RSS
 

Notki z tagiem ‘wakacje’

W Barcelonie się całowałam

22 paź
Śpię na Damianie w barcelońskim metrze

Śpię na Damianie w barcelońskim metrze

Z jednej strony bardzo lubię wyjazdy z dużą grupą znajomych, ale z drugiej – zawsze się długo opieram i muszą mnie namawiać. Nie inaczej było w przypadku Barcelony.

Fotki z wyjazdu na moim fotoblogu TUTAJ.

Bo Gacek i Andżela mają taki zwyczaj, że w wolnym czasie wyszukują tanie loty do różnych miejsc na świecie. No dobra: w Europie. Więc raz na jakiś czas coś znaleźć muszą. Tak było i w przypadku Barcelony. Lot wykupiliśmy już dawno, płacąc za niego jakieś symboliczne 300 zł czy coś koło tego. Dałam się namówić tylko dlatego, że obiecali, że znajdą coś nie w środku lata. Wówczas bowiem umarłabym na miejscu i radości z wyjazdu miałbym tyle, co nic. Muszę przyznać, że pora środkowo-październikowa mi bardziej odpowiadała. Choć na miejscu okazało się, że i tak trafiliśmy całkiem w porządku z pogodą. W ciągu dnia temperatura nie spadała poniżej jakiś 23 st. C a w nocy chodzić mogliśmy w koszulkach. Zero deszczu. Więc idealnie dla nas. (Choć ja oczywiście wolałabym jednak kilka stopni mniej… Ale nie mogę narzekać!)

Wylecieliśmy w środę po południu. Oszczędne szmateksy oczywiście nie chciały bagażu rejestrowanego ale ja powiedziałam, że w podręczny się nie zmieszczę. Zwłaszcza, że mieliśmy w WizzAir tylko mały podręczny (bo wiecie, że tam są dwie wielkości?). Na szczęście nie byłam sama, więc w trzy osoby wzięłyśmy jeden takowy. Wystarczyło, choć na lotnisku Chopin Airport robiliśmy zamieszanie z dopakowaniem wspólnych rzeczy… Ale to było nic.
Podczas lotu nie darowaliśmy sobie… wódeczka była grana. Oczywiście w WizzAir nie wolno mieć swojego alkoholu. Ale tym się nie przejmowaliśmy za bardzo. Drinki z wódki i coli piliśmy całą trzygodzinną drogę. Na miejsce dotarliśmy, gdy powoli się ściemniało.

Wynajęty przez nas apartament był bardzo duży i bardzo ładny. Szkoda tylko, że nie wiedzieliśmy, że właściciel jest policjantem i że cały blok to blok policyjny… Swoją drogą: gdyby porównać to do mieszkań polskich policjantów, to znów należałoby podkreślić, że Polska jest bardzo biedna. Duży salon, 4 sypialnie, wielki taras, dwie łazienki z ubikacją, kuchnia i przybudówka. Taki to pożyje.
Tej nocy za wiele już nie robiliśmy. Zmęczenie dało się we znaki. Mnie dało się podwójnie, bo po spożyciu dużych ilości alkoholu, nad ranem zwymiotowałam w pokoju. Na łóżku obok spał Damian, ale jakoś przetrwał moją wpadkę. No cóż, nikt we mnie nie wlewał, prawda? Moja wina, moja sprawa i moja wpadka.

W czwartek ruszyliśmy na miasto. Część zwiedzania. Ja nie jestem fanką, dlatego raczej trzymałam się z daleka. Wchodzenie do starych budowli zazwyczaj mnie nie bawi. Z wielu powodów: w internecie są zdjęcia, które pozwolą mi zobaczyć miejsca, do których normalnie ludzi nie wpuszczają. A poza tym zdjęcia są na tyle dobre, że w porównaniu z moją wadą wzroku wobec przedmiotów oddalonych ode mnie na więcej niż 150 cm mają z góry wygraną w ręku… No, ale że grupa chce, niech grupa ma. Dobrze, że Damian nie chciał też za bardzo Sagrada Familia oglądać i w kolejce do środka stać. Poszliśmy zjeść późne śniadanie. Grupa ostatecznie też zrezygnowała…
Z naszego rozdzielenia się jednak wyszło coś dobrego. Oni gdzieś latali, zaliczali miejsca (w myśl masochistycznej zasady turystycznej: „trzeba zobaczyć wszystko”), my piliśmy piwko i cydr w różnych miejscach w Barcelonie (ale zawsze blisko metra!). Oglądaliśmy okolicę, świetnie się bawiliśmy, żartowaliśmy… No, miło spędziliśmy ten czas. Oczywiście, jak nam się wydaje, w Hiszpanii też nie wolno pić na ulicy. Ale jakoś takie zawsze mam przeczucie, że jednak za granicą policja na pewno będzie łaskawsza, jakby co. Nie musieliśmy tego sprawdzać na szczęście. A piliśmy naprawdę cały czas. Od sklepiku, w którym kupowałyśmy piwko do kolejnego sklepiku, gdzie kupowałyśmy kolejne piwko… I bez problemu.

Dotarliśmy też do Muzeum Erotyki. Zachęciła nas do wejścia Marylin Monroe, która machała do nas z balkonu. Okazało się, że muzeum może nie jest wielkie, ale za to śmieszne. We trójkę się tam doskonale bawiliśmy, przymierzając różne stroje, dotykają figurek i zachowując się jak małe dzieci. No, ale trzeźwe nie byłyśmy!
Ostatecznie cała grupa trafiła nad morze. Spędziliśmy tam trochę czasu, delektując się piękną pogodą, swoim towarzystwem no i sangrią…

Najbardziej krejzi okazał się jednak piątek. Dzień minął nam, znów, na spacerach, zwiedzaniu i robieniu zdjęć. Z którym zresztą, miałam wrażenie, grupa przesadza. Tak, jakby sensem całego wyjazdu nie było doświadczenie tego, co można było doświadczać, tylko zrobienie fotek na insta i na fejsa. Oglądanie, poprawianie, ponowne robienie i awantury z powodu tego, że ktoś źle wyszedł na zdjęciu i się na nie nie zgadza by ją gdziekolwiek publikować. Oraz pilnowanie, by wszyscy obecni zlajkowali dopiero co wstawione zdjęcie danej osoby… Nie, no to akurat mnie męczyło.
Piątkowa wizyta w Parku Guell też mnie zmęczyła – o tyle, że bardzo, bardzo długo szliśmy. Za to spodobało mi się tam kilka rzeczy. Może mniej architektura, bo to mnie zawsze mniej jara – bardziej ludzie. W pewnym momencie mijaliśmy jakiś zespół, który sobie grał. Po prostu stali/siedzieli i grali. Przy nich mnóstwo dzieci tańczących do muzyki i jeden z muzyków animujący całą gawiedź. To było super. Energia, jaka płynęła z tej zabawy i rytmu, jaki wygrywali, była niesamowita.
Spędziliśmy tam sporo czasu, ale potem przenieśliśmy się na bardziej nam znane tereny. Gacek i ja odłączyliśmy się od grupy, bo chcieliśmy iść do domu się szykować na wieczór i chwilkę odpocząć. Wódeczka była grana. Dobrze, że znalazłam piękne, ozdobne kieliszki, jakie właściciel miał w mieszkaniu. Od razu się wszystko z nich lepiej pije.

Wybraliśmy się po jakimś czasie z Szymonem jeszcze. Nie pamiętam już jak, ale poznaliśmy parę pedałków. Jeden naprawdę słodki. Zabrali nas do jakiegoś pubu. Bawiliśmy się tam chwilkę z nimi, chwilkę bez nich… Drink gonił drink. Potem – jako że wejściówka do pubu upoważnia do wejścia do klubu tej samej sieci – przeniosłyśmy się właśnie tam. I tu powoli moja pamięć zaczyna szwankować. No co? Człowiek ma prawo się lekko najebać.
I tej nocy całowałem się z ładnym chłopcem. Przynajmniej tak mi mówi Gacek. A że kolega tamtego chłopca robił zdjęcia, to na pewno są gdzieś na facebooku. Jeśli kiedykolwiek znajdziecie mnie na fotce całującego się z Hiszpanem, dawajcie znać!
To jednak nic w porównaniu z tym, co działo się dalej. Dziewczyny nasze, które we trójkę wybrały się w miasto, wróciły do domu same. Zapłakaną Gasięspyrkę zgarnęliśmy z Gackiem z ulicy i odwieźliśmy do domu. Po Zawieszkę trzeba było jechać (ile ja wydałam na taxi?!) a co gorsze: wracać w 5 osób. Oczywiście była już awantura z kierowczynią taxi… Kocykowa zaś do domu wróciła później, bo poznała jakiegoś Hiszpana i postanowiła sobie poużywać. Zresztą, może dodam, Gasiaspyrka też poużywała ale nie w tym momencie i nie z Hiszpanem. Na dodatek okazało się, że nie możemy wejść do mieszkania, bo tam już wszyscy śpią i nie reagują na pukanie ani na telefony. Zmusili mnie do ostateczności, czyli kopania w drzwi. Po pierwsze: podziałało. Po drugie: sąsiadka z naprzeciwka wyskoczyła i zaczęła na mnie i na dziewczyny się drzeć (nadmieniam, że ciszy nocnej już nie było!). Potem dołączył do niej mężczyzna. A potem jeszcze ich córka. I tak darli się na nas po hiszpańsku. Prosiłam, żeby po angielsku, ale oczywiście nie znali. Więc zaczęłam krzyczeć na nich po polsku… Aż weszliśmy do mieszkania. Zresztą to nie był koniec nocy, bo potem jeszcze doszło do wielkiej awantury, po której nastąpił koniec miłości Gacka i Szymona.
Taka tam noc w Barcelonie.

Następny dzień (spałam może ze 4 godziny…) zaczął się od gróźb właściciela mieszkania, że w związku ze skargami sąsiadów na hałas, musimy się wynieść już tego dnia. Stres u niektórych odbiera zdolność myślenia. Na szczęście potem wpadł, pogadał (po hiszpańsku, którego nikt z nas nie zna…), pogroził i tyle. Można było wyjść w miasto. Ponieważ nie udało mi się dobrze wytrzeźwieć w nocy, postanowiliśmy wszyscy, że nie będziemy przerywać naszego ciągu alkoholowego.

Swoją drogą: w Hiszpanii naprawdę bardzo mało ludzi mówi po angielsku. Bardzo mało. Że słabo, to inna sprawa i drugorzędna. Ale mało kto w ogóle! Nie było łatwo. Co prawda Zawieszka niby jakieś tam lekcje liznęła, ale to za mało. Więc musiałyśmy sobie jakoś, jakoś radzić…
Dobre za to było to, że znalazłyśmy Primarka. Trochę przypadkiem, ale jednak. Więc obkupiłam się jak głupia. Nie lubię robić zakupów ciuchowych. Denerwują mnie: przymierzalnie, ludzie i ceny. W Primarku ostatnie odpada. Z pierwszym radzę sobie tak, że niczego nie przymierzam. I zostają tylko ludzie. Dlatego ci, co mnie znają, wiedzą, że ja raz na pół roku (jak nie rzadziej) jadę na jakieś duże zakupy, poświęcam na nie dużą część dnia i tyle. Tutaj planu takiego nie było, ale skoro była okazja…

Sobota była ostatnim dniem, gdy miałam okazję spróbować hiszpańskiego jedzenia – tak przynajmniej sądziłam. Bo grupa, oczywiście dla oszczędności, stawiała cały czas na McD i inne mu podobne. A rano na pizzę z zamrażalnika… Więc zamówiłam w jednej z restauracji pyszny makaron z krewetkami i homarami. Pyszne było, więc chcę o tym pamiętać.
Spacer nasz tego dnia skupił się na plaży. Na szczęście nie na długo. Przecież wieczorem impreza. Tak, tak, mimo wszystko, znów poszliśmy na imprezę. Tym razem ja trzymałam się z Gackiem. Dotarliśmy najpierw do tego samego klubu, co nocy poprzedniej. Okazało się, że w piątki jest tam dość pusto. No, bez przesady, ale w porównaniu z piątkiem, owszem. Okazało się też, że w siostrzanym klubie (wejście znów na tę samą wejściówkę) jest tłum. Przenieśliśmy się. I tam, rzeczywiście, znów szał. Mnóstwo ludzi, zabawa, muzyka… Tak, tak, tak. Jestem uzależniona od klubów i od imprez, wiem to.
Na miejscu Gacek poznał miłego chłopca. Okazało się, że z… Izraela! Dobrze się ten… dogadywali. Więc razem się bawiliśmy. Był ze znajomym, więc i ja miałam do kogo gębę otworzyć. Po dłuższym jednak czasie i znajomy znalazł sobie nowego kompana, z którym się też dogadywał… Odprowadziliśmy Izraelczyka pod hotel i wróciliśmy do domu o 7:30.

Do 11:00 trzeba było opuścić mieszkanie… Więc snu znów mało. Zbieraliśmy się rano w popłochu. Właściciel odebrał mieszkanie i wyszliśmy. Dopiero potem zaczął się do nas dobijać z (częściowo słusznymi) pretensjami. No, ale było minęło.
Poszliśmy nad morze. Grupa uparła się, żeby iść do oceanarium. Ja byłam na nie. Na szczęście Gasiaspyrka też, więc razem postanowiłyśmy jechać kolejką linową nad Barceloną. Fajna sprawa się wydawała. Dopiero po dotarciu na miejsce (już z poobcieranymi nogami, bólem łydek i ogromnym zmęczeniem) zorientowałyśmy się, że płatność tylko gotówką a my takowej w odpowiedniej ilości nie posiadamy. I nasze nadzieje spełzły na niczym. Niezadowolona z oceanarium grupa wróciła i wspólnie ruszyliśmy dalej. Okazało się, że mamy czas na dobre jedzenie. No a potem już tylko droga na lotnisko i znów podróż z drinkami w dłoni…

***

Oczywiście, nie da się opowiedzieć tego wszystkiego, co się działo. Mój wpis to bardziej zbiór faktów, które zapamiętałam… To, co tworzy udany wyjazd to ludzie. Dlatego lubię wyjazdy grupowe: nawet jeśli ktoś ma zjazd energetyczny, zawsze znajdzie się ktoś, kto akurat jest u szczytu i ma ochotę się bawić. Nigdy nie jest nudno. Zawsze ktoś powie coś głupiego albo coś debilnego zrobi. Tak jak dziewczyny, które założyły się o 100 euro, że wejdą do pawlacza w jednym z pokoi. Albo fakt, że założyłyśmy zespół Wesołe Grubaski i napisałyśmy już nawet słowa pierwszej piosenki… To duperele, małe radości, które składają się na całość wrażenia, jakie pozostaje.
Wróciłam zadowolona, wykończona, niewyspana, obolała, roześmiana, lekko pijana. I takie wspomnienie Barcelony zostanie w mojej głowie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

To było dobre lato

15 wrz

Tak mogę je podsumować. A podsumowania czas nadszedł, bo ostatni z serii wyjazdów wakacyjnych za mną. Wróciłam właśnie z domu rodzinnego.

Zacznę może od tego, że było to też lato bardzo, bardzo pracowite. Na tyle bardzo, że udało mi się wyjść z karty kredytowej i kredytu odnawialnego. W sensie, że zarobiłem na tyle dużo, że mogłem je w końcu spłacić. A więc dobrze, dobrze. Bo to było coś, co nade mną wisiało jakiś już czas. Kilka lat. Z tego się akurat bardzo cieszę. W sensie, że po naprawdę, naprawdę trudnym roku 2012 przyszedł wreszcie czas na poprawę. Finansowo rok 2013 jest o niebo lepszy. Choć, jak tak sobie pomyślę, to chyba 2010 był jeszcze ciut lepszy. Więc może powinnam bardziej się postarać?
Aktualnie regularnie co miesiąc realizuję trzy zlecenia/dzieła, które zapewniają mi większość dochodów. Dodatkowo dochodzi czasem coś jedno-dwurazowego. Przez pół czerwca, lipiec i sierpień realizowałem dużą umowę o dzieło, która mi się bardzo opłaciła. Co prawda musiałam przez nią wstawać czasem o 4:00 nad ranem a potem pracować normalnie i dodatkowo do 24:00, ale udało się. No i te drobnostki. A to jakieś szkolenie poprowadzę, a to gdzieś coś napiszę, a to dla kogoś coś przygotuję… Nie jest źle. Choć, oczywiście, są to wszystko umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Co oznacza, wiadomo, zero jakiejkolwiek stabilności finansowej. No, ale witamy w XXI wieku w Polsce. Nie bez powodu (nad)używam hasztagu #PolskaJestBardzoBiedna.

Poza pieniędzmi, wiele się działo. Wakacyjny okres zaczyna się gdzieś w czerwcu. Gdzieś w okolicach Parady Równości. W tym roku wydarzenie było o tyle ciekawe, że wpadli goście z Kanady i przedstawiciel Rady Europy. Wszyscy – moi dobrzy znajomi. Więc fajnie. No i realizowaliśmy nie tylko Paradę Równości i Tydzień Równości, ale dodatkowo Proste Równanie – z funduszy Rady Europy właśnie.
Jak zawsze, Parada Równości oznacza drastyczny spadek rzeczy-do-zrobienia. Od 15 czerwca było dużo spokojniej. Co prawda tempo nie spada do zera, ale szybko i stale maleje. Jeszcze w tygodniu po marszu byłam w kilku mediach, pisałam dla kilku, spotykałam się z ludźmi, żeby podsumować, przekazać czy coś tam opowiedzieć. Ale już ostatni tydzień czerwca był zdecydowanie wolniejszy.

Oznaczał też pierwszy wyjazd – do Torunia. W zasadzie wyjazd służbowy, bo formalnie byłam tam na IV Ogólnopolskim Spotkaniu Organizacji LGBTQ. Mówię formalnie, bo sam wyjazd okazał się miłą odskocznią od codzienności. No i samo spotkanie chyba też udane i mam nadzieję, że owocne. Miło też spotkać znajomych – wszak sporą część tych ludzi znam choć trochę. Najlepiej – Chabra, ma się rozumieć. I z nią spędziłam najwięcej czasu. Ale i Kajetana, z którym poznałam się prawie rok wcześniej na jednym ze Spotkań Gejów Nastoletnich w Melinie. Zmienił się. Ale nie zmieniło się to, że nadal jest bardzo ładnym chłopcem. Więc z nim też trochę czasu spędziłam. I – jak się potem okazało – to dobrze, bo spotkaliśmy się w dwóch innych miastach. A na najbliższą środę mamy umówioną randkę. Takie buty.

Pierwszy tydzień lipca to początek ciężkiej pracy nad dodatkowym zleceniem. Tym cięższej, że musiałam dodatkowy „etat” robić w tygodniu a nie w weekendy. Te bowiem przeznaczyłam na wyjazdy. No i mam za swoje. Wszystko fajnie, wyjazdy udane, ale com się namęczył w tygodniu, to wiem tylko ja. W tym tygodniu doszło mi jeszcze spotkanie Queer UW. A że wyjeżdżałam w piątek, musiałam ogarnąć ten dzień (i dupogodziny) wcześniej w tygodniu. Udało się i wyleciałam po 10:00 do Berlina a stamtąd do Kolonii. Na Cologne Pride, gdzie zaprosili nas organizatorzy. Mnie i Łukasza, jako gości specjalnych. Było to bardzo miłe doświadczenie. Superludzie, miłe przyjęcie, dobre warunki, fajne imprezy… Ja trzymałam się przede wszystkim z niejakim Aleksem, który był na tyle miły, że zapewniał mi rozmowę, ale i zaprowadził do kilku klubów i pubów. Sama parada, oczywiście, udana. Ja w stroju pani nauczycielki. A w Kolonii niespodzianka: V! Był tam z koleżanką, którą też znam. Więc dodatkowa atrakcja. Nie obyło się bez ciotodram – nie brałam w nich udziału, jedynie obserwowałam – więc pełen wachlarz atrakcji zapewniony. Wróciłam dopiero w poniedziałek po południu = więcej pracy przez kolejne dni…
Oczywiście, cały wyjazd – podobnie jak ten wcześniejszy do Torunia – nie był opłacany przeze mnie. To taki dodatkowy, ważny bonus.

Z tygodnia na tydzień jest coraz spokojniej. Ale i coraz cieplej. Lato zaczyna się na całego. A wiecie, że ja wysokich temperatur nie znoszę! Więc zaczynam się męczyć. Tym bardziej, że codziennie muszę spędzać w tramwajach jakieś 1,5 godziny. Czasem więcej, jak mam co zleconego na mieście do zrobienia… Dobrze, że coraz więcej klimatyzowanych jest. I dobrze, że w ciągu dnia tak wiele ludzi nie jeździ nimi. Wiadomo, godziny szczytu są najgorsze, ale często udaje mi się uciec od nich i jechać w bardziej dogodnych. Wszak formalnie mam do wysiedzenia średnio dziennie tylko 5 dupogodzin. Minus jest taki, że gdzieś do 12:30 słoneczko nakurwia prosto na mnie i na mój komputer (tam, gdzie dupogodziny robię). Więc niefajnie.

Kolejny weekendowy wyjazd. Tym razem do Lublina. Z Pauliną i Ewą zanosiłyśmy się na tę wyprawę bardzo, bardzo długo. Stwierdziłyśmy, że skoro znamy tak dobrze Auschwitz (spędziliśmy tam w sumie ponad 10 dni jakoś), to dobrze też inne Miejsca Zagłady poznać. I tak, dawno temu, narodził się pomysł wyjazdu do Lublina i odwiedzenia muzeum na Majdanku. Wreszcie się nam udało. Dzięki szczęściu, znalazłam dla nas wielki i bardzo, bardzo nowy apartament za niewielkie pieniądze. Szalałyśmy tam, skakałyśmy, darłyśmy pizdy. Ale i na Majdanek udało nam się dotrzeć. Tutaj mieszane uczucia. Jednak przyzwyczajeni do autentyczności Auschwitz, jakoś nie mogliśmy się pogodzić z liczbą interwencji, jakie poczyniono w tym miejscu. To jednak widać, to się czuje. A co gorsze, dla mnie, interwencje te wykonano dobre 40-50 lat temu, więc one same coraz bardziej wyglądają jak autentyczne elementy z II wojny światowej. A to już naprawdę niedobrze. No i brak informacji na ten temat…
Wieczór spędziliśmy w klubie Pasja. Było to bardzo smutne. Ale w ogóle Lublin imprezowy nas zasmucił. Nic się nie działo, więc po wielu, wielu próbach udało się nam dotrzeć do tej nieszczęsnej Pasji, czyli jedynego miejsca LGBT w mieście. Małego, pustego, ale bardzo taniego. Najebałyśmy się i tyle.

Kolejny tydzień, kolejne kończenie spraw. Jakieś sprawozdania dla samorządu studentów, jakieś wnioski o granty, kilka spotkań i dużo, dużo pracy. Bo, musicie to wiedzieć, najbardziej na moich wyjazdach i zleceniu ucierpiało właśnie moje życie towarzyskie. Musiało zostać dramatycznie ograniczone. Rano leciałam na dupogodziny. Potem z powrotem do domu, żeby robić dodatkowe rzeczy do północy. Pobudka o 4-5 rano i od nowa. Ale nie było tragicznie, jakieś tam pojedyncze godziny zawsze jestem w stanie znaleźć. Zwłaszcza dla Kubutka, czy innych młodych chłopców. Czy dla Kajetana, z którym tym razem spotkałem się w Warszawie.
Weekend przyniósł kolejny wyjazd: tym razem Łódź. Dawno mnie tam nie było, a jeżdżę do Gośki zawsze z radością. Odebrałam ją zresztą z dworca, bo ona właśnie z Rewala wracała. W Łodzi spotkałam się… znów z Kajetanem. Odwiedziłam Narraganset, ma się rozumieć. Dobrze się bawiłam, choć dupy nie urwało. Może dlatego, że już powoli zmęczenie zaczynało mnie brać. A może dlatego, że jakoś zabrakło większej grupy znajomych… No, w każdym razie, było okej!

Ostatni tydzień lipca był szalony. Wszystko przez zbliżający się wyjazd do Władysławowa. Bardzo, bardzo, bardzo dużo pracy. Tym bardziej, że okazało się, iż zleceniodawczyni (a raczej: zamawiająca) jest perfekcjonistką i jest nieco pierdolnięta na punkcie nieistotnych poprawek, które musiałam robić. Dodatkowo: myślała, że jestem dostępna cały dzień, a to – niestety – niemożliwe. Dobrze, że jakoś to koordynowałam i udawało mi się sprawnie sprawy załatwiać. Ale nie wiem czy porwałabym się na coś takiego ponownie…

W sobotę wyjechałam do Władysławowa. Spędziłem tam jakieś 8 dni. Oczywiście u Marcinka w Rybie Pile. Och, to były dni. Po pierwsze: oderwanie się od codzienności. Po drugie: świetna atmosfera i zabawa. Po trzecie: fajni ludzie dokoła. Po czwarte: zawsze coś się dzieje, nigdy nie ma spokoju. Rok temu po raz pierwszy wybrałam się do Władysławowa. Chciałem spróbować typowo studenckiej pracy (bo nigdy wcześniej nie pracowałem w restauracji, sklepie z ubraniami, call center ani niczym takim!) i bardzo mi się spodobało. Na tyle, że wracałam wówczas jeszcze dwa razy w wakacje, żeby więcej popracować. W tym roku dłuższy wyjazd nie był możliwy, więc tym tygodniem musiałem się nacieszyć. Ach, oczywiście że były ciotodramy. On sypia z tamtym, tamten sypia ze wszystkimi a ten przyjedzie specjalnie, żeby się z kimś przespać… Och, ach! To akurat wisienka na torcie. Jak moja summer love. Czyli piękny chłopiec, który codziennie wpadał na pomidorową.

Powrót do Warszawy okazał się trudny. W tym sensie, że czekało na mnie miliard rzeczy, jakie się przez tydzień zgromadziły. No, ale człowiek nie jest taki, coby sobie rady nie dał. Tym bardziej, że deadline się zbliża. Pierwszy tydzień sierpnia był też bardzo ciepły, co zdecydowanie utrudniało mi życie. Pamiętam, że był taki dzień, gdy zapowiadali, że będzie jakoś 35 st. Celsjusza. Na pewno nie w tym tygodniu. Ale wiem, że zapowiedziałem – i słowa dotrzymałem – że tego dnia nie ruszam się z domu. Nawet żeby robić dupogodziny. Co to, to nie. Nie dam się usmażyć żywcem. Jestem na to za gruba i za stara.

Oczywiście powodem spinki był też wyjazd do Montrealu. Przygoda tegorocznych wakacji. Bycie honorowym przewodniczącym to naprawdę supersprawa! Zero stresów, niewiele obowiązków. Wszyscy dokoła ciebie skaczą, są supermili, pomagają, troszczą się… Boże, to naprawdę relaks na całego. Oczywiście, nie cały czas. Jeden dzień pobytu musiałam poświęcić od 9:00 do 23:00 na pracę. No, niestety – w świecie umów śmieciowych można mieć urlop kiedy się chce, ale i nie można go mieć, kiedy się chce zarazem… Taki paradoksik. Tym niemniej, pogoda dopisała, wszystko dopisało. Organizatorzy byli megauprzejmi, troskliwi… No, naprawdę – wszystko wypadło fenomenalnie. I odpoczęłam, nie ukrywam. Bardzo, bardzo, bardzo się cieszę z tego wyjazdu. Na marginesie dodam, że to moja pierwsza podróż międzykontynentalna. Oczywiście, za nic nie płaciłam, co znów jest dodatkowym wielkim atutem.

Oczywiście, prosto z samolotu po powrocie: do roboty! Dupogodziny! Trzeba swoje odrobić, wysiedzieć… A ludzie spragnieni spotkań. Wszak prawie trzy tygodnie z nikim się nie widziałam. Więc trzeba też to jakoś wpleść w kalendarz pracy i zadań do zrobienia. Tym bardziej, że spotkanie z dietetyczką na horyzoncie! Tak, tak, postanowiłam schudnąć bardziej tradycyjnymi, wolniejszymi metodami. Dieta, może powrót do biegania, może jakieś elementy szóstki Weidera… Tak, tak, trzeba. Plan jest taki, żeby do końca roku z 10 kg zrzucić. Najlepiej ze 12 kg, ale nie szalejmy. Powoli, powoli.

Weekend to kolejny wyjazd: Kraków tym razem. Grześ, jak zawsze, supergościnny. Zresztą sam Kraków także. Kluby, wódka, spotkania. W tym jedno ważne: z pięknym Dawidem. Miłe popołudnie w jego towarzystwie. I tym razem bez żadnej pracy! Tylko zabawa, spotkania, poznawanie ludzi, dobre jedzenie, zimna wódeczka… Tak, tak, to był dobry wyjazd. I nawet się wytańczyłam trochę!

Nadszedł ostatni tydzień sierpnia. Deadline dużego zlecenia. Na szczęście z powodu opóźnień ze strony innych podwykonawców, ja miałam ciut wolniejszy czas. A skoro do deadline’u coraz mniej, to i poprawek będzie mniej, bo czasu na nie najzwyczajniej nie wystarczy. Czyli dobra nasza! A że gościa miałam kilka dni – Dawida, który z Władysławowa w drodze do Krakowa wpadł do mnie – to i lepiej dla mnie. Zresztą ten weekend, pierwszy od dawna spędzony w Warszawie, okazał się udany. Jednej nocy spał u mnie Sebastian, drugiej Robert. Robert, który był tak pijany, że w Glamie tańczył w samych majtkach. A momentami bez. Więc ktoś ogarnąć go musiał. Padło, jak zwykle, na ciocię JP. Ale Robert zauważył rano, że jestem jakaś rozpalona. W sensie, że mogę mieć gorączkę.

Najpierw to zignorowałam, ale po kilkunastu godzinach zrobiło się źle. I właśnie to był najgorszy moment lata. Te 8-9 dni, gdy umierałam z powodu anginy. Boże, jak mi było źle. Muszę przyznać, że to jedna z gorszych, jakie miałam. W zasadzie choruję rzadko, a jeśli już na coś, to właśnie na anginy. Tak więc zajęło mi kilka dni, zanim przekonałam lekarzy, że potrzebuję jednak antybiotyku. Na szczęście, udało się! I dzięki interwencji lekarza udało się też wszystko sprawnie wyleczyć. Choć, żeby nie było, dostałam też skierowanie do szpitala. Nie skorzystałam.
Pojechałem za to na kilka dni do domu rodzinnego. Początkowo plan był taki, że z Pauliną wybierzemy się na Zjazd Socjologiczny, który tym razem w Szczecinie. Ale ponieważ Paulina zakochana i chce ze swoją miłością jechać do Amsterdamu, to wolnego nie dostanie. Ja w sumie powinnam leżeć w domu, bo zwolnienie lekarskie na dwa tygodnie dostałam… Ale ponieważ czułem się już bardzo dobrze, wybrałem się. I w sumie nie żałuję. No, może tego, że za dużo jadłam! Ale poznałam Marcina ze Szczecina na żywo. I to akurat miłe spotkanie, miłe poznanie. Choć nie wiem jak on odebrał na żywo ciotkę JP.

Jakoś tak się układa, że tegoroczne lato – podobnie jak to rok temu – ma piosenkę, która mi się z nim kojarzy. W tym roku jest to absolutnie Klangkarussell ft. Will Heard „Sonnentanz (Sun Don’t Shine)”. I nie wiem w sumie czemu, ale tak już pozostanie. Gdy jej słucham, gdzieś tam czuję te wszystkie pozytywne chwile ostatnich miesięcy. Jak wiecie, dla mnie miejsca mniej się liczą. Chodzi o ludzi. A to lato obfitowało w dobrych, ciekawych, mądrych, ładnych, młodych ludzi.

Mówiąc krótko: wakacje się skończyły i udało mi się jakoś przetrwać lato!

***

Co teraz? Ano po pierwsze: zwalniam tempo. Nareszcie mogę. Duże zlecenie za mną. Kilka drobnych mi jeszcze zostało, ale do końca września też się powinny skończyć. Po drugie: zajmuję się rozwojem Fundacji. Staram się o różne granty, piszę wnioski, uczę się tego. Nareszcie mam na to czas. Po trzecie: może od tego powinnam zacząć w sumie – studia doktoranckie. Chcę na nie wrócić. Czekam na sygnał od profesora, by złożyć odpowiednie podanie. Ponieważ finansowa moja sytuacja jest stabilna, to jest szansa, że uda mi się znaleźć czas na napisanie i obronę tegoż do końca roku akademickiego 2013/2014. Bardzo bym chciała. Bardzo.
Rok jakoś będzie leciał. Wkrótce wznawiamy imprezy w Melinie. Ciągnie się sprawa z Bitwą pod Melino. Ciągnie się też sprawa sąsiada, który mi groził. Ale ja wiem, że tak musi być. #PolskaJestBardzoBiedna.

Ten rok nie zapowiada drastycznych zmian. Na pewno jakieś głupoty będą zajmować mi czas wolny, ale ostatnio postanowiłam też, że będę chodzić na randki. Dawniej nie chodziłem. Prawie nigdy nie chodziłem. A powinnam była! To zaczynam nadrabiać teraz. Ale, żeby Was nic nie zmyliło, nadal nie zamierzam uprawiać seksu. To tak dla jasności. Ta zasada się nie zmienia od lat.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przemoc, kelnerowanie, romanse i problemy we Władysławowie

06 sie
Szalona, nocna zabawa

Szalona, nocna zabawa

Władysławowo mnie przyciąga. Nie miejscowość, bo ta jest dokładnie taka sama jak wszystkie polskie nadmorskie wsie. Bardziej chodzi mi o ludzi, atmosferę i to, co dzieje się w restauracji Marcinka.

A dzieje się tam sporo, zawsze. Odkryłam to rok temu, gdy postanowiłam na chwilkę pobawić się w barmankę. Najpierw to miała być kilkudniowa przygoda na zasadzie „spróbuję po raz pierwszy w życiu typowo studenckiej pracy”, ale potem przerodziła się w autentyczny fun z tego, co robię. Praca barmana/kelnera jest super. To znaczy, na krótką metę i bez zobowiązań. No bo nie będę ukrywać, że o ile rok temu kasa z tej pracy mi się przydała (byłam w mocnym dołku finansowym) tak w tym roku absolutnie nie jest mi potrzebna (jeszcze jej nie dostałam, tak na marginesie). Ale nadal chciałam to zrobić – poczuć znów ten klimat, wyłączyć się totalnie. Bo to właśnie tak jest – że gdy tam się jest, żyje się w innym świecie. Informacje z normalności, z codzienności, w ogóle nie docierają. Nie ma znaczenia czy Tusk chce zmienić ustawę budżetową, czy Snowdena wydali USA, czy Korea wypowiedziała znów wojnę drugiej Korei. To nie ma znaczenia. Ba! Te informacje w ogóle tam nie docierają. Żyje się jak w jakiejś bańce, oddzielonym od świata. Zapierdol momentami jest tak duży, że nawet na facebooka człowiek nie ma siły ani czasu wejść. Po prostu technicznie jest to niemożliwe czasowo.

Do Władysławowa dotarłam w sobotę. W noc poprzedzającą nie odpuściłam sobie – wybrałam się do Glam. Od wielu tygodni nie było mnie w weekend w Warszawie, więc miło było znów zobaczyć znajome gęby. Siedziałam tam jakoś do 4:15. O 6:00 miałam pociąg. Wróciłem więc do domu taxi, wykąpałem się, zgarnąłem torbę, zjadłem śniadanie i w drogę. Podróż minęła mi miło. Nie tylko dlatego, że Express InterCity Jantar jest ładny, wygodny i klimatyzowany, ale także dlatego, że odsypiałam noc i podróży prawie nie zauważyłam. Na miejscu byłem około 14:00. Bezpośrednio z Warszawy, co jest super. Z dworca odebrali mnie Bonek i Agata. Przypominam sobie, jak rok temu ja odbierałam Bonka. Jak inna była ta sytuacja…

Od razu rozlokowałam się w pokoju w restauracji. Bowiem znajdują się w niej dwa schowane niewiele pokoje, w których mieszka część pracowników. Warunki są… no, takie jak wszędzie w tego typu miejscach. Ciasno, niewygodnie, porządek jest tam rzadkością. Toaleta/łazienka czekają na remont… Ale takie są realia gastro-świata. O pracownika nie dba się jakoś szczególnie. Jak chce zarobić, to to zniesie. Mi o tyle nie zależy, że wiedziałam, że będę tam tydzień. W sensie, że można to znieść bez większych problemów. Ale jakbym miała tam być 2 miesiące, mogłoby być trudniej.
Zawsze myślę o tym, jak ludzie chcący odłożyć na coś zapierdalają w tych restauracjach i męczą się w takich warunkach. Współczuję i nie zazdroszczę. Ale i wiem, jak to jest. Przeżyć się da.

Pierwszego dnia udało mi się Marcinka wyrwać na spacer i pogaduszki. Może nie za długie, ale jednak. Dobre pierogi w restauracji w resorcie Velaves. Miło, miło. Drink, potem drugi. Bardzo sympatyczny wieczór. Oczywiście, musiałam nauczyć się zmian. Bo restauracja Marcinka się bardzo rozrosła. Bardzo. Zmieniło się trochę też to, jak jest ogarniana. Więc sporo, sporo nowości. A że następnego dnia miałam zacząć pracę, musiałam się dowiedzieć, nauczyć. Nie ukrywam, że chwilkę mi to zajęło – w sensie, że wdrożenie nowych zwyczajów i nowych sposobów pracy. Ale chyba dałam radę.
W tym roku moim głównym zadaniem było kelnerowanie. To też pewna zmiana.

Oczywiście, jak to ja, musiałam ogarnąć sobie sytuację społeczną na miejscu. Nie minęło 15 minut a już znałam wszystkie plotki. Po kolejnych 10 minutach sama wiedziałam już więcej niż reszta. Bo gdy mówię, że ktoś z kimś sypia, to wiem, co mówię. To widać. Albo czuć w feromonach, nie wiem. Ale wiem, że ja to zauważam. I tak było i tym razem. Reszta oczywiście w szoku i w fazie zaprzeczenia „nie, to niemożliwe!” A jednak. Po trzech dniach okazało się, że miałam rację, prawda wyszła na jaw.
Pojawiły się też nowe osoby, co zawsze jest ciekawe. Nie ma co ukrywać – większość składu pracowniczego to jednak osoby homoseksualne. Co jest trochę śmieszne i trochę specyficzne. Ale tylko do czasu, bo skład miał się zmieniać na dniach. Wszak połowa sezonu za nami. Póki co jednak, jest ciekawie. Mateusz, którego znam od lat, a który za mną nie przepada – wpadł, podobnie jak ja rok temu, przeżyć „przygodę”. Dawid, którego nie znałam w ogóle, a który okazał się być ładnym chłopcem lekko zadzierającym nosa. Jarek, który ma brzydkie imię ale duży potencjał jeśli idzie o jego urodę i urok osobisty. No i inne osoby – mniej już dla mnie istotne w całej tej układance. Ja, oczywiście, jako Radek. Ale mówili do mnie też „Dżej Pi”, „Dżej Dżej”, „Jot Pe”, Jej, Mariola… W pewnym momencie miałam wrażenie, że muszę reagować na wszystkie możliwe imiona ;)

Jednym z ciekawszych wydarzeń była kontrola Państwowej Inspekcji Handlowej. Oczywiście, nasłana przez kogoś „życzliwego” Marcinkowi. Ciekawie było zobaczyć to w akcji. Panie zamawiające wódkę i rybkę smażoną. Potem wszystko ważyły, mierzyły, przelewały, pakowały w probówki, oglądały… Tak, to naprawdę się dzieje. Z jednej strony trochę śmiesznie (bo przecież wiem, że wódka u Marcinka jest wódką i wiem, że nie ma sensu tego sprawdzać), a trochę jednak pocieszająco (bo dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto czuwa, żeby nam nie wciskali byle gówna w restauracjach). Kontrola wypadła pozytywnie, choć nerwowo, oczywiście, było. Ale to chyba normalne – przed każdym egzaminem ma się nerwy. A wizyta PIH to trochę taki egzamin, czy się zna wszystkie durnowate przepisy i zasady.

Oczywiście, gastronomia to też walka. Rywalizacja. Także niezdrowa. Marcinek odnosi sukces. Jak na to miejsce, ma się rozumieć. Wcześniej właściciele zmieniali się co rok, a on już trzeci się trzyma, rośnie w siłę i nie narzeka. Więc dokoła – a że to „miasteczko gastronomiczne”, więc dokoła same restauracje – nie podoba się to. Innym się nie powodzi. Podczas mojego pobytu, w szczycie sezonu, zamknęła się sąsiednia restauracja, a inna zwijała się i miała zamknąć za trzy dni. Niech to świadczy o tym, jak trudno jest na miejscu i jak dobrze Marcinek sobie radzi. Ale pewnej nocy… Było to pożegnanie jednej z wyjeżdżających osób. No więc po zamknięciu, jakoś koło 2:00, zaczęło się picie. Ja pracowałam do końca, inni zeszli wcześniej i mogli zacząć zabawę wcześniej. Wódka, piwo, wino… No i zaczęli się wygłupiać. Nie wiem, kto pierwszy, ale gdy weszłam na piętro, zobaczyłam jak biegają bez butów, cali mokrzy. Postanowili bowiem nabierać wodę w usta i się nią opluwać. No takie szaleństwo (czy też, by być modnym: #yolo). Dla mnie nieśmieszne, bo jestem jeszcze trzeźwa. Ale oni biegają, obrzucają się kostkami lodu, opluwają i dobrze bawią. Ktoś się wreszcie poślizgnął, ktoś wywrócił. Ale nikomu to nie przeszkadza. Alkohol i atmosfera robią swoje. W sąsiedniej restauracji obsługa obserwuje ich/nas z rozbawieniem. Aż nagle wypada właścicielka tegoż lokalu i drze się, że jest skandalem to, co się dzieje. Że jesteśmy najebani i naćpani i że to się skończy. Oczywiście, nawiązała od razu do setek jakiś przeszłych wydarzeń, czy też nieformalnych ustaleń, jakie poczyniła z Marcinkiem. I że wszystko cofa. Powiedziała też „przegięłeś”, więc musiałam ją poprawić głośnym „przegiąłeś!”, za co dostało mi się „zamknij się!”. Gorzej z Agatą, która została „zdzirą wyjącą do księżyca”… Ja wiem, że brzmi to dość zabawnie, ale wówczas takie nie było. Głównie dlatego, że ktoś już do bicia się rzucał, ktoś już do Marcinka podszedł i go szturchnął raz czy dwa… No, niefajnie. Takie wojny plemienne…

Dobrze, że się rozeszło po kościach.

Tak jak taniec Bonka. Bo w restauracji jest codziennie karaoke. Bardzo, bardzo popularne. Ludzie siedzą, stoją, śpiewają, tańczą… Dzieje się. Swoją drogą, jak myślę, że atrakcją wyjazdu wakacyjnego dla mnie miałoby być karaoke, to wydaje mi się to bardzo smutne… No, ale wracając. W wieczór pożegnania Bonka, najebał się on strasznie. I śpiewał. I tańczył. A Bonek jest po pijaku über-pedałem. I, oczywiście, w lokalu były osoby, którym się to nie podobało. Na szczęście reszta obsługi była trzeźwa i wiedziała, kiedy Bonka ze sceny znieść…

Żeby nie było za spokojnie, postanowiłam namówić Grzesia z Warszawy, żeby wpadł do Władysławowa. Jako osoba, z którą kiedyś Marcinek się widywał i jako osoba, która ma wiele grzechów młodości na koncie, wydawał mi się idealnym uzupełnieniem całego składu. No, nie będę ściemniać: wiedziałam, że będzie jakaś ciotodrama albo coś w ten deseń. Ponieważ, co zawsze podkreślam i deklaruję, dla anegdoty jestem w stanie zrobić bardzo wiele, zaproponowałam mu nawet, że za jego nocleg zapłacę. Ostatecznie nie musiałam, bo zatrzymał się w Trójmieście u znajomego. Ale zamieszanie było tak czy owak. Bo okazało się, że Grześ nie tylko zna mnie i Marcinka ale i Dawida, z którym na portalu społecznościowym wymieniał brzydkie wiadomości… Więc zaczęło się jakieś flirtu-flirtu… No, fajnie, fajnie. Ja lubię takie rzeczy. Im bardziej krępująca sytuacja, tym lepiej dla mnie.

Oczywiście, w tzw. międzyczasie Marcinkowi popsuł się internet, który formalnie jest moim, więc jeszcze musiałam do Pucka się wybrać, żeby tam nowy modem kupić. Wszystko okej, a przy okazji wypowiedziałam swoją umowę internetową. Dobrze, że to zrobiłam, bo już w systemie mam informację, że oferują mi internet w kwocie o 3 zł wyższej niż chciałam. Czyli że wynegocjowałam swoje w ten sposób.

Moja ostatnia noc też była krejzi. Po raz pierwszy nie siedziałam do końca. Już o północy skończyłam pracę. Mogłam pić dobre drinki i się bawić. Zjeść coś dobrego. Oczywiście, tej nocy też musiało się wydarzyć coś niespodziewanego. Nagle, na chwilkę przed zamknięciem wpadli ludzie. I zamówili 0,7 l wódki. I soki. I frytki. (Bo wszyscy nad morzem zamawiają frytki. Wszyscy.) Więc trzeba było siedzieć. A nagle zaczął padać deszcz. I dodatkowo oni chcieli zmieniać muzykę, więc ja usiadłam i coś tam włączałam jako „didżejka”. I była prośba, żeby jednej pani coś zadedykować i włączyć. I życzenia złożyć… Ja pijana, więc na wszystko się zgadzam…
Burza, jaka się zaczęła, spowodowała, że w domu w pobliskim Czarnym Młynie, gdzie także nocowała część osób, piorun pierdolnął w dach tak, że go powyginał i wygonił ludzi, którzy szybko przyjechali do Władysławowa. Na miejsce zaś pojechał Marcinek z Bonkiem i Dawidem. I tam ugrzęźli, bo raz że jakąś gumę złapali, a dwa że następnego dnia nie mogli wyjechać po nich samochodem, bo „życzliwy” sąsiad zastawił i nie pozwolił wyjechać…

Dlatego w niedzielę opuściłam restaurację w ciszy, bez żegnania się z kimkolwiek. Ot, wyszłam jak gdyby nigdy nic. I spokojnie dojechałam do stolicy.

-> UPDATE! (7 sierpnia 2013, 08:55)

Oczywiście, z tego wszystkiego, zapomniałam napisać o mojej summer love! Ach, oczywiście, że ją miałam! Do restauracji codziennie rano przychodził piękny, młodziutki blondynek z koleżanką. Wpadał na pomidorową (która, rzeczywiście, była wyjątkowo pyszna). Potem jeszcze czasem po południu na karaoke się zjawiał na chwilkę. Szczupły, rozwichrzone włosy, superdelikatny, z lekko przegiętym głosem, dobrze ubrany. No, piękny, po prostu. Pierwszego dnia usłyszałam, jak koleżanka mówi do niego Aleks (albo tak mi się wydaje… równie dobrze mógł to być Arek – ale Aleks bardziej pasuje!) i tak zostało. Tego samego dnia, gdy ich obsługiwałam i zabierałam puste talerze po zupach, Aleks podczas płacenia rachunku dał mi 10 zł napiwku i powiedział swoim słodkim głosem „to dla pana”.
Wszyscy wiedzieli, że jeśli się zjawia, to ja go obsługuję. A jak nie pracowałam akurat, to musieli mnie informować tak czy owak, żebym chociaż mógł popatrzeć na niego. Piękny on!

I to właśnie moja summer love.  Wcale mi nie przeszkadza, że on nie wie, że nią był. A może i się domyślił? No, nie wiem. Wiem, że słodki Aleks będzie niezapomnianym wspomnieniem lata. Do czasu, ma się rozumieć. Kiedyś to wspomnienie wyblaknie i zostanie tylko ten wpis na blo.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nagi prysznic, zlot nastolatków i wódka za 120 zł na dachu

11 wrz

Długo nie pisałam, ale to celowo tym razem. Wiem, że to, co piszę jest czytane przez osoby, o których piszę i wpływa na moje życie i relacje z innymi. Tym razem zależało mi, żeby przez chwilkę ktoś konkretny nie wiedział, co myślę na pewien temat. Stąd wstrzymywanie się. Ale spokojnie, już piszę. Będzie o nagich nastolatkach, o piciu wódki Belvedere na dachu restauracji, o całowaniu i dobrych drinkach. Zaczynamy.

***

Podróże, ach podróże...

Podróże, ach podróże...

Najpierw może nieco grzecznej treści. Bo wakacje w tym roku oznaczały dla mnie, że przez dużą część czasu byłem grzecznym chłopcem. Tak, chłopcem. Radkiem. Tak miałam na imię w restauracji Marcinka nad morzem. We Władysławowie spędziłem w sumie może i miesiąc, gdyby wszystkie od czerwca wizyty zsumować. W sierpniu byłam tam dwa tygodnie. Wcześniej jednak odwiedziłem dom rodzinny. I od tego zacznę.

Mama, oczywiście, ucieszona ale i – jak zwykle – podkreślająca, że za krótko jestem. Tym bardziej, że na dobę wyrwałam się do Rewala. Wszystko działo się superszybko, bo ledwo udało mi się wrócić z Amsterdamu a już dwa czy trzy dni później siedziałam w pociągu do Szczecina. Odwiedziłam brata i jego żonę, ma się rozumieć. Ich dzieciak, a mój chrześniak, rośnie jak na drożdżach. Skubany. Coraz więcej rozumie i chyba powoli zaczynam zauważać, że jest w szkole i ta szkoła zmienia go na lepsze. W sensie, że rozwija, mówiąc wprost. To dobry znak. Dobrym chyba też znakiem jest to, że przywykłem do braku mojego psa. Co prawda Tobi (tak się nazywał) zdechł już kilka lat temu, ale dla mnie to ledwo kilkanaście, może kilkadziesiąt dni pobytu w domu rodzinnym. Więc cały czas miałam takie wrażenie, że jak otworzę drzwi od mieszkania, to on wybiegnie na przywitanie. Cały czas aż do tej wizyty. Chyba ostatecznie przywykłem, że go nie ma i nie będzie.

W domu rodzinnym nie działo się za wiele. Ale to dobrze, po to tam jeżdżę – żeby odpocząć i żeby za wiele się nie działo. Oczywiście, jak zwykle, musiałam coś upiec. Lubię to strasznie, a tylko tam mam pełną swobodę w tym zakresie, bo moja mama nie piecze ciast. Mój brat też nie – jego teściowa robi to na tyle często i prawie hurtowo (sprzedaje dużo), że oni nie muszą. A ja chcę i robię to. Tym razem jakieś ciasto z nektarynkami. I w zasadzie tyle, niewiele więcej się działo. Jeden wielki relaks – rodzina odnotowała, że mam kolczyki i że to stan permanentny, choć nadal uważają, że nie powinnam ich mieć.

Na jeden dzień wyjechałem do Rewala do Gośki i reszty znajomych. Nie było łatwo się wyrwać. Najpierw jeden autobus nie przyjechał w ogóle, potem drugi po prostu przejechał nie zatrzymując się w ogóle… Pomyślałam sobie, że to klątwa. Że już na zawsze zostanę w rodzinnym mieście, że nigdy się z niego nie wyrwę. Po godzinach czekania udało mi się złapać trzeci z autobusów jadących w tamtą stronę. Niemniej, zamiast wyjechać po 12:00, wyruszyłam po 16:00. Masakra. Dobrze, że trasa minęła spokojnie.
Na miejscu – jak zawsze, wesoło. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się. A żeby było dziwniej, to wieczorem poszliśmy na koncert… Czerwonych Gitar. Ledwo to przeżyłem. Nudno dla mnie, ale śmialiśmy się z nich cały czas – to mnie ratowało. Z samych oryginalnych Czerwonych Gitar jest tylko jeden pan – niejaki Juras – który i tak zszedł po 3 piosenkach ze sceny, wpuścił młodszego jakiegoś i wrócił na sam koniec. Ale i tak uważam, że ledwo ogarniał, co się dzieje i że miał niepodłączoną gitarę, by jedynie udawać, że potrafi jeszcze grać. To trochę aż smutne było. Ale tylko trochę.
W nocy pochodziliśmy po okolicy, powygłupialiśmy się na nowej atrakcji – metalowych szkieletach kaszalotów. Czy czegoś takiego. A w radiu miejscowym nadal słychać mój głos częściej niż raz na godzinę ;) Tyle lat już nic dla nich nie robię, ale ten spadek pozostał i przetrwał!

Na chwilkę wróciłam do domu rodzinnego, by stamtąd już do Władysławowa pojechać. Znów z trzema przesiadkami, bo tak najszybciej. Dobrze, że mam tę trasę opanowaną po lipcu ;) We Władku ludzi coraz mniej. Przyjechałam jakoś w sam raz na 15 sierpnia, więc wówczas, kiedy ostatni długi weekend jest i goście jeszcze zjeżdżają. Ale pogoda – powiedzmy sobie to szczerze – była totalnie do dupy. Ale tak totalnie. Sezon pod tym względem supersłaby. Dlatego i nam było trudniej.

Znów byłam kelner-barman Radek. Już pierwszego wieczoru po przyjeździe miałam niemiłą niespodziankę. Jakieś panie zamówiły Tęczowe Szoty. A ja, owszem, umiałam je robić ale w lipcu… więc szybko telefon do Michała, który wyjechał tego samego dnia i dyktowanie przez telefon… Wiem, wstyd. Ale przecież nie będę się tego uczyć na pamięć. Mam wyrobioną zdolność zapominania rzeczy zbytecznych dość szybko. I tutaj mechanizm zadziałał bez zarzutu. Dziś znów nie wiem, jak je się robiło. Z niespodzianek pt. „nie wiem jak coś podać” miałam jeszcze jedną stresującą sytuację. Podawanie koniaku. Pan zamówił a ja wiedziałam w teorii tylko jak to się robi. Ważne jest nieodmierzanie ilości trunku metalowym jigerem tylko nalanie prosto do koniakówki odpowiednego litrażu. Stres był, ale dałam radę. Potem się okazało, że zupełnie niepotrzebnie się stresowałem, bo pan nie był znawcą – poprosił potem o dwie kostki lodu do tego koniaku ;)

A co poza tym? No, fajna praca. Naprawdę dobrze się tam bawiłem. Okazuje się, że w ciągu tych dwóch tygodni przepracowałam 179 godzin, czyli całkiem nieźle. Rekordem było 15 godzin dziennie. I muszę powiedzieć szczerze, że ta praca dawała mi to, czego potrzebowałam: oderwanie się od codzienności. Ani przez sekundę nie miałam czasu pomyśleć „co tam w Warszawie?” a o to chodziło. Nie byłam zmęczona nawet jakoś bardzo, traktowałam to jako przygodę i doświadczenie czegoś zupełnie nowego. Udało się, to był dobry pomysł. Wiem, że Marcinek też nie narzeka na to, jak pracowałam i nawet wspominał coś, że jeśli za rok będzie znów prowadził tę restaurację, to jestem mile widziana. Dobrze wiedzieć, że coś nowego mi się udało. Na mnie dobrze działa motywacja pozytywna, więc takie słowa są ważne.

 

Jedno ze śmieszniejszych zdjęć z Władysławowa

Jedno ze śmieszniejszych zdjęć z Władysławowa

Zabawa była przednia, bo i ludzie fajni. Jasne, że nie zawsze robiłem rzeczy, które mi się podobały. Sporo musiałem na przykład stać z ulotkami i zapraszać ludzi do restauracji. Konkurencja duża, sezon słaby, koniec wakacji za pasem – trzeba było działać. Bardzo tego nie lubię (bo kto lubi rozdawać ulotki?!) ale wiedziałam, że to ważne i że muszę, więc to robiłem. Innego dnia zaś ręce mi się tak wysuszyły od ciągłego mycia za barem (co chwilę się czymś brudzisz tam…), że zaczęły mi się robić odparzenia w miejscu, gdzie palce się stykały. Masakra. Alb karaoke. Musiałam albo ogarniać je technicznie albo nawet raz prowadzić. I to dla grupy kolonistów-gimnazjalistów. Nie ma lekko. Ale też dałam radę (nie będę dodawać, że dzięki alkoholowi, który Marcinek mi dawał, bo zna moją awersję do zjawiska karaoke). Jasne, że czasem się nie chciało sprzątać rano czy coś. Ale jestem słowną osobą.
Zaliczyłam jedną wpadkę. Każdego wieczoru, po zamknięciu lokalu, my też piliśmy. No, kiedyś trzeba! A że jest szansa popróbować różnych alkoholi bez konieczności kupowania całej butelki + w cenie, której nie ma nigdzie w klubach, to wiadomo, że ja skorzystam. Wszak alkohol kocham. I jednej nocy poszaleliśmy za bardzo. Albo ja poszalałam. Nawet Marcinek, który generalnie z nami nie pijał jakoś specjalnie, dołączył. Wziął butelkę Belvedere i postanowił, że idziemy na dach restauracji, żeby tam pić. Oczywiście, z butelki. Co za skandal – powtarzałam. Tak szlachetną wódkę jak Belvedere powinno się traktować z większym szacunkiem! Ale, ma się rozumieć, narzekanie przerywałam haustami wódeczki. Nie była zmrożona, to był jej minus. Ale smakowała tak czy owak dobrze. Minus naszej wyprawy na dach był taki, że uszkodziliśmy go lekko i nadranna ulewa zalała pół piętra… no nic, to się zdarza. Wpadka jednak moja polegała na czymś innym. Rano, gdy przyszłam do restauracji, byłam jeszcze wciąż pijana. I nie to, że skacowana, bo ja kaca nie miewam. Byłem po prostu najebany jeszcze. Na szczęście udało mi się półgodzinną drzemkę wybłagać i w jej trakcie wytrzeźwiałem. Było to złe. Marcinek, oczywiście, potem mnie zrugał poważnie. Słusznie!

Anatol, Agata i Michał to osoby, z którymi najwięcej współpracowałem. Anatola znam od lat, Michała od roku a Agatę od miesiąca. Więc było różnorodnie, ale w porządku. Ja jestem dość zabawną osobą, więc cały czas sobie żartowaliśmy i w ogóle. Szef kuchni – Gutek – też fajny. Reszta ludzi do zniesienia. Nawet jeden z grillmenów, który początkowo za mną nie przepadał (podobnie jak za wszystkimi „pedałami”) przekonał się do mnie podczas nadrannej libacji przy butelce obrzydliwej nalewki czy czegoś takiego.
Goście restauracji też spoko. Bardzo różnorodni, ale było kilka osób, które się z lokalem zaprzyjaźniło i przychodziło regularnie. To cieszy. Tak samo jak napiwki. Z tym bywało różnie. Nie było szaleństwa. Choć zdarzały się osoby naprawdę hojne, to jednak standardowo po całym dniu można było liczyć na 20-30 zł. Więc dupy nie urywa. Nie to, że narzekam – wszak nie dla kasy tam byłam (a tym bardziej nie dla kasy z napiwków…) ale chcę oddać Wam sytuację, jaka panuje na miejscu.
Dla pełnego obrazu warto dodać, że konkurencja jest zażarta. Z większością sąsiadów żyło się nam dobrze, ale z jednym wojna na całego. Wiecie, dzwonienie na policję (cisza nocna), napuszczanie na siebie kontroli (sanepid itp.), niemiłe odzywki, kontestowanie propozycji współpracy pomiędzy lokalnymi przedsiębiorcami… niemiło, niemiło. Walka trwała.

Śmiesznie było na sam koniec, gdy Marcinek chciał już się pozbywać towaru a ludzi we Władysławowie jak na lekarstwo. Naprawdę stawaliśmy wówczas na głowie, żeby było dobrze. Ostatecznie ja sama zgodziłam się na wypłatę części wynagrodzenia w alkoholu. No co, nie udawajmy – przecież na to by poszła kasa zarobiona. Więc propozycję Marcinka przyjęłam bez większego zastanowienia. I słusznie! W dniu, gdy piszę tę blotkę mam jeszcze 1/3 tego alkoholu, który wówczas wzięłam. Nie jest źle.

Ważnym elementem byli goście. Zwłaszcza ci znajomi z Warszawy lub innych miejsc, którzy odwiedzali Marcinka lub po prostu nas w restauracji. Najzabawniejsze było to, że byli to też homoseksualiści, którzy za mną nie przepadali, a których ja wówczas obsługiwałem. Strasznie zabawna z racji swojej niezręczności sytuacja. Ale odwiedził nas dla przykłady Robert Biedroń, który chciał w urodziny Marcinka się z nim zobaczyć. Miłe to.

Dla mnie najmilszym gościem był Bonek.

***

No właśnie, czas przejść do drugiej części tego wpisu. Bonek.

Wpadł na kilka dni, bo tak się umówiliśmy. Nie będę ukrywać, że od wyjazdu do Sopotu, gdy okazało się, że on wyraża jakieś zainteresowanie moją osobą (w sensie, że takie większe zainteresowanie niż przeciętna osoba, którą się poznaje), mieliśmy stosunkowo intensywny kontakt smsowy i facebookowy. Mój pobyt we Władysławowie nie ułatwiał tego, bo w ciągu dnia właściwie z telefonu i iPada nie korzystałam – jedynie rano i przed pójściem spać. Ale jednak nadal kontakt był. Jeszcze wcześniej umówiliśmy się, że on wpadnie i że wynajmiemy na ten czas jakiś pokój czy coś. Wcześniej nocowałam albo w domku letnim Marcinka jakieś 12 km od Władysławowa albo potem już w samej restauracji w pomieszczeniu dla pracowników. Nie ukrywam, że takie nocowanie w pokoju wynajętym było miłą odmianą, bo jednak dawało więcej komfortu. Może nie był to standard hotelu czterogwiazdkowego, ale jednak zawsze ciut lepiej. Bonek zajmował się wyszukaniem i wynajęciem, na zapłatę się po pół złożyliśmy. Minusem miejsca było to, że było ponad 1,5 km od restauracji, więc codziennie dystans ten musiałem pokonywać w drodze „do roboty” i wracając.

Takie wynajęcie pokoju z chłopcem było dla mnie czymś nowym. Nigdy w życiu niczego takiego nie zrobiłem. Spędzenie z kimś wakacji – bo w zasadzie tak należałoby to nazwać – to nowe doświadczenie. Okej, znów trochę naciągam rzeczywistość, bo przecież pracowałem w tym czasie przez wiele, wiele godzin, więc spędzanie czasu wspólnie było ograniczone. Ale jednak, fakt jest faktem.
Druga rzecz, na jaką mnie namówił Bonek, a jakiej nigdy wcześniej w życiu nie robiłem, był wspólny prysznic. To mnie zawsze obrzydzało i przerażało – głównie z powodu mojej awersji do własnego ciała, ale pod wpływem niewielkiej ilości alkoholu i z racji mojej relacji z Bonkiem, zgodziłam się. Nie sądzę, bym chciał to kiedyś powtórzyć. Nie to, żeby coś złego się stało czy coś, ale jednak przez większość owego wspólnego prysznica skupiałem się na tym, że już chcę wyjść, bo mnie to krępowało. Więc nie. Spróbowałem, ale nie.

No właśnie… moja relacja z Bonkiem. To nie typowa znajomość. To coś trochę jednak bardziej zaawansowanego. Sporą część wspólnie spędzonego czasu poświęciliśmy na całowanie się i takie tam. Od razu zastrzegam: do niczego „poważnego” nie doszło. Nie wyobrażajcie sobie za wiele. Niemniej, to bliska także fizycznie relacja. Ale do czasu. Jakoś różne wydarzenia – także jedno pół-żartem, pół-serio – sprawiły, że coś się zmieniło. Na niekorzyść. Więc nie wiem jak to będzie. Po wyjeździe Bonka do Warszawy nasz kontakt się zdecydowanie, zdecydowanie ograniczył. Jest teraz bardzo znikomy. I sam nie wiem czy mi się to podoba czy nie. O, tyle Wam powiem.

Ciekawostka jest taka, że Bonek… też popracował trochę dla Marcinka. Wyszło to jakoś tak spontanicznie. Że on był na miejscu, nie miał w sumie nic do roboty, Marcinek miał jakieś zadania do wykonania i brak wolnej pary rąk (Anatol już wyjechał), więc Bonek popracował. Zabawnie wyszło, ale dał radę w sumie.

(trochę fotek na fotoblo)

***

Ostatnie dwie części będą się dziać już po powrocie do Warszawy.

Powrót mój podyktowany był m.in. tym, że zaplanowano u mnie znów Zlot Gejów Nastoletnich. Gwoli przypomnienia: na innastrona.pl (wkrótce zmieni się w queer.pl) jest kilka grup/forów. Jednym z nich jest Klub Gejów Nastoletnich. Jakiś czas temu pojawiła się propozycja, żeby geje owi się spotkali i poznali na żywo. Najpierw w Warszawie. I tak jakoś od słowa, do słowa, wyszło na to, że spotkają się u mnie. To było na początku lipca jakoś. Teraz nadszedł czas na drugą edycję. Znów w Melinie. Na szczęście udało mi się przesunąć jej godzinę tak, by było korzystniej dla mnie (czyli nie o 18:00 jak ostatnio!).

 

Zdarzył się na Spotkaniu także jeden zgon

Zdarzył się na Spotkaniu także jeden zgon

Pierwsza osoba zjawiła się punktualnie o 19:30, bo o tej porze miało się zacząć. To zabawne u tych młodych pedałów, że naprawdę zjawiają się na czas. W przypadku starych ciot trzeba wiedzieć, że jak się ich zaprasza na 22:00, to zjawią się około 22:20, może 22:30 a niektórzy nawet o 23:00. Inaczej było zawsze w trakcie Floor-Sitting Party. Tam godzina była święta i wszyscy musieli się na czas zjawiać. Teraz jest inaczej, z czasem wszyscy się spóźniają. Okej, muszę przyznać, że ja też nigdy na czas się nie zjawiam na imprezach. Zawsze jestem po czasie. Ale to co innego. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni i wiedzą, że będę w niedoczasie jak zwykle.
Wracając zaś do samego spotkania. Tym razem udało mi się ich wszystkich przed przyjazdem przekonać, że alkohol – choć szkodliwy i dla niektórych spośród nich (no dobra, dla większości) jest nielegalny – może odegrać ważną i pozytywną rolę podczas tego spotkania. Podkreślę może, że nie podaję nigdy alkoholu nieletnim. W zasadzie staram się na Spotkaniu Gejów Nastoletnich zapewnić alkohol tylko sobie. I to w nie za dużych ilościach, bo jednak zawsze, gdy organizuję coś u siebie w domu, to chcę mieć pełną kontrolę i być w stanie przyjąć ewentualną wizytę policji. Tak samo było tym razem, choć policji nie było.

Plusem Spotkań Gejów Nastoletnich jest to, że przyjeżdżają na to ludzie, którzy naprawdę nie są znani jeszcze z klubów i innych środowisk. Młode cioty, których nikt jeszcze nie zna. Tym razem np. z Łodzi przybył Krzysiek a z Kazimierza – Arek. Muszę też zaznaczyć, że w zasadzie wszyscy obecni byli naprawdę atrakcyjni. Choć prezentowali różne typy urody, to jednak o wszystkich można powiedzieć, że są co najmniej powyżej przeciętnej. To miłe i dodatkowo mobilizujące.
Nie wszyscy mogli siedzieć do końca – wpadli na chwilkę i wyszli. Część jednak została do końca. A potem: znów próba wyjścia na miasto. Wiadomo, że nie będzie łatwo, jeśli najmłodszy z obecnych dopiero za kilka dni kończy 16 lat… No, ale ja się nie poddaję. Pojechaliśmy do centrum, by spróbować dostać się do Glam. Nasze czajenie się i ustawianie (w mniejszych grupach i w kolejności od najmniej prawdopodobnego wejścia) przypominają mi stare dobre dzieje, gdy się tak do Utopii wchodziło. Wtedy jednak nie o wiek chodziło w naszym ustawieniu… Eh, to były czasy.
Do Glamu nie udało się nam wejść. Poszliśmy do Toro, by i tam sił swoich spróbować. Znów jednak bezskutecznie. Jak tak dalej będę próbować z nieletnim się dostawać do klubów, to ochroniarze dostaną przykaz, żeby sprawdzać wszystkich, którzy ze mną się pojawiają bez względu na to, na ile lat wyglądają ;) Oraz, tak, następnym razem też spróbujemy!
Dwie osoby zostały w klubach – reszta wróciła ze mną do Meliny. Po drodze kupiliśmy jeszcze coś w nocnym i w ten sposób mieliśmy co robić do 5 nad ranem. Wówczas bowiem wygoniłem gości (wszak dzienne już jeżdżą a poza tym nocujący muszą się wyspać!). Spały u mnie trzy osoby: Bonek i wspomniani Arek z Kazimierza i Krzysiek z Łodzi. Muszę dodać, że Arek to naprawdę atrakcyjny blondyn. Dodałem. Krzysiek wyjechał dość rano. Bonek też się zebrał w miarę wcześnie do domu. A Arek został najdłużej, ale i on ostatecznie wczesnym popołudniem wybył z Meliny. Zostałam ja i megabłagan.

W zasadzie to, chcąc nie chcąc, chyba jest szansa, że Spotkania Gejów Nastoletnich staną się następcami Floor-Sitting Party. Czymś zupełnie innym, ale jednak podobnie regularnym. Albo i nie. Zobaczymy – na razie nie mam jakiś takich szczególnych planów a wszystko zależy od zainteresowania młodych ciot.

Może dodam jeszcze, że 5 października organizuję trzecią edycję Spotkania – tym razem w Krakowie.

(trochę fotek na fotoblo)

***

Po weekendzie i kilku dniach załatwiania rzeczy na uczelni (o tym następnym razem napiszę dokładniej), wybrałam się na wieś. Dokładniej: pod Puławy do Tomka. Od jakiegoś czasu mieliśmy to zaplanowane. Jego mama wyjechała gdzieś-tam, więc został sam. Dla mnie powody do przyjazdu były dwa. Raz, że nigdy w życiu nie byłam na wsi ot tak, odpocząć. A dwa, że Tomek.

Okazało się jednak, że jest jeden czynnik utrudniający mój pobyt na miejscu. Tomek jest chory. W sensie, że jakieś przeziębienie, grypa albo coś podobnego. Dlatego nie wyjechał po mnie do Puław i dlatego łatwiej było mu zachować dystans podczas mojego pobytu.

Zacznę może od tego, że odpocząłem bardzo. Choć ostatecznie z powodu spraw na uczelni mój pobyt był krótszy niż planowany, to udało mi się fajnie wyłączyć na chwilkę. Tomek ma sad, grusze i jabłonie – mogłem zrywać owoce prosto z drzewa i w ogóle. Dużo spałem, trochę gotowałem (cebulowa, naleśniki… – klasyka), dużo gadaliśmy. Zdarzyło się nam nawet TV pooglądać. Więc lenistwo. Nie było nic „muszę zrobić”. Była za to suczka Joko, która strasznie się mnie bała ale i strasznie chciała, żeby ją głaskać i przez te mieszane uczucia była zabawna niesamowicie. Było dość ciepło. Sporo czasu spędziliśmy na patio… Naprawdę relaksacyjny pobyt.

Moja znajomość z Tomkiem zaś jakoś dziwnie się dzieje. Choroba sprawiła, że nie zdecydował się spać ze mną w jednym łóżku. Sprawiła, albo była wymówką. Bo mam takie wrażenie, że moje wcześniejsze zacieśnienie relacji z Tomkiem on teraz próbuje nieco odwrócić. Z drugiej strony – nie dziwi mnie to aż tak bardzo. Za mocno już chyba siedzą we mnie postpsychoanalityczne i quasipsychoanalityczne techniki i nie potrafię się powstrzymać od ich stosowania – a to nigdy nie sprawia, że relacja jest trwała. Jasne, najpierw dochodzi do przeniesienia i jest fajnie, kolorowo i radośnie, ale kiedyś ten moment musi minąć i wówczas quasianalityk nie jest już tak miłą sercu osobą. Jest raczej kimś, kto zna tajemnice, których nie chcemy ujawniać. Zna nas lepiej niż my sami (co jest oczywiście nieprawdą) i przez to przestajemy go lubić. Tym bardziej, że zadaje dużo pytań. Tak wiem, wiem. Pamiętacie, jak kiedyś pisałam, że sabotuję swoje znajomości bliskie z atrakcyjnymi chłopcami? To właśnie jedna z technik – zadaję dużo quasipsychoanalitycznych pytań i nie pozwalam ludziom, żeby oszukiwali siebie i innych. Drążę i nie pozwalam, żeby trwali w złudnych przekonaniach na swój temat (o których sami doskonale wiedzą, że są złudne, ale albo tak mocno wyparli prawdę albo tak bardzo im ona nie przeszkadza, że nie chcą o niej mówić na głos).

W zasadzie drążenie dlaczego, po co itd. nie ma sensu. Liczy się efekt końcowy. A jest on taki, że jechałem do Tomka z wyobrażeniem, że wspólne kilka dni na wsi raczej sprawi, że nasza relacja stanie się bliższa a okazało się, że jest totalnie na odwrót. Moja wina też w tym jest, wiem. Ostatniego dnia już świadomie nie próbowałem nawet nic robić w tym kierunku, żeby było inaczej. Chyba się poddałam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak się udaje Utopia, jak się udaje doktorat? Oraz Holandia i inne historie

05 lip
Jak ta nowa Utopia? Wszyscy o to pytają. Nawet ludzie, którzy nigdy tam nie byli, nie znają się na clubbingu i nie są fanami wychodzenia gdzieś w weekend wieczorem. Bo słyszeli o Utopii ode mnie albo od kogoś i są ciekawi jak to się układa. Ja jestem żywo zainteresowana tym, żeby było dobrze, wiadomo. Ostatnio o swoją relację z wizyty przy Kredytowej 9 pokusił się nawet Abiekt. Wszyscy wydają się być jakoś wyjątkowo zainteresowani losami tego miejsca. Nawet mnie to nie dziwi, wszak Utopia dość legendarnym miejscem była. I znów chce być.
Zacząć trzeba od tego, że się stara. To ważne. Poza tym warto docenić to, ze się cały czas zmienia. Gdy na przykład okazało się, że wejście z przodu budynku nie jest dobrym rozwiązaniem, przeniesiono je na tył. Tak jest lepiej. To tylko przykład. Cieszy to, że widać zainteresowanie właścicieli klubu reakcjami gości. Wiedzą, że nie mają monopolu na wiedzę jak ma wyglądać to miejsce i słuchają innych. To cenne. 
Nadal jednak jest wiele rzeczy, które są i powinny być poprawiane. Nadal chyba nie ma piwa. Nie wiem czy na pewno, bo nie piję, więc szczególnej uwagi na to nie zwracam, ale wiem, że ludzie lubią i że tego brakuje. Mi bardziej brakuje jednego z barmanów, który na początku pracował a teraz już go nie ma, bo się nie sprawdził. Kłopotem są też toalety. Że niby jest ich za mało. Tego też nie wiem, bo raz, że mam toaletę na górze a jakby mi się naprawdę chciało i nie byłoby gdzie – w podziemiach kolejną, a poza tym ja generalnie mało korzystam z toalet, więc nie jest to dla mnie sprawa priorytetowa. Ale rozumiem, że tak może być. Trudno "ograć" to miejsce – jest dużo wyższe niż stara Utopia, która była klubem piwnicznym. Teraz mamy wysoki sufit. Jasne, dałoby radę powiesić tam jakieś płachty materiału. Byłoby inaczej, znów bardziej przytulnie, ale… wtedy trochę traci sens balkonu w VIProomie. Więc odpada raczej. Ja narzekać będę też na selekcjonera. Powiedziałam mu to wprost, więc i tutaj mogę napisać. Jednej nocy wchodzę z Maciejem Bieacz i proszę selekcjonera, żeby po założeniu mi opaski (dzięki temu nie płaci się za wstęp), założył takową także Maciejowi. Na co Paweł-selekcjoner odpowiada mi, że da mu, gdy Maciej zapłaci za wstęp. "Ja też muszę zarabiać na swoją wypłatę" dodał. No, to było niegrzeczne. Nieładnie tak mówić do gości. Po pierwsze: nie traktuje się ich jak dojnych krów i nie mówi się, że chodzi tutaj o ich kasę. Dlatego też nie nazywa się ich klientami tylko gośćmi. Po drugie: nie obchodzi mnie jak selekcjoner zarabia na życie i nie powinien o tym mówić gościom. Jak dla mnie, takie zachowanie było totalnie nieakceptowalne. I, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z byłych selekcjonerów powiedział do kogoś coś równie niestosownego. 
Dużo więc pracy przed Kredytową 9. Cieszy to, że powoli, powoli – w trudnym wakacyjnym okresie – widać efekty. Ludzi jest jakby coraz więcej, przekonują się powoli i zaczynają bywać w U. Przestraszył się nawet Hunters, który ściągnąć chce do siebie ludzi promocją "wódka za trzy złote". To w sumie nawet dość zabawne, że klub aspirujący do kategorii "high class" robi promocje cenowe godne barów typu "wódka+przekąska". Ale to też pokazuje, jak trudny jest to dziś rynek. Czasy się zmieniły.
Muzycznie Utopia generalnie zaspokaja moje potrzeby. Goście grają ciekawie, nieco inaczej niż znani mi dje, ale nadal mieszcząc się w pięknym nurcie muzyki house, którą kocham. Pitu powoli wydaje się stawać naprawdę dojrzałym djem. Uczy się szybko, ma niezłe wyczucie rytmu imprezy i publiczności, gra ciekawie i niemonotonnie. To dobre granie.
Nie wiem ile dali sobie właściciele Utopii na to, by rozgrzać miejsce. Ale trzymam kciuki, by się udało. Ja na razie skłaniam się do bycia "na tak" i czekam na dalsze usprawnienia.
***
Jest ciężko. Cholernie ciężko. Mam strasznie duży problem z doktoratem. I nie chodzi o to, że nie idzie mi pisanie, ale o to, że nie mogę się zająć pisaniem, bo mam ma głowie poważniejszy problem.
Jestem aktualnie na ukończeniu trzeciego roku. To kluczowy moment, bo regulamin studiów nakazuje właśnie teraz najpóźniej otworzyć przewód doktorski. Jeśli nie zrobię tego do końca roku akademickiego, to kierownik studium doktoranckiego winien skreślić mnie z listy doktorantów. Niewesoło, prawda? Przewód otwiera rada Instytutu Socjologii UW. By tak się stało, wniosek musi złożyć opiekun naukowy doktoranta a sam doktorant musi wykazać się spełnieniem pewnych warunków formalnych, takich jak napisanie co najmniej 20 stron plus dwu-, trzystronicowego opisu całej pracy. Niewiele w sumie, prawda? No, trzeba mieć jeszcze pewną liczbę publikacji i – zdaniem opiekuna oraz potem rady – rokować na pomyślnie ukończenie pracy w terminie.
Choć rok akademicki kończy się we wrześniu, to ostatni w zasadzie moment na otwarcie przewodu to czerwiec, bo wówczas jest ostatnie posiedzenie Rady, na którym może zapaść decyzja o otwarciu przewodu. Skoro piszę to w lipcu, to znaczy, że coś jest nie tak, prawda?
Współpraca z moją panią opiekun – mam na myśli współpracę naukową – układała się raczej ciężko. Prezentujemy nieco odmienne paradygmaty, mamy inne pomysły, inaczej widzimy pewne rzeczy. I choć próbowaliśmy się dotrzeć w tym zakresie, ja szłam na ustępstwa, zmieniałam wiele rzeczy zgodnie z jej sugestiami, to jednak nie udało się nam znaleźć punktu wspólnego. Jasne, to trochę moja wina, bo za późno się wzięłam za to tak na bardzo poważnie. Poza tym miałam wrażenie, że jednak się dogadamy i znajdziemy wspólny mianownik. Dodatkowym utrudnieniem były pewne zewnętrzne okoliczności. Brak internetu w domu przez tydzień (awaria modemu Aster/UPC) i nakładające się na to moje osobiste zmartwienia sprawiły, że… nie mam aktualnie promotora. I nie mam otwartego przewodu. 
Jakby tego było mało, właśnie trwa okres wyborczy na UW i zmieniają się wszystkie władze. Odchodzący czują się już nieco "w zawieszeniu", bo wybrano nowych. Nowi zaś nie mają jeszcze formalnej mocy sprawczej. Zmienia się także skład Rady.
To nie koniec. W życie wchodzą właśnie nowe przepisy dotyczące studiów doktoranckich i otwierania przewodów doktorskich. I trochę momentami nie wiadomo, jakie przepisy w konkretnych przypadkach stosować…
Co się więc dzieje? Szukam nowego promotora. Mój pomysł: dr hab. Jacek Kochanowski, bo on coś niecoś na temat mojej pracy wie. W trakcie kwerendy i nie tylko, rozmawiałam z nim o niej kilka razy, jest trochę wtajemniczony. Jest co prawda osobą spoza Instytutu Socjologii, bo z ISNS, ale jednak to nadal UW. A zdarzało się, że nasi doktoranci otwierali u nas przewód u kogoś spoza IS. Działo się to nawet w tym roku – jakoś w maju chyba ostatni raz. Ścieżka więc jest. Jest też nadzwyczajne posiedzenie Rady we wrześniu, gdy teoretycznie można poddać pod głosowanie kwestię mojego przewodu. Plan jakiś jest.
Ale… dotychczasowy kierownik studium doktoranckiego stwierdził, że otwieranie przewodu u nas może nie być dobrym pomysłem. Że może lepiej w ISNS UW. Żebym się tam przeniosła na ostatni rok studiów. To pomysł, który mi się średnio podoba, nie ukrywam. Ale jeśli inne opcji nie będzie, to oczywiście walczyć nie będę. Gorzej, że Jacek nie jest przekonany, czy mnie ta chętnie tam przejmą – liczba miejsc jest ograniczona i może być tak, że najzwyczajniej nie ma techniczne takiej opcji. Sprawdzamy to.
Kierownik dodał także, że na wrześniowym posiedzeniu Rady może nie być quorum samodzielnych pracowników naukowych, by przegłosować kwestię przewodu. Pojawiła się opcja wykorzystania nowych przepisów regulaminowych – mojego formalnego przejścia na urlop na chwilę (semestr? rok?), żeby wszystko załatwić. Musiałby jednak to być w zasadzie urlop wsteczny. Więc trochę kombinowany. Nie to, żeby takie rzeczy się na studiach I i II stopnia nie działy, ale to zawsze już zależy od kierownika studiów. Obecny kierownik powoli oddaje swoje kompetencje i na pewno nie będzie chciał takiej decyzji trudnej podjąć. I – uwaga – wisienka na torcie: nowym kierownikiem studiów doktoranckich będzie raczej na pewno… moja dotychczasowa opiekunka naukowa. Tak, tak, wiem. To nawet dość zabawne, gdyby nie dotyczyło mnie.
Tak więc ten, no… Mam przejebane.
***
Jestem na dodatek w ciągłym kryzysie finansowym. Zarabiam mało, ale zarabiam. Gorzej, że znów i nadal nie dostaję kasy na czas. Moja wydawca na ostatnim spotkaniu powiedziała, że w ciągu 3-4 dni otrzymam przelew za luty i marzec. Kilka tys. zł, więc kwota dla mnie ważna. Mija tydzień i nadal nic… A ja nie ukrywam, że spodziewając się tego przelewu, podjąłem pewne krótkoterminowe zobowiązania finansowe u moich znajomych. Strasznie to denerwujące. Czekam też na drugi przelew – poniżej 1000 zł, który dostaję regularnie od jednej firmy za comiesięczną pracę redaktorską. O ile dotychczas na czas przysłali wszystko, o tyle teraz się opóźniają o miesiąc. Mam jednak wrażenie, że maja zamieszanie, bo nie wiedzą jakie umowy podpisali a jakich nie… No denerwuje mnie to.
Dodatkowo moja wydawca powiedziała, że jeszcze w tym roku kalendarzowym raczej na pewno zawiesi działalność = odpadnie mi to jako źródło dochodu (choć w sumie już w lutym odpadło tak faktycznie…). Będzie coraz trudniej, wiem to. A nie mogę podjąć się teraz czegoś, co moja mama nazywa "normalną pracą" nie tylko dlatego, że w XXI wieku w Polsce to generalnie trudne, ale także dlatego, że od października mam prowadzić zajęcia na UW, które nieco jednak mi czas ograniczają. Muszę też napisać doktorat w tym roku akademickim. Więc mam co robić. 
Czekam jeszcze w lipcu na jeden przelew za pewną pracę. Kilkaset zł dostanę też za zlecenie dla UW… Takie dziobanie, dziobanie drobnostek. Denerwuje mnie najbardziej jednak nie to, że nie mam "normalnej pracy" czy pewności, że w kolejnym miesiącu będę mieć zlecenie czy nie ale to, że za wykonaną pracę nie mam kasy na koncie i że muszę się zadłużać. To strasznie deprymujące i frustrujące. 
Tym bardziej, że moi wierzyciele nie czekają. Play się dopomina, PZU Życie i UPC też. W mBanku jakieś niefajne zadłużenie mi się zrobiło dodatkowo… Wszystko dlatego, że ktoś nie przelewa mi kasy na czas.
***
Układa się za to moja współpraca z ambasadami. Ostatnio nawet ludzie z amerykańskiej ambasady zaprosili mnie na 4th of July Party do rezydencji Ambasadora. Niestety, nie dam rady przybyć, bo jestem we Władysławowie. Ale sam fakt otrzymania zaproszenia jest dla mnie wyróżnieniem. Ambasadę chcę wciągnąć w mój nowy pomysł. Zresztą nie tylko ich, ale też czasopismo naukowe "American Dream" i Queer UW. Chodzi o konferencję naukową. Szczegółów na razie nie zdradzać, bo za wcześnie. Ale jakieś tam zainteresowanie jest, mam nadzieję, że się uda. W ogóle mam już sporo pomysłów na to, co Queer UW może robić w przyszłym roku akademickim! Obawiam się tylko, żeby mnie to za bardzo nie pochłonęło. No, ale kreatywność to podstawa!
Druga z ambasad to ambasada Holandii. Nie wiem czemu ale odezwała się do mnie i… zaprosiła mnie do Amsterdamu. Na cztery dni. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Holandii robi jakiś projekt i mają zaprosić do Amsterdamu po jednym (foto)blogerze zajmującym się sprawami LGBTQ do siebie na te cztery dni. Ostatni z nich to zresztą dzień parady w stolicy Holandii, więc dodatkowa atrakcja. Nie wiem jak trafili do mnie, ale generalnie wszystko wskazuje na to, że jadę. Lada dzień ambasada ma mi kupić bilet. Miłe wyróżnienie. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdyby nie okazało się, że jest problem. Jakiś czas temu zgubiłam dowód osobisty. Mój paszport zaś termin ważności stracił gdzieś rok temu w lipcu. Pojawia się pytanie: jaki dokument umożliwi mi wyjazd za granicę RP? Niby nie jest to trudna rzecz, bo i bez niczego da się przekroczyć w strefie Schengen ale nie samolotem. Nie wpuszczą mnie na pokład bez czegoś. I choć jakiś czas temu zgłosiłam utratę dowodu w Urzędzie Dzielnicy Ochota (można to zrobić w dowolnym) oraz zgłosiłam do Systemu Dokumentów Zastrzeżonych, to wyrobienie nowego jest pewnym kłopotem… Trzeba to zrobić osobiście. I trwa to jakiś czas. Przeraziło mnie to, że mogę się do 1 sierpnia (wtedy ma być wylot) nie wyrobić. Dlatego piszę te słowa siedząc w pociągu powrotnym do Władysławowa. Spędziłem bowiem niecałą dobę w swojej rodzinnej miejscowości tylko po to, by wyrobić nowy dowód. To nie koniec – odbiór też jest osobisty. Więc za jakiś czas będę ruszać z Warszawy też tylko po to, by go odebrać… Na szczęście na 99,99% uda mi się go odebrać przed sierpniem. Zakładam, że 1 sierpnia lecę do Amsterdamu.
***
Wszyscy przeżywają ostatnio odrzucenie przez komisję sejmową dwóch projektów ustaw o związkach partnerskich. A mnie to ani nie zaskakuje, ani nie dziwi. Jak już mówiłam nie raz: nie tylko nie wierzę, że taką ustawę uda się uchwalić w ciągu najbliższych 10 lat ale nadal uważam, że na jej uchwaleniu zależy wąskiej grupce osób. Kilkudziesięciu działaczom i działaczkom LGBTQ. I nikomu więcej. Dlatego szanse są marne. Mam wrażenie, że nawet Abiekt powoli się do tej tezy przekonuje. Nie tylko słabnie jego zaangażowanie w walkę o taką ustawę ale i coraz częściej mówi o tym, jak trudne i niewykonalne jest to zadanie.
Ja powtórzę, co już kiedyś napisałam: (prawie) nikomu nie zależy na ustawie o związkach partnerskich.
***
Specjalnie nie piszę nic o chłopcach, chociaż powinnam. Może w osobnym wpisie mi się uda. Bo chcę uwiecznić pewne wydarzenia i myśli związane z Pawłem, Wojtkiem, Tomkiem i Grzesiem. Ale to już zupełnie inne historie.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm