RSS
 

Notki z tagiem ‘urodziny’

1000 imprez i 10 lat w Warszawie

17 wrz

Dokładnie dziś mija 10 lat od momentu mojego wprowadzenia się do Warszawy. Nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się tu, gdzie dziś się znajdę i bardzo cieszę się ze wszystkiego, co udało mi się w tym czasie zrobić. W zasadzie jestem z siebie dumna.

#1000party

#1000party

Przez te 120 miesięcy, 3.652 dni, 87.648 godzin, 5.258.880 minut cały czas coś się dzieje. Czasem mam wrażenie, że moje życie nigdy nie staje w miejscu. Ale to dobrze. Choć, gdy tak o tym pomyśleć, to wydaje się to niemożliwe – najpewniej więc wybiórcza pamięć przetrzymuje wspomnienia tych momentów, w których „coś się dzieje”, by zapomnieć o tych, które nie były wypełnione wydarzeniami. W ten sposób wydaje mi się, że nie zmarnowałem ani jednej z ponad 5,25 mln minut danych mi w Warszawie.

Pamiętam, że decyzja o wyprowadzce do stolicy była oczywistą oczywistością. Tylko tutaj złożyłam papiery na studia, tylko tutaj chciałam mieszkać. Czemu? Warszawa oczarowała mnie podczas mojej pierwszej w niej wizyty z wycieczką klasową. Co prawda byłem wówczas jeszcze gówniarzem (miałem chyba 14 czy 15 lat…) z małego miasteczka, który pierwszy raz odwiedzał metropolię (no bo Szczecin, Kraków czy Poznań metropoliami dla mnie nie były) i był nią zachwycony. Musicie bowiem wiedzieć, że to, co kochałam od zawsze i kocham nadal, to pośpiech. Lubię, gdy dużo rzeczy dzieje się na raz, gdy panuje lekki chaos. I tak wówczas jawiła mi się Warszawa. Stado biegnących, nie patrzących na siebie, wiecznie śpieszących się ludzi. Tym mnie urzekła stolica. Bo ani ona piękna, ani poukładana, ani do opanowania.

Mój przyjazd był więc oczywisty. Bywałem w Warszawie wcześniej – odwiedzałem Iwonkę, która studia rozpoczęła rok wcześniej. Myślę, że w sumie przewaletowałem u niej w akademiku (na piętrze damskim!) jakiś miesiąc. Pani w recepcji już mnie znała i dawała mi klucz, jakbym normalnie i legalnie tam mieszkała. No i miłość! Miałem miłość przecież – wielkie uczucie do Piotrka, z którym byliśmy w „związku na odległość”. To dla niego głównie wpadałem do Warszawy tak często. Aż rzucił mnie jakoś dzień przed czy też w same walentynki… Taka smutna, nieopowiedziana historia.

Na kilka miesięcy przed wyjazdem do Warszawy poznałem w Szczecinie Przemka. Śmieszna w sumie opowieść. On miał wówczas 26 lat – ja ledwo 18. Dla mnie to było dziwne, bo przecież wiecie, że od zawsze podobają mi się chłopcy młodsi. Ale on, przyznać mu to muszę, wyglądał dość młodo. No i co ciekawe, dla niego to także była pierwsza homoerotyczna relacja, bo wcześniej był hetero. I tak weszliśmy w związek, o którym wiedzieliśmy, że ma datę końcową. Że mój wyjazd do stolicy zakończy sprawę. Tym niemniej, cieszyliśmy się z każdej chwili.

Aż nadszedł ten dzień. 17 września 2004. Już wiedziałam, że jestem przyjęta na studia – socjologia czekała na mnie – i znalazłam mieszkanie. Razem z Iwoną i jej dziewczyną Anką. Wynajęliśmy dwa pokoje w mieszkaniu na Imielinie. Niestety, mieszkanie razem z właścicielem (policjant – pozdrawiam go dzisiaj!) – dopiero po jakimś czasie nauczyliśmy się, że to jest złe rozwiązanie. Dobrym dla mnie zaś było to, że udało mi się zamieszkać z kimś, kto już w Warszawie był i choć trochę ją ogarniał. Za to chyba nigdy Iwonce nie podziękowałam. Dziękuję więc dziś – lepiej po 10 latach niż nigdy.

Pierwszy rok w Warszawie był dla mnie dobry. Odpoczywałam. Oj, bardzo. Potrzebowałem tego po latach hiperaktywności w rodzinnym mieście. Wcześniej byłem naczelnym gazety szkolnej, szefem szkolnego samorządu, dziennikarzem w lokalnej gazecie, prowadzącym w lokalnej telewizji kablowej, aktywistą PCK, członkiem aktywu bibliotecznego… I tak dalej, i tak dalej. To wszystko było super, ale potrzebowałam trochę odsapnąć. Poza tym właśnie wówczas zdałem sobie sprawę z tego, że moje wszystkie dotychczasowe osiągnięcia nie mają już znaczenia. Że zaczynam od nowa, od zera. Trochę to było przerażające, nie ma co ukrywać. Wytarte dotychczas ścieżki, znajome twarze i wyrobiona opinia sprawiały, że w domu rodzinnym wszystko przychodziło mi już z łatwością. A tutaj musiałam się wszystkiego nauczyć. No i nauczyć innych siebie. Dać się odkryć.
Dziś wszystkim zaczynającym studia w Warszawie mówię: nie popełniajcie mojego błędu, nie marnujcie czasu, od razu startujcie. Ale wiem, że sama dobrze zrobiłam, dając sobie czas na ogarnięcie się. Może dla was wydawać się to dziwne, ale dla mnie pewną rzeczą do ogarnięcia musiała być nawet komunikacja miejska i z niej korzystanie – wszak wcześniej nie robiłem tego nigdy! Dla osób mieszkających w dużych miastach, to naturalna czynność. Dla mnie – było to jednak coś dość nowego – co prawda łatwego, ale dobrze symbolizującego, jak wiele rzeczy musiało się w moim życiu zmienić.

W mieszkaniu na Imielinie wytrzymaliśmy niecałe dwa miesiące. A może nie tyle my wytrzymaliśmy, co właściciel mieszkania wytrzymał. Odkrył dość szybko, że Iwona wcale nie jest moją dziewczyną, tylko że sypia z Anką. A do mnie wpadło raz czy dwa kilku „wizualnie homoseksualnych” chłopców. (Och! Nie mogę zapomnieć o przełomowej dla mnie seksualnie wizycie Mirka z Kołobrzegu, którego ciepło pozdrawiam!) Wywalił nas z mieszkania. Oficjalnie, rozwiązał z nami umowę najmu, bo… za głośno bekamy.

Przeprowadzka poszła sprawnie. Zamieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu przy ul. Etiudy Rewolucyjnej u tzw. Babci Haliny. Właścicielka mieszkania (tym razem już nie mieszkająca z nami!) to wiekowa staruszka, która miała ciepłe serce i dlatego w żartach nazywaliśmy ją Babcią Haliną. Mieszkanie było śmieszne. Widać w nim było, że od czasu PRL niewiele się w nim działo, jeśli idzie o meble i wyposażenie. Nie przeszkadzało nam to za bardzo, bo cieszyło nas, że wreszcie jesteśmy sami – bez właściciela. To było najważniejsze. Nie musieliśmy się już kryć z tym, że Iwona mieszka z Anką a nie ze mną. Było nam dobrze na naszym 11 piętrze.

Oczywiście, przyjazd do Warszawy oznaczał także rozpoczęcie imprezowego życia. Wcześniej, w domu rodzinnym, było ono dość mocno ograniczone. Powodów było wiele. Po pierwsze: byłem gruby. Ale tak naprawdę, poważnie gruby. Teraz też mówię, że jestem, ale i tak jestem szczuplejszy niż wówczas. Podkreślam, że przed przyjazdem do Warszawy schudłem 27,5 kg. Dokładnie tyle. Więc możecie sobie wyobrazić, jak źle musiało być wcześniej ;) Waga i fakt bycia grubasem jednak człowieka blokują, uniemożliwiają pewne rzeczy. Poza tym: nie piłem w ogóle alkoholu. A znajomi od dobrych kilku lat regularnie piwkowali albo się po prostu upijali. Więc wiadomo, że moje towarzystwo było nie zawsze jakoś specjalnie istotne. Jasne, byłam gwiazdą socjometryczną, znaną w mieście osobą i w ogóle, ale jednak wiadomo, jak to jest. Nie bez znaczenia było moje zabieganie – ono nie dawało wiele czasu na zabawę. Na sam koniec został fakt, że już w liceum wiedziałem, że nie jestem hetero i nie przeszkadzało mi to jakoś za bardzo – oczywiście, że był to fakt ukrywany przed innymi (poza nielicznymi wyjątkami – choć dziś wiem, że bardzo wiele osób się domyślało…), co utrudniało odnalezienie się na hetero-imprezach. Dlatego na gejowskie potupanki jeździć trzeba było do Szczecina. Niby 30 km, ale z nadopiekuńczą matką i to wydawało się czasem trudne. Jasne, udawało się, ale nie było to zbyt intensywne ani częste.

Warszawa zmieniła perspektywę. Teraz zaczęło się imprezowanie. Tydzień w tydzień. Prawie zawsze z Maćkiem i Tomkiem (znanymi wówczas pod wspólną nazwą Napaleni – ale to długa historia, nie na dziś…). Prawie zawsze samochodem. Prawie zawsze na tej samej trasie klubowej. Najpierw Paradise (przy stadionie Skry, przy Wawelskiej 5), potem Kokon (na Starym Mieście, przy Brzozowej 37) no i na koniec Utopia (przy Jasnej 1). Oczywiście, nie od razu Utopia dołączyła do tego grona, ale dość szybko udało się nam tam jako tako zadomowić. Oczywiście, że nie piłem alkoholu. Nie było takiej potrzeby. Do dziś uważam, że najlepsze imprezy to te, na których jest tak dobrze, że wcale pić nie trzeba, żeby dać się porwać zabawie. Inna sprawa, że dziś takich imprez już prawie nie ma…

W historii mojego imprezowego życia w Warszawie kilka miejsc zapisało sobie szczególne miejsce w mojej pamięci i w moim sercu. Paradise to słynny, naprawdę śmieszny klub zorganizowany w hali. Latem na ogródku można było kupić kiełbaski, zaś zimą w środku było tak chłodno, że właściciele stawiali dwie wielkie dmuchawy na parkiecie, żeby ogrzać teren. Na parkiet zresztą nie wolno było wchodzić ze szkłem (bo mokro i ślisko byłoby zaraz na tej posadzce). Pamiętam jakieś detale, szczegóły z tego miejsca – wiem, jak wyglądał rozkład sali, jakie obowiązywały stroje, jak grali dje. To była dyskoteka a nie klub. To zresztą czasy, gdy w Warszawie dopiero rodziły się kluby, wcześniej były tylko dyskoteki. I właśnie Paradise było taką pierwszą dyskoteką gejowską z prawdziwego zdarzenia.
Potem pojawił się na horyzoncie Kokon. Nie mylić z krakowskim Coconem ;) Często złośliwie nazywany „gorszą Utopią”. Bo styl klubu był podobny – była selekcja, było wytworne wnętrze, było lekko snobistycznie. Muzycznie klub także starał się nadążać za Jasną 1 – z większymi lub mniejszymi sukcesami. W Kokonie bywaliśmy regularnie. Raz nawet udało mi się spędzić tam sylwestra. Tak więc związek z miejscem zdecydowanie był. Pamiętam zresztą, że ten sylwester zakończył się poznaniem chłopca, z którym całowaliśmy się jak szaleni w toalecie klubu. Potem nawet spał u mnie z raz czy dwa. Ale potem przestał się odzywać. Dziś widujemy się czasem w klubach i zawsze serdecznie się witamy.
Legendą pewną był bez wątpienia BarbieBar. To miejsce, które nie miało prawa się utrzymać na powierzchni. Przynajmniej z mojej perspektywy. Bardzo młody tłum nie mógł, jak mi się wydaje, zapewnić przetrwania. Za mało przynosili kasy, za dużo wypijali „pod ministerstwem” przed wejściem do klubu. Ale cośmy się tam wyszaleli, to nasze. Niby byłam tam Meblem (tak nazywano oficjalnie stałych bywalców), ale z racji tego, że nie piłam jeszcze wówczas prawie w ogóle alkoholu – nie należałam do towarzystwa Mebli. Cechą charakterystyczną tego miejsca było to, że nikt nie przejmował się tam etykietką pod tytułem „orientacja psychoseksualna”. Nie miało znaczenia, czy jesteś gejem, lesbijką, hetero czy bi. Wszyscy kochali tam wszystkich. A czasem i kochali się ze wszystkimi. Żartem obrosła już sytuacja, że pewne było, iż pojawienie się w jednym tygodniu osoby z mononukleozą (była to wówczas popularna przypadłość), gwarantowało, że tydzień później kilkanaście kolejnych osób, zarażonych nią, nie pojawi się w BarbieBarze. Pijackie całowanie się ze wszystkimi dokoła, tańczący na barze młodzi chłopcy, którzy zaskakująco bardzo chętnie pokazywali swoje brzuchy fotografom… To wszystko w połączeniu ze świetną muzyką (pozdrowienia dla dja Andesha, Mmikimausa i Lucasa) sprawiało, że każda impreza w BarbieBarze była szalonym doświadczeniem. Wejściem w jakąś bajkową rzeczywistość, która nie wiadomo skąd się nagle w centrum Warszawy znalazła.
O Utopii mogłabym pisać i pisać. To miejsce kształtowało mnie muzycznie, obyczajowo i społecznie – tak jak kształtowało całą Warszawę (i warszafkę, ma się rozumieć) przez wiele lat. Szczytowe, jak się zdaje, lata jej działalności przypadły na rok 2009 i 2010. Idealnie, bo właśnie w tym momencie muzyka house, która była od zawsze znakiem rozpoznawalnym miejsca, święciła największe triumfy – a zarazem nie trafiła jeszcze do mainstreamu, jak to ma dziś miejsce. Piękny wystrój, szalone imprezy, dzikie tłumy, wredny selekcjoner, obserwująca wszystko Królowa, specyficzne reguły, zasady, normy, aura tajemniczości, absolutnie wyjątkowi goście muzyczni… to wszystko i szereg innych czynników składały się na absolutną unikalność tego miejsca. Dlatego napisałam o niej pracę naukową. Dlatego też tak ważne dla mnie było to miejsce. Utopia była mekką, ale była też domem, była wychowawcą ale i przyjacielem. To wszystko na raz jest nie do opisania. Choć pewną próbę podjąłem po zamknięciu tego miejsca – zarówno na queer.pl jak i na tym blo. Nie mogę jednak nie wspomnieć o niej dzisiaj – gdy staram się podsumować krótko te 10 lat spędzonych w stolicy. Zniknięcie jej z Jasnej 1 było jednym z najsmutniejszych dni w historii mojego mieszkania tutaj oraz w historii clubbingu w Polsce. I wiem, co mówię. Wszak przeżyłam już w stolicy 1000 imprez.
A po jej zamknięciu pojawił się Glam (no, powstał chwilkę przed zamknięciem, ale popularność zyskał zaraz po tym wydarzeniu). Na początku zapowiadało się ciekawie. Nieco mrocznie, ale z kolorowym, błyskającym korytarzem. Muzycznie słabo, bo super-popowo, za to ciekawie wyglądała klientela (w sensie, że dużo młodych). Nastał wreszcie taki moment, że nie za bardzo jest alternatywa dla Glamu. Nie ma już gejowskich miejsc bez dark-roomów innych niż to. Poza tym i samo miejsce ewoluowało w czasie – stało się synonimem szalonej (nie koniecznie pozytywnie) zabawy, ale i miejscem, gdzie można dostać w twarz od lesbijki… Połączenie przepychającego się, palącego wszędzie tłumu z pijackimi uniesieniami miłosnymi osiemnastolatków wyginających wychudzone ciała na parkiecie. Zarazem jednak, chcąc nie chcąc, zadomowiłem się tam i teraz jestem już nie tylko jak mebel w BarbieBarze, ale i czasem stoję za barem, obsługując ludzi, gdy barmani akurat mają przerwę a ja dobry humor…
Oczywiście, były także inne miejsca – mniej istotne, mniej uczęszczane przeze mnie i moich bliskich – Galeria, 9ine, Capitol, De Lite, Bank, Confashion, Paprotka, Cinnamon, Discrete, Zoo, Room13 i dziesiątki innych, pomniejszych. Wszystkie one sprawiły, że moje życie przez ostatnie 10 lat było imprezą. I wymieniam tylko miejsca w Warszawie, choć wiadomo, że przez 1000 imprez, udało mi się także zaliczyć inne miasta. Berlin, Paryż, Budapeszt, Kijów, Oslo, Malmo, Kopenhaga, Londyn, Dublin, Montreal, Kolonia, Bruksela, Barcelona, Szczecin, Kraków, Łódź, Toruń, Lublin… – by wymienić te, które w tej chwili pamiętam. One wszystkie złożyły się na to, jaką jestem dziś osobą.

***

Ktoś powiedziałby: to dziwne, że aż tak przeżywasz imprezy.
Być może. Ale pamiętajcie, że np. to właśnie imprezowanie jest głównym miejscem topienia przeze mnie kasy. Jest też jedyną stałą rzeczą w moim życiu. Zmieniają się ludzie, którzy są koło mnie, zmieniają się postacie, jakie pojawiają się drugoplanowo, zmienia się sposób zarobkowania przeze mnie kasy i zmienia się mój status społeczny oraz moja waga. Nie zmienia się jedno – impreza. Ona jest wieczna, bo bez względu na czasy ludzie będą chcieli oddawać się hedonistycznej uciesze skakania w rytm basów.

Pamiętam taką sytuację, gdy moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem) spotykała się z pewnym chłopcem. Całkiem chyba zresztą przystojnym. Nie był on jednak fanem klubów, bo uważał je za siedlisko zła. I w którymś momencie, gdy znajomość mojej przyjaciółki zacieśniała się z nim bardziej, on postawił ultimatum: albo ja, albo impreza. Moja przyjaciółka, choć nie zawsze rozsądna, tym razem postąpiła prawidłowo. Wybrała to, co zapewnia jej większą stabilność, większą pewność trwania. Wybrała imprezę.

Najdłuższa zorganizowana przeze mnie impreza trwała 54 godziny. Druga w kolejności – która wyszła nieplanowana „na spontanie” – jakieś 32 godziny. Najwięcej w swoim mieszkaniu gościłam 37 osób jednej nocy. Najmniej wydałam na całonocną imprezę 0 zł. Te wszystkie jednak rekordy nie mają dziś znaczenia. Prawda jest taka, że wielu imprez nie pamiętam już po latach dokładnie – przebijają się z nich jakieś fragmenty, wyrywki, krótkie sytuacje, czy charakterystyczne wydarzenia. Ale cała impreza blednie i zlewa się z innymi, tworząc za to wspomnienie jednego, nieustającego, pulsującego, kolorowego ciągu imprezowego.

I na koniec jeszcze: oczywiście, że nocami dzieje się najwięcej niewłaściwych rzeczy. Ale kto powiedział, że noc jest od spania? „Nie, nie, proszę państwa, noc jest właśnie od niszczenia sobie życia. Od analiz, tego co było już i tak zanalizowane milion razy. Od wymyślania dialogów, na które i tak nigdy się nie odważymy. Noc jest od tworzenia wielkich planów, których i tak nie będziemy pamiętać rano. Noc jest od bólu głowy do mdłości, od wyśnionych miłości.” (Éric-Emmanuel Schmitt)

***

W piątek spotkam się z kilkudziesięcioma osobami, które przez te lata przewinęły się przez moje imprezy. Będzie to niewielki wycinek tych, którzy współtworzyli moje życie. Część z nich zniknęła całkiem. Część nie chce mieć ze mną kontaktu, a część się tego kontaktu wstydzi. Trudno, bo ja nie żałuję żadnej z tych znajomości. Cieszę się, że poznałem tak wspaniałych ludzi – nawet jeśli czasem dziś nie pamiętam już nawet jak się poznaliśmy, albo jak mają na imię…
Spotkamy się w Glam, bo chcę w ten sposób pokazać symbolicznie, jak zmienił się nasz świat przez ostatnie 10 lat. Świat imprez w Warszawie, ale i ogólnie życie w Warszawie. Nie bez znaczenia jest to, że większość tych osób, to środowiska LGBTQIA – najbliższe mi w ciągu minionych 1000 imprez świat LGBTQIA zmienił się także. Wydarzenie pod nazwą #1000party ma być delikatną tylko próbą podsumowania tego, co się zadziało ale i celebracji nadchodzących wydarzeń. Moim małym podziękowaniem dla (nie)obecnych i wyrazem nadziei, że zostaną ze mną jeszcze choć przez chwilkę.
Na specjalnie wygrodzonej przestrzeni będziemy mieć bifor, jakiego jeszcze nie przeżyliśmy. Około 1:30 przegroda zniknie i połączymy się z resztą osób przybywających do klubu. Bo przecież zawsze tak jest, że nadchodzi moment naszego przybycia, dołączenia, wmieszania się.
Chcę, żeby ten wieczór był jakoś wyjątkowy – stąd nietypowe miejsce biforowania, stąd papierowe zaproszenia, które goście otrzymali pocztą, stąd inne drobne niespodzianki (takie jak kubki z logo #1000party, okolicznościowe naklejki, set muzyczny, zdjęcia, pokaz slajdów i inne), stąd welcome drink dla każdej wchodzącej na #1000party osoby. Chcę też w ten sposób pokazać Wam, że jesteście dla mnie ważnymi osobami, że bez Was nie byłoby mnie tutaj w takiej postaci, w jakiej jestem.

***

Impreza jest moim życiem. Co do tego nie ma wątpliwości. Ale tylko dzięki znajomym, przyjaciołom i gościom, którzy przez te 10 lat przewinęli się przez moje życie, jest to najlepsza impreza, jaką mogłam sobie wymarzyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

10 lat duzyformat.blog.pl. Dziś urodziny bloga!

30 maj
duzyformat.blog.pl

duzyformat.blog.pl

80 prac licencjackich. Tyle mniej więcej zajmuje treść tego bloga w przeliczeniu, tworzona przez ostatnie 10 lat. Dziś mija dekada od momentu, gdy powstał.

Och, co się przez ten czas zmieniło… Wszystko. Dosłownie wszystko. Zaczynałam jako chyba już wówczas homoseksualny chłopiec z duża nadwagą, mieszkający na prowincji. O, tak. Pamiętam. Pisanie blogów 10 lat temu zaczynało być powoli modne. Dlaczego ja go założyłam? No, powiem szczerze… z lenistwa. Miałam wówczas bardzo dużo znajomych, ale też i znajomych z bardzo różnych środowisk, którzy nie koniecznie za sobą przepadali. Musiałam się więc widywać z nimi osobno. I za każdym razem opowiadać te same historie, wyjaśniać coś itd. Żeby tego uniknąć, zaczęłam prowadzić bloga. I tam mieli wszystko czarno na białym. Wiedzieli już wszystko a ja nie musiałam opowiadać tej samej historii dziesiątki razy.

Tak się zaczęło. Na nickolas.blog.pl początkowo. Przez pierwsze kilka miesięcy taki był adres bloga. Potem „wielka akcja” kasowania. Adres bloga, na którym już się wiele wówczas intymnych rzeczy znalazło, złapała pewna Anka. I ja się wystraszyłam, że może treść bloga wykorzystać. Więc go skasowałam. Tak na szybko. To była akcja na łączach. W ruch poszły Gadu-Gadu (przecież 10 lat temu się go używało!) i telefony. Dzięki pomocy kolegi, udało się: namówił Ankę na odświeżenie strony w kilka sekund po tym, jak bloga skasowałam. Tylko dlatego przetrwałam. Potem kilka dni myślałam nad tym, jak założyć nowego bloga, jak go nazwać… Oczywiście, treść udało mi się zachować na dysku, więc potem ją udostępniłam już – na nowym duzyformat.blog.pl.
Ciekawostka 1. Na allegro.pl mój nick to nadal nickolasblog :)
Ciekawostka 2. Nickolas, czy też Nick to mój pseudonim/nick z tamtych czasów. Wziął się oczywiście od Nicka Cartera, którego kochałam całym serduszkiem wówczas.

Dziś treści nickolas.blog.pl już nie ma. Zaginęła i nigdy jej nie odzyskamy. Trudno :) Potem zaczęła się era duzyformat.blog.pl. Nadal się ukrywałam w szkole ze swoim pedalstwem, nadal o blogu wiedziało niewiele osób. Ale to nie trwało długo, bo siedem miesięcy później przeprowadziłam się do Warszawy. Czy też raczej przeprowadziłem, bo wówczas jeszcze transowanie mi nie w głowie było.

Kiedyś pisałam bardzo dużo. A raczej: często. Zdarzało mi się wstawić nawet 17 wpisów miesięcznie (czyli częściej niż co drugi dzień!), dziś piszę zdecydowanie rzadziej, ale za to obszerniej. To wynika z tego, że zmienił się świat mediów elektronicznych. Blogi są, owszem, nadal popularne, ale dziś w codziennej komunikacji mamy portale społecznościowe, fotoblogi itd. Poza tym kilka lat temu powstało jejperfekcyjnosc.blox.pl, które też przejęło dużą część tego, co dawniej na duzyformat.blog.pl się znaleźć mogło. Dziś rzadziej też traktuję bloga jak pamiętnik do spisywania wydarzeń (od tego mam fotoblo.jejperfekcyjnosc.pl) – jest raczej miejscem refleksji, czy też kontenerowania różnych emocji. Nigdy nie chciałam, żeby stał się blogiem takim jak śp. abiekt.blog.pl czy trzyczesciowygarnitur.blog.pl – gdzie piszą o polityce, ich blotki poświęcone są bieżącej sytuacji w Polsce itd. To nie oznacza, że ja skupiam się tylko na sobie. Nie, no czasem jakieś wątki się pojawiały tego typu, ale jednak to jest mój blog. O mnie. O moim życiu.

Nie ukrywam, że lubię poczytać czasem stare wpisy. Przypominają mi, kim kiedyś byłam.

4 marca 2004 piszę:
„Na koncercie spotkałem Radną K, którą odwiedzałem przed warsztatami. Powiedziała, że pan starosta będzie chciał mnie zaprosić na rozmowę w poniedziałek albo w piątek. No tak… teraz będzie dziękował, gratulował i mówił jak to wspaniale. A jak trzeba było pomóc, to nic nie dał. Chuj mu w plecy. Zrobię scenę.”

30 września 2004 tak:
„Dzisiaj byłem z Iwoną sprzedać miejsce w akademiku. 400 zł to chyba nie tak bardzo dużo, co?
Znów odwiedziłem Dom Studenta numer 1… od razu przypomniało mi się, jak panie z portierni nie chciały wpuścić mnie, gdy przyszedłem 14 lutego nad ranem do i z Jakubem Wawa. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzisiaj panie były inne i były miłe. No i była zapłakana studentka z Nigerii, którą kierowca podwiózł tutaj a nie do Akademii Medycznej. To niewielka różnica i niedaleko, ale nie zmienia to faktu, że w takimi trzema torbami, jakie ona miała, to w życiu by się tam pieszo lub autobusem nie dostała. Więc pani z recepcji wezwała kierowcę, który nie chciał podjechać pod akademik, ani pomóc nieść bagaże. Kutas zwykły i cham po prostu. Więc ciocia duzyformat pomogła.”

23 października 2005 z kolei tak:
Koniec.
Wczoraj wieczorem przemyślałem wszystko dokładnie. Przeanalizowałem. Potem przespałem się z tą myślą.

I mam was w dupie.
Głęboko zresztą. Gdzieś w proksymalnej części odbytnicy. Tuż przed dwunastnicą.
Bo nie było was przy mnie, gdy was potrzebowałem. Bo nikt nie pomógł mi, gdy najbardziej łaknąłem tej pomocy. Bo nie potrafiliście zrobić nic dla mnie.
Wszyscy wy.

Zły byłem z tego powodu. Na siebie. Na was. Na wszystkich.
A teraz mi przeszło. Złość to uczucie niedobre. Niszczące. Destruktywne. A nie jest celem mojego życia sianie jakiejkolwiek destrukcji. Dlatego wyrzucał złość ze swojego serca. Już mi przeszło.
Nie jest mi już smutno. Jak zwykle, gdy dochodzę do kolejnego odkrycia wewnątrz siebie, jestem rad. Tak jest i tym razem. Co mi było? Nie mogłem się pogodzić z tym, że nic dla was nie znaczę.

15 stycznia 2007 wyznałam:
„No i był też On. Tak, tak – Jurek. Jurek to, Jurek tamto. Jurek, Jurek. Jurek.
Nie wiem ile razy tej nocy wypowiedziałem jego imię (często łącząc je ze słowem „kocham”). Wyglądał świetnie w swojej żółtej-wpadającej w zieleń koszulce z rysunkiem skropiona i napisem „Beware”. No i ten jego uśmiech śliczny. Jasne spodnie, ciut niżej, ale bez przegięć. Króciutkie włosy ciemne. Cute.”

4 sierpnia 2008 relacjonowałam:
„Byłam nieco zmęczona po tym całym łażeniu, ale Szał Baj Najt nie mogłam sobie odpuścić. Tak przynajmniej mi się wydawało niesłusznie. Bo okazało się, że w te wakacje do była na razie najgorsza edycja. Najnudniej, najmniej ludzi, May One trzeźwy… Jakoś tak było inaczej, niewłaściwie. Nawet Damian.be z Patryczkiem i znajomymi się szybko do Galerii zmyli na karaoke. Ja posiedziałem trochę ze znajomymi ciotami, ale też nie było sensu za długo. A szkoda, bo nawet Jurek się pofatygował (oferując wcześniej przez telefon podrzucenie za załatwienie wejścia darmowego, ale jak się dowiedział, że to tylko 5 zł, to stwierdził „nie było sprawy” i się rozłączył…). No i do domu dość szybko wróciłam.”

28 marca 2009 wyglądał tak:
Ale ponieważ dziekan mnie trochę wkurzył w poniedziałek, to i ja postanowiłam zadziałać. Przejrzałam bardzo, bardzo dokładnie kilkadziesiąt tabelek dotyczących planów zmian w zajęciach na naszym wydziale. Bardzo dokładnie. I znalazłam na przykład, że na stosunkach międzynarodowych za semestralny wykład kończący się egzaminem na studiach stacjonarnych są 3 pkt. ECTS, ale już za ten sam semestralny przedmiot-wykład na studiach niestacjonarnych wieczorowych kończący się zaliczeniem na ocenę jest… 7 pkt. ECTS. Kilka takich fajnych rzeczy znalazłam i napisałam pismo. Bo nie mogłam być na posiedzeniu Rady Wydziału w środę. Poszło do dziekana. Jak nic z tym nie zrobią, to zgodnie z sugestią Kolegium Rektorskiego na spotkaniu z samorządami w środę, zgłoszę to do Komisji Senatu UW ds. studenckich, doktoranckich i procesu kształcenia. No cóż, dla dobra studentów – wszystko.”

23 listopada 2010 z kolei:
A wracając do Polski i do czwartku. Pojechałam do Lublina na konferencję „Kontrowersje dyskursywne. Między wiedzą specjalistyczną a praktyką społeczną” na KUL. Tak, tak, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II. To moja pierwsza konferencja w tym miejscu – chciałam zobaczyć jak to jest. Oczywiście, przyjechałam i postanowiłam się przejść na uczelnię. Od dworca to jakieś 2 km, więc niedaleko, a ja uwielbiam oglądać miasta. I nawet nie było tak źle z trafieniem na miejsce (niech żyje Google Locals!), ale już w samej uczelni… masakra! Nic nie oznaczone, nikt nic nie wie. Jedna wielka niewiadomka. Na szczęście jednak jakoś sobie poradziłam i trafiłam po dobrych jednak kilkunastu/kilkudziesięciu minutach.”

12 października 2011 napisałam:
W czwartek rano – Dzień Dobry TVN. Wszystko fajnie, miło – spotkanie z Anią Grodzką (była drugim gościem, a spotkanie dotyczyło możliwości nieokreślania płci w australijskim paszporcie) to zawsze fajna rzecz. I w zasadzie podobałoby mi się do końca, gdyby nie to, że uparli się podpisywać mnie i mówić do mnie imieniem z dowodu. Ja wiem, wiem… to mój pierwszy raz w DDTVN, więc na razie im wybaczam. W Pytaniu Na Śniadanie TVP2 też mnie początkowo nie słuchali. A teraz już podpisują mnie właściwie. Powalczę o to i w TVN, bez obaw ;) Dobrze wyszłam chyba.”

9 stycznia 2012 wspominałam:
Ostatnio jeden chłopiec podszedł do mnie i powiedział mi, że nasze spotkanie pierwszy raz było dla niego bardzo ważne. (A było to dobre kilka lat temu i działo się w Utopii.) Podeszłam wówczas do niego i jakoś tam zagadałam. Wzięłam go na VIPa, żeby tam pogadać na spokojnie. I gdy stanęliśmy przy barze, zadałam mu pierwsze pytanie: „No dobra, to teraz mi powiedz… Czemu taki ładny młody chłopiec jest tak strasznie zaćpany?” Zaczął oczywiście wówczas zaprzeczać, że nie, że wcale nie jest, że on nigdy w zasadzie… Powiedziałam mu wówczas, żeby jednak poszedł, bo nie chcę z nim rozmawiać.

I wreszcie 30 marca 2013 śmiałam się sama z siebie:
Dochodzę też do siebie po moim wypadku. W zasadzie nie mam już prawie śladów. I nie, nadal nie wiem, co się wówczas stało. Miałam wypadek, to miałam, na chuj drążyć temat? ;) Na policzku mam nadal niewielki rumień, który dokładnie przykrywa za każdym razem podkład. Mam też dwie jeszcze gojące się szramki na brwiach. Nowe okulary (raz jeszcze dziękuję Amy za oprawki!) są okej, wszystko wróciło do normy. No, może poza moim palcem wskazującym. Nadal boli mnie w prawej ręce. Byłam u chirurga jakieś dwa tygodnie temu i powiedział, że wszystko okej. Teraz jeszcze do ortopedy idę, bo już chcę, żeby mi przeszło. Nie boli mnie cały czas, tylko jak pięść robię albo prostuję bardzo. I trochę nadal lekko spuchnięty. A ponieważ już trochę czasu minęło, to mnie troszkę niepokoi.

***

Zawsze bawiło mnie oglądanie statystyk. Bo widziałam, że rzeczywiście dużo ludzi coś tam czyta a potem jak ktoś pytał, to oczywiście nikt się nie przyznawał, że zaglądał. Wypadało mówić, że się mojego blo nie czyta. Dziś już chyba tak nie jest, dziś mniej osób go czyta, wiem to. Wynika to z faktu, że są łatwiejsze, bardziej obrazkowe, mniej rozpisane formy kontaktu ze mną. Bloga czytają tylko naprawdę zainteresowane osoby, albo ci, którzy nadal wierzą w słowo pisane. A to malejąca grupa.

Generalnie dziś uważam, że założenie tego bloga, to był strzał w 10. I dlatego tak nazwałam imprezę z okazji dziesiątych jego urodzin. Strzał w 10. Mimo tego, że najadłam się z powodu pisania tutaj dużo wstydu, nienawiści i odrzuceń. Przecież to przez bloga nie jeżdżę już w wakacje do Rewala pracować z dzieciakami. To przez bloga mi kilka razy grożono. To przez bloga właściciele klubów i restauracji się na mnie obrażali. To przez bloga chłopcy mnie rzucali. To wszystko tutaj jest. I ze dwa razy przez to 10 lat miałam taki kryzys, że myślałam, żeby w ogóle przestać pisać. Że może to nie ma sensu, że za dużo ryzykuję, za dużo mam do stracenia. Ale wydaje mi się, że dzięki temu, że kontynuowałam pisanie, jestem dziś tu, gdzie jestem.

Impreza urodzinowa jutro. Chciałam zaprosić na nią jak najwięcej osób, które kiedykolwiek miały do czynienia z duzyformat.blog.pl. A więc, mówiąc inaczej: miały kontakt ze mną. Wiadomo jednak, że osoby z pierwszych 5, może nawet 6 lat blo są już dla mnie niedostępne. Gdzieś nasze drogi się rozeszły i nie mamy już kontaktu. Nie mogłam ich więc zaprosić. A szkoda, bo kiedyś musiały być dla mnie superważne.

Mam nadzieję, że „Strzał w 10” się uda. Że będzie dobra zabawa. Że wszyscy poszalejemy. Nagrody czekają, wódka się chłodzi. Jutro rano ostatnie zakupy i potem noc pełna uciech.

Nie wiem, co będzie dalej z blo. Sami widzicie, że ma teraz inną formułę niż dawniej. Że mam mniej czasu na pisanie. Szkoda, wiem. Ja bardzo żałuję. Nie wiem jak będzie dalej, czy nadal będę go pisać i do kiedy to potrwa. Ale zostańcie ze mną i sprawdźcie to :)

***

Oczywiście, duzyformat.blog.pl byłby czymś innym, gdyby nie Wy, czytelnicy. Nie ma co prawda nikogo, kto jest ze mną od początku, przez te długie 120 miesięcy cały czas obecny, ale bez względu na Wasz staż, chcę Wam podziękować. Bez Was byłoby zupełnie inaczej. Najpewniej gorzej. Więc kłaniam się w pas i raz jeszcze dziękuję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozwiązanie konkursu: Wygraj zaproszenie na urodziny duzyformat.blog.pl

25 maj

Czas na rozwiązanie konkursu! Spośród kilkudziesięciu zgłoszeń, wybrałam trzy, które z różnych powodów wydały mi się najlepsze. Autorzy najlepszych uzasadnień w nagrodę otrzymują dwuosobowe zaproszenie na imprezę „Strzał w 10″.

Strzał w 10

Strzał w 10

Wybór nie był, prawdę mówiąc, łatwy. Tym bardziej, że niektóre uzasadnienia były podobne. Zaliczają się do nich te z cyklu „bo chcę poznać wreszcie JP na żywo” albo „bo beze mnie impreza się nie uda” czy też „bo nigdy niczego nie wygrałam”. To nie znaczy, że są to złe odpowiedzi. Takich nie ma. Wszystkie, mam wrażenie, były bowiem szczere. A to największa ich wartość.

No, ale wybrać trzeba. Dlatego też zaproszenia na imprezę otrzymują Jakub, Sebastian i Adam.

Sebastian napisał: „Od dawna chciałem poznań Jej,a to będzie chyba najlepsza okazja.” I była to pierwsza odpowiedź z cyklu „bo chcę poznać wreszcie JP na żywo”, więc w imieniu wszystkich, którzy potem nadesłali takie odpowiedzi, jedna osoba otrzymuje nagrodę.

Adam napisał: „Impreza ze mną to gwarancja piękna, młodości i szalonej zabawy do rana!” Jest więc przedstawicielem kategorii „bo beze mnie impreza się nie uda”. Ze wszystkich odpowiedzi w tej kategorii, ta wydała mi się najbardziej przekonująca. Dlatego nagroda dla Adama.

Jakub napisał: „To muszę być ja, bo jestem zajebistym, uroczym i przystojnym chłopcem.” I chyba zwycięstwa tej odpowiedzi jakoś specjalnie uzasadniać nie muszę? :)

Wśród pozostałych, ciekawych i bliskich wygranej odpowiedzi, pojawiły się następujące:
- „Ponieważ to może być moja jedyna szansa poimprezować z kimś,kto był moim wykładowcą :)”
- „Zamierzam wygrać te wibratory.”
- „Urodziłem i wychowalem się w Melinie, i właśnie sobie uświadomiłem, że tęsknie za domem. ”
- „Jeśli wygram, wreszcie będę miała okazję ładnie wystroić swojego małżonka i dowiedzieć się jak to jest iść na imprezę w towarzystwie francuskiej pokojówki”

Za zwycięskie, powyższe i wszystkie pozostałe odpowiedzi dziękuję! Jesteście super, że Wam się chciało powalczyć w konkursie. Obiecuję, że będą następne. Skoro takie chętne/tacy chętni jesteście :)

O co chodziło w konkursie? Sprawdź tutaj.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Konkurs: Wygraj zaproszenie na urodziny duzyformat.blog.pl

18 maj

Trzy dwuosobowe zaproszenia do wygrania czekają! 31 maja możesz bawić się w Melinie z Jej Perfekcyjnością i jej znajomymi. Zadanie konkursowe jest banalnie proste.

Strzał w 10

Strzał w 10

Na imprezie, poza mnóstwem gości i świetną muzyką, przewidziano także m.in. konkursy z nagrodami (zaproszenia do kina, wibratory, wejściówki do klubów, książki i inne…), pyszne sushi, przepiękny tort i inne smakołyki. Będzie można także delektować się sziszą i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Aby wygrać jedno z zaproszeń, należy do 24 maja (piątek) wypełnić formularz konkursowy dostępny na TEJ stronie. Ogłoszenie wyników w sobotę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

5 dni, 3 tygodnie i nieco ponad 1 miesiąc

13 maj

Bo przecież nasze życie obraca się wokół cyferek i czasu. No a moje na pewno. Umówione spotkania, zaplanowane zajęcia, godziny, które układają się w całość jako-tako ogarniającą moją rzeczywistość. Wiecie, że jestem maniaczką planowania. Ba! Wydaje się, że jest duża szansa, że jest to nieco jednak chorobliwe nawet. Tym niemniej, to jest właśnie to, co daje mi poczucie kontroli nad moim życiem. Poczucie kontroli nad sobą.

***

Taki tam kalendarz. Spokojny tydzień

Taki tam kalendarz. Spokojny tydzień

No, ale pomijając już ten autopsychoanalityczny wątek, na który dziś nie ma miejsca, czas o innych terminach powiedzieć. Zacząć chcę od długiego weekendu majowego. Tego pierwszego w tym roku. Bo że kolejny przed nami, to chyba wiecie?
Miniony był dla mnie szalony. Jestem już w wirze przedparadowych przygotowań. Dziesiątki maili dziennie tylko w tej sprawie, mnóstwo telefonów. Koordynacja pracy 7 osób, wykonywanie pracy za 3 kolejne, pisanie informacji, przygotowywanie ofert… A lad moment dojdzie więcej, bo Tydzień Równości na głowie. Eh, nie będzie łatwo. Dlatego miałam postanowienie: w długi weekend (przynajmniej w dniach 1-3 maja) nie robię nic. Odpoczywam. Nie odpisuję na maile, nie piszę niczego, nie ogarniam spraw. Nic a nic. Tylko zabawa, odpoczynek i relaks. Czytanie książki, spotkania ze znajomymi, imprezy, alkohol. Taki był plan. Och, i jak ten plan mi się udał…

Zaczęło się, oczywiście, 1 maja. Dla szczerości powiem, że rzeczywiście, przez jakieś 1,5 godziny rano tego dnia musiałam nadrobić to, co darowałam sobie wieczoru poprzedniego. Ale cel był szczytny: wyspać się. Bo ostatnio sypiam po 4-4,5 godziny na dobę, co nawet dla mnie jest ilością niewystarczającą. Tak więc, by się wyspać, lekko nagięłam postanowienie. Ale tylko lekko i nadrobiłam je potem z nawiązką 4 maja ;)

Stęskniona byłam trochę za Warszawą po weekendzie w Krakowie. Więc się ucieszyłam, że Paulina znów zaplanowała na 1 maja swój piknik urodzinowy. Tym razem zorganizowała go w ogrodzie swojej przyjaciółki, więc można był legalnie pić. Za to zakup alkoholu tego dnia nie był taki prosty. Gdy dotarłam na Żoliborz, chciałam kupić tam jakiś wermut a okazało się, że to niedostępny tam alkohol. W ogóle pusto było w obu całodobowych sklepach, które odwiedziłam. Na szczęście dojrzałam Carrefour Express a tam wybór bogaty. No i udało mi się kupić. Tak więc zaopatrzona w prezent i wermut dotarłam. Większość ludzi, którzy są u Pauliny na urodzinach to są dla mnie dość obcy ludzie. W sensie, że ich kojarzę, znam z jakiś spotkań u niej, ale nie mam z nimi kontaktu poza tym. Więc zawsze to specyficzne doświadczenie. Niektórych z nich, prawdę mówiąc, naprawdę lubię. Bo są albo krejzi albo inteligentni. Tym razem okazało się, że potwierdzili moją opinię na swój temat. Szaleństwo się działo. Tańce, hulanka. Łącznie z Tańcem Gotye, który jest jakąś ich lokalną tradycją a dla mnie wężo-podobnym doświadczeniem weselnym. Ale, oczywiście, włączyłam się w to, chcąc pokazać swoją otwartość. Było śmiesznie.
No i pyszne jedzenie! Paulina, jak zawsze, poszalała. Zrobiła to, i tamto i siamto. Wszystko zrobiła, tyle tego było. Pieczone, smażone, gotowa, surowe. Warzywa, owoce, słodycze, mięso. Szaleństwo, jak nic. Na pewno wszystkiego nie zjedzono, mimo że ludzie się trochę do-schodzili w trakcie. Była awantura z sąsiadką, której przeszkadzała muzyka grająca z mieszkania (nadmieniam, że był to dzień!), byli dziwni, wyglądający na bardzo naćpanych, znajomi, którzy wpadli na chwilkę. Były też kotki, czyli ulubiona rzecz Pauliny. Nie zabrakło matki z dziećmi i mężem. No i oczywiście, że jedno z dzieci musiało być upośledzone. A chłopiec, malutki jeszcze, będzie piękny, jeśli utrzyma mu się ta uroda cherubinka. Taki słodki, nic tylko zjeść. Impreza trwała, alkohol lał się a ja musiałam ruszać dalej… Najebana dotarłam do Centrum.

Tam spotkałam się z Michauke i Agatauke. Oni chyba już też nie byli trzeźwi. Więc zaciągnęli mnie do pawilonów przy Nowym Świecie. Nie mój klimat, ale co mi tam. Poddałam się, bo ilość alkoholu we krwi zaczynała powoli acz niebezpiecznie spadać. Nudno się tam zaczęło robić, więc do PKP Powiśle się przenieśliśmy. Tam zszokowałam panią barmankę zamawiając whisky ze spritem. Bo ona myślała, że piwo albo wódka. Ale ja chciałam coś lepszego. Pytała managera jakiegoś ile ma policzyć… Trochę to smutne. No, ale ostatecznie długo się posiedzieliśmy, bo czas był na nas, by ruszać dalej.
W podróży pomogły nam rowery Verturilo. A! Tak w ogóle dowiedziałam się potem, że z nami jakaś jeszcze kobieta była. Niech fakt, że w ogóle nikogo takiego nie pamiętam (a wypożyczałam jej rower na swoją konto!) świadczy o moim stanie. W takim oto właśnie stanie jechaliśmy rowerami. Debilami byliśmy, bo wybraliśmy najgorszy z możliwych odcinków – ten pod górę. Dotarliśmy jakoś do rogu Marszałkowskiej i Królewskiej, gdzie wymeldowaliśmy nasze bicykle.
Udałam się wówczas z nimi do Wojtka-Piotrka i Mariusza do domu. Odkryłam więc jeden z wielkich bloków przy al. Jana Pawła II. Korytarze, być może z racji mojego upojenia, wydawały mi się labiryntem, który jednak ostatecznie doprowadził mnie do właściwych drzwi, mimo kuszącego i zmylającego zapachu azjatyckiego jedzenia, jaki unosił się w powietrzu. Na miejscu spotkałam nie tylko gospodarzy i ich dziwnie nie-otwierającą się szafkę w kuchni, ale też i Magdalenę, która – jak się potem okazało – od kilku dni intensywnie spędza czas z chłopcami. Łącznie z tym, że 2 maja pojechała z nimi do rodziców jednego z nich.
W każdym razie zakup alkoholu okazał się bardzo trudny. Ruszyliśmy do Glam, bośmy pewność mieli, że tam się coś dzieje. I działo się. Nie za wiele, ale się działo. Dla mnie ważne, żem jednego pięknego chłopca dojrzała. Ale miałam wówczas ten humor „jestem za stara i za gruba”, który uniemożliwia mi poznawanie młodych chłopców ładnych. Taki humor ostatnio czasem mnie łapie i nic na to nie poradzę. Wówczas zazwyczaj albo wracam do domu albo piję dużo dalej, żeby zapomnieć o tym, żem za stara i za gruba. No tak czy owak efekt jest taki, że chłopca już pewno nigdy nie zobaczę, nie poznałam i szkoda wielka.

Pomysł na 2 maja był prosty: opierdalanie się. Bardzo niewiele zrobiłam. Oglądałam seriale, coś tam poczytałam, kompletne nic nie robienie. No, chyba rosół ugotowałam – to już coś. Ale poza tym nic. I już miałam nawet nigdzie nie wychodzić tego wieczoru, ale dostałam telefon. A jak telefony poszły, to się ogarnęłam szybko i do Wojtka-Piotrka i Mariusza pojechałam. Tak, znów. I znów u nich Magda była. I znów okazało się, że zakup alkoholu w Warszawie tego dnia to nieprosta sprawa. Co prawda koło mnie Carrefour Express przez calusieńki weekend majowy czynny non stop (kocham ich za to), ale nie w Śródmieściu. Eh, ciężkie życie.
Zamówiliśmy taxi, która nas do Centrum podrzuciła. Tam zaopatrzyliśmy się we czwórkę w jakąś wódkę orzechową i ją kulturalnie na stolikach przy Coffee Heaven w Centrum wypiliśmy. Dołączył do nas Michauke po jakimś czasie a potem pan bezdomny, dla którego stoły te ewidentnie są domem. Więc odłączyliśmy się, żeby nie było, że nieproszeni wchodzimy w czyjąś prywatność z butami. I butelkami.
Magdalena się uparła, żeby do 55 pójść. No dobrze, niech będzie. Poszliśmy. Ale na jej nieszczęście, bardzo słabo tam było. A na dodatek okazało się, że Glam zamknięte, więc wszystkie cioty do 55 trafiły. I taka właśnie hetero-impreza ją spotkała. Swoją drogą, o tym, że Glam zamknięte dowiedzieliśmy się dopiero potem, gdy organoleptycznie sprawdziliśmy ten fakt. Zamówiliśmy taxi i pojechaliśmy do Toro.
Dla Michauke i Magdaleny to był pierwszy raz w Toro. Ja wiem, że pierwszy raz tam wywołuje stres i szok. Mariusz i Piotrek-Wojtek stresowali się najbardziej tym, że czapek z daszkiem nie wolno tam teraz nosić. A oni noszą, jakoś na górę przemycili i próbowali, mimo zakazu, trzymać je na głowach. Do czasu, ma się rozumieć. W końcu ktoś zauważył i zwrócił im uwagę.

Na miejscu spotkałam Adriana. I w zasadzie miałam o tym nie pisać – tak mu obiecywałam nawet – ale potem już nie dało się tego ukryć, bo został u mnie nie tylko na noc, ale i na większość dnia. A potem Adam do nas przyszedł oraz sam przez telefon mówił kilku osobom, że siedzi u mnie… Więc chyba tajemnica nie obowiązuje. Adrian wpadł i ja muszę się przyznać, że on mi się od zawsze podobał. Więc jakoś taka ta noc była nietypowa, bo on – wyjątkowo – nie ma chłopaka a przez to poszaleć można było. I tutaj ucinam od razu wszelkie spekulacje. Poszaleć w moim słowniku nie oznacza tego, co dla większości oznacza poszaleć w perspektywie nocowania u kogoś z kimś. Tyle.

Gdy wstaliśmy, okazało się, że jest jeszcze wódka. Dopiliśmy ją. Ale mało, mało. Adrian poszedł po więcej, a ja w tym czasie zamówiłam pizze. Picie trwało w najlepsze, gdy przyszedł do mnie Adaś zapowiedziany. Po jakimś czasie Adrian przeniósł się na inną domówkę a ja musiałam pomalować Adama. Bo impreza urodzinowa jego, na którą mnie nie zaprosił, miała mieć miejsce wkrótce.

Nie za wiele mi zostało. Ot, musiałam ogarnąć się i iść się bawić dalej. Tym razem noc zaczęłam z Danielem. Bo on chciał na randkę iść, ale na fellow.pl okazało się, że nie ma nikogo, kto nie byłby kompletnym debilem a kto jest choć trochę atrakcyjny i dostępny w Warszawie. Padło na kryzysową narzeczoną, czyli na mnie. Kupiliśmy wódeczkę małą, wypiliśmy ją siedząc w jednej z uliczek niedaleko Żurawiej. A potem poszliśmy do Glam. Tam znów Wojtek-Piotrek i Mariusz oraz mnóstwo innych znajomych osób. A ja poszalałam dalej. Piłam, i piłam, i piłam. I ostatecznie wylądowałam nieopodal w mieszkaniu Michała. Ponoć piliśmy tam dalej, ale tego nie pamiętam. Nie pamiętam też, jak kładłam się spać. Ani jak zwymiotowałam na materac… No, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Wstałam, ogarnęłam się – Michał nadal mocno umierał w drugim pokoju – i pojechałam do domu odpocząć wreszcie po tym długim weekendzie.

Przyznaję, że w niedzielę już trochę popracowałam. A więc prawie 4 dni bez przerwy imprezowania i nic-nie-robienia. O tak, o tak!

No i a propos tego nadchodzącego długiego weekendu. Szykuje się coś mega! Dziesiąte urodziny duzyformat.blog.pl! Tak, tak, mój blo kończy DEKADĘ! Och, ja wiem, że nie ma pierwszych kilku miesięcy w internecie, bo z powodu różnych kłopotów zniknęły. Ale ważne, że wiemy, że były. I że pamięć o nich trwa ;) Zatem nie ma co, będzie impreza.

A na imprezie superniespodzianki! Będzie, ma się rozumieć, pyszny tort. Będzie sushi do pojedzenia. Ale i inne smakołyki (jeszcze niedookreślone, bo planowanie trwa). Będzie świetna muzyka, będzie miłe i tłoczne towarzystwo. Będzie szisza dla fanów takowej (ja akurat nie próbowałam i nie planuję). Będą konkursy z nagrodami (bilety do kina, książki i inne takie). Nie muszę dodawać, że będzie morze wódki, prawda? Wszystko to z okazji bardzo, bardzo wyjątkowego dnia. Całość, pod nazwą „Strzał w 10” już 31 maja. W długi weekend wszystkim powinno pasować. Znacie jakiś inny blog prowadzony tak długo?
Planuję też jakiś konkurs dla osób, które chciałyby się z nami bawić – będzie można wygrać w internecie zaproszenia dwuosobowe. Więc bądźcie czujni. A wygrać je będzie można, oczywiście, na duzyformat.blog.pl, bo gdzieżby indziej?!

***

Trzy tygodnie minęły od czasu, jak widziałam się z Kubutkiem. Tak mniej więcej, ma się rozumieć. Powód naszej przerwy? No, trochę długi weekend i jego wyjazd a trochę moje milczenie. Jak wiecie (to chyba powszechnie wiadomo?), Kubutka kocham, spędzać mogłabym z nim każdą chwilę, ale moje zapędy muszę powstrzymywać dla dobra naszej znajomości ale i dla dobra jego samego. Wszak to młody chłopiec, przed którym całe pedalskie życie w stolicy jeszcze. Więc nie ma sensu, żeby zbyt silnie go kojarzono ze mną. Nie działa to na korzyść ;)
Choć on sam twierdzi inaczej, to ja wiem, że tak jest lepiej. Oczywiście, czasem jego słowa traktuję jak wymówkę sama przed sobą i pozwalam sobie na intensyfikację naszych kontaktów. Na szczęście raz na jakiś czas przychodzi opamiętanie i znów przypominam sobie, że nie powinnam. Że jestem bardziej doświadczoną osobą, że mam więcej wiedzy na temat środowisk gejowskich w stolicy i że dodatkowo jestem socjolożką, więc na mnie spoczywa odpowiedzialność za to, co się dzieje pomiędzy nami w stopniu większym niż na nim. Tak mi się przynajmniej racjonalnie wydaje.

Ale nie to było powodem mojego długiego milczenia. Bo musicie wiedzieć, że tak na co dzień, to on dostaje ode mnie każdego dnia SMSa, wiadomość na facebooku albo inny sygnał-kontakt. Tym razem zauważyłam, że usunął ze swojej facebookowej osi czasu wstawioną przeze mnie tam fotkę. Już nie pamiętam, co to dokładnie było. Jakiś kubek z napisem miłym. Tyle kojarzę. A on go usunął. Pomyślałam sobie: znaczy, że przegięłam. Że za dużo, za często, za mocno. I postanowiłam ograniczyć kontakt do momentu, aż on się odezwie pierwszy. Żeby jednak inicjacja kontaktu była teraz po jego stronie. No i tak właśnie czekałam długo.
Udało się nam spotkać niedawno. I, oczywiście, był piękny, było wszystko super. Poza tym, że nie potrafiłam go zapytać o to zdjęcie. Chyba dlatego, że spodziewałam się, jaka będzie odpowiedź i nie chciałam jej usłyszeć. Co innego domyślać się, że się przegięło a co innego usłyszeć to na własne uszy. Więc milczałam w tej kwestii.

On chyba też tego nie zauważył. Wszak dla niego to nie jakieś specjalnie ważne wydarzenie. Tylko dla mnie ma ono znaczenie.

***

Nieco ponad miesiąc został do Parady Równości. Co oznaczy, że mnóstwo, mnóstwo pracy. Bo tak się mówi, że ja jestem rzecznikiem prasowym. I wydawałoby się, że to tyle. Ale nie. Ja jestem jeszcze koordynatorką wolontariatu, osobą odpowiedzialną za koncepcję i przygotowanie merytoryczne Tygodnia Równości (a więc siedmiu imprez dziejących się dzień po dniu), a do tego mam swoją queerową konferencję „Seks/płeć/queer na Wschodzie”, urodziny blo na dwa tygodnie przed Paradą Równości, strój na Paradę Równości do ogarnięcia no i WHATEVER i wszystko, co się z tym wiąże. Tak więc tych zadań jest dużo, dużo więcej. A na dodatek, jako sekretarz Zarządu Fundacji Wolontariat Równości mam też dodatkowe obowiązki – ot, choćby sprawozdawcze, związane z naszą działalnością. To nie jest prosta sprawa. Milion drobnostek.

Tak jak mówiłam rok temu, tak teraz potwierdzam, że są tylko dwie osoby, które każdego dnia pracują nad Paradą Równości – ja i Łukasz. Pozostałe osoby to komitet organizacyjny, który zbiera się raz na jakiś czas, podejmuje jakieś decyzje i otrzymuje od nas update dotyczący wszystkiego, co się dzieje. No i Wolontariat Równości, który właśnie rusza, a w który zaangażowane są na razie 4 osoby (trzy biurowo i jedna pr-owo) a do którego dołączy 20-30 osób podczas samej Parady Równości. Też na mojej głowie.

No i mapka Parady Równości. W tym roku postanowiłam sama się tym zająć i to ogarnąć – jako osoba prywatna, bo tak łatwiej niż jako fundacja. Więc jeszcze tym się zajmuję. Obsługuję aktualnie 4 skrzynki mailowe samej Parady Równości.

Przygotowuję też niespodzianki. Jedna w związku z Paradą Równości: będzie patronat honorowy, który zaskoczy wszystkich (lada dzień, myślę, że pojutrze ogłosimy) a do tego będzie impreza benefitowa WHATEVER! To będzie coś, czego nigdy nie robiłam. Dochód z niej będzie przeznaczony na druk materiałów promocyjnych – ulotek i naklejek. Wszak to kosztuje, a jako że robię wszystko sama w WHATEVER, to muszę jakoś uzbierać na to kasę. Jasne, tak czy owak włożę w to sporo moich pieniędzy, ale to już coś, do czego przywykłam. Ale już teraz Was zapraszam. Zarezerwujcie sobie 7 czerwca wieczorem.

Parada Równości już 15 czerwca. Do 15 maja zgłaszanie wydarzeń towarzyszących, 16 maja oficjalna rejestracja. Tego samego dnia spotkanie Wolontariatu Równości. Dzień wcześniej widzę się z wolontariuszem od PRu a zaraz po spotkaniu z Wolontariatem mam gości w sprawie imprezy towarzyszącej Parady Równości i darowizny na Fundację Wolontariat Równości. Do 29 maja można zgłaszać banery i pojazdy na Paradę. A już 24 maja konferencja dalekowschodnia na Uniwersytecie Warszawskim. Tydzień Równości rusza 6 albo 7 czerwca (już nie pamiętam, prawdę mówiąc…). Zapierdol, zapierdol, zapierdol.
A najgorsze, że zawodzą i przeszkadzają najbardziej… ludzie. Bo a to ktoś się wykrusza, a to ktoś zapomniał a to znów ktoś wydzwania z setkami prostych pytań, na które odpowiedzi są na stronie www. Eh, takie życie.

Są plusy. Jeden to wyjazd do Kanady w sierpniu a drugi to wyjazd do Kolonii w lipcu – właśnie dostałam zaproszenie na tamtejszą paradę. Homolobby w praktyce ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm