RSS
 

Notki z tagiem ‘queer’

Jak to z porno-skandalami było

29 paź

Jutro na Uniwersytecie Warszawskim odbędzie się konferencja „Porne graphos. Pornografia w perspektywie nauk społecznych i humanistycznych”. Niestety, jak większość wydarzeń Queer UW, wywołała jakieś dziwne zamieszanie. A wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu…

pornegraphos_stronaPewno większość osób zainteresowana jakkolwiek działalnością Queer UW lub moją pamięta „PornoDzień”, czyli nasz pomysł na seminarium, jaki pojawił się w naszych głowach dobre kilka miesięcy temu. Pomysł był prosty: pogadać o pornografii naukowo, obejrzeć jakiś performance na video i wysłuchać komentarza naukowca plus zorganizować jakieś warsztaty. Skoro na UW działają organizacje studenckie, których zadaniem jest animizowanie życia naukowego, kulturalnego, sportowego i artystycznego, to nikt nie widział w tym niczego złego. Nikt z nas, ma się rozumieć. Bo że mówienie o pornografii niektórych może drażnić, to jasne. Wszak żyjemy w kraju, w którym niektóre kioski były oprotestowywane, bo sprzedawały gazety erotyczne i pornograficzne… Ale mniejsza. Protestami nigdy się nie przejmujemy, bo po co?

Zazwyczaj pomysł na organizację wydarzenia rodzi się na naszych comiesięcznych spotkaniach koła. Nie inaczej było i tym razem. Postanowiliśmy zaprosić ekspertki i ekspertów od tego tematu. Jak robimy zwykle. Zaprezentować miał się Jakub Dymek, Paulina Kitlas, Jacek Kochanowski, Agnieszka Weseli i moja skromna osoba. O performance grupy Suka Off opowiedzieć miał Tomasz Basiuk. Po ustaleniu programu, chcieliśmy znaleźć salę. Rozmawialiśmy z dyrektorką ISNS UW prof. Małgorzatą Fuszarą na ten temat. Nie podobała się jej nazwa, dodaliśmy do niej rozwinięcie. I już, już miała podpisać papierek-podanie, gdy pojawiła się cała zawierucha. I okazało się, że problemem jest to, że ZA WCZEŚNIE zapowiedzieliśmy wydarzenie jako organizowane na UW. Że najpierw musi być podpis a dopiero potem można to ogłaszać. Rektor UW wezwał, tfu, zaprosił nas na rozmowę. Był opiekun koła, była Prezes koła, byłam ja. Był Rektor, była Prorektor ds. studenckich i była rzecznik prasowa. No i poważna rozmowa. Na chwilkę zdjęli naszą stronę. Okazało się, że trzeba ustalić procedurę do zgłaszania wydarzeń. Nikt nigdy nie powiedział o odwołaniu wydarzenia – mowa była o przełożeniu na nieokreśloną przyszłość.

Oczywiście rzecznik prasowa UW, Anna Korzekwa, ma zawsze swoją opinię. Prawda jest taka, że ona mnie po prostu nie lubi. I nie ma w tym nic złego, ale jednak jest to tłem całej sprawy. Rzecznik prasowa UW mnie po prostu fizycznie nie lubi. Podejrzewam, że to z powodu moich komentarzy na temat jej pracy, do której mam stosunek… dość krytyczny, żeby powiedzieć delikatnie. A że zdanie mogę mieć, jak każdy człowiek, to inna sprawa. To, że jestem po pięcioletnich studiach z dziennikarstwa i komunikacji społecznej, pracuję w mediach od drugiej klasy liceum oraz aktualnie zarabiam głównie z bycia PR-owcem, to dodatkowe argumenty, które mogą świadczyć o tym, że wiem, o czym mówię, gdy oceniam jej pracę. I tyle.

Minął jakiś czas, wydarzyły się inne pozornie-nie-powiązane rzeczy, ale jedno było ważne: pojawiła się procedura. Że mamy przygotować wydarzenie, zapewnić jego naukowy charakter (np. poprzez Komitet Naukowy, który zatwierdzi wszystko od tej strony) i z takim programem przyjść, żeby znaleźć miejsce na UW. Tak umówiliśmy się z dyrekcją ISNS UW. Procedura ma to do siebie, że jakkolwiek by nie była pojebana, to ja ją przejdę. Uprę się, przeczołgam, ale dam radę. I tak samo było tym razem.
Problemem, jaki się pojawił, był fakt zmiany Dyrekcji ISNS UW w momencie, gdy zgłaszaliśmy się z prośbą o salę. Pojawiły się niewielkie tarcia, ale ostatecznie udało się. Mamy salę. I tu podziękowania dla p.o. Dyrektor ISNS UW prof. Fatygi, która wykazała się dla nas pewnym zrozumieniem.

Oczywiście, tym razem też nie obeszło się bez rozmów z Rektorem UW. Jako że nie było nic do zarzucenia, to rozmowy zakończyły się właściwie niczym. Ich treści nie będę przytaczać, bo w mojej skromnej opinii, urągałoby to nie tylko elegancji i taktowi, ale przede wszystkim byłoby naprawdę smutne.

Konferencja się więc odbędzie. Pod inną nazwą, choć w sumie z racji długości trwania, teraz jest to bardziej dzień niż wówczas ;) Tym niemniej zależało nam na tym, by pokazać, że poszliśmy jeszcze dalej. Już nie seminarium naukowe ale cała konferencja. Będą goście z Poznania, Gdańska, Krakowa itd. Zapowiada się bardzo ciekawie.

I znów rzecznik prasowa UW musi powiedzieć coś od siebie. „Konferencja nie budzi zastrzeżeń, a nad programem i referatami czuwa rada naukowa złożona z pracowników kilku uczelni” – i to jest okej. Ale oczywiście dodać musi: „pozostaje nam ufać, że zadbają oni o akademicki charakter wydarzenia”. „Pozostaje ufać nam”?! Poważnie? Mówimy o dr. hab. Tomaszu Basiuku (UW), dr. n. med. Andrzeju Depce (WUM), dr. hab. Jacku Kochanowskim (UW), dr. n. med. Robercie Kowalczyku (Krakowska Akademia im. Frycza Modrzewskiego) i dr hab. Monice Płatek (UW). I naprawdę właściwym określeniem jest „pozostaje ufać”?

A protesty? Tak, dotarła do nas informacja o tym, że ktoś chce protestować przeciw konferencji. Kto? Fundacja Pomocnicy Królowej Różańca Świętego. Sprawdziłam ich, oczywiście. Fundacja powstała w lipcu 2013 i działa w Poznaniu. W skład jej zarządu wchodzą Marek Woś (rocznik ’77), Agnieszka Woś (rocznik ’70) oraz Aurelia Woś (rocznik ’48). Nie wiem czy Marek i Agnieszka są rodzeństwem czy małżeństwem, ale zgaduję, że Aurelia jest matką Marka. A fundatorem fundacji jest ten właśnie Marek Woś. Czyli rodzina założyła sobie fundację.
A w jakim celu? Ach! By upowszechniać wiedzę o różańcu i nowennie pompejańskiej – to po pierwsze. Po drugie: by upowszechniać wiedzę na temat niebezpieczeństw jakimi są okultyzm, spirytyzm i ezoteryzm. I ostatnie: działalność charytatywna i oświatowa szczególnie wśród więźniów i ich rodzin.
Fundacja działa. Dotychczas wydaje kwartalnik „Królowa Różańca Świętego” i prowadzi stronę egzorcyzmy.katolik.pl (i jej obcojęzyczne wersje). Udało się jej także przekazać 300 książek o nawróceniu, wierze i różańcu świętym więźniom. O, tyle.

Organizatorzy protestu są tak leniwi, że nawet nie sprawdzili tego, że ISNS UW nie jest powiązany z konferencją i wysyłają tam jakieś maile. A dodatkowo nie sprawdzili tego, że władze Instytutu zmieniły się w ciągu ostatnich miesięcy i wysyłają te maile do niewłaściwych osób… No to co ja mam na takie protesty powiedzieć? No co? :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Związki partnerskie? Nie macie nic do stracenia

25 lip
Podtrzymuję swoje zdanie. Nikomu nie zależy na związkach partnerskich. Nie będę powtarzać argumentów, które sprawiają, że moim zdaniem poza garstką działaczek i działaczy na ustawie nie zależy nikomu. Odniosę się tylko do wydarzeń z ostatnich dni.
Żeby nie było wątpliwości, Sejm RP nie zagłosował PRZECIWKO ustawie o związkach partnerskich. On zagłosował przeciwko zajmowaniu się projektami ustaw, jakie wpłynęły do laski marszałkowskiej. Ponieważ Marszałek normalnie umieszcza podobne projekty (które formalnie spełniają wszystkie wymagania) w porządku obrad, tak miało być i tym razem. Konwent Seniorów, który zapoznaje się z porządkiem obrad przed posiedzeniem Sejmu uznał jednak ten punkt za "sporny". W takiej sytuacji musi odbyć się głosowanie nad wprowadzeniem go do porządku obrad na plenum. Sejm zdecydował, że nie wprowadzi tego punktu, nie odbędzie się pierwsze czytanie projektów ustaw. To się zdarzało w przeszłości. Ciekawy jest bez wątpienia argument, który sprawił, że cześć posłów i posłanek zdecydowała się być przeciw. Poszło o opinię części prawników i komisji, którzy stwierdzili, że projekty mogą być niekonstytucyjne (swoją drogą, nie sądzicie, że sformułowanie "niekonstytucyjne" jest mocniejsze od "niezgodne z konstytucją"?). I to było zaskakujące. Bo to, że ustawa będzie mieć pierwsze czytanie oznacza, że kieruje się ją do prac w komisji, gdzie poprawia się buble i usterki prawne. Prof. Mirosław Wyrzykowski, z którym miałam okazję rozmawiać podczas niedawnego spotkania w Kancelarii Premiera podkreślał, że Komitet Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk (nie przekręciłam nazwy?) na ośmiu stronach swojej opinii bardzo pozytywnie się wyraża na temat projektu. Na kolejnych trzech zgłasza zastrzeżenia co do konkretnych zapisów, które są nieprawidłowe (wiadomo, język prawniczy rządzi się swoim zasadami i swoistą poetyką). Co oznacza, że uznali go za zgodny z konstytucją.
Sejm mimo wszystko odrzucił punkt obrad, bo nie chce się tym zajmować. Nigdy nie chciał. Tak jak interesuje to garstkę posłów/posłanek, tak i w społecznościach LGBTQ zainteresowanych jest kilkadziesiąt osób.
Ale nie chcę się zajmować ani opiniami, jakie na temat projektu przeróżne ciała kierowały do Marszałka (nawet Główny Urząd Miar się w tej sprawie wypowiadał!) ani wypowiedziami z sejmowej mównicy ("konstytucja chroni przyrodzoną godność, ale nie broni uczynków niegodnych!"). Chcę powiedzieć coś na temat środowisk LGBTQ.
Zacznę może od tego, że nie jest tajemnicą, iż jestem osobą raczej sceptyczną wobec instytucji związków partnerskich. Nie będę znów tłumaczyć jak dla mnie reprodukują opresję heteronormatywną i są wyrazem poddania się środowisk LGBTQ dyskursowi większości heteronormatywnej. To nie ma znaczenia. Wydaje mi się, że z racji tego, że związki partnerskie osobiście są mi obojętne a ideologicznej obce – mogę obserwować to, co się wokół nich dzieje mniej emocjonalnie. Tym bardziej, że mam perspektywę insajderską z racji pełniących funkcji i różnych obowiązków. Po prostu muszę być na pewnych spotkaniach, konferencjach i debatach. Jestem też uczestniczką wielu kuluarowych rozmów i nieformalnych ustaleń, czy chcę czy nie.
"Pełna mobilizacja!", "Wszyscy pod Sejm!" – krzyczały hasła na stronach społeczności LGBTQ zachęcając do przyjazdu pod Sejm we wtorek rano. Teraz albo nigdy. Albo pokażemy posłom/posłankom, że na, naprawdę zależy albo nic z tego nie będzie. Mnie osobiście akurat nie było tego dnia w Warszawie, więc mimo całej mojej ciekawości, nie udało mi się być pod Sejmem i sprawdzić na własne oczy, jak to wygląda. Ale w mediach wyglądało przeciętnie. Nieduża grupka (same uczestniczki/sami uczestnicy podają, że max 100 osób) z wielkim różowym banerem. Nie chcę niczego ujmować zgromadzonym, ale to naprawdę nieliczne jednostki. Żadna tam siła przebicia czy żadna też liczebność elektoratu, która mogłaby podziałać na wyobraźnię polityków i polityczek (a to przecież o to chodzi!). Nie dziwię się więc, że ustawie ukręcono łeb. Nie jest w interesie politycznym żadnej grupy, by ją uchwalić. Jasne, są badania, które wskazują, że Polacy nie mają nic przeciwko związkom partnerskim hetero i że nawet wspierają pewne konkretne rozwiązania dla par jednopłciowych… Ale powiedzcie mi, proszę, ile grup hetero walczących o związki partnerskie pojawiło się pod Sejmem? Ilu przedstawicieli/przedstawicielek tych grup udało się na spotkanie z Marszałką Ewą Kopacz, które koordynowała inicjatywa "Partnerstwo dla związków"?
Związki partnerskie są i na długo jeszcze pozostaną tematem środowisk LGBTQ i będą tylko z nimi kojarzone. Używanie nielicznych pojedynczych par hetero w różnych nowych kampaniach jako listka figowego tego nie zmieni. Pary hetero nie chcą walczyć o związki partnerskie ponieważ symboliczny status małżeństwa cywilnego dawno już zdewaluował się na tyle, że są one (w przeciwieństwie do ślubu kościelnego) traktowane właśnie jako takie gorsze coś, takie jakby związki partnerskie. I dlatego grup hetero nie ma z nami (poza tymi nielicznymi, nieznanymi osobami, które pojawiają się w jakiś internetowych kampaniach społecznych). A skoro grup hetero nie ma przy walce o związki partnerskie, to znaczy, że jest to – w dyskursie potocznym – sprawa pedałów i lesbijek. Co z kolei oznacza, że publiczna deklaracja "chcę uchwalenia związków partnerskich" jest prawie jak publiczna deklaracja "jestem gejem/lesbijką". W kraju, gdzie szef może zwolnić kogoś za to, że zobaczył go na nagraniu z Marszu Równości, to naprawdę odważna deklaracja. A już zawarcie takiego związku będzie aktem najwyższej odwagi dla bardzo wielu par (przestańmy myśleć perspektywą Warszawy!).
Wydaje mi się, że dopóki większość gejów i lesbijek (ale przede wszystkim gejów) boi się wyjść z domu ze swoim partnerem albo/lub złapać go/ją za rękę na ulicy, nie ma szans, że pojawi się nagle masowy ruch na rzecz uchwalenia ustawy o związkach partnerskich. Jasne, pozostaje nam liczyć, że retoryka prawnoczłowiecza i rozwojowo-europejska trafi kiedyś do większości z 460 osób w Sejmie i że kwestia ta zapadnie ich decyzją bez dużego oddolnego ruchu społecznego. Na razie jest to jedyna nadzieja tych, którzy naprawdę chcą wejść w związek partnerski. Dopóki boimy się wyjść na ulice, dopóty i o związki partnerskie nie będziemy walczyć. Obawiam się, że uchwalenie takiej ustawy spowoduje, że w ciągu roku bardzo, bardzo nieliczne pary jednopłciowe zawarłyby taki związek. Mam wrażenie, że o ile osoby LGBTQ żyjące w związkach partnerskich wiedzą, że taka ustawa jest nam potrzebna (edukacyjnie oraz jako pewna opcja, jaką daje państwo), to zdecydowanie mniej par zdecydowałoby się z niej skorzystać z obawy o siebie. Za bardzo siedzimy w szafach, żeby zawierać związki partnerskie. A skoro tak naprawdę niewiele osób zamierza rzeczywiście taki związek zawrzeć, to i niewiele osób o nie walczy.
Żeby nie było, że jestem taka pesymistyczna i że to jest niekonstruktywna krytyka, mam swoją propozycję co należy robić. To coś z jednej strony prostego (łatwiejszego niż przyjechanie do Warszawy na demonstrację pod Sejmem) ale z drugiej strony trudnego (bo wymagającego wyoutowania się choćby przed obcymi ludźmi). Całujcie się, trzymajcie się za ręce. Pokazujcie w ten sposób ludziom na ulicy ilu/ile was jest. Skoro związki partnerskie są widziane jako temat LGBTQ, niech i tak będzie. Ale niech Polacy i Polki widzą każdego dnia, jak życiowa jest to kwestia. Niech widzą pary jednopłciowe trzymające się za ręce na ulicach swoich miast. Niech widzą pary jednopłciowe, które całują się na przywitanie na dworcu.
Ja wspomogę was, jak mogę. Z nikim za rękę chodzić nie będę (chyba że ktoś bardzo chce, to zapraszam), całować się też nie będę (tutaj już nie zapraszam), ale za każdym razem jak widzę się na mieście z najbliższymi, to wykonuję czułe gesty. Z Gackiem cmokamy się bez względu na miejsce. Kubutka całuję w czoło pod bramą UW. (Generalnie z mężczyznami nie lubię się cmokać, więc to i dla mnie wyczyn.) Tyle mogę ze swojej strony. Wy możecie więcej.
Ja wiem, że to może powodować dla wielu z was trudności. Że o ile w centrum Warszawy raczej nikt Wam za to krzywdy nie zrobi, to w innych miejscach czekają was niemile spojrzenia, może jakieś wyzwiska, w skrajnych przypadkach może nawet próby ataku (choć wydaje mi się, że te zdarzają się rzadziej niż nam się wydaje), ale moim zdaniem to jedyny sposób. Musimy sami/same oswoić się ze swoją widocznością w sferze publicznej, by móc mieć odwagę wejścia w związek partnerski (= wyoutowania się). Dopiero wówczas znajdą się ludzie, którzy będą przychodzić pod Sejm, będą krzyczeć na Paradzie Równości.
***
W Polsce nigdy nie było prawdziwego ruchu queer. Przez to też nie znamy z autopsji metod, jakie ten ruch stosuje. Happeningi, akcje, eventy. Choć ruch queer raczej nie wspiera idei związków partnerskich, to strategie, jakie stosuje, można z powodzeniem wykorzystać i tutaj. Dlaczego nie zebrać się pod hotelem poselskim i w dniu posiedzenia nie zorganizować grupowego całowania się dziesiątek par jednopłciowych, gdy posłowie/posłanki będą wyjeżdżać na posiedzenie? Czemu nie wręczyć petycji w sprawie związków Donaldowi Tuskowi po mszy świętej w niedzielę pod kościołem? Czemu nie wystawić różowego banera podczas powitania na lotnisku przywódców obcych państw przez prezydenta Komorowskiego?
Jeśli mogę cokolwiek doradzać, to właśnie to. Działania performatywne, czasem szokujące, czasem na granicy prawa, czasem niekulturalne. Jasne, to może niektórych denerwować, ale moim zdaniem połączenie tego z walką o obecność w sferze publicznej jest jedynym wyjściem dla pro-związkowych środowisk LGBTQ. Odwagi zatem! Nie macie nic do stracenia.
 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inspiruję się dwiema rzeczami: słynnym performancem z Pasywem na smyczy i zbliżającym się Euro2012

16 maj

To się znowu stało. W sumie to nawet dość zabawne. Dysk twardy w Justynce siadł. To znaczy jeszcze trochę działa, da się z niego dane uratować w zdecydowanej większości, ale to jego ostatnie chwile. Żeby było śmieszniej – dwa tygodnie przed początkiem awarii dysk skończył dwa lata. Idealny timing, prawda? (na jednym z forów, na których konsultowałam kwestię dysku jeden z ekspertów stwierdził, że jak zobaczył wyniki testu dysku, to myślał, że sprzęt ma już co najmniej 5 lat…) Mam oczywiście iPada, na którym wiele rzeczy mogę zrobić, ale nie wszystko. Photoshopa tam nie mam, InDesigna też nie…
W zasadzie większość danych istotnych dla mnie mam zabezpieczonych. Może jakieś duperele mogą zniknąć, ale tym się nie przejmuję. Przejmuję się a) nieplanowanym wydatkiem rzędu 400-500 zł oraz b) całym dniem jebania się z nowym dyskiem. Zainstalowanie systemu, wszystkich programów, których używam oraz skopiowanie plików, które są dla mnie ważne to, jak nic, cały dzień grzebania w gównie. Eh, masakra. Na razie jednak czekam na kasę, za którą mogę sobie dysk taki kupić. Bo, oczywiście, przelewy na czas nigdy nie dochodzą. Już nie chcę tego nawet komentować, czy jakoś się tym zamartwiać. Traktuję to już jako stały element mojego życia – brak przelewów na czas, ich opóźnianie się dniami czy tygodniami. I powtarzam sobie, że to tylko jeszcze rok. Do czasu obrony doktoratu.

Żeby było śmieszniej, jest teraz absolutnie kluczowy moment dla mojego doktoratu – otwarcie przewodu. Z tygodniowym opóźnieniem udało mi się dostarczyć do mojej opiekunki pierwsze dwadzieścia-ileś stron pracy. Opóźnienie niecelowe, bo deadline mnie na maksa goni. Pochłania mnie jednak Parada Równości, Tydzień Równości, konferencja, która była i inne duperele… Mówię, że duperele, bo jednak doktorat jest najważniejszy.

I właśnie kiedy znalazłam czas na to, żeby się nieszczęsnym doktoratem zająć na poważnie… siadł mi dysk. Och, złośliwość rzeczy martwych. Więc piszę na laptopie Michała, którego używać mogę, gdy Michał jest w pracy. Szczęście w nieszczęściu, że w tym tygodniu pracuje (po raz pierwszy zresztą) na taką zmianę, co się o 22:00 kończy, więc wieczorem mogę spokojnie coś porobić. I dzięki temu udało mi się te ileś-dziesiąt stron skończyć. Największa moja obawa jest taka, że dostanę teraz maila „Niestety, wszystko jest do dupy. Zupełnie bez sensu. To się nie nadaje. Pozdrawiam”. Rozumiecie? Doktorat pisze się raz w życiu (zazwyczaj…) i przez to nigdy nie ma się pewności, czy jest okej czy też raczej nie. Nikt tego w sumie chyba nie wie…

Samo seks-czatowanie też zajmuje mi ostatnio mniej czasu. Szkoda, bo przecież to jest nadal coś, co mnie relaksuje. Niemniej, muszę przyznać, że z racji obowiązków (za które mi nikt nie płaci, nadal to podkreślam), mam mniej czasu na rozrywkę, spotkania ze znajomymi, oglądanie seriali i tym podobne. Cały czas powtarzam sobie jednak, że to sytuacja przejściowa. Że jak napiszę zasrany doktorat, obronię go, to moje życie będzie mogło się zmienić. Jasne, już teraz może, ale jednak jest to trudne. Staram się tak je dostosować, żeby pisanie doktoratu było możliwe i nieutrudnione za bardzo. Potem się okazuje jednak, że jest gabryliard innych spraw na głowie i się gubię w tym. A przelewów nie ma.

Czasu na rozrywkę brakuje, ale nie na otwarcie Utopii. Już w tę sobotę. Denerwuję się prawie, jakbym to ja klub otwierała ;) Na szczęście jednak tak nie jest. Jedyne, o co się martwię, to żeby dobrze tego dnia wyglądać i się świetnie bawić. Zamierzam, oczywiście, coś przygotować na tę noc, ale na razie niech to będzie niespodzianka. Niemniej, inspiruję się dwiema rzeczami: słynnym performancem z Pasywem na smyczy i zbliżającym się Euro2012. Brzmi ciekawie? :) Wszystko już w sobotę.
Właśnie dziś mam zamiar iść do sklepów i kupić kilka niezbędnych rzeczy dla siebie i osób, które mi pomagają. Tak oddala się perspektywa szybkiego zakupu dysku twardego dla Justynki.

Bezpośrednio przed otwarciem jest też w Melinie bifor! „the great Reunion”, bo tak się nazywa, jest okazją dla nas do spotkania się w radosnej atmosferze. Zdejmiemy baner Utopia Forever i weźmiemy go do klubu. Jest trochę szary – to oddaje blisko 2 lata czekania na otwarcie. Cały czas wisiał i dawał nadzieję, że to się wydarzy. Zdejmiemy też napis „Nie ma Utopii” z drzwi. Nie mogę się doczekać, prawdę mówiąc. Czuję, że to będzie udana noc tak w Melinie, jak i potem na Kredytowej. (Dziwnie mówić „na Kredytowej” a nie „na Jasnej”…) Mam już zaproszenie, które Królowa w sobotę wręczyła mi w Glamie. Miło, że zrobiła sobie takie tournee. I miło, że o mnie pamiętała. Mam jednak taką cichą nadzieję, że po biforze moi znajomi bez większego problemu wejdą jednak do Utopii. Tak dawniej bywało zawsze, więc mam nadzieję, że i tym razem tak będzie.

Nadal nie mogę wyjść z wrażenia, jak wszyscy zostali w konia zrobieni z terminem otwarcia. Poszła plotka, że 12 maja jest otwarcie. Glam przeniósł urodziny (sic!) o miesiąc, Hunters wydał tysiące na promocję jakiegoś-tam wydarzenia… A tutaj guzik! Okazało się, że to był tylko taki plan, żeby wszyscy przekonani byli, że to będzie jednak tydzień później. To strasznie zabawne.

Powoli zbliża się też Parada Równości 2012. Największy problem sprawia mi co? Zmierzenie się. Mam dziewczynę, która ma superfajny projekt dla mnie, ale potrzebuje moich wymiarów, żeby go zrobić. Raz, że nie mam miarki (ale to akurat do przeskoczenia problem) a dwa, że nie mam czasu, żeby na spokojnie się zmierzyć i podać jej to, czego potrzebuje. Wiem, wiem, wydaje się aż przesadzone, że nie mam na to czasu… ale naprawdę nie mam!

Parada Równości to dla mnie ciężka praca. Nie chcę się tu żalić jakoś, ale powiem tak: nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak mało osób przygotowuje to wydarzenie. Naprawdę, nie zdajecie sobie sprawy. Ja to wiem, smuci mnie to. A na dodatek martwi, bo im mniej nas, tym więcej pracy dla mnie. Wczoraj spotkaliśmy się z przedstawicielami ambasady USA i Szwecji. Mieliśmy też spotkanie z przedstawicielstwem Kampanii Przeciw Homofobii, co daje nadzieję na zakończenie chociaż tego małego insiderskiego konfliktu wewnątrz środowisk LGBT. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale na razie deklaracje są pozytywne z obu stron. Coś się zaczęło też dziać w kwestii Wolontariatu Równości, który długo, długo był tylko na papierze a teraz zaczyna ogarniać pewne drobnostki. I dobrze, bo to oznacza, że ja mam mniej drobnostek do ogarnięcia.

Ciekawostka. Na zgłoszeniu zgromadzenia publicznego zawsze ktoś się musi podpisać. W sensie, że organizatorem Parady Równości jest podmiot, który się nazywa Komitet Organizacyjny Parady Równości, ale musi być osoba fizyczna, przedstawiciel(ka). I w tym roku, zupełnie przypadkiem, wbrew wcześniejszym planom i w ogóle, taką przedstawicielką jestem ja. To oznacza, że ja odpowiadam za przebieg Parady Równości – beze mnie nie może się ona rozpocząć (to mnie legitymować będzie Policja na samym początku), ale i skończy się wówczas, kiedy ja wypowiem magiczne słowa: „rozwiązuję to zgromadzenie publiczne”. Wszystko przez to, że był 2 maja. Wtedy trzeba było zgłosić Paradę Równości, żeby wybrać najwcześniejszy, zgodny z prawem termin. A że w długi weekend części z nas nie było, to wyszło na to, że ja ogarniam, ja podpisuję. Poszło.

Oczywiście, jak zawsze, są narzekania. Że zostało tak mało do Parady a nadal nic nie wiadomo. Ale ja przepraszam, co jeszcze chcecie wiedzieć? Parada rusza 2 czerwca spod Sejmu. Trasa jest znana, godzina jest znana… Co jeszcze? Że nie wiadomo, co się dzieje poza Paradą Równości… No ale zrozumcie wreszcie, że inne rzeczy nie są organizowane przez nas. Robią to inne organizacje, inni ludzie. My jedynie formalnie zgadzamy się na użycie zastrzeżonej nazwy Parada Równości, gdy mówią o tych wydarzeniach. A reszta nie jest po naszej stronie. Naprawdę, uwierzcie, że ilość pracy, jaką wkładamy w ten event jest ogromna. Ja codziennie poświęcam średnio 2-3 godziny tylko na to. Codziennie, 7 dni w tygodniu. To jest 21 godzin w tygodniu. Pół etatu. I już naprawdę nie byłabym w stanie zrobić więcej. Tym bardziej, że przecież mam też inne sprawy na głowie.

Ot, choćby konferencję „Islam a queer”, którą organizowało Queer UW. Ogromny sukces! Ponad 140 osób wzięło w niej udział! Naprawdę się cieszę. I w zasadzie wszystko odbyło się bez większych komplikacji. Teraz tylko rozliczyć i sprawozdać formalnie wydarzenie i możemy zamknąć. Ktoś rzucił żartem, że za rok musimy iść jeszcze dalej na Wschód. To dość ciekawy pomysł w sumie, rozważam to. Potem za rok znów możnaby zrobić naszą, lokalno-queerową konferencję i znów będzie się dziać.

I żeby nie było, to napiszę coś o ładnych chłopcach. W zasadzie o dwóch. Jeden to Wojtek, którego poznałam tak, że spał u mnie. Osoba ciekawa, niegłupia. Szkoda, że ostatnio chorował i nie dane nam było się zobaczyć. Podobnie zresztą jak Grześ – który co prawda nie chorował, ale jakoś czasu dla mnie nie znalazł, bo mu padł telefon i się nie miał jak kontaktować ze mną… Czy coś takiego. W każdym razie Grześ jest zjawiskowej urody chłopcem, który na dodatek potrafi być naprawdę słodki. W zasadzie na razie tyle mogę powiedzieć. Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas a) powiem więcej, b) powiem więcej miłych rzeczy, c) nadal będę chciała o nich mówić.

Jakoś tak moje życie ostatnimi czasy bardziej obraca się wokół UW niż wokół imprezy. Z jednej strony to niedobrze, bo przecież impreza jest moim życiem. Z drugiej – dobrze, bo doktorat jest teraz najważniejszy. A z trzeciej – wokół jakich imprez miało się obracać, co? Moje życie się zmieniło, bo i otoczenie się zmieniło. Ale teraz będzie inaczej. Musi być.

Niech no tylko dysk twardy kupię…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Za bliskie relacje, choroba psychiczna i hipsterski rower w akcji

26 lip

Powinnam zacząć od tego, że opowiem coś na temat prawietygodniowego pobytu w domu. Za bardzo jednak nie ma o czym opowiadać. Atrakcjami pobytu były bowiem: moja słynna megapizza, grill z okazji pierwszej rocznicy ślubu mojego brata oraz przejażdżka rowerowa na moim nowym bicyklu.
Zaczynając jednak po kolei… Pizza była, rzeczywiście. Zawsze jak jestem w domu, to ją przygotowuję. Wiem, że jest dobra. Pewno robiłabym ją i w Warszawie, gdybym miała piekarnik. Miłym akcentem tego samego dnia było spotkanie z bibliotekarą z liceum. Okazuje się, że dokładnie tego samego dnia… złożyła wniosek o emeryturę. Tak, tak, żegna się z moją szkołą średnią. Niemniej, nasz kontakt pozostanie utrzymany. Tym bardziej, że ma do Warszawy wpadać czy coś. Miło było ją znów zobaczyć.
Najciekawszym jednak dniem był ten, kiedy mój brat ze swoją żoną zaprosili nas na grilla z okazji rocznicy ich wejścia w związek małżeński. Okazja pierwsza klasa. Zaproszeni: rodzice i babcie plus ja. Więc towarzystwo luźne ;) Ja z bratem piliśmy sobie Johnny’ego Walkera, reszta wódką się raczyła i piwami. Zjadłam niesamowite ilości jedzenia z grilla. Ale to też dlatego, że od kilku dni przed przyjazdem do domu rodzinnego już miałam na grillowanie ochotę. Dopiero potem okazało się, że jest okazja. W sensie, że ta rocznica. Trochę się, nie powiem, wstawiłam. Nie tylko obżarłam. A że z Kasiąspyrką się umówiłam, to poszłam dalej. Najpierw był problem techniczny, ale szybko rozwiązany. Nie miałam ze sobą kasy. Kasiaspyrka miała, więc płaciła a ja jej przelewami via komórka oddawałam. Na miejscu, od razu! Potem kartę z domu wzięłam (mama do domu wróciła, a ja klucza nie miałam wcześniej) i poszliśmy w noc trochę. Jak się łatwo domyślić, w małych miastach jak moje rodzinne, niewiele się dzieje w weekend. Także w wakacje. Zaliczyliśmy jednak trzy puby, ciesząc się śmiesznie niskimi cenami wszystkiego. Było fajnie, bo mieliśmy jak zawsze dobre humory. I udało się nam, niestety, kilkoro znajomych z przeszłości spotkać. Niestety, bo nie mamy z nimi kontaktu i takie spotkanie zazwyczaj jest lekko niezręczne. Nie przejmowałam się jednak tym. I gdy już po Kasięspyrkę przyjechał samochód (po tym jak ją facet olał!), ja wracając do domu spotkałam brata z żoną! I poszliśmy dalej razem. Byliśmy w zasadzie jedynymi ludźmi w pubie, do którego poszliśmy. Ale co tam. Kolejka, kolejka i jedziemy! Graliśmy w dartsy… Nie wiem ile czasu nam to zajęło, ale na pewno długo. Wracaliśmy jakoś nad ranem. I musiało się coś stać, po prostu musiało.
Spojrzenie, spojrzenie i już dwóch młodzieńców leci do mojego brata i się na niego rzucają. Żona próbuje ratować sytuację, krzycząc, że tutaj jest monitoring (rzeczywiście, jest) i to ich uspokaja. Wtedy wkraczam ja z moimi zdolnościami do mediacji. Trochę wystraszona, bo wiem, że zaatakowali go w zasadzie bez powodu (wiecie, jak to najebani ludzie z małego miasta), ale widzę, że szybko uda mi się to ograć. Bratu i żonie każę się oddalić czem prędzej do ich domu a sama gadam chwilę z nimi. Potem proponuję, żebyśmy poszli dalej, bo w jedną stronę idziemy. W zasadzie chodzi mi o to, by mieć pewność, że brata nie dogonią. Gadamy o tym, dlaczego zaatakowali. Bo słyszeli jak mój brat obraża żonę brzydko do niej mówiąc. Boże, co za debile. Wcale tego nie zrobił, bo w życiu by tego nie zrobił. A dwa, że po pijaku… sami rozumiecie. Powód nie ma znaczenia. Od słowa, do słowa, gadka-szmatka. Sytuacja załagodzona. Dałam radę. Zawsze powtarzam: mediacja, głupcze!

W niedzielę wyjechałam do Rewala. Na trzy dni. Musiałam, wiadomo. To nadmorska miejscowość mojego życia! :) Było bardzo fajnie, bo nie dość, że znów poczuć mogłem klimat tego miejsca, tych znanych mi jak własna kieszeń stron, dodatkowo spotkałam nie tylko Gosię ale i Jaśka, który akurat dotarł! Było naprawdę super. I w zasadzie nic nie robiłam, opierdalałam się, prawdę mówiąc. Jasne, coś tam się wypiło z ludźmi tam obecnymi i znanymi mi od lat… ale bez szaleństw! Potrzebowałam tego wyjazdu.
I zanim ktoś głupio zapyta: oczywiście, że nie byłam na plaży. Choć mieszkałam w pokoju z widokiem na plażę w odległości może 4 metrów od zejścia na nią ;)

Wróciłam do domu rodzinnego we wtorek. Na godzinkę dosłownie. Potem wsiadłam w pociąg do Szczecina razem z mamą, która przyprowadziła mój nowy rowerek. Ja dźwigałam walizkę, więc sami rozumiecie… Zresztą mama podjechała ze mną te 15 min pociągiem. Tam zaraz dojechał brat, który akurat z pracy wracał. Pomógł mi wsiąść do pociągu z rowerem (jakieś 5 zł kosztuje bilet na rower w PKP Przewozy Regionalne i jakiś 10 zł w pociągu PKP InterCity, to tak jako ciekawostkę) i zabrał mamę do domu. A ja zabrałam się do swojego domu, szczęśliwa i wypoczęta.
W Warszawie odebrał mnie Michał. Nie dałabym sama rady z wielką torbą i z rowerem. Więc on wziął torbę a ja rower. Podjechałam pod pracę Roberta, bo tak się umówiłam z nim. A potem on razem ze mną do mnie wpadł. Zamówiliśmy pizzę i zjedliśmy ją we trójkę, ciesząc się z mojego powrotu.

W środę wpadł do Warszawy Michaś. Żeby dokumenty złożyć. Przyjechał wieczorem, spędził tutaj niecałą dobę. Termin złożenia miał tego samego dnia, co ja. Dobrze, że w czwartek rano pomogliśmy mu z Michałem, bo inaczej nie dałby rady. Miał braki w dokumentach i w ogóle… Ale daliśmy radę.
W czasie, gdy on składał dokumenty w swojej szkole, ja ogarniałam swoją! Musiałam szybko zrobić zdjęcia do dokumentów i zawieźć je do Ośrodka Studiów Amerykańskich UW. Tak, dostałam się na amerykanistykę. Studia I stopnia. Moje pierwsze w sumie! Zapowiada się ciekawie. Na chwilkę obecną powiem tak: mam ułożony plan zajęć i jak wszystko dobrze pójdzie, to uda się i zaliczę też te studia. Przynajmniej pierwszy rok. W USOSwebie są już też widoczne zajęcia, które ja będę w Instytucie Socjologii UW prowadzić. Co prawda rejestracja ruszy dopiero przed II semestrem, ale już zapraszam!
W samym OSA UW dokumenty udało mi się sprawie złożyć i wszystko poszło bez problemów. Będę tam studiować! Co nie oznacza oczywiście, że chcę porzucić polonistykę czy coś! Te studia skończę choćby nie wiem co. Przede mną sesja poprawkowa i mówię o niej dlatego tak cały czas, żeby psychicznie przygotować się do nauki. Dawno tego nie robiłam…
Potem jeszcze do lekarza pojechałam. Dostałam receptę. Miałam też pierwszy wypadek na moim rowerze. Okej, wiem, że nie wolno przejeżdżać po pasach na rowerze. Wiem, wiem. Ale nawet gdybym szła, to babka wyjeżdżała z takim impetem, że musiałaby mnie walnąć. I zrobiła to. Na pasach! W zasadzie nic się nie stało (pierwsze co, to dokładnie obejrzałam rower!), poza tym, że najechała mi na stopę i ubrudziła biały but. Zjechała na bok szybko, zaproponowała, żebym usiadła w samochodzie z tyłu na chwilkę. Nie było potrzeby. Pani była bardzo roztrzęsiona, bardziej niż ja. Ale ogarnęła się, przepraszała. Wypomniała, że jechałam po pasach ;) (Za to jest mandat 50 zł jakbyście chcieli wiedzieć) A na koniec powiedziała skruszona: „Niech pan o mnie źle nie myśli.” i się rozstaliśmy na rozstaju dróg :)

Michaś w czwartek pojechał. A wieczorem zwaliła mi się na głowę jakaś holenderska telewizja. Robią pilotażowy odcinek jakiegoś dokumentu o sytuacji osób LGBTQ w Europie czy coś takiego. I wpadli do mnie, żeby o mnie też coś nakręcić. Kamerzysta, dźwiękowca, prowadzący i reżyser. Najpierw gadka-szmatka w domu, potem ubieranie się i wyjście „na miasto”. Trafiliśmy do Między Nami. Tam kolacja i rozmowa. I tyle. Fajnie wszystko poszło. Ja opowiedziałam te same historie, co zwykle, tylko tym razem po angielsku. Miło poćwiczyć! Tego nigdy za wiele. Oni też bardzo mili. Ten ich prowadzący to w ogóle powieściopisarz, który chce się sprawdzić w innej roli ;) I na koniec nawet się wzruszył, słuchając mojej historii… Co mnie dość zdziwiło, bo nie próbowałam nawet wzruszać. Wiecie, bo zawsze można historię z różnych stron i perspektyw przedstawić, ale ja nie starłam się tym razem jakoś tak wzruszająco opowiadać…

W piątek – czas wielkiej imprezy! Oficjalne warszawskie pożegnanie Grzesia! Wpadło sporo ludzi, którzy już nie będą się z nim widzieć przed jego wylotem do Chin. Impreza udana, bo inaczej w Melinie być nie może. Sam Grześ chyba też zadowolony z tego, co się działo. Sporo hałasu, aż miałam wrażenie, że zaraz może polica wpaść. Ale nic z tego… Żartowaliśmy, że może dla zasady sami wezwiemy ;)
Kasiaspyrka w prezencie pożegnalnym dała Grzesiowi dwie pięknie zapakowane zupki chińskie. Grześ obiecał, że sobie z nimi fotkę w Chinach zrobi i na Facebook wrzuci. Jednakże hitem wieczoru i absolutnym przebojem był Sprite Zero. Sprowadzany z Niemiec przez niektóre sklepy, cholernie drogi ale i pyszny i bezkaloryczny! Chcemy Sprite’a Zero w Polsce! Nikomu nie przeszkadzało, że kosztuje 7 zł za butelkę (zwrotną!) litrową. Jak ma być, to ma być. I ja naprawdę apeluję do osób decyzyjnych, żeby coś zadziałały w tej sprawie…
Koło 1:00 wynieśliśmy się z Meliny i pojechaliśmy do Glam. Chyba wszyscy tam ostatecznie trafili :)

W Glam było rzeczywiście zabawnie. Rzadko jest tak, że nie zwracam uwagi na młodych chłopców dokoła. Ale że impreza miała charakter wyjątkowy, to tak było i tym razem. Bardziej liczyło się towarzystwo własne. Zresztą, oni się też trochę rozbrykali! Ostatecznie bowiem Gackowi nie udało się poderwać Roberta, ale co zrobili, to zrobili ;) Podobnie i Grześ, który – i alkohol tego nie tłumaczy! – wylądował ostatecznie w domu z Mocarem. Potwierdza się moja teza: robimy to wszystko dla tej chwili dreszczyku, dla tej adrenaliny, która na chwilkę nam skacze.
I dobrze!

Sobota była równie udana. Dzień trochę zmarnowałam, nie powiem. Miałem coś tam zrobić, ale mi się nie chciało i zajmowałem się mniej poważnymi, acz nadal istotnymi sprawami. Przy Ordynackiej tego dnia wyjątkowo spokojny bifor. Mało ludzi, w zasadzie od niechcenia to wszystko wyszło. Gacek umierał po piątku i tego dnia nie pił alkoholu w ogóle! To ważne wydarzenie ;) My jednak napić się czegoś chcieliśmy, więc zwartą, kilkuosobową grupą wybraliśmy się do pobliskiego sklepu nocnego. Takiego, że wszyscy się tam nawet do środka nie zmieścimy. Było więc zabawnie i panie z obsługi też miały fan.
A potem poszliśmy w tan. Część poszła znów do Hunters. W tym moja przyjaciółka, która chyba tydzień wcześniej zarzekała się na nagraniu video, że tam jest „takie gówno”, że już więcej tam nie pójdzie. No, ale widać jej konsekwencję. Niemniej jednak, znów po jakimś czasie stamtąd do Glam przybyła. To musi być trochę straszne dla Hunters, że ludzie wolą bawić się w Glam niż przy Jasnej 1.
Impreza fajna, spor znajomych. Oczywiście, ładni chłopcy też byli. Pat. To słowo-klucz tego wieczoru. Pata już chyba kiedyś poznawałam, takie mam wrażenie. Ale nadal nie wiem o nim nic poza tym, że jest młodym, bardzo ładnym chłopcem i że ma na imię Pat. A ja chcę go poznać!
Śmieszne było też wyjście na kebaba w czasie imprezy. Gacek chciał jeść i iść do domu. Poszłam z nimi, zjadłam i wróciłam do klubu. Jeszcze ze dwa drynki wypiłam i dopiero do domu zaczęłam się zbierać :)

W niedzielę z przyjaciółką urządziłyśmy sobie hipsterskie popołudnie. W noworozstawionym UFO na pl. Na Rozdrożu odbywał się jakiś kiermasz czy coś tam offowych rzeczy. Więc wpadliśmy. Ja na rowerze! Pochodziliśmy, pooglądaliśmy, zakochaliśmy się w panu z jednej sklepu (boże, jaki był idealny!!!) i spotkaliśmy tam Pasywa, oczywiście. Sprzedaje swoje spodnie o wdzięcznej nazwie Madoxy. Za 280 zł. Polecam, bo są fajne. Oczywiście, ja takich nosić nie mogę, bo i bez nich jestem gruba.

***

Nowy tydzień zaczął się dość intensywnie. Musiałam nadrobić zaległości z weekendu. Więc kilka godzin przed komputerem spędziłam pisząc, pisząc, pisząc. Trudno. Na szczęście po południu dane mi było się ruszyć. W Instytucie Socjologii UW spotkanie Komisji Rekrutacyjnej, więc na rowerku pognałam przez centrum. To mój pierwszy raz w centrum Warszawy na dwóch kółkach. Brak ścieżek rowerowych jest tak oczywisty, że nie piszę nawet o tym. Jazda jest lekko stresująca, ale można dać radę. Ja dałam ;) Najtrudniejsze miejsce, to – wbrew pozorom – rondo de Gaulla. Bo tam nie można z Alei Jerozolimskich jadąc w stronę Pragi skręcić na rondzie w Nowy Świat (mogą tylko autobusy). No, ale najważniejsze, że dałam radę.
Posiedzenie Komisji trwało jakąś godzinę. Wieczorem następnego dnia okazało się, że jakieś dokumenty były źle podpisane i musiałam jeszcze raz w środę na 15 sekund wpaść złożyć podpisy pod właściwymi :) Z posiedzenia komisji podjechałam do BUWu, bo tam Piotrek chciał na moje konto jakieś książki pożyczyć. Zgodziłam się, wiadomka. Szukaliśmy chwilkę, bo do końca nie wiedział czego chce. Miło jednak było go zobaczyć. Oraz chcę być taka szczupła jak on :(
Wychodziliśmy, gdy padał deszcz. Musiałam więc z rowerkiem przeczekać chwilkę i dopiero wtedy ruszyłam do domu. Odważnie, bo już później się zrobiło. A wtedy mniej na drogach się dzieje. I naprawdę teraz widzę, że nie ma ścieżek rowerowych.

Caaaaały wtorek spędziłam w domu na pisaniu. Nuda, wiem. Ale jakoś muszę zarabiać. W wakacje moje dochody są zawsze niższe niż w trakcie roku akademickiego a teraz jeszcze dodatkowo moi dłużnicy nie płacą na czas przez co i ja w mBanku się zadłużam coraz bardziej. A wyjazd do Paryża na horyzoncie!

W środę podpisałam rano ten papier w Instytucie, potem zaliczyłam zakupy w Carrefourze z Michałem. Rzadko razem chodzimy, ale tym razem się udało. A po południu – spotkanie z Mateuszem. Nowym Mateuszem, którego tutaj jeszcze nie było. No, może raz a propos Parady Równości 2011 się pojawił, bo wówczas podszedł do mnie i sobie ze mną zdjęcie chciał zrobić zwracając jednocześnie moją uwagę swoją niebywałą urodą. Piękny on! :)
Spacerowaliśmy i rozmawialiśmy sobie. Robiłam mu pseudopsychoanalityczne wywody tłumacząc, że rzucenie palenia zależy tylko od niego. Takie tam… Miło czas mijał, gdy… złapała nas burza. Nawałnica w sumie! Szybko się z pl. Zamkowego zebraliśmy i jakoś tam do domu dotarłam szczęśliwie. Ale spotkanie miłe bardzo.

W czwartek też dwa miłe spotkania. Najpierw na szybko z Robertem. Na szybko, bo on w pracy i w ogóle… W ten weekend zabiegany bardzo. Udało się jednak godzinkę na spacerze spędzić. Jak mam zaplanowane spacery, to roweru nie biorę i trochę zawsze żałuję :)
Robert odprowadził mnie do Parku Saskiego, bo tam na spotkanie z Marcinem byłam umówiona. A to wyszło jak zwykle śmiesznie. Bo mamy już takie swoje zabawne sformułowania i „gry”, w których ja np. liczę ile razy podczas spotkania przyznaje mi rację. Mało razy, wiadomo. Lubi – nawet na siłę – nie zgadzać się ze mną. Wylądowaliśmy w Coffee Heaven przy Świętokrzyskiej. Tam teraz mało ludzi, bo Metro ulicę zamknęło. Damian.be wpadł na chwilkę oddać mi kasę i pogadać przy okazji. Więc poplotkowaliśmy też we trójkę. Potem poszedł a ja namawiałam młodego na spacer. On jednak leniwy i to nie takie proste. Skoro już jednak bez roweru się wybieram gdzieś, to chcę chodzić!

Spotkanie spotkaniem, ale wieczorem czekało mnie picie z Ewą i Pauliną. Oraz, jak się okazało, ze współlokatorką Ewy a właścicielką kabackiego mieszkania, gdzie miało to miejsce. Dziewczyny raz po raz próbują przebić się nawzajem potrawami, które przygotowują jako przekąski do picia. Zabawne to z jednej strony, a smaczne z drugiej. Tym razem też było miło i zaskakująco. Ciasteczka, jabłecznik, parówki w cieście francuskim, warzywa, owoce, sosy, chipsy… Czego dusza zapragnie!
Obejrzeliśmy film „Warszawa do wzięcia”. Dokument godzinny o trzech dziewczynach ze wsi, które przyjeżdżają do Warszawy, by tutaj żyć. Dokument ciekawy z wielu powodów. Raz, że może ich historie nie są zaskakujące, ale całość jest (1) potwierdzeniem teorii Bourdieu o kapitale społecznym i problemach z przeskoczeniem jego braku, (2) chyba też zrobiona tak, że pozwala widzom (klasie średniej) zachować bezpieczny dystans do bohaterek. Dzień wcześniej oglądałam to z Michałem i komentowaliśmy to czasem „to niemożliwe!”, „o boże, nie wierzę, że ona to mówi!” i inne takie. Wszystko to miało nas utwierdzić w tym, że tam na ekranie to nie my. Że my jesteśmy inni, że istnieje wyraźna dystynkcja (by użyć ulubionego słowa Bourdieu), która dzieli nas na my i one. Strasznie to fajne, zwłaszcza gdy się obejrzy (kiepski) wywiad z autorkami filmu. Ich narracja podtrzymuje tę tezę. Mówią też o trosce. O tym, że poza kadrem pomagały tym dziewczynom, mobilizowały je, podpowiadały, zżyły się. Ale troska – o czym często mówi dr hab. M. Jacyno – ma dwa oblicza. Jedno, to oblicze „miłosierne” i wspomagające. Ale drugie to oblicze zależności, hierarchii. Troszczący się zawsze jest ponad tym, o kogo się troszczy. Uzależnia od siebie w pewien sposób tę osobę. Jest ponad nią. W sposób ukryty realizuje swoją nieświadomą potrzebę poczucia wyższości, bycia potrzebnym i bycia ponad. Ja pomagam, bo ja mogę, mam taką moc, taką możliwość. Nasza pomoc nigdy nie jest więc bezinteresowna. I te autorki zdają się wpadać w tę pułapkę.
Generalnie wiele ciekawych refleksji nam się nasunęło. A Wam polecam obejrzenie, jest w sieci za darmo w jakimś tam serwisie on-line.

***

Krakowski weekend okazał się być dość mocno szalony… Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Bilety do Krakowa kupiłem już dawno, dzięki czemu były w promocji i tańsze. Dotarłam do Krakowa w piątek jakoś koło 15:30 czy coś. Grześ odebrał mnie z dworca i poszliśmy sobie na kawę. Pogoda była niepewna, więc się nie szlajaliśmy jakoś specjalnie. Wylądowaliśmy w offowym Spokoju. Dołączył do nas Krzyś, który opowiadał o tym jak „jeden koleś”, z którym się spotykał, usnął dwa razy podczas seksu oralnego z nim… A inny, wcześniejszy, chciał zabawiać się w scat i to go przeraziło. Tym bardziej, że jeszcze jeden miał mikropenis. Wiecie, taka choroba, że penis nie rośnie powyżej 5 cm we wzwodzie. Więc powiedzmy krótko: chłopak szczęścia w życiu łóżkowym nie ma… Opowiedział nam to a potem trzeba było się zbierać. Z Grzesiem małe zakupy zrobiliśmy w Tesco (większość sam kupił wcześniej już), zakochaliśmy się tam w niemieckojęzycznym blondynie i ruszyliśmy do domu. Szykować się powoli. Bo to, że w sobotę wielka impreza, nie oznacza, że w piątek nie może być jakiejś mniejszej, prawda?
Dołączył do nas Krzysztof (którego nazywam krakowskim Mocarem i tak traktuję!), siostra Grzesia i Michaś. Dodatkowo była Emilka, która jednak nie imprezowała a która mieszka teraz z Grzesiem i zostanie w mieszkaniu po jego wyprowadzce. Wypiliśmy coś tam i mimo początkowych oporów Michasia, wybraliśmy się do Coconu. Impreza okazała się, jak na piątek w Krakowie, znośna i w miarę udana. Ja nadal nie mogę nadziwić się, że drynk w klubie kosztuje 10 zł. To dość niesamowite, prawdę mówiąc… Ale jakoś nic specjalnego się nie działo. No, może poza dwójką znajomych Michasia, którzy byli pięknymi chłopcami. W sensie, że było na co popatrzeć ;)
Wróciliśmy dość szybko. Kierowcą, z przymusu, był Krzysiek. Gdyby bowiem zaczął pić, nie znałby umiaru i następnego dnia nie przyszedłby na imprezę, a tego chcieliśmy uniknąć. Odwiózł najpierw Grzesia, Asię i mnie a potem zabrał Michasia i odwiózł jego. Sprawnie przeprowadzona akcja.

Sobota zaczęła się dość szybko i dość intensywnie. Praca, praca, praca! Wszak przygotować trzeba imprezę na jakieś 30 osób. Jedzenie, bo Grześ chciał je zrobić, musiało być idealne. Czego tam nie było… Kanapeczki, koreczki, owoce, warzywa, sosy, ciastka francuskie, melony, szynka parmeńska, ciasta, słone przekąski… Wszystkiego w bród. Przygotowanie zajęło nam, z ręką na sercu, cały dzień. Nie wychodziliśmy z kuchni. Grześ, Emilka i ja a potem jeszcze Asia na dokładkę. Dużo pracy, ale opłacało się, bo efekt udany.
W piątek wieczorem okazało się, że nie wzięłam z domu podkładu. O ile wieczorem Emilka pożyczyła mi swój (ciut za jasny) o tyle w sobotę musiałam mieć swój. Poszliśmy więc do osiedlowego sklepu chemicznego, ale nie było tam l’Oreal. Po drodze zaszliśmy do osiedlowego sklepu, który tego dnia się otwierał. Dostaliśmy po paczce zawierającej pasztet, kilka kiełbas i bochenek chleba. Miła promocja, tym bardziej, że niczego nie kupiliśmy! A sklep polecamy ;)
I wracamy do pracy. A mój makijaż uratowała, jak zwykle, Emilka! W drodze do domu z pracy (pani w dziekanacie!) kupiła mi mój podkład! Mogłam być spokojna o wieczór.

Ledwo skończyliśmy robić większość rzeczy, przyszli pierwsi goście. Łukasz z żoną i… dwutygodniowym dzieckiem! Zosia urodziła się 14 dni wcześniej i zaliczyła w ten sposób pierwszą swoją imprezę. Tym bardziej, że zostali prawie do samego końca! Oraz Łukasz jest piękny i o tym wie. Wszyscy się dziwią, że nie jest pedałem, bo ma urodę taką… no, wymuskaną. Plus malutką dupkę! Jest piękny i wiem to nie od dziś, bo już miałam okazję ich poznać jakiś czas temu.
Potem przyszli kolejni, kolejni i kolejni… I tak jakoś impreza powoli się rozpoczęła. Poszła w ruch muzyka (selection by JP), alkohol i lecimy. Ludzi było rzeczywiście ze 30 osób. Obojga płci plus ja. Wszelkich orientacji. Sparowani i nie. Zakochani, porzuceni i osamotnieni. Wszyscy tylko po to, by pożegnać Grzesia. On bowiem na rok wyjeżdża do Chin na studia (skandal!) i będziemy za nim tęsknić jak cholera.
Impreza super, wszystko fajnie… Sam Grześ nie ogarniał już potem. Do akcji wkroczyła więc drużyna Asia, Emilka i ja. I ogarnęliśmy wszystko jak trzeba. Najważniejsze: wygonić ludzi do zamówionych dla nich taksówek, żeby pojechali dalej. Dokąd? Do klubu Plaża. Tam bowiem zarezerwowany stolik czy coś tam i koncert Ramony Rey. Ile koncert mnie nie rajcował o tyle wiem, że w Krakowie może być wydarzeniem. Niemniej, średnia wieku gości jednak była taka, że fani i fanki Ramony to inne pokolenie. Młodsze. Z młodych bowiem, poza mną, byli tam Michaś i Gabryel. Taka tam modelka słodka. Cioteczka, a wiecie, że ja mam słabość :)

W Plaży posiedzieliśmy, do koncertu poskakaliśmy… a dla mnie niespodzianką było spotkanie Davidka! Takiego e-znajomego sprzed setek lat. Pogadaliśmy chwilkę a potem zadecydował o przeniesieniu się wraz ze mną do Coconu. Wszyscy zresztą po Ramonie się tam wybrali. Albo prawie wszyscy.

W Coconie zabawnie. Lubię ten klub. Chyba też za jego wielkość. Oraz za to, że mogę sikać w toalecie dla personelu ;) Było naprawdę okej. Muzycznie… no, jak zwykle, bez szału. Ale jak towarzystwo dobre, to można się bawić. Wypiłam trochę, ale wiem, że rozmawiałam z jakimiś ludźmi i swatałam dwóch napalonych na siebie pedałów, którzy mieli jakieś opory niewyjaśnione. Nieskutecznie chyba zresztą. Ale trudno, ich strata. Noc była nasza. Gdy większość ludzi znajomych wyszła, ja z Czekoladą nadal szaleliśmy na parkiecie. Do jakiejś 6.00 czy coś. Było fajnie!
My wróciliśmy, ale jeden z gości imprezy u Grzesia… nie. Okazało się, że nie dał rady. Zapił się za bardzo, stracił pamięć czy coś, gadał głupoty, więc… zgarnęli go do szpitala psychiatrycznego. Niezłe, muszę przyznać.

Niedziela okazała się całkiem udana także. Najpierw jakaś rozmowa dla radia. Zajęło nam to ponad godzinę (za dużo gadam!) a potem obiad z rodzeństwem N w restauracji włoskiej poleconej nam przez Emilkę. Jedzenie okej, wystrój kiepski. Więc nie polecamy. Michaś do nas dołączył, ale nic nie jadł. Potem kaweczka w jakimś offowym miejscu na Kazimierzu. A potem do domku trzeba było jechać. Rodzeństwo odprowadziło mnie na pociąg (obejrzeliśmy przy okazji nowy peron, bo jeden odremontowali już) i ruszyłam do Warszawy.
Podróż udana, choć jak zawsze starsze panie w przedziale (czemu miałam przedział znów?!) gapiły się z lekkim przerażeniem na moje czarne paznokcie. Ja spałam. Dotarliśmy na czas.
Robert odebrał mnie spod Mariottu. Odprowadzał go zresztą jakiś zakochany w nim 15latek… Poszliśmy na pizzę. Robert chciał, Robert namówił, Robert zapłacił ;) Do domu mnie jednak potem nie odprowadził, bo mu zimno było. A ja w domu rozpakowałam się sprawnie, ogarnęłam i odsypiać zaczęłam.

***

Atrakcją pobytu w Krakowie był Arek. Ten ze Szwajcarii. Nie na żywo, ma się rozumieć, bo jest u siebie w Zurichu. Okazało się, że jakiś czas temu zaprosił Michasia do siebie, obiecał zapłacić za bilety lotnicze i w ogóle. No, fajnie. Ale Michał się rozmyślił czy coś. Generalnie: nie chce jechać.
Arek oskarża mnie o to, że ja namówiłam go na zmianę decyzji (po co?!) i że to wszystko moja wina. Ja się cieszę, że obdarza się mnie taką omnipotencją ale niestety nie posiadam jej. Nie wiedziałam na początku o co chodzi w jego smsach, więc nie odpisywałam. Raz napisałam „Nie wiem o co ci chodzi?” ale dziwne smsy przychodziły dalej. I wiadomości na facebooku. Zajęta byłam w kuchni trochę, przyznaję. Spałam trochę… no, miałam co robić, więc nie zajmowałam się tym. Michaś wyjaśnił mi ostatecznie o co chodzi. Arek zarzuca mi nawet, że pojechałam do Krakowa specjalnie po to, by namówić Michała na zmianę decyzji…
Napisał mi (na facebooku) m.in. (pisownia oryginalna):
- „po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłe, apartamenty, limuzyna, wódka, drinki… świetna zabawa, dla mnie i dla ciebie, było super….. a ty co, tak mi za to wszystko dziękujesz?”
- „myślisz że odprawisz mnie z kwitkiem, nie teraz to ja chcę moje 1100 zł”
- „nie wierzysz w magię… to obserwój… twoje życie zacznie się zmieniać…”
- „zrozum, ja nie tylko zostałem wczoraj oszukany, ale potraktowany całkowicie jak śmieć, nie dziw się że taka moja reakcja, wiem, nie jestem zwykłym człowiekiem, ale myślałem że to sobie wyjaśniliśmy”
- „ja chciałem zrobić coś dobrego z czystego serca, z michaśiem wyjaśniliśmy sobie na privie, że on całkowicie nie jest zainteresowany sexem ani moją osobą w tej kwestii, ja to bardzo rozumiem i szanuję bo jest bardzo młody, i chciałem mu zafundować wakacje w raju, bo wydawał mi się super sympatycznym chłopakiem, całkowicie czystym i niewimmym, dlatego bardzo bym go szanował i jego wolę”
- „a ty nie tylko zniszczyłeś to wszystko, jego piękne wakacje, moje wakację, ale stanołeś przeciw mnie, grając w swoje intrygi, wskoczyłaś w pociąg jak oparzona żeby ratować michasia, tylko przed czym? Ja uważam się za dobrego człowieka, wymagam od innych tylko prawdomówności, szczerości oraz szacunku, a ty mnie zawiodłeś na wszystkich tych płaszczyznach. Nie mówiąc już o finansowych statach oraz o popsuci mi moich planów wakacyjnych. Przecież ja mógł bym zaproscić kogoś innego. A teraz, zostałem z niczym, oszukany, okradziony, znieważony i potraktowany jak gówniarz. Ja mam wielką cierpliwość i staram się być wyrozumiały dla innych ludzi którzy nie mają tak łatwo w życiu jak ja. Ale to co się stało przekroczyło wszystkie granice. Wczoraj poczułem jak by ktoś wbił mi sztylet w brzuch za to że chciałem się podzielić swoim szczęściem z kimś innym.(…)”
- „zawsze zastanawiałem się dla czego otaczasz się tyloma fałszywymi osobami…”

Odpisałam tylko raz.
Dziękuje Ci za liczne wiadomości jakie do mnie wysłałeś przez ostatnie dni. Utwierdzają mnie one w przekonaniu, że potrzebujesz pomocy lekarza. Przepraszam, że Ci to mówię ale wysyłanie kilkudziesięciu smsów i wiadomości na facebooku do kogoś kto nie odpowiada i daje wyraźny sygnał do tego, że nie chce być w kontakcie z Tobą, nie jest normalnym zachowaniem. Stąd mój wniosek.
Odpisałam Ci raz, że nie wiem o co Ci chodzi. Potem Michał wytłumaczył mi, że zaprosiłeś go do siebie i że on się z decyzji o wyjezdzie wycofał. Dopiero wtedy zrozumiałam Twoje wiadomości.

Informuję Cię, że:
- nie pojechałam do Krakowa, by rozmawiać o czymkolwiek z Michałem tylko by spędzić weekend z Grzegorzem,
- nie mam magicznego wpływu na decyzje innych ludzi i nie każę im robić rzeczy, których nie chcą sami zrobić,
- nie rozmawiałam przed przyjazdem do Krakowa z Michałem na temat Twojej dla niego propozycji i nie obchodzi mnie ona,
- nie interesują mnie także Wasze inne ustalenia, czy to na temat wyjazdów, finansów czy też czegokolwiek innego, bo są to Wasze sprawy.

W związku z tym nie chcę otrzymywać od Ciebie dalszych smsów i wiadomości na facebooku. Jeśli będziesz mi je nadal wysyłać, będę zmuszona Cię zablokować. Nie chcę tego robić, bo rozumiem, że masz problem i że musisz skorzystać z pomocy specjalisty.
Przykro mi, że tak wyszło ale Twoje zachowanie jest na tyle niepokojące, że chciałam Ci to napisać i wyjaśnić. Robię to dopiero teraz, bo wcześniej byłam zajęta imprezowaniem z Grzesiem.

Ponieważ nadal pisał na facebooku i smsowo, zablokowałam go. Nie to, że mam coś przeciwko, ale czasem obawiam się ludzi chorych lub zaburzonych… Nie chcę się w to mieszać. Ich problemy są ich sprawą.

***

Mam postanowienie dotyczące diety. Białkowa jest dobra. Ale okazało się, że nie dałam rady i na czwarty etap nie trafiłam skutecznie. Stąd moje postanowienie, że będę teraz na czwartym etapie. W sensie, że będę jeść dość normalnie i raz w tygodniu białkowo. Czemu?
Dieta białkowa swą skuteczność bierze z zaburzenia naturalnych dla nas proporcji białka-cukry-tłuszcze. A że ja od jakiegoś czasu jem bardzo białkowo, to dalsze zaburzenie tegoż trybu nie będzie dla mnie skuteczne. Bo w zasadzie zaburzenia nie będzie. Chcę przez kilka miesięcy (2-3) wrócić do normalnego trybu (a dzień białkowy ma zapobiec dalszemu tyciu) i wtedy dopiero zacząć białkową. Tak zrobię, bo widzę, że białkowienie mojej diety nie daje już efektów. Jest szansa, że jeszcze przytyję przez najbliższy czas. Może pobiegam trochę od września?

***

Tak myślałam ostatnio o relacjach moich z chłopcami. Pomijam to, że Fronda i Piotr Skarga zawsze doszukują się w każdej osobie, z którą się widzę, bądź która śpi u mnie, że mamy dzikie orgie (ja wiem, to z zazdrości o fantazmatyczny sposób realizacji rozkoszy, jaki mi przypisują). Ale tak na poważnie. Wiadomo, że w celibacie żyję kilka lat. Ale wiadomo też, że przez ostatnie kilka miesięcy pozwalałam sobie na więcej jeśli chodzi o sferę emocjonalną w relacjach z chłopcami. Nie będę wymieniać (Adam, Grzegorz, Dawid, Filip…) ale za każdym razem to zaangażowanie moje okazywało się zbędne i niepotrzebne. W sensie, że z mojej strony wychodziło na to, że jest większe niż z drugiej. To, swoją drogą, zrozumiałe. Wiadomo, że w jakiś tam sposób brak takich relacji w ciągu ostatnich lat sprawił, że każda taka pojawiająca się sytuacja od razu mocno mnie wciąga. Wiem to, wiem.
Niemniej, dochodzę do wniosku, że ten eksperyment emocjonalny, w jaki jakoś tam się wplątałam sama nieświadomie trochę, nie powiódł się. Że nie podoba mi się to. Że nie chcę. Że na za dużo sobie pozwalałam i teraz chcę przestać.

***

I na koniec coś z innej beczki. Ruszają przygotowania do Parady Równości 2012. Generalnie zapowiada się, że znów się włączę, ale nie mam nadal stuprocentowego przekonania czy jest sens i czy warto. Jeśli miałoby to wyglądać tak, jak w roku mijającym, to nie. Bo mimo tego, że moją oficjalną funkcją było „rzecznik prasowy”, to prawda jest taka, że zajmowałam się zbyt wieloma innymi rzeczami. Zbyt. Załatwianie, dzwonienie, uzgadnianie… Zjadło to tyle mojego czasu, że do dziś się z tego nie wyplątałam (vide: podwójna sesja poprawkowa przede mną). Dlatego w taki sposób to ja się nie zgadzam. Jasne określenie kompetencji jest tym, czego nam zabrakło. A może inaczej… może nie tyle zabrakło, co nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będzie koniecznie potrzebne. A i nowe zadania, które się pojawiły po drodze, sprawiły że to wszystko poszło inaczej.
Ja jednak w sumie nie o tym. Bo jak zwykle przy okazji Parady Równości pojawi się pytanie: jakie są jej cele. I jak zwykle pojawi się pomysł, by naczelnym i głównym celem PR2012 były związki partnerskie. Chociaż coraz częściej słyszy się też, że należy w Polsce zacząć dyskutować nad małżeństwami jednopłciowymi. Więc może i ten wątek się pojawi. Ja chcę powiedzieć, że nie. Że nie rozumiem. Nie wiem dlaczego tak bardzo osoby wchodzące w relacje nieheteronormatywne usiłują na siłę porównywać je, przyrównywać i tworzyć na wzór i podobieństwo relacji heteronormatywnych. Nie mogę zrozumieć dlaczego nie ma u nas silnego ruchu queerującego, który opierałby się takiej heteronormatywizacji wewnątrz środowisk LGBTQ. Jasne, ruchy queerowe nigdy nie będą liczne, masowe i duże. Powinny być zdecentralizowane, małe i radykalne. Ale silne i radykalne. Opierające się panującej zgodzie co do tego, że „większość osób LGBTQ chce związków partnerskich”. Musimy nauczyć się walczyć z presją heteronormy i nie szukać na siłę podobieństwa do osób/związków heteronormatywnych. Tym bardziej, że – jakby ktoś nie zauważył – ten model „jednej, prawdziwej, dożywotniej miłości w małżeństwie” się nie sprawdza! Liczba rozwodów rośnie lawinowo. Większość gwałtów dzieje się w małżeństwach. Pedofilia to sprawa przede wszystkim rodzin. Dlatego ludzie wchodzą w zupełnie inne relacje – np. seryjnej monogamii (dość popularne) czy związków kilkuosobowych. Model, który chwali się za to, że stoi za nim kilka tysięcy lat tradycji się nie sprawdza, nie działa. Po co więc pakować się w to samo gówno? Inna sprawa, na którą zwróciła uwagę Marta Konarzewska podczas debaty w siedzibie Gazety Wyborczej, to fakt, że poprzez odnotowywanie związków partnerskich (czy tam jakichkolwiek innych relacji, które dziś nie są formalizowane) oddajemy jeszcze większą kontrolę państwu i systemowi. Chcemy w ten sposób o coraz większej liczbie rzeczy mówić państwu, spowiadać się mu z tego, z kim spędzamy czas, z kim żyjemy, kto jest nam bliski. Jakbyśmy naprawdę potrzebowali urzędowego „okej, zapisane”, żeby to działało jakoś. Nie rozumiem po co na siłę pchamy się w sidła systemu, który przy każdej innej okazji krytykujemy (za wysokie bezrobocie, złe autostrady, za wysokie ceny paliw, złe decyzje w kwestii polityki międzynarodowej etc.). Skoro tak bardzo system ten nam nie odpowiada, to może lepiej szukać innych dróg aniżeli pakowanie się w jego ramiona. Jasne, system nas w końcu przyjmie. Za jakieś 12-18 miesięcy Unia Europejska ma wydać pewne regulacje dotyczące stanu cywilnego. Dziś można bowiem wejść w związek partnerski np. we Francji a mimo wszystko wyjść za mąż/ożenić się w Polsce. I tego będzie dotyczyć dokument. Czyli, że kwestia tego z kim spędzam życie będzie interesowała już nie tylko władze państwowe, ale władze europejskie! Słodko, prawda?
Nie, nie mam pomysłu co zrobić. Tak, wiem że związki partnerskie mają ułatwić także wiele spraw. Ale czuję, że jest inny sposób, inna droga. Nie pozwolę się wbić w mainstreamowy dyskurs LGBTQ, że to jedyny sposób na osiągnięcie równości. Równość nie oznacza braku różnicy. Jesteśmy różni i nie udawajmy, że jest inaczej. Znajdźmy różną drogę, by osiągnąć równość, bo ta nie-różna, którą chcemy kroczyć jest już zdewaluowana i nie sprawdza się nawet w świecie heteronormy.
Szukajmy „różnego” rozwiązania.

Żałuję, że nie mam czasu, by rozwinąć niektóre wątki…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W sprawie nocy po podwyżce

22 lut

Czas najwyższy napisać. Byłoby wczoraj, ale się życie skomplikowało i aktualnie mieszkam u Ernesta. Ale to po kolei, ok?
Zaczyna się wszystko w miniony poniedziałek. Udało mi się dotrzeć na seminarium magisterskie. Pojawić się musiałam, żeby zapowiedzieć kiedy jeszcze zjawię się w tym semestrze (jakoś koło 20 marca), żeby zajęcia mieć zaliczone. Chciałem tylko powiedzieć, że to oznacza, że do zakończenia studiów poza formalną obroną pracy magisterskiej (która zazwyczaj jest naprawdę tylko duperelą zajmującą niepotrzebnie czas) zostało mi tylko jeszcze uporanie się ze specjalizacją Redagowanie magazynów kolorowych. Nie wiem jak mi to pójdzie, to inna sprawa – bo mogą się pojawić pewne komplikacje dotyczące mojej obecności na zajęciach (którą to, w drugim semestrze prowadząca postawiła jako warunek zaliczenia mi całego roku tegoż kursu). Ale na razie nie ma co krakać, liczę, że dobrze będzie. Magisterskie trwało chwilę, na szczęście i mogłam zająć się przy okazji innymi rzeczami. Ważniejszymi.

Po dyżurze w redakcji udało mi się dotrzeć na zajęcia na socjologii, wszystko ładnie zaliczyć i pięknie się uporać z czasem tego dnia. Więc należałoby zaliczyć poniedziałek do udanych, prawda? Inna sprawa, jak te zajęcia wyglądały. Jedne: jak zwykle okej. Gorzej z drugimi, które zaczęły się w sali, w której się z minuty na minutę coraz ciemniej robiło (to akurat zjawisko typowe dla godzin popołudniowych zimą) i nic nie dało się z tym zrobić, bo… Nie działało światło. Ja nie wiem czy aż tak Uniwersytet Warszawski musi oszczędzać, ale było to lekko żenujące, moim zdaniem.
W ogóle czasem muszę przyznać, że to jest niemiłe, co się dzieje. W sensie, że niby doktoranci, niby przyszła elita, niby świeża potrzebna krew… Ale jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że kiepsko. Nie ma kasy na nic, nie ma możliwości robienia czegokolwiek i generalnie jest słabo. I to nie chodzi li tylko o kasę (choć też), ale generalnie. Ja już nie chcę mówić, że są zajęcia, które mogłabym poprowadzić nawet za darmo, byleby móc je poprowadzić i byleby móc mieć kontakt ze studentami. Naprawdę, za friko. Ale nie, nie da się, nie można, nie ma takiej opcji. No żesz kurwa – przecież pewne już swoje umiejętności udowodniłam: broniąc tytuł zawodowy magistra (przed czasem), dostając się na studia doktoranckie (pierwsza na liście nie-stypendialnych, siódma w ogóle na liście przyjętych) i generalnie wydaje mi się, że na zajęciach moich studenci by nie cierpieli… Ale to jest temat na dłuższą blotkę – zbiera mi się teraz dużo na ten temat, bo z jednej strony mieliśmy zajęcia, na których prowadzący zbierał nasze opinie na temat problemów doktorantów, z drugiej – piątkowe konsultacje (o tym zaraz) i znów poniedziałkowe niespodziewane spotkanie z kierownikiem studiów doktoranckich… Stąd też może i nagromadzenie myśli z tym związanych.

Wtorek był ciekawym dniem. Najpierw nie poszłam na te zajęcia, na których zaliczenie roczne mam mieć za semestralną obecność… Bo po pierwsze nie wiedziałam czy w ogóle się odbywają – z racji tego, że pani prowadząca sama mówiła, że nie wie. A że maila nie dostałam od jej asystentki, to olałam. Poza tym, c’mon – kiedyś MUSZĘ chodzić na zakupy. Więc zaliczyłam Carrefour. We wtorki jest tam dzień seniora i seniorzy dostają zwrot, nie wiem 5 czy 10 proc. tego, co wydali na zakupy. To oznacza, że raz na dwa-trzy miesiące mogłabym robić zakupy za darmo. Szkoda, że nie znam tutaj na miejscu jakiejś staruszki lub starca. Chociaż do tego by się przydali.
Za to udało mi się załatwić wpis zaliczający praktyki. Zazwyczaj to ja wystawiam innym odpowiednie zaświadczenia – tym razem musiałam od wydawcy wziąć takowe. No bo samemu sobie wypisywać… trochę głupio, co nie? Generalnie, poszło jak z płatka. Blisko pięćdziesięcioletnia na oko pani magister (sic!) wpisała „zal”. Swoją drogą, nie to, że się czepiam, ale po co na UW osoby z tytułem zawodowym magistra w takim wieku? W sensie, że skoro ktoś nie potrafił się doktoryzować w tym czasie, to niezbyt dobrze o nim/niej świadczy, prawda? No, ale takie rzeczy na WDiNP są możliwe. Szkoda. Osobiście jestem zdania, że mgr należy zatrudniać tylko, jeśli są doktorantami (w sensie, że nie mieli czasu wcześniej zdobyć „dr”) albo jeśli są wybitymi praktykami – wtedy to też ma sens i uzasadnienie. We wszelkich innych sytuacjach – niech szukają pracy gdzie indziej.

Po dyżurze w redakcji umówiłam się z Filipem na kaweczkę. Tak naprawdę, to wymusiłam na nim to zaproszenie. Kiedyś pół-żartem, pół-serio rzuciłam „No, to kiedy mnie na kawę zaprosisz?” a potem się już tylko tego trzymałam. W sensie, że nie ma dyskusji nt. „czy w ogóle mnie na kawę chce zaprosić” tylko od razu kiedy to ma nastąpić. No i udało się, zaprosił. W sensie, że nie to, że płacił za mnie (nie przepadam chyba za sytuacjami, w których 17latkowe płacą za mnie – zresztą wiadomo przecież, że ja w ogóle nie lubię jak chłopcy na mnie kasę wydają), ale znalazł czas, siłę i ochotę na to spotkanie. Ja nadal i wciąż uważam, że Filip (który jest bi, jakby ktoś pytał) się mnie boi. W sensie, że obawia. Lubię to, gdy w klubie zbliżam się do niego, mam lada moment naruszyć jego barierę intymną, a on ucieka, chowa się, odchyla, oddala. Jakby bał się właśnie, że to naprawdę nastąpi. Ale wydaje mi się, że ta obawa dlatego nie jest strachem, że wiąże się z nieco innym poziomem. To jest raczej obawa przed uznaniem nieheteronormatywności. Może kiedyś o tym coś więcej napiszę.
Kawa się przeciągnęła – i dobrze, bo czasu z ładnymi chłopcami chcę spędzać jak najwięcej – i generalnie odprowadziłam go potem jeszcze na autobus. Miły chłopiec, nie głupi, więc czemu nie.

Środa to ważny dzień. A potem jeszcze ważniejsza noc nastąpiła. Dlaczego? W redakcji się męczyłam. Siedzenie tam więcej niż 6 godzin jest jednak dla mnie obciążające psychicznie. Za mało ruchu, chyba o to chodzi. I cały czas, bez przerwy, coś do zrobienia.
Udało mi się za to wynegocjować podwyżkę. Tak, tak, będę zarabiać więcej. Oznacza to, że na 90 proc. od 1 marca rozpocznę także pracę w dodatkowym miejscu w weekendy. Chodzi mi o wyjście z długów. Jasne, nie będzie łatwo, bo już teraz mam ledwo jakiś czas dla siebie (o czym świadczy pisanie blo raz na tydzień lub rzadziej, po nocach zawsze i dlatego, że już wypada raczej niż że mam czas jakoś specjalnie)… Niemniej jednak, taki jest plan. Oczywiście podwyżka nie przyszła mi tak łatwo – dostałam ultimatum w postaci zwiększenia zakresu swoich obowiązków. Ciężka sprawa, ale zgodziłam się. Nie wiem jeszcze jak to będzie, nie ma się co oszukiwać. Chodzi o to, że mam teraz imperatyw „wyjść z długów” i temu podporządkowuję swoją całą działalność. Oczywiście, wciąż jednak priorytetem zostają: przeżycie i ukończenie studiów. Dobrze, że ktoś zapytał których. Ważniejsze są, oczywiście, doktoranckie. Dziennikarstwo w sumie mogłabym sobie darować, gdyby nie to, że został mi do zaliczenia 1 (słownie: jeden) głupi kurs. I już. Eh, same kłody pod nogi.
Po wyjściu z redakcji pognałam na spotkanie swojej drugiej redakcji :) Dwie osoby wyjechały, jedna zrezygnowała ze studiowania, jedna napisała, że nie da rady… Generalnie: kiepsko. Ale to jest kolejne pytanie o to, co się dziać będzie z działalnością studencką w obliczu dalszego umasowienia studiów oraz rozbicia wszystkich kierunków na 3+2+4. Może nie być tak kolorowo. Na socjologii w ciągu ostatnich lat przestały istnieć: Koło Badaczy Mniejszości Narodowych, Dyskusyjny Klub Filmowy Socjologów „Pod Spodem” (po 11 latach działania!), Fotograficzne Koło Socjologów „FoKuS”… Jestem ciekawa czy mojemu kołu uda się przetrwać. Ludziom się po prostu przestaje chcieć. I nie wiem czy wynika to z tego, że wcześniej zaczynają walkę o karierę, o stołki, o miejsca, o pensje – czy też może z czegoś zupełnie innego. Ale nie podoba mi się to. Mam pomysły nowe, czym można by się zająć poza podstawową działalnością, ale nic z tego nie będzie, jeśli rzeczywiście stan liczebny ludzi się nie zwiększy.

Wróciłam do domu spokojnie i koło 21 byłam znów w centrum. Umówiłam się z moją przyjaciółką Gacek i jej b.s.p.s. – jechaliśmy do Tomeczka i Pawła, którzy nas na picie zaprosili. Nie mamy nic przeciwko przecież, prawda? Więc wyposażeni w 0,7 ruszyliśmy. Na miejscu chłopcy czekali na nas z kolejnym 1,5 l i jeszcze czymś-tam dziwnym. Dołączyła do nas początkowo także Whitney Houston a chwilę potem jej piękny partner seksualny Olaf. Posiedzieli, ale za wiele pić nie chcieli, bo coś-tam. My: wręcz przeciwnie. Jeszcze wyszedłem z Tomeczkiem na stację po dodatkowy alkohol. Podkreślam to, bo w sumie nie wiem ile wypiliśmy w sumie. Nie potrafię oszacować, bo nie wiem nawet ile na tej stacji kupiliśmy…
Chłopcy coś-tam do jedzenia przygotowali (smacznie!) a tak w ogóle to oglądaliśmy „Wojnę polsko-ruską”. Wszystko fajnie, wszystko miło… Ale muszę przyznać się do kilku rzeczy. Po pierwsze: niewiele pamiętam. Wstyd, wiem. Ale co mi tam – raz na rok, czy raz na pół roku mogę sobie na coś takiego pozwolić. Tym bardziej, że to niemal rodzinne grono. Po drugie: podczas tej nocy doszło do ekscesów natury seksualnej. W zasadzie to dobrze, gdyby nie fakt, że mi się zdarzyło także brać udział w jednym z tych ekscesów.
Żeby jednak o tym powiedzieć, odwołać się muszę do pojęcia transgresji, jakie tworzy Bataille. Pojęcie "nadmiaru" energii odgrywa kluczową rolę w jego myśli. Organizm w teorii ogólnej Bataille – w przeciwieństwie do klasycznej teorii ekonomii, która zakłada istnienie racjonalnych "aktorów" motywowanych "rzadkością" – normalnie znajduje się w posiadaniu nadmiaru dostępnej energii. Ten nadmiar może być zużyty produktywnie na wzrost organizmu albo może zostać zwydatkowany rozrzutnie. Zmarnotrawienie tej energii to właśnie "luksus". Forma i rola jaką przybiera luksus w społeczności charakteryzuje tą społeczność. Część przeklęta odnosi się do tego nadmiaru – przeznaczonego na zmarnotrawienie.
Transgresja, rozumiana jako przekraczanie samego/samej siebie – choćby na chwilę (i zawsze tylko na chwilę) jest u niego istotną rzeczą. Pozwala bowiem na chwilowe zawieszenie norm – nie tyle przerwanie ich, co ukazanie ich granicy. Nie wiem, że przekraczam granicę Polski z Rosją, dopóki mnie nie ścignie jakaś Służba Graniczna. Nie oznacza to, że znoszę tę granicę, prawda? Oznacza jedynie, że pokazuję jej granice. Pytanie, jakie ja sobie stawiam – jako osoba słabo myśl Bataille’a znająca: Czy aby doszło do transgresji, musi być to przekroczenie świadome? Czy muszę chcieć przekroczyć? Czy muszę poszukiwać tej granicy, „na ślepo” i po omacku szukać jej, by móc mówić o transgresji, gdy ostatecznie uda mi się ją przekroczyć. Inną sprawą jest to, że mówi Bataille o uczuciu trwogi. Ona musi się pojawić, by zwydatkowana „na nic” energia mogła brać udział w wydarzeniu transgresyjnym. To ważne, bo być może odpowiada na moje pytanie o konieczność intencjonalności działania ku transgresji.
No więc ja dokonałam transgresji. Może nawet nie zdawałabym sobie z tego sprawy nawet (z powodu znacznego upojenia alkoholowego i amnezji dotyczącej większej części nocy), ale chyba mi się udało. Miałem taki jeden moment, gdy dotarło do mnie, co się dzieje – moment trzeźwości. W tamtym momencie spojrzałam na Tomeczka i Pawła (którzy współuczestniczyli w mojej transgresji, czy też nawet jakoś tam ją sprawiali) i dotarło do mnie, że ogarnia mnie trwoga. Że przekraczam granicę – i nawet nie wiem, kiedy to się stało i jak się zaczęło. Ale w tamtym momencie pojęłam, że oto widzę granicę, doświadczam granicy.
Mówiąc bardziej „po ludzkiemu”: zrobiłam coś, czego na trzeźwo pewno nigdy bym nie zrobiła. Uczestniczyli w tym Tomeczek i Paweł (swoją drogą, ciekawe na ile świadomie) no i tyle. Czy żałuję? Trochę tak. Ale nie tego, co się stało, tylko tego, że nie kontrolowałam wszystkiego przez cały czas. Jeśli ktoś zna moją obsesję planowania, czy też kontrolowania poprzez planowanie, to pewno wie, jak bolesne to dla mnie doświadczenie. Niemniej: stało się, wypierać się tego nie będę a i przyznać się publicznie wypada do tego, tak jak do wszystkiego innego. O, rzekłam.

Do domu ruszyłam taxi o 7.10. Spać poszłam o 8, a o 10.15 byłam już na nogach. Redakcja wzywała na 12, więc trzeba było się ogarnąć, prawda? Ogarnięcie poszło mi jako-tako. Na szczęście przed pójściem spać poprosiłem SMSem naszą office manager, żeby zamówiła mi jakąś zupę (najlepiej grzybową) i jakieś drugie danie. Potem okazało się, że zamówiła, na chwałę Pana! Spóźniłam się i tak, z powodu powolnego ogarniania się. Ale to jeszcze nic. Bo tak naprawdę, bądźmy szczerzy, trzeźwa to ja jeszcze nie byłam. No i jadę, jadę tym autobusem 167 i jestem już na ostatnim odcinku przed docelowym przystankiem, gdy czuję, że nie czuję się najlepiej. Że zaraz będę wymiotować, czy coś takiego. Więc myślę sobie: oho, wysiądę, zbliżę się do kosza na śmieci, bo nie ma co ryzykować wymiotowania publicznie na śnieg.
Nie udało się. W sensie, że wysiąść. Zaczęłam tracić przytomność. Zrobiło mi się bardzo czarno przed oczami, bardzo słabo, bardzo duszno. Upuściłam torbę, którą miałam w ręku i mocno trzymałam się barierki w autobusie. Żeby nie upaść. Przejechałam mój przystanek, nie mogłam się ruszyć. Zacząłem po omacku szukać jedną ręką torby leżącej koło mnie (bo niczego nie widziałem!) i jakoś ją złapałem. Stałem i czekałem aż mi wróci wzrok. Trwało to jeszcze dwa przystanki, po których moje nogi postanowiły znów słuchać mojego mózgu i na wolę wyjścia z pojazdu zareagowały kroczeniem wprzód. Wysiadłam, odsiedziałam na przystanku z 15 minut i ruszyłam do redakcji. To był najgorszy chyba moment mojego życia, naprawdę.

Dzień nie był może zbyt efektywny, ale co zrobić miałam, to zrobiłam. Nie uznaję taryfy ulgowej dla nikogo, dla siebie także nie. Dlatego po tym wszystkim jeszcze poleciałem na debatę w Instytucie Socjologii UW. Była dla mnie ważna, bo dotyczyła fakultetów, a przecież socjologia queer, o którą walczę od jakiegoś czas, miałaby właśnie być takim fakultetem. Debata zupełnie nie wyszła. I nie chodzi nawet o Mieczysława, który przeszkadzał trochę. On zaczął przeszkadzać, gdy widział, że nic z tego nie będzie. Przyszło bardzo mało osób. Może kilkanaście. Dramatycznie mało. Debata więc nie była debatą, co wygłoszeniem kilku pobożnych opinii – bez dyskusji nad tym, jakby miały być w ogóle zamawiane przez studentów fakultety realizowane i w ogóle. Ja pojawiłam się z Pauliną i naszym transparentem „Chcemy Socjologii Queer w IS”, który zresztą został jakiś czas temu zniszczony poprzez dodanie „Nie” na początku przez kogoś. Zakryliśmy to, oczywiście a transparent wisiał cały czas na ścianie przypięty. Nie wiem, co z tego będzie. Jestem w kontakcie z jedną profesorą, która wyraziła zainteresowanie tematem, ale na razie sprawa odłożona jest do połowy marca.
Po wszystkim – zaliczyłem z Pauliną McD. I całe szczęście, to mi pomogło. Generalnie przyznać muszę, że za dużo do McD chodzę ostatnio, ale to akurat była sytuacja awaryjna i musiałem.

Piątek zaczął się ciekawie – zaproszono mnie na konsultacje społeczne strategii dla szkolnictwa wyższego na lata 2010-2020, którą Ernst&Young razem z Instytutem Badań nad Gospodarką Rynkową za 1,4 mln zł przygotowali dla Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Spotkanie w Rondo I, bardzo fajnie z poczęstunkiem i takimi tam. Konsultacje zwołane chyba tylko po to, żeby zwołać. W sensie, że dlaczego ja się tam zjawiłam? Nie wysłali mi zaproszenia na maila gazetowego tylko samorządowego, więc znajduję się tam jako samorządowiec – ale w tym roku ani ja studentów UW nie mogę formalnie reprezentować ani nic takiego. Był Zarząd Samorządu Studentów UW, który miał swoje uwagi (ale których nie zdążył wygłosić) i zaproszenie akurat ich, to inna sprawa.
Był też Michał i Rita, którzy już (as far as I know) nie są studentami od jakiegoś czasu. No, ale nic to, niech się dzieje wola nieba. Dyskusja momentami żenująca. Studenci mówią od rzeczy (kim była ta dziewczyna i czemu nikt nie rozumiał jej pytań?), promują siebie przy okazji („Dyrektor” z NZSu i rozdający swoje eseje członek władz samorządu SGH), tragedia. Szkoda, że to wszystko tak wyszło. Jasne, pojawiło się kilka ciekawych uwag, kilka cennych pomysłów. Cieszę się, że ktoś zwrócił uwagę na dość dziwne założenie o niemożliwości zatrudniania doktorów, którzy obronili się w jakiejś uczelni przez 2 lata po obronie. Że niby to ma pobudzać mobilność. Ale moim zdaniem to nie pobudzi mobilności, tylko wypchnie tych ludzi (może i mnie za jakiś czas) za granicę a poza tym utrzyma status quo zatrudnienia starszych pracowników…
Wszystko trwało kilka godzin a potem jeszcze ucięłam sobie pogawędkę z Michałem i Ritą o samorządzie. Ciekawe zdanie reprezentują. Są chyba za likwidacją aktualnie istniejącego samorządu (nie na UW, tylko w ogóle) i zaprzestaniem wydawania pieniędzy na rozrywkę i takie tam rzeczy. Mają swoje argumenty a i rzeczywistość (upadki kół naukowych, niska frekwencja na debatach) – w tym spadek aktywności i zainteresowania samorządnością studencką, który obserwujemy od kilku lat na UW – przemawiają za ich argumentacją. Więc to naprawdę ciekawe.
Korki były odwołane tego popołudnia.

Wieczorem wpadłam do mojej przyjaciółki Gacek. Był też Damian.be. Przyszłam dość późno, chcąc wyrazić niezadowolenie z zachowania swojej przyjaciółki – jak zwykle – w czwartek wieczorem dała znać, że „potem zadzwoni” i – jak zawsze – nie zadzwoniła. To jej się zdarzyło po raz pięćsetny któryś-tam, więc mnie to wkurzyło.
Posiedzieliśmy, oni coś-tam wypili i zaraz ruszaliśmy do Utopii. Ja naprawdę będę z całą mocą podkreślać, że chcę iść także gdzie indziej, że chcę robić coś innego, że chcę do innych klubów też chodzić… Ale pogoda mnie wykańcza. Jest tragicznie. Tamtej nocy padał deszcz. No i jak tu się przemieszczać między klubami, skoro każde wyjście choćby na chwilkę na zewnątrz grozi upadkiem, wypadkiem i w ogóle. Dlatego czekam z niecierpliwością na stopnienie śniegu i dobrą, ładną, wiosenną w sumie pogodę.
Pogoda odbija się zresztą także na dynamice imprez utopijnych. Rozkręcają się powoli, ludzie się schodzą jakoś wolniej… To widać, naprawdę. Co nie zmienia jednak faktu, że impreza się, owszem, rozkręciła. I było bardzo sympatycznie. Slave się wreszcie prawie z Damianem.be dogadał, ale nic z tego takiego konkretnego nie wyszło. A szkoda. Szkoda też Adama, który się z jakimś chłopcem dogadywał, dogadywał, potem całował, dogadzał a potem… nic. Chłopiec z jakimś grubym się zadawał a Adam sobie poszedł. No, tak bywa.
Ja bawiłam się wyśmienicie. Dobra impreza, znów niespodziewanie. Bo wiadomo, jak to z piątkami jest – ciężko zaskoczyć stałych bywalców, prawda? No właśnie. I mnie też :) Ale ten piątek jakoś tak dobrze się układał i zaskakiwał dobrze. Dowodem może być to, że dopiero jakoś o 6.20 wyszłam. Co nie zmienia faktu, że mam nadzieję, że jak się trochę cieplej zrobi, to będziemy nie tylko zaliczać więcej klubów w drodze do Utopii ale też, że imprezy będą się ciągnąć dłużej i że aftery jakieś znów nam się przytrafią raz czy dwa. Tak, tak, na to czekamy.

Zaskoczyła mnie też na maksa sobota. W ciągu dnia nadrabiałam sprawy samorządowe i sprawy związane z pisaniem na zlecenie jakiś rzeczy… Wszystko fajnie, spokojnie, czytałam nawet „Żiżka”, którego mi promotor poleciła. Cały dzień układał się idealnie. Więc i idealny (żeby nie powiedzieć, że perfekcyjny) musiał być też wieczór. I był.
Zaczęło się niewinnie, od małego b4u u Gacka. No,m nawet b4em nie można tego nazwać w sumie, bo to takie spontaniczne zebranie. Ja zgarnęłam Kaktusa, który wpadł dość chętnie, chłopcy w ostatniej chwili zaprosili Slave’a i jego współlokatora i tak się jakoś tam uzbierało towarzystwo. Posiedzieli, popili, pogadali, pooglądali maaaaaarną telewizję i można było ruszać powoli. Kaktus nie chciał na początku za długo siedzieć w Utopii a potem wyszedł, bo przeszkadzać mu zaczął tłok. Tak, tłok. Nie wiadomo skąd się tych ludzi tyle wzięło, ale to dobrze. Tak czasem trzeba.
Dla mnie, poza muzyczną rozkoszą, jakiej dostarczyli mi tej nocy Dje, największą radość sprawiło pojawienie się Kacperka! Nie wiem skąd się wziął – tzn. wiem, jego b.s.p.s. miał studniówkę czy jakoś tak. Ale dlaczego i skąd nagle w Warszawie… Nieważne, ważne, że się zjawił. Bardzo miło było też poznać jego b.s.p.s., bo dotychczas jakoś okazja się nie zdarzyła. Mihał się znów w klubie pojawił (ja wiem, mnie też to zaskakuje) i przyszedł z jakiegoś b4u z ludźmi stamtąd i tam taki godny uwagi Patryczek się zjawił. Jestem na tak! A potem się dowiedziałam, że ma 18 lat. Ja to jednak jestem pies na takie młode pedały. Czy raczej suczka.
W zasadzie to ciężko się pisze o muzyce, która królowała tej nocy w Utopii, więc może tylko powiem, że głównym MC był tym razem Nobis. A on wie, jak rozruszać i jak poruszać ludzi. Cudnie było, cudnie!

Po McŚniadaniu wróciliśmy z Mihałem do domu.
Niedzielę spędziłam znów na pisaniu i pakowaniu się. Bo to jest tak. Mówiłam i powtarzałam, że mam, dość tego, że wszystko w domu ja załatwiam. Nawet nie chodzi o to, że Mihał czegoś nie robi, bo on jeszcze jak cię mogę. Gorzej z naszym heteroPiotrem, który nic a nic nie potrafi i niczego a niczego nie robi. Więc postanowiłem dać mu nauczkę i się wyprowadzić na kilka dni. Takich najgorszych, gdy akurat u nas mają rury od gazu wymieniać. A co, niech ma! I słowo stało się ciałem. Odwiedziłam moją przyjaciółkę Gacek w niedzielę wieczorem na rozmowę w sprawie nocy środowo-czwartkowej (nalegała) a potem wróciłam do domu na chwilkę i Ernest mnie zabrał.
Tak, to fakt. Od niedzieli mieszkam u Ernesta na Mokotowie (to jest Mokotów? Bo w sumie nie wiem…). Oznacza to ostateczne załamanie się rozłamu na klientów i pracowników Utopii ;)
Ernest, co muszę podkreślić, zaszalał na maksa. W sensie, że nie tylko przygotował mi świeżą pościel, co nawet chciał mi kolację robić i w ogóle. Sam cały czas powtarza, że nie wie czemu to robi. Ja też nie wiem. Bo przecież ani go transy nie interesują (w sensie seksualnym, ma się rozumieć), ani mnie starzy hetero. Więc nic z tego nie będzie. Ale jest miła atmosfera. Na tyle, że stwierdził, że gdybym się nie miał gdzie przeprowadzić kiedyś, to mogę zamieszkać z nim. Opcja o tyle ciekawa i kusząca, co zła i odpychająca :) W sensie, że ma plusy i minusy i ja je widzę dokładnie.
Niemniej, co podkreślić trzeba – to niezwykle miłe i uprzejme ze strony Ernesta, że zgodził się mnie przenocować i jestem mu oficjalnie, dozgonnie i publicznie wdzięczna za to. Za to mój hetero współlokator musi ogarniać rozmontowanie połowy kuchni, wymianę rur gazowych, złożenie całej kuchni i generalnie musi sobie radzić. A ja nie zamierzam w tej kwestii wyjątkowo kiwnąć palcem. Ot, co!

W poniedziałek wstaliśmy spokojnie (żeby nie było: śpimy w różnych pokojach!) z Ernestem, pogadaliśmy rano a potem on mnie do centrum podrzucił. No i do redakcji na duży, jak przystało. Dużo do nadrobienia po piątkowej nieobecności, ale większość ogarnięta. Poniedziałek i wtorek to w ogóle dla mnie takie dni, jakby ich nie było. Setki małych, malutkich spraw. Udało mi się potem odebrać książkę, która będzie mi niezbędna do przygotowania referatu-wystąpienia na najbliższej konferencji w Krakowie.
Potem zajęcia, zajęcia… Wpadł do nas kierownik studiów doktoranckich… Wszystko fajnie, ale jednak struktura na UW to rzecz nie do ruszenia ;) Pewne rzeczy, pewne interesy, pewne sprzeczności nigdy nie dadzą się pogodzić chyba.

No i na sam koniec dnia wpadłam do Galerii z Marcinkiem na warszawską premierę „Dotkniętych” teatru Faktoria Milorda. O ile gra aktorska raczej mi się podobała i w ogóle było kilka naprawdę fajnych rzeczy, o tyle sama sztuka… no nie wiem, średnio. Wydała mi się trochę pretensjonalna, trochę naiwna. Dobrze oczywiście, że tematy związane z seksualnością i homoseksualizmem są także przez sztukę „trawione”, niemniej jednak jakoś mi to wszystko nie grało. Szkoda, że nie topili nas w dymie w przerwach między scenami – uważam, że to dałoby lepszy efekt. No i trzebaby chyba pomyśleć nad zdynamizowaniem całej akcji, nie tylko podczas przerw. Ale to drobnostki. Generalnie było bardzo sympatycznie. No, nie mówiąc o tym, że znów Faktoria mnie zaprosiła, co jest bardzo miłe z ich strony :) Przeszkadzała mi tylko lesbijka koło mnie robiąca tysiące zdjęć podczas przedstawienia. O, tyle.
Wieczorem krótka pogawędka z Ernestem przed snem no i zaczęłam pisać blo.

A wtorek jest dla mnie ważnym dniem. Mam pierwszą w swoim życiu rozmowę o pracę. O 14.00, więc proszę trzymać za mnie kciuki. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm