego powrotu do domu rodzinnego. Wypad krótki, to fakt, ale i taki miał być. Żeby tylko móc znów łyknąć Rewala, morza, znajomych.

W domu niewiele się działo. Okazuje się, że mój brat coraz mniej już w nim mieszka. Teraz nocuje właściwie zawsze u swojej stałej partnerki seksualnej, ale za to obiady jadają z małym u mojej mamy. Bez zmian zaś obiady przygotowuje babcia, która dzielnie stawia się każdego dnia u nas w domu. Bez zmian, wszystko bez zmian. Życie ich toczy się jak gdyby nigdy nic, najważniejszymi zaś wydarzeniami są weekendowe wypady nad morze i dyskusje o tym jaką zupę jutro zrobić. Mało to kreatywne, mało to dla mnie ciekawe… Dlatego też nie wytrzymuję dłużej niż 7 dni. Nie ma co się męczyć.
Mama grozi, że ostatecznie wpadnie do mnie do Warszawy. Te jej groźby słyszę od dawna w sumie i nie zrealizowała ich wciąż jeszcze. Zresztą czuję, że nadal ich nie zrealizuje… ale nie zmienia to faktu, że wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie była tak blisko. Tym bardziej, że ma teraz 2 tygodnie urlopu przed sobą i dużo czasu, by jednak wpaść.
Coraz częściej zdarzają się nam kłótnie małe… Nie, nawet nie tyle kłótnie, co nieporozumienia i brak możliwości dogadania się. Mówimy dwoma różnymi językami, jesteśmy już ze dwóch innych światów. I mama nadal z tym swoim wiecznym przekonaniem, gdy wypowiadam jakąś kwestię sprzeczną z jej opinią komentuje to: „ja i tak wiem, że ty myślisz tak jak ja”. To jej przekonanie jest tak duże, że nie chce mi się z nim dyskutować. Potrzebowałaby do jego zmiany jakiegoś Autorytetu. A ja nigdy dla niej takowym nie będę. Choćbym nie wiem jak był inteligentny, jakie szkoły kończył, jakie tytuły, nagrody czy cokolwiek innego zdobywał – ona nadal uważa, że wie lepiej co ja myślę i że wszystko, co mówię wbrew jej woli to tylko eksperyment myślowy, który akurat przeprowadzam, bo przecież tak naprawdę myślę inaczej. To frustrujące dawniej było – teraz po prostu kończę rozmowę, mówię coś w stylu: nie będę dalej rozmawiać w ten sposób, nie podoba mi się, że nie traktujesz mnie partnersko w rozmowie i tyle. Niech teraz ona się podenerwuje. Wychodzę i zostawiam ją z tymi myślami. Ona po prostu nie wierzy, że można myśleć i żyć inaczej. O ile rozumiem to u mojej babci, która ma już swoje lata, o tyle mama mnie pod tym względem zaskakuje.

Mam dość dobrze zaplanowany nadchodzący czas. Ten tydzień mija pod znakiem Madonny i kończenia gazety. Kolejny to kończenie drugiej gazety. No i jadę na 17tkę do Łodzi. Pierwszy tydzień września to egzamin na studia doktoranckie (boże, to już tak blisko!) a kolejny – zamykanie kolejnego numeru. Potem planuję kilkudniowy wyjazd, ale to jeszcze do dogadania z co najmniej dwiema osobami. A potem zostaje ostatni tydzień września, a więc i czas kończenia kolejnego numeru. Będzie co robić. A poza tym, lubię mieć takie wszystko zaplanowane. Odkrywam, że to podobna forma kompulsji, jak sprzątanie u mojej mamy. Ona w ten sposób układa swój świat – codziennie odkurzając, myjąc podłogi, sprzątając a ja – poprzez planowanie, zapisywanie, dogrywanie. Wychodzi w sumie na to samo. Ciekawe czy źródło tej kompulsji jest podobne?

Gdy dorosnę, chcę być imprezą. To przełomowe zdanie. Po raz pierwszy bowiem wiem co chcę robić, gdy będę duża. Gdy już będę dorosła, odpowiedzialna za swoje życie, bardzo poważna i ustatkowana. Chcę być imprezą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm