RSS
 

Notki z tagiem ‘wojewodzki-sad-administracyjny’

Parada, Oslo, Dublin i przerwa blogowa

22 lip
Ja na Paradzie Równości 2014

Ja na Paradzie Równości 2014

Jakoś bardzo długo zbieram się za napisanie tej blotki. Nie ma co udawać, że spotkała mnie doroczna przypadłość: Parada Równości. A ta zabiera mi zawsze tyle życia, że nie mam czasu na takie przyjemności jak blogopisanie. A potem wychodzę z wprawy i ciężko wrócić. Bo wakacje, bo lato, bo gorąco, bo imprezy, bo alkohol, bo wszystko. Myśli jednak trochę mam, więc spróbuję się nimi podzielić.

Zacznę dużo, dużo wcześniej, bo właśnie gdzieś tam jeszcze przed Paradą Równości 2014. Muszę przyznać, że w tym roku wiele rzeczy szło inaczej, niż dotychczas. Co prawda nadal zmagamy się z głównym problemem: brakiem dużych sponsorów (co oznacza konieczność marnotrawienia czasu na poszukiwaniu tańszych alternatyw, rezygnowaniu z pewnych rzeczy i użeraniu się z rzeczywistością), ale rok 2014 był na pewno przełomowy. Nie mogę bowiem, oczywiście, nie wspomnieć o Funduszach Norweskich. Fakt, że otrzymaliśmy takie duże, mocne wsparcie finansowe, wizerunkowe i psychologiczne, był bardzo ważny. Bo choć kwota 40 tys. złotych, jakie Fundusze Norweskie zainwestowały w wydarzenie, wydaje się duża, wcale taka nie była :) Co prawda jeszcze nie zakończyliśmy podsumowania finansowego wydarzenia (tak, tak, nadal są rachunki do opłacenia!), to śmiało mogę powiedzieć, że kwota ta to może 1/3 całych wydatków, jakie mamy przy okazji Parady Równości. A dodatkowo, o czym nie można zapomnieć – umowa partnerska dokładnie opisywała, na co możemy te fundusze wydać. Nie ma więc, że szalejemy i załatwiamy bieżące potrzeby z tej kasy. Co to, to nie. Zresztą jeszcze do połowy sierpnia przygotować musimy sprawozdanie dla Ambasady Norwegii (merytoryczne i finansowe) z tego, na co pieniądze norweskiego podatnika poszły.
Szkoda, na marginesie, że nadal są to pieniądze publiczne a nie prywatne… Ale kropla drąży skałę!

Ważne jednak dla nas było to, że wsparcie to otrzymaliśmy na długo przed samą Paradą Równości. Zazwyczaj bowiem nasza płynność finansowa była utrzymana, ale balansowała na granicy terminów i goniących nas opłat w zespół ze spóźniającymi się wpłatami na nasze konto. Więc pewien spokój ducha mieliśmy.

Udało się nam także namówić dzielnicę Ursynów na przesunięcie Tygodnia Równości na okres bardziej przedparadowy. Tak, żeby całość kończyła się w momencie, gdy zaczyna się Festiwal Parady Równości. Nie to, że chcemy jakoś wykluczać ursynowskie wydarzenia z całej przedparadowej otoczki, ale jednak organizacyjnie całość była dla nas wybitnie męcząca. Nie zapominajcie, że Tydzień Równości na Ursynowie jak i Paradę Równości robią przede wszystkim te same dwie osoby. Więc odsunięcie tych wydarzeń w czasie dało nam jednak chwilę wytchnienia i nie umarliśmy całkiem.

Bardzo fajnie układała się nam też w tym roku współpraca z Komitetem Organizacyjnym. Widać, że zespół, który się utworzył, jakoś się zgrał i – mam nadzieję – za rok będzie także działać razem. Bo pamiętajmy jednak, że Komitet Organizacyjny jest ciałem celowym – w momencie zakończenia Parady Równości, ulega samoistnemu rozwiązaniu i jest na nowo zawiązywany około września. Do końca minionego roku mogła do niego przystąpić każda osoba i organizacja. Od 1 stycznia 2014 dołączenie wymagało akceptacji już działających w nim podmiotów i osób. Tak, żeby ktoś nie próbował w ostatniej chwili, na tydzień przed wydarzeniem, stać się częścią Komitetu nie pracując wcześniej z nami nad wszystkim.

Praca nad Paradą Równości była więc bardziej rozłożona w czasie (czytaj: dłuższa), ale może dzięki temu ciut mniej stresująca w ostatnich dniach przed wydarzeniem. Wtedy, jak się łatwo domyślić, jest wystarczająco dużo rzeczy do ogarnięcia, załatwienia i dopilnowania, by jednak starać się niepotrzebnie stresu sobie nie dokładać.
Ja miałam, jak zwykle, mocno zabiegane dni. Pomijając dosłownie dziesiątki rozmów z dziennikarzami, zgodziłam się poprowadzić w dzień przed Paradą Równości serię wydarzeń, organizowanych przez Fundację LGBT Bussines Forum. Najpierw rano wzięłam udział w ich konferencji prasowej (na którą przyjechałam prosto z redakcji Dzień Dobry TVN), potem poprowadziłam konferencję „Prawa LGBT w kontekście postępu gospodarczego”, by na sam koniec być gospodynią gali wręczenia nagród Tęczowej Pszczoły dla firm przyjaznych środowiskom LGBT w Polsce. W tzw. międzyczasie przebierałam się trzy razy. I jeszcze zdążyłam pojechać do TOK FM na krótką rozmowę. Tak więc jedno wielkie bieganie, które nie wyszłoby mi, gdybym nie zamieszkała na te kilka nocy u Gacka w mieszkaniu. Dzięki temu miałam te kilka kilometrów bliżej i dawałam radę z pokonywaniem odległości na czas. Zresztą prosto z gali jechać musiałam do Polsat News, gdzie na ich zaproszenie także o Paradzie Równości opowiadałam. A stamtąd na oficjalne bifor party paradowe do Mekki… Sami rozumiecie więc, że naprawdę są to dla mnie zawsze ciężkie chwile…

Oczywiście, Parada Równości nie udałaby się, gdyby nie wspaniały Wolontariat Równości! Nie można przeceniać tych ludzi, naprawdę. Ubolewam, że mój osobisty kontakt z nimi w tym roku był mniejszy (na szczęście, nie musiałam się zajmować koordynacją wolontariatu) ale to nie oznacza, że nie wiem, jak wiele pracy i wysiłku wkładają w to, co się dzieje przy okazji Parady Równości. I za to należą im się ogromne brawa.

Sama Parada Równości okazała się niebywale udana! Ja wiem, że Fakty TVN podają rok rocznie, że jest nas 2000 osób (nie wiem, czemu się tak uparli na tę liczbę, ale jeśli obejrzycie relacje sprzed roku, sprzed dwóch lat a i pewno wcześniejsze, to zawsze podają, że uczestniczących osób było właśnie 2000), ale prawda jest oczywiście inna. Było nas ok. 13 tys. osób. I nadal podkreślam, że staram się podawać szacunki uzgadniane z policją i innymi służbami a nie takie, jak niektórzy działacze prawicowi, którzy twierdzą, że na placu, gdzie zmieści się może 8 tys. osób, jest ich 30 lub 50 tys. Nie chcę kłamać w tych przekazach – chcę podawać informację jak najbliższą prawdzie.
Ja bawiłam się świetnie! I znów miałam najwspanialszą grupę banerową! Ludzie, którzy nieśli WHATEVER zasługują na mój wielki, wielki szacunek – i mają go! Wszak decydują się na wsparcie inicjatywy, którą jakaś tam transeta wymyśliła kilka lat temu, nie znając mnie często osobiście. Za to jestem im ogromnie wdzięczna. Mam nadzieję, że bawili się razem ze mną tak, jak ja z nimi. Mój strój co prawda utrudniał mi znacząco obracanie się i rozmawianie z nimi tak częste, jakiego bym sobie życzyła, ale dawaliśmy chyba radę :)
Trasa okazała się dość długa, ale jednak do przejścia. Nie było żadnych problemów (nie licząc jednego młodzieńca, który rzucił w tłum pusty kartonik po soku i został od razu zgarnięty przez policję…), wszystko udało się doskonale. Nawet pogoda nie była taka najgorsza. Fakt, było zimno, ale padało tylko przez pierwsze dosłownie 3 minuty przed startem Parady Równości. Tak więc – idealnie!
Niska temperatura utrudniała tylko samą imprezę w La Playa. Jednakże fakt, że się odbyła, że trwała do późnych godzin nocnych i że bawiliśmy się na niej prawie bezproblemowo, to jeden z większych sukcesów. Strzałami w dziesiątkę okazały się koncerty Asteyi i Izabeli Trojanowskiej, świetnie sprawdziły się drag queen jak i dje. Było cudownie! Gdyby było ciut cieplej, roznieślibyście to miejsce, ja to wiem :)

***

Wyjazd do Oslo dwa tygodnie po Paradzie Równości był doskonałym momentem na odpoczynek. Nie będę udawać, że go nie potrzebowałam… Dlatego pomysł, jaki rzuciła Ambasada Norwegii, by w ramach przyznanego nam wsparcia finansowego zorganizować przyjazd dwóch osób z Oslo Pride (gdzie w tym roku odbywała się EuroPride!) do nas na Paradę Równości a potem nasz wyjazd do nich na przemarsz, wydawał się super. Minusem tego przedsięwzięcia była, oczywiście, jego cena. Gdybyśmy o wszystkim wiedzieli pół roku wcześniej, to i bilety byłyby tańsze i może udałoby się jakieś promocje na hotele upolować. No, ale nic, daliśmy radę.

Pobyt mój i Łukasza był krótki. Przylecieliśmy w czwartek późnym wieczorem a w niedzielę rano musieliśmy się już zmywać. Ale i tak było warto. EuroPride to jednak coś innego, niż nasza dobra polska Parada Równości. Pomijając skład osobowy maszerujących, to jednak sam fakt istnienia grup, które maszerują jedna za drugą a nie chaotycznie mieszają się ze sobą, stanowi o organizacyjnej różnicy. Dlatego we wszystkich zachodnich przemarszach liczy się także osoby stojące po bokach i obserwujące przemarsz, a nie tylko idących jak u nas.

Po powrocie do Polski wielu znajomych pytało mnie: „no i jak tam w Oslo?”, „jak ci się podobało na EuroPride?”. A ja muszę Wam szczerze powiedzieć, że no… jasne, że się podobało. Ale jak już się było na jednej-dwóch-trzech paradach w stylu zachodnim, to już was nic na nich nie zaskoczy. W sensie, że no pride jak pride – bez niespodzianek czy nowości. Jasne, zawsze jest trochę inaczej – nieco inaczej rozłożone są akcenty, nieco inaczej wygląda wszystko wkoło samego przemarszu, ale jednak manifestacje są do siebie podobne. Oczywiście, oglądaliśmy z Łukaszem, jak zbudowane są ich tiry, jak ogarnęli kwestię toalet na imprezie po marszu itd., ale co do zasady: było tak, jak się spodziewałam. Oczywiście, pamiętam, jak i mnie pierwsze zachodnie marsze podniecały – choćby z tego powodu, że na mieście w dniach poprzedzających jest mnóstwo par jednopłciowych, które trzymają się za ręce. A w Polsce to jednak nadal ekstremalna rzadkość… Ale dziś ten widok mnie już nie szokuje, oswoiłam się z nim i spodziewam się go. Dlatego nie ma szału.
Oczywiście, cała manifestacja wypadła wspaniale, wszystko bezpiecznie, zgodnie z planem i tak, jak miało być. Łukasz w swojej tęczowej zbroi – ja jednak bez wymyślnych kostiumów, bo od nich też muszę czasem odpocząć.

Świetnie bawiliśmy się na imprezach w sobotę i w niedzielę, ale… Okazało się, że to wszystko, co słyszy się o alkoholu i norweskim podejściu do niego, to prawda. Moim zdaniem, mają tam więcej zasad dotyczących tego, co można a czego nie można pić i w jaki sposób to robić, niż u nas przepisów w kodeksie ruchu drogowego. I nie przesadzam. Prawdą jest, że sklepy z alkoholem w sobotę czynne są tylko do 15:00 a w supermarkecie można kupić jedynie piwo i cydr o mocy do ok. 5%.
W trakcie imprezy w piątek wieczorem dowiedzieliśmy się, że nie możemy wlewać zakupionego szota do zakupionego soku/coli. Nie wiemy dlaczego. W sobotnią noc dowiedzieliśmy się, że nie możemy kupić przy barze więcej niż jednej jednostki alkoholu (piwo, szot, etc.). Na szczęście udało się nam znaleźć barmana, który się tym ograniczeniem nie przejmował ;) No i, oczywiście, ceny są tam horrendalnie wysokie. Za podwójną wódkę z softem płaciliśmy w klubie od 150 PLN wzwyż. Tak, sto pięćdziesiąt i więcej. A że z Łukaszem nie lubimy sobie żałować…
Szczęśliwie udało się nam wrócić do Warszawy. I dobrze, bo jeszcze tego samego dnia miałam spotkania wieczorem.

***

Ostatnim moim wyjazdem wartym uwagi była wizyta w Dublinie. Ekstremalnie krótka, bo trwała tylko dobę, ale za to bardzo ciekawa. Organizatorem wyjazdu było Google, które – jak się dowiedziałam – traktuje mnie jak Diversity Partner. Cokolwiek to ma oznaczać… Nie wiem skąd i dlaczego akurat mnie, ale nie narzekam ;)
Szczęśliwie do Dublina leciałam KLM przez Amsterdam, niestety wracałam już na Modlin liniami Ryanair… No ale nie ma co narzekać. Powodem mojego wyjazdu było coś, co nazywa się Google Partner Summit. Na wydarzenie zaproszono partnerskie uczelnie (żeby opowiedzieć o rekrutacji i pracy w Google). A na dodatek zapraszają właśnie nas, Diversity Partners, żeby wspierać różnorodność w firmie, jak i w samym procesie rekrutacji. Oczywiście, bardzo dużo z tego to czysta propagandówka i opowiadanie o tym, jakie wspaniałe jest Google… No, ale tego się trzeba było spodziewać, prawda?
Dla mnie dodatkową atrakcją była sama możliwość odwiedzenia firmy, w której pracuje już teraz ok. 3000 osób. Mają trzy wielkie wieżowce i jeden mniejszy. Generalnie, to potentat. Z drugiej jednak strony wszyscy mają wyobrażenie o tym, jakim superpracodawcą jest Google. Wszyscy widzieli w prasie te opowieści o tym, jakie to wspaniałe warunki tworzy dla swoich pracowników firma i w ogóle, że jest tam luz i relaks a nie praca.

Miałam okazję zobaczyć to wszystko na własne oczy. Rzeczywiście, biura są kolorowe, nienudne i każde piętro ma swój „temat przewodni”, o którym decydują pracujący tam ludzie. Na każdym piętrze są pokoje do odpoczynku, ale i niewielkie kuchnie. Zasada mówi, że z twojego miejsca pracy do najbliższej kuchni nie może być dalej niż 70 kroków… Te jednak małe kuchnie to nic w porównaniu z tym, co dzieje się na stołówce. Tam przygotowane są cztery „strefy”, w których podawane są różne rodzaje jedzenia. Wszystko, oczywiście, za darmo. Śniadania, lunche i niewielkie kolacje (bo wieczorem jednak nie za dużo ludzi zostaje).
Darmowych atrakcji jest dużo więcej. Tak, jest basen. Tak, jest siłownia/fitness. Jest masażysta. I lekarz. I nawet dentysta. Wszystko po to, by człowiek jednak siedział w pracy i nie próbował z niej uciec :)

Co ciekawe, wszystkie osoby, z którymi rozmawialiśmy (sporo osób z Polski tam, oczywiście, pracuje), mówiły zawsze o karierze w Google’u w perspektywie 2-3 lat. I tyle. I mam wrażenie, że dla większości ludzi tyle trwa tam praca. Że po tym czasie znikają, odchodzą. Nawet jeden z Polaków właśnie opowiadał, że za miesiąc się zwalnia, by wrócić… do Warszawy do jakiejś firmy założonej przez jego znajomego. Dziwne w sumie, prawda?
No, ale mniejsza o to. Dla mnie ważne, że mam kontakty z Googlem i że mogę ich spróbować wciągnąć w różne działania pro-różnorodnościowe w Polsce. Bo z polskim oddziałem na razie mi to nie wychodziło.

Śmieszna sprawa: okazuje się, że Google przez przypadek/pomyłkę zabukowało mi także lot powrotny z Dublina liniami KLM. Na 25 lipca. Przez Amsterdam. Gdy tylko się zorientowałam, zaczęłam szukać jakiegoś lotu do Dublina lub Amsterdamu, żeby zapłacić za przelot w jedną stronę, a w drugą już wrócić na ich koszt :) Ale, niestety, nie ma nic opłacalnego :( Tak więc bilety się zmarnują. A szkoda!

***

A co poza tym?
Ano trochę się dzieje. Przede wszystkim: wracam na UW. Dostałam się na studia I stopnia na kierunku informacja naukowa i bibliotekoznawstwo. Po co znów na studia? Chcę pewne rzeczy uporządkować. Przede wszystkim, nie ukrywam, chodzi o Queer UW. Jest tam kilka spraw do ogarnięcia – w tym najważniejsza: sprawa regulaminu. Rektora UW podjęła decyzję o unieważnieniu dwóch uchwał, które zmieniły regulamin i wprowadziły najpierw funkcję członka wspierającego a rok później – dyrektora wykonawczego. Prorektora UW ds. studentów i jakości kształcenia stwierdziła, że zakres praw i obowiązków w obu przypadkach jest za duży i uchwały uchyliła. Ponieważ władze Queer UW nie zgadzają się z tą decyzją, zwróciły się do niej z wnioskiem o ponowne rozpatrzenie sprawy (to właściwy tryb odwoławczy). Spodziewam się, że Rektora decyzję swą podtrzyma, co otworzy nam drogę do zaskarżenia decyzji do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Uważam, że dobrze jest sądowo sprawdzić, jakie kompetencje i na ile swobody w kształtowaniu swojej swobody ma uczelniana organizacja studencka. Spór w tym zakresie między organizacją a władzami UW jest wyraźny i dlatego chcę zająć się tą sprawą.

Jeśli idzie o Wojewódzki Sąd Administracyjny, to będę mieć tam kolejną sprawę. W marcu zwróciłam się do Zarządu Samorządu Studentów UW o wyjaśnienie w trybie dostępu do informacji publicznej, jak mam postąpić w związku z zaistniałą sytuacją. Już wyjaśniam. Jako przedstawicielka Queer UW (jest uchwała Zarządu Queer UW w tej sprawie) posiadałam konto w systemie Cerber – służy on do składania i rozliczania wniosków o dofinansowanie, składanych do władz Samorządu Studentów UW. Wiele takich wniosków złożyłam i rozliczyłam. Ale w którymś momencie Zarząd Samorządu Studentów UW stwierdził, że moje konto likwiduje, bo ja nie mogę reprezentować uczelnianej organizacji studenckiej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że mam jeden nierozliczony i niesprawozdany wniosek… Chcę go rozliczyć, bo to pieniądze publiczne, a więc transparentność powinna być dla wszystkich priorytetem. Zapytałam więc Samorząd Studentów UW jak mam to rozliczyć i jaka jest podstawa prawna tego, co mi zaproponują.
A Samorząd Studentów UW milczy. O sprawie przypominałam im pisemnie kilka razy. Bez skutków. Ponieważ Samorząd Studentów UW ma obowiązek odpowiedzieć mi w ciągu 14 dni, a te 14 dni minęło kilka miesięcy temu, zwróciłam się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego ze skargą na bezczynność organu (tak się to ładnie nazywa) i czekam na ciąg dalszy. Co ciekawe, gdy samorząd skargę zobaczył, nagle się do mnie odezwał (milczeli, gdy pisałam do nich kolejne przypomnienia). Tym razem jednak ja się nie odzywałam.

Skoro o sądach mowa… Tak zwane „moje sprawy”, związane z działaniami prawicowych mediów, toczą się swoim tokiem. Powolnym, niestety, jak to w Polsce. W październiku będę mieć jedno z pierwszych posiedzeń sądu. Ale o szczegółach pisać na razie nie będę.

Jest też pewien pomysł na to, jak powinnam ogarnąć swój doktorat. Ale ponieważ wiele zależy od innych, to na razie nie zdradzam szczegółów. Sygnalizuję tylko, że temat nie umarł.

No, i jakoś udało się przebrnąć. Oby teraz częściej. I krócej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie było długo, więc będzie krótko

28 sty

Więc opcja jest taka, że naprawdę mam wkurwa na siebie, że tak dawno nie pisałam. A że czasu nadal mało (zaraz wyjaśnię dlaczego), to postanowiłam inaczej to ogarnąć. Nie będę tym razem chronologicznie się rozwodzić nad poszczególnymi dniami, tylko problemowo opiszę co się dzieje. Bo inaczej ugrzęznę w tym na wieki wieków.

Zacznę od studiów. Po pierwsze: zakończyłam pierwszy semestr na polonistyce. Podkreślam, że zakończyłam a nie zaliczyłam. To wciąż przede mną i będzie się ciągnąć jakiś czas jeszcze. Gramatyka historyczna języka polskiego to nie przelewki. Dobrze, że mam bardzo łaskawą i łagodną prowadzącą. Dzięki temu chyba jakoś dam radę. Byle zaliczyć. Ale to nie wszystko. Mam też dużo koleżanek dobrych na studiach, co mi wysyłają materiały! Uważam, że wszędzie są takie dobre osoby i to dzięki nim ludzie w ogóle zdają z roku na rok. Ja tak mam od zawsze na wszystkich kierunkach i studiach. Dziękuję Wam teraz zatem publicznie! Gorzej, że nie udaje mi się dotrzeć na niektóre zaliczenia i egzaminy. Na jednym, na który dotarłam, okazało się, że wystarczyło być na jednym z trzech ostatnich wykładów na liście, by mieć „dobry”. Reszta musiała pisać test. W czasie zamieszania na sali przeczytałam notatki jakiejś koleżanki i… podeszłam do egzaminu. Mam 5.
A socjologia? No cóż, tutaj bez zmian. Niedobrze, że mam taki zabiegany rok – nie mam czasu na pisanie. Mam mocne postanowienie, że od sierpnia dramatycznie ograniczam swoją aktywność pozanaukową. Tak, tak, skończy się samorządowanie, koła naukowe i takie tam. Koniec, kurwa. Kiedyś trzeba, jak się chce być doktorkiem.

Jednym z powodów, dla których nie poszłam na zaliczenie na polonistyce był sąd. Wojewódzki Sąd Administracyjny i moja sprawa o bezczynność organu w zakresie udzielenia informacji publicznej. Sąd zebrał się, naradził, wysłuchał mnie, wysłuchał nowego szefa doktorantów i podjął decyzję, że skargę podtrzymuje i uznaje. I wygrałam! Muszą odpowiedzieć na mój wniosek z lutego 2010 i oddać mi 100 zł kosztów postępowania sądowego.
Jaki był tok rozumowania sądu? Żeby sprawdzić, czy skarga jest zasadna, muszą ustalić, czy w ogóle musieli mi na mój wniosek odpowiadać. A muszą, jeśli dysponują kasą publiczną i działają w sferze realizacji zadań publicznych. Moim zdaniem tak jest. Tak samo potwierdziła to rektor w piśmie-odpowiedzi. Co oznacza – jak orzekł sąd – że bezsprzecznie musieli mi odpowiedzieć na wniosek. I bezsprzecznie mają taki obowiązek. Co więcej, sąd wskazał – wymieniając poprzedniego Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW Piotra Pomianowskiego – że wykazał się on indolencją i niewiedzą w zakresie swoich obowiązków.
Mnie ciekawi tylko jedno: powodem złożenia przeze mnie wniosku było de facto to, że oni nie mają tych dokumentów, które ja chcę dostać. W sensie, że wymyślili sobie „uchwały ustne” i nie spisywali wielu rzeczy. I teraz ciekawe jak z tego wybrną. Nie mogę się doczekać uprawomocnienia.

To skoro już o samorządowych rzeczach mowa… Byłam znów kandydatką na Przewodniczącą Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW. Przegrałam jednym głosem z Moniką. Lubię ją i wiem, że jest dość rzeczowa, ale nadal mam obawy, czy – jako osoba o tym samym „pochodzeniu”, co władza samorządowa – będzie obiektywna i rzetelna. Zobaczymy.
Ale już organizowanie posiedzeń w piątek o 20.00 uważam za lekko skandaliczne, nie sądzicie?

Działalność moja to także Koła. Jeśli idzie o to „gazetowe”, to jest okej. Są decyzje, są działania. Są też opóźnienia (nie z mojej winy!), ale muszę ich mocno spiąć w sobie. Skoro od października mają sobie radzić sami, to muszą się lekko chociaż usamodzielnić i samo-ogarnąć. Bo ja naprawdę nie będę w stanie już im aż tak pomagać. Na razie robimy sporo i w ogóle jest fajnie, ale… do czasu. Od nowego semestru będę prowadzić – na ich prośbę – warsztaty dziennikarstwa prasowego w Instytucie Socjologii UW. Co dwa tygodnie chyba w środę (czy w czwartek?) rano. Jakby ktoś zainteresowany, to śmiało, zapraszam.
Zaś Queer UW robi zamieszanie. Udało się nam podzielić zadania, więc teraz je realizujemy. Nie jest łatwo, są przeszkody – malkontenci, krytyka z zewnątrz, presja ogromna a przede wszystkim… brak czasu. To doskwiera nam najbardziej. Zwłaszcza w czasie sesji. Najwięcej zamieszania zrobiła oczywiście nasza sonda internetowa. Kierowana do studentów i studentek UW dotykać ma pewnych aspektów istnienia osób LGBTQ w społeczności akademickiej. Nie jest idealna. Wręcz przeciwnie: jest bardzo ułomna. Ale nic się na to nie poradzi, musiała wystartować. Więc dobrze, że jest, że coś się mówi. A już na chwilę obecną wiem, że wypełniło ją ponad 2 razy więcej osób niż się ja spodziewałam. No i potrwa jeszcze jakiś czas, prawda? Więc jest okej.

Co do naukowych spraw queerowych… Jest okej. Jacek ma habilitację za sobą (gratulacje!) i się wzięliśmy za konferencję „Strategie Queer”. Do końca tego tygodnia zamkniemy sprawę Komitetu Naukowego. Organizacyjny, to wiadomo – Queer UW. Swoją drogą, to fajna sprawa – organizacja jeszcze nie ma miesiąca, a ma już na koncie badanie sytuacji osób LGBTQ na UW plus w zanadrzu dużą dwudniową konferencję. Jej efektem ma być także publikacja, ale nad tym jeszcze pracujemy. Musimy mieć też odpowiednie poparcie, żeby bez problemów (czy też raczej: mimo spodziewanych głupich protestów) poradzić sobie ze wszystkim. Ale, jak wiadomo, jestem niezła w PRze, więc damy radę!

No właśnie, Parada Równości 2011 i moja działalność PRowa. Dużo tego, muszę przyznać. Nadal nie mam telefonu służbowego (ale mam mieć na dniach), więc trochę mi to utrudnia. Na szczęście jednak, daję sobie jakoś radę. Dużo się dzieje. Mamy logo, teraz trwa konkurs na hasło paradowe. Zachęcam do udziału – tak przy okazji, bo do wygrania 300 zł :) Sporo jest krytyki na intelektualnych blogach i w niektórych serwisach informacyjnych LGBTQ. To dobrze, niech będzie. Ważne, że jest dyskusja jakaś i są z niej wnioski pewne. Słuchamy tego, co tam się dzieje i staramy się to jakoś ogarniać mimo wszystko.

Jutro Floor-Sitting Party. Zapowiada się niezła impreza, która na chwilę obecną kosztowała mnie ponad pół tysiąca zł. Dwugodzinna, podkreślam, impreza domowa dla ok. 30 osób. Nieźle, nie? No, ale jak się chce mieć fajne towarzystwo (czyli studencko-gejowską bohemę), to trzeba czasem. Zastanawiam się, co musiałabym zrobić, żeby mieć wokół siebie więcej licealno-gejowskiej bohemy? Jak sądzicie?
Będzie jutro dj na żywo, będzie studio foto zaaranżowane, będzie welcome drink dla wszystkich (czyli 30 drinków, mówiąc po ludzku), będzie ciasto, będą niespodzianki… Mam nadzieję, że wszystko wyjdzie i że się uda! Musi! To pierwsze F-SP od bardzo dawna i ono mi przypomniało dlaczego zrezygnowałam z ich organizacji. Money, money, money… Każdy taki event to kilkaset złotych mniej. A mi na kasie jednak zależy.

Bo zauważyłam w ogóle ostatnio, że muszę zmniejszyć wydatki albo zwiększyć dochody. Z tym drugim może być trudniej, bo nie za bardzo mam już czas na cokolwiek innego, co mogłoby mi kasę przynieść (albo i nie), więc pozostaje mi ograniczanie wydatków. To nie będzie łatwe, bo 1) rozhulałam się ostatnio (przyznaję się bez bicia!), 2) jadę za tydzień do Krakowa na weekend, 3) lecę do Holandii za kolejny tydzień na weekend. Więc zapowiada się, że luty znów nie będzie bardzo oszczędny.
Z kasą o tyle źle, że główna część dochodów się spóźnia z przelewem. Ja rozumiem, że tam jakieś problemy są i uzbrajam się w cierpliwość. I pewno dałabym radę (bo mam „na wszelki wypadek” niewielki, ponadtysiączłotowy limit kredytowy na koncie w mBanku), ale ponieważ jest F-SP i w ogóle, to się nie da tak łatwo. Wczoraj wypełniłam on-line w mBanku wniosek o zwiększenie limitu do 2,7 tys. (tak na wszelki wypadek) i już wiem, że dostanę. Zresztą od razu wiedziałam, bo we wniosku od razu wyliczyli mi, że mam taką zdolność, że mogę wziąć „do 20100 zł bez zbędnych formalności”, czyli że od ręki. No, tyle to aż nie chcę. Ale dzisiaj dzwoni do mnie pani i mówi, że ma dla mnie wspaniałą ofertę. Że karta kredytowa Visa Gold. Że min. 10 tys. zł limitu, że opłata niewielka, że ubezpieczenie, i że jeszcze jedno, i że mi zmaleje oprocentowanie kredytu odnawialnego i że promocja bez opłat i w ogóle. Nie chcę chyba, ale trzymam ją do wtorku. Jeśli Gacek ogarnie, że po przeniesieniu do jego banku tej karty, wyembasują mi na niej moje imię i nazwisko, to się zgodzę i to zrobię. Postanowione.

Z tym imieniem… Okazuje się, że Jej Perfekcyjność nie przeszkadza w zasadzie nikomu poza… komentującym wpisy na gejowskich portalach. Reszta, media hetero, PAPy, TVP i wszystkie inne, przyjmują to bez słowa i lecą dalej. A ci oczywiście muszą się wyżywać. Trudno, niech się dzieje. Nie zrezygnuję z siebie.

A skoro już o kasie mowa… Pewna firma PRowa zaproponowała mi współpracę. Ciekawie się to zapowiada, choć bardzo niestandardowo. Więc się oczywiście wstępnie zgodziłam. Pracy trochę będzie, efekty może jakieś też… No i kilka setek więcej w kieszeni miesięcznie, zawsze się przyda.
Na co? Postanowiłam, że muszę w końcu jakieś ubrania kupić. Ostatnie rzeczy kupowałam sobie w wakacje z Michałem w Londynie. Potem nawet chyba skarpetek nie kupiłam nowych ani razu. Nienawidzę zakupów, ale będę musiała w końcu. Liczę na znajomych i na ich zniżki pracownicze, czy jakie tam tylko mają :) Na nieznajomych w sumie też, jeśli ktoś z Was chciałby pomóc jakoś…
I powoli przymierzam się do Miesiąca Bez Alkoholu.

Dlaczego? Ano dlatego, że było go ostatnio ZDECYDOWANIE za dużo. Mam na myśli zwłaszcza weekendy, bo już dwa razy z rzędu miałam imprezę, która zaczynała się w piątek wieczorem i kończyła w poniedziałek rano. Jasne, można tak i to bardzo fajne i w ogóle… Ale nie, nie. Alkohol to nie do końca moja rzecz. Ja potrzebuję muzyki, a nie procentów. I dlatego czas wyznaczyć sobie datę. Zobaczymy kiedy.
A imprezy udane, bo towarzystwo doborowe. Już nie mówię o tych wszystkich b4ach, które a to u mnie, a to u Gacka się dzieją… Myślę raczej o afterach. Ostatnio dużo ze mną imprezowali Filip i Łukasz (to nowe osoby na tym blo, witajcie więc!). I były to imprezy naprawdę szalone. Oni (pół)nago, picie bez przerwy, muzyka, szaleństwo. Aż nie wiem czy nie za dużo. Chociaż w zasadzie nie wiem ile to jest „za dużo imprezy”, więc tego nie powiem. Ale pewno zdaniem niektórych mogłoby być to uznane za „za dużo”. Na pewno było za dużo alkoholu, to bez dwóch zdań. I dlatego będę miała pokutę teraz ;)
Zaliczyłam też dziwną imprezę – domówkę u Ilony, czyli mojej koleżanki ze studiów, dawno, dawno temu. Zaprosiła, by oświadczyć, że jej się chłopiec oświadczył i że się będą hajtać. Good for them. Dla mnie okazało się to być okazją do spotkania dawno-nie-widzianych znajomych, typu Harry czy Moni. Ciekawie w sumie wyszło, pozmieniali się wszyscy w zasadzie. Niektórzy nadal się nie obronili! To dość skandal, bo ja miałam rok przerwy po tych studiach i lada moment będę się doktoryzować a oni wciąż nie mają magistra. Eh, szkoda gadać.

Mnóstwo, mnóstwo pracy. Nadrabiam jakieś prace zlecone (już końcówka!!!), piszę jakieś swoje prace, zajmuję się dwiema gazetami, radzę sobie z kryzysami w redakcjach, dzielę pracę dla Queer UW, oddzwaniam i piszę w sprawie Parady Równości, piszę sprawozdania roczne Kół Naukowych, sprawdzam teksty, składam magazyny, chodzę czasem na zajęcia, wstawiam coś na strony (kto zgadnie iloma stronami aktualnie zarządzam? I nie mam na myśli stron facebookowych, bo tych mam 6 i to nie jest tajemnica), ogarniam maile (nadal wysyłam dziennie NIE MNIEJ niż 66 wiadomości, a średnia jest dużo wyższa), piszę wiadomości prasowe, monitoruję media, odpowiadam na komentarze, piszę pisma, umawiam się, spotykam…

No właśnie i to chyba będzie dla niektórych najciekawsze. Minione dwa tygodnie to dla mnie czas intensywnych spotkań. Z 1) Filipem, 2) Łukaszem, 3) Adasiem, 4) Marcinkiem, 5) studencko-gejowską bohemą, 6) Dawidem. Po kolei zatem. Filip, wiadomo. Młody ładny chłopiec, co lubi upijać się tak, że nie pamięta. Nie wiem w zasadzie jak się poznaliśmy (to ma znaczenie?!), ale jakoś tak wyszło, że wylądował u mnie na afterze… Potem znów na jakiejś imprezie, znów after… Żeby więc na trzeźwo pogadać, wpadł do mnie zrobić mi obiecany jakiś czas temu obiad. I znów na noc został (i znów było za dużo alkoholu). Więc jakoś tak miło i sympatycznie się ta znajomość rozwija. Filip obawia się jedynie, że będzie „kolejnym młodym chłopcem”, cokolwiek w zasadzie miałoby to znaczyć. Że będzie jednym z wielu. W zasadzie to rozumiem trochę, też nie lubiłam tego.
Co do Łukasza – to w zasadzie historia jest podobna i działa się niemalże jednocześnie. Z tą różnicą, że Łukasz miał u mnie w WC seks z jakimś Krzysztofem, a Filip nie. Chociaż, nie, zaraz, Filip też miał seks! Z Tomeczkiem przecież! Więc nie, wszystko jest w normie ;) Łukasz fajny chłopiec, młody, ładny, sympatyczny, mądry, sumienny. Też lubi poszaleć na parkiecie, a to akurat dla mnie ważna pozytywna cecha!
Z Adasiem, to wiadomka. Jesteśmy na siebie skazani. Cokolwiek by się nie działo (a u niego działo się dużo – zdrady, rozstania, zmiany i takie tam), to ostatecznie i tak trafia jakoś tam do mnie. I dlatego właśnie jesteśmy na siebie skazani. Mam takie przeświadczenie, że jeśli dożyję wieku starczego i on też, to wylądujemy gdzieś razem w jakimś domu starców czy coś. Na tym polega nasze skazanie na siebie :) Widzieliśmy się kilka razy w tym czasie, Adaś wpada, opowiada i śpi. Niemniej, od czasu jak spotyka się z nowym chłopcem, ma mniej czasu. A i dobrze w sumie, bo mi czas między palcami ucieka i tak…
Z Marcinkiem też się kilka razy widziałam. Nie za wiele, bo on w Paryżu kilka dni był. Niemniej, po jego powrocie mieliśmy ważną dla mnie rozmowę. Trochę o nim, trochę o Grzegorzu (skutecznie udało mi się go już z mojego życia wymazać), trochę o naszej relacji. Wyjaśniłam mu dlaczego nie pytam go o szczegóły jego życia osobistego i jak niewłaściwe mi się to wydaje. Tak, wiem, że to irracjonalne, bo przy innych nie mam tego problemu. Ale nic na to nie poradzę przecież, nie będę się zmuszać. A Marcinek mi wyjaśnił, że nie jest i nie był z Grzegorzem. To dla mnie ważne było, naprawdę.
Studencko-gejowska bohema ma się dobrze! Bawimy się nadal, jakby jutra nie było! Na całego. Naprawdę ich za to uwielbiam. Nie wszystkich, bo czasem odstają, poddają się, odpadają. A tego nie lubię. Moja przyjaciółka Gacek jest ze mną niezmiennie cały czas koło mnie. Za to go uwielbiam. Że stoimy za sobą murem. Ostatnio jakaś dziewczyna mnie w Glam zaczęła popychać i wyzywać (nie będę tego komentować) i nie minęło kilka sekund a już Damian.be i Gacek interweniowali, nawet bez mojego wołania. Uspokoili ją i już. Bez nich naprawdę nie dałabym sobie czasem rady. Może nie w tej konkretnej sytuacji, ale tak po prostu. Chcę teraz, tak nieco sentymentalnie może, podziękować im za to, że są. I że pojedziemy do Krakowa, o!
No i na koniec Dawid… To jest dziwna sytuacja, bo ja się zaczynam emocjonalnie mocno angażować w tę relację. Dość mocno, naprawdę. Dawida kiedyś, kiedyś widziałam live po raz pierwszy i już wtedy zwrócił moją uwagę. Nie tylko dlatego, że był byłym Grzegorza, ale dlatego, że jest bardzo ładnym chłopcem. Wiem, wiem, że często to tutaj piszę. To dlatego, że uważam, że ładnych chłopców trzeba wyróżniać i podkreślać, że są ładni :) Choć to nie zawsze ich zasługa, to jednak liczy się fakt, że są! Dawid, bez wątpienia, też jest. Drugi raz spotkałam go – przypadkiem – po jakimś czasie we W Biegu Cafe, gdzie pracuje. Spotykałam się tam z Hugo i Perełką a propos nadchodzącego Floor-Sitting Party „Picture Yourself” i wtedy znów moją uwagę mocno przyciągnął. Postanowiłam go poznać. No bo czemu nie? Więc wieczorem (jako że wyskoczył mi gdzieś na Facebook) zaprosiłam go do znajomych. Zaczęła się wymiana wiadomości. I taka wymiana potrwała z 6 godzin chyba. Powoli zaczynałam się przekonywać, że jest też chłopcem niegłupim. Nie zawsze ma to dla mnie znaczenie, wielu moich ładnych znajomych to ludzie głupi i to jest okej. Po przejściach z przyjmowaniem mojego zaproszenia do znajomości (które ostatecznie on skierował do mnie a nie ja do niego…) jakoś tak się stało, że jednej nocy, gdy piłam ze znajomymi lesbijkami na Ursynowie (brzmi dość dziwnie jak na mnie, wiem), że zgadaliśmy się SMSowo i padł pomysł, że go odwiedzę w nocy w mieszkaniu, które właśnie remontuje sobie. I stało się, wpadłam. Była herbata i rozmowa długa. Było miło, choć sceneria (pusty pokój bez zrobionych ścian, podłogi i siedzenie na wiaderkach plastikowych czy czymś takim) nie wydawała się zbytnio sprzyjająca. Potem, po kilku dniach, Dawid nareszcie zaprosił mnie na kawę (zachęcałam go wiadomościami w stylu „No, to kiedy zaprosisz mnie na kawę?”, mimo że sam nigdy nie zapowiadał, że to zrobi). Poszliśmy do Bla Bla Cafe (bo chcieliśmy miejsce, którego nie znam) a potem do Nowego Wspaniałego Światu. I tak jakoś mile nam znów czas mijał. Potem zobaczyliśmy się znów. I znów. I jakoś tak się stało, że Dawid u mnie nocował. Potem znów. Potem ja u niego…
No dobra, do sedna. Zaangażowałam się emocjonalnie i trochę mnie to przeraża. Dlaczego? Nie muszę chyba tłumaczyć. Po pierwsze: generalnie tego nie robię. Po drugie: jest to miłe i jest mi z tym dobrze. Po trzecie: to się nie może dobrze skończyć. Po czwarte: Dawid nie jest osobą żyjącą w celibacie, co rodzić może pewne problemy natury, że tak powiem, technicznej. Po piąte: nie wiem do czego to doprowadzi. I w ogóle, co ja wyprawiam? Nie wiem.
Dziwne to i nie wiem jak się zachować. Niemniej, Dawid jest gościem zaproszonym na F-SP. Na razie znajomi głównie o nim słyszeli. Chcę, żeby go poznali. Najpewniej jeszcze nie raz się na tym blo pojawi…

No i… Oczywiście, staram się znaleźć też czas na kulturę! Byłam na spektaklu „Kalimorfa” w Teatrze Praga z Sebastianem Plastikowym Skurwielem (czy ktoś jeszcze tak do niego mówi?!) no i zabrałam na koncert Hurts Gacka, Damiana.be i Anatola. A w zasadzie tego ostatniego nie zabrałam. Bo… nie przyszedł. Nie wiem dlaczego. Już dzwonił, że się spóźni, że jest w drodze i w ogóle a ostatecznie okazało się, że się nie zjawił. Dla mnie: skandal. Nie przeprosił, nie poinformował dlaczego nie przybył. Ej, o te bilety bili się ludzie i płacili wielokrotność tych 120 zł, co kosztowały początkowo… Nie będę może tego już dalej komentować.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Muzyka jest ważniejsza od ideologii

25 paź

Wysoki Sądzie, jestem niewinna! Taki krzyk ćwiczyłam przed rozprawą, która miała miejsce w miniony czwartek. Oj, wiem, że niepotrzebnie. Ale lubię na całe mieszkanie krzyczeć histerycznym głosem. I tutaj chcę Wysoki Sąd pozdrowić, bo wiem, że czyta mojego blo. Ale o tym za chwilkę.

Powrót do Warszawy z Kijowa okazał się łatwy. W sensie, że poniedziałek miałem już wolny i mogłem oddać się spokojnie ogarnięciu rzeczywistości. To znaczy… W sumie nie do końca, bo wieczorem Paulina miała wpaść, żeby pogadać o korekcie. Bo takie mam doświadczenie, że zaczynam korektę prac dyplomowych robić. Ale rozumiem Paulinę. Wiem, że każdy ceni sobie uwagi innych czytelników i że są one zawsze pożądane. Dlatego pozytywnie chcę wypowiedzieć się o tych wszystkich, którzy tak robią :) Pamiętajcie, że ja też mogę Waszą pracę sprawdzić. Za niewielką opłatą. No co?! Cenię swój czas!
Wtorek poświeciłam na nadrabianie zaległości. Gdzieś koło 78 wysłanego maila, przestałam liczyć ile ich naprodukowałam. Ale oceniam tak szacunkowo, że gdzieś ze dwa razy tyle. A i tak nie odpisywałam ze wszystkich skrzynek, bo mamy awarię dwóch serwerów i nie mogę z nich pisać. Inaczej pewno byłoby trzy razy więcej czy coś. Nie jest łatwo być mną :)

Po południu podjechałam na Uniwersytet Warszawski, żeby się obronić. Na 17.30 wyznaczyli mi termin, więc jakieś 15 minut wcześniej byłam na miejscu. Przede mną jeden chłopak, za mną też jeden. Ten przede mną już czekał na werdykt komisji, ten za mną czekał i opowiadał czerstwe żarty. I myślałam, że go walnę. Powstrzymało mnie to, że dość szybko szanowna komisja poprosiła mnie do siebie na rozmowę. Moja promotora, wyproszony profesor-recenzent, którego bardzo szanuję i na którego zdaniu mi zależało no i przewodniczący komisji wyznaczony przez dyrekcję. Trzy pytania. Pierwsze – o przydatność kategorii dyskursu w naukach humanistycznych, drugie – o wizerunku śmierci w polskich mediach, trzecie – o media religijne w Polsce. Proste wszystko. Na dużo gadania. I chyba sporo gadałam, bo jak wyszłam, to stwierdzili, że strasznie długo siedziałam. No, nie wiem. Dla mnie to chwila. Ledwo zaczynałam się rozkręcać z jakimś tematem, a tutaj trzeba było do kolejnego pytania przechodzić.
Po chwili poproszono mnie do środka. Na stojąco tym razem. Przewodniczący Komisji pogratulował i podziękował. W tym momencie zostałam podwójną magistrą. Profesor-recenzent bardzo miło mówił o pracy, że ciekawa, że fajne badanie, że warto kontynuować. Pytali mnie dlaczego nie wzięłam pod uwagę „Naszego Dziennika”. Ach, bo nie wszyscy wiecie o czym pisałam :) Moja praca to krytyczna analiza dyskursu prasowego w II i III rocznicę śmierci Jana Pawła II w ogólnopolskich dziennikach drukowanych. Mam 5 za pracę. I 5 z obrony. Nic chyba zaskakującego. Moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem) napisała mi SMSa „To 5 czy 5-?” Miłe to z jego strony, że tak wierzy we mnie.

Prosto z obrony pojechałam do Rasko. Tam, kolejne spotkanie Społecznego Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. Temat drugiej parady, którą chce jakoby Fundacja Równości robić mimo zastrzeżenia nazwy przez Szymona Niemca, w zasadzie się nie pojawił aż do końca. Dopiero wtedy jakieś tam przebąkiwania. Miło, że dołączają do nas kolejni ludzie. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że jak nas tak będzie przybywać, to trzeba będzie pomyśleć nad pewnymi procedurami – choćby w kwestii zabierania głosu. Bo, jak widzę, niektórzy mają problem z czekaniem na swoją kolejkę, jeśli idzie o wypowiedzi…
Jacek Kochanowski pozytywnie odpowiedział na prośbę Szymona o włączenie się w organizację wydarzenia naukowego okołoparadowego. Szymon nie wie pewno, że wcześniej Jacek otrzymał takiego maila z propozycją ode mnie ;) Nieważne, liczy się efekt. No i zapowiedział Jacek, że chętnie, pod warunkiem, że ja będę z nim to robić. A ja jestem bardzo na tak, bo uważam, że to może być wspaniała rzecz i niezapominana przygoda. Chcę tego. I o ile ta sprawa mnie jakoś tam nie zaskoczyła, o tyle…
Pojawił się pomysł, żebym została rzecznik prasową Parady Równości 2011. Nie ukrywam, że trochę mnie to zaskoczyło. Pozytywnie, to jasne. To naprawdę miłe, że o mnie pomyślano i że mnie się chce w to włączyć. I oczywiście od razu pojawiły się wątpliwości. Ponieważ sprawę – na moją w sumie prośbę – pozostawiliśmy do rozwiązania drogą „negocjacji mailowych”, to przyznam, że od razu napisałam do wszystkich wiadomość, żeby powiedzieć im jak się mają sprawy. Uważam, że dałabym sobie radę z funkcją, o której rozmawialiśmy. Mam duże doświadczenie w pracy z mediami, a od kilku dni jestem też magistrem dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Bardzo schlebia mi propozycja i zdanie członków Komitetu co do tego, że powinno to być zadanie przydzielone właśnie mnie. Bez ściemniania powiem, że to dla mnie ogromny zaszczyt. Myślę, że działalność na rzecz rzecznikowania Paradzie 2011 nie byłaby aż tak czasochłonna, żebym nie dał sobie rady. W sensie, że podołałbym. Ale zarazem wszyscy muszą mieć świadomość, że posługuję się imieniem Jej Perfekcyjność i nie zmieniłabym tego na czas bycia rzecznikiem. Z jednej strony to fajnie, że jakiś queer/trans/cokolwiek jest rzeczniką/rzecznikiem wydarzenia o charakterze rewolucyjnym ale z drugiej strony – trzeba pomyśleć, czy na pewno chcemy, żeby tak było. Mniejsze znaczenie ma dla mnie to, czy byłaby to funkcja rzecznika, rzeczniczki czy rzeczniki, choć osobiście uważam, że ostatnia forma jest najwłaściwsza.
Moja wiadomość spowodowała, że kolejne osoby napisały, że popierają moją kandydaturę. Marcinek jedynie napisał, że ma wątpliwości – nie co do merytoryki, a bardziej co do ideologii. I dobrze, że napisał. Chciałabym, żeby dyskusja była wokół tego, bo ja sama nie mam przekonania. Nie dlatego, że się obawiam czy coś, tylko dlatego, że nie chcę, żeby moje ewentualne rzecznikowanie zaszkodziło Paradzie. W jakikolwiek sposób. Ja wiem, że cokolwiek nie zrobię i tak będą głosy, że się lansuję i wszystko robię dla lansu.

Wieczorem w domu – impreza! Oblewanie magisterki. Marcinek zrobił dwa ciasta, Gacek przyniósł kwiaty, Adrian wódkę a Maciuś wino. Przybyło ostatecznie mniej osób niż się zapowiedziało (normalka), ale zabawa była na całego. Dużo alkoholu poszło (2,5 l wódki i prawie litr Johnny’ego Walkera), dużo dobrej muzyki. Była wizyta sąsiada spod dwóch pięter, było głośno, huczno i gwarno. Tak, jak powinno być na imprezie z okazji ważnego dnia JP :)
Skończyło się na tym, że ostatni goście w zasadzie nie wyszli. Adam i Adrian spali u mnie. A nawet ze mną. Na moim półtoraosobowym łóżku. W zasadzie przyznać muszę, że to chyba rekord, bo jeszcze nigdy w trzy osoby na nim nie spałem. Dziwne doświadczenie w sumie – byłam między nimi. Każdy ruch jednego albo drugiego powodował, że się budziłam. Więc, choć sympatycznie, to nie wyspałam się za bardzo ;) Oni zresztą też nie! A Adrian, gdy już wstał, prosto ode mnie poszedł na jakieś zajęcia. Jakiś czas później złapałam go przypadkiem na Krakowskim Przedmieściu i uciekał właśnie do domu z zajęć, bo nie był w stanie wytrzymać :)
Moja partycypacja w zajęciach tego dnia też pozostawia wiele do życzenia… Nic na to nie poradzę! Październik zawsze – z różnych powodów – jest miesiącem wyrwanym z życia akademickiego. A Paweł S. ma rację, że powinna być na ten czas jakaś specjalna taryfa telefoniczna dla samorządowych działaczy. Bo tyle, co my wówczas wykonujemy telefonów…

Po zakupach w Carrefour, ogarnąłem się w domu i czekałem na gości. Przyjechał do mnie Anton z Mińska ze swoimi dwiema koleżankami (jedna z nich była dotknięta chorobą heteroseksualną). Zatrzymać się chcieli gdzieś w Warszawie na noc. No a że ja nigdy ładnym chłopcom nie odmawiam… wiadomka :) Więc wpadli, zjedli coś i… chcieli na imprezę. A przecież wiadomo, że w Warszawie nic się w środę nie dzieje. Padło na Galerię. Niestety.
Tam nawet karaoke nie ma w ten dzień. Jest za to jakaś żenująca impreza z konkursami, które są zabawne głównie dlatego, że biorą w nich udział bardzo pijani ludzie. Tak właśnie było. Łącznie z tym, że jedna z uczestniczek, bardzo już pijana, leżała w pewnym momencie na scenie i nie chciała wstać. Anton i jego lesbijska koleżanka bawili się dobrze (hetero została w domu). Ja – średnio :) Był Hubert i to mi dawało trochę radości. Dawno nie gadaliśmy, a ja wciąż jestem zachwycona jego urodą. Posiedzieliśmy tak prawie do drugiej w nocy. A potem trzeba było się zbierać, bo już niewiele się działo a poza tym ja wstać musiałam o 7. Pod sam koniec zjawił się młody Karol, który albo mnie nie widział… albo mnie nie widział. Nie ma innej opcji ;)

W czwartek wstałam rano. O 9.00 było posiedzenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, na którym rozpatrywano sprawę z mojej skargi na bezczynność Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW w zakresie udzielenia informacji publicznej. Był i Przewodniczący (który cały czas podkreśla, że nie może być w tej ani żadnej innej sprawie stroną). Sędziowie nas trochę przepytywali, to dla mnie nowa sytuacja, bo w zasadzie zazwyczaj powtarzam tylko, że podtrzymuję treść skargi i tyle. A tym razem chcieli widzieć. Mam wrażenie, że ustalić chcą czy Przewodniczący tudzież Zarząd Samorządu Doktorantów UW realizuje zadania publiczne lub/i korzysta z publicznych pieniędzy. Dla mnie to drugie jest bezspornie prawdziwe, a to pierwsze – wydaje się, że tak. Skoro UW realizuje zadania publiczne (jako uczelnia publiczna), to Samorząd Doktorantów, który przejmuje niejako część tych obowiązków (w myśl zasady subsydiarności), także je realizuje. Rozbawiły mnie dwie rzeczy:
- sędzia sprawozdawca poprosił mnie do stołu, bo chciał mi pokazać ksero jakiegoś dokumentu. Pochodzę, oglądam, przyznaję, że miał rację a ja źle coś tam pamiętałam. Pyta mnie o coś jeszcze, czego za nic nie pamiętam. Więc mówię, że nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo nie pamiętam. Na co on mówi: „no tak na co dzień, to pan wszystko dokładnie na blogu opisuje a teraz nie może sobie pan przypomnieć?” W sensie, że tak – czyta mojego blo. Bardzo to było zaskakujące i miłe zarazem. Dziękuję za to i gorąco pozdrawiam wszystkich sędziów, którzy czytają mojego blo.
- argument Przewodniczącego, że on nie dysponuje pieniędzmi, a jedynie – uwaga – doradza pani rektor jak powinna je wydać. W sensie, że wszystkie uchwały Zarządu Samorządu Doktorantów UW plus faktury, które on opisuje i przedstawia do realizacji Kwesturze UW nie są dokumentami wydającymi dyspozycje kasie, tylko wskazówką dla Pani Rektor. Przezabawna interpretacja.
Oczywiście, dzień po posiedzeniu mam już na dysku skan upoważnienia od Pani Rektor, który daje Przewodniczącemu Zarządu Samorządu Doktorantów UW możliwość dysponowania majątkiem UW i zaciągania zobowiązań wobec UW w wysokości do 14 tys. euro każde. Jeśli to nie jest dysponowanie majątkiem publicznym, to ja nie wiem co nim jest. Sąd zobowiązał panią rektor do udzielenia odpowiedzi w ciągu 14 dni na pytanie czy Przewodniczący ZSD UW działa w sferze zadań publicznych oraz czy dysponuje majątkiem publicznym. Ciekawa jestem odpowiedzi.

W czwartek spotkałem się także z zainteresowanymi działalnością w moim kole naukowym. Przyszło kilkanaście osób, dwie napisały jeszcze potem maila, że nie mogły przyjść a chciały. I super, to rozumiem! Coś się dzieje, jest nadzieja. Wstępna rozmowa to była tylko, bo mieli przerwę i nie chciałem im zajmować. Wstępnie też, po kilku dniach wiem, że zjawią się na kolejnym spotkaniu – już normalnym – bo sami sobie termin wyznaczyli. Więc super się to zapowiada. Może nareszcie na poważnie uda się reaktywować działalność. Wierzę w to i będę trzymać kciuki za nich, za nas :) Może – daj boże – uda mi się porzucić to koło za rok-dwa? W sensie, żeby ktoś inny przejął. Bo, oczywiście, ja mogę… ale czy to ma sens?
Od czwartku mam też swój drugi telefon. Walka zakończona :) Mam nauczkę, żeby nie gubić komórki. A – uprzedzając fakty – kilka dni później udało mi się także naprawić dwa serwery pocztowe. Więc wszystko jakoś wraca do normy. Nareszcie!!!

W piątek rano wybrałam się na zajęcia, na których jeszcze od początku roku nie byłam (wiem, skandal!), ale okazało się, że… one są w jakiejś innej sali i nie wiadomo w jakiej. Słodko. Więc pocałowałam klamkę i znów nie poszłam na nie. Niedobrze się dzieje. Napisałam w trakcie zajęć do prowadzącego, żeby mu wyjaśnić powody swojej absencji, ale nie mam wciąż odpowiedzi. Będą z tego kłopoty, coś czuję. No, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo. To jest październik w samorządzie na UW.
Po dyżurze w mojej zaprzyjaźnionej firmie, przyszykowałam pokój na gości. Bo u mojej przyjaciółki Gacek (złego słowa o niej nie powiem) na razie nie za bardzo można. Sąsiedzi się czepiają :) U mnie w zasadzie się nie czepiają. A jeśli nawet, to wspieram ich w tym. Niech wyrażają swoje niezadowolenie, o to chodzi!

Więc był b4. Przyszedł Gacek z Polą i Kasiąspyrką (tak, tak!), Damian.be, Adam i kilka innych osób. Może nie tyle tłoczno, co sympatycznie było. Dużo alkoholu wypito. Ja nie za bardzo chciałam, ale Gacek stwierdził, że na żywo mogę nie przeżyć tego wszystkiego. Ponieważ obawiałam się, że może mieć rację… coś tam wypiłam.
Po zrobieniu rozpierdówy w domu, pojechaliśmy do Undergroundu. Po drodze zgarnęłam Ernesta z daleka, który wpadł do Warszawy i chyba za bardzo nie miał planu. Więc ze mną się splanował. Okazało się, że wstęp jest płatny! I to 20 zł! Śmiesznie, bo to urodziny klubu. Ja nie płaciłam, ale… jakoś tak wyszło, że za innych zapłaciłam. Wiem, wiem, muszę to ograniczyć. W środku sporo ludzi. Była i Królowa, miło mnie przywitała i do open baru nawet potem zaprosiła. Śmiesznie pan do tego wyodrębnionego VIP roomu nie chciał mnie wpuścić. Podchodzę, on mnie pyta czy tu już byłem. „No oczywiście!?” wykrzyczałam. Przeprosił mnie i wpuścił. Gościem specjalnym urodzin był zespół Monopol z hitem „Zodiak na melanżu” z charakterystycznym refrenem „To na melanżu, to było na melanżu”… No, nie jest to szczyt moich muzycznych marzeń, ale jakieś szaleństwo mogło w tym być. Ponieważ moi ludzie nie bawili się za dobrze, postanowiliśmy się przenieść. Oni chcieli do Capitolu, ja – nie. Ale uległam i podjechaliśmy tam na chwilkę. Oczywiście, znów musiałam ich ratować, bo inaczej staliby w kolejce nie wiadomo jak długo. Na szczęście ja mam jakąś kartę Capitolu i udało się nam wejść bez kolejki. To była impreza Candy Andy czy tam G Party. Nie odróżniam ich. Moja pierwsza chyba w życiu, jak tak teraz myślę. I jakie wrażenie? Negatywne. Oczywiście, ludzi sporo, dobrze się bawili i w ogóle… Ale cała ta impreza to podróbka. Nic oryginalnego. To pomysł, który ktoś gdzie indziej miał a organizatorzy go zapożyczyli i udają, że są fajni. Nie podoba mi się to. Dlatego nie bawiłam się i zaraz chciałam wyjść. Nie wiem ile czasu tam spędziłam… 15 minut? No, może 20, bo na taxi chyba czekałam.
Potem zgarnęłam Damiana.be i pojechaliśmy do Toro.

Tak, do Toro. Bo ten klub ma przewagę jedną – jest autentyczny i nie udaje czegoś, czym nie jest. Jest przaśny, ale czuje się z tym okej. I tak powinno być. Bawiłam się średnio, ale tak ma być. To jest Toro :) Ernest do nas doszedł i gdy widziałam, że się dobrze z Damianem.be zaczynają bawić, poszłam do domu. To już nie klimat dla mnie.
A propos Toro. Marcinek wypomniał mi ostatnio, że nie napisałam, że płakałam w Toro. Jakby to było coś, co chcę ukryć. Otóż nie. Po prostu czasem pomijam rzeczy, o których w danym momencie nie pamiętam. Zresztą, tłumaczyć się nie muszę. Tak, owszem, płakałam w Toro. Wtedy, gdy byliśmy tam poprzednio. Damian.be był, ja byłam i ten młody Karol był. Płakałam, gdy zdałam sobie sprawę z pewnych rzeczy, które w życiu mi uciekają, bo się ich wyrzekłam. Karol, uprowadzony przeze mnie w sumie wówczas z Galerii, zaczął bardzo dobrze bawić się z Damianem.be. W sensie, że no wiecie… A mi się zrobiło przykro. Nie dlatego, że to się dzieje, tylko że dzieje się to tak szybko. Bo jednak ja lubię kontrolować tego typu sytuacje, a tutaj kontroli nie miałam. A może to wina alkoholu? Nie wiem, nieważne.

Sobota to oczywiście praca, praca, praca. Cały czas coś, cały czas jakieś pisanie, czytanie, liczenie… Czasem, przyrzekam, mam dość. Nie będę opowiadać jakie dokładnie tego dnia pisma spłodziłem, do kogo wysłałem maile i czym się zajmowałem. Dość powiedzieć, że było tego sporo i że wiązało się to – znów – z wykonywaniem telefonów. Głównie dlatego, że Przewodniczący Uczelnianej Komisji Wyborczej Samorządu Studentów UW poinformował mnie dzień wcześniej, że zgłoszenie mojej listy wyborczej w ramach wyborów do Parlamentu Studentów UW na Wydziale Polonistyki UW jest nieważne. Nie za bardzo potrafił powiedzieć dlaczego i jak, ale też i na wiadomości odpisywał sporadycznie.
Ponieważ Komisja Wyborcza działa w tym roku tragicznie, dwoje członków tejże postanowiło zwołać posiedzenie w niedzielę. Wysłali do Przewodniczącego odpowiednie pismo w piątek – wszystko zgodnie z przepisami i wymogami. On to posiedzenie w piątek zwołał. I dobrze, bo chciałam na nie przyjść (są otwarte dla każdego) i dowiedzieć się co i jak, podać swoją propozycję rozwiązania. Miałam przekonanie, że się uda, że wystartujemy w tych wyborach. Co się jednak okazało? W niedzielę wyszło na jaw, że posiedzenia nie będzie. Przewodniczący stwierdził, że je odwołuje (potem, że jednak przekłada), bo nie będzie quorum. To dla mnie bardzo interesująca konstrukcja prawna. Że nie będzie quorum wiedział już przed posiedzeniem! Podoba mi się to rozwiązanie. Następnym razem jak ja będę gdzieś imprezę mieć w planach (w niedzielę, w trakcie planowane posiedzenia, szef komisji bawił się chyba w Hybrydach) pokrywającą się terminowo z posiedzeniem jakiegoś organu, któremu przewodniczę, odwołam (przełożę), bo „nie będzie quorum”. Bardzo mi się to podoba. Może nawet nie będę robić głosowań, bo nie będzie quorum albo „bo nie będzie głosów ważnych”. Bardzo mi się to podoba. Mieliśmy w niedzielę wieczorem poważną rozmowę przez telefon w tej sprawie. Łącznie z tym, że poprosiłem o podanie podstawy prawnej odwołania (wtedy stwierdził, że to przełożenie). Nie potrafił jej podać, obiecał zadzwonić za 5 min. Tak też zrobił i wyrecytował formułkę, którą mu podsunięto.
Bo to chyba jest jego największy problem. On tego nie ogarnia, ktoś go postawił i jak marionetka teraz robi dokładnie to, co mu każą. A że każą mu różne rzeczy, to potem on dostaje za to po uszach. Bo robi albo rzeczy niewłaściwe (bo mu każą) albo robi rzeczy niewłaściwie (bo nie ogarnia). Tak naprawdę to mi go szkoda. I szkoda, że tak się nad nim Nowa Koalicja znęca – zamiast postawić na czele Komisji osobę, która naprawdę nią rządzi, to stosują takie dziwne ściemy. Po co to? Nie wiem.

Wracając jednak do soboty, gdy jeszcze nie wiedziałam, że posiedzenie komisji wyborczej się nie odbędzie, wyskoczyć musiałam z łóżka dość wcześnie, bowiem o 11.00 właściciele mieszkania po kasę przyszli a o 13.30 byłam umówiona na zdjęcia. Książka naczelnego „Wyborczej” jest na totalnym finiszu i potrzebne było moje zdjęcie do niej. No to połaziłam chwilkę z fotografką i coś tam wykombinowaliśmy. Dostaliśmy ochrzan na Wydziale Pedagogicznym UW od pani z biblioteki. Robiliśmy sobie zdjęcia na tle szufladek z katalogu kartkowego, na co pani stwierdziła, że to jest jej autorski katalog i ona się nie zgadza. Na nic zdały się tłumaczenia, że nas interesują szufladki a nie katalog. Dobrze, że już byliśmy po wszystkim w zasadzie. A na marginesie – katalog może i jest jej autorstwa, ale majątkowe prawa autorskie ma do niego na pewno Uniwersytet Warszawski, który za przygotowanie i prowadzenie tego katalogu pani bibliotekarce co miesiąc płaci :)
Wpadłam wieczorem do Pawła S. Wtedy bowiem zrobił, wymuszoną przeze mnie, mini parapetówkę. Wynajął bowiem swoje pierwsze mieszkanie w życiu i chciał to uczcić. I słusznie. Miałam nadzieję, że wezmę ze sobą Adasia oraz swoich współlokatorów, ale ostatecznie dotarłam tam sama. Na miejscu za to byli poza gospodarzem dwaj chłopcy i dwie niewiasty. Jeden z chłopców ładny. Tak, wiem, że hetero.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. To nie takie łatwe, bo w zasadzie ja ich nie znam. Ale po jakimś czasie Paweł stwierdził, że czas się przenieść do jego znajomego. Którego zresztą już znam z jakiś poprzednich imprez. I byłam na tak. Pojechaliśmy na Rakowiecką, gdzie – jak się okazało – było ‘quite a party’. Nie wiedziałam też, że w tym samym mieszkaniu mieszka Daniel, który musi mi Baumana książkę oddać :) Ludzi było sporo, impreza mocno offowa. W sensie, że siedzenie na podłodze, muzyka z gramofonu, świeczki, wino, część brzydko ubranych ludzi. Takie to trochę teatralne mi się wydawało momentami. Ale był też Mariusz Edgar. Nie znałam go wcześniej, ale ładny chłopiec, więc poznałam. Po chwili zaczął podkreślać, że ma dziewczynę :) Dość zabawne w sumie, ale zaiste – poznałam ją w kuchni.
Sympatyczna impreza, ale dochodziła godzina, gdy trzeba mi było uciekać. Zamówiłam taxi i pojechałam na róg Świętokrzyskiej i Nowego Światu.

To dość dziwne, bowiem w Nowym Wspaniałym Świecie zagrał DJ Hugo i DJ Alex Efler. Też zastanawiałam się czy ze strony lewicowych najemców lokalu, organizowanie takich komercyjnych imprez z komercyjną muzyką jest okej. Ale nie interesuje mnie to w sumie. Muzyka jest dla mnie ważniejsza od ideologii. Więc przyszłam się tam dobrze bawić. I robiłam to. Doskonale mogłam sobie poszaleć na parkiecie.
Potem dołączyła do mnie moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem), z Polą i pedalstwem. Było kolorowo, pięknie. Że chłopcy dobrze grali to ani zaskoczenie, ani niespodzianka. Ale brakowało mi tego ich grania bardzo. Za tydzień co prawda impreza utopijna w Confashion, ale akurat Hugo na niej grać nie będzie, więc tym bardziej się cieszę, że dane mi było poskakać do tego, co grał.
Ludzi było sporo, trochę offowego środowiska też. Ale to wiadomka, bo przecież to Nowy Wspaniały Świat :) Impreza zatem udana. A po wszystkim jeszcze z Hugo i Perełką poszliśmy na kebaba. W domu byłam jakoś przed 5 czy coś takiego. Skandal, nie?

Niedziela minęła na pisaniu jakiś tam zaległych rzeczy, konfigurowaniu serwerów pocztowych, żeby mogły od rana w poniedziałek ruszyć pełną parą a potem wieczorne wydarzenia z komisją wyborczą w roli głównej jeszcze mnie dobijały. A ponieważ miałam w zasadzie wolny wieczór – powinnam być wówczas na posiedzeniu, którego nie było – to obejrzałam sobie film. Co mi się już bardzo, bardzo dawno nie zdarzyło. „(500) dni miłości”. Widzieliście? Ot, taki sobie. Bez rewelacji. Z jednej strony autorzy próbują mrugać okiem do konwencji, w której tworzą, a z drugiej – siedzą w niej po uszy. Ale nie powiem, miło mi się tym czas zabijało.

W poniedziałek przesiedziałem kilka godzin od rana przy komputerze (dla odmiany) i ogarniałem rzeczywistość. Znów setki maili wysłane. No, może nie setki, koło 40 poszło. Plus serwery pocztowe. Działają, to najważniejsze. I gdy już tak sobie siedziałam i w ogóle, to okazało się, że zaraz muszę na UW lecieć. Raz, żeby zagłosować na Wydziale Polonistyki UW. Bo choć uważam, że wybory zorganizowano z pogwałceniem prawa, to znajduję inne niż odmowa udziału w nich środki działania, by swoje niezadowolenie wyrazić. Byłam, zagłosowałam. Musiałam też pogadać z moim współkandydatem, co robimy w tej sytuacji.
A że zdałam sobie sprawę z tego, że komisja wyborcza w trakcie tych wyborów, które właśnie trwają, dokonuje złamania szeregu przepisów, to postanowiłam to poobserwować jako członek Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW. Poobserwowałam liczenie głosów także i napisałam wieczorem pismo do odpowiednich osób, żeby zająć się sposobem przeprowadzenia tych wyborów.
Nie mogłem dłużej siedzieć i obserwować „czynności wyborczych”, bo miałem korki. Miejsce na nie okazało się nie do końca dobre, muszę je zmienić na przyszły tydzień. Niemniej, tak, znów udzielam korepetycji.

Do domu wróciłem jakoś koło 20. Odpisywanie na maile (dla odmiany), pisanie pism (dla odmiany) i planowanie działań na kolejne dni (dla odmiany) wypełniły mi wieczór. No i pisanie blo :) Ale to miałam w planach od piątku. W sensie, że wówczas zapisałam sobie na różowej karteczce na biurku, że w poniedziałek mam wieczór z głowy na rzecz blo.
Swoją drogą, dodałem już rządek dat do archiwum na 2011 w bocznym menu, jak zwykle z wyprzedzeniem. Dziwnie to wygląda, tyle cyferek. Ja naprawdę piszę tego bloga od zawsze.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bierz na mój rachunek!

18 cze

Pisanie blo, to duża odpowiedzialność. Za siebie, za blo, za czytelników, za słowo. Nie raz mi się za napisane tutaj rzeczy oberwało. A i do dziś – dla przykładu – Nowa Koalicja w samorządzie studenckim czasem wypomina mi napisane tutaj rzeczy. Przy okazji – pozdrawiam was. I wiem, że czasem się narażam i wiem, że czasem robię to celowo.
Ale do rzeczy.

Dobrze, że bardzo wysokie temperatury nie są z nami cały czas. Te kilka dni, kiedy słońce napierdalało jak głupie, gdy temperatura niepotrzebnie przekraczała 20 st. Celsjusza były dla mnie naprawdę męczące. Bo ja nie lubię lata. I wiem, że się narażam wielu osobom w ten sposób, ale nic na to nie poradzę. Lato to zupełnie nie moja pora roku i basta. Wolę już zimę, z dwojga złego. A najbardziej lubię późną jesień. Jest ciemnawo, zimnawo, wieje wiatr – tak, tak, to pogoda dla mnie.
Na szczęście – w firmie, z którą współpracuję dzieje się coś dziwnego – w budynku, w którym się znajduje jest zawsze chłodno. Więc na złość wszystkim i wszystkiemu, zamykamy okna. Żeby ciepło nie leciało do nas. I nie ma nawet air-condition w środku a i tak jest chłodno. Lubię to! Czasem aż mi się nie chciało wychodzić ze środka, jak na złość. Trochę mnie tylko ta temperatura martwi z powodu owadów. W sensie, że najpierw trochę powodzi, teraz ciepło, sucho… Więc od razu wiadomo, że będzie więcej latającego gówna. No, trudno. To na złość tym, którzy mówią, że lato jest super. Niech was zagryzą komary.

Jeszcze we wtorek postanowiłam zrobić zakupy w Carrefour. Ale takie na Maksa duże, że potem musiałam taxi do domu wracać :) Ale inaczej nie dałabym rady. To są te nieliczne momenty, kiedy myślę, że posiadanie automobilu i prawa jazdy jest jednak przydatne. Ale to nieliczne chwile.
Z zakupami dotarłam do domu i zakopałam się w badaniu mediów.
Okej, czas coś o tym powiedzieć. Wczoraj dokładnie wyszedł raport z poprzednich dwóch tygodni. Przygotowanie go było dla nas ważne z dwóch powodów: po pierwsze – bo to fajne i pomysł taki był od razu, żeby co tydzień/co dwa puszczać coś w świat a po drugie – bo baliśmy się, że nam zamkną projekt, jak się okaże, że nie potrafimy czegoś, za przeproszeniem, wyprodukować. Więc udało się. Zamieszania z tym było co niemiara. Ale mówię teraz na poważnie. Poprawianie najpierw błędów technicznych, potem błędów merytorycznych a potem znów technicznych zajęło nam sporo czasu i nerwów. Łącznie z odbieraniem telefonów o północy czy maili o 2:34. Było ciężko, naprawdę.
Problem polega na tym, że to badanie pilotażowe i do tego bezprecedensowe. W sensie, że nie ma gotowego narzędzia, tylko wszystko musimy sami wypracować. Powiem więcej: pierwsze dwa tygodnie poświęciliśmy głównie na to, żeby zmienić nasze pre-koncepcje. Ja wiem, że w zasadzie to nie ma znaczenia dla raportu końcowego, który ma być po prostu dobry i odporny na krytykę. Ale chcę tylko powiedzieć, że ta fala komentarzy, jaka się przelała w sieci po publikacji jest trochę bezsensu. Bo przecież całej metodologii badania nikt jeszcze poza nami nie widział – a to dlatego, że jej publikacja zajęłaby więcej stron niż sam raport tygodniowy. A nam chodziło raczej o upublicznienie czegoś, co dawałoby obraz naszych wyników z ostatnich dwóch tygodni. Z reszty na pewno „wytłumaczymy się” w raporcie końcowym, który podsumowywać będzie całą akcję. To, co okazało się ciekawe w komentarzach do badania (po tym, jak opublikowała je „Gazeta Wyborcza”) to dwie rzeczy:
- musimy lekko zmienić sposób prezentacji danych, bo aktualny może się wydawać mało czytelny,
- Kataryna wie, że jestem Jej Perfekcyjnością i że biorę udział w badaniu.
W sumie to drugie mnie bardziej zdziwiło. No bo skąd ona to wie? Nie sądzę, żebyśmy znali się na żywo czy coś. Oczywiście, nie jest to dla mnie powód do wstydu – co to, to nie. Au contraire, uważam, że publikując prace naukowe i posługując się tym imieniem, walczę o uprawomocnienie go w sferze publicznej. A skoro imienia, to i siebie samej, co nie? Tak mi się wydaje.

Skoro już zaś o „Gazecie Wyborczej” mowa, to mogę chyba zdradzić, że napisał do mnie vicenaczelny tejże z pytaniem czy zechcę mu udzielić wywiadu. Nie wiem w sumie czego miałby dotyczyć i w ogóle, ale odkąd nabrałam do niego dużo szacunku po konferencji „Wolność polskiego geja i polskiej lesbijki” (nie to, żebym wcześniej nie szanowała – po prostu miałam okazję posłuchać go na żywo pierwszy raz), to zgodziłam się bez chwili wahania. A jak będę wiedzieć, co i jak, to dam znać.

Środa minęła dość szybko. Dużo pisania tego dnia, bo musiałam się wziąć na poważnie za jedną ze zleconych prac, niestety. Na szczęście jednak – wszystkie są na finiszu i mam nadzieję, że z końcem lipca uwolnię się od ich ciężaru a zarazem przybędzie mi odpowiednia ilość kasy za nie :)
Wieczorem zaś – impreza. To było do przewidzenia. W sensie, że tydzień po takim fajnym evencie, jakim było „Suck My Discoteque” przedbożociałowe, teraz będzie gorzej. I było, zaiste. W sensie, że wszystko fajnie, bar działa, muzyka gra (brawo, Moondeck), wszystko jest… poza ludźmi. Ich brak. Jednak – i powtórzę to utyskiwanie, które mi się zdarzało – ludzie nie potrafią się już bawić poza weekendami. Słabo, słabo. Ja potrafię. Na dowód, zabrałam ze sobą Marcina z Loczkami z jego kolegą, moją przyjaciółkę Gacek. Na miejscu spotkaliśmy jeszcze Damiana.be, Burgesa, Tadka, Tomeczka i Pawła. I w zasadzie niewiele więcej osób było. Heterotrójka się zjawiła (ten Igor, kilka kg mniej i byłoby naprawdę ciastko z niego). No, ale ja wiem, on hetero, hetero. Tak, tak.
Dlatego z Utopii zmyliśmy się dość szybko i – zaliczając po drodze McD – wpadliśmy do mnie. W sensie, że ja, Tomeczek, Paweł, Loczek i jego współlokator (czy raczej: land-lord). Niestety, długo nie siedzieli. A szkoda, bo alkoholu było w bród. Tak czy owak – gdy jechaliśmy do mnie, zastanawiałam się, jak bardzo wkurzeni będą współlokatorzy następnego dnia za nieplanowany ponadwymiarowy hałas w nocy. Piotr ledwo go jednak zauważył (on to ma jednak sen…) a Michał przyjął dość dobrze. Więc nie ma co narzekać. Goście wyszli o 4:30 a ja o 8:00 byłam już na nogach. Prawie trzeźwa.

Wiadomo, że po takiej imprezie nienajłatwiej mija kolejny dzień. Zwłaszcza, jeśli ustawi się go dość intensywnym. Zaczęło się od fryzjera. Poszłam, nie spóźniłam się, dałam radę. Wyszłam z bardzo krótkimi włosami. Ale jak lato, to mogę sobie pozwolić. Następnym razem nie będzie tak radykalnie ;)
Potem krótki dyżur w znajomej firmie (zdrzemnęłam się 15 minut!) i można ruszać dalej.
Najpierw spotkałam się z Sebastianem-Arkiem. Kopę lat się nie widzieliśmy, ale skoro wrócił już z tej Wielkiej Brytanii, to czas najwyższy. Spotkanie przebiegało w miłej atmosferze. Powiedzieć „przebiegało” to dobre określenie, bowiem wykorzystałam Sebastiana i pobiegał ze mną po UW ;) Zjedliśmy też obiad w Hula Kula. Średnio smaczny, dość drogi. Ale co tam, czasem trzeba. Sebastian, oczywiście, miał dla mnie prezenty. Piękna torebka i pasek – w kolorze fioletowym (czy raczej fiołkowym) oraz kilka kosmetyków z firmy – wiadomo – l’Oreal. Było bardzo miło i padło – jak zwykle – pytanie o to, kiedy będzie Floor-Sitting Party.
Więc ja mogę zdradzić ten sekret tu i teraz. F-SP będzie dopiero w październiku. Zaczynają się wakacje, a w wakacje tego typu rzeczy nie wychodzą. Za bardzo są wszyscy rozjechani i nauczony doświadczeniem wiem, że to nie ma sensu. Za to – zapowiadam to już teraz – na pewno 17 lipca będzie duża impreza u mnie poparadowo-przedutopijna :) Więc spodziewajcie się zaproszeń na początku lipca.

Drugie spotkanie w czwartek: Adrian. Też już jakiś czas się nie widzieliśmy. Lubię te z nim pogawędki, bo on mentalnie strasznie jeszcze młody i wszystko przed nim :) W sensie, że właśnie jest w swoim pierwszym związku. I do tego na odległość. Któż z nas nie był w związku na odległość niechaj pierwszy rzuci kamień! No, więc ja rzucić nie mogłam ;) Ale za to pogadać z nim – i owszem. Poza tym twierdził, że mi wisi jakąś kawę. A kawy, jak wiadomo, nie odmawiam nigdy.
(Chyba, że jestem na megazatruciu alkoholem – wtedy i tylko wtedy nie mam ochoty na kawę.)

W moje ręce tego dnia wpadł „Traktor Królewski” – to taka gazeta wydawana przez i dla studentów na Trakcie Królewskim. Bardzo ciekawa inicjatywa, której kibicuję już jakiś czas i której kolejnych realizatorów udaje mi się poznać przypadkiem lub nie. I w tymże traktorze co znajduję? Swój tekst. Jakiś czas temu prosili mnie o napisanie takowego i ja się podjęłam, napisałam i puścili. Co ciekawe, puścili jako otwierający – na trzeciej stronie. Za wyróżnienie – dziękuję. Tekst, ma się rozumieć, o LGBTQ. Pytali mnie o to, jakie są sprawy ważne dla środowiska na UW. Nie jestem sędzią ostatecznym w tej sprawie, ale coś tam napisać mogę. Oparłam się głównie o to, że samorząd (moja ulubiona Nowa Koalicja) nie chce o gejach i lesbijkach pisać w dorocznym Raporcie Studenckim dla Senatu UW. I o tym jest ten tekst. Jeśli nie drogą formalną, to wszelkimi innymi studenci, wykładowcy, wszyscy dowiedzieć się muszą o co chodzi, jakie są to sprawy i co przydałoby się zmienić. A – wydaje mi się – środki do tego, by powiedzieć, że władze Samorządu Studentów UW mają te sprawy w dupie, mam chyba niezłe.

Piątek spokojny w firmie współpracującej. Sporo czasu sama siedziałam, a wtedy się zawsze lepiej myśli, pracuje, robi, prawda? Zwłaszcza jak w perspektywie jest miłe spotkanie. A takowe rzeczywiście było – z Marcinkiem. Umówiliśmy się, że zapraszam go na obiad. No co? Nie mogę?
Dzień był totalnie gorący. Ale totalnie. Że się żar leje z nieba a „słońce przeszło dzisiaj samo siebie”. Zastanawialiśmy się chwilkę gdzie na ten obiad iść. I na co padło? Na Utopię. W sumie to jeszcze nigdy tam nie jadłem, zmienił się im ostatnio kucharz… Więc czemu nie? Poszliśmy. Rzeczywiście, kucharz jest nowy. Kubuś, który akurat na barze pracował okazał się bardzo zaskoczony tym, że chcemy coś zjeść. W sensie, że ja wiem, nigdy mi się to nie zdarzało ;) Ale podano nam bardzo dobry makaron z kurczakiem i szpinakiem. Marcinek zachwycony. Ja w sumie też jestem na tak – tym bardziej, że makaron jadam teraz może raz w miesiącu. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Marcinek ma miesiąc bez alkoholu nadal a kusiło go, żeby piwo wziąć. Dobrze, że byłam obok ;) Potem poszliśmy na kawę do Wayne’s Coffee w Złotych Kutasach. Że niby Marcinek zaprasza. Ale że znają mnie tam, to nawet za jedną nie zapłaciliśmy całej kwoty, że o drugiej nie wspominam ;)
Za to stała się rzecz niemiła – Marcinek wykasował jedno zdjęcie z mojego telefonu. Byłam naprawdę w megaszoku. W sensie, że nigdy nikt tego nie robi, nigdy nikomu nie daję na tak długo telefonu do ręki, bo wiem, że niektórych świerzbi, żeby usuwać ale przecież Marcinkowi ufam. A poza tym, zawsze jak prosił, usuwałam zdjęcia. Albo pertraktowałam i prośbę swoją wycofywał. Do tej pory nie mogę zrozumieć jak mógł to zrobić. Bo to nie chodzi o to (przedstawiające jego) zdjęcie, ale o sak fakt usunięcia. W tzw. międzyczasie jeszcze małe zakupki w H&M zrobiliśmy. Kupiliśmy sobie buty, po wystaniu w megakolejce.

Bardzo ładna za to była wieczorna impreza w Utopii. Revival, czego nigdy nie ukrywałam, nie należy do moich ulubionych wieczorów. W sensie, że wolę sobotę. Ale tym razem (nie pierwszy raz) Sin dał radę. Ładnie było. I ładni chłopcy. I szaleństwo. Ala pstrykająca sobie zdjęcia z obcymi kobietami, moja przyjaciółka Gacek w krótkich spodenkach no i ja zaczepiająca niejakiego Kubę. Ładny chłopiec, naprawdę. Młody, jeszcze ma problemy z cerą, ale poza tym – jak się patrzy. No, poza tym, że nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie: „A powiedz mi, Kubuś, czemu ty się dzisiaj tak naćpałeś?”, które zadałam mu, gdy zaprosiłam go do baru na VIPie. No, szkoda. Noc bardzo udana!
Nie zapowiadała nawet jednak w połowie tego, co działo się kolejnej nocy. Niestety ;) Residents Night gromadzi Hugo, Nobisa i Moondeckową w jednym miejscu i czasie. I jest megaszaleństwo. Pięknie, pięknie grali! Wszyscy po kolei, dzięki bogu! Dużo ludzi, mnóstwo znajomych, litry alkoholu, szaleństwo na parkiecie… I moje hasło wykrzyczane do Damiana.be i Grzesia (chyba tylko do nich…): „Bierz na mój rachunek!”. A i sama stawiałam. Jednak jak wypiję coś to się rozrzutna robię… Potem miałam za swoje przy płaceniu, ale co mi tam. Raz się żyje, a pieniądze są po to, by je wydawać!
Po całej imprezie jeszcze kebaba zaliczyłam z Damianem.be i jego koleżanką. Nie wiem, która dokładnie godzina była jak wróciłam do domu. Podejrzewam, że po 8, ale Michał twierdzi, że jeszcze po 10.00 latałam po mieszkaniu. Nie wiem, może. Nieważne, ważne, że było szaleństwo i że impreza jest moim życiem.

Oczywiście, nie tylko impreza mi zajęła weekend! Co to, to nie! Zrobiłam m.in. podsumowanie pracy doktoranta. Okazuje się, że raz do roku, do 25 czerwca musimy coś takiego dostarczyć. I ja, oczywiście, obowiązku tego chcę dopełnić. Najgorzej, że wymagają ode mnie pisemnych potwierdzeń złożenia tekstów do druku. No więc muszę powyciągać to od organizatorów różnych konferencji. Ale dam radę, dam radę!
Jeśli już o formalnościach mowa, to – wyprzedzając trochę bieg wydarzeń – w środę byłam w sekretariacie załatwić delegacje. Żeby je rozliczyli i mi kasę zwrócili. Okazuje się, że jest problem. Nie wiem czemu jedna z uczelni uparła się, że jak kasę dostaje ode mnie, to nie może faktury na UW wystawić. Dziwne to, bo nikt inny z tym problemu nie ma. Nieważne, ważne, że znalazło się rozwiązanie. Skomplikowane, ale jednak. Muszę raz jeszcze przelać im 200 zł, poprosić o fakturę a potem skierować do nich pismo o podwójnej wpłacie i poprosić o zwrot jednej. Potem z fakturą zjawię się w sekretariacie swoim i pani zrobi jakieś czary-mary, żeby mi tę fakturę uznano i na jej podstawie oddano mi kasę. Skomplikowane, ale ma zadziałać. Ile to się trzeba narobić, żeby kasę dostać jakąś. Ale w sumie – dobrze, dobrze. To chodzi o pieniądze publiczne, więc każda złotówka musi być transparentna. A podatnikom dziękuję za pomoc w pracy naukowej :)

W poniedziałek rano, jak zwykle, spotkanie w sprawie badania mediów. Ciśnienie straszne, żeby cokolwiek opublikować już, bo nas Fundacja zabije. No to dobra, damy radę. Co prawda potem będziemy nadganiać ten weekend, ale co tam. Czasem trzeba, dla dobra sprawy. No i chyba jasnym jest, że prawie na pewno będzie druga tura, co wydłuża czas pracy nad tymi danymi, niestety. Ciekawa jestem, swoją drogą, jak wyglądać będzie przedwyborcza sobota i wyborcza niedziela w TVP. Bo, pamiętajmy, jest cisza wyborcza. Ale to się zobaczy. Potem będziemy się męczyć z końcowym raportem też… Eh, szkoda gadać.
W poniedziałek jeszcze wieczorem z Pauliną odwiedziliśmy Instytut Francuski. Tam ważne wydarzenie: spotkanie poświęcone Bataille’owi. Miało być ciekawie i nie było tak źle, prawdę mówiąc. Jasne, odchodziło tradycyjne intelektualne klepanie się po cipkach, ale to już standard i mnie to nie dziwi. Zdziwiło mnie za to przybyłe środowisko. Bardzo offowe i zupełnie nam nieznane. No, poza jednym chłopcem, który kiedyś nawet mnie w Utopii podrywał. To, co prawda, było dawno temu, ale było. No i właśnie to środowisko, zupełnie nam nieznane, słuchało o Bataille’u i rozumiało nawet niektóre hermetyczne żarty. Ciekawe, naprawdę. To nowe, jak dla mnie, tereny do zasiedlenia. Ruszamy na misję kolonizatorską!
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy – dla równowagi – McD nie zaliczyli ;) Muszę z tym skończyć!

Wieczorem zaś pracowałam nad prezentacją dla Ernst&Young. A w zasadzie na razie dla współpracującego ze mną doktora. Musi zobaczyć, ocenić, podzielić się uwagami. A ja musze dać mu czas na to, żeby się z tym zapoznał. Prezentacja – w ostatni poniedziałek czerwca. A kilka dni później, dokładnie 1 lipca, ogłoszenie wyników. Prezentacja jest ważna, bo od niej zależy ostatecznie czy dostanę/dostaniemy grant czy nie. A ja bym bardzo, bardzo chciała. I tu nawet nie chodzi o kasę jako taką, bardziej mi zależy na tym, żeby jednak mieć coś na koncie. W sensie, żeby mi umożliwiono zrobienie badania, oceniono potem jego wyniki i w ten sposób jakoś uprawomocniono mnie. Pamiętajmy, że każda praca, każda publikacja to kolejna „cegiełka” w drodze do uzyskania jakiejś pozycji w świecie naukowym.

We wtorek miałam okazję się wyspać… Ale nie, nie można. Poszłam z Michałem do lekarza. Zarejestrowaliśmy się jakoś po 7.30 ale na „po 11.15”, więc czasu trochę było. Poszliśmy do Carrefoura na zakupy, potem jeszcze miałam czas, żeby w domu cokolwiek ogarnąć w życiu. Bo choć tydzień zapowiadał się spokojny, to wcale taki nie jest. U lekarza wizyta nie trwała za długo. Ale pani doktor ostatecznie potwierdziła to, co przypuszczałam. W sensie, że dała mi skierowanie na kolonoskopię. Zacytuję wikipedię: „Kolonoskopia – metoda badania dolnego odcinka przewodu pokarmowego polegająca na oglądaniu wnętrza jelita grubego. Polega ono na wprowadzeniu przez odbyt specjalnego wziernika zakończonego kamerą i przesłaniu obrazu na zewnątrz. Do tego celu służy giętki instrument zwany kolonoskopem, który jest zbudowany podobnie jak fiberoskop służący do diagnostyki górnego odcinka przewodu pokarmowego. Podczas kolonoskopii możliwe jest też pobieranie wycinków błony śluzowej jelita grubego do badań histopatologicznych, a także wykonywanie drobnych zabiegów”. Pani doktor podkreślała, że MUSZĘ koniecznie wziąć do tego znieczulenie, nawet gdyby trzeba było dopłacić za to. Bo inaczej może być naprawdę źle…
Nie ma to jak pozytywne nastawienie. A powód badania? No, nadal krwawienie z odbytu.

Wieczorem wpadł do mnie Marcinek. Bo okazało się, że jedna osoba z badania odpadła. I zaproponowałam jego w zamian. Teraz musiałam go przeszkolić, pokazać co i jak. Trochę to zajęło, bo – wbrew temu co myślą nasi krytycy – to naprawdę trudna sprawa i skomplikowane badanie. I niech nikt mi nie wyskakuje z argumentem, że jesteśmy stronniczy i nieobiektywni, bo nauki społeczne mierzyły się z tymi zarzutami w XIX wieku.
No, więc Marcinka uczyłam – jeszcze potem do mnie kolejnego dnia wpadł, żeby popróbować „pod moim okiem”. Dla mnie oczywiście widzenie go to wielka radość zawsze, bez względu na okoliczności i powód.
A skoro o Marcinku mowa, to się okazuje, że moja mama była bardzo zaskoczona, gdy jej przez telefon powiedziałam, że z nim na wesele przyjeżdżam. Zaskoczyła mnie swoim zaskoczeniem – przeszliśmy tę rozmowę, gdy byłam ostatnio w domu rodzinnym i myślałam, że to już jest okej. Ale nie. „Zastanów się jeszcze.”, „Nic o tym nie wiedziałam”. I tym podobne. No, trochę mnie to wręcz wkurzyło. Ale oczywiście nie zmienia to mojej decyzji. Nie pojadę na wesele, na którym nie chcę być, sama. Nie chcę się tam nudzić. Nie chcę rozmawiać z obecnymi tam ludźmi. Nie chcę udawać, że się dobrze bawię. Marcinek zaś zapewni mi miłe towarzystwo i autentycznie dobrą zabawę. Dlatego pojedzie ze mną. Albo nie pojadę.

Środa zaczęła się na ostro. Sprawa przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym ze skargi Walnego Zebrania Studentów Instytut Dziennikarstwa UW na decyzję Prorektory UW o uchyleniu postępowania odwoławczego wszczętego wnioskiem tegoż Walnego. Na rozprawie: ja, Paweł S i jakaś starsza pani. Od Rektory nikogo. Okazało się, że Zarząd z dziennikarstwa też zaprosili, ale też nikt się nie zjawił. Sprawa krótka, choć zaczęła się z opóźnieniem. Sędzia przypomniała o co chodzi, zapytała czy mam coś do powiedzenia, ja podtrzymałam skargę i tyle. Wyszliśmy, bo narada. Wyrok w imieniu RP: skarga została oddalona. Sąd powołał się w ustnym uzasadnieniu na poprzedni wyrok w tej sprawie (to przez niego Rektora musiała jeszcze raz dokonać ponownego rozpatrzenia sprawy, które umorzyła i które potoczyło się dalej aż zakończyło się właśnie na tej rozprawie), bo uważa, że podmiotem w tej sprawie jest nie organ samorządu studentów jednostki a samorząd studentów jednostki. To ważne. Bo organ reprezentować się może (np. poprzez przewodniczącego) sam a samorząd jednostki reprezentuje wyznaczony do tego organ (w tym przypadku – zarząd).
Ale to rodzi dziwną sytuację. Skoro Walne jest w konflikcie z Zarządem i dzieje się coś wbrew walnemu a na korzyść Zarządu, to jednym, który mógłby coś zrobić, jest Zarząd. Co jest bez sensu. Jasne, niby Walne może związać Zarząd jakąś instrukcją (jak Parlament Studentów UW związać może duży Zarząd uczelni), ale co na przykład w przypadku takiego konfliktu na linii Komisja Rewizyjna – Zarząd główny? Komisja nie może związać, więc pozostawałaby bezradna. Bez sensu.
Zastanawiam się nad skargą kasacyjną. O to pytała mnie owa starsza pani – jak się okazało, dziennikarka „Rzeczpospolitej”. Na razie złożyłam wniosek o pisemne uzasadnienie wyroku. Dopiero wówczas mam 30 dni na skargę kasacyjną. Termin rozpatrywania sprawy: od 12 do 20 miesięcy…

Zaliczyłam potem sekretariat Socjologii (o czym już wspomniałam), a potem dyżur w firmie odbyłam. Potem jeszcze kilka dyżurów pracowników naukowych zaliczyłam (żeby wpisy niezbędne dostać) i powróciłam do domu, gdzie zaraz zjawił się Marcinek.
Skoro zaś mowa o ładnych chłopcach była, to chciałabym powiedzieć, że udało mi się ostatecznie wypracować hierarchię chłopców. W sensie, że często opisuję ich różnymi sformułowaniami i teraz udało mi się ułożyć ich jakoś od góry do dołu. Na samej górze jest kategoria „dałabym mu”, nieco niżej „z łóżka by nie wygonił”, jeszcze niżej „ładny, ale nie w moim typie”, dużo niżej jest „nie, nie” a na samym dole „o kurwa mać!” I tu się jakoś wszyscy pomieszczą, dla każdego znajdzie się miejsce. Oczywiście moje ulubione są dwie pierwsze kategorie :)

Skoro zaś środa, to impreza w Utopii. Podobnie jak tydzień wcześniej. Ludzi bardzo mało. Czemu, powiedzcie: czemu?! Kiedyś imprezy były takie fajne… Są wakacje, na boga! Eh… Szkoda gadać.

Czwartek za to był jednym z najbardziej męczących dni w historii. Naprawdę.
Wstałam dość wcześnie, dotarłam po 10.00 do zaprzyjaźnionej firmy, gdzie siedziałam do 15.30. A potem – niemalże bez przerwy – popierdalałam :) Najpierw na spotkanie z doktorem, który oceniał prezentację przygotowaną przeze mnie w poniedziałek dla Ernsta (jest okej, dodam ze 2 slajdy), potem spotkanie z Robertem. Dobrze wyglądał, jak zawsze. Nie wiem jak on to robi, że jest taki szczupły. Ale! Mam wrażenie, że z wiekiem się coraz bardziej przegina :) To dobrze! Niech upada heteronorma! Spacer wspólny dobrze mi zrobił. Nie ma to, jak przebywać z ładnymi chłopcami. Zawsze sobie to cenię!
Odprowadził mnie pod Dom Spotkań z Historią, gdzie czekał już… Pasyw. Tak, tak, on jednak żyje. Wysłałam mu jakiś czas temu zaproszenie z Google Calendar na spektakl „186 stopni” o Mauthausen i potwierdził. Ale prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że przyjdzie. Przyszła potem też Paulina, spóźniona. Spektakl… No było okej. Momentami, co potem ktoś słusznie zauważył, tracili naszą uwagę. A to niedobrze. Tym bardziej, że ja zmęczona i w dusznym, ciemnym, ciepłym pomieszczeniu… usypiałam ;) Co nie zmienia faktu, że spotkanie miłe. A Pasyw dobrze wyglądał. Chociaż, i to pół-żartem, pół-serio, mam wrażenie, że ma coraz bardziej pasywne rowery, na których jeździ :)
Kolejny punkt dnia – spotkanie z Kacperkiem. Ponieważ głodna byłam, wyciągnęłam go do McD na małe co-nieco kolacyjne. Skusił się na lody, ja zjadłam więcej :) Niemniej, spotkanie miłe, bo Kacperek – mimo włosów na klacie – wygląda nadal i cały czas młodo. Nie wiem jak on to robi. To znaczy… stary nie jest, bo przecież dopiero maturę zdał :) Niemniej jednak, wygląda młodo. I mam nadzieję, że jeszcze przed jego wyjazdem do Holandii, gdzie się na studia dostał, dane nam będzie zobaczyć się z raz czy dwa. I z jego chłopcem/znajomym/b.s.p.s. także. Byli w sobotę w Utopii, ale jakoś tak przelotem się widzieliśmy, że aż szkoda o tym wspominać.
Dużo pochodziliśmy, naprawdę dużo. Na tyle, że jak wróciłam do domu, byłam po całym dniu padnięta na maksa, położyłam się w ubraniu i tak usnęłam… Sześciogodzinne spacery bywają męczące ;)

Tak jak pisanie blo, co ma 24 tys. znaków.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kocham Justynkę. Mihał nie ma ręki.

30 kwi

Napisanie blo to dziś priorytet. Bo już – znów – minęło tyle czasu, że szkoda gadać. Dlatego mam postanowienie, że nie wyjdę z domu, dopóki nie skończę. A że piątek, to wiadomo, że wyjść chcę. Zacznijmy zatem od rzeczy już nudnych i banalnych – tak, nadal krwawię. Wiem, wiem, to już brzmi aż niewiarygodnie, ale jednak tak jest. Pani doktor też była zdziwiona, ale do tego dotrę. Sąd Administracyjny w zasadzie codziennie już coś do mnie wysyła. To aż śmieszne się robi, że ten sam pan listonosz z kolczykiem i wąsami codziennie dzwoni do drzwi i ma coś dla mnie z WSA. Ale o tym też zaraz. No i idzie długi weekend podczas którego mam tyle roboty, że nie chcę o tym nawet myśleć. I na samą myśl już mi się nie chce. Ale po kolei…

Zaczynam więc 22 kwietnia w czwartek. Najważniejsza rzecz: wizyta u pani promotor. Po przeczytaniu zleconych przez nią chyba 5 książek, miałam się zjawić i coś opowiedzieć. No i fakt, że coś udało mi się powiedzieć. Ale w zasadzie chyba się trochę rozczarowała. Bo ona jednak miała nadzieję, że perspektywa psychoanalityczna wyda mi się na tyle interesująca, że jej ulegnę i popłynę z nią. A ja nadal nie jestem przekonany. No i teraz mam miesiąc na to, by określić „stabilny grunt”, czyli te miejsca i te obszary, które nie są dla mnie wątpliwościami, tylko są czymś pewnym. Wbrew pozorom, to bardzo trudne wyzwanie. I teraz będę się na tym skupiać, ale… mam oczywiście na to bardzo ograniczony czas. I to mnie wkurza. Bo chciałabym poświęcić się bardziej nauce, naprawdę. Wydaje mi się, że nic nie daje mi tyle radości, co to właśnie. I dlatego czekam na wyniki grantów Ernst&Young. Wiem, że może nie mam jakiś wielkich szans, ale jednak w duszy marzę, że się uda. I raz, że to będzie megafajne wyzwanie, supersprawa i duży fan a do tego – dałoby mi to możliwość życia przez pół roku z nauki. Marzenie. Trzymajcie kciuki 20 maja (ogłoszenie listy skróconej) a potem – jeśli się znajdę na liście – 1 lipca, bo wówczas ostateczne wyniki są.

Wracając do spraw bardziej bieżących i o wiele bardziej realnych – przeprowadzka redakcji. A w zasadzie wyprowadzka. Zaangażowałam się w to, bo w zasadzie jestem ostatnią osobą tak sztywno związaną z wydawcą (jeśli umowę o dzieło można nazwać związaniem…). Więc wypada. A poza tym, przy pakowaniu udało mi się kilka fajnych rzeczy znaleźć i dostać – m.in. trzy archiwalne mocno już płyty Girls Aloud, Blue i Westlife. Starocie, ale takie, które są mi bliskie. Plus dostałam lampkę na biurko (jeszcze jej nie mam w domu).
To, co mnie cieszy, to że wydawca ostatecznie zrobiła porządek z KRS i że podjęła decyzję o dalszym wydawaniu gazety. Bo przecież mogła tego nie robić. Ponieważ po maju mamy przerwę do września, to w tym czasie na pewno nie będziemy mieć siedziby jako takiej. No bo i po co? Oczywiście, oznacza to także pewien problem dla mnie – nie ma gazety, nie ma kasy :) Nie jest jednak tak źle. Ostatecznie dogadałam się z wydawcą, że za opiekę nad witrynami internetowymi będę dostawać pewną kasę (niewielką, żeby nie było wątpliwości) a dodatkowo… No właśnie, to chyba najciekawsza rzecz. Zaproponowała mi współpracę ze swoimi znajomymi, którzy mają firmę eventową. Że miałabym tam przez jakiś czas popróbować swoich sił. Myślałem nad tym, myślałem i zgodziłem się iść na rozmowę. Ale to zaraz.

W piątek udało mi się wyskoczyć do fryzjera (nareszcie!) i to jeszcze ze zmianą godziny przybycia w ostatniej chwili. Cieszę się, że stylista fryzur nie pyta mnie, co ma mi zrobić, bo już wie, co ja lubię. Lubię coś fajnego, coś trochę inaczej niż ostatnio i żeby krótkie boki były. No i to się mu udaje. Przyznać też muszę, że ma sprawne ręce i szybciutko to załatwia. No i że cały czas coś zmienia w tym swoim zakładzie. Dlatego jak się zjawiam raz na miesiąc, Afera Fryzjera wygląda za każdym razem inaczej. To też ciekawe doświadczenie w sumie :)

Także w piątek miałam okazję być… obrońcą. Jeden znajomy działacz poprosił mnie o to, bym mu w ten sposób pomogła. Bo ma sprawę mieć. Najpierw jest przesłuchanie przed Rzecznikąm Dyscyplinarną. To taka osoba, która decyduje, czy sprawę kieruje dalej czy umarza. Podobna jest więc jej rola do prokuratora. Obwiniony siedzi, odpowiada na jej pytania a ona protokołuje. Ja też mogę zadawać pytania. I powiem tak: poszło, moim zdaniem, nieźle. W sensie, że miałam wrażenie, że rzecznika nie wie naprawdę, czy kierować sprawę dalej czy nie. Więc dobra nasza. Gdyby nie ja, obwiniony pewno nie miałby wielu możliwości, by powiedzieć ważne dla siebie rzeczy. A tak – dzięki naszej linii obrony – coś tam więcej powiedział. Sprawa w sumie jest dość zabawna, bo sposób sformułowania oskarżenia absolutnie uniemożliwia skazanie go. Gorzej, gdy się je trochę zmieni – wówczas może się okazać, że jest ono prawdziwe i należy się zastanowić nad tym, czy zasługuje to na karę. Moim zdaniem – nie. Żeby było śmieszniej, Cała sprawa dotyczy zajęć u doktorantki, która organizowała ten mój ostatni wyjazd do Oświęcimia! Świat jest mały.
Generalnie jestem teraz umocowany do reprezentowania go, do otrzymywania wszelkich informacji w sprawie i do uczestniczenia w kolejnych stadiach postępowania, jeśli takie nastąpią. Przesłuchanie w ogóle odbyło się na terenie ogrodów BUW, gdzie Wydział Prawa i Administracji UW ma swoje baraki. Inaczej tego nazwać nie można :) To takie budynku złożone z jakiejś blachy czy czegoś takiego. Śmiesznie to wygląda, nie wiem jak funkcjonuje na co dzień, ale na pewno nie jest to najbardziej reprezentatywna część UW ;)
Było śmiesznie, chociaż widziałam, że momentami obwiniony się denerwował. Zobaczymy, co będzie dalej. Żeby było śmieszniej, to powiem, że po raz pierwszy w znanej nam (nie za daleko sięgającej więc w przeszłość) historii postępowania dyscyplinarnego, obwiniony już na tym etapie korzystał z obrońcy. Wiadomo, że ja jestem fanem eksplorowania nowych przestrzeni różnych regulaminów. Więc cieszę się, że przypadło mi w udziale penetrowanie tych obszarów Regulaminu Studiów na UW.

Najważniejszą jednak rzeczą w piątek było przybycie mojego nowego komputerka. Dziś już mogę powiedzieć, że nazwałam go Justyna. Nie pytajcie czemu, tak wyszło. Ale może być. Mówię do niego „Justynko, no coś ty…” albo „Justynko, no czadu, czadu!” W zasadzie wszystko udało mi się ustawić. Ze starego dysku odzyskałam w zasadzie wszystko. No, poza jednym pornolem. Wciąż nie wiem też czy stary dysk będzie się nadawać do użytku – nie mam czasu, żeby się tym zająć na poważnie, a jednak to sporo czasu wymaga. Nie mam jednak ciśnienia, bo Justynka kryje w sobie 1TB :) Ma tez inne rzeczy, jak trzyrdzeniowy procesor, wspaniałą płytę główną i takie tam. Bez problemu poszła instalacja i przyznaję też, że Windows 7 daje radę. Że jest okej. Do kilku rzeczy trzeba się przyzwyczaić, ale generalnie jest cacy. Już udało mi się zacząć nadrabianie porno-zaległości i mam kilka nowych rzeczy. Całe szczęście, bo ileż można bez nowej pornografii żyć?!
Kocham moją Justynkę. I nikt mnie nigdy nie przekona, że laptopy są lepsze. Może poręczniejsze, może mobilniejsze, ale nie lepsze.

Wszystko to nie przeszkodziło oczywiście niewielkiemu spotkaniu b4owemu u mnie. Niewielkiemu, wpadli Adam, Gacek i Kuba. Czuć było, że wszyscy wyposzczeni po długiej przerwie chcą się bawić. I tak też było. Postanowiliśmy zaliczyć trochę clubbingu i stąd odwiedziliśmy różne miejsca. Ja chciałam do Obiektu Znalezionego i taki był plan. Ale, jak to zwykle z nimi bywa, plan się zmienić musiał. Bo się uparli, żeby jechać na otwarcie nowego klubu gay-friendly. Glam? Jak on się nazywał? Nieważne. Ja byłam na nie. Udało mi się osiągnąć zapewnienie, że jak będzie kiepsko po 20 minutach to wychodzimy. Na szczęście moja przyjaciółka dużo szybciej zauważyła, że jest źle. Mało ludzi, muzyka średnia, nuda. Więc wyszliśmy. Choć, jedną rzecz trzeba przyznać – z zewnątrz nie można się domyślić, że tam jest klub. A poza tym mają takie jedno przejście fajne. I to by było na tyle.
W Obiekcie okazało się, że ludzi jest w chuj. Ale okazało się też, że to skrajny off. W sensie, że nie ten mainstreamowy, jaki jesteśmy w stanie znieść (jako plastikowi ludzie ze sztucznego świata), tylko skrajny off. To oznaczało, że nam się średnio podobało. A Adamowi najbardziej nie. Ja lubię czasem nowe doznania, ale bez przesady. Musieliśmy wyjść wcześniej niż planowaliśmy, bo chłopcy umarliby (zwłaszcza po tym jak ich jakaś pani podrywała). Spotkaliśmy za to na miejscu Kaktusa, który był tak meganajebany, że szkoda gadać. A potem się okazało, że ta dziewczyna, z którą się całował, to jego b.s.p.s. Ale dziw, że pamiętał, że mnie spotkał ;) Bo stan był naprawdę kiepski.
Ostatecznie, przez McD, trafiliśmy do Utopii. Musieliśmy chwilkę posiedzieć w świątyni konsumpcji, bo była młoda godzina. W Utopii impreza okazała się baaaardzo udana. Wyposzczeni także inni, nie tylko my. Więc w chuj i ciut ciut ich było. Ładni, brzydcy, młodzi, starzy, wszyscy. Potrzebne im było szaleństwo po tym, co się działo. Więc szaleli. Ja też. Do 6.30. Oczywiście, bez kropli alkoholu. Mam trzeźwy miesiąc, więc mi się udaje wytrzymać w postanowieniu nie-picia przez 30 dni. I jestem w sumie z tego dumna, bo – wierzcie mi – nie zawsze się da wytrzymać imprezę zupełnie bez alkoholu. Tym razem szalałam do 6.30. Podobało mi się to, że gdy ludzie opadają z sił pod koniec, ja wciąż mam energię do skakania. Raz, że wypoczęta, dwa, że bez alkoholu czy też innych używek (kofeiny nie liczę!) a trzy, że inni śmiesznie wyglądają gdy gapią się na mnie jak na starego ćpuna. Lubię to.

Sobota, jak zawsze, spędzona przy komputerze. Tym razem jednak nie napisaniu a na konfigurowaniu go. Walka z Justynką ;) A w zasadzie nie taka nawet walka, co współpraca. I Justynka daje radę. Mówiłam już, że ją kocham? Gonił mnie czas, bo raz, że pocztę chciałam już mieć normalną (MS Outlook rządzi! Nie lubię MS Windows Mail Live, czy jak to się tam nazywa) a dwa, że obiecałam, że jednej organizacji złożę gazetę… Że jestem jej członkiem ;) To tym bardziej trzeba było, prawda?
Nie zmienia to jednak faktu, że jest sobota – jest impreza. B4 u mojej przyjaciółki Gacek. Znów mały, bo znów się okazuje, że ludzie nie dają rady. Tym razem jednak do nas Tomeczek i Paweł dołączyli. Posiedzieli, pogadali i dołączyli do nas jeszcze goście z Białegostoku. W sensie, że Adrian przyprowadził swojego b.s.p.s. i znajomego maturzystę. Maturzysta ów miał być kartą przetargową dla mnie, żebym się nimi zaopiekowała. Podoba mi się takie podejście. Raz, że wiadomo, co lubię. Dwa, że myśli się o kontaktach ze mną ekonomicznie. Trzy, że maturzystów traktuje się lekko przedmiotowo ;) Inna sprawa, że on też o tym wiedział i się bał. W sensie, że nie wiem czego się spodziewał, ale robił im awanturę, że traktują go przedmiotowo właśnie i że wydają go wilkom na pożarcie. Czyli mi. Że ja jestem te wilki ;) Bez obaw, przecież krzywdy mu nie zrobię. Nie do końca się w mój gust wpasował, choć brzydki nie był. Nawet Adaś potem myślał, żeby go ogarnąć, ale… no, nie wyszło mu. Maturzysta był generalnie wystraszony. Podobnie jak b.s.p.s. Adriana. I dobrze, tak powinno być za pierwszym razem w Utopii.
Impreza zaś była super! Hugo pięknie grał. Licky go potem uzupełniał. Świetny set, naprawdę. Tym bardziej, że Hugo zagrał „Goddess” mojej przyjaciółki Tary McDonald. Udało mi się też poznać pięknego Marcina z loczkami jak owieczka ;) Śmieszny taki, słodki. Myślałam, że jest jeszcze młodszy niż jest. Ale nie, ma 21 lat. Rozsądny wiek.
I wszyscy, którzy myślą, że w sobotę bawiłam się krócej, są w błędzie. No, dla ścisłości, to wyjść musiałam z 15 minut wcześniej niż dobę temu, ale to dlatego, że o 12.00 musiałam być na nogach. I byłam! Co więcej, godzinę później w redakcji miałam megafizyczną pracę. Noszenie mebli, te sprawy. Najcięższe, przyznaję, nie ja nosiłam. Ale tak czy owak – wysiłek fizyczny po dwóch dniach imprezowania! Może schudnę dzięki temu?

No właśnie, to kolejna ważna sprawa. Policzyłam to. Spożywam dziennie 1400-1600 kcal. Naprawdę. I czy ktoś może mi powiedzieć czemu ja nie chudnę? Przecież ruszam się sporo, chodzę, czasem biegam rano (niestety, nie każdego dnia), nie jem dużo… No wkurwia mnie to. Ja wiem, że sport by mi się przydał, ale 1) nie lubię chudnąć od sportu, 2) nie mam czasu. Więc czy ktoś mi powie o co chodzi?

Przyznaję się, że w poniedziałek odpuściłam sobie zajęcia. Już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale nie poszłam. No co, mogę chyba czasem? Po 1. jestem doktorantką, więc bez przesady, a po 2. nikt nie robi na tych zajęciach listy ;) I w zasadzie to trochę czekam na wakacje już. Nie to, żebym odpoczywała wówczas tak bardzo, ale chociaż część obowiązków mi odpadnie. I będą się działy inne, ciekawe rzeczy. Więc dlatego. Bo lata nienawidzę.
W poniedziałek mnie za to Wojewódzki Sąd Administracyjny zaskoczył. Przysłał mi zawiadomienie, że otrzymał odpowiedź na moją skargę. Najśmieszniejsze, że 1) dostał ją 15 dni po terminie, 2) nie od osoby, na którą jest skarga :) Strasznie mnie to rozbawiło. Przewodniczący Zarządu Samorządu Doktorantów przekazał sprawę Rektorze UW i ona (ręką swojego radcy) mi odpisała. Śmieszne, naprawdę. Oczywiście od razu wystosowałam „oświadczenie strony” do WSA. Żeby wytłumaczyć im, że chyba komuś coś się pojebało ;) Bo oczywiście Przewodniczący chce uniknąć odpowiedzialności za swoje naruszenia prawa. I ja to rozumiem i ma do tego prawo. Ale ja się nie dam tak łatwo. Swoją drogą – z ciekawostek – Przewodniczący ów, mieszkający i urodzony chyba nawet w Warszawie, został właśnie (jak twierdzą lokalne media: po znajomości) członkiem Rady Nadzorczej miejskiej spółki komunikacyjnej… w Inowrocławiu :) To też mnie bawi strasznie. 1,6 tys. zł co miesiąc za nic. Bo przecież nie musi nawet do tego Inowrocławia jeździć. A nawet jakby raz czy dwa miesięcznie pojechał, to i tak się opłaca. Też tak chcę! Jakby czytał to jakiś prezydent/burmistrz miasta i nie miał chętnych na takie stanowisko, to ja ma wszystkie odpowiednie kwalifikacje. Zapiszcie sobie adres: jejperfekcyjnosc[małpka]jejperfekcyjnosc.pl – ja się na pewno zgodzę. I będę przyjeżdżać trzy razy miesięcznie! Obiecuję!

Kolejnego dnia też dostałam pismo z sądu administracyjnego. Tym razem, że wyznaczono datę rozprawy! Ale to w tej wcześniejszej sprawie – Walne Zebranie Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW vs. Decyzja Rektory UW. Na 16 czerwca ;) Nie ma to jak wczesna informacja. Ale dobrze, dobrze, przyda się, bo tego dnia trwa SocjoSzkoła i muszę mieć to na uwadze.
Ciekawe, co udało się urodzić. Nie muszę mówić, że Rektora nadal twierdzi, że Walne nie ma prawa reprezentować studentów (to prawda) a ja cały czas podkreślam, że Walne reprezentuje siebie a do tego ma prawo. Zobaczymy, co sąd powie. Generalnie, wyrok nie ma dużego znaczenia. W sensie praktycznym niczego nie zmieni. Jeśli WSA uzna, że mam rację – a tak jest – to Rektora UW będzie musiała dokonać jednak ponownego rozpatrzenia sprawy (o to chodziło we wniosku, który umorzyła, co ja zaskarżyłam). I jak będzie rozpatrywać, to może: uznać, że mam rację we wniosku (praktycznie niczego to nie zmieni), uznać, że nie mam racji (praktycznie niczego to nie zmieni). Dawniej zmieniałoby, ale już minęło trochę czasu i dlatego był sens walki, ale tyle się od tamtej pory zmieniło (decyzja było z września 2009…), że już nie zmieni. Oczywiście, od decyzji Rektory UW przysługuje prawo… wniesienia skargi do WSA :) Jeśli będzie bzdurna, to się nad tym zastanowię.

We wtorek także ważna część wyprowadzki. Już większość rzeczy poszła. Znów noszenie, sport, wysiłek. Doceniam sama siebie! :) A na deser: korki. Wiadomo, żywa gotówka się przyda. Potem składanie gazety, o którą mnie proszono.

W środę byłam na rozmowie. Nie o pracę – w sprawie współpracy. Wydawca zaproponowała, żebym porozmawiała z jej znajomymi na temat tego, czy im się nie przydam przez wakacje. Więc czemu nie. Rozmowa miła, dość konkretna, choć było też kilka typowo HRowych pytań („Kim będziesz za 3 lata?”, „Twoja największa wada?”, „Jak radzisz sobie z niesubordynacją podwładnych?”), ale chyba ogólne wrażenie okej. Dostałam zadanie domowe. Nie wiem kiedy je zrobię… Mam czas do wtorku, ale taki zapierdol do tego czasu, że nie wiem, naprawdę. Długi weekend powinien być co tydzień, żebym miała czas na takie duperele.
Znów w redakcji potem miałam być, ale zrezygnowaliśmy z tego, bo rozmowa długo trwała i nie było czasu na to. Może to i dobrze. Psychicznie szykowałam się na wieczór. Nadzwyczajnie posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Ważna rzecz, prawda?
Okazuje się, że Nowa Koalicja nie potrafi nawet dobrze ściemniać. Jak już chcą udawać, że coś robią legalnego, to udawanie musi być kompletne, całościowe. Nie można po kawałku, bo to zawsze wyjdzie. Uwaga, będzie teraz zamieszanie.
Posiedzenie nadzwyczajne może odbyć się na wniosek m.in. Zarządu Samorządu Studentów UW. I Marszałek Parlamentu Studentów UW poinformował tydzień wcześniej, że ma taki wniosek i że zwołuje. No spoko, może. Ale co się okazuje? Że w księdze korespondencji nie ma śladu na wpłynięciu takiego wniosku. W sensie, że on go wcale nie ma. Więc już podczas posiedzenia pytam czy może mi go pokazać. Trwają poszukiwania. Ponoć jest „w sali 106, ale sala jest zamknięta i nie ma klucza”. No, już wygląda nieciekawie. Ale klucz się znalazł. Gorzej z wnioskiem, bo go nie ma. Znajdzie się ponoć. Taki wniosek, skoro składa go ZSS UW – musi być w formie uchwały napisany. Więc pytam kiedy uchwałę podjęto. W poniedziałek przed środą, gdy ogłosił wszystko Marszałek. No okej, wygląda nieźle. Ale po posiedzeniu ZSS UW ma tydzień na uzupełnienie dokumentów (uchwały i protokoły). Minęło 9 dni i ani jednego dokumentu nie ma. Złamanie regulaminu, to na marginesie. Gorzej, że skoro nie ma żadnego dokumentu, to jak to się stało, że jest kopia uchwały, którą ponoć ma Marszałek? To udało się im przygotować? I to w dwa dni? A innych rzeczy już nie? Trwa posiedzenie, a ja dopytuję się o uchwałę z wnioskiem. Przerwa ogłoszona. Wszyscy „ważni” z Nowej Koalicji idą do biura i organizują „poszukiwania”. W mojej opinii: drukują uchwałę, tworzoną na poczekaniu. Reszta mnie zagaduje, bo oczywiście stoję 1,5-2 metry od nich. Coś gadają, rozśmieszają mnie – jak małe dziecko u dentysty ;) Drukowanie trwa i przynoszą mi po jakimś czasie uchwałę. Bez pieczątki wpłynięcia, bez niczego. W sensie, że taką uchwałę to ja sobie mogę w 5 minut wydrukować. A dowodu po tym, że istniała wcześniej – nadal nie ma. Co gorsza, okazuje się, że są już dokumenty z KOLEJNEGO posiedzenia ZSS UW, a z tego nadal nie ma. Dziwne, prawda? Tym bardziej, że uchwały podjęte na tym KOLEJNYM mają numer jakby pochodziły z poprzedniego (numer posiedzenia 19 zamiast 20) skreślone i ręcznie zamienione na 20 z dopiskiem „błąd w druku”. Wszystkie poszlaki wskazują na to, że posiedzenia o którym mowa w cale nie było. I że tworzy się teraz dokumenty „jakby ono było”. Fałszuje, antydatuje. I dlatego – ponieważ mam dość mocne dowody – będę działać. Nie pozwolę, żeby łamano prawo.
A Nowa Koalicja jest naiwna, jeśli sądzi, że ja takich rzeczy nie wyłapię. Przecież ja znajdę brakujący przecinek, jeśli trzeba. A tutaj szycie jest naprawdę grubymi nićmi. Nie szanują przeciwnika, szkoda. Pożałują.

Co nie zmienia faktu, że jestem megadumna z klubu opozycyjnego, którego jestem sympatykiem. To najlepsza opozycja na świecie i mam nadzieję, że nie odpuszczą i nie będą patrzeć bezczynnie jak jawnie łamane jest prawo. A z ciekawostek – pewien student Wydziału Prawa i Administracji przedstawił ostatnio fakturę samorządowi za jakąś tam imprezę dla studentów, w której… wpisał swój numer konta. Oczywiście, wychwycili to i teraz chłopiec ma przejebane. Dyscyplinarna i Prokurator. Ludzie to, przepraszam, debile.

Wczoraj ostatni raz w redakcji. Jeszcze trochę śmieci zostało, ale chyba już nie będę potrzebna przy pakowaniu tego. Tym bardziej, że mam zamknięcie gazety na głowie. Plus setki innych spraw. Jak na przykład napisanie referatów pokonferencyjnych. Kurwa, muszę, bo bez tego nie będzie publikacji. A być musi. Zgłosiłam też zainteresowanie pewnym projektem badawczym a propos wyborów i obecności kandydatów w TV. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Po redakcji – zajęcia na UW. Wpadłam, bo muszę jednak czasem. A te czwartkowe notorycznie opuszczałam… Będę mieć chyba zresztą przez to problem z zaliczeniem. No ale nic, nie zapeszam na razie. Najważniejsze, że na dziennikarstwie sprawę wyprostowałam i raczej bez problemu zaliczę.

Potem spotkanie z Il. Jak zawsze, wyszło na to, że jestem ten najgorszy, bo nie ja zainicjowałam. U Il mnóstwo złych rzeczy, więc szkoda gadać. U mnie chyba nie tak źle. Przecież mam spłacony kredyt! To najważniejsze :) Chociaż, jak mi dochody wakacyjne spadną znacząco, to zobaczymy, co się wydarzy… Miło ją znów zobaczyć. Schudła :( Ja wiem, że to przez stresy i takie tam, ale ja też chcę! Inni mogą, a ja nie :( Siedzieliśmy w mainstreamowi offowym Nowym Wspaniałym Świecie. A po spotkaniu leciałam do kina na „Dobre serce”. Zabrałam Kaktusa. A na miejscu spotkaliśmy Damiana.be z Kacprem. Kaktus przyniósł mi trzy tulipany, więc wyglądaliśmy jak na gejowskiej randce. Śmieszne to, bo ja na randce ostatni raz byłam 5 lat temu a on ma dziewczynę ;) Więc zabawnie. A film wart zobaczenia! Koniecznie! Rzadko aż tak mi się coś podoba, ale tym razem warto. Potem spacer z Muranowa do Centrum i powrót do domu, do pracy.

Piątek spokojny. Poszłam rano na Debaty Oksfordzkie, w których startował Marcinek z bratem i jego b.s.p.s. Nie wygrali, co mnie dziwi. Mieli – moim zdaniem – lepszy temat i na pewno retorycznie lepiej wyszli. Gorzej, że trafili opcję taką, która życiowo większości jurorów nie odpowiada i dlatego mogli głosować przeciwko im. No nic, trudno. Nie udało się. Cieszę się za to, że – mam nadzieję – jakoś tam wsparłam Marcinka swoją obecnością. A skoro o chłopcach mowa, to ciekawskim powiem, że Anatol się nie odezwał.
Potem zaliczyłam zakupy w Carrefourze i tak mi dzień mija. Na pisaniu, znów.

W tytule pojawia się informacja, że Mihał nie ma ręki. Zaiste, tak jest. Dzisiaj stwierdził, że nigdy o tym na blo nie pisałam i że czas to zrobić. Oto stało się. Mihał nie ma ręki. A ja mam 22 tys. znaków na blo i kończę pisanie ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm