RSS
 

Notki z tagiem ‘uw’

Bycie zimną suką jest trudne oraz kiedy będzie Utopia

01 lut
Bycie zimną suką jest trudne. Ale skuteczne. Przyznaję się bez bicia, że stosuję tę technikę. Z jednej strony można uznać, że to metoda skuteczna, bo polecana przez amerykańskie podręczniki z cyklu „jak zwrócić na siebie jego uwagę” ale z drugiej – to jednak dość dziecinne. Takie w stylu „nie potrafię opowiadać o swoich emocjach”.
O co chodzi? O relacje międzyludzkie. Kiedy jest tak, że jest jakiś chłopiec, który wydaje mi się ciekawy czy coś, od razu podchodzę, poznaję, zaczepiam, piszę. W sensie, że nie mam problemu z wykonaniem pierwszego kroku. Nie mam nic do stracenia, seksu i tak z tego nie będzie, więc co mi szkodzi. Podchodzę więc. Chłopcy – z racji tego, że zazwyczaj poznaję tak tych młodszych – są do mnie raczej uprzedzeni. Mają o mnie złe zdanie, zostali przez kogoś ostrzeżeni, albo po prostu się obawiają. Wszystko jedno dlaczego. Ważne, że nie jest mi łatwo ich przekonać. Zazwyczaj otwarcie okazuję im zainteresowanie, zagaduję. Gdy już mam pewność, że wiedzą, że są dla mnie interesujący a jednocześnie sami nadal się wahają, co zrobić, staję się zimną suką. To samo robię, gdy ktoś kto jest już nieco bliżej poznany nagle zaczyna zajmować się kimś innym z moich znajomych. Staję się zimną suką. Ignoruję. Przestaję zapraszać na imprezy. Nie witam się pierwsza. Na smsy odpisuję po kilku godzinach i zazwyczaj jednosylabowo. W myśl girardowskiego trójkąta pożądania, metoda ta powinna sprawić, że znów znajdę się w polu ich intensywnego zainteresowania. I zazwyczaj tak się dzieje. Sami zaczynają zabiegać bardziej niż dotychczas o kontakt, usiłują „przypadkiem” coś zrobić. Niechcący wysyłają smsa, który miał iść do kogoś innego, wyjątkowo intensywnie lajkują na facebooku, wysyłają zaczepki, cokolwiek. Myślę sobie, że istotnym jest tutaj potrzeba akceptacji. Gdy ktoś nagle, bez słowa, zaczyna nas ignorować, to zastanawiamy się dlaczego tak się stało, szukamy przyczyny, chcemy znów czuć akceptację. To przecież jedna z podstawowych potrzeb człowieka. Jej nagły brak wprawia nas w zakłopotanie. I o to chodzi. Na tym polega bycie zimną suką.
Nie można jednak zapominać, że to strategia trudna. Bo skoro ktoś jest dla mnie interesujący, to celowe powstrzymywanie się od kontaktu czy też bardzo drastyczne ograniczenie tegoż jest de facto działaniem wbrew sobie. Trzeba się zmuszać do tego, by się nie odzywać, by nie reagować, nie komentować na facebooku.
Skuteczność tej metody jest wysoka. Pod warunkiem, że jesteśmy w stanie wykryć moment, w którym można ją już zastosować. Bycie zimną suką wobec kogoś, kto ma nas w dupie nic nie da.
***
Czekanie na Utopię nie jest łatwe. I ja wiem, że część z Was się nadal ze mnie śmieje, gdy mówię, że mam nadal nadzieję, że ona powstanie. I że często o tym wspominam. I że nadal używam jako przerywnika i uniwersalnej odpowiedzi sformułowania „nie ma Utopii”. Wiem to, wiem. Nawet moja przyjaciółka Gacek uśmiecha się drwiąco, gdy coś mówię na ten temat. Ale nie zrozumcie mnie źle – to jest wiara, która trzyma mnie przy życiu. Gdy ona zniknie, przestanę wychodzić wieczorami z domu w weekendy. Naprawdę, to dla mnie tak ważne.
W sobotę Sqandal Bar i Grzegorz Okrent zrealizowali kolejną imprezę podobną do poprzedniego ich wspólnego debiutu – tym razem „Gods and Heroes”. Znów byli przypakowani zagraniczni panowie, którzy nago prezentowali się w klubie. I którym inni panowie mogli obciągnąć czy coś innego zrobić. Nowością było to, że tym razem panowie też obciągali gościom. No, pełna kultura. Wydarzenia te są dla mnie dość specyficzną formą zabawy – nie ma tam fenomenalnej muzyki (jest ok), nie ma młodych chłopców, nie ma szaleństwa. Jest atmosfera podniety i oczekiwania. Jest sporo ludzi. Jest na początku pewne spięcie. Nie będę udawać, że jakoś mnie specjalnie to wszystko bawi tam. Jestem tam, bo a) wypada mi być, b) nie jest niedobrze, c) lubię Sqandal Bar, d) jest to coś nowego.
Dzisiaj Hunters wstawił reklamę imprezy, którą nazwał „God Save the Queen” – czyli tytułem, jaki od zawsze tradycyjnie miały imprezy urodzinowe Królowej. Co więcej, na plakacie wstawili fotkę łysego faceta z różowym futerkiem na szyi – jak rozumiem, jest to parodia Królowej. Ani to zabawne, ani udane. (Pomijając cały ten aspekt emocjonalny, plakat jest po prostu dość brzydki.) Ja wiem, że Huntersi spodziewali się, że jak na Jasnej 1 otworzą lokal, to będą tłumy takie, jak bywały w Utopii no i że się rozczarowali. Wiem też, że mimo wszystko jakoś dają sobie radę (chyba?) ale mają niedosyt. I że walczą jak się da. Ale ta walka jest już wystarczająco, z ich strony, nieczysta. Więc nowy plakat jest po prostu smutny.
A co w międzyczasie?
No, miałam domówkę. W Melinie obchodziliśmy piąte urodziny jejperfekcyjnosc.blogspot.com – na „STOLAT FOTOBLO” bawiło się u mnie kilka(naście?) osób. Śmiesznie, bo jak zwykle na tej imprezie, premierę miał klip podsumowujący na zdjęciach cały rok. Wyjątkowo dużo tych zdjęć zebrałam, bo nie miałam serca wywalać większości z nich. Choć i tak stanowiły tylko mniej niż 1/3 wszystkich fotek, jakie napstrykałam telefonem w ciągu 12 miesięcy! Niemniej, filmik wystartował jakoś koło 23:00 i trwał kilka minut (każda fotka wyświetla się tylko 1,5 sekundy) i dokładnie w tym momencie… pojawiła się policja.
Dziwne w sumie, bośmy zaczęli imprezę i hałas dopiero około 22:40 i już się zjawili. Mam nadzieję, że to nie jest tak, że sąsiedzi czytają facebooka czy blo i stąd wiedzą, że będzie impreza i wcześniej już po policję dzwonią. Ale chyba raczej nie, bo gdyby tak było, to wiedzieliby, że to wzywanie jest zupełnie nieskuteczne. Jak zwykle panowie – nieco zdziwieni, bo zobaczyli mnie w peruce i „damskich” ubraniach – pytają mnie czy wiem czemu się zjawili. A ja, jak zwykle, mówię, że nie wiem. „Z powodu zakłócania ciszy nocnej.” „Ach, rozumiem…” „Czy wie pan, co teraz będzie?” „Nie, nie wiem… To pierwszy raz…” „Mandat 500 zł. Jeśli pan nie przyjmie, kierujemy sprawę do sądu grodzkiego. Czyli sprawa jest poważna, rozumie pan?” „Tak, tak…” „To przyjmie pan mandat?” „A… a nie da rady jakoś inaczej… Coś, żeby nie mandat?” I wtedy panowie zawsze robią groźne miny, informują mnie, że jak jeszcze raz się zjawią dzisiaj, to będzie mandat. I że mamy kończyć imprezę już. „Tak, tak, my właśnie wychodzimy”. A potem siedzieliśmy do 1:00 jeszcze. Drodzy sąsiedzi – szanuję Wasze prawo do żądania ciszy nocnej i w ogóle, ale to się nie uda. I, oczywiście, zachęcam do dzwonienia po policję, gdy hałas dokucza – wspieram korzystanie z prawa obywatelskiego do reagowania, gdy łamane jest prawo. Niemniej, nie zamierzam rezygnować z imprezowania. Melina po to jest, żeby tu się działo. I żeby mówić panom policjantom (panie policjantki w zasadzie mi się nie trafiają…) „nie wiem… ja tak pierwszy raz…”.
W de lite impreza hetero z Michaelem Canitrotem. Było ciekawie, nie powiem. Tym bardziej, że bawiłam się z Kubutkiem i Grzesiem (więcej poniżej). Muszę też przyznać, że atmosfera w tym miejscu, gdy nie jest to oficjalna impreza utopijna, jest zupełnie inna. Nie to że lepsza czy gorsza… po prostu inna. Nawet Grześ to zauważył. Inna sprawa, że znów byłam bardzo wstawiona w klubie, a dawno mi się to tam nie zdarzało.
Trafiłam też do Snu Pszczoły na imprezę benefitową Parady Równości. To mój pierwszy raz w tym miejscu. Byłam w peruce, więc to dodatkowy test niejako. Udało się. Było bardzo dużo ludzi (nie wiem jak tam jest zazwyczaj), ale było ciekawie. Inaczej zupełnie, więc dla mnie nowe doświadczenie. Dawno nie odwiedzałam nowych miejsc. Inna sprawa, że nowych miejsc jak na lekarstwo. A takich wartych odwiedzenia… to już w ogóle. Dlatego zdarzyło mi się znów być w Glam kilka razy. Raz, bo chciałam. Innym razem, bo Gacek mnie zmusił szantażem (poszedł ze mną do Snu Pszczoły za to) a jeszcze innym razem, bo przegrałam w makao a zwycięzca decydował, gdzie idziemy. No i tak mi się zdarza tam trafić czasem. Korytarz nieodbudowany. Mój baner zdjęty. Wejście nadal 5 zł. W kiblach nadal nie ma ręczniczków papierowych. Na barze nadal tak samo drogo. Młodych chłopców coraz mniej…
Za to ciekawe wyjście z Marcinkiem, Michałem jego i Kubutkiem do kina. Poszliśmy na „W ciemności” (film okej, ale zaaaaa długi!), potem do BUW (ja szukałam materiałów do jednej pracy, on kserował gazety do swojej). Towarzyszył nam Michał, a Kubutek musiał iść. Przed wejściem do BUWu zakupiliśmy już alkohol w opakowaniu 0.2 l na głowę. No co? Wieczór już był! Chwała panu, że BUW do 5:00 czynny, ale bez przesady. Niemniej, po wizycie tam, wybraliśmy się do Baru Warszawa. To już nasza druga tam wizyta. Wcześniej kiedyś Marcinek mnie tam zabrał już po małym tour-de-bar zaprowadził. To ciekawe miejsce, przyznaję. Tym razem z Michałem tam wylądowaliśmy i zaczęła się dyskusja, która nigdy nie może się kończyć dobrze – czyli „z iloma osobami i z kim miałeś seks przede mną?” Nigdy, nigdy nie zaczynajcie takich tematów. Nigdy. Im zresztą też odradzałam. Ale nie o tym mowa. Istotniejsze jest to, że chodzimy do barów, gdzie podaje się wódkę i kaszankę. Uwielbiam obie, więc sami rozumiecie, że dobrze się bawiłam.
Tak generalnie to tych imprez sporo. Cały czas się coś dzieje. Ale wszystko takie małe niewiele-znaczące wydarzenia. Brakuje pierdolnięcia.
***
Gdy zaczynam pisać tę blotkę jest rocznica śmierci ks. Jana Twardowskiego. Niektórych może dziwić, że o tym piszę. Zwłaszcza, że to ja. Ale – w co może nie uwierzycie – ale to osoba dla mnie ważna. Jego poezja często mnie podtrzymywała w różnych sytuacjach na duchu. Zwłaszcza w tych czasach, kiedy jeszcze miałam jakieś szczególnie intensywne i/lub negatywne emocje. Bo teraz już ich w zasadzie nie mam. Moją najmocniejszą „złą” emocją jaką miewam jest co najwyżej nuda. Tak, dobrze to rozumiecie – nie bywam smutna, nie bywam zła. Tak, w ogóle. Nie, nie udaję. Bo i po co?
W zasadzie to chyba powinnam się tego wstydzić. Tego braku negatywnych emocji. To może być nieco psychotyczne, jak się nad tym lepiej zastanowić. W zasadzie jak teraz pomyślałam chwilkę, to pozytywnych emocji też nie odczuwam za bardzo. Nie ma rzeczy, które mnie cieszą jakoś specjalnie. Jasne, lubię być najedzona. Lubię być wyspana. Lubię posłuchać dobrej muzyki – ale nie miewam tak, że chcę powiedzieć „trwaj chwilo, jesteś piękna”. Ej, naprawdę. Dokładnie teraz się nad tym zastanawiam. Nie mam takich intensywnych emocji. Nie bywam szczęśliwa, co najwyżej zadowolona. Nie bywam smutna, co najwyżej zmęczona. To jednak jest nieco psychotyczne.
Ale w sumie mi to nie przeszkadza. Tak się łatwiej żyje chyba.
Wracając zaś do Twardowskiego – bo o nim chciałam pisać! – to osoba, która uczyniła w moim życiu tak samo wiele jak Bauman chyba. Zamieszania narobiła. Dlatego też byłam na jego pogrzebie. Mieszkałam już wówczas w Warszawie.
Wielu z Was wzdryga się na myśl „poezja” lub „Twardowski”, bo macie złe skojarzenia ze szkołą. Rozumiem to. Cały czas powtarzam, że w szkole średniej omawia się najgorsze chyba możliwe rzeczy Twardowskiego – realizując temat „franciszkanizm w poezji ks. Jana Twardowskiego”. Najnudniejsza rzecz na świecie. A on potrafi naprawdę pięknie pisać. Potrafił.
Spróbuję dziś – jak co roku chyba – wybrać się do kościoła sióstr wizytek przy Krakowskim Przedmieściu. Tam mieszkał, tam zmarł. Tuż obok znajduje się skwer im. ks. Jana Twardowskiego. Tam spróbuję dziś się zatrzymać na chwilę i przeczytać jeden z jego wierszy.
Taki czasem jestem nastrojowy ;)
***
Kasa. Znów kasa. A raczej: znów problemy z nią. Jak wiecie (albo i nie), dywersyfikuję swoje źródła dochodów. Co miesiąc dostaję przelewy – mniejsze lub większe – z co najmniej 3 miejsc. W najlepszych przypadkach – z 5. Jednakże najważniejszy i największy jest przelew z pewnego wydawnictwa. Mniejsza o to, za co i tak dalej. Wydawnictwo to miewa problemy – jak każdy. W tym miesiącu problemy te dotknęły mnie wyjątkowo mocno. Utarło się, że przelew ten dociera do mnie 10. dnia każdego miesiąca. Ale nie tym razem. Piszę te słowa 26 stycznia, czyli 16 dni po terminie przelewu a konto świeci pustkami. Pomijam fakt, że utrudnia to imprezowanie i tak dalej. Przede wszystkim utrudnia to zapłatę za mieszkanie. I za telefon. Ale to drugie mniej w zasadzie ważne. Mieszkanie jest bowiem jednak kluczową rzeczą. Udało mi się odsunąć w czasie zapłatę (nie mamy jednego, stałego terminu – co miesiąc umawiamy się na jakiś dzień w drugiej połowie miesiąca). Ale ten dzień nadszedł i nie byłam w stanie kasy dać. To strasznie denerwujące. Bo to nie jest tak, że nic nie robię, nie mam kasy i się denerwuję, żem biedna. Nie, nie. Ja na tę kasę zapracowałam. I powinnam ją mieć.
Z wydawnictwem miewałam problemy wcześniej. Wiem też, że one zazwyczaj wynikają nie z winy firmy a z pewnych czynników zewnętrznych. Stąd moja wyrozumiałość, która jednak ma granice… Bo to nie chodzi o zaspokojenie mojej irracjonalnej potrzeby posiadania przelewu na czas. To chodzi o to, że staram się wyjść z długów i nie wchodzić w nowe. A najłatwiejszym sposobem na osiągnięcie tego jest racjonalne planowanie dochodów i wydatków. Plan jest. Gorzej z realizacją, jeśli okazuje się, że dochody się nie układają zgodnie z planem. Wkurza mnie to. Strasznie frustruje.
Oczywiście, nie siedzę z założonymi rękoma. Raz, że muszę coś szybko wykombinować, żeby jutro za mieszkanie zapłacić. Ale długofalowo też myślę. Od dwóch tygodni robię nową, mam nadzieję że stałą rzecz. Wymaga to ode mnie względnie nie tak wiele czasu, ale dać ma kasę regularną. Uczciwą – w sensie, że odpowiednio płatne w stosunku do tego, co robię i ile czasu na to poświęcam oraz jaką jakość gwarantuję. To dobrze, bo oznacza wzrost moich miesięcznych dochodów o jakąś jedną trzecią. W perspektywie miesiąca-dwóch. Dodatkowo od 1 lutego będę współpracować z kolejną firmą, w której będę spędzać jakieś 6-9 godzin tygodniowo. Nie za wiele i kasa z tego majątkiem też nie będzie, ale jest szansa na dodatkowy dochód, więc wykorzystam ją.
Jasne, że wkurza mnie to, że muszę się takimi rzeczami zajmować. Nie ukrywam, że nie ułatwia mi to w skupieniu się na doktoracie. W ogóle w skupieniu się na czymkolwiek. Niemniej, nadal mam nadzieję, że będzie lepiej. Że te moje starania nie pójdą na marne i że w końcu się to wszystko opłaci.
Na razie jednak pozostaje mi kombinowanie. I frustracja.
Dzięki temu, że piszę tego blo kilka(naście?) dni po kawałku, to sytuacja się nieznacznie zmieniła. Dostałam część (nieznacznie ponad połowę) kasy, na którą czekam. Pocieszenie jest, ale niewielkie.
***
Dietę znów zaczynam. Muszę. Pofolgowałam sobie. Ale po kolei. Jakiś, dłuższy już, czas temu byłam na białkowej. Jej efekty były zadowalające. Schudłam rzeczywiście, spadek wagi był szybki i ogólnie ok. Ale okazało się, że z powodu chorób, wyjazdów i tym podobnych, nie jestem w stanie utrzymać się na tej diecie. Wróciłam do częściowo normalnego jedzenia. I gdy już chciałam znów, jakiś czas temu, zacząć od nowa białkową, żeby szybko te kilka kg przybranych zrzucić, to okazało się, że nie. Bo, jak każda dieta, także i białkowa wyklucza alkohol. No, pozwala na jedną lampkę czerwonego wytrawnego wina tygodniowo. Czyli praktycznie wyklucza całkiem. A ja, jak też wiecie, czasem lubię sobie poszaleć z wódką. Dlatego moment wybrany jest nieprzypadkowo – z Kubutkiem założyliśmy się o to, kto dłużej wytrzyma bez picia. I zaczęliśmy w miniony poniedziałek. Nie wiem ile wytrzymamy, ale nie ukrywam, że to, że Kubutek nie pije, jest dla mnie taką motywacją, żeby jednak też odstawić na chwilkę procenty.
Nie wiem ile to potrwa, ale – prawdę mówiąc – mam nadzieję, że co najmniej z 6 tygodni. Albo i więcej. Wpłynąć może to dodatkowo dobrze na moje finanse, bo jak jestem pod wpływem, to a) chętniej wydaję kasę na barze, b) jadam potem coś zazwyczaj rano na mieście (co też na dietę nie wpływa korzystnie). Więc niech się dzieje wola nieba! Muszę schudnąć!
Tak, jest to dieta białkowa. I, przyznaję się, jako że znałam datę jej rozpoczęcia dużo wcześniej (ostatecznie zaczęłam ją dzień później, bo musiałam wyjeść wszystkie nie-dieto-białkowe rzeczy z lodówki), to przed rozpoczęciem obżerałam się jak głupia. W sumie to niedobrze, bo utrudnia to potem zrzucanie wagi, ale… z drugiej strony: nie zjedzenie tej pizzy, tego McD, kilku bułek i tego wszystkiego, co przed dietą wpierdoliłam, nie ułatwiłoby mi jej wcale. Więc nie ma co sobie żałować. Ciekawskim zdradzę, że przytyłam ponad 10 kg. I wierzę, jak czasem mówicie, że wcale nie widać. Bo ja jak tyję, to wszędzie równomiernie. Nie ma tak, że nagle dupa mi wielka rośnie albo cycki się robią. Nie, ja cała się powiększam. Więc i trudniej to zauważyć. Ale moje spodnie, bluzy, koszulki, koszule i inne części garderoby zauważają. Ja zresztą jak jestem nago – bardzo tego momentu nie lubię – też widzę.
A skoro jestem przy Kubutku… Od czasu jak rozstał się z Damianem.be, spędzam z nim sporo czasu. Widujemy się dość często – sprawia mi to dużo radości. Nie ukrywam, że jego towarzystwo jest mi miłe. I to naprawdę jest trochę tak, że on wzbudza we mnie takie jakby uczucia macierzyńskie. Mam ochotę pytać go czy mu nie jest zimno, czy zjadł śniadanie i czy odrobił lekcje z polskiego. Wiem, wiem, to trochę chore. Ale z drugiej strony, nic złego w tym nie ma i mam nadzieję, że ten stan utrzyma się jak najdłużej. Oraz że on nadal będzie miał ochotę mnie widywać. Na kawie i nie tylko.
Ostatnio spędziliśmy piątek na totalnym pijaństwie. To był ostatni piątek przed rozpoczęciem konkursu na nie-picie, więc nam zależało. A że niedawno mój kontakt z Grzegorzem P. się poprawił, to i on do nas dołączył, podkreślając, że rzadko się upija, bo nie potrafi za bardzo. No więc cóż było robić, spiłam ich :) A w zasadzie dopingowałam ich przy tym jak się sami spijali – przecież na siłę im nie wlewałam. Choć, przyznaję, miałam zapas większy wódki, bo wiedziałam, że jak ma być spicie, to może zabraknąć. Dobrze zrobiłam. Dodatkowo wcale nie tak drogo, bo w nocnym koło mnie lesbijka prowadziła sprzedaż na własną rękę i do własnej kieszeni. Kupiła sobie więcej wódki, gdy zamawiała dla sklepu i sprzedawała połówki Luksusowej (która jest całkiem ok.) za 20 zł. Cóż było robić… Wiadomo, że kupiłam.
A z Grzesiem to też śmieszna sprawa w sumie. Lubię go. Tak naprawdę lubię. Jego problem, a raczej problem naszej znajomości polega na tym, że on lubi odwoływać spotkania. Zawsze mi się tłumaczy, że były jakieś obiektywne przyczyny, a poza tym – że on odwołuje spotkania nie tylko ze mną, ale generalnie. No, okej. Ale marne to dla mnie pocieszenie. Na chwilę obecną bilans dwóch ostatnich tygodni jest 3:3, czyli trzy odwołane i trzy odbyte. Zobaczymy, jak dalej to wyjdzie. Mam nadzieję, że rosnąć będzie tylko liczba tych, które doszły do skutku.
***
No i studia. Sesja trwa. No, dobra, przyznaję, olewam to trochę. Bo skoro wiem, że to raczej mój ostatni rok na amerykanistyce i nie będę kontynuować edukacji na tym kierunku, to nie mam nic przeciwko nie-zdaniu czegoś. To dziwne uczucie, bo nigdy wcześniej tak nie miałem. Takie studiowanie naprawdę dla siebie – łapię tyle, ile chcę i ani literki więcej. Nie ukrywam, że Academic Writing, które jest najbardziej uciążliwe z tego wszystkiego, jest też najpewniej najbardziej przydatne. Więc staram się, mimo niechęci i braku czasu, do ćwiczenia tego. Pisanie po angielsku, zgodnie z oczekiwaniami anglojęzycznych redaktorów jest trudne.
Już wiem, że mam jeden egzamin niezaliczony (History), na jeden nie poszłam z innych powodów (Cinema). Jest jeszcze sesja poprawkowa, ale jak nie zdam, tragedii nie będzie. Takie mam nastawienie. Wyobrażacie sobie ten luz? :)
Dostałam też decyzję o skreśleniu z listy studentów na Wydziale Polonistyki. Uprawomocni się w piątek. Żeby było śmiesznie, jest na niej data 18 listopada 2011. To zabawne z kilku powodów. Po 1. list wysłano w styczniu 2012. Po 2. powinni mnie skreślić po poprawkowej sesji zimowej rok temu, więc jakoś w marcu 2011. Zupełnie tam nie ogarniają tego burdelu, prawdę mówiąc. Ale, żeby nie było, polonistyka nie jest pod tym względem wyjątkiem. Nie ukrywajmy też, że każdy skreślony student to mniejsza dotacja na wydział/uniwersytet od Ministerstwa. Sami rozumiecie, dlaczego im się tak nie śpieszy.
Co do studiów – zakończyłam warsztaty dziennikarskie. Bardzo wysokie oceny. W skali 2-5 oceniono tematykę warsztatów na 4,77, zaangażowanie prowadzącego (tak, to ja) na 4,92 a metody stosowane podczas zajęć na 4,38. Jestem zadowolona. Skupiam się na minusach, czyli tym, co możnaby poprawić. Najczęstsze uwagi? „mała ilość godzin- mam wrażenie, że >musnęliśmy< tematy”, „krótki czas trwania, kolejny semestr poświęcony na omawianie innych gatunków dziennikarskich byłby dobrym rozwiązaniem”, „Są zbyt krótkie”, „Trochę mało. Jest jakiś niedosyt, ale trudno przekazać tyle ile by się chciało, kiedy ma się ograniczony czas.”, „zajęcia powinny być przygotowane pod dwa semestry”. Ja chciałam tylko powiedzieć, że i tak warsztaty są dwa razy dłuższe niż te, które rok temu robiłam! Nie dam rady ich wydłużyć, bo się zajadę :)
A najczęściej chwalono, że prowadzący zaangażowany i że dużo praktycznej pracy. Czyli w zasadzie to, co najważniejsze podczas warsztatów.
Przypominam, że te warsztaty prowadzę za darmo. W dwóch grupach… Chcę w semestrze letnim też zrobić, ale nie wiem czy mi sił wystarczy. Bo oto się okazuje, że najpewniej moje zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW nie ruszą. Za mało osób. Oni chcą, żeby grupa liczyła 30 osób (!) no a co najmniej ze 24-25. Więc szkoda, ale chyba się nie uda. Przeanalizowałam jednak jakie zajęcia szybko i zawsze zdobywają komplet słuchaczy. I przygotuję coś podobnego w kolejnym trymestrze. Damy radę.
Żeby było jeszcze smutniej – zajęcia w Instytucie Socjologii UW chyba też nie ruszą. Ale tutaj już mam pewne wahania. Nie wiem czy zawiniła pora ich realizacji (piątek 10:00) czy też brak informacji… Wydaje mi się, ale nie mogę tego powiedzieć na 100%, że zajęć tych nie było w planie, jaki przekazano studentom. Tak mi się wydaje, podkreślam. Nie jestem w stanie teraz tego na pewno powiedzieć, ale względnie mała liczba rejestracji przy liczbie osób, które zgłaszały, że są zainteresowane i dopytywały o te zajęcia skłania mnie ku takiej interpretacji. Jako że jednak nie jestem w stanie niczego powiedzieć na pewno, pozostaje mi skulić uszy po sobie i przyznać, że się nie udało. A następnym razem będę wiedziała jak to sprawdzić. I nie zrozumcie mnie źle, nie widzę w tym jakiegoś celowego działania. Ot, mogło się zdarzyć. Nic to, przypilnuję.
***
Słucham sobie dzisiaj Planety FM. Reklama. „Szukasz pomysłu na walentynki? Zakochaj się w transie!” No i to rozumiem! Zakochaj się w transie! :) Okazało się jednak, że ciąg dalszy mniej fajny: „Już 14 lutego zapraszamy na targi Trans Xplosion w Poznaniu”. Czyli że to nie była jednak reklama dla mnie.
A na koniec mam refleksję. Wszyscy jesteśmy narcystycznymi chujami. I dlatego mamy facebooka.
 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

8 tys. wyrazów czyli überblotka na koniec roku

30 gru
Żeby napisać tę blotkę, musiałam zrobić sobie plan pracy. Wiem, że dawno nie pisałam i też mnie to wkurwia. Ale nic na to nie poradzę. Po prostu grudzień okazał się być dużo bardziej pracowity niż myślałam. Brakuje mi jednak tego nawyku pisania kilka razy w tygodniu, który miałam dawniej. Postanowienie noworoczne: spróbować znów go wyrobić. Obiecuję. A tym razem podejdę do sprawy ze sprytem – będę pisać tematycznie, zaznaczając na początku o czym mowa. Bo wiem, że będzie tego dużo a większość z Was interesuje tylko jedna dziedzina, więc Wam będzie łatwiej czytać a mnie będzie łatwiej pozbierać myśli do kupy i nie pominąć dużej porcji informacji. Jedziemy.
Działalność samorządowa
Zacznę od tego, że nie jestem Marszałkiem Parlamentu Studentów UW. W wyborach przegrałam co prawda nieznacznie, ale jednak. Moj kontrkandydat (Adrian) wygrał na tyle nieznacznie, że nieistniejąca formalnie ale faktycznie koalicja się trochę wystraszyła. I dobrze. Oczywiście, że jestem kandydatem lepszym, z większym doświadczeniem, większym zapałem i kompetencjami. Nie mówię takich rzeczy, gdy nie mam 100 proc. pewności, że tak jest. Adrian to świeżak. Wybrany z powodów politycznych i rozgrywek miedzy wydziałami (pochodzi z Wydziału Prawa i Administracji). Co więcej, w kuluarach zapowiedział już, że Marszałkiem chce być tylko do stycznia, żeby w CV wpisać sobie, że funkcję tę pełnił w latach 2011-2012. Smutne to w sumie. I oczywiste jest, że wystartuję, gdy on zrzeknie się tej funkcji. Popełnia masę głupich błędów, które dziwią z racji tego, że studiuje prawo. Na przykład przy głosowaniu aklamacyjnym pyta czy ktoś się wstrzymał. Totalnie bez sensu. Jest też całkowicie uzależniony od woli Przewodniczącego Zarządu Samorządu Studentów UW. Za każdym razem jak jest jakieś zamieszanie, nie wie co zrobić, to patrzy na Piotra, by ten wskazał mu co robić. To nawet zabawne. Ale w powiązaniu te wszystkie informacje dają dość smutny obraz jakości pracy całego Parlamentu Studentów UW. Ostatnio, bo miałam zły humor, poprosiłam go o kopie wszystkich uchwał, jakie podjął PS UW. Dostarczył mi je następnego dnia (stawiam, że miał przez to pracowitą noc…) ale już na pierwszy rzut oka widzę, że brakuje tam pewnych rzeczy. Po Świętach zajmę się tym dokładniej. 
Nie ma łatwo opozycja (nieistniejąca formalnie ale faktycznie). W tym i ja. Przy głosowaniu jednej z ważniejszych rzeczy, czyli przedstawicieli studentów w Komisjach Senatu UW padła propozycja, by nie zadawać pytań kandydat(k)om. Dość szokujące, prawdę mówiąc. Ale koalicja, jak to koalicja, przegłosowała, co chciała. Więc w ramach protestu postanowiliśmy opuścić salę posiedzeń. Dzięki temu zerwano quorum i nie można było tych kandydatur przegłosować. To działanie skrajne, oburzające i opóźniające prace PS UW. Wiem to. Stąd i decyzja nie była łatwa do podjęcia i długo się nad nią zastanawialiśmy. To jednak był jedyny sposób, by pokazać, że mimo deklaracji koalicyjnych, nie słucha się głosu innych, nie szanuje się innych osób i że się na tło nie zgadzamy. Poskutkowało, bo raz że zaczęła się potem dyskusja na ten temat a dwa, że następnym razem już tego kroku nie powtórzono. Czyli udało się. Szkoda, że do tak oczywistych rzeczy musimy dochodzić tak drastycznymi metodami. Posiedzenia PS UW i tak trwają długo (kończą się o 2-3 nad ranem…). Ale są rzeczy ważniejsze od naszego czasu. Przynajmniej ja tak uważam. A argument „nie róbmy dyskusji tylko kończmy wcześniej” jest w moich oczach kompromitujący. Jak nie masz czasu, ok – wyjdź z sali i już. A ja nie podoba ci się, że czasem trzeba zarwać pół nocy, ok – zrezygnuj z mandatu posła. Proste. To najważniejszy organ samorządu studenckiego, więc nie ma tutaj czasu i miejsca na fuszerkę.
Się mi ciśnienie podniosło. 
Moja działalność kwitnie jednak. Poza tym, że wybrano mnie na członkinię Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW (OSK SS UW), czyli organu, który nigdy w historii się nie zebrał, zostałam także delegowana do kilku innych rzeczy. Jako przedstawicielka studentów wylądowałam w Komisji Wyborczej Instytutu Ameryk i Europy UW, czyli organu, który w tym roku przeprowadzi wybory władz tegoż instytutu jak i np. dyrektora OSA UW. Działanie komisji mi się nie spodobało (próba bezprawnego podjęcia uchwały w trybie obiegowym), więc zaproponowano mi funkcję Przewodniczącej komisji. Nie zdarza się, by student/doktorant taką funkcję sprawował, więc dla przyzwoitości nie zgodziłam się (choć formalnie nic nie stoi na przeszkodzie). Zostałam wiceszefową. Zaszczytnie.
Z kolei Rada Instytutu Socjologii UW delegowała mnie na doktoranckiego członka Komisji Doktoranckiej IS UW. To ważne, bo chyba właśnie ten organ pracować będzie nad zmianą programu studiów zgodnie z wymogami Krajowych Ram Kwalifikacji. Do zajmowania się nimi w odniesieniu do studiów pierwszego i drugiego stopnia delegowała mnie zresztą Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW, umieszczając mnie w odpowiedniej komisji. Więc ja widać, działam. 
Próbuję także robić coś bardziej odczuwalnego dla studentów/studentek. Stąd też moja próba podjęcia działalności w Komisji Kultury ZSS UW. Okazuje się, że to nie takie łatwe. Bo trzeba przejść rekrutację! Tak, tak, nie ma, że ten tego. Najpierw CV i list motywacyjny a potem jeszcze zadanie rekrutacyjne. Wszystko robię wzorowo i na czas. Zależy mi na tym, by w ramach Komisji zorganizować koncert dubstepowy i imprezę juwenaliową skierowaną do osób LGBTQ. Więc się staram bardzo. Na razie idzie mi chyba nieźle. Nawet na tzw. Czwartki z Kulturą przygotowałam propozycję pokazów filmowych o tematyce LGBTQ. Niech się dzieje.
No i Raport Studencki. W tym roku robi go Komisja Dydaktyczna ZSS UW. No, niech będzie. Mi w sumie bez różnicy, ale… no właśnie… Ale. Okazuje się, że nie da się tak łatwo. O ile uczestniczę dzielnie w pracach Komisji, wysyłam wszystko na czas, przychodzą na spotkania (na jednym mnie nie było) to jednak za mało. Dziś dotarła do mnie wiadomość, że jednak cześć dotycząca dyskryminacji wśród osób studiujących na UW nie znajdzie się w Raporcie. Podobnie jak jeszcze jednak część – na temat jedzenia. Szef komisji chce się skupić na kwestiach dydaktycznych i stąd inne odpadają.
Projekt badania jest naprawdę dobry. Nie da się do niego przyczepić, prawdę mówiąc. Część ilościowa, część jakościowa, kwotowo-losowy dobór próby i w ogóle konsultacje szerokie… Do niczego metodologicznie nie da się przyczepić.
Czemu więc w Raporcie nie będzie tej części? Chcę wierzyć, że fakt, iż szef Komisji (osoba odpowiedzialna za cały Raport) jest aktywnym działaczem Krucjaty Młodzi w Życiu Publicznym nie ma na to wpływu. Oraz że brał udział w proteście np. przeciw odmowie organizacji konferencji z pseudonaukowcem Cameronem i że to też nie ma wpływu…
Doktoranckość
Czas opowiedzieć coś niecoś o studiach III stopnia. Po pierwsze, mam za sobą kilka wyborów, które udało mi się skutecznie przeprowadzić jako członkowi Komisji Wyborczej Doktorantów UW. Poszło raczej łatwo, wszystko ogarnięte. Jedynie na Wydziale Geologii nie wyszło, bo… Nie pojawili się ludzie. No nic, trudno. Może za jakiś czas ponowimy. Przeprowadziłam też wybory m.in. w Instytucie Filozofii UW. Było o tyle śmiesznie, że oczywiście tylko filozofowie mogli zrobić sobie z takiego wydarzenia powód do filozoficznej zabawy. Pomijając fakt, że wszystko działo się na korytarzu (nie wskazali sali, więc przed dziekanatem się zebraliśmy), to dodatkowo mieli transparent i panowała tam atmosfera szczególnego zainteresowania samymi wyborami. Na transparencie napis: „ludzie, błogosław króla!". Nie od dziś panuje przekonanie, że aby być doktorem filozofii, trzeba jednak mieć nierówno pod sufitem… Ja jednak byłam pod wrażeniem całego zamieszania. Szkoda, że inni tak nie przeżywają swoich wyborów. Wspieram to!
Świadkiem wydarzenia był Marcinek, który akurat próbował się dostać do biblioteki wydziałowej przechodząc obok nas. Nie udało mu się, bo wymieniali w niej okna i była zamknięta. 
Problemem jest oczywiście to, że nie ma przepisów regulujących kwestie wyboru przedstawicieli do rad jednostek niebędących wydziałami. Nie wiemy, kto ma nas reprezentować w radach instytutów itp. Nikt tego nie chce ruszać, bo to dodatkowa robota. Ale bez obaw, ja się tym po Świętach zajmę. Mam pewien pomysł i jest szansa, że Komisja go przyjmie. Wbrew pozorom, nie pracuje się z nimi tak źle. Co prawda sama przewodnicząca skarżyła mi się na niektórych z nich (pochodzących z tego samego klucza, co ona…) ale jakoś udaje się nam ten wózek pchać. I chyba żadnych protestów nie będzie, na szczęście. Regulamin, według którego działamy jest tak kiepski, że szkoda gadać. Daje możliwość złożenia protestu każdemu studentowi na każde wybory w pojedynkę. Nie ważne, czy to u niego w jednostce, czy był na nic itd. Co więcej, daje możliwość złożenia protestu na wybory, które przeprowadza sama Rada Samorządu Doktorantów UW do Komisji Rewizyjnej, która owej radzie podlega… Totalna głupota. No, ale jak już kiedyś wspominałam… przez współpracę w ramach samorządu doktoranckiego mam raczej niskie mniemanie o poziomie absolwentów Wydziału Prawa i Administracji UW a to jeden z nic jest autorem tegoż Regulaminu…
W tak zwanym międzyczasie mnie wybrano na członka Wydziałowej Rady Doktorantów Instytutu Socjologii UW (wiem, że jest sprzeczność w tej nazwie, skoro rada jest wydziałowa a jednak instytutu…). Zaszczyt olbrzymi, tym bardziej, że mnie na tych wyborach osobiście nie było (bom robiła wybory w innej jednostce w tym czasie…). Niemniej, udało się. Mieliśmy tez pierwsze już spotkania. Na pierwszym w ogóle wybrano mnie na Delegata do Rady Samorządu Doktorantów UW. Na tym mi zależało, bo mogę teraz formalnie zabierać tam głos i brać udział w głosowaniach. To ważne. Monopol, jaki tam panuje nie jest dobry. Tym bardziej, że jest to monopol „innym nie zależy, więc róbmy, co tam sobie chcemy". O nie, nie. Ja ta łatwo się nie dam.
Tak jak nie daje się Seweryn. Jego bezprawnie ciągnąca się sprawa przed Komisją Dyscyplinarną może wreszcie ujrzy koniec szczęśliwy. To, ile przepisów prawa złamano przy niej jest ciekawym przykładem tego ja działają prawnicy w Polsce. Bo to głównie oni decydują o tym, co się w owej komisji dzieje. Masakra. Nie mam czasu, miejsca, interesu ani zgody, by zdradzać szczegóły, ale powiem tylko, że gdy myślałam, że słabym ogniwem jest sekretarka komisji (którą przeniesiono na to stanowisko po serii skarg na jej niekompetencję w poprzednim miejscu pracy na UW…), byłam w błędzie. Ona doskonale wpisuje się w działania całej komisji, w tym osób, od których wymagać można kompetencji, prawnego obycia i w ogóle… Ale nie. Jest naprawdę, naprawdę źle. Najpewniej, jeśli tak wyglądały wszystkie sprawy na UW, łącznie z tymi, które zakończyły się wyrzuceniem ze studiów, to jest to poważna sprawa, którą każdy sąd administracyjny rozwiąże na niekorzyść uczelni. I wiem, co mówię.
Doktoranckość to także zajęcia. Na szczęście mam ich mało. W przyszłym semestrze muszę pochodzić na te, które za często opuszczałam w ubiegłym roku i w zasadzie będzie to koniec obowiązkowych zajęć na doktoracie. Ale trzeba jeszcze napisać ów doktorat. A z tym nie tak łatwo… Jeśli nie otworzę przewodu gdzieś do maja 2012 to mnie wyjebią ze studiów. Na razie nie ma nic napisane, ale jestem w momencie dla mnie przełomowym, który powinien zaowocować wkrótce czymś istotnym. Mam perspektywę performance studies, która wydaje mi się właściwa i płodna. Dlatego ważny był dla mnie niedawny wykład Jacka Kochanowskiego w Instytucie Teatralnym. Wiele miał mi dać i chyba dał. Dodatkowo książki, które mam i których wciąż mi przybywa – to ważna rzecz.
Do otwarcia przewodu potrzebuję minimum 22 stron tekstu, plus koncepcja dalszej pracy. I wierzę, że uda mi się na czas. Musi. Na razie nie mam deadline’u na gardle, więc sobie pozwalam na inne rzeczy. Ale gdy nadejdzie moment, usiądę i zrobię to. 
Studiowanie
Przyznaję się bez bicia, że mało chodzę na zajęcia. Za mało. Nie będę się tłumaczyć z tego. Mam tylko nadzieję, że uda mi się sesję zdać. Trudny będzie najpewniej egzamin z History of Philosophy. Jeden ustny. Reszta do napisania, więc mam nadzieję dać radę. To wszystko oczywiście nie oznacza, że mnie na OSA UW nie ma. Wręcz przeciwnie – ostatnio na przykład poprowadziłam aukcję świąteczną. Nie było tego w planie. Miał to robić kto inny. Ale ów ktoś był na mocnym kacu i padło na mnie. Zgodziłam się, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że muszę to prowadzić… po angielsku. Jak jest po angielsku „po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, sprzedano!”? Eh, ale jakoś dałam radę i ponoć nie było tak źle… No nie wiem. Wiem, że wyszło jakoś i że wszystko udało się sprzedać. 
W ogóle te wigilijne spotkania są teraz w masakrycznych ilościach organizowane. Ja sama zaliczyłam 8. Najhuczniejsza? Samorządowa! W sensie, że całego samorządu studenckiego. Raz, że w Piwnicy pod Harendą, dwa że z open barem. Szaleństwo się działo. Ja byłam po trudnym weekendzie i w trakcie ważnej pracy, więc nie szalałam. W ogóle na tych wigiliach się oszczędzam. Jakieś resztki diety chcę jednak zachować. Poza tym w tym roku nie dzielę się już opłatkiem. Tak jak rok temu w domu rodzinnym, tak i teraz nie chcę. Nie będę nadużywać rytuału religijnego, z którym poza faktem, że kiedyś go praktykowałam, nic mnie nie łączy. I ta jak rok temu rodzina to ciężko przyjęła, tak i w tym roku niektórzy byli zdziwieni. Ale nie przejmuję się tym.
No i niedługo będę prowadzić zajęcia!
Zgłosiłam dwie propozycje do Uniwersytetu Otwartego UW. Jedna to wstęp do queer, druga to podstawy gender/sex. Pierwsze, co mnie nie dziwi, odpadły. Spodziewałam się, dlatego zgłosiłam dwie propozycje. Druga przeszła. Zapisy na „Płeć i gender. Interdyscyplinarne wprowadzenie” trwają. Zapraszam was! Czego jednak się nie spodziewałam, to że jak napiszę na facebooku, że jedne moje zajęcia odrzucili, to zaraz się tym prasa zacznie interesować. Ponoć cztery godziny później rozdzwoniły się u nich telefony. No cóż… To nie moja wina. Niemniej, zapraszam na te zajęcia, które jednak będą!
A ja ktoś studiuje na UW, to zapraszam na moje translatorium „Radical texts” w drugim semestrze. Ponoć oguny są już zapełnione, ale studenci i studentki z Instytutu Socjologii UW na pewno mogą się niedługo zapisać.
Na koniec dwie ciekawostki. Pierwsza: nadal jestem formalnie studentką Wydziału Polonistyki UW. Ciekawe, kiedy mnie skreślą? Druga: od 1 stycznia 2012 doktoranci będą mieć zniżkę w PKP jak studenci – 51 proc. Fajnie! :)
Kołując
Czyli prowadząc koła naukowe. Wiele się dzieje. O niektórych rzeczach już w zasadzie powiedziałam. Badanie nt. dyskryminacji na UW miało być bowiem dziełem Queer UW. Nie wiem jak nam dalej to pójdzie. Wiem, że generalnie jest trochę zamieszania w kole, bo część osób nie może się w nim odnaleźć. Chcę im pomóc, ale dopóki samodzielnie nie przyjdą z tym do mnie, to nie chcę na siłę zmuszać. Więc czekam i zachęcam. 
Ostatnio udało się nam współorganizować konferencję naukowa nt. strategii przeciwdziałania dyskryminacji w szkolnictwie wyższym. Temat ważny. Zaproszono mnie do wystąpienia z informacją na temat naszego ubiegłorocznego raportu. Nie ukrywam, że ten raport mnie już nie jara tak bardzo – za wiele razy już o nim mówiłam, żeby mnie ruszał. Staram się jednak wykrzesać z niego, co się da. Dlatego Adrian piszący o tym do naszego pokonferencyjnego tomu (po czerwcowej konfie) napisał tekst nieco inaczej – według mojego pomysłu porównania pewnych wyników. To możemy z tym dalej robić.
Czeka nas jeszcze w maju konferencja na temat queer w kulturach muzułmańskich. Zapowiada się ciekawie, bo to temat dla mnie zupełnie prawie obcy – chcę się nauczyć czegoś na ten temat. To dobra strategia – chcesz coś wiedzieć, zorganizuj konferencję na ten temat :) Będą fajni eksperci, liczę na wysoki poziom.
No i Queer UW też miało swoje spotkanie około noworoczne! Całkiem fajnie wyszło!
Ponieważ mam jeszcze jedno koło zajmujące się mediami i dziennikarstwem, zastanawiam się czy czegoś łączonego na styku z queer nie zrobić. Idea się rodzi powoli, ale się rodzi.
Ostatnio w zadzie te dwa tematy połączyłam. Zjazd Wolontariatu Równości w Warszawie – weekendowe wydarzenie, ponad 20 osób. Bardzo fajny pomysł. Udało mi się pomóc z cateringiem, więc się cieszyłam też z tego. Miałam w niedzielę poprowadzić zajęcia na temat „Wstęp do teorii queer”, żeby jednak osoby, które niewiele miały z nią do czynienia, mogły sobie jakoś to poukładać. Na dzień przed rozpoczęciem zjazdu (piątek) okazało się, że szkolenie z pierwszej pomocy wypadło i muszę poprowadzić warsztaty dziennikarskie dodatkowo w sobotę. Świetnie… Nie ukrywam, że mi to plany krzyżowało – raz, że imprezowe na piątkowy wieczór a dwa, że związane z zarobieniem kasy jakiejś poprzez pracę przed komputerkiem. Ale nie miałam wyjścia. Zgodziłam się. 
Obudziłam się po dość szalonej nocy w Toro o 12:09. O 13:00 miałam zacząć prowadzić zajęcia, na które w zasadzie nie miałam materiałów. Ok, warsztaty takie prowadzę cały czas, ale jednak coś muszę mieć. Udało się. Przygotowałam się i dotarłam na 13:15. Była obsuwa, więc nie czekali na mnie. Idealnie. Poprowadziłam te warsztaty (łącznie 6 h) jak. Następnego dnia zajęcia z teorii queer (3-4 h). Facet, który na tym Zjeździe pracował dokładnie tyle samo czasu, robiąc swoje szkolenie z interpersonalnych umiejętności dostał kasę sporą (powiedzmy, że średnia krajowa w 2011 to 3366,11 zł i on zarobił więcej niż połowę) a ja… nic. Tak, zero. Wiem, wiem…
Na marginesie warto może dodać, że oficjalnie 21 listopada powstała Fundacja Wolontariat Równości, która ogarniać ma formalną stronę organizacji Parady Równości oraz, oczywiście, zajmować się wolontariatem podczas tejże. Stąd też ten zjazd, o którym mowa. Fundatorami są Paweł Kiepuszewski i Szymon Niemiec. Do Zarządu poza mną trafiła Marietta Wróblewska i Łukasz Pałucki, jako prezes tegoż. Nie będę rozpisywać się na temat idei całego przedsięwzięcia i uzasadnienia pomysłu powstania Fundacji, ale generalnie chodzi o to, że dzięki temu uda się nam ogarnąć pewne rzeczy, których jako nieformalny Komitet Organizacyjny (wciąż istniejący i wciąż decyzyjny) oraz jako firma Gepon (będąca przedsiębiorstwem a więc nieco innym typem podmiotu) nie udawało się nam załatwić. Na przykład ubezpieczenie wolontariuszy i wolontariuszek. Albo wnioskowanie o mikrogranty do miasta stołecznego. Teraz będzie po prostu łatwiej i przejrzyściej. Dodam, że statut zakazuje komukolwiek z władz fundacji pobierać jakiegokolwiek wynagrodzenia za pracę na jej rzecz. Żeby nie było. 
Skoro o warsztatach dziennikarskich mowa, to niedługo kończą się moje semestralne (znów: darmowe) warsztaty w Instytucie Socjologii UW i w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Ruszą najpewniej kolejne – ale nie wiem, czy dwie grupy… Po prostu brakuje mi czasu i energii na to. Tym bardziej, że dojdą mi normalne zajęcia, które będę prowadzić i jeszcze takie, na które będę chodzić. Ale niemniej, zapraszam.
No i gazeta socjologów. Udało mi się wydać numer jeden w tym roku akademickim. Jest duża, duża szansa na kolejne. Żeby nie zapraszać, nie będę za wiele mówić, ale naprawdę zanosi się na to, że może być nieźle.
Kasa, kasa, kasa
Jak zwykle, jest z nią problem. Jest jej za mało. Dokonałam zabiegu restrukturyzacji zadłużenia. Ostatni tysiąc z kawałkiem kredytu studenckiego spłaciłam w Banku Zachodnim WBK poprzez zwiększony kredyt odnawialny w mBanku. Kiepsko, ale! Zaczynam się naprawdę ogarniać. Mój dochód jest mniejszy niż rok temu o tej porze. Tak o jedną trzecią prawie. A i tak udało mi się nie tylko nie wydać więcej niż zarabiam (co robiłam notorycznie przez ostatnie dwa lata) ale nawet zaoszczędziłam coś! Więc jestem z siebie bardzo, bardzo dumna. 
Z dwóch planów, które brałam pod uwagę ostatnimi czasy zwycięża na razie plan ciułania i zbierania grosz do grosza. Wspomniane przed chwilą zajęcia w IS i UO mają mi w tym pomóc. Dzięki temu, że ogarniam inne tematy, udało mi się także załatwić sobie dodatkowy dochód powiedzmy, że raz na 6 tygodni w wysokości 400 zł. Nie majątek, ale jednak dodatkowe złotówki. Staram się też o dodatkowe zajęcie w jednym z portali, które nie zajmuje wiele czasu, wykonywane jest zdalnie i daje mi 900 zł miesięcznie. Tak więc nie poddaję się. Walka trwa.
A skoro o bankach mowa… BZ WBK i ja nie mamy już nic wspólnego ze sobą. Najgorszy z banków, z jakimi miałam dotychczas kontakt nie ma już mnie na liście swoich klientów. Nie ma też zgody na przetwarzanie moich danych osobowych. Po spłacie kredytu studenckiego wybrałam się tam coby zlikwidować założone przymusowo konto bankowe. Wypłaciłam posiadane tam 5,74 zł i złożyłam dyspozycję zamknięcia rachunku. Oraz dodatkową dyspozycję a propos moich danych osobowych. Nie chcę, by ta instytucja kiedykolwiek się do mnie odzywała. Pan zapytała mnie, co jest powodem zamknięcia rachunku. „Jestem bardzo niezadowolony z państwa usług.” „A czy możemy wiedzieć, co dokładniej się panu nie podoba i czy możemy to jakoś naprawić?” „Nie możecie. Nie podoba mi się, że załatwienie czegokolwiek tutaj trwa tak długo i wymaga tak dużo zachodu i formalności.” To koniec. Już nigdy nic z nimi nie chcę robić. I wam naprawdę z czystego serca odradzam.
Moje aktualne postanowienie: wyjść z długów w ciągu ok 24 miesięcy. Muszę odkładać miesięcznie ok 500-1000 złotych. Dam radę!
Chłopcy 
No, coby nie mówić, to ważna część mojego życia. Może zacznę od ważnego wydarzenia ostatniego chronologicznie. Pat – nastolatek, którego w zasadzie trzeci raz poznałam. Ale tym razem całkiem w zadzie na trzeźwo i nareszcie mieliśmy czas i ochotę, żeby pogadać dłużej. Pat jest absolutnie pięknym chłopcem (wiem, że czasem mogę nadużywać tego określenia, ale tym razem to naprawdę szczere!). Takim trochę jak z obrazka malowanym. Miło nam się w Glam rozmawiało (o imprezowaniu w Glam za chwilę!) i generalnie on też trzeźwy, uśmiechnięty. I nawet sam zaproponował wymianę numerów telefonów. Trochę nam Adrian K. przeszkadzał, bo cały czas pijany podchodził i mnie męczył pytaniem czy już go nie lubię plus kilka innych osób – w tym jego znajomych także. Ale nam nie przeszkadzali. Rozmawialiśmy sobie w najlepsze. 
W końcu jednak nadszedł poranek i musiał iść. Ja też. Napisałam mu potem dwa albo trzy SMSy w ciągu kilku dni. Nie odpisał nigdy. Dziwne to. 
Kubutek jest też ostatnio ważną dla mnie osobą. Po rozstaniu trochę cierpi i staram się jakoś mu pomóc. Nie powiem, że złagodzić ból czy rozśmieszyć go, bo to nie jest cel (choć często go rozśmieszam, jestem w tym dobra i wychodzi mi to mimochodem oraz lubię jak się śmieje). Ale wiem, że to taki moment, że czasem musi pogadać, czasem musi się wygadać a czasem musi pomilczeć. Staram się. Choć wiem, że każda emocja musi się po prostu wy-żyć, wy-brzmieć. I tak będzie i tym razem.
To jest powód, dla którego chyba lubię towarzystwo młodych chłopców. Lubię widzieć jak się tego uczą. Daje mi to perwersyjną wprost przyjemność. Wiem, wiem, chore. Ale naprawdę tak jest. Gdy widzę ja kolejne życiowe wydarzenia sprawia, że się uczą i zmieniają, moje serce się jakoś dziwnie raduje.
Trochę tak samo jest z Kubutkiem. Tylko że on dodatkowo jest absolutnie przepiękny. 
Za to z moją Miłością Życia trochę tracę kontakt. Marcinek znalazł jakąś pracę i spędza w niej pierdyliard godzin. Rozumiem, że nie musi i że chce. Nawet jednak nie mieliśmy czasu, by powiedział mi, o co dokładniej z tą pracą chodzi. Domyślam się też, że jak ma czas, to chce go spędzać ze swoim partnerem Michałem. To też zrozumiałe, dlatego staram się nie narzucać jakoś czy coś, tylko czasem delikatnie zaproponować jakieś spotkanie. Nie korzysta, to ok. Ale wie, że ja pamiętam. I cieszę się, że znalazł coś, co go tak dobrowolnie na maksa pochłania. To cudowne uczucie musi być. 
A jak tak powoli podsumowuję mijający w zasadzie rok pod kątem chłopców, którzy jakoś się tam zapisali w mojej pamięci, to ma kilka myśli. Bo szkoda mi kilku znajomości, które się moim zdaniem dobrze zapowiadały/zaczynały.
Filip. Nie wiem jak to się stało, że się nam drogi rozeszły. To wyjątkowo nie było tak, że się symbolicznie zestarzał i postanowił odejść. To jeszcze nie ten moment. Nie było też tak, że ja już nie chciałam, żeby z nami się kręcił. Wręcz przeciwnie – było mi całkiem miło. Nie ukrywam, że nasza znajomość się pogłębiła z czasem na różnych płaszczyznach. Fizycznej także. Oczywiście, nie wyobrażajcie sobie za wiele. Dla mnie objęcie kogoś jest już pewnym naruszeniem normalnej „etykiety”. Niemniej, nie wiem czemu tak się stało. Myślę, że ważnym momentem, po którym już nic nie było tak samo było przespanie się Filipa z Grzesiem. Wiadomo, zabolało mnie to przede wszystkim z powodu tego, że ukrywał to przede mną. A ja od razu wiedziałam. Nieważne skąd. Stąd dziwne to było. Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce podczas jednej z nocy w Royal Residence Palace. Wpadł wówczas z Kennym, który miał zabawić (jakkolwiek to nie brzmi, to o to chodziło…) Arka. A ja gadałam z Filipem. Oraz piliśmy alkohol. I w zasadzie tyle.
Ostatnio Filipowi zdarzyło się kilka razy zadzwonić do mnie po pijaku. Raz na trzeźwo. I napisał ze trzy SMSy. Tyle. Jakoś tak dziwnie się to potoczyło.
Adaś. W zasadzie tutaj sytuacja jest jaśniejsza. I chyba nawet nie tegoroczna. Już nie pamiętam szczegółów. Ale pamiętam, że całkiem niedawno widziałam się z nim. Byliśmy nawet w kinie oraz doprowadziłam do swego rodzaju jego konfrontacji z Gackiem. Ale to trochę przypadkiem. W każdym razie tutaj sytuacja jest prosta – Adaś znalazł sobie chłopca. Teraz z nim mieszka nawet. Więc pewno miłość. I w zasadzie powinno mnie to cieszyć. Ale sami wiecie jak to jest. Szkoda mi tego, że mieliśmy fajną znajomość, która musiała się zakończyć. Tak, także dlatego, że po prostu nie polubiłam się z tą miłością jego. 
Robert. To chyba z tych wszystkich znajomości najbardziej moja wina. Nauczyłam się bowiem, że jak ktoś ma inną niż ja wizję rozwoju relacji ze mną, to ja nie chcę się w to mieszać, uciekam. To właśnie było powodem zerwania znajomości z Robertem. Ja chciałam trochę czego innego niż on. Nie było sensu się męczyć. Jasne, było miło, sympatycznie i w ogóle. Nie ma co się nad tym rozwodzić. I pewno dobrze się stało, że tak się stało, jak się stało – by trawestować biblistę – ale jednak szkoda. Roberta chciałam poznać od czasu, gdy go pierwszy raz spotkałam na jakiejś debacie, gdzie był obecny, jako mocno nieletni członek KPH. Już wtedy go zauważyłam. I to, że po iluś tam latach udało mi się nareszcie do naszego poznania doprowadzić, to było naprawdę coś fajnego. 
Z racji mojej specyficznej sytuacji towarzysko-matrymonialno-erotycznej (mówiąc wprost: nie rucham się) nie walczę nigdy o chłopców, o znajomość z nimi. Wiem, że proponowane przeze mnie rozwiązania towarzyskie są nietypowe, czasem kłopotliwe i że niekoniecznie chcę komuś w ten sposób utrudniać życie. Jak i utrudniać je przez to sobie. Dlatego nigdy nie podjęłam próby przekonania Roberta, że może nasze wizje gdzieś się spotykają. 
Grześ. Nie ten Grześ od J. tylko Grzegorz od P. To w zasadzie krótka znajomość. Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, że on nie ma ochoty albo jeszcze nie potrafi. W sensie, że odzywa się to, com mówiła przed chwilką – że relacje ze mną są trudne, bo nietypowe. Nie chodzi tylko o to nie-ruchanie-się ale cały zestaw rożnych rzeczy, które się ze mną wiążą. I choć sam Grześ mówi, że jest chętny i lubi mnie i w ogóle, to jednak nic poza słowami na to nie wskazuje. Jako, że jest młody, dawałam mu rożne szanse kilka razy… ale jako że nie mam w zwyczaju robić tego w nieskończoność, to przestałam. 
Mim tego, że jest bardzo ładny, sympatyczny, skromny, cichy i za bardzo niepewny siebie, to nic na siłę. Choć, oczywiście, szkoda.
Tomek. To w sumie zabawne, bo poznałam go, jako kolegę chłopca, którego chciałam poznać – Kamila. I do tego w Galerii. Ale okazało się, że Kamil jest jeszcze emocjonalnie za młody na poznanie mnie. W sensie, że w zaproszeniu do kina dopatrywał się wątków matrymonialnych. Nadejdzie na niego też czas. Co innego Tomek. Choć gra überromantycznego chłopca w smutnym stroju i smutną minką, to od razu zauważył, że ze znajomości ze mną może coś dla siebie wyciągnąć w zamian za prawie-nic. W sensie, że za samą tylko znajomość i jej podtrzymywanie. Dla mnie jest to jak najbardziej okej. Tak wygląda duża część moich relacji i dopóki jest to czysty dla obu stron układ, jestem szczęśliwa. Co więc poszło nie tak? Tomek przestał się starać. Ja rozumiem, że czasem może nie mieć czasu, czy mieć coś ważniejszego na głowie. Ale mi chodzi o minimum. Odezwanie się raz na dwa tygodnie. Przyjęcie choć jednego z trzech pod rząd składanych zaproszeń. Cokolwiek. Skoro jednak Tomek nie chce, to nie. Choć szkoda.
Michaś. Na koniec Michaś. Wiadomo który i w ogóle. To chyba jednak tak zawsze jest, że jak się z kimś zamieszka, to ze znajomych szybko stajemy się współlokatorami. Chcąc, nie chcąc, niestety. No i tak się stało z nami. Szanse na znajomość zaprzepaściliśmy tym, że pozwoliłam mu u nas zamieszkać na dwa miesiące. I to tak, że po wyprowadzce odezwał się trzy razy. Raz, by odpisać na mojego SMSa, dwa razy by ustalić odbiór rzeczy, która miała być prezentem dla mnie, ale którą po wyprowadzce chciał jednak zabrać. W tym pierwszym SMSie napisał, że pod koniec przyszłego miesiąca i tak chce mnie na kawę zaprosić. To było z 6 tygodni temu. Trochę mi przykro, nie powiem. Tym bardziej, że od momentu naszego pijackiego (z mojej strony) poznania, robiłam co w mojej mocy, by mu pomóc w rożnych sprawach. Ogarnęłam jego rekrutację, pomogłam dając możliwość łatwiejszego startu, znalazłam wakacyjną pracę, zapewniałam rozrywki, chodziłam z nim szukać pracy. W zasadzie moje intencje były dość czyste – chodziło m o to, by utrzymać znajomość. 
Michaś jest jednak osobą świadomą siebie i swojej wartości. Wie kiedy i jak zagrać, by swój cel osiągnąć. Nie twierdzę, że to wyrachowane z jego strony – au contraire, uważam że często robi to nieświadomie. Niemniej, robi. W sumie wiedziałam to już dawno, niejako nie jestem zaskoczona. Ale jednak szkoda.
Imprezy
Jest trudno. Boże, naprawdę jest trudno… I gdy pytacie mnie „to kiedy będzie nowa Utopia?” a ja odpowiadam, że nie wiem, to nie kłamię. Naprawdę nie wiem. A gdy pytacie mnie „a czy ona w ogóle powstanie?” a ja odpowiadam wam, że nie wiem, to też nie kłamię. Naprawdę nie wiem. Mogę powtórzyć to, co powiedziała mi Królowa na wigilii w Sqandal Barze – ze w styczniu będą jakieś oficjalne informacje. Więc musimy czekać. Albo i nie.
Czekanie bowiem jest o tyle kłopotliwe, że trzeba sobie czas oczekiwania wypełnić. Z tym jest problem. Najpierw generalna refleksja. Z imprezowaniem w Warszawie jest coraz gorzej. Zaś uda mnie to. Nie tylko z czysto prywatnych względów, ale też bardziej altruistycznych. Jak sobie przypominam doskonałe noce spędzone w Barbie Barze czy w Utopii właśnie i myślę sobie, że jest teraz młode pokolenie, które nie miało okazji poznać tego typu miejsc i takich imprez (bo nigdzie aktualnie podobnych wydarzeń po prostu nie ma), to jest mi smutno. Bo to oznacza, że być może przejdą przez całe życie nie zaznając naprawdę dobrej imprezy. A to smutne.
W Warszawie nic się nie dzieje. Imprezy „duże” są popłuczynami dawnych tego typu wydarzeń. W tygodniu nie ma miejsc wartych odwiedzenia. W piątki dzieje się coraz mniej a większość special events dzieje się w soboty. Niedługo będzie tak, że naprawdę nie będzie sensu wychodzić z domu poza sobotą. Nie chcę żyć w takich czasach. 
Nie, nie wiem czemu tak się dzieje. Nie mam odpowiedzi. Jedni mówią, że to kryzys gospodarczy daje się we znaki. Inni mówią, że zmieniają się sposoby konsumpcji czasu wolnego. Jeszcze inni, że dziś młodzież nie ta. Nie wiem, nie wiem czy któraś z tych odpowiedzi jest właściwa. Wiem tylko, że cierpię. 
Gdzie więc bywam teraz na imprezach? Toro, Bank, de Lite, Galeria, Glam, 1500… Rożne różniste miejscówki. Wszystko byle tylko jakoś uciec od imprezowego marazmu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, Hunters się nie sprawdza. Heteryckie kluby padają jeden za drugim: ZOO, Piekarnia, Obiekt Znaleziony… Ważne, kultowe czasem kluby znikają. Nawet w hetero klubach ciężko się teraz bawić. Ja się jakoś w Banku odnajduję, bo to miejsce się stara, próbuje i ma aspiracje. Niestety, ludzie tam przychodzący są dość różni i czasem nieco przypadkowi, byle tylko jakoś zapełnić ładny acz wielki klub. Toro, wiadomo. To miejsce specyficzne, ale a) pewne, b) tanie, c) z nadzieją na spotkanie ładnego chłopca (choć akurat ostatnio spotkałam tam bohatera jednego z moich artykułów prasowych, który był strasznie nachalny i strasznie męczący…). De Lite się sprawdza na imprezach utopijnych (choć opłata dwudziestozłotowa na ostatniej z nich była zaskakująca i dość niepokojąca) a na heteryckich jest co najwyżej okej. Niemniej, ładne to miejsce i ciekawe. Sqandal Bar odwiedzam dość często jak na miejsce trudnodostępne z racji lokalizacji (Rynek Starego Miasta) – z powodu miłej atmosfery, sympatycznej obsługi i ciekawego podejścia do tematu. Chłopcy mają trudne zadanie, jeśli idzie o rozruszanie miejsca, dlatego cieszę się, że próbują coś zrobić. Wspieram to. Do Galerii trafiam zazwyczaj przypadkiem. I to przez Damiana.be najczęściej. Miejsce, moim zdaniem, umierające. Jeśli nie wydarzy się tam naprawdę szybko coś naprawdę wielkiego, to będzie im trudno cokolwiek ogarnąć. 1500 to dość offowa jak dla mnie inicjatywa. Jednak ponieważ grywają tam dubstepowo, to jestem na tak. I czasem chętnie odwiedzam. Jasne, to jeden z tych postindustrialnych, „brudnych” klubów, które pod przykrywką nie dbania o doczesność i budowania wizerunku miejsca-gdzie-dzieje-się-szaleństwo mogą pozwolić sobie na to, by wewnątrz było nieładnie i dosłownie brudno. Rozumiem to i akceptuję. Byle nie za często. No i Glam. Miejsce überlesbijskie. Samo w sobie mi to nie przeszkadza, niech się bawią gdzie chcą. Przeszkadza mi bardziej to, że Glam czasem usiłuje udawać, że tak nie jest. I dlatego organizuje pokaz mody męskiej początkujących projektantów i zaprasza artystki, które chciałyby być gejowskimi divami. I, moim zdaniem, widać efekty. Ludzi nadal jest tam sporo, ale mniej niż dotychczas. Młodzi chłopcy się zjawiają, ale uciekają szybko i jest ich generalnie mniej. Nie dziwi mnie to, naprawdę – gdy piszę te słowa, na facebookowym wydarzeniu sylwestrowym w Glam przybycie potwierdziło 43 chłopców i 65 dziewcząt. Ja wiem, że to nie oddaje tego ile osób przyjdzie itd. ale oddaje proporcje pewne. Więc Glam zahaczam bardzo sporadycznie i nie zmieni się to w najbliższym czasie. 
Do ważnych imprez mijającego okresu warto zaliczyć kilka. 18 listopada się wybrałam ze znajomymi do Kamieniołomów na dubstepy ale… przy wejściu spotkaliśmy wychodzących ze środka Piotra i Mariusza, którzy nam totalnie odradzili wbijanie do środka. Więc się poddaliśmy i mimo mojej wielkiej ochoty, nie poszliśmy na dubstepy… Poszliśmy jednak dalej. Tym razem do Banku. To miejsce jest naprawdę ładne i warto je odwiedzać. Muzycznie tej nocy było średnio. Niby coś tam grali fajnego ale ludzi jak na lekarstwo i – jak to hetero – bawili się nudnawo. Nie zagrzaliśmy miejsca. Dalej, dalej, bo noc nas wzywa. Mnie denerwowało to, że więcej spacerujemy niż imprezujemy. A przez to trzeźwieję oraz mój dobry humor przy okazji ulatuje. Nastawienie, jakie miałam po biforze w Melinie zaczynało odpływać. Spacer zaprowadził nas w okolice Hunters. Przyznaję, byłam w takiej desperacji, że gotowa byłam wejść i tam. Gdy jednak podchodziliśmy do bramki, zobaczyliśmy jak selekcjoner wpuszczał jakiś brzydkich hetero. A to nam się nie podobało. Konspiracyjnym szeptem Gacek powtórzył kilka razy „uwaga, heteroparty!” i łukiem wejście minęliśmy. Desperacja się zwiększała. Nie wiedzieliśmy, co dalej zrobić. Prosiłam ich, żebyśmy zaszli do jakiegoś baru typu „wódka za 5 zł” czy jakoś tak. Ale oni nie chcieli. I uparli się na Glam. Ponieważ moja rozpacz była wielka, uległam. To była nasza pierwsza tam wizyta od czasu, gdy wprowadzili opłatę 5 zł. No ok, ja co prawda nie płacę ale idea jako taka mi się tak czy owak nie podoba. Nie wiem za co te 5 zł macie płacić. Nieważne. Wpadłam i od razu stanęłam przy barze pierwszym. Raz, że tam znajomi stoją a dwa, że miałam ogromną ochotę na drynk. Karolina i Marcin drażnią się ze mną, udając obrażonych za to, że nie przychodzę do Glam. Ok, ja rozumiem, to zabawne, często nam się zdarzały takie wygłupy. Ale po pewnym czasie zmęczyło mnie to. W sensie, że naprawdę chcę zamówić. A oni nic. Gacek stoi koło mnie i też nie może zamówić. Czekam jeszcze, i jeszcze… I się wkurzyłam. Bo żarty żartami, ale mi nie do śmiechu już. Zabrałam się i poszłam. I tak skończyła się jedna z najgorszych nocy w moim życiu. 
Zupełnie inaczej było noc później. O, tak! Najpierw bifor-after u Kocykowej. Zabawnie w sumie, bo rzadko zdarzają się nam imprezy domówkowe, co do których wiemy, że nie będziemy nigdzie wychodzić do klubu. Tak było i tym razem. To znaczy ja z Damianem akurat mieliśmy nieco inne plany od pozostałych. Najpierw odwiedziliśmy mojego znajomego na urodzinowej, jeśli dobrze pamiętam, domówce a potem do Kocykowej się przedostaliśmy. Nie na długo jednak, bo tej nocy wybierałam się z nim do M25 na swoją pierwszą imprezę dubstepową. Gwiazdą nocy był brytyjski zespół Modestep, których odkryłam dla siebie przypadkiem a o którym jeszcze bardziej przypadkiem dowiedziałam się, że niecały tydzień po moim ich odkryciu mają koncert w Warszawie. Dzięki uprzejmości Krystiana Legierskiego weszliśmy jakoś na ten koncert i… To było COŚ! Jedna z trzech najlepszych nocy mojego życia. To, co Modestep zrobił podczas tego koncertu z całym klubem w tym i z nami, przechodzi ludzie pojęcie. W zasadzie nas zmiażdżyli. Co ja się naskakałam, co ja się napociłam, co ja się nabujałam… Boże! Dubstep rządzi! Absolutnie doskonała noc! Nie chciało nam się schodzić z parkietu. A chłopcy grali dłuuuuugo. I dobrze. Pokochałam to, co się tam działo. Chcę ich sprowadzić na juwenalia 2012. Zrobię co w mojej mocy, żeby tak się stało. A przy okazji, już po koncercie, zepsuły mi się okulary. A dokładniej – soczewka jedna… bo w tańcu już dużo spokojniejszym na dolnej sali, spadły mi i się ukruszyła. Duży to smuteczek, koszt 99 zł i trochę dyskomfortu zanim znalazłam czas na wymianę… ale dla tego koncertu – było absolutnie warto!
Utopijna impreza w de Lite wypadła – będę teraz szczera – dość średnio. Ludzi było sporo ale to już nie te tłumy co na początku. Miejsce jest fajne, muzyka była okej (przyznaję, że Pitu gra bardzo dobrze, ale miewał lepsze noce), wszystko jakieś takie jakby już bez ognia. I wie to chyba sama Królowa, która zapowiedziała, że więcej utopijnych wydarzeń nie chce tam robić. Chyba słusznie. Atrakcja, jaką było spotkanie się w utopijnej otoczce jest super, ale miejsce się już chyba przejadło – nie jest to wszak Utopia…
Ale za to dużym zaskoczeniem była impreza w Sqandal Barze. 3 grudnia zaprosił nas tam Grzegorz Okrent. Co ważne, nie była to impreza z logo czy nazwą Utopii tylko właśnie Grzegorza. Jakby Królowa postanowiła swoją własną markę trochę stworzyć. Ciekawe posunięcie, nie powiem. Ja się oczywiście zjawiłam. Towarzyszył mi Luke, którego tej nocy podrywać zaczął Maciej Bieacz. Na szczęście upił się dość szybko (stawiając, ma się rozumieć, także Luke’owi drynk) i zniknął. A sama impreza… szalona! Panowie tancerze – choć przypakowani, a więc zupełnie, ale to zupełnie nie w moim guście – pojawiali się po to, by się obnażyć. Kiczowata wręcz bita śmietana stała się idealnym pretekstem do tego, by chętni zlizali z ich ciała ją wraz z ich potem. Z rożnych części ciała. Ze wszystkich części ciała. Tak bezpruderyjne imprezy działy się w Utopii na samym początku je istnienia. Potem zniknęły. Wydaje się, że pojawienie się ich w Sqandal Barze to ciekawa, cenna i dobra idea. Więc wspieram to, choć – co chyba oczywiste – ja panów ani ręką ani inną częścią ciała nie dotykałam.
Nadal myślę nad sylwestrem. Od jakiś 5 lat nie byłam nigdzie. Denerwuje mnie to, że muszę tej nocy się wyjątkowo bawić, mieć wspomnienia kompromitujących wydarzeń, które trzy tygodnie później nadal się wspomina na spotkaniach ze znajomymi oraz to, że muszę zacząć zabawę o nieziemsko wczesnej godzinie, by północ jakoś wyjątkowo celebrować. O północy to ja lubię powoli na domówce myśleć o wyjściu do klubu. I to sprawia, że od lat spędzam sylwestra w domu. Oglądając jakiś film albo – częściej – siedząc na seksczacie. W tym roku zgodziłam się wstępnie iść na domówkę na Pradze ze znajomymi. Ale im bliżej, tym mniej mam ochotę. Tym bardziej, że niektórzy z przybywających tam mają spinkę imprezową. Niby taką pół-żartem, pół-serio ale jednak. Pomyślałam sobie, że gdybym jeszcze znalazła kogoś młodego i sympatycznego, z kim mogłabym pójść, to rozważę poważnie. Ale wczoraj osoba, której zaproponowałam, odmówiła. Więc chyba nie. Zastanawiam się tylko, co się będzie dziać w klubach w piątek przed sylwestrem. Czy będzie pusto czy też zacznie się przedwczesne świętowanie końca roku. Jak sądzicie?
Domowo i zdrowotnie
Blo piszę z domu rodzinnego. Przyjechałam tutaj wieczorem w czwartek przed Wigilią. Pobyt wstępnie zaplanowałem na tydzień. Wystarczy, by jakoś to przeżyć, nie znudzić się za bardzo i nie zmęczyć. A zarazem mieć pewność, że nie będę słyszeć narzekań, że na za krótko przyjeżdżam. Poza tym podróż kosztuje 124 zł w jedną stronę – musi mi się to jakoś kalkulować. Tym bardziej, że mam postanowienie, że do końca roku akademickiego nie jeżdżę nigdzie (poza domem rodzinnym) na własny koszt. Oszczędzanie. 
Podróż nie mogła odbyć się bez niespodzianek. Moj supernowoczesny wagon (jeden z tych naprawdę najnowszych bezprzedziałowych) wysiadł. To znaczy: prąd tam wysiadł. Raz, że światło nie działało, dwa że wysiadło ogrzewanie. O ile pierwsze mi nie przeszkadzało, bo się źle czułam i spałam pierwsze dwie godziny o tyle przed Poznaniem zaczęło się robić nieco chłodno. Dobrze, że zima łagodna jest, bo inaczej byłoby naprawdę zimno. A pociąg wypełniony w ponad 100 proc. Na szczęście po Poznaniu nas przesadził konduktor do pierwszej klasy. Więc mogłam spać, czytać i jechać komfortowo. Święta w domu to tradycja. Ale i tutaj coraz słabiej się przestrzega zwyczajów. O ile w zasadzie nikomu nie przeszkadza, że się w Wigilię opłatkiem nie dzielę, o tyle nie ma już tradycyjnych 12 potraw, nie ma już śpiewania kolęd (choć i tak zazwyczaj śpiewała tylko babcia przy akompaniamencie pomruków wyrażających żenadę dla tego rytuału). Same świąteczne śniadania są przede wszystkim okazją do poplotkowania, załatwienia sobie recepty cichaczem (potrzebuję acyklowiru), wymienienia uwag na temat dylematów rodzinnych sąsiadów czy też po prostu napicia się i obżarcia. Picie zapewniła mi mama, posiadając nie wiadomo skąd litr dobrego wermutu. Reszta familii ugoszczonej u nas 25 grudnia delektowała się wódką. Ja do wódki przeszłam dopiero wieczorem u Gacka. I to dopiero, gdy się na chwilę whisky skończyła. Bo Gacek, Malesa, Troll i Marta przybyli do naszej rodzinnej miejscowości, by tutaj spędzić czas świąteczny. Miłe to. Spotkanie w ich gronie plus bandy tutejszych dawnych znajomych Gacka i mojego brata (choć jego samego nie było w tym towarzystwie) okazało się udane. Było śmiesznie. Skończyło się jakoś przed 7:00 i dlatego, wracając do domu, spotkałam mamę moją idącą do pracy (niektórzy muszą w Święta pracować). 
Obżarstwo, którego się rok rocznie dopuszczam jest dla mnie fenomenem pewnym jednak. Co roku mówię sobie, że tym razem się powstrzymam. I co roku mi się nie udaje. Choć rozsądek nakazuje przestać, to jem dalej. Co prawda udaje mi się powstrzymać od wymiotowania w trakcie kolacji celem siedzenia kolejnej porcji (niektórzy z moich znajomych tak robią) ale to dlatego, że generalnie mam duży żołądek i potrafię dużo wpierdalać od czasu, gdy byłam grubą świnią.
W tym roku robiłam tylko ciasta. Trzy – piernik z powidłami i białą czekoladą, sernik gotowany oraz – to dla mnie nowość – ciasto miodowe z kaszą manną. Wszystko wyszło. Problemem, jak zawsze, jest brak miejsca w lodówce (a niektóre ciasta jednak muszą w niej postać, by uzyskały odpowiednią do spożycia postać). Ale nic to, udało się.
Święta to też prezenty. Od lat nie dostaję niczego specjalnego. Ot, perfumy średniej klasy, słodycze i jakiś większy banknot. Ale pobyt w domu to czas, gdy mogę mamę i tak naciągnąć na pewne rzeczy. Tym razem udało mi się na leki. A to wydatek 230 zł. W dniu bowiem wyjazdu z Warszawy udało mi się zaliczyć wizytę u fryzjera (należy chwalić nową fryzurę) oraz wizytę u dermatologa. Jakoś teraz mija rok od czasu, gdy zaraziłam się świerzbem. A konsekwencje odczuwam do dziś… Nadal biorę leki przeciwhistaminowe i to w sporych dawkach. Ponieważ osłabiona działaniem sterydów skóra zachowuje się nieco nienaturalnie, muszę nadal o nią dbać. Dodatkowym problemem jest moje wirusowe zakażenie. Z nim też walczę już dobre 4 miesiące jak nie więcej. Tym razem pan doktor przepisała mi maść, która kosztuje tygodniowo 30 zł. Mam jej używać 3 tygodnie, bo w tym czasie biorę jeszcze inne leki na to samo. Ale generalnie kuracja potrafi trwać do 16 tygodni (pól tysiąca zł). W zasadzie ta wirusówka nie jest czymś, co mi przeszkadza. Ale nieleczona może stanowić pewne zagrożenie dla zdrowia. Więc walczę. Ale mam nadzieję, że za jakieś dwa miesiące nie będę już myśleć ani o poświerzbowych komplikacjach ani zarażeniu wiruskiem.
A wracając do Świąt i prezentów… Dla moich chrześniaków kupiła za mnie mama (miałam oddać jej kasę ale z racji tego, że kupiła coś-tam mojemu bratu do nowego mieszkania, to stwierdziła, że nie muszę) a dla mamy kupiliśmy z bratem razem. Nic praktycznego. Wyjazd na trzy dni do malowniczo położonego hotelu z daleka od domu. Ponieważ mama rzadko jeździ i wiemy, że sama by się nie wybrała, to dorzuciliśmy je babcię, coby im raźniej było. Termin dość dowolny, ale pewno jakoś w kwietniu się wybiorą. Niech jadą, niech odpoczną. Bratu niczego nie kupiłam, bośmy ustalili, że sobie nie dajemy prezentów. Więc jestem zadowolona. 
Podsumowując rok
Pomyślałam sobie, że czas na małe zestawienie. W sensie, że skoro rok się kończy, to może jakoś chcę go podsumować. Rok temu próbowałam zrobić coś takiego, ale mi nie wyszło. Teraz spróbuję ale tak krótko, bez zagłębiania się w poszczególne miesiące czy aspekty. Chcę powiedzieć jak dla mnie wyglądał 2011 rok.
Generalnie był to rok dobry. Mało kto wie, ale na jego początku wymyśliłam sobie, że będzie to rok, gdy będzie mnie dużo wszędzie. Wszędzie, a więc w mediach. Że będziecie czasem zastanawiać się, czy to aby nie przesada. I nie chodzi o jakieś parcie na szkło a bardziej o sprawdzenie jak skutecznie mogę się pojawiać w rożnych tego typu sytuacjach. I w zasadzie udało mi się. Jasne, mógło być więcej, ale wydaje mi się, że pod tym względem był to jak dla mnie rok rekordowy. Plan zrealizowany.
Był to rok dobry w zasadzie pod wszelkimi aspektami. Może poza finansowym i zdrowotnym. Świerzb i jego niewłaściwa diagnoza dały mi się we znaki, utrudniając mi wiele, wiele rzeczy i powodując skupienie uwagi na chorobie. To też jedna z przyczyn, które zadecydowały o tym, że finansowo mi się nie do końca udało wszystko. Odnotowałam znaczący spadek dochodów przy wzroście wydatków (lekarze i leki kosztują…). Zarazem jednak udało mi się wyleczyć zęby wszystkie, co wcale nie było takie łatwe. Sytuacja finansowa jest na tyle istotna, że zmusiła mnie do podjęcia pewnych planowych działań mających na celu jej istotną poprawę. Dam jednak chyba radę.
Naukowo i studencko rok także udany. Wiele zdziałałam, chyba potwierdziłam swoją opinię osoby, której bardzo zależy na wielu wartościach i zaczęłam się sprawdzać na nowych polach działalności. Szkoda trochę filologii polskiej, ale w połowie roku było jasne, że to już sprawa nie do uratowania. Amerykanistyka jest jednak czymś, co okazało się nie tak złym pomysłem. Nie wiem jak długo to pociągnę – nie wiem czy to skończę – ale na razie dobrze się tam bawię. I niech tak będzie. 
Rzecznikowanie Paradzie Równości było dużym wyzwaniem. Długo się wahałam czy na pewno chcę się tego podjąć. Ostatecznie jednak chyba nie było tak źle. To, jak ogarniamy teraz kwestię Wolontariatu Równości i fundacji, świadczy o naszym rosnącym doświadczeniu w tym zakresie. Idzie nam coraz sprawniej i mamy coraz jaśniejsze cele szczegółowe. Mam więc i nadzieję, że skutkować to będzie jeszcze lepszą Paradą w 2012 roku.
Imprezowo rok był kiepski. To jednak niezależne ode mnie. Ja swoje robię – ogarniam to, co się dzieje, inicjuję i organizuję pewne rzeczy – nie mam sobie nic do zarzucenia. Melina działa, jest gościnna i użytkowana. Może ostatnio mniej, bo zima nie sprzyja ale generalnie jest. Jasne, gdyby kasy było więcej, to i Floor-Sitting Party dałoby radę zrobić. Póki co jednak… nie wiem kiedy się uda. Chęci i pomysły u mnie są. Gorzej z funduszami na ich realizację. Sama Warszawa bawi się coraz mniej i coraz gorzej. Dlatego cieszę się z wyjazdu do Paryża. W ogóle wakacje miałam udane. Paryż i Władysławowo to jasne punkty mijającego roku. Sopot był dużo słabszy ale nie z powodu towarzystwa czy planu a raczej z powodu obiektywnie kiepskich wydarzeń w czasie naszego tam pobytu. Zamierzam teraz znacząco ograniczyć wyjazdy (piszę to w pociągu ze Szczecina do Warszawy…) w ramach oszczędności. Będzie jednak dobrze.
Towarzysko rok był intensywny. I dość nietypowy jak na mnie. Dużo się działo, trochę poszalałam, trochę pokombinowałam… Nie powiem, nie mogę narzekać na nudę. Teraz jednak znów wydaje mi się, że czas na uspokojenie, powrót do jakiejś normalności. Takiej mojej normalności. 
I w zasadzie chcę jeszcze podziękować niektórym osobom. Bo prawda jest taka, że ten rok, jak każdy inny, byłby nie do zniesienia gdyby nie kilka osób. Dziękuję moim najbliższym znajomym za to, że są ze mną mimo wszystko. Że nawet gdy mamy słabsze momenty, to tylko przez chwilę a potem znów jest dobrze. I wiecie o kim mowa, nie będę was z imienia wymieniać.
Dziękuję młodym chłopcom. Tym wszystkim którzy się pojawili lub pojawiają w moim życiu. Bez Was byłoby ono najpewniej nic nie warte, strasznie nudne i uciążliwe. Bądźcie dalej tacy, jacy jesteście i róbcie nadal to, co robicie. Dziękuję Was i pamiętajcie, że z chęcią Wam pomogę w razie czego.
Dziękuję też tym mniej lub bardziej anonimowym osobom, które mnie wspierają. Czy to na facebooku, czy to podchodząc do mnie po prostu w realu, czy to piszącym do mnie maile, czy też tym, którzy komentują mojego blo, fotoblo i inne. Oraz tym, którzy o mnie coś tam gdzieś komuś dobrze mówią. To naprawdę miłe i ważne, że ktoś mnie wspiera. Najpewniej jesteście w mniejszości ale może i tym bardziej się Wam należy :)
Dzięki. A jak ktoś dobrnął do końca tej blotki, to też dziękuję. Jesteście mocni!
 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

7 lat wspomnień, uzależnienie i brak imprez

12 paź

Tak generalnie to chcę zacząć od tego, że mieszkam w Warszawie już 7 lat. Trochę o tym na fotoblo napisałam, ale dopiero tutaj mogę się wyżyć ;) Bo Robert i Tristan przynieśli mi na imprezę rocznicową w Melinie prezent. „7 miłości na 7 lat w Warszawie”. Ozdobna mała papierowa torebka z kokardką a w środku 7 jaj. Na każdym z nich imię: Paweł B., Marcinek, Filip, Adam, Grześ, Anatol, Robert (‘objet petit a’). Moim zdaniem brakuje Dawida. Ale poza tym… tak, to bez wątpienia osoby ważne dla mnie w trakcie moich 7 lat w Warszawie. Oczywiście Paweł i Marcinek inaczej od pozostałych, ale jednak. Nie ma co udawać – z pozostałą piątką (szóstką z Dawidem licząc) weszłam w bardzo bliskie relacje emocjonalne, z których po jakimś czasie się wycofałam lub – częściej – które oni zakończyli. Anatol – nie wiem czemu. Grześ – bo taki jest. Adam – bo znalazł sobie chłopca. Filip – bo się znudził i wolał seks. Robert – bo oczekiwał czego innego. (Dawid – bo chciał czegoś innego oraz woli seks.) Nie, no nie mówię, że to źle. Za wszystkie momenty z nimi spędzone, jestem im absolutnie wdzięczna. I to wiedzą. Nie mam z nimi bliskich kontaktów teraz. Części z nich (Adam, Filip) nie mam nawet w znajomych na facebooku. Do większości z nich się w zasadzie nie odzywam. Nie dlatego, że ich nie lubię, mam im coś za złe czy jakoś tak. Nie, nie. Lubię ich, niczego nie mam im za złe (no, może poza jakimiś drobnostkami – jak w każdej znajomości się zdarza przecież!), życzę im jak najlepiej. Po prostu są jakoś tam zamkniętym rozdziałem, są skontenerowani, emocje do nich wszelkie wygasły (albo są na wygaśnięciu – Robert, Filip). Większość z nich nadal uważam za bardzo atrakcyjnych fizycznie. Większość z nich uważam za bardzo fajnych ludzi. O większości z nich w ogóle nie myślę – dopiero te jajka jakoś mnie do refleksji zmusiły. No, albo i nie do refleksji tylko do powspominania bardziej.
Dlaczego więc o nich piszę? Bo w sumie – o czym warto pamiętać – większość z nich w moim życiu pojawiła się stosunkowo niedawno. W ciągu ostatnich 1,5-2 lat. Więc w perspektywie tych 7 lat, które mają reprezentować – niedawno. Bo też i wrócić muszę do pomijanej dwójki – Pawła i Marcinka. Paweł to – dla niewtajemniczonych – mój ostatni były (jakkolwiek źle to nie brzmi). Ostatnia i jedyna osoba (!) dla której porzuciłam celibat. To było masakrycznie dawno temu. Ledwo ów celibat zaczęłam w styczniu czy lutym a w marcu się on pojawił (po pewnych perypetiach z Kacprem związanych – boże, jak to było dawno temu!!!). W dzień kobiet albo w przededniu tegoż, już nie pamiętam. Ale się pojawił. I tak od słowa do słowa, po jakimś czasie byliśmy parą. To było coś. Intensywne, mocne, trudne, nowe przeżycie. Pamiętam to do dziś. Paweł niewiele się zmienił od tamtej pory. Mam na myśli fizycznie – schudł, to fakt. Ale poza tym nadal wygląda jak wtedy, moim zdaniem. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Byliśmy razem bardzo krótko – 2 miesiące. Ale wie się działo w tym czasie. Pochodziliśmy z dwóch różnych światów, dwóch różnych środowisk. Bawiliśmy się inaczej, byliśmy innymi ludźmi (nadal jesteśmy – ja próbuję robić „karierę” w naukach społecznych a on rzucił studia i jest międzynarodowej sławy modelką), co innego nas kręciło… Ale naprawdę miło to wszystko wspominam. Nawet ten dzień, kiedy mnie rzucił. To było w Tchibo Cafe – jeszcze zanim zaczęli tam sprzedawać ręczniki i tostery. Pamiętam nawet stolik, przy którym siedzieliśmy, gdy mówił mi, że chyba musimy się rozstać. Strasznie to zabawne, bo ja rzadko wspominam. Rzadko mam na to czas i ochotę. Zazwyczaj zamknięte rozdziały zostawiam za sobą i lecę dalej.
Marcinek to jeszcze inna story. O matko, jak on mi się podobał od samego początku! Bóg na ziemi. Adonis wcielony. Apollo XXI wieku. Cud. Dzieło sztuki. Nasze pierwsze spotkanie zakończyło się tak, że znienawidził mnie jeszcze bardziej niż mnie nie lubił przed poznaniem – ostrzegali go przede mną. Nadal zresztą tak robią, prawda? Ostrzegają ludzi przede mną. Że jestem straszna, zdradliwa, kłamliwa, wredna i nie wiem jaka tam jeszcze. Jakkolwiek. On wtedy też miał o mnie takie zdanie. Nie starałam się go zmienić – generalnie nie zależy mi na tym, co ludzie o mnie myślą. Nie pamiętam też jak to się stało, że zdanie o mnie zmienił. Bo chyba zmienił, prawda? :) Nie pamiętam jak to się stało, że się poznaliśmy jakoś nareszcie poza cześć-cześć. To w sumie nie jest chyba nawet takie istotne. Zazwyczaj jest tak, że jak już ktoś mnie pozna, to już nie pała do mnie niechęcią. Ważny dla mnie był moment chwilę po „sprawie z Dodą”, kiedy moja mama się dowiedziała o wszystkim, o tym że jestem transem i mieliśmy trudny czas. Pamiętam taką kolację z Marcinkiem w pizzerii (chyba Marzano?) przy Świętokrzyskiej, jeśli pamiętam dobrze, kiedy stwierdził, że jestem jedną z najbliższych mu osób. Chyba nigdy już nie usłyszałam od niego niczego milszego.
No, w każdym razie – z Pawłem i z Marcinkiem to zupełnie inne historie. Z pozostałą piątką (szóstką), co by nie mówić – podobne. To schemat, który zawsze się powtarza. Poznaję kogoś, jest jakaś tam fascynacja świeżością, nowością, nową osobą, potem lepsze poznanie – miłe spędzanie czasu. Jasne, czasem ci chłopcy nocowali u mnie. I wiem, że są osoby, które nie wierzą w mój celibat. I wcale mi to nie przeszkadza. Swoją drogą mówienie „ci chłopcy nocowali u mnie” źle brzmi. Nie chcę, żebyście myśleli, że traktuję Was tak samo – taśmowo. Nie, nie. Po prostu tak się zdarzyło, że część z Was spała ze mną w jednym łóżku (Adam, Filip, Dawid, Anatol, Grześ). Stało się też tak, że część z Was spała ze mną wiele razy. A jeszcze pewna część spała ze mną nago czy coś w ten deseń (Adam, Filip). Każdy z Was jest dla mnie kimś innym i wyjątkowym. Nawet fizycznie się różnicie. No, może poza tym, żeście wszyscy szczupli tak, że Wam zazdroszczę.
A wracając… Zazwyczaj jest tak, że po tej fascynacji, po tym poznawaniu, nadchodzi czas, gdy poznajecie lepiej moich znajomych. I z nimi znikacie potem z mojego horyzontu (Filip – z Grzesiem, Grześ – z Marcinkiem) a czasem z kimś, kogo nie znam (Adam, Dawid). I dobrze. O to chodzi.

Nie wiem po co piszę to wszystko. Chyba dlatego, żeby sobie powspominać – to raz. Żeby jeszcze raz to skontenerować – to dwa. Ale też żebyście wiedzieli, że o Was bardzo dobrze myślę i bardzo jestem Wam wdzięczna (jeśli Was to obchodzi) – to trzy.
A przy okazji myślę sobie, że chodzi też o to, żeby jednak próbować zamknąć pewien okres w moim życiu. Okres, który nazwę – czasem rozprężenia – gdy pozwalałam sobie na za dużo. Jak na mnie, ma się rozumieć. I chcę już przestać. O czym już zresztą pisałam.

No i Pasyw! Nie mogę nie napisać o Pasywie! Damian Madox – osoba przez dłuuuugi czas bardzo mi bliska. Nie pamiętam, ale jestem raczej pewna, że musieliśmy spać razem w jednym łóżku. Pewno nie raz. To ten chłopiec, którego podczas koncertu Sonique w Utopii prowadziłam na smyczy. Boże mój, to było z 5 lat temu. Damian odszedł od nas (nie, nie umarł!) jakieś 2 lata temu. Wtedy wszyscy żartowali, że Adam będzie nowym Pasywem. O ile pasywny jest, o tyle nasza relacja była zupełnie inna.
Ale Pasyw! Przez kilka lat (chyba mogę tak powiedzieć) był najbliższą mi osobą. Taką, że na maksa. Że cokolwiek, to zawsze. Przyjacielem chyba. Ej, nawet nie wiecie jak się wzruszam pisząc to. Tak, tak! Uwaga, Jej Perfekcyjność się wzrusza! Ring the alarm! ;) Chcę żebyś wiedział, Pasyw, że miałam w życiu może jedną bliższą mi od Ciebie osobę – to była moja przyjaciółka Ewa.

Dobra, wystarczy! Koniec wspominek. Czas wrócić do rzeczywistości.
Oraz: zobaczcie, ile zamieszania może spowodować 7 jajek. 7,5 tys. znaków wspominania i dziękowania.

***

A wracając do życia… W piątek zwykła czwórka u Gacka. Taka naprawdę zwyczajna, wracamy powoli do naszego rytmu normalnego. Co prawda ludzi się trochę zeszło, ale to raczej znajomi jego niż moi. Niemniej, było miło. Mimo tego, że na trzeźwo postanowiłam znieść noc. Wypiłam jeden drynk dosłownie na miejscu. Postanowiłem, że nie chcę akurat teraz pić wódki. No co? Może i dziwne, ale zdarza mi się.
I Glam na trzeźwo udało mi się znieść. Nie powiem, żeby to była najlepsza noc mojego życia, bo nie była. To miejsce trudno się znosi bez procentów we krwi, nie będę ukrywać. Ludzi trochę było. Piątek wolę w Glam, bo jest niższa średnia wieku. A, jak wiadomo, to jest JEDYNA rzecz, która mnie do tego klubu przyciąga. Było na tyle do zniesienia, że siedziałam do samego w zasadzie końca imprezy. To też dlatego, że znam obsługę i się z nimi mogę pobawić jak mnie reszta nudzi. Oni są zawsze trzeźwi, więc to ułatwia sprawę.

Mało spałam, bo wstałam żeby na Festiwal Nauki się wybrać. W Instytucie Socjologii UW Michał Łuczewski miał wystąpienie na temat reakcji po-smoleńskich. Cenię go jako naukowca. Lubię go jako osobę. Chciałam posłuchać. Jego tez, podciągnięta pod teorię Girarda jest naprawdę ciekawa. Poznałem ją już trochę w Centrum Myśli Jana Pawła II, chodząc do niego na zajęcia, ale dopiero chyba na tym wykładzie udało mi się to usłyszeć w całości i zrozumieć do końca o co mu chodzi. Najsłabszym dla mnie punktem – przepraszam za to niezrozumiałe wtrącenie – jest moment, w którym plemię dokonuje wyboru kozła ofiarnego, tj. osoby, na którą zostanie zrzucona wina. Ale tylko to. Reszta jest jasna. Sam Michał podczas wykładu wywołał mnie do odpowiedzi, gdy pojawiły się kontrowersje pewne. Ale emocje były tak duże, że nie udało mi się przekrzyczeć ludzi. Nie jest to w moim stylu. Jak ktoś nie chce mnie słuchać, nie musi. Denerwowało mnie tylko, że przerywają Michałowi i nie dają mu dokończyć. Krytykowanie jakiejś tezy zanim się usłyszy ostateczne argumenty za i przeciw jest bez sensu. A to właśnie robiła publiczność. Szkoda, szkoda. Ja chciałam posłuchać Michała do końca i wówczas mogłam wyrazić swoją wątpliwość. Wydaje mi się, że debata akademicka wymaga jednak takiego minimum.
Po debacie wybrałam się do Gacka. Wiedział, że wpadnę do niego na jakiś obiad czy coś. Ale nie przygotował się jakoś specjalnie. A wręcz: w ogóle się nie przygotował. Więc na szybko Mocar coś dla mnie przygotował. A Gacek trochę zdychał po minionej nocy. I w ogóle czuł się i wyglądał nie najlepiej. Ja zjadłam, pośmiałam się z nimi – jak zwykle – i poszłam do domu szykować imprezę.

Moje „7 lat w Warszawie” okazało się całkiem udanym wydarzeniem. Ludzi sporo, choć zawsze może być więcej. Miło spędziliśmy ten czas. Hitem okazały się losowo ukazujące się zdjęcia z imprez i fotoblo, które się na ścianie wyświetlały. Wszyscy zadzierali głowy, żeby zobaczyć wspomnienia, jakie się na nich kryją. A te 7 lat w Warszawie – o czym w sumie trochę wyżej napisałam – to masa, ale absolutna masa wspomnień, wydarzeń, ludzi, których już w moim życiu nie ma (a mnie w ich!). Potem dopiero pomyślałam, że jednak miło byłoby na takiej rocznicowej imprezie zobaczyć osoby, których już nie ma wokół mnie, a które kiedyś były. Może na 10lecie zaproszę wszystkich „społecznie martwych”? Mam taką nadzieję.

Pojechałam – w przeciwieństwie do większości gości, którzy ode mnie wyszli – do Sqandal Baru. Z Gackiem, Damianem.be i jego Kubą. Było miło. Chyba głównie dlatego, że byłam lekko jednak dziabnięta, spotkałam Królową, ładnego barmana Krzysia oraz generalnie miałam dobry humor. Reszta bawiła się średnio, więc po wypiciu jednego czy dwóch Hennessy, zbieraliśmy się do wyjścia. Szkoda, że tak krótko. Było naprawdę fajnie, choć ludzi było w sumie niewiele, w porównaniu z tym, co widywałam tam wcześniej.
Przenieśliśmy się do Glam. Miałam ładne wejście, więc się cieszę. Miałam na sobie też bardzo ładne legginsy, więc na koniec imprezy siedziałam na barze, żeby je śmiało pokazać ;) Wiem, rzadko robię takie rzeczy, ale miałam humor na szaloną zabawę. Wracałam z Pawłem mieszkającym koło mnie. Wysiedliśmy z taxi jednak na tyle wcześnie, żeby kebaba zjeść i przejść się ze dwa przystanki do mnie. Poprosiłam go o odprowadzenie mnie pod blok, tym bardziej, że on mieszka nieco dalej. Zgodził się, to miłe z jego strony.

Niedziela minęła mi na pracy z komputerem. Dużo, dużo pisania. Ale trzeba, jeśli się chce coś zarobić, co nie?

Poniedziałek i wtorek były dość podobne. W sensie, że znów musiałam zająć się pisaniem jakiś rzeczy zleconych. Jedynym zaś urozmaiceniem środy była pompka do roweru, która dotarła. Nie wiem w sumie ile na tym rowerze w tym roku pojeździłam, ale cieszę się, że go mam. Uważam, że pomysł z zakupieniem go był naprawdę dobry. I cieszę się, że nadal jeszcze czasami mogę nim jeździć. Problem będzie niedługo, kiedy przyjdzie go schować na jakiś czas do piwnicy. Bo klucza do piwnicy chyba nie mamy. Chyba kiedyś gdzieś był, ale nikt nie wie gdzie jest. I czy na pewno był. Więc przyjdzie nam niezłe przejścia mieć z tym wszystkim… Na razie odsuwam w czasie ten moment, bo uważam, że nadal jeszcze bywa pogoda taka, że można na rower wsiadać. Okej, jest zimno, ale co z tego? Przecież nie muszę jeździć na nim w krótkich spodenkach, prawda? (tym bardziej, że takowych w ogóle nie noszę przecież) Więc czekamy na zimę. Albo i nie.

W czwartek wydarzyło się więcej. Udało mi się w zasadzie z dnia na dzień umówić do fryzjera. To jednak plus wakacji, że nie ma żadnych zajęć, któreby mnie na sztywno wmontowywały w jakieś ograniczenia czasowe. Chcę iść do fryzjera na 9:00 rano? Proszę bardzo! Chcę iść na 16:30? Nie ma sprawy. Eh, czasem żałuję, że zaczynam te kolejne studia, naprawdę.
Byłam też w zaprzyjaźnionej firmie (nie na rowerze, bo przez Trasę Łazienkowską nie da się za bardzo przejechać jakoś rozsądnie), oddałam rzutnik, który przetrzymałam jakiś czas… Ale śmieszne było to, że gdy dotarłam i zostawiałam, w środku zastałam szefa firmy rozmawiającego z gościem. A gościem tym była jedna znajoma-dawniej-z-widzenia ciota. Dla mnie z widzenia, dla znajomych chyba bliżej raczej. Zawsze mnie takie sytuacje bawią. Świat jest mały.
A na deser miłe spotkanie w kinie. Z miłymi ustaleniami. Wszystko fajnie poszło, jeszcze bilety do kina dostałam na dowolny seans :)

Karta! Dotarła karta do mnie! I to z funkcją PayWave. Czyli to samo co w Mastercardach PayPass. Że mogę bezstykowo płacić. Szkoda, że to jeszcze mało popularne. Wiem, że we wszystkich McDonald’sach można tak płacić, ale akurat tam mnie dawno nie było i raczej długo moja noga tam jeszcze nie postanie. Dieta, dieta, dieta! Niemniej, karta jest. I mogę nareszcie swobodnie gotówką obracać. Nie to, żebym miała jej w nadmiarze jakoś.. Ale jednak, coś tam mam przecież, za coś żyję :)

W piątek stała się też jedna smutna rzecz. Gacek miał jechać w sobotę na wieczór panieński do Poznania (przebrany za kobietę), więc się u niego zbiforowaliśmy dzień wcześniej, coby pożegnać go i powodzenia mu życzyć. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że… Gacek nie wyszedł potem do klubu. Stwierdził, że nie, że skoro jutro jedzie, to nie pójdzie. Masakra jakaś. Nie mogłam w to uwierzyć. Oczywiście, awanturę w tej sprawie zrobiłam potem, po kilku dniach, bez ludzi. Bo uważam to za zachowanie skandaliczne. Nie chodzi o to, że ja idę bez niego czy coś. No, przecież sobie poradzę. Ale chodzi o to, że nie wolno nie chodzić na imprezy. To skandaliczne zachowanie. Nigdy nie odmawiamy pójścia na imprezę! Niech dzień 23 września 2011 będzie zatem zapisany w kalendarzu jako przestroga.
My zaś wybraliśmy się do Glam. Było spokojnie, bo na sobotę zapowiedziano koncert Urszuli. Więc się ludzie raczej szykowali na kolejny dzień. Niemniej, było miło. Dość trzeźwo spędziłam tę noc, co nie zdarza mi się często. I też w zasadzie raz, że nie miałam ochoty się nakurwić jakoś specjalnie, a dwa że czekał mnie ciężki dzień!

Odebrałam w sobotę wcześnie (koło 12 jakoś?) z dworca centralnego Gośkę i Martę, czyli matkę i córkę, u których sypiam zawsze w Łodzi jak jestem. To ich pierwsza od dawna wspólna wizyta w Warszawie dłuższa niż tylko postój na stacji PKP. Więc fajnie, że skorzystały z mojej skromnej gościny i że mogliśmy razem spędzić trochę czasu. W ciągu dnia – spacery, jakaś kawa, obiad, ogród BUWu… takie tam sympatyczne rzeczy drobne. Dawno nie byłam na Starym Mieście w ciągu dnia – one, jako turystyki, zaliczyć chciały. Więc zaliczyliśmy. Było naprawdę zabawnie, choć spor spacerowaliśmy w sumie. A ja wyspana raczej średnio po powrocie do domu nad ranem ;) Wieczorem dziewczyny przebrały się u mnie i pojechały na „Les Miserables” do Romy. To zresztą był główny cel ich wizyty. Bilety ze dwa miesiące wcześniej rezerwowały… W sumie zabawnie było jak weszłyśmy do Meliny, pokazuję im całe mieszkanie, oprowadzam… i chcę wejść do pokoju Michałów a okazuje się, że Michał tam nadal jest! I to nie sam! A ja na pełnej kurwie otwieram i wchodzę. Śmiesznie. Dobrze, że nie wpadliśmy z pół godziny wcześniej ;)
Dziewczyny pojechały, ja ogarnęłam coś niecoś rzeczywistość, przebrałam się też i pojechaliśmy w noc. Najpierw do Sqandal Baru. Tam jakaś noc Hennessy chyba, więc śmiesznie. Porobiły sobie zdjęcia z półnagimi hostami, pośmiały się. Coś wypiliśmy, poznały managera, pogadały… Sympatycznie dość. Ale trzeba nam było spadać do Glam. Obiecałam, że 1) Gośce pokażę koncert Urszuli, 2) Marcie pokażę najbardziej oblegany klub gejowsko-lesbijski z Warszawie, 3) dla gaylife.pl zrobię rozmowę z Urszulą. Ostatecznie tylko trzeci punkt się nie udał, bo tam jakieś nieporozumienia z managerem gwiazdy były. Łorewa, nie zależało mi jakoś specjalnie. Gośka i Marta w klubie czuły się… średnio. Rozumiem to. Pamiętam swoje pierwsze wrażenia z Glamu. To nie jest łatwe przeżycie. Niemniej, posiedziały, poszły na zewnątrz (Gośka chciała zapalić) i… stwierdziły, że chcą do domu. A była jakoś 2:00! Ustaliłyśmy, że pojadą same (łóżka miały już gotowe!) a że ja wrócę rano i mi otworzą. Tak też się stało. Gdy wróciłam koło 6:00, nie czekałam nawet 20 sekund na otwarcie drzwi. Dzielne są!

W niedzielę wstały dość wcześnie. Ja też dałam radę. Wstałam, pojechaliśmy jeszcze na jakiś spacer i na dobre jedzenie. Tym razem Flow sprawdziliśmy. Było całkiem okej, ale Frida lepsza. Zdecydowanie. Musiałem się zerwać z kawy poobiedniej, żeby lecieć… na piknik. Marcinek palnął jakiś czas temu coś pół-żartem, pół-serio, włączyliśmy w to Paulinę i tak się to zaczęło. Zorganizowaliśmy piknik w Warszawie. Park Skaryszewski okazał się miejscem polecanym przez nich, ja przystałam na to. Nie znam parków w Warszawie w ogóle. Każdy coś tam ogarnął, przynieśliśmy coś i był piknik. Marcinek jest uzależniony od jedzenia, Paulina od trawy a ja od wódki. I to jest okej, żyjemy z tym dalej. Marcin tyje, Paulina potrzebuje a ja się najebuję. Bawiliśmy się chyba dobrze całkiem. Tym bardziej, że Marcinek – odpowiedzialny był za napoje – przyniósł tylko rzeczy z alkoholem. Więc nie było wyboru. Inna sprawa, że je sprytnie poprzelewał i tak dalej, więc nie było problemu z piciem. Niemniej, trzeźwa do domu nie wróciłam…

O ile poniedziałek był jeszcze w miarę spokojny (co nie znaczy, że nie pracowity!!!), bo spędziłam go prawie w całości na pisaniu to już wtorek był trudniejszy. Zaczęło się od inauguracji roku akademickiego dla studentów I stopnia w Instytucie Socjologii UW. Wpadłam na to, bo miałam nadzieję na ciekawy wykład inauguracyjny. Trochę się, niestety, zawiodłam. Było średnio. Sama uroczystość… jak bez roku, bez niespodzianek. No, może poza tym, że zawsze są nowi ludzie i miło na ich nieskażone zazwyczaj akademickimi negatywami twarze spojrzeć. Oczywiście, byli też ładni chłopcy. Nieliczni, ale jednak. Jeden zwłaszcza ładny, ale to na przyszłość. Podczas wręczania indeksów usłyszałam jak ma na imię. Wygooglałam go na facebooku i okazało się, że mamy dwójkę wspólnych znajomych (on i moje fake’owe konto) – samorządowca z socjologii i taką jedną ciotę-modelkę :) Więc wszystko jasne.
Potem jeszcze szybko do sekretariatu skoczyłam, złożyć ostatni podpis pod dokumentami rekrutacyjnymi (zakończyliśmy działalność!) i mogłam lecieć dalej – na spotkanie w sprawie Parady Równości.

Wtedy właśnie zapadły kluczowe decyzje. Że chcemy jednak powołać Fundację Wolontariusze Równości. Że trasa będzie zupełnie inna niż zwykle. Że pracujemy na całego już teraz. Że podajemy datę i godzinę. Że zbieramy Komitet Organizacyjny i Komitet Honorowy od nowa. I wiele, wiele innych. Planów mamy mnóstwo. Ja się obawiam, że nie wystarczy na nie czasu i energii. Że znów Parada Równości będzie robiona przez 3-4 osoby. Jasne, da się. Ale to zdecydowanie za mało, żeby wyszło z tego Coś Naprawdę Wielkiego. A plany takie właśnie są… Eh, no trudno. Będziemy próbować – to pewne.
Wracałam do domu (po drodze odbierając ulubione spodnie uratowane przed wyrzuceniem przez drogą krawcową osiedlową), bo wiedziałam, że czeka mnie telefon z Dzień Dobry TVN. Zaprosić mnie chcieli, więc najpierw rozmowa przez telefon. Zawsze tak jest. Miła rozmowa, konkretna. A potem… pisanie do nocy :)

W środę zaliczyłam rano Carrefour nareszcie (czasem nie mam czasu iść i zapasu jogurtów uzupełnić…), potem widziałam się z Jackiem Kochanowskim. Ważne dla mnie spotkanie. Naprawdę. Bo chyba udało mi się znaleźć pewną perspektywę, która może być tą, jaką przyjmę w doktoracie. Co prawda gadaliśmy przez tę godzinkę o wielu rzeczach, ale to był główny cel. Chyba mi się udało. A imię jego – performance studies.
Musiałam, po krótkiej wizycie w sprawie Parady Równości, wracać do domu do garów. Zaprosiłam Gasięsprykę na zupę cebulową. Obiecałam jej po tym, jak odwołałam przyjście do niej na dziczyznę przez możliwość pojawienia się Marcinka z osobą towarzyszącą. Zrobiłam cebulową (ponoć najlepszą na świecie) i naleśniki w różnych smakach na deser. Czy tam na drugie danie. Gasiaspyrka zadowolona :) Przyniosła mi w prezencie dyniowy dżem własnej produkcji. To strasznie miłe z jej strony – że jest taką panią domu w stylu „Desperate Housewives”. To w niej wszyscy cenimy, zdecydowanie. Mimo tego, że jej hobby to rozbijanie małżeństw (pierwsza sprawa sądowa bez rozwodu, kolejna za 3 miesiące).
Po Gasispyrce przyszła do mnie Paulina. Zaczęliśmy rozmawiać na temat Tygodnia Równości. Bo to czas myśleć jak to zrobić, co zaproponować, jak ulepszyć, jak się za to zabrać. Więc Paulina też się na zupę i naleśniki załapała :)

W czwartek rano – Dzień Dobry TVN. Wszystko fajnie, miło – spotkanie z Anią Grodzką (była drugim gościem, a spotkanie dotyczyło możliwości nieokreślania płci w australijskim paszporcie) to zawsze fajna rzecz. I w zasadzie podobałoby mi się do końca, gdyby nie to, że uparli się podpisywać mnie i mówić do mnie imieniem z dowodu. Ja wiem, wiem… to mój pierwszy raz w DDTVN, więc na razie im wybaczam. W Pytaniu Na Śniadanie TVP2 też mnie początkowo nie słuchali. A teraz już podpisują mnie właściwie. Powalczę o to i w TVN, bez obaw ;) Dobrze wyszłam chyba.
Cały dzień zapowiadał się intensywnie i taki też był. Znów musiałam do Instytutu Socjologii UW wpaść, żeby tylko jakieś dokumenty rekrutacyjne podpisać. Choć to miłe i zaszczytne być w komisji rekrutacyjnej, to jednak to wpadanie na 30 sekund jest dość zabawne czasem. Raz tylko nie udało mi się wpaść – nie ma mojego podpisu tylko pod jednym dokumentem (nie musi być). Więc myślę, że całkiem nieźle wywiązuję się z obowiązków.

Tego dnia na UW spędziłam potem jeszcze trochę czasu. Posiedzenie Uczelnianej Komisji Wyborczej Samorządu Studentów UW, która już za kilka dni ma stać się Komisją Wyborczą Samorządu Studentów UW, w związku z czym musi uchwalić nowy regulamin. A to mnie interesuje. Wpadłam, by zobaczyć, co wykombinowali. I słusznie, bo okazało się, że jest co poprawiać. Poza uwagami natury, że tak powiem, ideologicznej, było też kilka innych. Zdziwiło mnie, że poparł mnie w większości spraw aktualny Marszałek Parlamentu Studentów UW. Fakt, że kiedyś powiedział publicznie, że mnie bardzo ceni i w ogóle… ale rzadko się w sumie zgadzamy w kwestiach ideologiczno-samorządowych. Więc pozytywne zaskoczenie. Posiedzenie potrwało ze dwie godziny. Nie wszystko udało mi się przeforsować (nie jestem formalnie nawet członkiem komisji), ale i tak uważam, że jest lepiej niż było w projekcie.
A po posiedzeniu wpadłam do Gacka. Obiecał, że zrobi obiad. Oczywiście, nie zrobił. Jest starą grubą ciotą, więc mu się nie chciało :) Na szczęście Mocar uratował honor domu i coś na szybko przygotował. Coś bardzo kalorycznego w sumie… no, ale niech stracę. Głodna byłam po całym dniu latania, więc się zgodziłam i zjadłam, cokolwiek mi dali.
W domu wieczorem (pierwszy raz jechałam po ciemku rowerem!) miałam zająć się zarabianiem pieniędzy… Ale stało się coś nieprzewidywanego. Wpadł Marcinek, żeby odebrać blachę swoją do ciasta. Wpadł nie sam, bo ze znajomym, którego kojarzę z przeszłości oraz trochę z jego opowieści. Na żywo spotkanie. I namawiali, namawiali… i namówili. Na wódkę. A że to bardzo blisko, bo jakieś 400 m od mojego bloku, tym łatwiej było mnie przekonać. Poszłam z nimi pić. Ponieważ oni pić zaczęli już wcześniej, byli zdecydowanie bardziej pijani, gdy kończyliśmy. Zwłaszcza Bartek – ten znajomy Marcinka. Zrozumiałe. Poza tym piliśmy szotami, za czym nie przepadam w sumie. No, ale czego się nie robi od czasu do czasu.

Czy mówiłam już, że uwielbiam być młoda, nie mieć śmiertelnie poważnych zobowiązań i bawić się, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota?
Więc uwielbiam.

W piątek zaczęła się szkoła. Może nie do końca, ale do Ośrodka Studiów Amerykańskich UW (OSA UW) dotarłam. Szkolenie biblioteczne + spotkanie z dyrekcją. Fajna sprawa, bo takie spotkania ułatwiają odnalezienie się w rzeczywistości akademickiej. Może mnie to mniej potrzebne, ale zjawiłam się dzielnie, coby popatrzeć na nowych kolegów i nowe koleżanki. Chociaż, nie ukrywajmy – głównie na nowych kolegów. I coś tam wypatrzyłam, nie powiem. Jest kilku niegrzecznych i nie koniecznie ładnych chłopców. Jest kilku cichych i niebrzydkich. Jest kilka lekko egzaltowanych ciot. Są też chłopcy po prostu piękni i swojego piękna nieświadomi. A wiadomo, że to jest najbardziej pociągające…
Miło być na pierwszym roku.

Poza tym, że znów pół dnia przy komputerze spędziłam, wybrałam się na posiedzenie Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2012. Maszyna ruszyła. Parada Równości 2012 przejdzie trasą: Sejm RP – ul. Wiejska – Al. Ujazdowskie – ul. Książęca – ul. L. Kruczkowskiego – ul. Tamka – ul. Świętokrzyska – ul. Nowy Świat – ul. Krakowskie Przedmieście – ul. Miodowa – ul. Senatorska – pl. Teatralny. Plusem zmiany trasy ma być ominięcie trakcji tramwajowych, o co prosili przedstawiciele urzędów i biur miasta. Dzięki temu będzie nie tylko bezpieczniej, ale i będzie można przygotować platformy wyższe niż ubiegłoroczne. Przedstawiciele organizatorów są w kontakcie z policją i władzami miasta – pierwsze spotkania i ustalenia pozwoliły na szybkie ogłoszenie terminu i trasy Parady Równości 2012. Do końca roku zamknięty ma być skład Komitetu Honorowego Parady Równości 2012, do którego zaproszenia kierowane będą od poniedziałku. Ubiegłoroczny Komitet Honorowy liczył 24 osoby. Do końca miesiąca trwa konkurs na hasło Parady Równości. Bierzcie udział, bo do wygrania 500 zł! :)

Piątkowy wieczór zapowiadał się średnio. Nic się nie dzieje. Gacka nie ma, bo wyjechał do Szczecina na ślub. Michał zorganizował w pokoju obok b4. Mało ludzi potwierdziło przybycie, więc się obraził na świat i stwierdził, że więcej imprez robić nie będzie. No, trudno. Do mnie w ostatniej chwili wpadli Damian.be ze swoim Kubą. Zmusili mnie do picia wódki. Bo naprawdę nie chciałam. Tak, zdarza mi się, że nie chcę!
Trochę się pośmialiśmy i w ogóle, a potem ruszyliśmy do Glam. No, trudno. Tam też za wiele się nie działo. Jasne, było ze dwóch naprawdę ślicznych chłopców… ale to niewielka w sumie atrakcja. Przecież ładni chłopcy są na ulicach w tuzinach dostępni. Niemniej, podziwianie ich musiało mi wystarczyć za atrakcję wieczoru. Jasne, trochę się z Damianem.be i Kubą pokręciłam, ale oni coś nie za bardzo i szybko się zmyli. W takich chwilach jeszcze bardziej cenię znajomości z barmanami. Przynajmniej wiem, że na pewno będą na miejscu i że będą trzeźwi. Że będzie z kim pogadać, powygłupiać się czy coś. Zapamiętajcie: niedobrze jest podpaść barmanowi.

Sobota była nieco ciekawsza. W sensie, że wieczór. Bo w ciągu dnia po tygodniu pełnym pisania, pisania, pisania, postanowiłam odpocząć. Spałam, oglądałam „Gotowe na wszystko” i takie tam marnowanie czasu. Wieczorem Marcinek mnie zawołał na urodziny takiego Damiana w centrum. Wpadłam na chwilkę, bo jednak tego Damiana trochę znam a poza tym – czemu nie. Więc tam jakiegoś drynka chyba wypiłam ale zaraz chciałam się zbierać. Do Sqandal Baru. Okazało się, że tam sporo ludzi tego wieczoru. Było miło. Hennessy miał znów promocję, więc czegoś dobrego się napiłam. Tym razem jednak długo tam też nie mogłam siedzieć… Wybrałam się do Opery, gdzie Marcinek mnie już opuścił. Chciał do domu czy gdzieś tam. Ja się dobrze pobawiłam jeszcze, poskakałam chwilkę. Monky grał. Miałam na Operę przewidziany jakiś-tam czas i mniej więcej tyle tam spędziłam. Na barze nadal Kamilek (ten, co kiedyś w Utopii…) pracuje, więc nie musiałam na drynk długo czekać. Miło go zobaczyć i widzieć, że się nadal dobrze trzyma. Ma ten swój chłopięcy urok niezmiennie. Nie pakuje dalej, nie rozrasta się. I całe szczęście.
Pojechałam potem do Galerii. Teoretycznie na chwilkę, żeby Michasia odwiedzić w jego pracy. Ludzi malutko, Michaś lekko znudzony. Plusem byli dwaj ładni chłopcy. Jeden bardzo młody (Kamil), drugi już pełnoletni (Tomek). Przyjaciele. Śliczni, bez dwóch zdań. Rozmowa z nimi sprawiła, że zostałam dłużej i już nie jechałam dalej. Miałam chyba w planach Glam, ale darowałam sobie. Chłopcy sympatyczni bardzo.

Niedziela minęła na czytaniu, pisaniu jakiś pierdów… Ot, takie tam. Opierdalanie się, nie ma co udawać. No, ale od tego jest niedziela, prawda?
Tym bardziej, że czekałam na poniedziałek. Wracam do szkoły przecież! Rano inauguracja roku oficjalna. Jest Jej Magnificencja, jest Jego Ekscelencja, więc jest i Jej Perfekcyjność. Było miło, dość uroczyście. Potem miałam ponad godzinkę wolnego, spędziłam ją na rozmowie z Michałem G., działaczem samorządowym. W końcu jakoś trzeba samorząd na OSA UW ogarnąć, prawda? Nie zauważyłam jak ten czas minął i nadeszła pora pierwszych zajęć. Dobrze trafiłam wykład History of Philosophy prowadzi dość młody Amerykanin. Jest okej, ma fajny luz w sobie i widać to jak prowadzi zajęcia. Nie będę narzekać.
Potem pierwsze i jedyne ćwiczenia – Academic Writing. Zapowiada się to dość obiecująco. Widać, że kładą w OSA dużo nacisk na tę umiejętność. Zabawne, bo jak mieliśmy pierwsze zadanie podczas ćwiczeń (napisanie jednego akapitu na banalny temat), to prowadzący stwierdził, że mam doskonałe wyczucie akapitu w kontekście całego tekstu, że kompozycyjnie to dobrze brzmi. Gdyby wiedział ile ja w życiu już napisałam… Co prawda po polsku, ale jednak…

Wieczorem zaliczyłam jeszcze z Michasiem inaugurację roku w Collegium Civitas. Było okej. Sala za duszna na taką liczbę ludzi, ale widać, że CC coraz bardziej liczy się na rynku uczelni społecznych. Ja zjawiłam się tam głównie dla wykładu Baumana. Pomijając fakt, że ciężko było mi wytrzymać z powodu braku powietrza, to wykład był okej. Bez rewelacji. Widać było, że prof. Bauman ma wiele do powiedzenia a czasu mało i przez to wszystko takie niedopełnione jest, może trochę chaotyczne nawet (co w zasadzie u niego się chyba nie zdarza?). W każdym razie był to pierwszy mój kontakt z osobą, która radykalnie zmieniła moje życie. Ja właśnie dzięki niemu zrozumiałam co to jest postmodernizm i późna nowoczesność. I dzięki temu żyje mi się dużo, dużo łatwiej. Za to będę mu na pewno dozgonnie wdzięczna.
Potem było wino i skromny poczęstunek. Było miło, spotkałam kilkoro znajomych wykładowców, w tym ważną dla mnie osobę – pewną panią doktor z SGH, która pokazała mi analizę dyskursu. W sensie, że to u niej na zajęciach się nauczyłam tego i ona mnie zapaliła jakoś do tej metody. Potem przecież magisterkę w ten sposób pisałam jedną :) Więc jestem jej też wdzięczna.
W drodze do domu wyciągnęłam Michasia na zakupy do Carrefoura. I oczywiście było nie bez przygód. Urwała mi się torba w drodze do domu… Eh, szkoda gadać. Dobrze, że potem już nie musiałam nigdzie wychodzić i mogłam odpocząć oglądając „Gotowe…”.

Wtorek oznaczał trzy wykłady na OSA. Dzieciaki nie rozumieją, że sukces każdego wykładu zależy od otwartych okien. Ich liczba jest wprost proporcjonalna do możliwości wytrwania wykładu w ogóle. Więc na razie nie otwierają ich, ale się nauczą. Same zajęcia – niezłe w sumie. Miło słucha się rodowitych Anglosasów. Przyda mi się, bo to daje ciągły kontakt z językiem. W zasadzie amerykanistyka – choć to studia kulturoznawcze w zasadzie – to tak naprawdę studia okołofilologiczne przez ten język obcy. Dobre to jest. Minusem wtorku jest to, że zajęcia są na 8:00.
Popołudnie też zabiegane. Najpierw spotkanie w sprawie publikacji pokonferencyjnej. Dość miłe, choć zaczęło się od mojego dialogu z koleżanką M:
- Cześć!
- O, cześć Jej!
- Miło Cię widzieć po przerwie.
- Nom. Przytyłaś, rzeczywiście.
Ha, ha, bardzo śmieszne. Wiem. Ale potem już było lepiej i poszło gładko w zasadzie. Wszystko ogarnięte. Więc po spotkaniu zaliczyłam ISNS, gdzie Jacek Kochanowski zostawił dla mnie teksty bardzo ciekawe. Po naszym spotkaniu pracuję nad perspektywą doktoratu – więc dał mi rzeczy, które rzeczywiście mi się przydadzą. Performance studies. Brzmi okej, coraz bardziej się przekonuję. Czeka mnie przede wszystkim literatura metodologiczna. A to lubię.

Potem spotkanie Queer UW. Mało liczne, niestety. Ale mam nadzieję, że kolejne będą okej. Niemniej, ustalona strategia na rekrutację nowych osób. Plakaty, informacje, Facebook. Dość standardowo może, ale przy odpowiednim wykorzystaniu (a nie po prostu wykorzystaniu) można z tego wiele wyciągnąć. Więc będzie dobrze, mam nadzieję. Jakieś wstępne plany, dyskusje… coś zaczyna się dziać. Prawdę mówiąc, mam sporo energii i jestem gotowa na pracę, więc mam nadzieję, że rąk nam do niej przybędzie.

Środa minęła pod znakiem konferencji prasowej Parady Równości 2012. Wszystko podane: trasa, data. Jest dobrze. Ruszamy mocno z kopyta, to ważne. Bo rok temu popełniliśmy ten błąd, że za dużo czasu zajęły nam duperele. Teraz tak nie będzie. Jesteśmy na dobrej fali wznoszącej :)

Czwartek to dzień zajęć na OSA. Pierwsze dwa wykłady zapowiadały się okej. American Cinema nie może być nudne, prawda? A jednak. Było. Potem wstęp do antropologii i socjologii. Czyli w zasadzie mój temat, moja pasja. Ale… bardzo źle, bardzo źle. Zaskoczyło mnie to, bo na tle tych dwóch pierwszych (na American Cinema stwierdziłam, że idę spać i spałam na siedząco) wykład „History of US” okazał się naprawdę porywający. A to historia! No, trudno. Postanowione: na te dwa pierwsze chodzić na pewno nie będę. Trudno, niech się dzieje co chce. Poza tym na American Cinema pani prowadząca stwierdziła, że nie można używać komputerów i innych takich urządzeń. A ja notuję na iPadzie, więc tym bardziej odpada.
Po południu udaliśmy się z Łukaszem na spotkanie w Ratuszu. Miało być coś na temat strategii Warszawa Różnorodna, ale okazało się, że nie ma prezentacji żadnej tylko jest wręczenie podziękowań. Nuda. Nie na tym nam zależało. Wyszliśmy jak tylko się małe zamieszanie zrobiło.

W piątek spędziłam kilka owocnych godzin w nowej firmie, z którą współpracuję. No co? Jakoś dorabiać muszę!
A wieczorem – czwórka u Gacka. Spokojna w sumie. Choć zaczynam zauważać, że coraz mniej odpowiada mi towarzystwo tam. Nie to, że coś do nich mam. Nie, nie, są spoko. Ale ja chcę młodszych ludzi. Wolę słuchać o ich problemach z panią od matmy niż o tym jak się kłócą z szefową o podwyżkę. Rozumiecie, co mam na myśli? Wiem, że Gacek woli starszych konwersacje i to jest okej. Ale ja myślę o tym jak się powoli od tego uwalniać. Muszę znaleźć trochę inne towarzystwo. Problem jest taki, że mam wrażenie, że nadal tylko Melina i Ordynacka Palace Residence organizują bifory. A reszta dzieciaków się zbiera przypadkowo w 2-4 osobowych grupkach i potem do Glamu się przemieszcza. Nie podoba mi się to, zdecydowanie. Myślę nad tym. Zmienię to.
Bawiłam się w Glam. Znów to powiem: w piątki jest tam niska średnia wieku, która mi odpowiada. W soboty jest gorzej, dlatego w soboty nie muszę się tam zjawiać. Poskakałam dość długo. Wyszłam uboższa o za dużo kasy, jak zawsze. Żeby się dobić (i ponieważ trzeźwa nie byłam…) zaliczyłam jeszcze kebaba koło Glam. No, trudno, stało się. Był dobry w każdym razie.

W sobotę bifor też u Gacka. Tym razem urodzinowy. Paulina, z którą w zasadzie dzieli pokój (to jego była dziewczyna – tak, Gacek jest pedałem) obchodziła rocznicę przyjścia na świat. Skromna impreza w niewielkim gronie najbliższych znajomych. Było sympatycznie. Znów nie za bardzo miałam ochotę na picie, ale znów mnie zmusili. Nie wiem, czy moi znajomi nie rozumieją, ale jak mówię, że nie chcę, to myślą chyba, że żartuję albo z przekory tak mówię. Nie, nie z przekory. Mówię tak dlatego, że naprawdę nie chcę.
Stanowcza byłam jednak wobec tego, że nie chcę iść do Glam, tylko do Toro. Ja wiem, że Toro to nie najlepsze miejsce na świecie… ale czasem mam po prostu dość Glam. A alternatyw innych brak w zasadzie. Więc Toro. Problem polegał na tym, że tam było… no, średnio. Nawet jak na Toro było średnio. Więc po kilku drynkach stwierdziłam, że jednak do Glam na chwilkę wpadnę. Mea culpa, naprawdę. Nie chciałam, ale nie było wyjścia. Przynajmniej miałam pewność, że przy Żurawiej trochę więcej ludzi będzie.

Co do imprez… nic się nie dzieje. Naprawdę, jest źle. Nie ma gwiazd, nie ma wydarzeń. W kółko to samo. Dlatego ugrzęźliśmy w tych samych klubach co tydzień. Bo nie ma sensu iść gdzie indziej. Nic się nie dzieje. Jest to bardzo smutne. Dlatego, że październik zawsze był tradycyjnie miesiącem, gdy działo się bardzo wiele. Urodziny większości klubów. Narodziny wielu klubów. Życie, szaleństwo (jeszcze) braku obowiązków na studiach… A teraz? Posucha. Nic.
Jestem trochę podłamana.

A potem przyszła wyborcza niedziela. Oczywiście, że poszłam głosować. Nadal uważam, że to zaszczyt, że mogę uczestniczyć w procesie wyborczym. Cieszę się, że dane jest mi głosować. I korzystam z tego prawa najlepiej jak potrafię. Koło 20:00 Michał zmobilizował mnie do ruszenia dupy z domu nareszcie. To swoją drogą dość zabawne. Komisję wyborczą mamy po drugiej stronie ulicy. Dojście tam zajmuje nam jakieś 30 sekund. Plus 30 sekund na powrót i, powiedzmy, 2 min na miejscu. Ale musiałam się wykąpać, ładnie ubrać, umalować. No, wiadomo przecież. To odświętny dzień i uroczystość nie byle jaka.
Na miejscu spędziliśmy też więcej czasu jednak. Bo ja wzięłam wszystkie kolorowe długopisy i markery. Wiadomo, że wybory to dla mnie czas ekspresji. Karty wyborcze sumiennie pokreśliłam, pomazałam, dopisałam wiele rzeczy w różnych miejscach… Tak, jako wyborca, mam do tego prawo. I z tego prawa korzystam. Tak samo jak z prawa do dopisania Paris Hilton na karcie wyborczej w wyborach do Sejmu RP i Justynę Kociołek na karcie wyborczej w wyborach do Senatu RP. I zawsze Was do tego namawiam. Liczba głosów nieważnych w mojej obwodowej komisji wyborczej – 15. W komisji mojej mamy – 38. To znaczy, że tyle osób oddało głosy nieważne. Jasne, część niecelowo. Ale nie przesadzajmy. Dlatego uważam, że część z nich to akty politycznej ekspresji. Każdy nieważny głos to jak pokazanie środkowego palca wszystkim kandydującym. Uważam, że na to zasłużyli i zasłużyły. Bo choć uważam, że było kilka rozsądnych osób (Sendecka, Kalisz, Gadzinowski, Nowicka, Palikot i jeszcze kilkoro innych) to uważam, że żadne z nich na mój głos nie zasłużyło. I tyle. Namawiam Was, żebyście to samo zrobili przy kolejnych wyborach jeśli nie wiecie na kogo głosować.
I pamiętajcie, że dla mnie głosowanie to nie takie hej-siup. Ja muszę wystawić zaświadczenie mamie, że upoważniam ją do odebrania zaświadczenia mojego. Ona idzie z tym do Urzędu Miasta, odbiera tam dla mnie zaświadczenie o prawie do głosowania poza miejscem mieszkania, wysyła do mnie i dopiero z tym mogę iść głosować. Więc, jak widzicie, jest z tym trochę zabawy. Ale warto.

Kolejny poniedziałek, kolejne sprawy społeczne. Ja właśnie tak definiuję działalność społeczna. To jest wszystko to, co robisz za darmo, gdy twoi koledzy i koleżanki śpią, bo mogą. I tak właśnie było w poniedziałek. Rano wybrałam się na UW, żeby ogarnąć rzeczy plakatowe. Skoro mamy ruszyć w tym tygodniu i z warsztatami dziennikarskimi i ze spotkaniami na temat Queer UW, to trzeba działać. Wydrukowałam, co trzeba, porozwieszałam, porozdzielałam i mogłam jechać na zajęcia na OSA UW. Potem z kolei, już po zajęciach, zaliczyłam BUW. Skoro bowiem mam prowadzić translatorium w drugim semestrze w IS UW, to chciałam poczytać jeszcze więcej na ten temat. Mam dwie dobre książki, może coś polecę studentom i studentkom z tego. Wydaje się, że zadanie, jakie przed nami stoi, nie jest łatwe. Ale damy radę!
A na sam koniec miałam jeszcze spotkanie informacyjne na temat warsztatów dziennikarskich na socjologii. Miło, choć zawsze może być nas więcej ;) Niemniej, chętne i chętni są, więc mam nadzieję, że coś się z tego urodzi. Będę się starać, żeby tak się stało. Na razie były tylko wstępne informacje i teraz wybieranie terminu pasującego ludziom.

Podobnie pracowity był wtorek. Co prawda zaspałam i nie poszłam na zajęcia ostatecznie, ale czasu tego nie marnowałam. Pracowałam na rzecz Parady Równości. Skoro mamy zorganizować spotkanie na temat organizacji parad i marszy dla organizatorek i organizatorów z całej Polski, to trzeba to też przygotować, prawda? Poszły też mailingi w sprawie praktyk przy Wolontariacie Równości – sporo do samorządów, część do koordynatorów do spraw praktyk. Ja wiem, że wysyłam je nie z mojej skrzynki i dlatego nie są podpisane moim nazwiskiem. Ale to dobrze.
I właśnie dlatego mówię, że mam nadzieję, że przyszłorocznej Parady Równości nie będziemy znów robić w kilka osób. Bo niby zaangażowanych jest więcej, ale jak przychodzi co do czego, to i tak praca spada na nas. Mam nadzieję, że tak nie będzie. I że te maile to wyjątek… Niemniej, poszły. Ładne maile. Poszły też informacje w sprawie rekrutacji do Queer UW. Także do mediów LGBTQ. Mam nadzieję, że chociaż gdzieniegdzie się coś przebije do ludzi. I że się zjawią!

A tego dnia na spotkaniu organizacyjnym w sprawie warsztatów dziennikarskich w OSA… Masakra! 26 osób. Plus kilka, które pisało, że chce ale nie może teraz przyjść. Ale 26 to za dużo. Na szczęście dla mnie (bo już kombinowałam jak się części pozbyć w jakiś logiczny sposób), po zleceniu wykonania pierwszego zadania warsztatowego, zostało już tylko 17 osób. Czyli luz. Stawiam, że 2-3 osoby odpadną i będzie w ogóle super. Oraz drugie na szczęście dla mnie, został chłopiec, na którego obecności mi zależało :) Tak, tak, wiem że jestem okropna ;) Ale nic na to nie poradzę. Jest słodki.
A tak w ogóle to się na spotkanie spóźniłam, bo… nie jechałam rowerem. Okazuje się, że o ile dojazd na dwóch kółkach zajmuje mi jakieś 30-35 min, dojazd komunikacją miejską zajął ponad 50!

Prosto stamtąd pojechałam do Centrum. Na spotkanie z Marcinem. Niby fajnie, bo on się odezwał i zaproponował i w ogóle… Ale jakoś wyszło to niefajnie. On wyraźnie zmęczony, ja jako tako. Ale jakoś atmosfery nie było właściwej. Ostatnio mieliśmy małe nieporozumienie na facebooku, po którym ja się do niego długo nie odzywałam. Nie pasowało mi to, że traktuje mnie tak, jak traktował mnie na początku znajomości – z dystansem, chłodem, sarkazmem i nieuprzejmie. Wydaje mi się, że na to nie zasługuję. I rzeczywiście, Marcin stwierdził, że coś się zmieni. Szkoda tylko, że nam to spotkanie nie wyszło. Szkoda.

Środa znów dla Parady Równości. Najpierw spotkanie z Karoliną – bezcenne jest jej doświadczenie w kwestii szukania sponsorów i takich tam. A potem dziobanie, dziobanie, dziobanie… Uwierzcie, że Parada Równości to więcej pisania niż Wam się może wydawać. Pisanie, pisanie, pisanie. Już nigdy nie oderwę się od komputera. A ponieważ tak tego dnia pomyślałam, to wzięłam się za czytanie książki wieczorem. Czytam teraz w komunikacji miejskiej z iPada, w domu na papierze. Dwie różne, ma się rozumieć, rzeczy. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam czytać kilka rzeczy na raz. Zazwyczaj nie schodzę poniżej 4. I gdyby dodać jakieś teksty w magazynach, beletrystykę i inne, to wyjdzie koło 7 tekstów. Uwielbiam tak na raz je pochłaniać.

I tak się zastanawiam nad wyborami. Wiadomo już, że Robert Biedroń i Ania Grodzka wejdą do Sejmu. W zasadzie Ania mnie bardziej zaskoczyła. Ale na plus! Bo Robert jest dłużej na ekranach i w ogóle. No, nieważne. Ważne jakie będą tego konsekwencje. Że publicznego obrażania Ani można się spodziewać, to chyba jasne? Skoro mnie obrażają osoby ze środowiska publicznie, podważając moją tożsamość psychoseksualną, to i w Sejmie RP znajdą się tacy, co będą chcieli i chciały powiedzieć, że z Anią jest coś jednak nie tak. Ale wiem, że Anka jest na to gotowa.
Mówi się często o homonacjonalizmie. Czyli o takiej postawie, której elementem składowym jest hasło „głosuj na niego, bo to gej i w ten sposób wspierasz swoich”. To dość ciekawe zjawisko, ale zastanawiam się na ile było istotne w tej kampanii. Bo przecież cały czas się podkreśla, że głosuje się na specjalistów z dziedzin różnych i tak dalej. I że nie głosuje się na kobiety tylko dlatego, że są kobietami. Ale jednak parytet dla nich jest. Tylko dlatego, że są kobietami. Zastanawiam się czy skoro istnieje homonacjonalizm, to można mówić o kobietonacjonalizmie. Albo genderonacjonalizmie. Walczymy o miejsce dla kobiet, tylko dlatego że są kobietami (oraz oczywiście dlatego, że są wykluczone i niesprawiedliwie traktowane) a więc dlaczego nie głosować na gejów, tylko dlatego że są gejami (oraz oczywiście dlatego, że są wykluczeni i niesprawiedliwie traktowani)? Czy jest jakaś różnica? Moim zdaniem nie. Więc wspieranie parytetów a zarazem mówienie, że homonacjonalizm jest bezsensowny, jest niesprawiedliwe. Ale to tak w ogóle z boku temat :) Chcę go tylko rzucić, bo ostatnio nad tym myślałam chwilkę.

Muszę pisać częściej. Ale wiecie jak to jest… początek roku akademickiego zawsze jest trudny. Dużo, dużo się dzieje. I czuję, że jeszcze tydzień lub dwa będą takie. Niestety.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Otto, PIT i niespodziewane spotkania (z pożyczką w tle)

20 mar

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam. Sobota, 17.00, wybory uzupełniające do Rady Wydziału Filozofii i Socjologii UW z grona doktorantów i doktorantek. Zjawiam się na czas. Wraz ze mną – jeszcze jeden doktorant Instytutu Socjologii, Wojtek. Nikt więcej. Jest człowiek z Komisji Wyborczej Doktorantów UW. Procedujemy. Rozpoczyna zgłaszanie kandydatur. Wojtek zgłasza mnie. Ja wyrażam zgodę. Wojtek tworzy Komisję Skrutacyjną. Przychodzi po chwili jeszcze nasza koleżanka, ale że nie ma legitymacji doktoranckiej (okazuje się tak w ogóle po kilku dniach, że ją zgubiła), więc nie może zagłosować. No, trudno. Procedujemy. Bierzemy kartki, wpisujemy na nich nazwisko kandydata, którego popieramy. Oddano głosy 2. W tym głosy ważne: 2. W tym głosy na mnie: 2. 100 proc! Lepiej niż na Białorusi ;)
Śmieszne te wybory. Ale pokazują kilka rzeczy. 1. Ludzie mają to w dupie. I mam tutaj na myśli zarówno doktorantów i doktorantki WFiS (z filozofii nikt się nie pojawił przecież) ale i Komisję Wyborczą Doktorantów UW, która – przewidując najpewniej taką „frekwencję”, ustaliła termin wyborów na sobotę na 17.00. Nie wiem na ile powtarzanie w kółko, że „i tak nikt nie przyjdzie” jest prawdą a na ile samospełniającą się przepowiednią. Skoro ustalamy taki termin, to nie dziwmy się, że nikt nie przychodzi, prawda? A po 2. Widać wyraźnie, że Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW nie jest prestiżowym „stołkiem”. Nic dziwnego. Rzeczywiście, w przypadku tego wydziału nie jest to organ bardzo aktywny. Po co więc do niego poszłam? Raz, że ktoś musi a ja się znam i nadaję. Dwa, że jednak czasem tam się dzieje coś ciekawego. Trzy, że chcę się jak najbardziej wiązać z Wydziałem i Instytutem. Cztery, że czasem można posłuchać ciekawych kolokwiów habilitacyjnych. A co do wiązania się z Instytutem… kilka dni później delegowano mnie z ramienia doktorantów do Komisji rekrutacyjnej na studia II stopnia zaoczne. Będę znów w wakacje dzieci przesłuchiwać z Komisją. Zapraszam Was w ogóle do startowania! :)

A jak wracałam z koleżanką, co nie miała legitymacji, zaszliśmy na pocztę (coś tam wysyłałam też) i do Cofe Heaven. Spotkała mnie tam miła niespodzianka. Chłopiec, co mnie obsługiwał (ładny, gładko zaczesany na grzecznego ucznia, szczupły, niewysoki) narysował mi serduszko na kubku, w którym mi kawę podał. Megasłodkie to. I miłe. Od razu się człowiekowi humor poprawia. Jeśli to czyta (kto wie?), to pozdrawiam go ciepło!

W sobotę wieczorem nie wytrzymałam. Musiałam wyjść z domu. Postanowiłam, że mimo wszystko, mimo choroby (czułam się już zdecydowanie lepiej!) idę do klubu. Zaplanowałam wszystko dokładnie. Żeby się nie narażać na przeziębienie i pogorszenie – oczywiście podróż taxi. Poza tym o 1 wsiadłam w taxi a o 4 już wracałam. Czas wymierzony, żeby nie za długo, żeby się nie wystawiać na zarazki innych osób. I wszystko poszło zgodnie z planem.
Wpadłam do Glam i od razu masa znajomych jakiś ludzi. I nowe twarze też. Cieszę się, że dane mi było zobaczyć Patryka i Sebastiana. Oj bo ja ich lubię. Może nie znamy się jakoś szczególnie dobrze, ale doceniam ich poczucie humoru oraz – co oczywiste – urodę. Są piękni.
Impreza była okej. Marcin właściciel namawiał mnie jak zawsze na picie. Mocar wypominał mi 10 zł, które jestem mu winna (przecież oddam!) a ja poznawałam jakiegoś nowego kolegę z Irlandii. Miło jest móc znów live po angielsku pogadać, naprawdę. A i kolega sympatyczny, choć urody przeciętnej. Chwilkę potańczyłam, ale zaraz trzeba było się zbierać. Zdrowie przede wszystkim!

Nie wspominając o tym, że Manifa! W niedzielę przecież trzeba się pojawić! Zimno było jak cholera. Michał nie poszedł, nie wiem czemu. Ludzi jakoś może i sporo, ale nie wyglądało to aż tak majestatycznie jak zwykle. To chyba pogoda, naprawdę. Tym bardziej, że po drodze nas jakaś śnieżyca złapała. A ja chora. Więc się wycofałam gdzieś na wysokości pl. Trzech Krzyży i dalej nie szłam. To byłoby bez sensu i niebezpieczne trochę nawet. Filip był ze mną. To jego pierwsza manifestacja publiczna w Warszawie. Podobało mu się, choć było dość spokojnie i nie za wiele się działo. Prawda jest taka, że nie doszedł pod Sejm, gdzie oczywiście czekała banda miłych chłopców i dziewcząt z organizacji prawicowych. Ale tutaj też czynniki pogodowy dał o sobie znać. No i pamiętajmy, że podczas Manif są spokojniejsi niż podczas Parad Równości. Ale co tam, niech sobie stoją i krzyczą, co chcą. Mają prawo.
Manifa mi się podobała, mimo wszystko. Bębniarze dopisali, bardzo ich lubię! Zawsze ubolewam nad tym, że poza lesbijkami, środowisko LGBTQ jest marnie reprezentowane na Manifie. Jasne, były transy i to miłe, kilkoro pedałów też spotkałam… ale nadal, to jakoś za mało. Zważywszy na to, jak nas zawsze feministki popierały podczas Parad… to najprostszy i może najbardziej prymitywny argument z możliwych, ale najzwyczajniej należy się im to, żebyśmy pojawiali się na Manifach! Zasługują na naszą wdzięczność i stawiennictwo. Dawniej wymówką było to, że Utopia. Że impreza się kończy o 7 czy 8, to ciężko wstać na 12 i iść w marszu. Teraz nie ma Utopii, więc argument odpada. Ale ciot nie było.

Wieczorem, w ramach relaksu i zdrowienia, zamówiłam pizzę. Boże, nawet nie wiecie, jakie to zajebiste uczucie, móc nareszcie zjeść coś, co nie rozpływa się w ustach i od czego nie boli Was gardło podczas łykania. Delektowałam się tą pizzą na maksa. Oglądaliśmy z Michałem „Incepcję”. W sumie to ja bardziej oglądałam, bo on widział wcześniej. Ja nie. Film dobry, przyznaję. Jest zaskakujący i oczywiście na maksa gra na efektach specjalnych, ale sama fabuła i pomysł – podobają mi się. I wspieram ten film oraz polecam. Mi się tytuł nie podobał, dlatego do kina nie poszłam (no co, każdy powód jest dobry!) ale teraz nadrobiłam.

W poniedziałek rano, dla odmiany, wizyta u lekarza. Kontrola u mojej pani doktor podstawowej opieki zdrowotnej. Diagnoza: jestem zdrowa! Zaniepokojenie: nadal lekko powiększone migdałki. Czyli że angina poszła się jebać, ale nadal coś jest nie tak. No, wiem, że jest. Jestem cała w swędzącej wysypce! Na wszelki wypadek dała mi skierowanie na badanie krwi. Poprosiłam, żeby mi dała zwolnienie następnego dnia, to to ogarnę sobie. Dała.
Wróciłam do domu wziąć ostatni antybiotyk. Filip wpadł i zrobił jedzenie. Lubi gotować u/dla mnie. Miłe to w sumie. Piwo nawet kupił do obiadu! Więc posiedzieliśmy razem sobie, zjedliśmy i potem trzeba było się zbierać. Na posiedzenie Parlamentu Studentów UW, ma się rozumieć. Bo gdzież indziej mogę spędzać noce, jeśli nie na UW? Posiedzenie ważne, bo na nim dyskusja o zmianach w Regulaminach. Zmiany poważne, niektóre głupie. Co ciekawe, były skandale! Na sali zebrało się 4 byłych Marszałków i kilkoro wicemarszałków. To się rzadko zdarza. Były awantury, były wyzwiska, było wykluczanie z posiedzenia, było wzywanie Straży Akademickiej… No, generalnie było źle. Poziom, jaki mi się nigdy nie zdarzył podczas gdy ja prowadziłam posiedzenia. Ale rozumiem, że Nowa Koalicja (nadal ich tak nazywam) sobie sama ze sobą nie radzi. Trudno. Wiele razy zabierałam głos, ma się rozumieć. Co mnie zaskoczyło najbardziej? Na sam koniec posiedzenia Marszałek zabrał głos i powiedział, że dopiero dziś dojrzał do tego, żeby docenić jakość moich wypowiedzi i merytoryczność tego, co robię. Dla takich momentów warto to robić. Bo ja wiem, że większość myśli, że ja po prostu zadymy robię. A to nie tak. Ja to robię dlatego, że są pewne wartości – także w działalności samorządowej – które są dla mnie ważne od lat. Dla których od VI klasy szkoły podstawowej walczę na szczeblach najpierw samorządu szkolnego, teraz – samorządu studenckiego i doktoranckiego. I nadal będę to robić. A nikt nie wie, ile czasu zamierzam studiować przecież ;)
Po posiedzeniu: wyjście na wódkę. Wszyscy Evo poszli do Bistro. Więc i ja. Ale na chwilkę i ostrożnie, bo rano badanie krwi przecież! Mam być na czczo! Wróciłam taxi, bo stwierdziłam, że jestem po chorobie i się nie będę nocnym tłuc.

Rano: badanie. Generalnie wszystko w wynikach wyszło okej. Więc nie jest źle. Zaskoczyły mnie białe krwinki, bo myślałam, że jednak wysypka może być chociaż w części alergiczna i że wtedy powinny być podwyższone. Ale nie.
Wróciłam do domu i do roboty. Niestety, czas lżejszego traktowania się skończył. Czas zacząć myśleć o powrocie do normalności. Po prawie 2 tygodniach to niełatwe. Więc po całym dniu spędzonym przy komputerze na zarabianiu pieniędzy, psychicznie szykowałam się na wyzwania „normalnych dni”. I zaczęło się.
W środę rano warsztaty dziennikarskie by JP. O dziwo, ludzie nadal przychodzą. Więc jest dobrze, jest miło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy… Nadal ja dużo mówię, ale bez obaw, to się zmieni. Na razie chcę, żeby się oswoili ze sobą i ze mną. Potem będę działać inaczej. Zadania domowe są po to, żeby się do ciężkiej pracy przyzwyczaili. Mam bowiem nadzieję, że spośród tam zgromadzonych uda mi się ogarnąć ludzi ciekawych, fajnych, wartych uwagi. I że będę im płacić za jakiś czas za ich teksty. Naprawdę, chcę!
Po dyżurze w zaprzyjaźnionej firmie, wróciłam na UW. Wybory do organów Samorządu Doktorantów Instytutu Socjologii UW. Znów: uważam, że te wybory są bezprawne. Ale to inna sprawa. Wystartowało 6 osób na 6 miejsc. Przyszli też ludzie spoza kandydatów i obecnych członków (to wybory uzupełniające), więc jest ciekawie. Głosowało 13 osób. Dostałam – jak prawie wszyscy – 12 głosów. Dziękuję za nie! Obiecuję, że nie zawiodę!

Wieczorem wpadł do mnie Marcinek i Paulina. Pracowaliśmy nad badaniem, które aktualnie podsumowujemy. To będzie fajne coś, zobaczycie. Póki co jednak, trwa walka, bo widać wyraźnie, że z Pauliną stoimy na lekko jednak niezgodnych pozycjach w polu naukowym. Marcinek jest na jeszcze innej pozycji, ale raczej bliższej mojej. I tak się przepychamy. Ale to dobrze! To bardzo dobrze! Dzięki temu będzie łatwiej potem na krytykę odpowiadać! Ale, jak to czasem bywa… Od słowa do słowa, zaczęło się picie :) Paulina poszła, Marcinek został. Wódka się skończyła, kupiliśmy Jacka. Boże, jaki on jest dobry! I było szaleństwo, była miłość, była muzyka! Było miło.
Marcinek potem usnął na moim łóżku i musiałam sobie radzić jakoś na podłodze. Nie ma co ukrywać, trochę się skurwiliśmy. Na tyle, że Marcinek rano zdychał jak wstał przed południem. Ja, oczywiście, nie. Mój organizm dobrze toleruje alkohol. Jestem tolerancyjna, zawsze to powtarzałam!

Następny dzień, zgodnie z planem! Najpierw praca w domu (Marcinek spał), potem dyżur w firmie zaprzyjaźnionej a potem spotkanie Komitetu Organizacyjnego. Ponieważ zaprosiłam do siebie ludzi sporo na wieczór, na cebulową, musiałam z rana tę cebulową ogarnąć. To jednak trochę roboty jest. Gotowanie dla 10 lub więcej osób czegokolwiek jest zasadniczo wyzwaniem zawsze. Bez znaczenia, co się robi, roboty jest w chuj. Udało mi się to jednak jakoś ogarnąć. Z pomocą innych – Adam przyniósł plastikowe miseczki, Filip kupił grzanki. Jest dobrze, sytuacja opanowana. Wszyscy zjedli, zadowoleni. Posiedzieli, popili. Łukasz przyniósł własnoręcznie zrobione wafelki cytrynowe. Pycha!!! A Pola robiła na miejscu przysmak świętojański, świętokrzyski, świętojerski czy jak to się tam nazywa. Było fajnie. Wszyscy się najedli, pogadali. Tak powinno być. A na noc Łukasz z Filipem zostali. Ostatecznie się trochę najebaliśmy i poszliśmy spać wszyscy razem we 3 na moim półtoraosobowym łóżku. Miło.

W sobotę rano coś tam ogarniałam, ale ledwo. Wstałam o 8.00 a o 10.00 już był samochód po mnie. Musiałam się spakować BŁYSKAWICZNIE! To główny powód, dla którego do Berlina nie wzięłam ładnych ubrań.
Właśnie, Berlin. Po co jechałam do Berlina? Dla dobra Parady Równości 2011. Naprawdę. Uwierzcie mi, że podróż samochodem z Warszawy do Berlina w 4 osoby samochodem to nie wymarzony sposób na spędzenie piątku (a potem niedzieli na powrót). Jechał Łukasz P, Antarex i Paweł. No i ja.
Podróż była okej, bo rzeczywiście samochód mieliśmy niezły. No, nie zmienia to faktu, że kilka godzin w podróży zawsze jest męczące. Po drodze zaliczyliśmy z daleka Chrystusa ze Świebodzina (machaliśmy mu) i zajezdnię Nevada. Śmieszne miejsce, bardzo duże a w środku tylko kierowcy tirów i panie pracujące za barem. Ale jedzenie niezłe, więc nie narzekam.
Do Berlina dojechaliśmy koło… 20? Jakoś tak. Pokój mój i Jacka okazał się dość małą klitką z jednym łóżkiem. Ale co tam, damy radę. Nie przyjechałam tam spać czy też siedzieć w pokoju przecież! Za to właściciel pokoju, w którym spać mieli Łukasz i Paweł się nie zjawił. Więc poszliśmy do EBAB (Enjoy Bed And Breakfast), gdzie generalnie załatwiane były te pokoje. Miły czarny pan na miejscu nam pomógł i po jakimś tam czasie załatwił dla chłopców apartament w samym centrum Berlina, przystanek od Alexanderplatz. I to dosłownie apartament, bo pomieszczenie było wielkie, bardzo nowe, dobrze wyposażone i w ogóle. W porównaniu z naszą klitką, to było jak wejść do pałacu z chaty chłopskiej ;) Ale co tam!
Zaczęliśmy się ogarniać na noc. Paweł jest hetero i zmęczony, więc postanowił zostać w domu. Łukasz i Jacek chcieli do sauny. Więc poszli. A ja chciałam na imprezę. Posiadanie samochodu jest o tyle dobre, że nie trzeba się martwić o taxi czy inne takie. A że Jacek nie pije, mieliśmy kierowcę na każdą chwilę obecnego. Odwieźli mnie do Die Bushe. Moim zdaniem to jest House B, ale nie do końca ogarniam, bo te dwie nazwy się tam pojawiają… Więc nie wiem ostatecznie jak się nazywa. Nieważne. Ważne, jaka jest w środku impreza. Była okej. Ludzi ciut mało jednak, ale organizatorzy zadbali o wszystko tak czy owak. I to mi się podoba: ludzi nie ma za wiele, ale jednak impreza na bogato. Były dwie panie i dwóch panów, którzy robili swoje stripteasy, zabawiali publiczność i się z publicznością. Było naprawdę ciekawie, fajnie, profesjonalnie. Potem rozdawali zimne ognie i w pewnym momencie wszyscy zapalili (nie wiem po co, ale to nie ma znaczenia). Ludzi niewiele, picie tanie… więc się bawiłam okej. Ładnych chłopców widziałam 4, co jak na niewielką liczbę osób w klubie jednak było pewnym osiągnięciem. Wyskakałam się, posłuchałam lekko łupiącego house’u i disco.
Potem chłopcy mnie zabrali automobilem do pokoju.

Rano najważniejsza część pobytu. Spotkanie z Niemcami z CSD Berlin. To chyba jedna z większych parad w Europie, więc ich doświadczenie (kilkudziesięcioletnie!) w organizacji wydarzenia jest dla nas ważne. I nie była to, czego się obawiam jak słyszę „wymiana doświadczeń”, czcza gadka o niczym. Wręcz przeciwnie. Było bardzo konkretnie, była wymiana plików, ofiarowali nam sporo różnych rzeczy, kontakty o które nam chodziło… Mówiąc krótko: dali nam więcej niż chcieliśmy! Naprawdę, nie przesadzam. Udało się nam nawet dostać od nich badanie dotyczące wpływu parad na gospodarkę miasta. Jedno takie z 2001 roku już mamy, drugie – z 2010 – będzie gotowe w maju i wtedy mamy je dostać. Więc spotkanie bardzo, bardzo udane. Momentami schodziliśmy z tematu i oczywiście pytali o Fundację Równości (współpracowali z nimi a jeden z jej decydentów ma mieszkanie w Berlinie), ale od razu podkreślam, że niczego złego o nich nie mówiliśmy. Ja w ogóle uważam, że o poprzednich paradach, o poprzednich organizatorach czy też o osobach, które odmawiają udziału w przygotowaniach do Parady Równości 2011 nie ma sensu mówić źle. Nie jesteśmy od tego, by kogoś oceniać, tylko by zająć się przygotowaniem fajnego wydarzenia.
Potem zjedliśmy razem smaczny obiad i w ogóle było okej.

Chwila odpoczynku, zaraz zbliżał się wieczór… A więc impreza. Znów się powoziliśmy trochę i ostatecznie plan udało się nam zrealizować właściwie. Czyli, że Łukasz z Jackiem w saunie a ja z Pawłem próbowaliśmy dotrzeć do jakiś klubów, na których jemu zależało. Co się jednak okazało? Że jednego z tych klubów nie ma, drugi jest zamknięty a trzeci jest dziwny. I ostatecznie Paweł poszedł tam, gdzie my mieliśmy finalnie trafić. Do Goya. To duży klub z bardzo specyficznym, ładnym i prestiżowo wyglądającym wnętrzem. Ludzi w nim sporo, ale bez szaleństwa. Muzycznie okej, bo grał dj R.O.N.Y., którego znamy z Utopijnych popisów. Więc było okej. Mało młodych chłopców, większość to przedtrzydziestolatkowie, więc nie w mój deseń. Ale coś tam poskakać można było, więc nie narzekam. Zabiła mnie tylko pani na barze, bo mi powiedziała, że kartą mogę od 50 ojro płacić. No, c’mon! Od 50 ojro?!

Spałam tym razem w apartamencie. Muszę też od razu dodać i wyjaśnić, że nie płaciłam za cały ten wyjazd. Firma Gepon, która jest licencjobiorcą nazwy „Parada Równości” ma w warunkach licencji m.in. zapewnianie obsługi logistyczno-technicznej Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. I to właśnie ta firma pokrywała przejazd, kilka posiłków, nocleg. Takich wyjazdów w tym miesiącu będzie jeszcze kilka (chyba jeszcze 3) i za wszystkie płaci Gepon. Ja już raczej się nigdzie nie wybiorę – nie dam rady urwać kolejnego weekendu.

Odwiedziliśmy jeszcze Międzynarodowe Targi Turystyczne w Berlinie, które w niedzielę się kończyły. Na miejscu odwiedziliśmy najpierw jedyny tematyczny obszar tychże targów, czyli podróże LGBTQ. Chociaż prawda jest taka, że równie dobrze możnaby to miejsce nazwać „Gay Section”, bo cała w zasadzie oferta kierowana była do mężczyzn. Wszystkie obrończynie kobiet i walczące feministki mogą czuć się oburzone. Mnie to też trochę wkurzało… Ale cóż na to poradzimy? Przesąd jest taki, że geje się bawią a lesbijki siedzą w domu. Poza tym, ja już od dawna nie wierzę w emancypację przez ekonomię („Nasze różowe pieniądze nas wyemancypują!”), więc też i mniej się tym przejmuję. Może właśnie obecność tylko gejowskich ofert jest powodem do niepokoju dla samych gejów? Może tak bardzo wpisali się w system, że jest on już w stanie ich asymilować w ten sposób? A lesbijki są ostatnim bastionem oporu? A może znów lesbijki wyklucza się nawet spośród wykluczonych?
Spotkałam na targach Berenikę z Łodzi. Krótka rozmowa i zaraz musieliśmy jechać do Polski. W Warszawie byłam koło 22. To był ciężki weekend.

W poniedziałek musiałam jednak normalnie zacząć tydzień i ruszyć na całego. I zrobiłam to, ma się rozumieć. O 10.00 byłam w zaprzyjaźnionej firmie. Siedziałam ciut krócej niż zwykle, bo chciałam na UW załatwić ostatecznie coś formalnego. Na UW mam możliwość taniego kupienia sobie ubezpieczenia zdrowotnego i postanowiłam z tego skorzystać. Przy moich wszystkich ostatnich problemach zdrowotnych, byłabym w stanie jedną wizytą u pani dermatolog opłacić 4 miesiące ubezpieczenia tegoż i sobie chodzić do dermatologa ile chcę. Więc mi się opłaci na pewno. Załatwiłam, mam wszystko gotowe. Od 1 kwietnia będzie działać.
Poszłam na seminarium magisterskie, na którym znów się okazało, że nasz dziekan to dobry człowiek. Darował mi to, że mnie nie było ileś-tam czasu i w swojej wyrozumiałości nie denerwował się nawet, że nie mam opracowanych pomysłów na pracę magisterską, które – teoretycznie zgodnie z ustaleniami sprzed wielu tygodni – powinienem prezentować. Zrobił to ktoś inny.

Rozliczyłam się z PIT. Ostatecznie okazało się, że rzeczywiście jedna z firm zrobiła błąd i złego PIT-11 mi wysłała. Poradziłam sobie jakoś jednak, ogarnęłam to. Fiskus wisi mi ponad pół tysiąca. Przyda mi się. Pomyślałam, że może w ten sposób spłacę ten nieszczęsny kredyt studencki, który nadal gdzieś tam nade mną wisi. Zostało mi z tysiąc do zapłaty, więc w sam raz. Fajnie, że Bank Zachodni WBK się tym interesuje… Nigdy nie dostałem od nich żadnej najmniejszej nawet informacji, że cokolwiek jest do zapłaty. Nic a nic.
A co do PIT, to po jakimś czasie (ponad tydzień później) zadzwonił do mnie pan z Urzędu Skarbowego, że chce ode mnie faksem (tak, nie mailem a faksem!) moje PIT-11, bo coś mu się nie zgadza. No, spoko. Sprawdziłam to – miał rację, zrobiłam błąd. Zła rubryczka, ale poza tym wszystko okej. Łącznie z wartościami do zwrotu. Wszystko, wszystko poza tym się zgadza. Ale oczywiście zrobiłam korektę i zaraz wysłałam via internet. Co nie zmienia faktu, że pan się domaga PIT-11. Wysłałam mu. Niech spada.
Wieczorem wpadł Filip i spał u mnie.

Wtorek był dla mnie, jak się potem okazało, ważnym dniem. Oto bowiem udało mi się znaleźć Tego Lekarza. Doktor Otto z Profemed uratowała mnie. Wizyta u niej była dla mnie, oczywiście, dużym stresem. Ale musiałam zmienić dermatologa. Okazało się, że jest bardzo miła, empatyczna. Udało się jej to, co – moim zdaniem – jest najważniejsze i najtrudniejsze: zbudowała atmosferę bezpieczeństwa i zaufania. Przecież u lekarza obnażamy nasze problemy i obnażamy się fizycznie. Więc zawsze jest to stresujące. Zwłaszcza gdy ja się przy nikim nie rozbieram od jakiś 6 lat. Więc plus dla niej, że jej się to udało.
Wypisała mi dużo leków, dała dużo porad, dała numer komórki… Pogadaliśmy też tak na luzie o kilku rzeczach. W tym sensie była to bardzo fajna wizyta. No i już dwa-trzy dni później była poprawa widoczna.

W środę rano spotkałam się pod UW z… Grzegorzem. Wiem, zaskoczenie. Generalnie nie mamy żadnego kontaktu. Ale ostatnio się odezwał. Że kiedyś mówiłam, że gdyby potrzebował pomocy, to może się do mnie zwrócić. I rzeczywiście, kiedyś tak mówiłam. Więc się zwrócił. Z prośbą o pożyczkę. Kwota wielka nie jest, bo to 400 zł (ostatnio 200 zł też Filipowi pożyczałam…), ale ponieważ ja chwilowo nie mam płynności finansowej (zalegają mi z kasą dwie firmy i jeden wierzyciel), to pieniądze pożyczam od mBanku. Wypłaciłam w środę rano z karty kasę i dałam Grzegorzowi. Podpisaliśmy umowę. Teraz już tak robię, bo wiem, że jeśli idzie o kasę, to nie ma co się czaić. Więc tak wyglądało moje spotkanie z Grzegorzem. Umówiliśmy się pod UW, bo nie mieliśmy za bardzo kiedy indziej i gdzie indziej się spotkać, bo przecież on nie ma wstępu do mojego mieszkania…
A potem, zamiast iść na zajęcia, siedziałam i robiłam jedno zlecenie pisemne… Nie ma zmiłuj, praca cały czas, cały zasrany czas. Krótka wizyta w zaprzyjaźnionej firmie a potem działalność społeczna. Papiery Queer UW złożone, mogę starać się o dotację na rzecz Queer UW od Zarządu Samorządu Studentów UW. Jest okej, zobaczymy co z tego wyjdzie. Dwa dni później odpowiedni wniosek został przeze mnie złożony i czeka na rozpatrzenie. Będę informować ;)
Udało mi się NARESZCIE iść na zakupy do Carrefoura. Z Michałem, którego z domu wyciągnęłam na tę okoliczność. Gdy wracaliśmy obładowani jak ostatnie idiotki, zaszłam do apteki odebrać mój recepturowy krem zlecony przez dr Otto. W ten sposób mam już wszystko w domu, mogę łykać, smarować się, działać. I niech działa, bo nie wytrzymam!
Wieczorem wpadł Filip przez którego oglądaliśmy Magdę Gessler na VOD. Michał nie znał tego za bardzo (Hiszpania…), więc był trochę zainteresowany. I ostatecznie zobaczyliśmy aż trzy odcinki…

Czwartek, zgodnie z moim planem z początku semestru, winien być dla mnie dniem wolnym od stałych zobowiązań, żebym mogła w trakcie jego trwania ogarniać inne sprawy. I udało się! Zajęłam się pracą nad wykresami. Miałem je zrobić dzień wcześniej, ale mi się nie udało z powodu innych obowiązków. Więc teraz poszło. Wykresy piękne i gotowe (choć Marcinek, który je dostał, i tak je przerobił po swojemu) wysłane z niewielkim tylko opóźnieniem.
Wpadła Monika z piękną sukienką, którą chciała mi ofiarować. Suknia piękna naprawdę, szalona, czarno-pomarańczowa z długim trenem. Boska! Jedyny minus: ma rozmiar 36. Tak, 36. Więc ciut, ciut się w niej nie mieszczę. Ale nie ma to-tamto! Od razu poszłam do krawcowej obok domu i poprosiłam o poprawkę. Wszycie 1,5 cm materiału na długości 30 cm. I tyle. Za to, że to ekspresowa usługa, musiałam zapłacić aż 50 zł. Ale opłacało się, bo wszystko dobrze wyszło i suknia dzień później była piękna i gotowa i dobra na mnie.
A po południu spotkanie z Marcinem. Tym młodym. Miała być godzinna kaweczka, ale tak się dobrze rozmawiało, że zaszalał i został dwie godziny. Dla mnie to dobrze, bo przecież im dłużej, tym fajniej. Siedzieliśmy w Coffee Heaven przy pl. Zamkowym (to jego wybór), gdzie jest dużo mebli, dużo ludzi i dużo zamieszania. Ale nasze spotkanie chyba fajne. Mi się podobało. Szkoda tylko, że Marcin jest taki zamknięty. Nie tylko chyba na mnie, ale tak generalnie. Cały czas go namawiam, żeby się trochę otworzył. Może to kwestia wieku? Nie wiem. Ale wiem, że chcę go znów zobaczyć. I dlatego namówiłam go na to, żebyśmy wyznaczyli termin spotkania :)
Wieczorem wzięłam się za pisanie tego blo. Mija tydzień a ja nadal go nie skończyłam…

W piątek rano byłam gościem w TVN Style. Zaprosili mnie na nagranie programu o clubbingu. W sensie, że ponoć mają być właściciele klubów, selekcjonerzy i ja. Jako clubberka, jako jednodniowa selekcjonerka i jako osoba, która pisała pracę i zna się na rzeczy. Zgodziłam się. Na miejscu znów mnie pochwalono, że makeup jest w zasadzie gotów i że makeupistka nie ma co robić. Poprawiła lekko świecenie się przed wejściem na antenę i tyle.
Rozmowa miła, chociaż nie wydaje mi się, żeby była jakaś porywająca… Oczywiście, musiało się pojawić pytanie o kokainę. Kłamać nie będę narkotyki są w każdym klubie. W KAŻDYM. Nie ma klubów wolnych od narkotyków. To, czy jest to kokaina, amfetamina czy jeszcze co innego, to kwestia klubu konkretnego. Ale oczywiście, że wszędzie narkotyki są. Ale opowiadałam też o tym, jak Danielowej jedzenie przynosiliśmy, czy jak planowaliśmy ustawienie odpowiednie naszej grupy, żeby wszyscy mogli do klubu wejść. To były czasy…

Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie, odbiór sukienki od krawcowej i znów na miasto. Tym razem spotkanie z Patrykiem i Sebastianem. Ładni chłopcy, bardzo ładni. Do trzech razy sztuka z tym naszym spotkaniem, bo już dwa razy (z ich powodu!) trzeba było przekładać. Ale udało się, a to najważniejsze. Pogadaliśmy, wypiliśmy kawę. Ja się na nich mogłem napatrzeć, a to dla mnie też miłe przecież. Chociaż widzę, że oni mają jakieś tam między sobą problemy, to jednak są ładną parą. I życzę im najlepszego. A przede wszystkim tego, żeby się ze mną częściej widywali. Ja tam zawsze dla nich czas znajdę.
Co do spotkań-niespodzianek, to nie można pominąć spotkania z Dawidem. Tak, tym Dawidem. Tym samym, który chciał, żeby nie pojawiać się na blo i zamieniać jego imię na „D.”. Oczywiście przed spotkaniem uprzedziłam, że informacja o tym jednak się na blo znajdzie. Zdawał sobie z tego sprawę i nalegał tylko, żeby treść rozmowy nie znalazła tutaj swojego odzwierciedlenia. I w zasadzie nie mam nic przeciwko. Napiszę tylko, że powiedział jedną rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła. Bardzo niefajnie zaskoczyła, a która dotyczyła naszej znajomości z jej początków. Mogę chyba powiedzieć wręcz, że zabolało. I tyle. Po spotkaniu w Złotych, poszliśmy na spacer a potem jeszcze McD zaliczyliśmy.

No a potem czas na imprezę. B4 u Gacka liczny, bo się ludzie na jego urodziny zjeżdżają już. Mi to nie przeszkadza, chociaż cały czas podkreślam, że gdyby nie ja i moje towarzystwo, to cała ta nasza grupa by się niebezpiecznie posuwała wiekowo…
Nie obeszło się bez ciotodramy. Gacek powiedział Filipowi, że bardzo go lubi i w ogóle, ale gdyby nie ja, to nie byłoby go na tym b4ze. No i Filip miał potem rozkminę na ten temat i siedział smutny. A generalnie b4 miły, udany. Podobnie impreza w Glam późniejsza. Sporo ludzi, trochę ładnych chłopców. No a ja poznałam Dawida. Dawid to taki młody chłopiec w stylu gotycko-punkowym. Miły, nieletni, ładny. Pogadaliśmy trochę i widziałam, że dobrze sobie radzi w konwersacji ze mną (a to nie zawsze jest łatwe) oraz próbuje być lekko bezczelny w granicach rozmowy i gry towarzyskiej. Od słowa do słowa, od gestu do gestu, od tańca do tańca… Ostatecznie wylądował u mnie w domu. Filip też. Było miło, choć – w sumie nie wiem czemu – usnęłam ostatecznie na legowisku na podłodze z Dawidem. Wydaje mi się, że Filip zajął całe łóżko w ten sposób, że nie dało rady go ruszyć. Ciężko powiedzieć, bo alkoholu było sporo jeszcze rano… A co ciekawe, gdy weszliśmy do mieszkania, spotkaliśmy w drzwiach Michała też z dwójką nowych gości :) Nie ma to jak mieszkać na Ochocie!
Nad ranem/rano przenieśliśmy się do łóżka wszyscy już i spaliśmy we trójkę na moim półtoraosobowym w trzy osoby. To już się zdarzało.

Chłopcy wyszli jakoś po południu. Ale 5 minut po ich wyjściu zjawił się Marcinek. I tak after przerodził się w bifor niemal bez przerwy. Marcinek przyszedł w zasadzie popracować, ale… jak to zwykle bywa… Zamówiliśmy pizze. Było miło, ale zaraz trzeba było się ogarniać na imprezę!
Dawid wpadł do mnie koło 21. Ja już byłam w sukni. Szybkie szykowanie i zaraz przyjechała po nas taxi. Pojechaliśmy na urodziny Gacka. Tym razem moja przyjaciółka wynajęła apartament przy Grzybowskiej i tam nas umieściła. Było w sumie jakieś 40 osób. Ja zawsze mam obawy przed robieniem imprez, na których miesza się tak różne środowiska, jak to miało miejsce tutaj. I moje obawy okazały się słuszne. W sensie, że jednak nie było jednej imprezy, tylko kilka małych imprez. Ale nie szkodzi, było bardzo miło. W sukni wyglądałam dobrze, ludzie byli mili, jakaś tam muzyka grała… Nie ma co narzekać! Dużo wódki było, ale pod tym względem akurat się ograniczałam. W butach na obcasach nie wolno dużo pić! Naprawdę – nie! :)

Z urodzin przeniosłam się do Glam. Tam koncert dawała Paula, a obiecałam gaylife.pl, że napiszę im z tego relację. Antarex był z misją paradowo-równościową w Niemczech, więc ktoś musiał. No i udało mi się występ zobaczyć, a potem fotki z Paulą porobić. No a potem zaczęła się normalna impreza. Filip się najebywał, Dawid gdzieś zniknął. Więc i ja się bawiłam – poznałam kilku nowych ładnych chłopców. Wspieram to i lubię to. Każda noc powinna przynosić coś takiego. Ostatecznie, nie mogliśmy za długo siedzieć, więc z Filipem wróciłam do domu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s only gay when you swallow

05 mar

No dobra, już piszę. Miałam początkowo prawie tydzień temu napisać, ale prawda jest taka… że niewiele się od tamtej pory wydarzyło. Wszystko przez moje zdrowie. Czy też jego zły stan. Albo brak. No, mówiąc krótko, nie jest dobrze. Siedzę w domu (leżę?) i trochę zdycham. Co prawda jest ZDECYDOWANIE lepiej niż było tydzień temu, ale jednak…

Więc teraz będzie o moich problemach ze zdrowiem. Zaczęło się ponad 4 (cztery!!!) tygodnie temu. Grypa. Wiadomo, zdarza się, jest długa zima. Grypa grypą, poleżałam, pochorowałam, fajnie. I wszystko powinno się w tym momencie skończyć. Ale nie, nie może być tak łatwo. Dostałam jakiejś wysypki. Choroby skóry się zawsze źle kojarzą, bo od razu widzimy oczami wyobraźni obrzydliwe zmiany ropne, których nawet myśl o dotknięciu obrzydza nas na maksa. No i kojarzy się to z brudem. W sensie, że skóra chora, bo ktoś nie ogarnia higieny. Takie skojarzenia nasuwają się i mnie, więc możecie sobie dodatkowo wyobrazić jak strasznie przeżywałam pojawienie się wysypki.
Pani doktor dermatolog zdiagnozowała to jako opryszczkę (już chyba o tym pisałam?), więc wirus. Więc nie da się za bardzo nic zrobić i trzeba czekać, aż osłabiony organizm zbierze siły i się ogarnie jakoś. Czekam, czekam i czekam a to tak średnio przechodzi. Pominę może szczegóły dotyczące tego skąd wysypka dokąd mi się przeniosła ale generalnie jakieś dzianie było. Pani doktor upierała się, że to opryszczkowe zmiany i jakieś średnio skuteczne objawowe leki mi przepisywała. Średnio.
A potem zrobiło się jeszcze gorzej. Bo angina mnie naszła. Ni z tego, ni z owego. Mocna, naprawdę mocna. Znów wizyty u lekarzy (dokładnie zaraz to opiszę), kolejne leki, antybiotyki. Więc zdycham z powodu anginy i z powodu wysypki, która z wirusowej zrobiła się, zdaniem dermatolog, bakteryjna a potem w ogóle stwierdziła, że to już tylko moje drapanie powoduje, że cokolwiek mam jeszcze. I że – tym mnie wkurzyła – muszę zmienić proszek. To taka wymówka. Jak się nie ma na co zwalić, to się mówi: zmień proszek. Bardzo zabawne.
Ponieważ jednak mój organizm jakoś tam sobie radzi z tym wszystkim i ogarnia się chyba powoli, odczekam kilka dni i jeśli mi całkiem nie przejdzie, idę do jakiegoś innego dermatologa. Wkurwia mnie po prostu już to, że od kilku TYGODNI nie mogę normalnie funkcjonować i wieczorem zamiast skupić się na jakiejś pracy, ja siedzę i smaruję się, łykam leki, biorę tabletki i ogarniam się w sposób, który jest absolutnie nieproduktywny.

Zaczynam więc jeszcze w lutym. 21 lutego dokładnie. Poranek, jak zawsze, w zaprzyjaźnionej firmie. Krótko jednak, bo potem umówiłam się z Marcinem na kawę. Takim Marcinem, co go tutaj jeszcze nie było. Młody jest, przyznaję. Ale to przecież na plus. Jakiś czas już coś tam czasem korespondujemy sobie na Facebook, wcześniej na innastrona.pl. Miły, mądry, sympatyczny i ładny chłopiec. Więc czemu się na kawę nie umówić? Jego jedyny minus jest taki, że mieszka poza Warszawą, więc trudno go łapać w tygodniu i umawiać się na takie kawy częściej, ale to i tak pieśń przyszłości, więc na razie się tym nie zajmuję.
Niemniej, do naszego pierwszego spotkania doszło. Było bardzo miło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poopowiadał mi trochę, chociaż prawda jest taka, że wyjątkowo ja więcej mówiłam. Aż mi się to nie podobało, sama się publicznie karciłam i powiedziałam mu, że tak być nie może. Bo jasne, ja mogę mówić bez przerwy (wiadomka) ale kilka lat temu nauczyłam się tego nie robić. I chcę z tego korzystać. Dlatego muszę zmusić go, żeby następnym razem to on zdominował spotkanie. O ile oczywiście będzie następny raz. Co prawda umówiliśmy się tak ogólnie wówczas na kolejne widzenie, ale… tak, zdrowie. I nic z tego nie wyszło ostatecznie. Szkoda.
A wisienką na torcie niech będzie fakt, że umówiłem się z nim na spotkanie we W Biegu Cafe przy pl. Zbawiciela. Czyli tam, gdzie pracuje D. Tak, ten D. I tak, zrobiłem to specjalnie. I wiem, że to niskie i małe, ale nic na to nie poradzę. Ludzie robią takie rzeczy. A ja się tego nie wstydzę.

Udało mi się dotrzeć na UW i jakieś tam papiery dostarczyć, ale już na zajęcia pójść… nie za bardzo. Nie wiem czemu. Po prostu taka była emocja. Poza tym chyba trochę bym się spóźniła. A w drodze na UW widziałam po raz pierwszy koksowniki wystawione na zewnątrz. To nawet zabawne, że ogrodzili je barierkami z ostrzeżeniem, że w środku jest gorąco. No bo przecież o to chodzi. Ale inicjatywa ogrzewania ludzi w ten sposób – zacna, godna pochwały. Chociaż jak tak z Marcinem szliśmy sobie do Centrum, to widok ten trochę mi się kojarzył z filmami z lat 70. XX wieku i radziecką Rosją. Zabawne w sumie, że tradycyjne metody okazują się skuteczne w XXI wieku także.

Wtorek rozpoczął się od wizyty u dermatologa. Kontrola po tygodniu. Udało mi się kasę odzyskać za poprzednią wizytę – dotarł faks od mamy z odpowiednimi dokumentami ubezpieczeniowymi. Więc jest okej, 55 zł z powrotem w kieszeni. Ale to nic, bo i tak tę kasę lada moment na leki muszę wydać. Taki lajf. Pani dermatolog nie wydawała się zaniepokojona moimi objawami. Raczej ze spokojem je przyjęła. Mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest, jak swędzi. Nieprzyjemnie i bardzo dyskomfortowo bez względu na to, co się robi.

Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie a na koniec… Wizyta w mBanku. Tak, w jednym z ich centrów. Po co? No, pani wymęczyła mnie o tę kartę kredytową, to poszłam po nią. Wiem, że za bardzo jej nie potrzebuję. A już na pewno nie takiej na 10 tys. zł (minimalna kwota przy Visa Gold), ale ma jeden plus, który sprawia, że warto. Obniża o 3 proc. oprocentowanie mojego kredytu odnawialnego (czyli debetu na koncie), a to już coś. I jest za darmo. Więc nie ma co marudzić, tylko wzięłam.
Śmiesznie, bo długo szukałam tego mBanku. A już na miejscu spotkałam Mikołaja, z którym kiedyś studiowaliśmy razem. Miłe spotkanie. Pogadaliśmy sobie chwilkę. Dziwnie tak czasem można trafić w jakimś miejscu na kogoś, kogo się zna z dawnych w sumie czasów.

Finałem dnia było posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Po drodze wpadłam do Gacka na chwilkę krótką, bo Pola chora zdycha. Pogadaliśmy, ale zaraz przyszła Kasiaspyrka i zaczęła robić jakiś racuchy czy coś, więc ja spierdalałam na UW. Posiedzenie PS UW momentami śmieszne, częściej smutne. Najzabawniejsze, że dużą część wystąpień stanowiły odniesienia do mojej „działalności medialnej”, czyli moich wystąpień w mediach. Widzę, że to jest coś, na co członkowie i członkinie ZSS UW są bardzo wrażliwi. I śledzą je z dużą uwagą. To, oczywiście, miłe ale zupełnie niepotrzebne. Tak samo jak sugerowanie, że działam na niekorzyść Samorządu Studentów UW. Wręcz, co ważne, wydaje mi się, że mnie to trochę obraża. I dlatego w pewnym momencie powiedziałam głośno i wyraźnie: jeśli ktoś uważa, że działam na niekorzyść SS UW a tym samym urągam godności studenta UW, to jest przewidziana w takiej sytuacji odpowiednia droga – skierowanie sprawy do Komisji Dyscyplinarnej ds. Studentów i Doktorantów UW, która rozpatrzy i zadecyduje czy rzeczywiście tak jest. Wiadomo, że nikt mnie nie poda, bo nie ma powodów najmniejszych. A czcze gadanie i głupie insynuacje na mnie nie działają. Dlatego się nie przejmuję, tylko robię swoje. Uwierzcie jednak, że wiele jeszcze przed Wami, drodzy członkowie ZSS UW.
Ważnym punktem obrad była prezentacja założeń Raportu Studenckiego 2011. Marta Michalska zaprezentowała, co miała i okazało się, że choć jeszcze w sobotę podczas roboczego spotkania z Pauliną przedstawialiśmy wyniki pracy Queer UW nad naszą częścią raportu, to 4 dni później tej części już w Raporcie nie ma. Nie będę się na razie do tego odnosić, bo nie mam potrzeby. Wiadomo, że ZSS UW nas wychujał i zrobił to w sposób nie tyle nieładny, to bardzo chamski. W nieoficjalnych rozmowach przyznali (nie mi!), że nie poinformowali mnie wcześniej o tej decyzji, bo… obawiali się obecności mediów na posiedzeniu Parlamentu Studentów UW. A potem cały czas podkreślali, że mediów się nie boją, że naciski mediów nic dla nich nie znaczą… Tia, jasne. Tylko srają po gaciach na myśl o tym, że GW się zjawi na posiedzeniu. Bardzo logicznie.
Ale nie stresuję się, ja swoje robię i jeszcze, gdy nadejdzie moment, pokażę co potrafię. A na razie, cicho-sza. Zabawa trwa. A całość, mam takie wrażenie, ma w dużym stopniu podłoże personale. Kontra-ja.

W środę rano prowadziłam pierwsze warsztaty dziennikarskie dla chętnych studentów i studentek UW. Przyszło nie za wiele osób (6?) co jest okej (8.00 rano robi swoje), ale nie jest okej, że nie zjawiły się osoby, które tak o te warsztaty walczyły i za nimi optowały. To mi się nie spodobało i mam zamiar na ten temat z nimi rozmawiać. Same zajęcia chyba wyszły nieźle. Zmusiłem ich, żeby rano się trochę rozruszali, pochodzili, coś zrobili, pomyśleli… Jak warsztaty, to warsztaty. Ja jestem w miarę zadowolona.

Potem zajęcia (wykład! Poszłam na wykład!) i wizyta u fryzjera (nareszcie!). I przed południem wróciłem do domu, odpocząć. Zdrowie nie daje wytchnienia, cały czas coś. To naprawdę stresujące i męczące. Tym bardziej, że wieczorem musiałam się wybrać znów na UW. Ważne spotkanie – komitet naukowy konferencji i komitet organizacyjny konferencji razem wzięte. Fajne spotkanie, tak wyszło, że ja w sumie prowadziłam je jakoś. No, niech będzie.
Są pewne decyzje, są pewne niewiadome. Plus jest taki, że Zarząd Samorządu Studentów UW podjął decyzję o udostępnieniu nam sali 200 na czas konferencji. To mnie cieszy, bo – prawdę mówiąc – myślałam, że odmówią. Nie będę Was zadręczać szczegółami, ale generalnie jest sporo do ogarnięcia, najgorzej jest, ma się rozumieć, z kasą. Ale damy radę jakoś. Na razie nie myślimy o pieniądzach na publikację, ale w przyszłości trzeba będzie też o to zawalczyć. Ale to potem, po konferencji, po wszystkim. Spotkanie udane, miłe i dość konkretne w ostateczności.

A zaraz stamtąd Łukasz podwiózł mnie na Bemowo, gdzie mieliśmy spotkanie grupy logistycznej Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. Może ja nie do końca logistyką się zajmuję, ale ważny był mój udział a propos Komitetu Honorowego Parady i w ogóle. Spotkanie długie, męczące, ale konkretne w sumie. Udało się nam pewne rzeczy ustalić, dopiąć i postanowić. M.in. to, że pojadę do Berlina. Ponieważ cały marzec to weekendowe wypady kilku osób do Niemiec, gdzie z tamtymi organizatorami parad będziemy rozmawiać. I żebym ja też raz pojechała, do Berlina. No okej, lubię to miasto, chętnie. Przy okazji znów się tam pobawię, wiec jestem na tak.

Czwartek spokojny, z zakończeniem miłym. Adam wpadł. Mieliśmy ciche dni od czasu naszego ostatniego spotkania. W ogóle mam wrażenie, że coś się nie-tak dzieje w tej relacji. Nie potrafię powiedzieć co i dlaczego. Nie wiem. Ale coś wyraźnie jest nie tak. Wizyta Adama zresztą też średnio, moim zdaniem, udana. Miał wpaść, żebyśmy rozmówili sytuację a skończyło się na pieprzeniu głupot, zajmowaniu się duperelami i Adama SMSowaniem i facebookowaniem. Potem na ten temat mieliśmy długą wymianę wiadomości na Facebook. Kto co kiedy i gdzie. Bez sensu trochę. W sensie, że przez Facebook bez sensu. Bo ja, owszem, jestem za rozmówieniem wszystkiego, ale na żywo.
W piątek czułam się już naprawdę podle. Źle. Angina, to było oczywiste, bo przy łykaniu śliny czułam setki szpilek wbijających mi się w gardle. Najgorsza była perspektywa tego dnia – wyjazd do Łodzi. Zanim jednak to nastąpiło, miałam spotkanie w urzędzie dzielnicy Ursynów. Chodzi o pewne wydarzenie, które Queer UW miałoby dla dzielnicy zorganizować. Ja jestem na tak, potem się okaże, że QUW też. Więc fajnie, zapowiada się pracowity ale i fajny czas. Z dobrymi efektami, mam nadzieję. Czerwiec będzie megazajęty. Na razie bez szczegółów, bo trwa ustalanie, ale nie jest to rzecz do ogarnięcia „na już”.

Prosto z urzędu Łukasz zawiózł mnie na dworzec centralny. Pociąg do Łodzi. Jechałem tam jako „plan awaryjny” firmy, z którą współpracuję. Mimo anginy. Skoro bowiem ja jestem plan awaryjny, to nie mogę już wystawić ich w takiej sytuacji. Pojechałam, taxi do teatru, w którym musiałam się zjawić. Okazało się, co zabawne znów, że osobą odpowiedzialną za to ze strony klienta jest… moja koleżanka ze studiów. Znów: świat jest mały. Ostatecznie wszystko się udało. Bez większych wpadek. Ludzi w miarę było, więc nie narzekam.
Na całe wydarzenie zaprosiłam też swoją znajomą Gośkę. A jej córka była hostessą :) Więc sami swoi, wszystko w rodzinie. Początkowo mój plan był taki, żeby prosto z teatru iść na jakąś imprezę. Ale… to było zanim angina mnie zmiotła. Było naprawdę, naprawdę źle. Gardło mnie dobijało. Więc tylko do Gośki się dostałem i padłem spać. Rano nie mogłem mówić. Ale tak dosłownie. Migdały miałam tak powiększone, że nie mogłam wydać z siebie dźwięku. Jakoś się zmusiłam do rozgrzania gardła i umówienia się na wizytę do lekarza. Chuj, że sobota. Muszę. 120 zł.

Dotarłam do Warszawy jakoś w południe. Przed 14.00 byłam już u doktora. Antybiotyk, zwolnienie, opierdol na koniec :) Ale przynajmniej wiem, że coś mi pomoże. Więc poszłam spać.

Wieczorem miałam w planach urodziny Kejt, ale szans nie było. Ból, temperatura, brak mowy i… oczywiście, nadal wysypka i swędzenie. Więc wyobraźcie sobie jak zdychałam na maksa. Wieczorem, po moim SMSie, odwiedził mnie Filip. Miło, że tak reaguje na moje prośby :) A potem – to niespodzianka w sumie – pojawił się niezastąpiony Marcinek. Z zupą-kremem z porów. On chorował na anginy kilka lat, więc wie, co dobre i co się da zjeść w tym stanie. Chcę publicznie tutaj mu oficjalnie podziękować, że zawsze się zjawia. Zawsze kiedy zdycham w łóżku z jakiegoś powodu, on przybywa, pociesza, rozśmiesza, zabawia, opowiada, gotuje, kuruje, kupuje, przynosi… Aż mi głupio czasem, naprawdę. Bez słowa mojej nawet sugestii, że byłoby miło, gdyby się zjawił…

W niedzielę kolejne odwiedziny. Tym razem Adaś, który poszedł mi nawet małe zakupy zrobić a potem moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem). Fajnie, że ktoś wpada, posiedzi, a ja mam się komu wyżali i ponarzekać na to, jak mi źle. Dla mnie to – wstyd się przyznać – ważne. Lubię opowiadać innym jak to mi źle, to mi pomaga. Zawsze w dzieciństwie mama pytała mnie: „Ale po co mówisz mi znów, że ci źle? Przecież wiem, że cię boli. Pomaga ci to?” A ja odpowiadałam: „No tak. Właśnie pomaga.” I wtedy słuchała dalej.

I tak mijały mi te dni. Ja leżę i zdycham (nawet do komputera starałam się nie podchodzić!) a inni mnie odwiedzają. W przerwach śpię i czytam Girarda, który mnie wkurza :) Produktywność: zero. Możliwość skupienia się na czymś: zero. Tragedia.
W poniedziałek odwiedził mnie najpierw Filip, który prosto ze szkoły do mnie przyszedł i po drodze chinkę jakąś zaliczył, racząc mnie w ten sposób obiadem. A potem Adaś wpadł, ale znów to spotkanie wyszło nie-tak. Może to jest tak, że już nie będzie tak, jak kiedyś i to jest ok?
Jakby tego było mało, tego dnia Tomeczek się wyprowadził ode mnie. 28 lutego. Zostawił jeszcze kilka mebli, za zgodą Michała no i wciąż nie oddał mi kasy, na którą – nie ukrywam – czekam. Więc wszystko takie w zawieszeniu. Tę dobę mieszkałem sam. Po raz pierwszy od dawna. Bo Michał 1 marca też wybrał godzinę na wprowadzkę nienajlepszą. Jakoś koło 22 czy coś. Wcześniej więc odwiedziłam przychodnię. Udało mi się zaliczyć mojego lekarza poz (przedłużenie antybiotyku, kontrola w poniedziałek konieczna) oraz dermatologa (bakteryjny charakter wysypki, antybiotyk do smarowania, wizyta w piątek, jeśli swędzenie nie przejdzie).
A wieczorem – zamieszanie wprowadzkowe. Znów razem, śmiesznie wyszło to wszystko.

Środa spędzona w domu… Zdychanie, ciąg dalszy. Ale wzięłam się za ogarnianie. Maile powysyłane, wiadomości napisane, coś tam załatwione, jakieś wyceny, prezentacje, propozycje… coś już muszę robić, bo raz, że oszaleję a dwa, że zaległości mnie potem dobiją.
Rozrywką większą był czwartek, bo to Tłusty. Kupiłam, co trzeba i do dzieła! Zrobiłam faworki. Ludzie poumawiani mieli wpaść i je zjeść. Wpaść, wpadli. Ze zjedzeniem było gorzej. Najpierw o 16.00 pojawiała się Kasia Ewa, Paweł i Marcinek. Nielicznie, ale miło. Kasia zrobiła masakrycznie pyszne ciasto! Przepyszny jabłecznik! Zostawiła je potem dla innych gości, którzy się na noc zapowiedzieli. Strasznie fajnie, że są jeszcze ludzie, którym się chce :)

Potem spotkanie Queer UW. Najchętniej bym je odwołała, ale nie da się. Za dużo rzeczy do zrobienia. I terminy nas gonią. Więc, chcąc nie chcąc, musiałam ruszyć dupkę z domu. Na UW. Najpierw godzinne spotkanie komitetu organizacyjnego konferencji „Strategie queer” i podział obowiązków koordynacyjnych a potem już samo spotkanie Queer UW. Poszło nieźle w sumie. Chociaż, przyznać muszę, dobrze byłoby, gdyby było nas więcej na tym spotkaniu. Omówione, co miało być. Decyzje zapadły, dzieje się.
Szybki powrót do domu. Bo tutaj goście! Ze mną Ewa i Paulina od razu pojechały.

A wieczorem wpadli Gacek, Filip, Kuba Po Prostu, Tomeczek, Paweł, Pola, Adam Ł… Fajnie, fajnie. Tłoczno, zabawnie, śmiesznie. Oczywiście mama mnie potem opierdalała przez telefon, że nie powinnam przebywać z innymi ludźmi tyle, bo jestem osłabiona i ich zarazki mogą mnie dobić. Pewno ma racji trochę. No, ale co ja na to poradzę, że uwielbiam ludzi? :)
Filip został na noc.

Piątek spędzony w domu. Umieralnia się tutaj robi powoli :) Wpadłam do dermatolog, bo swędzenie nie minęło. Obejrzała, stwierdziła, że to teraz już głównie mechaniczne uszkodzenia. W sensie, że od drapania. I przepisała coś łagodzącego, z czego odczytaniem w aptece pan miał potem problemy. Więcej do tej pani nie pójdę. Jeśli do poniedziałku-wtorku nie zauważę znaczącej poprawy, umawiam się gdzieś prywatnie. Bo tej pani szanse się wyczerpały.
Wpadł Filip wieczorem przed wyjściem do klubu. Lekko próbował mnie namówić, ale wiedział, że to skazane na niepowodzenie przedsięwzięcie, więc nie wysilał się za bardzo. I dobrze. Ja naprawdę chcę wyzdrowieć. Mam dość, mam dość. Jak pomyślę, że miałabym spędzić jeszcze jeden tydzień w łóżku z bolącym gardłem i wysypką, to mam dość. Dlatego Filip sam poszedł do klubu. Spotka tam na pewno znajomych, o to się nie boję. Wychodził w nienajlepszym humorze, bo znów złapał ten swój humor, którego nie lubię u niego. Ale nie będę w szczegóły wchodzić.

Sobota mija spokojnie. Siedzę, piszę, coś tam ogarniam od rana. Nadal chora. O 17.00 na UW mam wybory do Rady Wydziału Filozofii i Socjologii UW z ramienia doktorantów. Muszę się więc tam pofatygować.

Mówiłam, że to długie nie-pisanie nie wydłuży blotki? Co tu pisać, skoro głównie śpię i umieram…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm