RSS
 

Notki z tagiem ‘samorzad-studentow’

O tym jak chcę być inteligencją zaangażowaną i dlaczego to jest trudne na UW

08 lis

Obrady Parlamentu Studentów UW

Obrady Parlamentu Studentów UW

 

Już wiem. Przemyślałam to i wiem, co mi się nie podoba na uniwersytecie. A w zasadzie: co mi się nie podoba u ludzi wykładających i studiujących na uniwersytecie. Będę mówić o warszawskim, ale najpewniej tak samo jest na innych, więc słuchajcie uważnie.

Denerwuje mnie przede wszystkim brak działania. Nuda, jaka ma miejsce na uczelni. I nie chodzi o zajęcia – te zawsze są ciekawsze lub nudniejsze (w zależności od tematyki ale i osób prowadzących). Chodzi o to, że coraz mniej się na UW dzieje. Może wyda się wam to niesprawiedliwe albo nieprawdziwe, ale moim zdaniem tak jest.

Niedawno chciałam zarezerwować jedną z sal samorządu studenckiego na wydarzenie Queer UW i KPH. Okazało się, że sala jest cały czas zajęta. „Aktywny macie ten samorząd!” – skomentowała Kasia z KPH. Fakt, sporo wydarzeń może właśnie o tym świadczyć. Konferencje, spotkania, seminaria… to wszystko jest codziennością UW. Pomijam fakt, że to nie „samorząd” (w domyśle: organy samorządu) organizują te wydarzenia, a często koła naukowe, inne organizacje i firmy, to rzeczywiście wydarzeń jest sporo.

Prof. Andrzej Mencwel w rozmowie ze Sławomirem Sierakowskim w książce „Uniwersytet Zaangażowany” zwraca uwagę, że dziś uczelnie są „suwerenne intelektualnie”. Ma rację, nikt niczego nie może UW narzucić, poluźniły się nawet – dzięki Krajowym Ramom Kwalifikacji – kwestie związane z programem nauczania konkretnych kierunków. I super. Dalej jednak mówi: „Instytucjonalnie (…) suwerenność ta jest przez te wszystkie mechanizmy standaryzacji oraz niewolniczy do nich stosunek bardzo ograniczana. (…) Mechanizmy te zmieniają istotę uniwersytetu, bo wkraczają w sposoby uprawiania nauki i w te relacje międzyludzkie, które są istotą prawdziwego uniwersytetu: swobodny wybór i związki bezpośrednie. Tkanka ludzka uniwersytetu uległa zmianie (…).”

Och, cóż za trafna diagnoza! Co prawda najpewniej profesor mówi o relacjach pomiędzy naukowcami, a więc dydaktykami a nie o sprawach studenckich, ale te bez wątpienia zmieniają się także. Ileż to razy w ramach prac we władzach samorządów słyszę (ale i powtarzam), że dziś pracuje się trudniej, że jest mniej chętnych ludzi, że studentom i studentkom się nie chce.

Zaczynamy traktować uczelnię usługowo – przychodzimy tutaj, siedzimy swoje, zdajemy wymagane egzaminy, zdobywamy odpowiednie punkty ECTS i chcemy w zamian za to dyplom. Tyle, nic więcej. Jasne, jak jest „jakiś tam samorząd”, to niech nas bawi. Niech załatwi. Niech zorganizuje. Niech zaprosi. Niech da. Trudno wpoić wszystkim, że „samorząd studencki” tworzą wszyscy studenci i wszystkie studentki. Dlatego ja zawsze czepiam się i poprawiam, gdy ktoś na jednostkowy Zarząd Samorządu Studentów (a więc samorządowy organ wykonawczy w danym instytucie czy na danym wydziale) mówi po prostu „samorząd”. To nie jest samorząd. Samorząd to wszyscy.

I z moją diagnozą – słabnącego zainteresowania działalnością w organach samorządowych i coraz trudniejszym zaangażowaniem ludzi – zgadzają się ci wszyscy, którzy „siedzą w tym” trochę dłużej i mają porównanie. Oczywiście, zwiększająca się mobilność studentów i studentek, wyjazdy na Erasmusa i podział studiów na 3+2 nie pomagają. Przecież na wyjazdy jeżdżą ci najaktywniejsi, dla których studia nie są li tylko drogą do dyplomu. Na Erasmusa jadą ci, którzy chcą coś jeszcze wyciągnąć z czasu studiów – niechby to nawet było samo doświadczenie podróży, wyjazdu, innej kultury, czy picia wódki w innym kraju. Niemniej, to już trochę więcej niż tylko zdobycie dyplomu. Mówiąc krótko: to ci sami ludzie, którzy tworzą życie poza-zajęciowe na UW. To właśnie działaczki i działacze samorządowi. To im się chce aplikować, to im się chce coś zrobić.

Chwała im za to, niech jeżdżą jeśli mogą i zasłużyli, spełniając wymagania stypendium. Żeby nie było, że jestem przeciw takim wyjazdom. Au contraire: wspieram je i cieszę się, że jest taka możliwość. Zwracam jednak uwagę na to, jakie niesie to konsekwencje dla uniwersytetu.

Nie samym jednak samorządem studenckim żyje UW. Są jeszcze uczelniane organizacje studenckie, czyli koła naukowe, mówiąc po ludzku. To tam toczy się prawdziwe życie naukowe poza-zajęciowe. Samorządy chcą bowiem, by ich władze skupiały się na organizacji imprez, turniejów sportowych, wyjazdów integracyjnych i spotkań świątecznych. Nikt nie chce, żeby kasa, jaka jest samorządom oferowana przez UW była wydawana na działalność naukową. Od tego, chcąc nie chcąc, są koła naukowe, które przejęły tę funkcję. Dobrze, że kilka lat temu zauważyły to władze samorządu na szczeblu uczelni i zaczęły ze swojej dużej kasy przyznawać dofinansowania także kołom, a nie tylko władzom samorządowym jednostek.

Sytuacja w kołach wcale jednak nie jest taka wesoła. Wszyscy dziś podczas studiów pracują, mają mało czasu. Z jednej strony chcą „coś zrobić”, jakoś zaistnieć, mieć wpływ na zmianę. Ale z drugiej: przytłacza ich ogrom obowiązków życiowych. To, jak wspomina Mencwel, powrót do czasów Żeromskiego, który przychodzi – zabiegany po korepetycjach w różnych miejscach – do Mariana Bohusza i słyszy pytanie: „czy ma pan środki na zaspokojenie głodu?” Nie „na życie”, ale „na zaspokojenie głodu”. I choć wydać się to może odległe, to wcale takie nie jest. Wiem to po sobie. Miewam dni, tygodnie gdy nie mam nic w lodówce. Tak poważnie nie mam nic. Uwierzcie, że trudno się wówczas myśli o działalności naukowej czy społecznej.

Zabiegani „za życiem” studenci i studentki zrzeszają się w kołach, bo chcą coś zrobić. To jednak wymaga czasu, poświęcenia, energii, wzięcia odpowiedzialności. Ale i kreatywności pewnej, odwagi intelektualnej. Przecież w akademii można powiedzieć więcej niż poza nią. Po to są uniwersytety, by stawiać odważne tezy. Nie spodziewajmy się, że tezy te będą stawiać profesorowie, którzy nie mają już nic do stracenia, ale nic do zyskania. Stawiajmy na siebie.

Jestem Prezesą trzech kół naukowych. Jedno z nich działa zupełnie na papierze i zastanawiam się po prostu, w którym momencie je rozwiązać i jak to załatwić, żeby było to jakoś „z gracją” ogarnięte. Zostają dwa. Jedno to znane Queer UW. Jeśli mamy mówić o roli uniwersytetu czy inteligencji zaangażowanej, to najbliżej mu właśnie do tej idei. Przynajmniej w teorii. W praktyce coraz trudniej to zrobić. Widzę po innych, ale i po sobie, że „jak nie ma dofinansowania, to nie robimy”. A przecież wiadomo, że setki rzeczy da się bezkosztowo załatwić. Że wcale nie trzeba mieć dofinansowania na każdą rzecz. Ale z drugiej strony: poświęcanie dodatkowego czasu i energii na załatwianie tych bezkosztowych rozwiązań jest – na dłuższą metę – męczące i frustrujące. Wiem to, widzę to, czuję to.

Dla jasności: jak wygląda zdobycie kasy na UW? (Spoza UW formalnie kasy dostawać nie możemy, bo nie mamy osobowości prawnej i – co za tym idzie – pieniędzy.) Mogę wnioskować do Rady Konsultacyjnej ds. Studenckiego Ruchu Naukowego przy J.M. Rektorze UW, która ma 400 tys. zł rocznie, trzy transze podziału, składa się głównie ze studentów i studentek (wybranych z kół działających na UW), do której rok rocznie trafia coraz więcej wniosków o coraz większą kasę i która nie może finansować całości przedsięwzięcia. Nie ukrywam, że to bardzo, ale to bardzo długi i obudowany setką formalności sposób zdobywania pieniędzy. Druga droga to Zarząd Samorządu Studentów UW. Wnioski tutaj są łatwiejsze, ale i decyzja nieco mniej merytoryczna. Najpierw każdy wniosek ogląda Komisja Finansowa ZSS UW, która ocenia czy spełnia on wymogi formalne, a potem już sam Zarząd decyduje czy dać kasę czy nie. I to jest ten polityczny moment decyzyjny. Może, ale nie musi. W uzasadnieniu nieprzyznania, pisze się, że w wyniku oceny uzyskał mało punktów i na tle innych wniosków wypadł słabo. Umiejętność pisania odpowiednich wniosków to więc nie wszystko – trzeba jeszcze trafić w odpowiednie gusta Zarządu. Dodam, na marginesie, że Przewodniczący Zarządu, który właśnie kończy dwuletnią kadencję, startował w wyborach do Sejmu RP z listy Prawa i Sprawiedliwości. A jeden z pozostałych czterech członków Zarządu był jedną z osób protestujących pod bramą UW, gdy powstawało Queer UW. Nie komentuję dalej.

Tak więc – dotykająca zresztą wszystkie ngo w Polsce – grantomania. Pisze się wnioski, czeka na rozpatrzenie i dopiero wówczas działa. Coraz mniej woli robienia czegoś po prostu. Działania dla działania. Społecznikostwa – że użyję tego niemodnego dziś słowa.

Ja sama też się pod tym względem zmieniam. Widzę, że mnie ta choroba też ogarnia. I strasznie mi z tym źle. Z drugiej jednak strony wiem już, że sama nie dam rady. A jak nie mogę innych przekonać moimi społecznikowskimi argumentami, to muszę próbować inaczej. A to, że im praktyki zawodowe zaliczę, a to znów innymi bonusami. Lekcja, którą przyjęłam – że sama nie dam rady – kosztowała mnie wiele. Przede wszystkim zdrowia, ale także finansów, problemów osobistych i „zawodowych”. To między innymi dlatego nie jestem jeszcze na IV roku doktoratu. I dlatego sama nie mogę.

Szukam odpowiedzi, co zrobić. Ale to nie takie proste. Z pewnymi nawykami, czy też z ich brakiem, ludzie przychodzą na UW z liceów. Na samej uczelni zaś nikt im nie pokazuje, nie namawia, nie próbuje przekonać, że można inaczej. Że można działać. Że można zmieniać rzeczywistość dokoła siebie. To jest właśnie to, co mnie zawsze motywowało: chęć wpływania na to, co mnie dotyczy, co mnie otacza – a na co wpływ mieć mogę. Prawdę mówiąc, dziwiło mnie, że do innych ta argumentacja nie trafia, ale wiem – ludzie są różni. Szukam więc innych argumentów.

Chcę być osobą, która wpływa na świat wkoło. Nie na Wielki Świat tylko na ten mały mój świat dokoła. Dlatego nigdy nie siedzę z założonymi rękoma. Co więcej, uważam się za osobę wykształconą i oznacza to dla mnie, że jeszcze większa odpowiedzialność za to na mnie spoczywa. Może to naiwne, ale naprawdę tak czuję. I szukam ludzi, którzy myślą podobnie. Może jak zbierze się nas więcej, to będziemy w stanie więcej zrobić.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Równość, samorządność i utopijność

05 cze
Zacznę od rzeczy w sumie dla większości z Was najnudniejszej. Czyli od samorządności. Bo tak się składa, że właśnie dziś się ona bardzo symbolicznie kończy. Jako że połączenie studiów pierwszego stopnia w Ośrodku Studiów Amerykańskich z moimi innymi obowiązkami się nie udało, skreślą mnie. Jedyny powód, dla którego jeszcze tego nie zrobili to wybory. Ktoś musi wybrać Dyrektorów i zastępców w Instytucie Ameryk i Europy (do którego OSA należy), a że poprzedni Przewodniczący Komisji Wyborczej narobił trochę bałaganu, po czym odszedł do innego miejsca pracy, to robię to ja. Takie rozwiązanie zaproponowałem osobie, która odpowiada za skreślenia w OSA: dokończę wybory, potem mnie skreślajcie. Chcę zostawić po sobie porządek. Wychodzę z założenia, że dobre wypełnianie obowiązków jest wzorem dla innych do naśladowania. I jeśli się chce, żeby sytuacja z tego typu formalnymi sprawami się na Uniwersytecie poprawiała, to trzeba dawać przykład. Następna osoba, która będzie robić wybory, będzie zaglądać w dokumenty poprzednika, żeby dowiedzieć się co i jak. Tam znajdzie moje idealne protokoły, perfekcyjnie przygotowane karty do głosowania i tym podobne uchwały. To, mam nadzieję, będzie mobilizować do pracy na takim samym albo i lepszym poziomie. Tego sobie życzę i po to robię to, co robię.
No, ale wybory wyborami (strasznie upierdliwe to czasem jest), ale co to ma do samorządu? Dzisiejsze posiedzenie Parlamentu Studentów UW było moim ostatnim, w którym uczestniczę jako poseł. W momencie, w którym uprawomocni się moje skreślenie z listy studentów, stracę mandat Posła Parlamentu Studentów UW, mandat członka Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW oraz mandat Przewodniczącego Komisji Wyborczej Instytutu Ameryk i Europy UW. I w zasadzie tak zakończy się moja przygoda z samorządem studenckim na Uniwersytecie Warszawskim. I w ogóle ze studiami. Po prawie 8 latach stracę status studenta.
Muszę przyznać, że nie od razu wciągnął mnie wir samorządności. Pierwszy rok studiów to była laba. Opierdalałam się na maksa. Potrzebowałem tego odpoczynku po kilku latach ciężkiej pracy w samorządzie szkolnym. Poza tym brakowało kogoś, ktoby mnie „przejął”. Wiecie, wprowadził, przedstawił, pokazał, wytłumaczył. Nie byłem na obozie zerowym, więc z góry skazana byłam na to, żeby mieć trudniejszy dostęp do tego typu informacji i wiedzy. Potem jednak się udało. Wystartowałem jakoś na socjologii i udało mi się dostać do jakiegoś organu. A potem… potem poszło.
Podczas tych, nie wiem, sześciu? lat pracy w samorządzie zawsze kierowałem się jedną zasadą – „dla dobra studentów/studentek UW”. Jeśli ktoś odebrał jakiekolwiek moje zachowanie inaczej, to przepraszam. Moim celem było działanie tak, by studiowało się u nas łatwiej, lepiej, przyjemniej, fajniej. Ale i różnorodniej. To przecież przeze mnie Parlament Studentów UW debatował nad tym, jakie buty musi nosić przedstawiciel studentów w Senacie UW. To przeze mnie dyskutowano, czy usuwać z przepisów formułę informującą, że wszystkie formy męskie w regulaminie odnoszą się też do kobiet. Ostatecznie to, by ukrócić moją działalność, odebrano Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW możliwość kontrolowania pod względem celowości. To przeze mnie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie zajmował się kwestią struktury samorządu jednostkowego i tego kto może kogo gdzie zaskarżyć. Tyle lat, tyle wspomnień…
Podczas pracy spotkałam wiele bardzo dobrych i bardzo wartościowych osób. Nie ze wszystkimi się zgadzałem co do różnych rzeczy, ale widziałem w nich pasję robienia tego, co robią dla studentów. Takich ludzi zawsze szanowałem. Ale widziałem też wiele osób złych, zepsutych – które korzystając z „dziur” w systemie – próbowały ugrać coś dla siebie. Zazwyczaj się im udawało, bo nie ma systemów całkowicie szczelnych. Co więcej, ten system jest akurat tak pomyślany, że bardziej uszczelnić (bez nieproporcjonalnie wysokich kosztów) się nie da. Takimi ludźmi zawsze gardziłem i będę gardzić.
Byłem członkiem Zarządu Samorządu Studentów Instytutu Socjologii UW, jak i jego Sekretarzem. Byłem Posłem do Parlamentu Studentów UW, jego Marszałkiem ale i członkiem Komisji Prawno-Regulaminowej Parlamentu Studentów UW. Byłem członkiem Rady Naukowej Instytutu Dziennikarstwa, Rady Wydziału Filozofii i Socjologii, Rady Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, Rady Instytutu Ameryk i Europy. Miałem zaszczyt być członkiem Senatu UW, członkiem Komisji Senackiej ds. studenckich oraz członkiem Komisji Senackiej ds. budżetu i finansów. Byłem członkiem Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW, Przewodniczącym Walnego Zebrania Studentów Instytutu Dziennikarstwa ale i członkiem Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW. Pełniłem mnóstwo innych funkcji, czy to w Komisji Dydaktycznej Rady Instytutu Socjologii UW czy też w Zespole Roboczym ds. szczegółowych zasad studiowania Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Nauczyłam się bardzo wiele dzięki temu. Nie tylko na temat prawa, ale i na temat Uniwersytetu Warszawskiego. Jego struktury, jego biurokracji i jego kultury organizacyjnej. Ale nauczyłem się też wiele na temat ludzi.
Te 8 lat zmieniło mnie drastycznie. I bardzo się z tego cieszę, bo widzę tę zmianę jako progres, jako rozwój. A o to przecież chodzi – by się rozwijać, by iść do przodu. Dlatego chcę podziękować wszystkim, którzy jakoś uczestniczyli w tej mojej wędrówce. Tym, którzy ułatwiali, jak i tym, którzy utrudniali mi działanie. Tym, którzy wspierali i tym, którzy atakowali. To była niesamowita przygoda, którą polecam wszystkim. Cieszę się, że odważyłam się kiedyś-tam wystartować w tych wyborach po raz pierwszy. Oczywiście, to były dziesiątki, setki godzin ciężkiej pracy. Nie mówię o samych tylko posiedzeniach, które nie raz przecież trwały do 2 w nocy czy nawet 4 nad ranem. Przygotowywanie dokumentów, czytanie ich, zapoznawanie się z nimi, opiniowanie, rozmowy, spotkania, konsultacje… To tygodnie, miesiące wytężonej pracy zupełnie za darmo. I często zupełnie bez zauważenia. Większość działań takich osób jak ja widoczna jest dla 30, no może 50 osób na całym Uniwersytecie Warszawskim. To nawet nie promil wszystkich studiujących. Czy zależało mi więc na poklasku? Odpowiedzcie sobie sami.
Po co? Po co to robiłem? Mam taki odruch, że jak gdzieś się pojawiam i jest coś, co mi się nie podoba, co możnaby ulepszyć i zmienić a ja mogę to jakoś zrobić, albo mieć na to realny wpływ, to nie czekam. Jak widzę, że Regulamin jest zły, że coś nie działa i wiem, że moje zdanie w tej kwestii zostanie wysłuchane, to odzywam się.
Co z tego mam? Satysfakcję, że próbowałem. Jasne, czasem się nie udawało. Mój słynny pucz w Instytucie Dziennikarstwa (nazywany „Walnym o 6 rano”) ostatecznie okazał się nieudany. Ale gdybym nie spróbowała, to nie wiedziałabym, czy potrafię, czy dam radę. Taka praca to sprawdzanie siebie: ile potrafię, na ile umiem coś zrobić, na ile mi się chce rzeczywiście mieć wpływ. A mi się chciało.
Moim zdaniem samorządność przeżywa pewien kryzys. Ludzie nie garną się do tego tak, jak dawniej. Albo robią to, ale z innych pobudek, co znacząco wpływa na jakość oferowanej przez nich pracy i ich zaangażowania. Samorząd dziś wygląda inaczej nie tylko dlatego, że nie ma w nim wyraźnego konfliktu. Także dlatego, że coraz mniej w nim w ogóle wyrazistości.
***
Jest Utopia. To fakt. Nowa Utopia ruszyła przy Kredytowej 9. Zabawne, że adres taki sam formalnie jak dawniej The Nine, które próbowało odbijać utopijnych klientów imprezami Candy Andy, które… teraz przeniosły się do Hunters na Jasną 1. Fortuna kołem się toczy.
Jest na razie dziwnie. Wiadomo, nowe miejsce, nowe ściany, nowy parkiet… wszystko jest nowe, więc i my potrzebujemy czasu, by oswoić miejsce. Tak jak było dawniej w Utopii – nikt nie czuł się tam od pierwszego wejścia swobodnie. Może i o to chodziło? O to, że trzeba trochę „potrenować”, by móc powiedzieć, że się dobrze czuje w tym klubie? Ale zarazem było tam coś, co sprawiało, że chciało się przychodzić, próbować, walczyć, oswajać. Nowe miejsce próbuje jakąś magię wytworzyć, zobaczymy.
Jest ładnie, to akurat nie zaskoczenie. Choć, oczywiście zamiana „piwnicznego” klimatu Jasnej 1 na wysoki sufit przy Kredytowej 9 jest zmianą diametralną. Jest mnóstwo plusów. Od wódki Belvedere, którą leją na barze, przez dobrą muzykę, niezłe nagłośnienie, ciekawy i spory VIP-room aż do zapraszanych gwiazd. Są minusy – z których właściciele zdają sobie sprawę i nad którymi pracują cały czas, usuwając je jeden po drugim. To dobrze, że nie uważają miejsca za skończone dzieło. Dobrze, że słuchają, co jest do poprawki i że to realizują. Inaczej widzi się klub, gdy jest wyremontowany a inaczej, gdy się w nim ludzie pojawią i zaczynają się bawić. Więc rozumiem, że pewne rzeczy się dzieją teraz – operacja na żywym organizmie.
Co jest teraz ważne? Szybkie naprawianie niedociągnięć. Żeby ludzie widzieli, że mają wpływ i że to jest coraz bardziej ich miejsce. I wypracowanie jakiegoś systemu, bo na razie momentami jest nieco chaotycznie. Wiadomo już, że stare karty Utopii nie działają. Okej, trzeba więc zadbać, żeby już teraz pojawiły się nowe. Szybko. Żeby ludzie znów mogli poczuć się, że przynależą.
Bardzo odważną decyzją są opłaty za wstęp. I to niemałe, bo w piątek 15 zł a w sobotę 20 zł. To dużo jak na warszawskie warunki, nie ma co udawać. Z jednej strony krok zrozumiały, bo we wszystkich aktualnie modnych pseudohipsterskich miejscach się płaci za wstęp. Różnica polega na tym, że potem tam się pije tanie piwo w plastiku, a w Utopii basic drink kosztuje 20 zł. To niemało jak na Warszawę. Wszystko to ma sprawić, że klub będzie bardziej ekskluzywny i na pewno taki się staje.
Decyzja o piętnastozłotowym wstępie w piątek jest bardzo odważna. Na tyle odważna, że się obawiam o konsekwencje. W piątek miniony ludzi nie było jakoś porażająco wiele. Pamiętajmy, że czasy się zmieniły i zamiast do klubów typu glamour ludzie chodzą do post-industrial albo pseudo-hipster.
Wychodzę jednak z założenia, że tak jak blisko 10 lat temu bardzo odważną decyzją było wprowadzenie selekcji i braku opłat za wstęp, tak tym razem jest ruch nieco inny. Wówczas się udało, liczę na to, że uda się i tym razem. Mam taką nadzieję.
Nie ukrywam też, że Utopia musi przyciągnąć nowych. Stare cioty już się nieco wykruszyły clubbingowo, potrzeba nowych. A nowi przyjdą, spróbują i zostaną tylko, jeśli poczują tę magię, którą nam udało się poczuć wiele razy przy Jasnej 1. Jeśli tego nie będzie, uciekną. I nie wrócą. Nikt nie ma dziś czasu na dawanie drugiej szansy. Teraz jest ten czas, gdy wszystko się decyduje. Choć w sumie nie mam na to wpływu, ani nie ma to w zasadzie na mnie bezpośredniego przełożenia, ale stresuję się. W sensie, że chciałabym, żeby wyszło.
I na razie na imprezy nie narzekam. Jasne, otwarcie było specyficzne. Ja spędziłam je na rozmowie z Katherine Ellis. Ładnie grali też ci dwaj młodzi chłopcy tydzień później. Hugo dał radę, wiadomo. Generalnie nie jest źle, ale potrzeba jeszcze tego pierdolnięcia, które sprawi, że nieprzekonani się przekonają. Ja nadal daję duży kredyt – bo to początek, więc nie ma co oczekiwać, że będzie nie wiadomo jak wspaniale. Powoli, powoli. Ile daję czasu? Myślę, że do połowy lipca. Może do końca. Wówczas się okaże, co się z tego urodziło.
***
Za nami Parada Równości. Generalnie udana. Ludzi 3,5-4 tys., jak ustaliliśmy w konsultacjach. Jak na tę pogodę: całkiem fajnie. Oczywiście, może być więcej. Oczywiście, że Parada Równości traci na znaczeniu, bo traci swój buntowniczy charakter. Oczywiście, że mogłoby być lepiej „gwiazdorsko”, jeśli idzie o występy/koncerty. Wszystko by mogło być bardziej, mocniej, lepiej, fajniej. Ale Paradę Równości robiły 2 osoby. Łukasz i ja. Pod koniec, na jakieś 3 tyg przed wydarzeniem dołączył do nas Paweł. Reszta? Działała wcale lub bardzo symbolicznie. Bo wbrew temu, co mam w oficjalnym podpisie, nie jestem tylko rzecznikiem prasowym wydarzenia (uwierzcie, że wolałabym i chciałabym tylko tym być), ale zajmuję się pierdyliardem innych spraw, zupełnie z tym nie związanych.
I niech się teraz na mnie obraża, kto chce, ale Paradę Równości robiły 2 osoby. Marietta straciła motywację w pewnym momencie, Wolontariat Równości działał przed 2 czerwca zdecydowanie za słabo, Paweł był zajęty swoimi rzeczami… Mam w sobie dużo żółci aktualnie, bo jest wiele drobnostek, które się nie udały. Jest też wiele nerwów, dużo stresu i dużo wyzywania się podczas samej Parady Równości. A roboty było co nie miara. Ponad 2,2 tys. maili dostałam w sprawie Parady Równości w ciągu roku. To oznacza jakieś 6 maili dziennie w tej sprawie. Ale codziennie, każdego zasranego dnia. Jasne, nie narzekam, bo to mój wybór. Trzeba było się nie pchać.
I nie będę. Obiecuję niniejszym uroczyście, że w przyszłym roku mój udział w przygotowaniach Parady Równości będzie mniejszy. Zamierzam, gdy we wrześniu usiądziemy, by planować przyszły rok, zapowiedzieć, że będę robić tylko to, czym zajmuje się rzecznik prasowy: tworzyć informacje prasowe, wysyłać je do mediów, rozmawiać z dziennikarzami, odpowiadać na facebooku i nic więcej. Nie będę mieć na to czasu, nie mam też na to ochoty. Jestem wypompowana po dwóch latach zapierdalania. O ile rok temu było kilka osób, które w poszczególne rzeczy się włączyły, o tyle tym razem nie. Bardzo mi się to nie podoba i o ile przy tej Paradzie dałam się w to wciągnąć, o tyle za rok na pewno tak nie będzie. Priorytetem dla mnie na rok 2012/2013 jest doktorat. I nic mnie nie może od tego jakoś drastycznie odciągać.
Bo, oczywiście, do Parady Równości musiał dojść Tydzień Równości. Po ubiegłorocznych doświadczeniach mówiłam: musimy podpisać umowę wcześniej niż ostatnio, żeby załatwić fajnych ludzi i fajne wydarzenia (podpisaliśmy 4 dni przed początkiem Tygodnia), musimy ustalić program i obszary działania na wiele miesięcy przed wydarzeniem, żeby mieć czas pomyśleć i ogarnąć coś fajnego (na trzy tygodnie przed koncepcja została zupełnie zmieniona jednoosobowo w Urzędzie), musimy wyjść z budynku urzędu, bo to odstrasza ludzi (wszystko odbywało się w Urzędzie), musimy uatrakcyjnić formułę np. o filmy w Multikinie, warsztaty w różnych miejscach (filmy były w Urzędzie a warsztaty znów tylko w liceach), musimy zrobić warsztaty w gimnazjach, bo mamy fajne o nie-marnowaniu żywności właśnie dla tej grupy wiekowej (robiliśmy w liceach, a trenerki znalazłam 3 dni przed ich startem).
Sami widzicie więc, że nerwówka straszna, zapierdol, brak planu, brak czasu… Masakra. Też więcej się na to nie zgadzam. Powiedziałam: mogę zrobić i dwa tygodnie równości, jeśli będę mieć umowę z Urzędem pod koniec stycznia podpisaną. No, do połowy lutego najpóźniej. Jeśli do tego dnia nie będzie, ja się Tygodniem nie zajmuję, mam na głowie inne sprawy.
***
Najważniejszym przedparadowym wydarzeniem była oczywiście zmiana trasy.
Co roku Policja, Straż Miejska, Biuro Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego wraz z organizatorami Parady Równości siadają razem przy jednym stole na kilka dni przed manifestacją, by ustalić szczegóły współpracy podczas marszu. Tak było i tym razem. Spotkaliśmy się w Centrum Bezpieczeństwa m. st. Warszawy, by omówić detale.
Do miasta, jako organu rejestrującego zgromadzenia publiczne, wpłynęło – poza naszym – jeszcze 13 innych zgłoszeń. Pamiętajcie, że miasto nie wydaje pozwolenia a jedynie rejestruje zgromadzenia. Każde zgłoszone najpóźniej na 3 dni przed planowaną datą jest legalne. Legalne, to znaczy, że policja nie może go usunąć, nie może nakazać mu przesunięcia się. Pod Sejmem, gdzie miała zaczynać się Parada Równości, zgłoszono zgromadzenia publiczne przy każdej możliwej drodze wyjścia z planowanego miejsca naszej zbiórki. Co więcej, zgromadzenia te zaczynają się na 2 godziny przed Paradą Równości.
Co to oznacza? Że TIRy oraz że uczestnicy/uczestniczki Parady Równości nie mogliby/mogłyby dojść pod Sejm! W ogóle nie zebralibyśmy się na miejscu, bo dojścia są zamknięte przez legalne manifestacje. A nawet jeśli udałoby się nam jakoś tam dotrzeć, to problemem byłoby wydostanie się spod Sejmu – z tego samego powodu: legalnych zgromadzeń publicznych, których policja nie może usuwać.
Zgromadzenia rejestruje się najpóźniej na trzy dni przed planowaną datą. Dlatego zmiana trasy na 2 dni przed imprezą uniemożliwia zarejestrowanie nowych kontrmanifestacji na naszej nowej drodze. Każda próba zakłócania legalnego zgromadzenia (a takim jest Parada Równości z nową trasą) jest wykroczeniem i skutkować może grzywną oraz karą ograniczenia wolności. Oznacza też, że policja może i użyje siły, by usunąć osoby utrudniające przemarsz Parady Równości – będzie to działanie zgodne z prawem i legalne.
Nie, nie uciekamy przed kontrmanifestacjami. Wiemy, że jest nas więcej i że racja jest po naszej stronie. Stosujemy wybieg, który pozwala nam nie tylko w ogóle przejść ulicami Warszawy (a nie ugrzęznąć pod Sejmem) ale dodatkowo zwiększamy bezpieczeństwo uczestników i uczestniczek Parady Równości.
To nie była łatwa decyzja. Opcje były dwie: albo Parada Równości nie pójdzie wcale, albo zmieniamy trasę na dwa dni przed wydarzeniem. Wybraliśmy drugie rozwiązanie. Można uznać, że niesłusznie, ale polskie prawo jest jasne: nie można usunąć legalnego zgromadzenia publicznego a więc kontrmanifestacji, które stanęłyby na naszej drodze spod Sejmu. Co więcej, każda nasza próba ich przesunięcia czy wjechania w nie byłaby zakłóceniem legalnego zgromadzenia i prowadziłaby do nałożenia na nas kar grzywny lub ograniczenia wolności. Postanowiliśmy tego uniknąć.
Uwierzcie, że następne kilkanaście godzin było najtrudniejszymi w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Trzeba było przerobić 5 tysięcy wydrukowanych ulotek, przygotować się na atak mediów i uczestników/uczestniczek Parady Równości. Przygotowaliśmy informacje, nowe mapki, naklejki na ulotki zasłaniające stare informacje… To nie tylko mnóstwo czasu, ale i pieniędzy, jakie zmiana pociągnęła za sobą. Wierzymy jednak, że warto.
***
Jak to wszystko odreaguję?
Spotkania z ładnymi chłopcami są fajne, ale mnie męczą. Powtarzanie kolejnym nastolatkom prostych praw o życiu mnie czasem najzwyczajniej nudzi. Tym bardziej, że oni nie chcą wierzyć. Nie rozumieją, że spotykają się ze wszystkimi, którzy się do nich odezwą tylko dlatego, że potrzebują czuć się atrakcyjnymi, chcianymi. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że to się nie uda – nie da się kontynuować setek znajomości na raz. Nie potrafią uznać wielu prostych rzeczy i czasem dowodzenie tego tymi samymi metaforami i przykładami, powtarzanymi dziesiątki razy, po prostu bywa nużące. Więc tak nie odreaguję.
Pojadę do Marcinka. To jest coś, za co się biorę od dawna, prawda? Rok temu już zapowiadałam, że chce podjąć się jakiejś niskopłatnej, poniżającej, trudnej pracy. Takiej „studenckiej” pracy, której nigdy nie miałam okazji zasmakować. Marcinek usłyszał i rzucił. Żebym może do niego wpadła do Ryby Piły. Na tydzień, może ciut więcej. Popracować tam. A mi się pomysł spodobał. I dlatego w niedziele jadę nad morze, gdzie będę zajmować się pracą fizyczną – pracą kelnerską. Nie mogę się tego doczekać! To zupełnie nowe doświadczenie dla mnie – takie, którego jakoś mi brakowało w mojej „studenckości”. Zniknę więc na jakiś czas i strasznie mnie to jara.
Mała rzecz, a cieszy.
A co potem w wakacje? Nie mam pojęcia jeszcze. Się zobaczy.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

8 tys. wyrazów czyli überblotka na koniec roku

30 gru
Żeby napisać tę blotkę, musiałam zrobić sobie plan pracy. Wiem, że dawno nie pisałam i też mnie to wkurwia. Ale nic na to nie poradzę. Po prostu grudzień okazał się być dużo bardziej pracowity niż myślałam. Brakuje mi jednak tego nawyku pisania kilka razy w tygodniu, który miałam dawniej. Postanowienie noworoczne: spróbować znów go wyrobić. Obiecuję. A tym razem podejdę do sprawy ze sprytem – będę pisać tematycznie, zaznaczając na początku o czym mowa. Bo wiem, że będzie tego dużo a większość z Was interesuje tylko jedna dziedzina, więc Wam będzie łatwiej czytać a mnie będzie łatwiej pozbierać myśli do kupy i nie pominąć dużej porcji informacji. Jedziemy.
Działalność samorządowa
Zacznę od tego, że nie jestem Marszałkiem Parlamentu Studentów UW. W wyborach przegrałam co prawda nieznacznie, ale jednak. Moj kontrkandydat (Adrian) wygrał na tyle nieznacznie, że nieistniejąca formalnie ale faktycznie koalicja się trochę wystraszyła. I dobrze. Oczywiście, że jestem kandydatem lepszym, z większym doświadczeniem, większym zapałem i kompetencjami. Nie mówię takich rzeczy, gdy nie mam 100 proc. pewności, że tak jest. Adrian to świeżak. Wybrany z powodów politycznych i rozgrywek miedzy wydziałami (pochodzi z Wydziału Prawa i Administracji). Co więcej, w kuluarach zapowiedział już, że Marszałkiem chce być tylko do stycznia, żeby w CV wpisać sobie, że funkcję tę pełnił w latach 2011-2012. Smutne to w sumie. I oczywiste jest, że wystartuję, gdy on zrzeknie się tej funkcji. Popełnia masę głupich błędów, które dziwią z racji tego, że studiuje prawo. Na przykład przy głosowaniu aklamacyjnym pyta czy ktoś się wstrzymał. Totalnie bez sensu. Jest też całkowicie uzależniony od woli Przewodniczącego Zarządu Samorządu Studentów UW. Za każdym razem jak jest jakieś zamieszanie, nie wie co zrobić, to patrzy na Piotra, by ten wskazał mu co robić. To nawet zabawne. Ale w powiązaniu te wszystkie informacje dają dość smutny obraz jakości pracy całego Parlamentu Studentów UW. Ostatnio, bo miałam zły humor, poprosiłam go o kopie wszystkich uchwał, jakie podjął PS UW. Dostarczył mi je następnego dnia (stawiam, że miał przez to pracowitą noc…) ale już na pierwszy rzut oka widzę, że brakuje tam pewnych rzeczy. Po Świętach zajmę się tym dokładniej. 
Nie ma łatwo opozycja (nieistniejąca formalnie ale faktycznie). W tym i ja. Przy głosowaniu jednej z ważniejszych rzeczy, czyli przedstawicieli studentów w Komisjach Senatu UW padła propozycja, by nie zadawać pytań kandydat(k)om. Dość szokujące, prawdę mówiąc. Ale koalicja, jak to koalicja, przegłosowała, co chciała. Więc w ramach protestu postanowiliśmy opuścić salę posiedzeń. Dzięki temu zerwano quorum i nie można było tych kandydatur przegłosować. To działanie skrajne, oburzające i opóźniające prace PS UW. Wiem to. Stąd i decyzja nie była łatwa do podjęcia i długo się nad nią zastanawialiśmy. To jednak był jedyny sposób, by pokazać, że mimo deklaracji koalicyjnych, nie słucha się głosu innych, nie szanuje się innych osób i że się na tło nie zgadzamy. Poskutkowało, bo raz że zaczęła się potem dyskusja na ten temat a dwa, że następnym razem już tego kroku nie powtórzono. Czyli udało się. Szkoda, że do tak oczywistych rzeczy musimy dochodzić tak drastycznymi metodami. Posiedzenia PS UW i tak trwają długo (kończą się o 2-3 nad ranem…). Ale są rzeczy ważniejsze od naszego czasu. Przynajmniej ja tak uważam. A argument „nie róbmy dyskusji tylko kończmy wcześniej” jest w moich oczach kompromitujący. Jak nie masz czasu, ok – wyjdź z sali i już. A ja nie podoba ci się, że czasem trzeba zarwać pół nocy, ok – zrezygnuj z mandatu posła. Proste. To najważniejszy organ samorządu studenckiego, więc nie ma tutaj czasu i miejsca na fuszerkę.
Się mi ciśnienie podniosło. 
Moja działalność kwitnie jednak. Poza tym, że wybrano mnie na członkinię Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW (OSK SS UW), czyli organu, który nigdy w historii się nie zebrał, zostałam także delegowana do kilku innych rzeczy. Jako przedstawicielka studentów wylądowałam w Komisji Wyborczej Instytutu Ameryk i Europy UW, czyli organu, który w tym roku przeprowadzi wybory władz tegoż instytutu jak i np. dyrektora OSA UW. Działanie komisji mi się nie spodobało (próba bezprawnego podjęcia uchwały w trybie obiegowym), więc zaproponowano mi funkcję Przewodniczącej komisji. Nie zdarza się, by student/doktorant taką funkcję sprawował, więc dla przyzwoitości nie zgodziłam się (choć formalnie nic nie stoi na przeszkodzie). Zostałam wiceszefową. Zaszczytnie.
Z kolei Rada Instytutu Socjologii UW delegowała mnie na doktoranckiego członka Komisji Doktoranckiej IS UW. To ważne, bo chyba właśnie ten organ pracować będzie nad zmianą programu studiów zgodnie z wymogami Krajowych Ram Kwalifikacji. Do zajmowania się nimi w odniesieniu do studiów pierwszego i drugiego stopnia delegowała mnie zresztą Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW, umieszczając mnie w odpowiedniej komisji. Więc ja widać, działam. 
Próbuję także robić coś bardziej odczuwalnego dla studentów/studentek. Stąd też moja próba podjęcia działalności w Komisji Kultury ZSS UW. Okazuje się, że to nie takie łatwe. Bo trzeba przejść rekrutację! Tak, tak, nie ma, że ten tego. Najpierw CV i list motywacyjny a potem jeszcze zadanie rekrutacyjne. Wszystko robię wzorowo i na czas. Zależy mi na tym, by w ramach Komisji zorganizować koncert dubstepowy i imprezę juwenaliową skierowaną do osób LGBTQ. Więc się staram bardzo. Na razie idzie mi chyba nieźle. Nawet na tzw. Czwartki z Kulturą przygotowałam propozycję pokazów filmowych o tematyce LGBTQ. Niech się dzieje.
No i Raport Studencki. W tym roku robi go Komisja Dydaktyczna ZSS UW. No, niech będzie. Mi w sumie bez różnicy, ale… no właśnie… Ale. Okazuje się, że nie da się tak łatwo. O ile uczestniczę dzielnie w pracach Komisji, wysyłam wszystko na czas, przychodzą na spotkania (na jednym mnie nie było) to jednak za mało. Dziś dotarła do mnie wiadomość, że jednak cześć dotycząca dyskryminacji wśród osób studiujących na UW nie znajdzie się w Raporcie. Podobnie jak jeszcze jednak część – na temat jedzenia. Szef komisji chce się skupić na kwestiach dydaktycznych i stąd inne odpadają.
Projekt badania jest naprawdę dobry. Nie da się do niego przyczepić, prawdę mówiąc. Część ilościowa, część jakościowa, kwotowo-losowy dobór próby i w ogóle konsultacje szerokie… Do niczego metodologicznie nie da się przyczepić.
Czemu więc w Raporcie nie będzie tej części? Chcę wierzyć, że fakt, iż szef Komisji (osoba odpowiedzialna za cały Raport) jest aktywnym działaczem Krucjaty Młodzi w Życiu Publicznym nie ma na to wpływu. Oraz że brał udział w proteście np. przeciw odmowie organizacji konferencji z pseudonaukowcem Cameronem i że to też nie ma wpływu…
Doktoranckość
Czas opowiedzieć coś niecoś o studiach III stopnia. Po pierwsze, mam za sobą kilka wyborów, które udało mi się skutecznie przeprowadzić jako członkowi Komisji Wyborczej Doktorantów UW. Poszło raczej łatwo, wszystko ogarnięte. Jedynie na Wydziale Geologii nie wyszło, bo… Nie pojawili się ludzie. No nic, trudno. Może za jakiś czas ponowimy. Przeprowadziłam też wybory m.in. w Instytucie Filozofii UW. Było o tyle śmiesznie, że oczywiście tylko filozofowie mogli zrobić sobie z takiego wydarzenia powód do filozoficznej zabawy. Pomijając fakt, że wszystko działo się na korytarzu (nie wskazali sali, więc przed dziekanatem się zebraliśmy), to dodatkowo mieli transparent i panowała tam atmosfera szczególnego zainteresowania samymi wyborami. Na transparencie napis: „ludzie, błogosław króla!". Nie od dziś panuje przekonanie, że aby być doktorem filozofii, trzeba jednak mieć nierówno pod sufitem… Ja jednak byłam pod wrażeniem całego zamieszania. Szkoda, że inni tak nie przeżywają swoich wyborów. Wspieram to!
Świadkiem wydarzenia był Marcinek, który akurat próbował się dostać do biblioteki wydziałowej przechodząc obok nas. Nie udało mu się, bo wymieniali w niej okna i była zamknięta. 
Problemem jest oczywiście to, że nie ma przepisów regulujących kwestie wyboru przedstawicieli do rad jednostek niebędących wydziałami. Nie wiemy, kto ma nas reprezentować w radach instytutów itp. Nikt tego nie chce ruszać, bo to dodatkowa robota. Ale bez obaw, ja się tym po Świętach zajmę. Mam pewien pomysł i jest szansa, że Komisja go przyjmie. Wbrew pozorom, nie pracuje się z nimi tak źle. Co prawda sama przewodnicząca skarżyła mi się na niektórych z nich (pochodzących z tego samego klucza, co ona…) ale jakoś udaje się nam ten wózek pchać. I chyba żadnych protestów nie będzie, na szczęście. Regulamin, według którego działamy jest tak kiepski, że szkoda gadać. Daje możliwość złożenia protestu każdemu studentowi na każde wybory w pojedynkę. Nie ważne, czy to u niego w jednostce, czy był na nic itd. Co więcej, daje możliwość złożenia protestu na wybory, które przeprowadza sama Rada Samorządu Doktorantów UW do Komisji Rewizyjnej, która owej radzie podlega… Totalna głupota. No, ale jak już kiedyś wspominałam… przez współpracę w ramach samorządu doktoranckiego mam raczej niskie mniemanie o poziomie absolwentów Wydziału Prawa i Administracji UW a to jeden z nic jest autorem tegoż Regulaminu…
W tak zwanym międzyczasie mnie wybrano na członka Wydziałowej Rady Doktorantów Instytutu Socjologii UW (wiem, że jest sprzeczność w tej nazwie, skoro rada jest wydziałowa a jednak instytutu…). Zaszczyt olbrzymi, tym bardziej, że mnie na tych wyborach osobiście nie było (bom robiła wybory w innej jednostce w tym czasie…). Niemniej, udało się. Mieliśmy tez pierwsze już spotkania. Na pierwszym w ogóle wybrano mnie na Delegata do Rady Samorządu Doktorantów UW. Na tym mi zależało, bo mogę teraz formalnie zabierać tam głos i brać udział w głosowaniach. To ważne. Monopol, jaki tam panuje nie jest dobry. Tym bardziej, że jest to monopol „innym nie zależy, więc róbmy, co tam sobie chcemy". O nie, nie. Ja ta łatwo się nie dam.
Tak jak nie daje się Seweryn. Jego bezprawnie ciągnąca się sprawa przed Komisją Dyscyplinarną może wreszcie ujrzy koniec szczęśliwy. To, ile przepisów prawa złamano przy niej jest ciekawym przykładem tego ja działają prawnicy w Polsce. Bo to głównie oni decydują o tym, co się w owej komisji dzieje. Masakra. Nie mam czasu, miejsca, interesu ani zgody, by zdradzać szczegóły, ale powiem tylko, że gdy myślałam, że słabym ogniwem jest sekretarka komisji (którą przeniesiono na to stanowisko po serii skarg na jej niekompetencję w poprzednim miejscu pracy na UW…), byłam w błędzie. Ona doskonale wpisuje się w działania całej komisji, w tym osób, od których wymagać można kompetencji, prawnego obycia i w ogóle… Ale nie. Jest naprawdę, naprawdę źle. Najpewniej, jeśli tak wyglądały wszystkie sprawy na UW, łącznie z tymi, które zakończyły się wyrzuceniem ze studiów, to jest to poważna sprawa, którą każdy sąd administracyjny rozwiąże na niekorzyść uczelni. I wiem, co mówię.
Doktoranckość to także zajęcia. Na szczęście mam ich mało. W przyszłym semestrze muszę pochodzić na te, które za często opuszczałam w ubiegłym roku i w zasadzie będzie to koniec obowiązkowych zajęć na doktoracie. Ale trzeba jeszcze napisać ów doktorat. A z tym nie tak łatwo… Jeśli nie otworzę przewodu gdzieś do maja 2012 to mnie wyjebią ze studiów. Na razie nie ma nic napisane, ale jestem w momencie dla mnie przełomowym, który powinien zaowocować wkrótce czymś istotnym. Mam perspektywę performance studies, która wydaje mi się właściwa i płodna. Dlatego ważny był dla mnie niedawny wykład Jacka Kochanowskiego w Instytucie Teatralnym. Wiele miał mi dać i chyba dał. Dodatkowo książki, które mam i których wciąż mi przybywa – to ważna rzecz.
Do otwarcia przewodu potrzebuję minimum 22 stron tekstu, plus koncepcja dalszej pracy. I wierzę, że uda mi się na czas. Musi. Na razie nie mam deadline’u na gardle, więc sobie pozwalam na inne rzeczy. Ale gdy nadejdzie moment, usiądę i zrobię to. 
Studiowanie
Przyznaję się bez bicia, że mało chodzę na zajęcia. Za mało. Nie będę się tłumaczyć z tego. Mam tylko nadzieję, że uda mi się sesję zdać. Trudny będzie najpewniej egzamin z History of Philosophy. Jeden ustny. Reszta do napisania, więc mam nadzieję dać radę. To wszystko oczywiście nie oznacza, że mnie na OSA UW nie ma. Wręcz przeciwnie – ostatnio na przykład poprowadziłam aukcję świąteczną. Nie było tego w planie. Miał to robić kto inny. Ale ów ktoś był na mocnym kacu i padło na mnie. Zgodziłam się, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że muszę to prowadzić… po angielsku. Jak jest po angielsku „po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, sprzedano!”? Eh, ale jakoś dałam radę i ponoć nie było tak źle… No nie wiem. Wiem, że wyszło jakoś i że wszystko udało się sprzedać. 
W ogóle te wigilijne spotkania są teraz w masakrycznych ilościach organizowane. Ja sama zaliczyłam 8. Najhuczniejsza? Samorządowa! W sensie, że całego samorządu studenckiego. Raz, że w Piwnicy pod Harendą, dwa że z open barem. Szaleństwo się działo. Ja byłam po trudnym weekendzie i w trakcie ważnej pracy, więc nie szalałam. W ogóle na tych wigiliach się oszczędzam. Jakieś resztki diety chcę jednak zachować. Poza tym w tym roku nie dzielę się już opłatkiem. Tak jak rok temu w domu rodzinnym, tak i teraz nie chcę. Nie będę nadużywać rytuału religijnego, z którym poza faktem, że kiedyś go praktykowałam, nic mnie nie łączy. I ta jak rok temu rodzina to ciężko przyjęła, tak i w tym roku niektórzy byli zdziwieni. Ale nie przejmuję się tym.
No i niedługo będę prowadzić zajęcia!
Zgłosiłam dwie propozycje do Uniwersytetu Otwartego UW. Jedna to wstęp do queer, druga to podstawy gender/sex. Pierwsze, co mnie nie dziwi, odpadły. Spodziewałam się, dlatego zgłosiłam dwie propozycje. Druga przeszła. Zapisy na „Płeć i gender. Interdyscyplinarne wprowadzenie” trwają. Zapraszam was! Czego jednak się nie spodziewałam, to że jak napiszę na facebooku, że jedne moje zajęcia odrzucili, to zaraz się tym prasa zacznie interesować. Ponoć cztery godziny później rozdzwoniły się u nich telefony. No cóż… To nie moja wina. Niemniej, zapraszam na te zajęcia, które jednak będą!
A ja ktoś studiuje na UW, to zapraszam na moje translatorium „Radical texts” w drugim semestrze. Ponoć oguny są już zapełnione, ale studenci i studentki z Instytutu Socjologii UW na pewno mogą się niedługo zapisać.
Na koniec dwie ciekawostki. Pierwsza: nadal jestem formalnie studentką Wydziału Polonistyki UW. Ciekawe, kiedy mnie skreślą? Druga: od 1 stycznia 2012 doktoranci będą mieć zniżkę w PKP jak studenci – 51 proc. Fajnie! :)
Kołując
Czyli prowadząc koła naukowe. Wiele się dzieje. O niektórych rzeczach już w zasadzie powiedziałam. Badanie nt. dyskryminacji na UW miało być bowiem dziełem Queer UW. Nie wiem jak nam dalej to pójdzie. Wiem, że generalnie jest trochę zamieszania w kole, bo część osób nie może się w nim odnaleźć. Chcę im pomóc, ale dopóki samodzielnie nie przyjdą z tym do mnie, to nie chcę na siłę zmuszać. Więc czekam i zachęcam. 
Ostatnio udało się nam współorganizować konferencję naukowa nt. strategii przeciwdziałania dyskryminacji w szkolnictwie wyższym. Temat ważny. Zaproszono mnie do wystąpienia z informacją na temat naszego ubiegłorocznego raportu. Nie ukrywam, że ten raport mnie już nie jara tak bardzo – za wiele razy już o nim mówiłam, żeby mnie ruszał. Staram się jednak wykrzesać z niego, co się da. Dlatego Adrian piszący o tym do naszego pokonferencyjnego tomu (po czerwcowej konfie) napisał tekst nieco inaczej – według mojego pomysłu porównania pewnych wyników. To możemy z tym dalej robić.
Czeka nas jeszcze w maju konferencja na temat queer w kulturach muzułmańskich. Zapowiada się ciekawie, bo to temat dla mnie zupełnie prawie obcy – chcę się nauczyć czegoś na ten temat. To dobra strategia – chcesz coś wiedzieć, zorganizuj konferencję na ten temat :) Będą fajni eksperci, liczę na wysoki poziom.
No i Queer UW też miało swoje spotkanie około noworoczne! Całkiem fajnie wyszło!
Ponieważ mam jeszcze jedno koło zajmujące się mediami i dziennikarstwem, zastanawiam się czy czegoś łączonego na styku z queer nie zrobić. Idea się rodzi powoli, ale się rodzi.
Ostatnio w zadzie te dwa tematy połączyłam. Zjazd Wolontariatu Równości w Warszawie – weekendowe wydarzenie, ponad 20 osób. Bardzo fajny pomysł. Udało mi się pomóc z cateringiem, więc się cieszyłam też z tego. Miałam w niedzielę poprowadzić zajęcia na temat „Wstęp do teorii queer”, żeby jednak osoby, które niewiele miały z nią do czynienia, mogły sobie jakoś to poukładać. Na dzień przed rozpoczęciem zjazdu (piątek) okazało się, że szkolenie z pierwszej pomocy wypadło i muszę poprowadzić warsztaty dziennikarskie dodatkowo w sobotę. Świetnie… Nie ukrywam, że mi to plany krzyżowało – raz, że imprezowe na piątkowy wieczór a dwa, że związane z zarobieniem kasy jakiejś poprzez pracę przed komputerkiem. Ale nie miałam wyjścia. Zgodziłam się. 
Obudziłam się po dość szalonej nocy w Toro o 12:09. O 13:00 miałam zacząć prowadzić zajęcia, na które w zasadzie nie miałam materiałów. Ok, warsztaty takie prowadzę cały czas, ale jednak coś muszę mieć. Udało się. Przygotowałam się i dotarłam na 13:15. Była obsuwa, więc nie czekali na mnie. Idealnie. Poprowadziłam te warsztaty (łącznie 6 h) jak. Następnego dnia zajęcia z teorii queer (3-4 h). Facet, który na tym Zjeździe pracował dokładnie tyle samo czasu, robiąc swoje szkolenie z interpersonalnych umiejętności dostał kasę sporą (powiedzmy, że średnia krajowa w 2011 to 3366,11 zł i on zarobił więcej niż połowę) a ja… nic. Tak, zero. Wiem, wiem…
Na marginesie warto może dodać, że oficjalnie 21 listopada powstała Fundacja Wolontariat Równości, która ogarniać ma formalną stronę organizacji Parady Równości oraz, oczywiście, zajmować się wolontariatem podczas tejże. Stąd też ten zjazd, o którym mowa. Fundatorami są Paweł Kiepuszewski i Szymon Niemiec. Do Zarządu poza mną trafiła Marietta Wróblewska i Łukasz Pałucki, jako prezes tegoż. Nie będę rozpisywać się na temat idei całego przedsięwzięcia i uzasadnienia pomysłu powstania Fundacji, ale generalnie chodzi o to, że dzięki temu uda się nam ogarnąć pewne rzeczy, których jako nieformalny Komitet Organizacyjny (wciąż istniejący i wciąż decyzyjny) oraz jako firma Gepon (będąca przedsiębiorstwem a więc nieco innym typem podmiotu) nie udawało się nam załatwić. Na przykład ubezpieczenie wolontariuszy i wolontariuszek. Albo wnioskowanie o mikrogranty do miasta stołecznego. Teraz będzie po prostu łatwiej i przejrzyściej. Dodam, że statut zakazuje komukolwiek z władz fundacji pobierać jakiegokolwiek wynagrodzenia za pracę na jej rzecz. Żeby nie było. 
Skoro o warsztatach dziennikarskich mowa, to niedługo kończą się moje semestralne (znów: darmowe) warsztaty w Instytucie Socjologii UW i w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Ruszą najpewniej kolejne – ale nie wiem, czy dwie grupy… Po prostu brakuje mi czasu i energii na to. Tym bardziej, że dojdą mi normalne zajęcia, które będę prowadzić i jeszcze takie, na które będę chodzić. Ale niemniej, zapraszam.
No i gazeta socjologów. Udało mi się wydać numer jeden w tym roku akademickim. Jest duża, duża szansa na kolejne. Żeby nie zapraszać, nie będę za wiele mówić, ale naprawdę zanosi się na to, że może być nieźle.
Kasa, kasa, kasa
Jak zwykle, jest z nią problem. Jest jej za mało. Dokonałam zabiegu restrukturyzacji zadłużenia. Ostatni tysiąc z kawałkiem kredytu studenckiego spłaciłam w Banku Zachodnim WBK poprzez zwiększony kredyt odnawialny w mBanku. Kiepsko, ale! Zaczynam się naprawdę ogarniać. Mój dochód jest mniejszy niż rok temu o tej porze. Tak o jedną trzecią prawie. A i tak udało mi się nie tylko nie wydać więcej niż zarabiam (co robiłam notorycznie przez ostatnie dwa lata) ale nawet zaoszczędziłam coś! Więc jestem z siebie bardzo, bardzo dumna. 
Z dwóch planów, które brałam pod uwagę ostatnimi czasy zwycięża na razie plan ciułania i zbierania grosz do grosza. Wspomniane przed chwilą zajęcia w IS i UO mają mi w tym pomóc. Dzięki temu, że ogarniam inne tematy, udało mi się także załatwić sobie dodatkowy dochód powiedzmy, że raz na 6 tygodni w wysokości 400 zł. Nie majątek, ale jednak dodatkowe złotówki. Staram się też o dodatkowe zajęcie w jednym z portali, które nie zajmuje wiele czasu, wykonywane jest zdalnie i daje mi 900 zł miesięcznie. Tak więc nie poddaję się. Walka trwa.
A skoro o bankach mowa… BZ WBK i ja nie mamy już nic wspólnego ze sobą. Najgorszy z banków, z jakimi miałam dotychczas kontakt nie ma już mnie na liście swoich klientów. Nie ma też zgody na przetwarzanie moich danych osobowych. Po spłacie kredytu studenckiego wybrałam się tam coby zlikwidować założone przymusowo konto bankowe. Wypłaciłam posiadane tam 5,74 zł i złożyłam dyspozycję zamknięcia rachunku. Oraz dodatkową dyspozycję a propos moich danych osobowych. Nie chcę, by ta instytucja kiedykolwiek się do mnie odzywała. Pan zapytała mnie, co jest powodem zamknięcia rachunku. „Jestem bardzo niezadowolony z państwa usług.” „A czy możemy wiedzieć, co dokładniej się panu nie podoba i czy możemy to jakoś naprawić?” „Nie możecie. Nie podoba mi się, że załatwienie czegokolwiek tutaj trwa tak długo i wymaga tak dużo zachodu i formalności.” To koniec. Już nigdy nic z nimi nie chcę robić. I wam naprawdę z czystego serca odradzam.
Moje aktualne postanowienie: wyjść z długów w ciągu ok 24 miesięcy. Muszę odkładać miesięcznie ok 500-1000 złotych. Dam radę!
Chłopcy 
No, coby nie mówić, to ważna część mojego życia. Może zacznę od ważnego wydarzenia ostatniego chronologicznie. Pat – nastolatek, którego w zasadzie trzeci raz poznałam. Ale tym razem całkiem w zadzie na trzeźwo i nareszcie mieliśmy czas i ochotę, żeby pogadać dłużej. Pat jest absolutnie pięknym chłopcem (wiem, że czasem mogę nadużywać tego określenia, ale tym razem to naprawdę szczere!). Takim trochę jak z obrazka malowanym. Miło nam się w Glam rozmawiało (o imprezowaniu w Glam za chwilę!) i generalnie on też trzeźwy, uśmiechnięty. I nawet sam zaproponował wymianę numerów telefonów. Trochę nam Adrian K. przeszkadzał, bo cały czas pijany podchodził i mnie męczył pytaniem czy już go nie lubię plus kilka innych osób – w tym jego znajomych także. Ale nam nie przeszkadzali. Rozmawialiśmy sobie w najlepsze. 
W końcu jednak nadszedł poranek i musiał iść. Ja też. Napisałam mu potem dwa albo trzy SMSy w ciągu kilku dni. Nie odpisał nigdy. Dziwne to. 
Kubutek jest też ostatnio ważną dla mnie osobą. Po rozstaniu trochę cierpi i staram się jakoś mu pomóc. Nie powiem, że złagodzić ból czy rozśmieszyć go, bo to nie jest cel (choć często go rozśmieszam, jestem w tym dobra i wychodzi mi to mimochodem oraz lubię jak się śmieje). Ale wiem, że to taki moment, że czasem musi pogadać, czasem musi się wygadać a czasem musi pomilczeć. Staram się. Choć wiem, że każda emocja musi się po prostu wy-żyć, wy-brzmieć. I tak będzie i tym razem.
To jest powód, dla którego chyba lubię towarzystwo młodych chłopców. Lubię widzieć jak się tego uczą. Daje mi to perwersyjną wprost przyjemność. Wiem, wiem, chore. Ale naprawdę tak jest. Gdy widzę ja kolejne życiowe wydarzenia sprawia, że się uczą i zmieniają, moje serce się jakoś dziwnie raduje.
Trochę tak samo jest z Kubutkiem. Tylko że on dodatkowo jest absolutnie przepiękny. 
Za to z moją Miłością Życia trochę tracę kontakt. Marcinek znalazł jakąś pracę i spędza w niej pierdyliard godzin. Rozumiem, że nie musi i że chce. Nawet jednak nie mieliśmy czasu, by powiedział mi, o co dokładniej z tą pracą chodzi. Domyślam się też, że jak ma czas, to chce go spędzać ze swoim partnerem Michałem. To też zrozumiałe, dlatego staram się nie narzucać jakoś czy coś, tylko czasem delikatnie zaproponować jakieś spotkanie. Nie korzysta, to ok. Ale wie, że ja pamiętam. I cieszę się, że znalazł coś, co go tak dobrowolnie na maksa pochłania. To cudowne uczucie musi być. 
A jak tak powoli podsumowuję mijający w zasadzie rok pod kątem chłopców, którzy jakoś się tam zapisali w mojej pamięci, to ma kilka myśli. Bo szkoda mi kilku znajomości, które się moim zdaniem dobrze zapowiadały/zaczynały.
Filip. Nie wiem jak to się stało, że się nam drogi rozeszły. To wyjątkowo nie było tak, że się symbolicznie zestarzał i postanowił odejść. To jeszcze nie ten moment. Nie było też tak, że ja już nie chciałam, żeby z nami się kręcił. Wręcz przeciwnie – było mi całkiem miło. Nie ukrywam, że nasza znajomość się pogłębiła z czasem na różnych płaszczyznach. Fizycznej także. Oczywiście, nie wyobrażajcie sobie za wiele. Dla mnie objęcie kogoś jest już pewnym naruszeniem normalnej „etykiety”. Niemniej, nie wiem czemu tak się stało. Myślę, że ważnym momentem, po którym już nic nie było tak samo było przespanie się Filipa z Grzesiem. Wiadomo, zabolało mnie to przede wszystkim z powodu tego, że ukrywał to przede mną. A ja od razu wiedziałam. Nieważne skąd. Stąd dziwne to było. Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce podczas jednej z nocy w Royal Residence Palace. Wpadł wówczas z Kennym, który miał zabawić (jakkolwiek to nie brzmi, to o to chodziło…) Arka. A ja gadałam z Filipem. Oraz piliśmy alkohol. I w zasadzie tyle.
Ostatnio Filipowi zdarzyło się kilka razy zadzwonić do mnie po pijaku. Raz na trzeźwo. I napisał ze trzy SMSy. Tyle. Jakoś tak dziwnie się to potoczyło.
Adaś. W zasadzie tutaj sytuacja jest jaśniejsza. I chyba nawet nie tegoroczna. Już nie pamiętam szczegółów. Ale pamiętam, że całkiem niedawno widziałam się z nim. Byliśmy nawet w kinie oraz doprowadziłam do swego rodzaju jego konfrontacji z Gackiem. Ale to trochę przypadkiem. W każdym razie tutaj sytuacja jest prosta – Adaś znalazł sobie chłopca. Teraz z nim mieszka nawet. Więc pewno miłość. I w zasadzie powinno mnie to cieszyć. Ale sami wiecie jak to jest. Szkoda mi tego, że mieliśmy fajną znajomość, która musiała się zakończyć. Tak, także dlatego, że po prostu nie polubiłam się z tą miłością jego. 
Robert. To chyba z tych wszystkich znajomości najbardziej moja wina. Nauczyłam się bowiem, że jak ktoś ma inną niż ja wizję rozwoju relacji ze mną, to ja nie chcę się w to mieszać, uciekam. To właśnie było powodem zerwania znajomości z Robertem. Ja chciałam trochę czego innego niż on. Nie było sensu się męczyć. Jasne, było miło, sympatycznie i w ogóle. Nie ma co się nad tym rozwodzić. I pewno dobrze się stało, że tak się stało, jak się stało – by trawestować biblistę – ale jednak szkoda. Roberta chciałam poznać od czasu, gdy go pierwszy raz spotkałam na jakiejś debacie, gdzie był obecny, jako mocno nieletni członek KPH. Już wtedy go zauważyłam. I to, że po iluś tam latach udało mi się nareszcie do naszego poznania doprowadzić, to było naprawdę coś fajnego. 
Z racji mojej specyficznej sytuacji towarzysko-matrymonialno-erotycznej (mówiąc wprost: nie rucham się) nie walczę nigdy o chłopców, o znajomość z nimi. Wiem, że proponowane przeze mnie rozwiązania towarzyskie są nietypowe, czasem kłopotliwe i że niekoniecznie chcę komuś w ten sposób utrudniać życie. Jak i utrudniać je przez to sobie. Dlatego nigdy nie podjęłam próby przekonania Roberta, że może nasze wizje gdzieś się spotykają. 
Grześ. Nie ten Grześ od J. tylko Grzegorz od P. To w zasadzie krótka znajomość. Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, że on nie ma ochoty albo jeszcze nie potrafi. W sensie, że odzywa się to, com mówiła przed chwilką – że relacje ze mną są trudne, bo nietypowe. Nie chodzi tylko o to nie-ruchanie-się ale cały zestaw rożnych rzeczy, które się ze mną wiążą. I choć sam Grześ mówi, że jest chętny i lubi mnie i w ogóle, to jednak nic poza słowami na to nie wskazuje. Jako, że jest młody, dawałam mu rożne szanse kilka razy… ale jako że nie mam w zwyczaju robić tego w nieskończoność, to przestałam. 
Mim tego, że jest bardzo ładny, sympatyczny, skromny, cichy i za bardzo niepewny siebie, to nic na siłę. Choć, oczywiście, szkoda.
Tomek. To w sumie zabawne, bo poznałam go, jako kolegę chłopca, którego chciałam poznać – Kamila. I do tego w Galerii. Ale okazało się, że Kamil jest jeszcze emocjonalnie za młody na poznanie mnie. W sensie, że w zaproszeniu do kina dopatrywał się wątków matrymonialnych. Nadejdzie na niego też czas. Co innego Tomek. Choć gra überromantycznego chłopca w smutnym stroju i smutną minką, to od razu zauważył, że ze znajomości ze mną może coś dla siebie wyciągnąć w zamian za prawie-nic. W sensie, że za samą tylko znajomość i jej podtrzymywanie. Dla mnie jest to jak najbardziej okej. Tak wygląda duża część moich relacji i dopóki jest to czysty dla obu stron układ, jestem szczęśliwa. Co więc poszło nie tak? Tomek przestał się starać. Ja rozumiem, że czasem może nie mieć czasu, czy mieć coś ważniejszego na głowie. Ale mi chodzi o minimum. Odezwanie się raz na dwa tygodnie. Przyjęcie choć jednego z trzech pod rząd składanych zaproszeń. Cokolwiek. Skoro jednak Tomek nie chce, to nie. Choć szkoda.
Michaś. Na koniec Michaś. Wiadomo który i w ogóle. To chyba jednak tak zawsze jest, że jak się z kimś zamieszka, to ze znajomych szybko stajemy się współlokatorami. Chcąc, nie chcąc, niestety. No i tak się stało z nami. Szanse na znajomość zaprzepaściliśmy tym, że pozwoliłam mu u nas zamieszkać na dwa miesiące. I to tak, że po wyprowadzce odezwał się trzy razy. Raz, by odpisać na mojego SMSa, dwa razy by ustalić odbiór rzeczy, która miała być prezentem dla mnie, ale którą po wyprowadzce chciał jednak zabrać. W tym pierwszym SMSie napisał, że pod koniec przyszłego miesiąca i tak chce mnie na kawę zaprosić. To było z 6 tygodni temu. Trochę mi przykro, nie powiem. Tym bardziej, że od momentu naszego pijackiego (z mojej strony) poznania, robiłam co w mojej mocy, by mu pomóc w rożnych sprawach. Ogarnęłam jego rekrutację, pomogłam dając możliwość łatwiejszego startu, znalazłam wakacyjną pracę, zapewniałam rozrywki, chodziłam z nim szukać pracy. W zasadzie moje intencje były dość czyste – chodziło m o to, by utrzymać znajomość. 
Michaś jest jednak osobą świadomą siebie i swojej wartości. Wie kiedy i jak zagrać, by swój cel osiągnąć. Nie twierdzę, że to wyrachowane z jego strony – au contraire, uważam że często robi to nieświadomie. Niemniej, robi. W sumie wiedziałam to już dawno, niejako nie jestem zaskoczona. Ale jednak szkoda.
Imprezy
Jest trudno. Boże, naprawdę jest trudno… I gdy pytacie mnie „to kiedy będzie nowa Utopia?” a ja odpowiadam, że nie wiem, to nie kłamię. Naprawdę nie wiem. A gdy pytacie mnie „a czy ona w ogóle powstanie?” a ja odpowiadam wam, że nie wiem, to też nie kłamię. Naprawdę nie wiem. Mogę powtórzyć to, co powiedziała mi Królowa na wigilii w Sqandal Barze – ze w styczniu będą jakieś oficjalne informacje. Więc musimy czekać. Albo i nie.
Czekanie bowiem jest o tyle kłopotliwe, że trzeba sobie czas oczekiwania wypełnić. Z tym jest problem. Najpierw generalna refleksja. Z imprezowaniem w Warszawie jest coraz gorzej. Zaś uda mnie to. Nie tylko z czysto prywatnych względów, ale też bardziej altruistycznych. Jak sobie przypominam doskonałe noce spędzone w Barbie Barze czy w Utopii właśnie i myślę sobie, że jest teraz młode pokolenie, które nie miało okazji poznać tego typu miejsc i takich imprez (bo nigdzie aktualnie podobnych wydarzeń po prostu nie ma), to jest mi smutno. Bo to oznacza, że być może przejdą przez całe życie nie zaznając naprawdę dobrej imprezy. A to smutne.
W Warszawie nic się nie dzieje. Imprezy „duże” są popłuczynami dawnych tego typu wydarzeń. W tygodniu nie ma miejsc wartych odwiedzenia. W piątki dzieje się coraz mniej a większość special events dzieje się w soboty. Niedługo będzie tak, że naprawdę nie będzie sensu wychodzić z domu poza sobotą. Nie chcę żyć w takich czasach. 
Nie, nie wiem czemu tak się dzieje. Nie mam odpowiedzi. Jedni mówią, że to kryzys gospodarczy daje się we znaki. Inni mówią, że zmieniają się sposoby konsumpcji czasu wolnego. Jeszcze inni, że dziś młodzież nie ta. Nie wiem, nie wiem czy któraś z tych odpowiedzi jest właściwa. Wiem tylko, że cierpię. 
Gdzie więc bywam teraz na imprezach? Toro, Bank, de Lite, Galeria, Glam, 1500… Rożne różniste miejscówki. Wszystko byle tylko jakoś uciec od imprezowego marazmu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, Hunters się nie sprawdza. Heteryckie kluby padają jeden za drugim: ZOO, Piekarnia, Obiekt Znaleziony… Ważne, kultowe czasem kluby znikają. Nawet w hetero klubach ciężko się teraz bawić. Ja się jakoś w Banku odnajduję, bo to miejsce się stara, próbuje i ma aspiracje. Niestety, ludzie tam przychodzący są dość różni i czasem nieco przypadkowi, byle tylko jakoś zapełnić ładny acz wielki klub. Toro, wiadomo. To miejsce specyficzne, ale a) pewne, b) tanie, c) z nadzieją na spotkanie ładnego chłopca (choć akurat ostatnio spotkałam tam bohatera jednego z moich artykułów prasowych, który był strasznie nachalny i strasznie męczący…). De Lite się sprawdza na imprezach utopijnych (choć opłata dwudziestozłotowa na ostatniej z nich była zaskakująca i dość niepokojąca) a na heteryckich jest co najwyżej okej. Niemniej, ładne to miejsce i ciekawe. Sqandal Bar odwiedzam dość często jak na miejsce trudnodostępne z racji lokalizacji (Rynek Starego Miasta) – z powodu miłej atmosfery, sympatycznej obsługi i ciekawego podejścia do tematu. Chłopcy mają trudne zadanie, jeśli idzie o rozruszanie miejsca, dlatego cieszę się, że próbują coś zrobić. Wspieram to. Do Galerii trafiam zazwyczaj przypadkiem. I to przez Damiana.be najczęściej. Miejsce, moim zdaniem, umierające. Jeśli nie wydarzy się tam naprawdę szybko coś naprawdę wielkiego, to będzie im trudno cokolwiek ogarnąć. 1500 to dość offowa jak dla mnie inicjatywa. Jednak ponieważ grywają tam dubstepowo, to jestem na tak. I czasem chętnie odwiedzam. Jasne, to jeden z tych postindustrialnych, „brudnych” klubów, które pod przykrywką nie dbania o doczesność i budowania wizerunku miejsca-gdzie-dzieje-się-szaleństwo mogą pozwolić sobie na to, by wewnątrz było nieładnie i dosłownie brudno. Rozumiem to i akceptuję. Byle nie za często. No i Glam. Miejsce überlesbijskie. Samo w sobie mi to nie przeszkadza, niech się bawią gdzie chcą. Przeszkadza mi bardziej to, że Glam czasem usiłuje udawać, że tak nie jest. I dlatego organizuje pokaz mody męskiej początkujących projektantów i zaprasza artystki, które chciałyby być gejowskimi divami. I, moim zdaniem, widać efekty. Ludzi nadal jest tam sporo, ale mniej niż dotychczas. Młodzi chłopcy się zjawiają, ale uciekają szybko i jest ich generalnie mniej. Nie dziwi mnie to, naprawdę – gdy piszę te słowa, na facebookowym wydarzeniu sylwestrowym w Glam przybycie potwierdziło 43 chłopców i 65 dziewcząt. Ja wiem, że to nie oddaje tego ile osób przyjdzie itd. ale oddaje proporcje pewne. Więc Glam zahaczam bardzo sporadycznie i nie zmieni się to w najbliższym czasie. 
Do ważnych imprez mijającego okresu warto zaliczyć kilka. 18 listopada się wybrałam ze znajomymi do Kamieniołomów na dubstepy ale… przy wejściu spotkaliśmy wychodzących ze środka Piotra i Mariusza, którzy nam totalnie odradzili wbijanie do środka. Więc się poddaliśmy i mimo mojej wielkiej ochoty, nie poszliśmy na dubstepy… Poszliśmy jednak dalej. Tym razem do Banku. To miejsce jest naprawdę ładne i warto je odwiedzać. Muzycznie tej nocy było średnio. Niby coś tam grali fajnego ale ludzi jak na lekarstwo i – jak to hetero – bawili się nudnawo. Nie zagrzaliśmy miejsca. Dalej, dalej, bo noc nas wzywa. Mnie denerwowało to, że więcej spacerujemy niż imprezujemy. A przez to trzeźwieję oraz mój dobry humor przy okazji ulatuje. Nastawienie, jakie miałam po biforze w Melinie zaczynało odpływać. Spacer zaprowadził nas w okolice Hunters. Przyznaję, byłam w takiej desperacji, że gotowa byłam wejść i tam. Gdy jednak podchodziliśmy do bramki, zobaczyliśmy jak selekcjoner wpuszczał jakiś brzydkich hetero. A to nam się nie podobało. Konspiracyjnym szeptem Gacek powtórzył kilka razy „uwaga, heteroparty!” i łukiem wejście minęliśmy. Desperacja się zwiększała. Nie wiedzieliśmy, co dalej zrobić. Prosiłam ich, żebyśmy zaszli do jakiegoś baru typu „wódka za 5 zł” czy jakoś tak. Ale oni nie chcieli. I uparli się na Glam. Ponieważ moja rozpacz była wielka, uległam. To była nasza pierwsza tam wizyta od czasu, gdy wprowadzili opłatę 5 zł. No ok, ja co prawda nie płacę ale idea jako taka mi się tak czy owak nie podoba. Nie wiem za co te 5 zł macie płacić. Nieważne. Wpadłam i od razu stanęłam przy barze pierwszym. Raz, że tam znajomi stoją a dwa, że miałam ogromną ochotę na drynk. Karolina i Marcin drażnią się ze mną, udając obrażonych za to, że nie przychodzę do Glam. Ok, ja rozumiem, to zabawne, często nam się zdarzały takie wygłupy. Ale po pewnym czasie zmęczyło mnie to. W sensie, że naprawdę chcę zamówić. A oni nic. Gacek stoi koło mnie i też nie może zamówić. Czekam jeszcze, i jeszcze… I się wkurzyłam. Bo żarty żartami, ale mi nie do śmiechu już. Zabrałam się i poszłam. I tak skończyła się jedna z najgorszych nocy w moim życiu. 
Zupełnie inaczej było noc później. O, tak! Najpierw bifor-after u Kocykowej. Zabawnie w sumie, bo rzadko zdarzają się nam imprezy domówkowe, co do których wiemy, że nie będziemy nigdzie wychodzić do klubu. Tak było i tym razem. To znaczy ja z Damianem akurat mieliśmy nieco inne plany od pozostałych. Najpierw odwiedziliśmy mojego znajomego na urodzinowej, jeśli dobrze pamiętam, domówce a potem do Kocykowej się przedostaliśmy. Nie na długo jednak, bo tej nocy wybierałam się z nim do M25 na swoją pierwszą imprezę dubstepową. Gwiazdą nocy był brytyjski zespół Modestep, których odkryłam dla siebie przypadkiem a o którym jeszcze bardziej przypadkiem dowiedziałam się, że niecały tydzień po moim ich odkryciu mają koncert w Warszawie. Dzięki uprzejmości Krystiana Legierskiego weszliśmy jakoś na ten koncert i… To było COŚ! Jedna z trzech najlepszych nocy mojego życia. To, co Modestep zrobił podczas tego koncertu z całym klubem w tym i z nami, przechodzi ludzie pojęcie. W zasadzie nas zmiażdżyli. Co ja się naskakałam, co ja się napociłam, co ja się nabujałam… Boże! Dubstep rządzi! Absolutnie doskonała noc! Nie chciało nam się schodzić z parkietu. A chłopcy grali dłuuuuugo. I dobrze. Pokochałam to, co się tam działo. Chcę ich sprowadzić na juwenalia 2012. Zrobię co w mojej mocy, żeby tak się stało. A przy okazji, już po koncercie, zepsuły mi się okulary. A dokładniej – soczewka jedna… bo w tańcu już dużo spokojniejszym na dolnej sali, spadły mi i się ukruszyła. Duży to smuteczek, koszt 99 zł i trochę dyskomfortu zanim znalazłam czas na wymianę… ale dla tego koncertu – było absolutnie warto!
Utopijna impreza w de Lite wypadła – będę teraz szczera – dość średnio. Ludzi było sporo ale to już nie te tłumy co na początku. Miejsce jest fajne, muzyka była okej (przyznaję, że Pitu gra bardzo dobrze, ale miewał lepsze noce), wszystko jakieś takie jakby już bez ognia. I wie to chyba sama Królowa, która zapowiedziała, że więcej utopijnych wydarzeń nie chce tam robić. Chyba słusznie. Atrakcja, jaką było spotkanie się w utopijnej otoczce jest super, ale miejsce się już chyba przejadło – nie jest to wszak Utopia…
Ale za to dużym zaskoczeniem była impreza w Sqandal Barze. 3 grudnia zaprosił nas tam Grzegorz Okrent. Co ważne, nie była to impreza z logo czy nazwą Utopii tylko właśnie Grzegorza. Jakby Królowa postanowiła swoją własną markę trochę stworzyć. Ciekawe posunięcie, nie powiem. Ja się oczywiście zjawiłam. Towarzyszył mi Luke, którego tej nocy podrywać zaczął Maciej Bieacz. Na szczęście upił się dość szybko (stawiając, ma się rozumieć, także Luke’owi drynk) i zniknął. A sama impreza… szalona! Panowie tancerze – choć przypakowani, a więc zupełnie, ale to zupełnie nie w moim guście – pojawiali się po to, by się obnażyć. Kiczowata wręcz bita śmietana stała się idealnym pretekstem do tego, by chętni zlizali z ich ciała ją wraz z ich potem. Z rożnych części ciała. Ze wszystkich części ciała. Tak bezpruderyjne imprezy działy się w Utopii na samym początku je istnienia. Potem zniknęły. Wydaje się, że pojawienie się ich w Sqandal Barze to ciekawa, cenna i dobra idea. Więc wspieram to, choć – co chyba oczywiste – ja panów ani ręką ani inną częścią ciała nie dotykałam.
Nadal myślę nad sylwestrem. Od jakiś 5 lat nie byłam nigdzie. Denerwuje mnie to, że muszę tej nocy się wyjątkowo bawić, mieć wspomnienia kompromitujących wydarzeń, które trzy tygodnie później nadal się wspomina na spotkaniach ze znajomymi oraz to, że muszę zacząć zabawę o nieziemsko wczesnej godzinie, by północ jakoś wyjątkowo celebrować. O północy to ja lubię powoli na domówce myśleć o wyjściu do klubu. I to sprawia, że od lat spędzam sylwestra w domu. Oglądając jakiś film albo – częściej – siedząc na seksczacie. W tym roku zgodziłam się wstępnie iść na domówkę na Pradze ze znajomymi. Ale im bliżej, tym mniej mam ochotę. Tym bardziej, że niektórzy z przybywających tam mają spinkę imprezową. Niby taką pół-żartem, pół-serio ale jednak. Pomyślałam sobie, że gdybym jeszcze znalazła kogoś młodego i sympatycznego, z kim mogłabym pójść, to rozważę poważnie. Ale wczoraj osoba, której zaproponowałam, odmówiła. Więc chyba nie. Zastanawiam się tylko, co się będzie dziać w klubach w piątek przed sylwestrem. Czy będzie pusto czy też zacznie się przedwczesne świętowanie końca roku. Jak sądzicie?
Domowo i zdrowotnie
Blo piszę z domu rodzinnego. Przyjechałam tutaj wieczorem w czwartek przed Wigilią. Pobyt wstępnie zaplanowałem na tydzień. Wystarczy, by jakoś to przeżyć, nie znudzić się za bardzo i nie zmęczyć. A zarazem mieć pewność, że nie będę słyszeć narzekań, że na za krótko przyjeżdżam. Poza tym podróż kosztuje 124 zł w jedną stronę – musi mi się to jakoś kalkulować. Tym bardziej, że mam postanowienie, że do końca roku akademickiego nie jeżdżę nigdzie (poza domem rodzinnym) na własny koszt. Oszczędzanie. 
Podróż nie mogła odbyć się bez niespodzianek. Moj supernowoczesny wagon (jeden z tych naprawdę najnowszych bezprzedziałowych) wysiadł. To znaczy: prąd tam wysiadł. Raz, że światło nie działało, dwa że wysiadło ogrzewanie. O ile pierwsze mi nie przeszkadzało, bo się źle czułam i spałam pierwsze dwie godziny o tyle przed Poznaniem zaczęło się robić nieco chłodno. Dobrze, że zima łagodna jest, bo inaczej byłoby naprawdę zimno. A pociąg wypełniony w ponad 100 proc. Na szczęście po Poznaniu nas przesadził konduktor do pierwszej klasy. Więc mogłam spać, czytać i jechać komfortowo. Święta w domu to tradycja. Ale i tutaj coraz słabiej się przestrzega zwyczajów. O ile w zasadzie nikomu nie przeszkadza, że się w Wigilię opłatkiem nie dzielę, o tyle nie ma już tradycyjnych 12 potraw, nie ma już śpiewania kolęd (choć i tak zazwyczaj śpiewała tylko babcia przy akompaniamencie pomruków wyrażających żenadę dla tego rytuału). Same świąteczne śniadania są przede wszystkim okazją do poplotkowania, załatwienia sobie recepty cichaczem (potrzebuję acyklowiru), wymienienia uwag na temat dylematów rodzinnych sąsiadów czy też po prostu napicia się i obżarcia. Picie zapewniła mi mama, posiadając nie wiadomo skąd litr dobrego wermutu. Reszta familii ugoszczonej u nas 25 grudnia delektowała się wódką. Ja do wódki przeszłam dopiero wieczorem u Gacka. I to dopiero, gdy się na chwilę whisky skończyła. Bo Gacek, Malesa, Troll i Marta przybyli do naszej rodzinnej miejscowości, by tutaj spędzić czas świąteczny. Miłe to. Spotkanie w ich gronie plus bandy tutejszych dawnych znajomych Gacka i mojego brata (choć jego samego nie było w tym towarzystwie) okazało się udane. Było śmiesznie. Skończyło się jakoś przed 7:00 i dlatego, wracając do domu, spotkałam mamę moją idącą do pracy (niektórzy muszą w Święta pracować). 
Obżarstwo, którego się rok rocznie dopuszczam jest dla mnie fenomenem pewnym jednak. Co roku mówię sobie, że tym razem się powstrzymam. I co roku mi się nie udaje. Choć rozsądek nakazuje przestać, to jem dalej. Co prawda udaje mi się powstrzymać od wymiotowania w trakcie kolacji celem siedzenia kolejnej porcji (niektórzy z moich znajomych tak robią) ale to dlatego, że generalnie mam duży żołądek i potrafię dużo wpierdalać od czasu, gdy byłam grubą świnią.
W tym roku robiłam tylko ciasta. Trzy – piernik z powidłami i białą czekoladą, sernik gotowany oraz – to dla mnie nowość – ciasto miodowe z kaszą manną. Wszystko wyszło. Problemem, jak zawsze, jest brak miejsca w lodówce (a niektóre ciasta jednak muszą w niej postać, by uzyskały odpowiednią do spożycia postać). Ale nic to, udało się.
Święta to też prezenty. Od lat nie dostaję niczego specjalnego. Ot, perfumy średniej klasy, słodycze i jakiś większy banknot. Ale pobyt w domu to czas, gdy mogę mamę i tak naciągnąć na pewne rzeczy. Tym razem udało mi się na leki. A to wydatek 230 zł. W dniu bowiem wyjazdu z Warszawy udało mi się zaliczyć wizytę u fryzjera (należy chwalić nową fryzurę) oraz wizytę u dermatologa. Jakoś teraz mija rok od czasu, gdy zaraziłam się świerzbem. A konsekwencje odczuwam do dziś… Nadal biorę leki przeciwhistaminowe i to w sporych dawkach. Ponieważ osłabiona działaniem sterydów skóra zachowuje się nieco nienaturalnie, muszę nadal o nią dbać. Dodatkowym problemem jest moje wirusowe zakażenie. Z nim też walczę już dobre 4 miesiące jak nie więcej. Tym razem pan doktor przepisała mi maść, która kosztuje tygodniowo 30 zł. Mam jej używać 3 tygodnie, bo w tym czasie biorę jeszcze inne leki na to samo. Ale generalnie kuracja potrafi trwać do 16 tygodni (pól tysiąca zł). W zasadzie ta wirusówka nie jest czymś, co mi przeszkadza. Ale nieleczona może stanowić pewne zagrożenie dla zdrowia. Więc walczę. Ale mam nadzieję, że za jakieś dwa miesiące nie będę już myśleć ani o poświerzbowych komplikacjach ani zarażeniu wiruskiem.
A wracając do Świąt i prezentów… Dla moich chrześniaków kupiła za mnie mama (miałam oddać jej kasę ale z racji tego, że kupiła coś-tam mojemu bratu do nowego mieszkania, to stwierdziła, że nie muszę) a dla mamy kupiliśmy z bratem razem. Nic praktycznego. Wyjazd na trzy dni do malowniczo położonego hotelu z daleka od domu. Ponieważ mama rzadko jeździ i wiemy, że sama by się nie wybrała, to dorzuciliśmy je babcię, coby im raźniej było. Termin dość dowolny, ale pewno jakoś w kwietniu się wybiorą. Niech jadą, niech odpoczną. Bratu niczego nie kupiłam, bośmy ustalili, że sobie nie dajemy prezentów. Więc jestem zadowolona. 
Podsumowując rok
Pomyślałam sobie, że czas na małe zestawienie. W sensie, że skoro rok się kończy, to może jakoś chcę go podsumować. Rok temu próbowałam zrobić coś takiego, ale mi nie wyszło. Teraz spróbuję ale tak krótko, bez zagłębiania się w poszczególne miesiące czy aspekty. Chcę powiedzieć jak dla mnie wyglądał 2011 rok.
Generalnie był to rok dobry. Mało kto wie, ale na jego początku wymyśliłam sobie, że będzie to rok, gdy będzie mnie dużo wszędzie. Wszędzie, a więc w mediach. Że będziecie czasem zastanawiać się, czy to aby nie przesada. I nie chodzi o jakieś parcie na szkło a bardziej o sprawdzenie jak skutecznie mogę się pojawiać w rożnych tego typu sytuacjach. I w zasadzie udało mi się. Jasne, mógło być więcej, ale wydaje mi się, że pod tym względem był to jak dla mnie rok rekordowy. Plan zrealizowany.
Był to rok dobry w zasadzie pod wszelkimi aspektami. Może poza finansowym i zdrowotnym. Świerzb i jego niewłaściwa diagnoza dały mi się we znaki, utrudniając mi wiele, wiele rzeczy i powodując skupienie uwagi na chorobie. To też jedna z przyczyn, które zadecydowały o tym, że finansowo mi się nie do końca udało wszystko. Odnotowałam znaczący spadek dochodów przy wzroście wydatków (lekarze i leki kosztują…). Zarazem jednak udało mi się wyleczyć zęby wszystkie, co wcale nie było takie łatwe. Sytuacja finansowa jest na tyle istotna, że zmusiła mnie do podjęcia pewnych planowych działań mających na celu jej istotną poprawę. Dam jednak chyba radę.
Naukowo i studencko rok także udany. Wiele zdziałałam, chyba potwierdziłam swoją opinię osoby, której bardzo zależy na wielu wartościach i zaczęłam się sprawdzać na nowych polach działalności. Szkoda trochę filologii polskiej, ale w połowie roku było jasne, że to już sprawa nie do uratowania. Amerykanistyka jest jednak czymś, co okazało się nie tak złym pomysłem. Nie wiem jak długo to pociągnę – nie wiem czy to skończę – ale na razie dobrze się tam bawię. I niech tak będzie. 
Rzecznikowanie Paradzie Równości było dużym wyzwaniem. Długo się wahałam czy na pewno chcę się tego podjąć. Ostatecznie jednak chyba nie było tak źle. To, jak ogarniamy teraz kwestię Wolontariatu Równości i fundacji, świadczy o naszym rosnącym doświadczeniu w tym zakresie. Idzie nam coraz sprawniej i mamy coraz jaśniejsze cele szczegółowe. Mam więc i nadzieję, że skutkować to będzie jeszcze lepszą Paradą w 2012 roku.
Imprezowo rok był kiepski. To jednak niezależne ode mnie. Ja swoje robię – ogarniam to, co się dzieje, inicjuję i organizuję pewne rzeczy – nie mam sobie nic do zarzucenia. Melina działa, jest gościnna i użytkowana. Może ostatnio mniej, bo zima nie sprzyja ale generalnie jest. Jasne, gdyby kasy było więcej, to i Floor-Sitting Party dałoby radę zrobić. Póki co jednak… nie wiem kiedy się uda. Chęci i pomysły u mnie są. Gorzej z funduszami na ich realizację. Sama Warszawa bawi się coraz mniej i coraz gorzej. Dlatego cieszę się z wyjazdu do Paryża. W ogóle wakacje miałam udane. Paryż i Władysławowo to jasne punkty mijającego roku. Sopot był dużo słabszy ale nie z powodu towarzystwa czy planu a raczej z powodu obiektywnie kiepskich wydarzeń w czasie naszego tam pobytu. Zamierzam teraz znacząco ograniczyć wyjazdy (piszę to w pociągu ze Szczecina do Warszawy…) w ramach oszczędności. Będzie jednak dobrze.
Towarzysko rok był intensywny. I dość nietypowy jak na mnie. Dużo się działo, trochę poszalałam, trochę pokombinowałam… Nie powiem, nie mogę narzekać na nudę. Teraz jednak znów wydaje mi się, że czas na uspokojenie, powrót do jakiejś normalności. Takiej mojej normalności. 
I w zasadzie chcę jeszcze podziękować niektórym osobom. Bo prawda jest taka, że ten rok, jak każdy inny, byłby nie do zniesienia gdyby nie kilka osób. Dziękuję moim najbliższym znajomym za to, że są ze mną mimo wszystko. Że nawet gdy mamy słabsze momenty, to tylko przez chwilę a potem znów jest dobrze. I wiecie o kim mowa, nie będę was z imienia wymieniać.
Dziękuję młodym chłopcom. Tym wszystkim którzy się pojawili lub pojawiają w moim życiu. Bez Was byłoby ono najpewniej nic nie warte, strasznie nudne i uciążliwe. Bądźcie dalej tacy, jacy jesteście i róbcie nadal to, co robicie. Dziękuję Was i pamiętajcie, że z chęcią Wam pomogę w razie czego.
Dziękuję też tym mniej lub bardziej anonimowym osobom, które mnie wspierają. Czy to na facebooku, czy to podchodząc do mnie po prostu w realu, czy to piszącym do mnie maile, czy też tym, którzy komentują mojego blo, fotoblo i inne. Oraz tym, którzy o mnie coś tam gdzieś komuś dobrze mówią. To naprawdę miłe i ważne, że ktoś mnie wspiera. Najpewniej jesteście w mniejszości ale może i tym bardziej się Wam należy :)
Dzięki. A jak ktoś dobrnął do końca tej blotki, to też dziękuję. Jesteście mocni!
 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kryzys finansowy, kryzys samorządowy, kryzys 11listopadowy

17 lis

Mam w zasadzie miesiąc do opisania. Październik i listopad to miesiące niesprzyjające pisaniu blo. W tym sensie, że nie sprzyjają wyznaczaniu sobie kilku godzin pod rząd wolnych od pracy jakiejkolwiek.

Jednym z ważniejszych elementów minionego okresu był kryzys finansowy. Ale taki Kryzys przez wielkie K. Okazało się bowiem, że rzeczywiście wydaję więcej niż zarabiam. I to nie od dziś a od jakiś 2 lat, niestety. I przyszła kryska na Matyska. Mogłam, oczywiście, wybrnąć z tego tak ratunkowo i nawet próbowałam… Ale po kolei. Okazało się, że jeden z moich wierzycieli nie płaci mi znów na czas. Bardzo nie płaci na czas. A moi wierzyciele oczekują ode mnie regulowania należności na czas. Groziło mi w pewnym momencie nie tylko wyłączenie telefonu komórkowego czy też odłączenie internetu. Czyli że niewesoło, prawda? Najgorsze jest to, że mam świadomość, że ta kasa a) należy mi się za moją wykonaną pracę, b) dotrze do mnie lada dzień. Znam sytuację osoby, o której mowa i wiem, że niepłacenie nie wynika nigdy ze złej woli czy coś, ale z autentycznego braku na koncie. I dlatego czekam. Pomyślałam, że podniosę sobie limit na kredycie odnawialnym na koncie. Mogę bez problemu, wydawałoby się, w ciągu 15 minut czy coś. No ok., wypełniam wniosek on-line i następnego dnia dostaję SMSa i maila z informacją, że jest, że muszę tylko kliknąć, że akceptuję warunki i że wszystko jest okej a kasa znajdzie się na moim koncie. Moment był właściwy o tyle, że powoli kończyło mi się wszystko w lodówce do jedzenia, zbliżał się weekend i generalnie idealnie. Okazało się jednak, że w tzw. międzyczasie bank skapitalizował mi odsetki i pobrał mi kasę z konta w ten sposób, że byłam pod kreską. W sensie, że jakieś 15 zł poniżej zera. Niewiele, ale okazało się, że jest to przeszkoda w potwierdzeniu warunków zmiany wysokości zadłużenia. Więc musiałam pożyczyć te kilkanaście zł. Zrobiłam to. Ale wówczas okazało się, że jest jakiś problem. Wniosek niby zniknął u mnie na koncie, ale mBank nadal twierdził, że czeka na potwierdzenie. Zadzwoniłam do nich. Pani po analizie długiej stwierdziła, że nie wie co się dzieje, jest jakiś błąd i doradza mi rezygnację z tego wniosku i złożenie nowego… No dobra, dawać. Wszystko się wydarzyło, złożyłam nowy, identyczny wniosek i czekałam. Przyszło zaproszenie do kliknięcia potwierdzenia. Ale że był długi weekend pierwszolistopadowy, to się nie śpieszyłam. I gdy już chciałam kliknąć, okazało się, że to tylko trzy dni czeka na potwierdzenie. A potem trzeba czekać na kontakt telefoniczny i tak się potwierdza. Ale nikt nie dzwonił… Więc kilka dni spędziłam NAPRAWDĘ pod kreską. Uratowali mnie znajomi, stawiając mi w weekend coś w klubach, pożyczając mi jakieś niewielkie kwoty na 2-3 dni… Trochę wstyd. Tym bardziej, że – podkreślam – kasę zarobiłam, tylko jej nie dostałam. Więc trochę wkurw.
Miałam takie wahania nastrojów… Raz, że czas rzucić studia i „wygłupianie się” w kołach naukowych i samorządach na rzecz Prawdziwej Pracy w Korporacji, gdzie zarobię porządnie, gdzie będę po 8 godzinach dziennie wracać i zajmować się odpoczynkiem a nie pracą właściwą… A potem nadchodził moment: nie, nie jest tak źle. Tutaj dorobię, tutaj napiszę, tutaj u znajomego pomogę i się zsumuje do większej kwoty wszystko. Generalnie opcja druga wygrała, ale nie wiem na jak długo. W chwili słabości postanowiłam policzyć ile wydaję na co kasy. Wiadomo, że za dużo na imprezowanie. Spróbuję ograniczyć. Generalnie wyszło mi, że średnio miesięcznie wydaję o jakieś 360 zł za dużo względem tego, co zarabiam. Niby niewiele, ale w skali roku to się sumuje do ponad 4 tys. zł. A to już sporo, prawda? Więc muszę co najmniej o tyle zmniejszyć miesięczne wydatki. Tyle, żeby nie zwiększać długu. A żeby zacząć wychodzić z zaistniałego? No, sami sobie odpowiedzcie. Generalnie, czas się ogarnąć z lekka. Nie wykluczam też tego, że za jakiś czas – jakieś kilka miesięcy – zmienię jednak zdanie i postanowię rzucić studia, rzucić wszystko i zająć się korpopracą.

Ponieważ nie będę opisywać tutaj teraz wszystkiego chronologicznie (umarłabym od tego), to postaram się nieco bardziej problemowo. Może samorządowo na początek? A jakoś tak jestem po wczorajszym posiedzeniu Parlamentu Studentów UW i mam wiele, wiele przemyśleń. Zacznę od tego, że wygrałam wybory do tegoż Parlamentu. Uprawomocnią się w czwartek, protestów wyborczych się nie spodziewam. To oznacza, że zakończy się automatycznie moja blisko dwuletnia kadencja w Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW. Okres absolutnie ciekawy i porywający momentami. Udało mi się dotrzeć do miejsc i dokumentów, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Udało mi się jeszcze dokładniej przyjrzeć działalności samorządowej i odkryć nieznane mi dotychczas metody „ugrywania” dla siebie kasy samorządowej na boku. Udało mi się ostatecznie złapać za rękę tam, gdzie było to możliwe. Nie oszukujmy się, Komisja Rewizyjna działała kiepsko. Choć i tak nieźle, jak na możliwości tego organu. Jedyny naprawdę kontrolny organ samorządu ma niewielką realną możliwość działania, bardzo ograniczone zasoby (pięcioosobowy organ kontroluje siedmioosobowy zarząd, który ma komisje i członków sekcji oraz jeszcze liczniejszą komisję wyborczą). Nie narzekam, takie są realia. Dlatego poza skupianiem się na tym, co zostało mi narzucone przez komisję jako „moja sprawa”, zajmowałam się wieloma innymi. Za każdym razem, gdy okazywało się, że warto ingerować, robiłam to.
Jak na przykład w przypadku telewizji Uniwerek.TV. Tak, mamy coś takiego. 20 września postanowiłam zająć się kontrolą i przygotowałam zestawienie:
- telewizja istnieje już 16 miesięcy!
- pracuje w niej 136 osób (!!!)
- w sumie wypuścili 66 filmów
- przygotowują średnio miesięcznie nieco ponad 4 filmiki po ok. 7 min każdy (w sumie jakieś 28 min miesięcznie)
- mówiąc jeszcze inaczej: każda osoba będąca tam przygotowała w ciągu 16 miesięcy ok 3,5 min filmiku na głowę
- na facebooku mają 847 fanów (moja strona "Masz gdzie spać?" istnieje 2 miesiące i ma 644 fanów)
- na youtube.com śledzi ich 20 osób (mój prywatny kanał ma 43 osoby)
- łącznie ich filmiki wyświetlono 27,805 razy (moje 249,259 razy)
To pokazuje, że jest to projekt, który się nie udał, na który wyrzucono kasę, czas i zasoby. Albo kontrola zakupu słynnej już kanapy „z funkcją spania” za ponad 5 tys. zł. Ja wiem, że łatwo się wydaje nie swoje pieniądze, dlatego tym bardziej chcę je kontrolować. Uważam, że to mój obowiązek. Przygotowałam na podsumowanie minionego roku 14stronicowe podsumowanie swojej pracy. Wiem, że pozostali członkowie ograniczali się do kilku, kilkunastu zdań. Niech to też Wam powie jak działa komisja, w której większość ma koalicja rządząca (od czasu utraty statusu studenta przez Pawła jestem tam jedynym przedstawicielem nie-koalicyjnym).

Ale samorząd to też trwające wybory w jednostkach i zbliżające się „duże” wybory centralnych władz samorządu. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, nigdy ta polityka samorządowa mnie nie interesowała. Nie znam się na przekonywaniu ludzi do takich rzeczy, nigdy nikogo nie „wyrwałam” przeciwnemu ugrupowaniu, nigdy nigdzie nie robiłam „desantu” ze „swoich ludzi”. Nie bawi mnie to, nie interesuje. Nie mam na to czasu. Zajmuję się merytoryczną pracą. Nie ma dla mnie dużego znaczenia czy będę w grupie rządzącej czy opozycyjnej. Wydaje mi się, że po tylu latach dowiodłam, że tak czy owak mam pewne zasady czy wartości, których zawsze się trzymam. Pełna legalność, pełna przejrzystość i jawność procesów samorządowych to dla mnie priorytet. Nie sprawność, nie prędkość ale właśnie legalność i jawność. A wiem, że nie wszyscy mają takie samo zdanie. I nie ma dla mnie znaczenia czy będę w kolejnej kadencji posłem, czy będę marszałkiem, czy będę przewodniczącym czegoś. Wartości, które są mi bliskie, będę realizować nadal z takim samym uporem.
I gdy tak właśnie wczoraj po posiedzeniu Parlamentu Studentów UW przyszło mi stać w niewielkiej grupce osób rozmawiających na temat tego, co teraz będzie się dziać – w grupce osób przekonujących się nawzajem do przejścia na jedną ze stron tej walki – to zrobiło mi się smutno. Nie dlatego, że tak się dzieje, bo z opowieści co roku wiem, że takie walki mają miejsce „od zawsze” i na tym polega polityczność samorządu studenckiego. Smutno zrobiło mi się dlatego, że wiem, że grupa, z którą „od zawsze” się utożsamiałam zmieniła się nie do poznania. Z grupy osób, którym zależy na zmianie, na zachowaniu pewnych rzeczy i na pewnych wartościach, stali się bezideową zbieraniną osób, które walczą w imię zasady „oni już byli, oni już rządzili, teraz kurwa my”. A ja tego chyba nie chcę wspierać. Nie wiem co zrobię, nie wiem jak się zachowam. Wiem – i to chyba wszyscy wiedzą – że lepiej mieć mnie po swojej stronie niż naprzeciw siebie. Bo jak ja się uprę, to nie odpuszczę. A denerwuje mnie aktualnie kilka rzeczy. Że Komisja Rewizyjna ma roczną kadencję. Że Marszałek ma za mocną pozycję. Że raport o LGBTQ nie znalazł się w Raporcie Studenckim dla władz UW. Że nie potrafimy znaleźć sposobu na zaangażowanie nowych ludzi. Że nie zrealizowano wielu obietnic. Że żadna z grup nie ma programu konkretnego jak na razie. Że kilka osób gra za plecami innych „pod siebie”. Wkurwia mnie to. A jak przychodzi co do czego, to słyszę (pół-żartem, pół-serio, ma się rozumieć, ale jednak!) że „nie jesteś od wiedzenia, tylko od zapierdalania” (to cytat). Ja wiem od czego ja jestem. I ja będę zapierdalać tak czy owak. Więc ostrzegam. Będę zapierdalać tak czy owak.
Dlatego pomogłam zorganizować się osobom w dwóch jednostkach, dlatego pomogłam im stworzyć regulamin, dlatego odpowiadam na pytania i maile w różnych samorządowych sprawach. Dlatego piszę pisma. Dlatego zaglądam. Dlatego sprawdzam i czytam. Dlatego jako jedyna na posiedzeniu Parlamentu Studentów UW jestem w stanie zadać serię pytań po uważnej lekturze sprawozdania rocznego Zarządu.

No i Samorząd Doktorantów. Czekam na wyjaśnienie sprawy sądowego uzyskania klauzuli wykonalności wyroku (strasznie długo się to ciągnie, więc właśnie wysłałam w tej sprawie zapytanie) a w tym czasie… Z powodu niedopatrzenia jednych, braku chęci do pracy innych, mojemu zaangażowaniu i wiecznej obecności tam gdzie trzeba, wybrano mnie do Komisji Wyborczej Doktorantów UW oraz na kandydatkę do Komisji Senatu ds. budżetu i finansów UW. Taka jest generalna niechęć do pracy wszystkich w samorządach, że zgłaszają się tylko, gdy muszą. A ja chcę. Ja chce pokazać, że można. I chcę podziałać, pomóc, zmobilizować. Zgłosiłam się, wybrano mnie (co znaczące – otrzymałam najmniej głosów). Ja wiem, że mnie tam nie lubią. Nie mam nic przeciwko. Nigdy w działalności samorządowej nie zależało mi na sympatiach. To chyba zresztą widać. Nie chodzę na samorządowe imprezy uniwersyteckie ani prywatne. Po prostu mnie to nie bawi. Do zabawy mam inne towarzystwo.

Dalej – koła naukowe. Zacznę od Queer UW, bowiem poprzednie blo kończy się w przededniu kolejnego spotkania informacyjnego. I okazało się, że pomysł był słuszny. Każde takie spotkanie przyniosło 4-5 nowych osób. Może gdybyśmy mieli czas, energię i chęć na więcej, to w ogóle by nam ludzi przybyło w zastraszającej liczbie. A i wciąż piszą nowe i nowi, że chcą dołączyć. Ja wiem, że oni nie wszyscy zostaną, ale jednak jest nadzieja. Spotkania zaowocowały tym, żeśmy się spotkali i pogadali. Tak na poważnie, na spokojnie. Zajęło nam trochę czasu, ale tak zawsze jest na pierwszym spotkaniu.
Generalnie policzyłam to wszystko i wyszło nam, że jest nas ze 30 osób. To jest naprawdę dużo. Zobaczymy na ile się utrzyma ta liczba, ale wierzę, że źle nie będzie. Dlatego walczę o aktywizację. Jak poczują, że to fajna sprawa, to nie trzeba będzie dalej zachęcać. Na razie rozważamy mnóstwo opcji „co dalej” i zastanawiamy się jak to ugryźć. Ale mam wrażenie, że przed grudniem będziemy znali plan pracy na najbliższe miesiące. Podstawowa zmiana: dzielimy się na zespoły zadaniowe. W ramach tych zespołów pracujemy nad tym, co dalej a resztę tylko informujemy. Nie ma sensu, by każdy/każda zajmował/a się wszystkim.

A ja dzióbię teksty do publikacji pokonferencyjnej. Podzieliłyśmy się z dziewczynami tymi tekstami i sprawdzamy, redagujemy, dokonujemy pierwszej korekty. Jest całkiem nieźle. Musiałam także, co jasne, swój tekst poprawić zgodnie z propozycjami od innej redaktorki. Udało mi się. Obsuwa: 1 dzień. Nie jest źle. Oczywiście, nie ma tak łatwo. Nadal pracuję z Adrianem nad jego tekstem. Że nam zależy, to go dopracujemy. Ale będzie z nim trochę roboty. Sama jednak tego chciałam. W tak zwanym międzyczasie napisałam tekst do Rocznika Studenckiego Ruchu Naukowego – też o wynikach prac Queer UW. Więc coś się dzieje. Te wyniki, mam nadzieję, że nieco poszerzone, będą czymś o co nadal będę walczyć w ramach Raportu Studenckiego w tym roku. Nie odpuszczam. Trzeci rok z rzędu będą musieli się ze mną zmierzyć.

Inne moje koła też działają! Przede wszystkim: warsztaty. Strasznie, strasznie dużo jest z tym pracy mojej. Rok temu prowadziłam jedną grupę co dwa tygodnie. Teraz mam dwie grupy raz w tygodniu. Więc cztery razy więcej wszystkiego. Liczebność też większa, więc sami rozumiecie. Jest ciężko. Tym bardziej, że nie odpuszczam sobie imprezowania czy tam innych moich rzeczy.
Zastanawiałam się ile moja praca jest warta. W sensie, że ile normalnie się bierze za takie warsztaty. Myślę, że – tak po studencku – semestralny kurs dziennikarstwa winien kosztować ok. 180 zł (cena jak za kurs Uniwersytetu Otwartego UW). Ludzi na kursie mam w sumie w dwóch grupach jakieś 20-24 osoby (część zrezygnowała i nie powiedziała mi o tym, więc nie wiem ile zostało ostatecznie). 3600-4320 zł dochodu za te warsztaty. Wykładowcom w UO UW płaci się, oczywiście, mniej. Niemniej, myślę, że nawet gdybym zarabiała dodatkowo połowę tej kasy (1800-2160 zł) za semestr (miesięcznie jakieś 360-420 zł), to zupełnie inaczej by mi się pracowało. Nie to, że bez kasy pracuję gorzej. Ale bez kasy czasem szkoda mi poświęcić czas na dodatkowe przygotowanie, bo w tym czasie zarabiam. Sami rozumiecie.
Dlatego jak jeden ze znajomych zapytał mnie czy mogłabym poprowadzić kurs składu i łamania DTP (tak, znam się na tym całkiem dobrze), to powiedziałam, że mogę, ale już nie za darmo. 40 godzinny kurs DTP kosztuje „na mieście” średnio około 2000 zł netto. Sami rozumiecie… Kiedyś na czymś muszę zarabiać, bo nie dam rady inaczej i będę musiała rzucić wszystko.

I jeszcze jedno koło (tak, mam trzy koła naukowe!) – tym razem wydawanie gazety. Okazuje się, że jest niemała grupa chętnych, którzy i które chcą się tym zajmować. Nieźle, prawdę mówiąc. Złożony jest wniosek o dofinansowanie. Złożone są jakieś inne papiery. Generalnie, szykujemy się do dużego uderzenia i mam nadzieję, że nam to wyjdzie. Znów, żeby nie było, robię to za darmo.

Ma się rozumieć, że robienie tylu rzeczy za darmo musi się gdzieś odbijać, prawda? I odbija się. Na podstawowych moich obowiązkach – studiach doktoranckich i studiach amerykanistycznych. Niestety. Sporo opuszczam. Zwłaszcza przez ostatnie dwa tygodnie. Niedobrze, niedobrze, wiem. W tej sprawie będę pisać do wykładowców. W zasadzie do jednego tylko – tego od ćwiczeń. Bo obecność na wykładach nie jest przecież obowiązkowa, prawda? Co prawda niektórzy sprawdzają obecność, ale jak przyjdzie co do czego, będę walczyć ;) Na razie skupiam się na pisaniu do ćwiczeniowca. Nie chcę opuszczać, ale czasem muszę. A czasem myślę sobie, że strata nie jest wielka, bo przecież to są ćwiczenia z academic writing, czyli przygotowania nas do pisania prac naukowych/dyplomowych. Pozwolę sobie zauważyć, że podstawy, których się nas tam uczy, są mi znane. Jasne, doskonalenie się jest rzeczą ważną, ale bez przesady… Na razie do doskonalenia się nam daleko. Na razie są podstawy. I to mnie też, nie ukrywam, demobilizuje do chodzenia. Muszę jakoś walczyć.

Generalnie, przyznaję się, muszę ostatnio walczyć trochę z lenistwem. Mam wrażenie, że wynika to z tego, że nie mam celu. Brak mi jakiegoś jasno sprecyzowanego zadania. Bo ja lubię działać zadaniowo – wyznaczam sobie cel, osiągam, wyznaczam kolejny, osiągam itd. A aktualnie brak mi takowych. Jasne, doktorat. Ale to taki cel rozmyty, na który składa się kilka mniejszych – w tym: otwarcie przewodu do końca semestru. I to jest akurat do zrobienia. A inne rzeczy? No nijak. Brak mi celu trochę. A pracy sporo jest. Skoro się zobowiązałam, to robię. Znacie mnie, nie odpuszczam.

Do tego wszystkiego dochodzi Parada Równości. Wiem, wiem, trzeba było się nie angażować. Wczoraj poświęciłam jakieś 1,5 godziny przygotowując wpisy na stronę paradową. Potem kolejne 45 min odpowiadania na maile. Dziś znów maile i jeden nowy wpis (w sumie jakaś godzina). I tak codziennie coś mi uszczknie z czasu wolnego Parada Równości 2012. Do niedzieli otwarty mamy komitet organizacyjny, trwa konkurs na hasło (głosowaliście?), dużo drobnostek się dzieje. A to trzeba zarezerwować pl. Teatralny, a to napisać do ZTM. To znów spotkać się z pełnomoniką prezydenty m. st. Warszawy ds. równego traktowania, a to innym razem z wolontariuszami i wolontariuszkami. Cały czas coś. Nie ma tygodnia, żeby coś wkoło Parady Równości się nie działo. Jasne, dobrze, niech się dzieje. Ale rąk do pracy nam wciąż brakuje. W piątek mam mieć w tej sprawie spotkanie z koordynatorką Wolontariatu Równości, może uda się część pracy na wolontariuszy i wolontariuszki przełożyć, ale nie sądzę.
Po co to robię? Słyszę to pytanie gdzieś od czwartej klasy podstawówki, gdy zaczęłam pracować jako tzw. aktyw biblioteczny (czy dzisiaj coś takiego istnieje jeszcze?) i pomagałam pani Alinie (tak, pamiętam imię bibliotekarki z podstawówki!) przygotowywać wystawki, przedstawienia i takie tam. Moja pierwsza praca społeczna. Ona mnie ukształtowała w sumie w pewien sposób. Wydaje mi się, że kiedyś już na blo (a w życiu na pewno wiele razy) dziękowałam p. Alinie za to, co mi zrobiła. Za to, co ze mną zrobiła. Bo ona mnie nauczyła, żeby nie zadawać sobie tego pytania – po co to robię? Robię, bo chcę coś robić. Bo chcę zabić czas. Bo mam taką potrzebę. Bo jeśli nie ja, to kto. Bo wiem, że potrafię. Bo daje mi to przyjemność. Bo czerpię z tego satysfakcję. Bo nikt inny tego nie chce robić. Bo lubię pracę z ludźmi. Powodów są setki. Każdy tak samo zły. Robię to, bo tak.

Nie byłabym sobą, gdybym nie imprezowała. I to sporo. Wiadomo, impreza jest moim życiem. I czasem bawiłam się zupełnie bez kasy! Tak, tak, można i potrafię. Raz, że nie chodzę już do Glam. Odkąd wprowadzili opłatę 5 zł za wstęp, nie ma opcji. Warszawa od lat rozpieszczała klubowiczów i klubowiczki tym, że wszędzie do dobrych miejsc się za darmo wchodziło. Jasne, ja mogę czasem iść gdzieś, gdzie się za wejście płaci. Ale raz na jakiś czas. Generalnie uważam bowiem, że szanujące się miejsca nie biorą kasy za to, że kogoś wpuszczą. Jasne, wiem, że ta kasa jest im potrzebna, że czasem są to miejsca, gdzie ludzie piją jedno piwo całą noc a jakoś muszą się utrzymać. Albo że ta kasa za wstęp ma odstraszać pewną grupę ludzi. Wiem to wszystko, wiem. Ale d mnie to nie przemawia. Pochodzę z pokolenia i z czasów, gdy się nie płaciło. Za wejście do Utopii, za wejście do Barbie Baru, za wejście do Kokonu na Starym Mieście… To były dobre miejsca, dobre imprezy, szanujące się kluby. A ludzie i tak kasę zostawiali na barze.
Poza tym, gdy np. idę do Toro (gdzie ostatnio byłam chyba ze 3 razy), to wiem, że płacę te 15 zł za to, że mam do dyspozycji dark room. Ok., nie korzystam z niego, ale mam taką możliwość. Poza tym jest tam w miarę czysto. W Glam jest inaczej. Jest brudno. Wysiadają kible. Jest duży problem z klimą. Ludzie palą w środku wszędzie. I dopóki nie udajemy, że jest inaczej, jest ok. Ale te symboliczne 5 zł to jednak przesada. Trochę dla mnie przegięcie. Nie powiem, że nigdy już w Glam nie będę. Na pewno będę. Wpadnę raz na miesiąc czy dwa. Tak jak do innych miejsc, gdzie chcą ode mnie kasę za wejście. Niemniej, uważam ten krok za strzał w stopę. Oraz Glam dotarł do 18 miesięcy życia. Tyle statystycznie średnio żyją w Warszawie kluby. Czyżby początek końca?

W dniu, gdy piszę te słowa, pojawiła się kolejna zapowiedź imprezy utopijnej. Znów w de lite. Ale tym razem – co zaskoczyło wszystkich – wstęp jest płatny. Ja wiem, że w de lite się normalnie płaci za wejście, ale w Utopii oraz na utopijnych imprezach (gdziekolwiek by się nie odbywały) nigdy tego nie było. Ogromne zaskoczenie. Szok. Znajomi mówią, że nie pójdą. I nie chodzi o to, że nie stać ich na te zasrane 20 zł. Stać ich. Ale czują się nieco zdradzeni, że nagle muszą płacić za wstęp na imprezę utopijną.
Ja, nie ukrywam, też jestem w szoku. Rzeczywiście, zawsze uważałam za dobry zwyczaj – zresztą przez Utopię lansowany na samym początku te 10 lat temu! – że wejście na dobrą imprezę jest bezpłatne. Po prostu. Bo nie chodziło nigdy o zarabianie na tym nie wiadomo ile, tylko o wspólnotę i o zabawę. Nie wiem co powoduje tą zmianą, ale nie podoba mi się. I choć możnaby powiedzieć, że mnie to nie obchodzi, bo mam złotą kartę VIP i wejdę tak czy owak za darmo – ale obchodzi mnie. Jako że Utopii broniłam i bronię nadal oraz jestem jedną z ostatnich osób wierzących, że ona się odrodzi w innym miejscu, mam prawo chyba też wyrazić swoją opinię. I mówię: nie podoba mi się to. Pewno pójdę na to wydarzenie, ale uważam, że jest to zejście na drogę G Party, Candy Andy i innych Huntersów. A ten kierunek na pewno nie jest dobrym. Co zresztą widać po Hunters, gdzie dzieje się coraz mniej, ludzie coraz rzadziej przychodzą, dobra muzyka zdarza się wybitnie rzadko a wokół miejsca nie ma żadnej „otoczki”. Nie chciałabym, żeby to spotkało markę Utopia. Mam nadzieję, że ta opłata nie jest zejściem na złą drogę…

W tym tygodniu mam zamiar odwiedzić Kamieniołomy oraz M25. W obu miejscach jeszcze mnie nie było, więc coś nowego. Bo tak w ogóle to w dubstep ostatnio wchodzę. I to tak mocno. Lubię ten bród, ten przester jaki jest tam wszechobecny. Odpowiada mi to coraz bardziej. I zamierzam chwilkę się w tym popluskać. Może mi się znudzi. A może nie. Niemniej, obie imprezy w ten weekend są imprezami dubstepowymi.

Poza tym cały czas bifory, z rzadka aftery. Kilka imprez na trzeźwo, kilka na biednie. Ratują lub pogrążają znajomi, którzy mi cichaczem wódkę do drinków dolewają. Oczywiście, że za to dziękuję – tym niemniej, czasem naprawdę chcę nie pić alkoholu na imprezie. Nie wszyscy to rozumieją.
Udało mi się w de lite na imprezie utopijnej być nawet na trzeźwo! To dla mnie duże osiągnięcie, bo zazwyczaj niewiele ogarniałam ze szczegółów imprezowych tego miejsca ;) Teraz jest inaczej. I muszę przyznać, że mi się podobało. Nawet wybrałam się raz na heteroimprezę w de lite! I, co zabawne, okazało się, że na wejściu traktują mnie wyjątkowo. Stoję w tłumie i woła mnie nagle selekcjoner: „Jej Perfekcyjność, z kim jesteś?” Pokazuję znajomych (jeden już wszedł), dostaję opaski i wchodzimy górnym wejściem („dla VIPów”). Nie spodziewałam się, ale miło, miło. Impreza też była całkiem udana, choć zupełnie inaczej niż jak jest tam utopijnie. Zabawnie zupełnie to wygląda, jak się porówna, jak inne są te imprezy.
Zabawne mamy też ostatnio przeboje z taksówkarzami. Albo są chamami i mówią, że i tak niedługo zdechniemy. Ale są chamami i mówią, że chyba sobie żartujemy, że chcemy jechać taksówką z Ordynackiej na Konopnickiej. Nie, nie żartujemy. Oczywiście, że za każdym razem zapamiętuję numer taxi i dzwonię z reklamacją. Chyba nie sądzicie, że odpuszczam takie rzeczy? Nie, nie.
Tak jak nie odpuszczałam chłopcom przed moim blokiem. Już ich nie widujemy – smuteczek. Widać mój plan nękania ich policją i Strażą Miejską się powiódł i się gdzie indziej przenieśli. Wszystko mi jedno. Ważne, że moi goście czują się bezpieczniej wchodząc do Meliny.

Imprezowałam też trochę z Marcinkiem. A bardziej to chlałam, prawdę mówiąc. Łącznie z tym, że wracając zdarzało mi się usnąć w komunikacji miejskiej, zaliczyć pętlę czy też dwie. Oraz że nie pamiętam powrotu do domu i wykonywania pewnych zdjęć po drodze… takie tam pijackie zabawy. Przez to wszystko musiałam też ostatecznie zacząć się znów odzywać do Michała. Skoro są z Marcinem, to ciężko czasem tego uniknąć. Choć, nie ukrywam, skutecznie udawało mi się to na niektórych imprezach. Bo dla mnie nie ma krępujących sytuacji. W sensie, że takich, że zapada cisza i nie wiadomo, co powiedzieć albo ktoś o coś pyta a odpowiedzi nie ma. Nie krępuje mnie to. Wie o tym Paulina i też daje sobie radę w takich sytuacjach, stąd raz ją wzięłam ze sobą na najbardziej krępującą z takich domowych imprez. Jest dzielna, dała radę.
A ostatnio Marcinek przebił wszystko, przychodząc do mnie z grami planszowymi. Naprawdę, zrobił to. Miał wpaść „na komputer”, bo jego zalany w serwisie, a okazało się, że jednak chce też pograć… innym razem byliśmy na imprezie u Maćka Nowaka. W sensie, że nie tyle u niego w domu, co w lokalu (chyba „U Rzeźnika”?) i tam razem z kilkoma osobami się bawiliśmy. Było miło, chociaż nie wiem, co się ze mną działo jakoś od 2 do 4 ;)
Moje imprezowanie jest dość skrajne. W jeden weekend się upijam tak, że film mi się na chwilkę urywa, a innym razem nie piję nic. Może to też o to chodzi, żeby zaskakiwać znajomych? Nie zaskakuje jednak to, że jest Melina i że nadal tutaj się dzieje dużo. Oraz sąsiedzi już policji nie wzywają. Podejrzewam, że się poddali wiedząc, że to niczego nie zmieni.

Jestem uzależniona od pizzy. Ja i Michał. To oficjalna wiadomość. Nie możemy się powstrzymać i zmawiamy. Nie mamy kasy, wydajemy na to ostatnie złotówki z kart kredytowych ale zamawiamy. To chore już. I gdy już sobie obiecujemy, że nie zamówimy, nie wytrzymujemy i znów to robimy. Dwa dni pod rząd. Czasem trzy. Potem kilka dni przerwy i znów. Nie możemy przestać, jest to ewidentnie jakieś zaburzenie.
Ja mam taką teorię, że pizza zaspokaja u nas dwie potrzeby. Jedną jest potrzeba gryzienia. Bo my jemy głównie smażone warzywa, jajka i jogurty. A tego się pogryźć nie da za bardzo. Nie to, co pizza. A drugą rzeczą jest kwestia nawyku żywieniowego społecznego. Jak jest pizza, siadamy razem, oglądamy coś i rozmawiamy. I to w zasadzie jedyny taki moment, gdy rozmawiamy dłużej jakoś. Stąd czasem potrzebujemy tego.
I jest to chore. Jeśli teraz nie wytrzymamy do końca „czasu bez pizzy”, jaki sobie wyznaczyliśmy, idę na terapię. Poważnie.

Marcinek wymyślił ciekawą narrację. Jego zdaniem istnieje zależność między moją wagą a moim życiem emocjonalnym. Brzmi zbyt niekonkretnie. Chodzi o to, że zauważył korelację pomiędzy tym czasem, kiedy pozwalałam sobie na więcej w kwestii wchodzenia w relacje emocjonalnie bliskie z chłopcami a faktem, że wówczas byłam szczuplejsza. Jego zdaniem, gdy spada moja waga, rośnie moja pewność siebie i stąd wówczas jestem bardziej skłonna wykorzystywać ową pewność siebie w celu poznawania chłopców i bliższego z nimi zaprzyjaźniania się. Ciekawe, nie powiem. Nigdy tak o tym nie myślałam. Podoba mi się ta narracja. Jej wnioskiem końcowym jest w zasadzie myśl, że albo będę szczupła albo wierna postanowieniu o nie zbliżaniu się do chłopców.

***

Nie sposób nie napisać o 11 listopada. O Marszu Niepodległości, blokadzie, Kolorowej Niepodległej i zamieszkach. Po pierwsze i najważniejsze: jestem przeciwna jakiejkolwiek przemocy. Nie ma dla mnie uzasadnienia jej ideologiczne podłoże. Czy jest prawicowa, czy lewicowa, jestem przeciw. Argumenty siły nie mogą być używane w demokratycznej debacie. To jest jeden z powodów, dla których nie poszłam na Kolorową Niepodległą. Widziałam obrazki sprzed roku i wiem, że stosowana była wówczas przemoc. A ja jestem na nie. Obawiałam się, że w tym roku znów się pojawi i nie chciałam ryzykować. Nie tego, że dostanę wpierdol. Tego, że mnie ktoś posądzi o używanie czy akceptowanie używania przemocy.
Blokada Marszu Niepodległości była o tyle legalna, że nie stanowiła fizycznego, niezgodnego z prawem uniemożliwiania organizacji przemarszu. Po prostu organizatorzy wcześniej zarejestrowali i rozpoczęli na trasie później organizowanego marszu zgromadzenie publiczne. Musieliby albo rozgonić Kolorową Niepodległą albo zetrzeć się z nią fizycznie, żeby móc przejść planowaną trasą. Jasne, można powiedzieć, że jest to słabość naszego prawa, że można coś takiego zrobić. A ja uważam, że jest to siła naszego prawa – że można coś takiego zrobić. Na tym polega demokratyczna debata, na tym polega demokratyczny dyskurs. On toczyć się może także na ulicy. Dopóki, ma się rozumieć, jest legalny.

Nie będę wkraczać w to, kto jest winien czemu, choć wydaje mi się oczywistym, że uczestnicy i uczestniczki Marszu Niepodległości zachowywali się dużo bardziej agresywnie, poczynili o wiele więcej zniszczeń. Nie ma tłumaczenia, że ktoś podłączył się pod marsz. Regulamin Marszu Niepodległości mówi bowiem: „3.Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do weryfikacji transparentów, flag i tym podobnych. Służba Porządkowa może nakazać schowanie takich materiałów jeśli uzna, iż są niezgodne z celem zgromadzenia. Osoby niepodporządkowujące się, zostaną usunięte z manifestacji.” oraz dalej: „5.Organizatorzy mają prawo do usuwania z manifestacji osób, które zakłócają powagę Święta – w szczególności osób nietrzeźwych, agresywnych, wulgarnych, oraz wszelkiej maści prowokatorów.” Niech nie mówią więc, że nie mieli kontroli nad tym, co się tam działo. Mieli ponoć mieć jakieś służby porządkowe, które ogarniały całość. W tym – reagowały, gdy ktoś taki się pojawiał. Przecież gdy ktoś nie chce opuścić manifestacji, można poprosić o jego/jej usunięcie policję. Inaczej bowiem zakłóca legalną manifestację, co jest karalne. Nie przyjmuję więc argumentu, że organizatorzy nie wiedzieli, nie zauważyli, nie wiedzieli co zrobić.

Inna sprawa, że mam wrażenie, że w pewnym momencie naprawdę stracili kontrolę. Tak realnie. Zaprosili dużo ludzi, którzy nie szanują prawa i mają za swoje. Moim zdaniem, powinni ponieść konsekwencje i zostać pociągnięci m.in. do odpowiedzialności finansowej. Organizator każdej manifestacji ma obowiązek sprzątnąć po sobie. Mam wrażenie, że oni tego nie zrobili. Mówię o tym z perspektywy organizacji dwóch regularnych zgromadzeń publicznych: Międzynarodowego Dnia Paris Hilton oraz Parady Równości. My też musimy po sobie sprzątać. A jeśli coś zepsujemy, musimy to ogarnąć. A śmieci musimy sprzątnąć.

Wracając do Kolorowej Niepodległej zaś – rozumiem ideę odzyskiwania Święta Niepodległości z rąk ruchów faszyzujących. Rozumiem przejmowanie dyskursu. Rozumiem, naprawdę. Uważam tę ideę za słuszną. Ale sposób realizacji – już nie. Antifa „chroniąca” tłum poprzez oblewanie farbą zbliżających się agresywnych mężczyzn? Nie zgadzam się (choć pomysł zabawny w gruncie rzeczy). Rozumiem, że organizatorzy Kolorowej Niepodległej zrobili ten sam błąd – nie wyprosili z manifestacji osób, które nie powinny zachowywać się niewłaściwie. Trudno, ich wina. Choć odcinają się od przemocy, będą musieli ponieść konsekwencje nie reagowania na nią w trakcie zgromadzenia. Takie moje zdanie.

Za rok też nie pójdę na manifestację Kolorowej Niepodległej. To nie mój sposób działania, nie podoba mi się. Chcę, żeby jednak odzyskiwanie dyskursu narodowego odbywało się inaczej. Wydaje mi się, że dobrym pomysłem było odśpiewanie podczas Parady Równości 2011 hymnu narodowego. I zachowanie wygolonych panów pod pomnikiem było ewidentnym świadectwem na to, że ideologia narodowa jest dla nich jedynie przykrywką, sosem na ich prawdziwe potrzeby i oczekiwania. Oni chcą po prostu spuścić wpierdol komukolwiek. A skoro mogą to legitymizować jakąś ideologią, to robią to. Bo tak wygodniej i bezpieczniej. Za rok, mam nadzieję, także odśpiewamy Mazurka Dąbrowskiego.

Choć w Kolorowej Niepodległej było wiele osób, które szanuję i z którymi poglądami najczęściej się zgadzam, to jednak w tym konkretnym przypadku nie mogę tego zrobić. Nie po to walczyliśmy w 2004 i 2005 roku z prewencyjnym zakazem organizacji Parady Równości, żeby teraz kogoś prezencyjnie cenzurować. To nie powinno tak działać. Gdyby zgłoszony legalnie marsz zaczął w trakcie przebiegu robić rzeczy nielegalne lub głosić rzeczy nielegalne, wówczas można go rozwiązać i podjąć działania. Jasne, ryzykujemy, że jednak uda im się część nielegalnych okrzyków wznieść. Ale niewielka to cena za wolność wypowiedzi innych ludzi, prawda?

Z uwagą będę obserwować dyskusję nad zmianą ustawy o zgromadzeniach publicznych. Nie tylko dlatego, że dotyczy ona Parady Równości czy Międzynarodowego Dnia Paris Hilton. Przede wszystkim dlatego, że dotyczy KOLEJNEGO ograniczenia wolności wypowiedzi. Dokładnie tak samo jak zakazy – z którymi się nie zgadzam – które już obowiązują w polskim prawie. Powtórzę po raz kolejny – za Chantal Mouffe – wolność wypowiedzi w demokracji nie powinna być ograniczana. Nie zgadzam się na zakazy „mowy nienawiści”. Nie zgadzam się na zakaz wygłaszania kłamstwa oświęcimskiego. Nie zgadzam się na zakaz mówienia o pozytywnej pedofilii. Nie zgadzam się na ograniczanie wolności słowa. Bo prowadzi nas to wprost do sytuacji, gdy zakazy obejmą tak dużą sferę wypowiedzi, że WOLNO będzie powiedzieć tylko jedną rzecz, zgodną z jedną ideą. A to już faszyzm w czystej postaci. Wierzę, że głupie poglądy są na tyle głupie, że same się i mówiących kompromitują.

***

Skoro o datach mowa, to chcę na koniec przypomnieć Wam o 20 listopada. To Międzynarodowy Dzień Pamięci o Trans Ofiarach Przemocy.
Był 20 listopada 1999 r., gdy przyjaciele zamordowanej rok wcześniej zaangażowanej społecznie transseksualistki Rity Hester, spotkali się, by w blasku świec uczcić ją i wszystkie osoby trans, o których wiedzieli, że zginęły w ciągu ostatniego roku. Od tamtej pory 20 listopada jest Międzynarodowym Dniem Pamięci o Trans Ofiarach Przemocy (Transgender Day of Rembrance). Co roku lista wydłuża się o następne kilkanaście – kilkadziesiąt osób.

W zasadzie mogłoby mnie to nie obchodzić, bo przecież codziennie giną ludzie. Z głodu, z chłodu, ze starości, z biedy, w wypadkach… Ale to mnie obchodzi szczególnie. Ja też jestem osobą trans. Przypominam, że nie raz spotykałam się z dyskryminacją i przemocą. Może z przemocą na szczęście mniej, ale w tym roku dość blisko i mocno. I nadal – przyznaję się – odczuwam strach wychodząc z domu. Nie koniecznie w stroju powszechnie uważanym za kobiecy. Przecież wiecie, że codziennie się maluję, że miewam tzw. damską garderobę czasem na sobie. I dlatego się boję. Bo jest mi trudno być sobą.

W tym roku odeszli/odeszły: Idania Roberta Sevilla Raudales (Honduras, 29 listopada 2010 r.), Lorenza Alexis Alvarado Hernández (Honduras, 22 grudnia 2010 r.), Lady Óscar Martínez Salgado (Honduras, 22 grudnia 2010 r.), Reana ‘Cheo’ Bustamente (Honduras, 2 stycznia 2011 r.), Génesis Briget Makaligton (Honduras, 7 stycznia 2011 r.), Chrissie Bates (Stany Zjednoczone, 10 stycznia 2011 r.), Fergie Alice Ferg (Honduras, 18 stycznia 2011 r.), Tyra Trent (Stany Zjednoczone, 19 lutego 2011 r.), Priscila Brand?o (Brazylia, 2 marca 2011 r.), Marcal Camero Tye (Stany Zjednoczone, 8 marca 2011 r.), Shakira Harahap (Indonezja, 10 marca 2011 r.), Miss Nate Nate (lub Née) Eugene Davis (Stany Zjednoczone, 13 lipca 2011 r.), Lashai Mclean (Stany Zjednoczone, 20 lipca 2011 r.), Didem (Turcja, 31 lipca 2011 r.), Camila Guzman (Stany Zjednoczone, 1 sierpnia 2011 r.), Gaby (Meksyk, 8 sierpnia 2011 r.), Gaurav Gopalan (Stany Zjednoczone, 10 września 2011 r.), Ramazan Çetin (Turcja, 6 października 2011 r.), Shelley Hilliard (Stany Zjednoczone, 23 października 2011 r.) oraz Jessica Rollon (Włochy, 30 października 2011 r.).

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie było długo, więc będzie krótko

28 sty

Więc opcja jest taka, że naprawdę mam wkurwa na siebie, że tak dawno nie pisałam. A że czasu nadal mało (zaraz wyjaśnię dlaczego), to postanowiłam inaczej to ogarnąć. Nie będę tym razem chronologicznie się rozwodzić nad poszczególnymi dniami, tylko problemowo opiszę co się dzieje. Bo inaczej ugrzęznę w tym na wieki wieków.

Zacznę od studiów. Po pierwsze: zakończyłam pierwszy semestr na polonistyce. Podkreślam, że zakończyłam a nie zaliczyłam. To wciąż przede mną i będzie się ciągnąć jakiś czas jeszcze. Gramatyka historyczna języka polskiego to nie przelewki. Dobrze, że mam bardzo łaskawą i łagodną prowadzącą. Dzięki temu chyba jakoś dam radę. Byle zaliczyć. Ale to nie wszystko. Mam też dużo koleżanek dobrych na studiach, co mi wysyłają materiały! Uważam, że wszędzie są takie dobre osoby i to dzięki nim ludzie w ogóle zdają z roku na rok. Ja tak mam od zawsze na wszystkich kierunkach i studiach. Dziękuję Wam teraz zatem publicznie! Gorzej, że nie udaje mi się dotrzeć na niektóre zaliczenia i egzaminy. Na jednym, na który dotarłam, okazało się, że wystarczyło być na jednym z trzech ostatnich wykładów na liście, by mieć „dobry”. Reszta musiała pisać test. W czasie zamieszania na sali przeczytałam notatki jakiejś koleżanki i… podeszłam do egzaminu. Mam 5.
A socjologia? No cóż, tutaj bez zmian. Niedobrze, że mam taki zabiegany rok – nie mam czasu na pisanie. Mam mocne postanowienie, że od sierpnia dramatycznie ograniczam swoją aktywność pozanaukową. Tak, tak, skończy się samorządowanie, koła naukowe i takie tam. Koniec, kurwa. Kiedyś trzeba, jak się chce być doktorkiem.

Jednym z powodów, dla których nie poszłam na zaliczenie na polonistyce był sąd. Wojewódzki Sąd Administracyjny i moja sprawa o bezczynność organu w zakresie udzielenia informacji publicznej. Sąd zebrał się, naradził, wysłuchał mnie, wysłuchał nowego szefa doktorantów i podjął decyzję, że skargę podtrzymuje i uznaje. I wygrałam! Muszą odpowiedzieć na mój wniosek z lutego 2010 i oddać mi 100 zł kosztów postępowania sądowego.
Jaki był tok rozumowania sądu? Żeby sprawdzić, czy skarga jest zasadna, muszą ustalić, czy w ogóle musieli mi na mój wniosek odpowiadać. A muszą, jeśli dysponują kasą publiczną i działają w sferze realizacji zadań publicznych. Moim zdaniem tak jest. Tak samo potwierdziła to rektor w piśmie-odpowiedzi. Co oznacza – jak orzekł sąd – że bezsprzecznie musieli mi odpowiedzieć na wniosek. I bezsprzecznie mają taki obowiązek. Co więcej, sąd wskazał – wymieniając poprzedniego Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW Piotra Pomianowskiego – że wykazał się on indolencją i niewiedzą w zakresie swoich obowiązków.
Mnie ciekawi tylko jedno: powodem złożenia przeze mnie wniosku było de facto to, że oni nie mają tych dokumentów, które ja chcę dostać. W sensie, że wymyślili sobie „uchwały ustne” i nie spisywali wielu rzeczy. I teraz ciekawe jak z tego wybrną. Nie mogę się doczekać uprawomocnienia.

To skoro już o samorządowych rzeczach mowa… Byłam znów kandydatką na Przewodniczącą Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW. Przegrałam jednym głosem z Moniką. Lubię ją i wiem, że jest dość rzeczowa, ale nadal mam obawy, czy – jako osoba o tym samym „pochodzeniu”, co władza samorządowa – będzie obiektywna i rzetelna. Zobaczymy.
Ale już organizowanie posiedzeń w piątek o 20.00 uważam za lekko skandaliczne, nie sądzicie?

Działalność moja to także Koła. Jeśli idzie o to „gazetowe”, to jest okej. Są decyzje, są działania. Są też opóźnienia (nie z mojej winy!), ale muszę ich mocno spiąć w sobie. Skoro od października mają sobie radzić sami, to muszą się lekko chociaż usamodzielnić i samo-ogarnąć. Bo ja naprawdę nie będę w stanie już im aż tak pomagać. Na razie robimy sporo i w ogóle jest fajnie, ale… do czasu. Od nowego semestru będę prowadzić – na ich prośbę – warsztaty dziennikarstwa prasowego w Instytucie Socjologii UW. Co dwa tygodnie chyba w środę (czy w czwartek?) rano. Jakby ktoś zainteresowany, to śmiało, zapraszam.
Zaś Queer UW robi zamieszanie. Udało się nam podzielić zadania, więc teraz je realizujemy. Nie jest łatwo, są przeszkody – malkontenci, krytyka z zewnątrz, presja ogromna a przede wszystkim… brak czasu. To doskwiera nam najbardziej. Zwłaszcza w czasie sesji. Najwięcej zamieszania zrobiła oczywiście nasza sonda internetowa. Kierowana do studentów i studentek UW dotykać ma pewnych aspektów istnienia osób LGBTQ w społeczności akademickiej. Nie jest idealna. Wręcz przeciwnie: jest bardzo ułomna. Ale nic się na to nie poradzi, musiała wystartować. Więc dobrze, że jest, że coś się mówi. A już na chwilę obecną wiem, że wypełniło ją ponad 2 razy więcej osób niż się ja spodziewałam. No i potrwa jeszcze jakiś czas, prawda? Więc jest okej.

Co do naukowych spraw queerowych… Jest okej. Jacek ma habilitację za sobą (gratulacje!) i się wzięliśmy za konferencję „Strategie Queer”. Do końca tego tygodnia zamkniemy sprawę Komitetu Naukowego. Organizacyjny, to wiadomo – Queer UW. Swoją drogą, to fajna sprawa – organizacja jeszcze nie ma miesiąca, a ma już na koncie badanie sytuacji osób LGBTQ na UW plus w zanadrzu dużą dwudniową konferencję. Jej efektem ma być także publikacja, ale nad tym jeszcze pracujemy. Musimy mieć też odpowiednie poparcie, żeby bez problemów (czy też raczej: mimo spodziewanych głupich protestów) poradzić sobie ze wszystkim. Ale, jak wiadomo, jestem niezła w PRze, więc damy radę!

No właśnie, Parada Równości 2011 i moja działalność PRowa. Dużo tego, muszę przyznać. Nadal nie mam telefonu służbowego (ale mam mieć na dniach), więc trochę mi to utrudnia. Na szczęście jednak, daję sobie jakoś radę. Dużo się dzieje. Mamy logo, teraz trwa konkurs na hasło paradowe. Zachęcam do udziału – tak przy okazji, bo do wygrania 300 zł :) Sporo jest krytyki na intelektualnych blogach i w niektórych serwisach informacyjnych LGBTQ. To dobrze, niech będzie. Ważne, że jest dyskusja jakaś i są z niej wnioski pewne. Słuchamy tego, co tam się dzieje i staramy się to jakoś ogarniać mimo wszystko.

Jutro Floor-Sitting Party. Zapowiada się niezła impreza, która na chwilę obecną kosztowała mnie ponad pół tysiąca zł. Dwugodzinna, podkreślam, impreza domowa dla ok. 30 osób. Nieźle, nie? No, ale jak się chce mieć fajne towarzystwo (czyli studencko-gejowską bohemę), to trzeba czasem. Zastanawiam się, co musiałabym zrobić, żeby mieć wokół siebie więcej licealno-gejowskiej bohemy? Jak sądzicie?
Będzie jutro dj na żywo, będzie studio foto zaaranżowane, będzie welcome drink dla wszystkich (czyli 30 drinków, mówiąc po ludzku), będzie ciasto, będą niespodzianki… Mam nadzieję, że wszystko wyjdzie i że się uda! Musi! To pierwsze F-SP od bardzo dawna i ono mi przypomniało dlaczego zrezygnowałam z ich organizacji. Money, money, money… Każdy taki event to kilkaset złotych mniej. A mi na kasie jednak zależy.

Bo zauważyłam w ogóle ostatnio, że muszę zmniejszyć wydatki albo zwiększyć dochody. Z tym drugim może być trudniej, bo nie za bardzo mam już czas na cokolwiek innego, co mogłoby mi kasę przynieść (albo i nie), więc pozostaje mi ograniczanie wydatków. To nie będzie łatwe, bo 1) rozhulałam się ostatnio (przyznaję się bez bicia!), 2) jadę za tydzień do Krakowa na weekend, 3) lecę do Holandii za kolejny tydzień na weekend. Więc zapowiada się, że luty znów nie będzie bardzo oszczędny.
Z kasą o tyle źle, że główna część dochodów się spóźnia z przelewem. Ja rozumiem, że tam jakieś problemy są i uzbrajam się w cierpliwość. I pewno dałabym radę (bo mam „na wszelki wypadek” niewielki, ponadtysiączłotowy limit kredytowy na koncie w mBanku), ale ponieważ jest F-SP i w ogóle, to się nie da tak łatwo. Wczoraj wypełniłam on-line w mBanku wniosek o zwiększenie limitu do 2,7 tys. (tak na wszelki wypadek) i już wiem, że dostanę. Zresztą od razu wiedziałam, bo we wniosku od razu wyliczyli mi, że mam taką zdolność, że mogę wziąć „do 20100 zł bez zbędnych formalności”, czyli że od ręki. No, tyle to aż nie chcę. Ale dzisiaj dzwoni do mnie pani i mówi, że ma dla mnie wspaniałą ofertę. Że karta kredytowa Visa Gold. Że min. 10 tys. zł limitu, że opłata niewielka, że ubezpieczenie, i że jeszcze jedno, i że mi zmaleje oprocentowanie kredytu odnawialnego i że promocja bez opłat i w ogóle. Nie chcę chyba, ale trzymam ją do wtorku. Jeśli Gacek ogarnie, że po przeniesieniu do jego banku tej karty, wyembasują mi na niej moje imię i nazwisko, to się zgodzę i to zrobię. Postanowione.

Z tym imieniem… Okazuje się, że Jej Perfekcyjność nie przeszkadza w zasadzie nikomu poza… komentującym wpisy na gejowskich portalach. Reszta, media hetero, PAPy, TVP i wszystkie inne, przyjmują to bez słowa i lecą dalej. A ci oczywiście muszą się wyżywać. Trudno, niech się dzieje. Nie zrezygnuję z siebie.

A skoro już o kasie mowa… Pewna firma PRowa zaproponowała mi współpracę. Ciekawie się to zapowiada, choć bardzo niestandardowo. Więc się oczywiście wstępnie zgodziłam. Pracy trochę będzie, efekty może jakieś też… No i kilka setek więcej w kieszeni miesięcznie, zawsze się przyda.
Na co? Postanowiłam, że muszę w końcu jakieś ubrania kupić. Ostatnie rzeczy kupowałam sobie w wakacje z Michałem w Londynie. Potem nawet chyba skarpetek nie kupiłam nowych ani razu. Nienawidzę zakupów, ale będę musiała w końcu. Liczę na znajomych i na ich zniżki pracownicze, czy jakie tam tylko mają :) Na nieznajomych w sumie też, jeśli ktoś z Was chciałby pomóc jakoś…
I powoli przymierzam się do Miesiąca Bez Alkoholu.

Dlaczego? Ano dlatego, że było go ostatnio ZDECYDOWANIE za dużo. Mam na myśli zwłaszcza weekendy, bo już dwa razy z rzędu miałam imprezę, która zaczynała się w piątek wieczorem i kończyła w poniedziałek rano. Jasne, można tak i to bardzo fajne i w ogóle… Ale nie, nie. Alkohol to nie do końca moja rzecz. Ja potrzebuję muzyki, a nie procentów. I dlatego czas wyznaczyć sobie datę. Zobaczymy kiedy.
A imprezy udane, bo towarzystwo doborowe. Już nie mówię o tych wszystkich b4ach, które a to u mnie, a to u Gacka się dzieją… Myślę raczej o afterach. Ostatnio dużo ze mną imprezowali Filip i Łukasz (to nowe osoby na tym blo, witajcie więc!). I były to imprezy naprawdę szalone. Oni (pół)nago, picie bez przerwy, muzyka, szaleństwo. Aż nie wiem czy nie za dużo. Chociaż w zasadzie nie wiem ile to jest „za dużo imprezy”, więc tego nie powiem. Ale pewno zdaniem niektórych mogłoby być to uznane za „za dużo”. Na pewno było za dużo alkoholu, to bez dwóch zdań. I dlatego będę miała pokutę teraz ;)
Zaliczyłam też dziwną imprezę – domówkę u Ilony, czyli mojej koleżanki ze studiów, dawno, dawno temu. Zaprosiła, by oświadczyć, że jej się chłopiec oświadczył i że się będą hajtać. Good for them. Dla mnie okazało się to być okazją do spotkania dawno-nie-widzianych znajomych, typu Harry czy Moni. Ciekawie w sumie wyszło, pozmieniali się wszyscy w zasadzie. Niektórzy nadal się nie obronili! To dość skandal, bo ja miałam rok przerwy po tych studiach i lada moment będę się doktoryzować a oni wciąż nie mają magistra. Eh, szkoda gadać.

Mnóstwo, mnóstwo pracy. Nadrabiam jakieś prace zlecone (już końcówka!!!), piszę jakieś swoje prace, zajmuję się dwiema gazetami, radzę sobie z kryzysami w redakcjach, dzielę pracę dla Queer UW, oddzwaniam i piszę w sprawie Parady Równości, piszę sprawozdania roczne Kół Naukowych, sprawdzam teksty, składam magazyny, chodzę czasem na zajęcia, wstawiam coś na strony (kto zgadnie iloma stronami aktualnie zarządzam? I nie mam na myśli stron facebookowych, bo tych mam 6 i to nie jest tajemnica), ogarniam maile (nadal wysyłam dziennie NIE MNIEJ niż 66 wiadomości, a średnia jest dużo wyższa), piszę wiadomości prasowe, monitoruję media, odpowiadam na komentarze, piszę pisma, umawiam się, spotykam…

No właśnie i to chyba będzie dla niektórych najciekawsze. Minione dwa tygodnie to dla mnie czas intensywnych spotkań. Z 1) Filipem, 2) Łukaszem, 3) Adasiem, 4) Marcinkiem, 5) studencko-gejowską bohemą, 6) Dawidem. Po kolei zatem. Filip, wiadomo. Młody ładny chłopiec, co lubi upijać się tak, że nie pamięta. Nie wiem w zasadzie jak się poznaliśmy (to ma znaczenie?!), ale jakoś tak wyszło, że wylądował u mnie na afterze… Potem znów na jakiejś imprezie, znów after… Żeby więc na trzeźwo pogadać, wpadł do mnie zrobić mi obiecany jakiś czas temu obiad. I znów na noc został (i znów było za dużo alkoholu). Więc jakoś tak miło i sympatycznie się ta znajomość rozwija. Filip obawia się jedynie, że będzie „kolejnym młodym chłopcem”, cokolwiek w zasadzie miałoby to znaczyć. Że będzie jednym z wielu. W zasadzie to rozumiem trochę, też nie lubiłam tego.
Co do Łukasza – to w zasadzie historia jest podobna i działa się niemalże jednocześnie. Z tą różnicą, że Łukasz miał u mnie w WC seks z jakimś Krzysztofem, a Filip nie. Chociaż, nie, zaraz, Filip też miał seks! Z Tomeczkiem przecież! Więc nie, wszystko jest w normie ;) Łukasz fajny chłopiec, młody, ładny, sympatyczny, mądry, sumienny. Też lubi poszaleć na parkiecie, a to akurat dla mnie ważna pozytywna cecha!
Z Adasiem, to wiadomka. Jesteśmy na siebie skazani. Cokolwiek by się nie działo (a u niego działo się dużo – zdrady, rozstania, zmiany i takie tam), to ostatecznie i tak trafia jakoś tam do mnie. I dlatego właśnie jesteśmy na siebie skazani. Mam takie przeświadczenie, że jeśli dożyję wieku starczego i on też, to wylądujemy gdzieś razem w jakimś domu starców czy coś. Na tym polega nasze skazanie na siebie :) Widzieliśmy się kilka razy w tym czasie, Adaś wpada, opowiada i śpi. Niemniej, od czasu jak spotyka się z nowym chłopcem, ma mniej czasu. A i dobrze w sumie, bo mi czas między palcami ucieka i tak…
Z Marcinkiem też się kilka razy widziałam. Nie za wiele, bo on w Paryżu kilka dni był. Niemniej, po jego powrocie mieliśmy ważną dla mnie rozmowę. Trochę o nim, trochę o Grzegorzu (skutecznie udało mi się go już z mojego życia wymazać), trochę o naszej relacji. Wyjaśniłam mu dlaczego nie pytam go o szczegóły jego życia osobistego i jak niewłaściwe mi się to wydaje. Tak, wiem, że to irracjonalne, bo przy innych nie mam tego problemu. Ale nic na to nie poradzę przecież, nie będę się zmuszać. A Marcinek mi wyjaśnił, że nie jest i nie był z Grzegorzem. To dla mnie ważne było, naprawdę.
Studencko-gejowska bohema ma się dobrze! Bawimy się nadal, jakby jutra nie było! Na całego. Naprawdę ich za to uwielbiam. Nie wszystkich, bo czasem odstają, poddają się, odpadają. A tego nie lubię. Moja przyjaciółka Gacek jest ze mną niezmiennie cały czas koło mnie. Za to go uwielbiam. Że stoimy za sobą murem. Ostatnio jakaś dziewczyna mnie w Glam zaczęła popychać i wyzywać (nie będę tego komentować) i nie minęło kilka sekund a już Damian.be i Gacek interweniowali, nawet bez mojego wołania. Uspokoili ją i już. Bez nich naprawdę nie dałabym sobie czasem rady. Może nie w tej konkretnej sytuacji, ale tak po prostu. Chcę teraz, tak nieco sentymentalnie może, podziękować im za to, że są. I że pojedziemy do Krakowa, o!
No i na koniec Dawid… To jest dziwna sytuacja, bo ja się zaczynam emocjonalnie mocno angażować w tę relację. Dość mocno, naprawdę. Dawida kiedyś, kiedyś widziałam live po raz pierwszy i już wtedy zwrócił moją uwagę. Nie tylko dlatego, że był byłym Grzegorza, ale dlatego, że jest bardzo ładnym chłopcem. Wiem, wiem, że często to tutaj piszę. To dlatego, że uważam, że ładnych chłopców trzeba wyróżniać i podkreślać, że są ładni :) Choć to nie zawsze ich zasługa, to jednak liczy się fakt, że są! Dawid, bez wątpienia, też jest. Drugi raz spotkałam go – przypadkiem – po jakimś czasie we W Biegu Cafe, gdzie pracuje. Spotykałam się tam z Hugo i Perełką a propos nadchodzącego Floor-Sitting Party „Picture Yourself” i wtedy znów moją uwagę mocno przyciągnął. Postanowiłam go poznać. No bo czemu nie? Więc wieczorem (jako że wyskoczył mi gdzieś na Facebook) zaprosiłam go do znajomych. Zaczęła się wymiana wiadomości. I taka wymiana potrwała z 6 godzin chyba. Powoli zaczynałam się przekonywać, że jest też chłopcem niegłupim. Nie zawsze ma to dla mnie znaczenie, wielu moich ładnych znajomych to ludzie głupi i to jest okej. Po przejściach z przyjmowaniem mojego zaproszenia do znajomości (które ostatecznie on skierował do mnie a nie ja do niego…) jakoś tak się stało, że jednej nocy, gdy piłam ze znajomymi lesbijkami na Ursynowie (brzmi dość dziwnie jak na mnie, wiem), że zgadaliśmy się SMSowo i padł pomysł, że go odwiedzę w nocy w mieszkaniu, które właśnie remontuje sobie. I stało się, wpadłam. Była herbata i rozmowa długa. Było miło, choć sceneria (pusty pokój bez zrobionych ścian, podłogi i siedzenie na wiaderkach plastikowych czy czymś takim) nie wydawała się zbytnio sprzyjająca. Potem, po kilku dniach, Dawid nareszcie zaprosił mnie na kawę (zachęcałam go wiadomościami w stylu „No, to kiedy zaprosisz mnie na kawę?”, mimo że sam nigdy nie zapowiadał, że to zrobi). Poszliśmy do Bla Bla Cafe (bo chcieliśmy miejsce, którego nie znam) a potem do Nowego Wspaniałego Światu. I tak jakoś mile nam znów czas mijał. Potem zobaczyliśmy się znów. I znów. I jakoś tak się stało, że Dawid u mnie nocował. Potem znów. Potem ja u niego…
No dobra, do sedna. Zaangażowałam się emocjonalnie i trochę mnie to przeraża. Dlaczego? Nie muszę chyba tłumaczyć. Po pierwsze: generalnie tego nie robię. Po drugie: jest to miłe i jest mi z tym dobrze. Po trzecie: to się nie może dobrze skończyć. Po czwarte: Dawid nie jest osobą żyjącą w celibacie, co rodzić może pewne problemy natury, że tak powiem, technicznej. Po piąte: nie wiem do czego to doprowadzi. I w ogóle, co ja wyprawiam? Nie wiem.
Dziwne to i nie wiem jak się zachować. Niemniej, Dawid jest gościem zaproszonym na F-SP. Na razie znajomi głównie o nim słyszeli. Chcę, żeby go poznali. Najpewniej jeszcze nie raz się na tym blo pojawi…

No i… Oczywiście, staram się znaleźć też czas na kulturę! Byłam na spektaklu „Kalimorfa” w Teatrze Praga z Sebastianem Plastikowym Skurwielem (czy ktoś jeszcze tak do niego mówi?!) no i zabrałam na koncert Hurts Gacka, Damiana.be i Anatola. A w zasadzie tego ostatniego nie zabrałam. Bo… nie przyszedł. Nie wiem dlaczego. Już dzwonił, że się spóźni, że jest w drodze i w ogóle a ostatecznie okazało się, że się nie zjawił. Dla mnie: skandal. Nie przeprosił, nie poinformował dlaczego nie przybył. Ej, o te bilety bili się ludzie i płacili wielokrotność tych 120 zł, co kosztowały początkowo… Nie będę może tego już dalej komentować.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm