RSS
 

Notki z tagiem ‘queer-uw’

Jak to z porno-skandalami było

29 paź

Jutro na Uniwersytecie Warszawskim odbędzie się konferencja „Porne graphos. Pornografia w perspektywie nauk społecznych i humanistycznych”. Niestety, jak większość wydarzeń Queer UW, wywołała jakieś dziwne zamieszanie. A wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu…

pornegraphos_stronaPewno większość osób zainteresowana jakkolwiek działalnością Queer UW lub moją pamięta „PornoDzień”, czyli nasz pomysł na seminarium, jaki pojawił się w naszych głowach dobre kilka miesięcy temu. Pomysł był prosty: pogadać o pornografii naukowo, obejrzeć jakiś performance na video i wysłuchać komentarza naukowca plus zorganizować jakieś warsztaty. Skoro na UW działają organizacje studenckie, których zadaniem jest animizowanie życia naukowego, kulturalnego, sportowego i artystycznego, to nikt nie widział w tym niczego złego. Nikt z nas, ma się rozumieć. Bo że mówienie o pornografii niektórych może drażnić, to jasne. Wszak żyjemy w kraju, w którym niektóre kioski były oprotestowywane, bo sprzedawały gazety erotyczne i pornograficzne… Ale mniejsza. Protestami nigdy się nie przejmujemy, bo po co?

Zazwyczaj pomysł na organizację wydarzenia rodzi się na naszych comiesięcznych spotkaniach koła. Nie inaczej było i tym razem. Postanowiliśmy zaprosić ekspertki i ekspertów od tego tematu. Jak robimy zwykle. Zaprezentować miał się Jakub Dymek, Paulina Kitlas, Jacek Kochanowski, Agnieszka Weseli i moja skromna osoba. O performance grupy Suka Off opowiedzieć miał Tomasz Basiuk. Po ustaleniu programu, chcieliśmy znaleźć salę. Rozmawialiśmy z dyrektorką ISNS UW prof. Małgorzatą Fuszarą na ten temat. Nie podobała się jej nazwa, dodaliśmy do niej rozwinięcie. I już, już miała podpisać papierek-podanie, gdy pojawiła się cała zawierucha. I okazało się, że problemem jest to, że ZA WCZEŚNIE zapowiedzieliśmy wydarzenie jako organizowane na UW. Że najpierw musi być podpis a dopiero potem można to ogłaszać. Rektor UW wezwał, tfu, zaprosił nas na rozmowę. Był opiekun koła, była Prezes koła, byłam ja. Był Rektor, była Prorektor ds. studenckich i była rzecznik prasowa. No i poważna rozmowa. Na chwilkę zdjęli naszą stronę. Okazało się, że trzeba ustalić procedurę do zgłaszania wydarzeń. Nikt nigdy nie powiedział o odwołaniu wydarzenia – mowa była o przełożeniu na nieokreśloną przyszłość.

Oczywiście rzecznik prasowa UW, Anna Korzekwa, ma zawsze swoją opinię. Prawda jest taka, że ona mnie po prostu nie lubi. I nie ma w tym nic złego, ale jednak jest to tłem całej sprawy. Rzecznik prasowa UW mnie po prostu fizycznie nie lubi. Podejrzewam, że to z powodu moich komentarzy na temat jej pracy, do której mam stosunek… dość krytyczny, żeby powiedzieć delikatnie. A że zdanie mogę mieć, jak każdy człowiek, to inna sprawa. To, że jestem po pięcioletnich studiach z dziennikarstwa i komunikacji społecznej, pracuję w mediach od drugiej klasy liceum oraz aktualnie zarabiam głównie z bycia PR-owcem, to dodatkowe argumenty, które mogą świadczyć o tym, że wiem, o czym mówię, gdy oceniam jej pracę. I tyle.

Minął jakiś czas, wydarzyły się inne pozornie-nie-powiązane rzeczy, ale jedno było ważne: pojawiła się procedura. Że mamy przygotować wydarzenie, zapewnić jego naukowy charakter (np. poprzez Komitet Naukowy, który zatwierdzi wszystko od tej strony) i z takim programem przyjść, żeby znaleźć miejsce na UW. Tak umówiliśmy się z dyrekcją ISNS UW. Procedura ma to do siebie, że jakkolwiek by nie była pojebana, to ja ją przejdę. Uprę się, przeczołgam, ale dam radę. I tak samo było tym razem.
Problemem, jaki się pojawił, był fakt zmiany Dyrekcji ISNS UW w momencie, gdy zgłaszaliśmy się z prośbą o salę. Pojawiły się niewielkie tarcia, ale ostatecznie udało się. Mamy salę. I tu podziękowania dla p.o. Dyrektor ISNS UW prof. Fatygi, która wykazała się dla nas pewnym zrozumieniem.

Oczywiście, tym razem też nie obeszło się bez rozmów z Rektorem UW. Jako że nie było nic do zarzucenia, to rozmowy zakończyły się właściwie niczym. Ich treści nie będę przytaczać, bo w mojej skromnej opinii, urągałoby to nie tylko elegancji i taktowi, ale przede wszystkim byłoby naprawdę smutne.

Konferencja się więc odbędzie. Pod inną nazwą, choć w sumie z racji długości trwania, teraz jest to bardziej dzień niż wówczas ;) Tym niemniej zależało nam na tym, by pokazać, że poszliśmy jeszcze dalej. Już nie seminarium naukowe ale cała konferencja. Będą goście z Poznania, Gdańska, Krakowa itd. Zapowiada się bardzo ciekawie.

I znów rzecznik prasowa UW musi powiedzieć coś od siebie. „Konferencja nie budzi zastrzeżeń, a nad programem i referatami czuwa rada naukowa złożona z pracowników kilku uczelni” – i to jest okej. Ale oczywiście dodać musi: „pozostaje nam ufać, że zadbają oni o akademicki charakter wydarzenia”. „Pozostaje ufać nam”?! Poważnie? Mówimy o dr. hab. Tomaszu Basiuku (UW), dr. n. med. Andrzeju Depce (WUM), dr. hab. Jacku Kochanowskim (UW), dr. n. med. Robercie Kowalczyku (Krakowska Akademia im. Frycza Modrzewskiego) i dr hab. Monice Płatek (UW). I naprawdę właściwym określeniem jest „pozostaje ufać”?

A protesty? Tak, dotarła do nas informacja o tym, że ktoś chce protestować przeciw konferencji. Kto? Fundacja Pomocnicy Królowej Różańca Świętego. Sprawdziłam ich, oczywiście. Fundacja powstała w lipcu 2013 i działa w Poznaniu. W skład jej zarządu wchodzą Marek Woś (rocznik ’77), Agnieszka Woś (rocznik ’70) oraz Aurelia Woś (rocznik ’48). Nie wiem czy Marek i Agnieszka są rodzeństwem czy małżeństwem, ale zgaduję, że Aurelia jest matką Marka. A fundatorem fundacji jest ten właśnie Marek Woś. Czyli rodzina założyła sobie fundację.
A w jakim celu? Ach! By upowszechniać wiedzę o różańcu i nowennie pompejańskiej – to po pierwsze. Po drugie: by upowszechniać wiedzę na temat niebezpieczeństw jakimi są okultyzm, spirytyzm i ezoteryzm. I ostatnie: działalność charytatywna i oświatowa szczególnie wśród więźniów i ich rodzin.
Fundacja działa. Dotychczas wydaje kwartalnik „Królowa Różańca Świętego” i prowadzi stronę egzorcyzmy.katolik.pl (i jej obcojęzyczne wersje). Udało się jej także przekazać 300 książek o nawróceniu, wierze i różańcu świętym więźniom. O, tyle.

Organizatorzy protestu są tak leniwi, że nawet nie sprawdzili tego, że ISNS UW nie jest powiązany z konferencją i wysyłają tam jakieś maile. A dodatkowo nie sprawdzili tego, że władze Instytutu zmieniły się w ciągu ostatnich miesięcy i wysyłają te maile do niewłaściwych osób… No to co ja mam na takie protesty powiedzieć? No co? :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Parada, Oslo, Dublin i przerwa blogowa

22 lip
Ja na Paradzie Równości 2014

Ja na Paradzie Równości 2014

Jakoś bardzo długo zbieram się za napisanie tej blotki. Nie ma co udawać, że spotkała mnie doroczna przypadłość: Parada Równości. A ta zabiera mi zawsze tyle życia, że nie mam czasu na takie przyjemności jak blogopisanie. A potem wychodzę z wprawy i ciężko wrócić. Bo wakacje, bo lato, bo gorąco, bo imprezy, bo alkohol, bo wszystko. Myśli jednak trochę mam, więc spróbuję się nimi podzielić.

Zacznę dużo, dużo wcześniej, bo właśnie gdzieś tam jeszcze przed Paradą Równości 2014. Muszę przyznać, że w tym roku wiele rzeczy szło inaczej, niż dotychczas. Co prawda nadal zmagamy się z głównym problemem: brakiem dużych sponsorów (co oznacza konieczność marnotrawienia czasu na poszukiwaniu tańszych alternatyw, rezygnowaniu z pewnych rzeczy i użeraniu się z rzeczywistością), ale rok 2014 był na pewno przełomowy. Nie mogę bowiem, oczywiście, nie wspomnieć o Funduszach Norweskich. Fakt, że otrzymaliśmy takie duże, mocne wsparcie finansowe, wizerunkowe i psychologiczne, był bardzo ważny. Bo choć kwota 40 tys. złotych, jakie Fundusze Norweskie zainwestowały w wydarzenie, wydaje się duża, wcale taka nie była :) Co prawda jeszcze nie zakończyliśmy podsumowania finansowego wydarzenia (tak, tak, nadal są rachunki do opłacenia!), to śmiało mogę powiedzieć, że kwota ta to może 1/3 całych wydatków, jakie mamy przy okazji Parady Równości. A dodatkowo, o czym nie można zapomnieć – umowa partnerska dokładnie opisywała, na co możemy te fundusze wydać. Nie ma więc, że szalejemy i załatwiamy bieżące potrzeby z tej kasy. Co to, to nie. Zresztą jeszcze do połowy sierpnia przygotować musimy sprawozdanie dla Ambasady Norwegii (merytoryczne i finansowe) z tego, na co pieniądze norweskiego podatnika poszły.
Szkoda, na marginesie, że nadal są to pieniądze publiczne a nie prywatne… Ale kropla drąży skałę!

Ważne jednak dla nas było to, że wsparcie to otrzymaliśmy na długo przed samą Paradą Równości. Zazwyczaj bowiem nasza płynność finansowa była utrzymana, ale balansowała na granicy terminów i goniących nas opłat w zespół ze spóźniającymi się wpłatami na nasze konto. Więc pewien spokój ducha mieliśmy.

Udało się nam także namówić dzielnicę Ursynów na przesunięcie Tygodnia Równości na okres bardziej przedparadowy. Tak, żeby całość kończyła się w momencie, gdy zaczyna się Festiwal Parady Równości. Nie to, że chcemy jakoś wykluczać ursynowskie wydarzenia z całej przedparadowej otoczki, ale jednak organizacyjnie całość była dla nas wybitnie męcząca. Nie zapominajcie, że Tydzień Równości na Ursynowie jak i Paradę Równości robią przede wszystkim te same dwie osoby. Więc odsunięcie tych wydarzeń w czasie dało nam jednak chwilę wytchnienia i nie umarliśmy całkiem.

Bardzo fajnie układała się nam też w tym roku współpraca z Komitetem Organizacyjnym. Widać, że zespół, który się utworzył, jakoś się zgrał i – mam nadzieję – za rok będzie także działać razem. Bo pamiętajmy jednak, że Komitet Organizacyjny jest ciałem celowym – w momencie zakończenia Parady Równości, ulega samoistnemu rozwiązaniu i jest na nowo zawiązywany około września. Do końca minionego roku mogła do niego przystąpić każda osoba i organizacja. Od 1 stycznia 2014 dołączenie wymagało akceptacji już działających w nim podmiotów i osób. Tak, żeby ktoś nie próbował w ostatniej chwili, na tydzień przed wydarzeniem, stać się częścią Komitetu nie pracując wcześniej z nami nad wszystkim.

Praca nad Paradą Równości była więc bardziej rozłożona w czasie (czytaj: dłuższa), ale może dzięki temu ciut mniej stresująca w ostatnich dniach przed wydarzeniem. Wtedy, jak się łatwo domyślić, jest wystarczająco dużo rzeczy do ogarnięcia, załatwienia i dopilnowania, by jednak starać się niepotrzebnie stresu sobie nie dokładać.
Ja miałam, jak zwykle, mocno zabiegane dni. Pomijając dosłownie dziesiątki rozmów z dziennikarzami, zgodziłam się poprowadzić w dzień przed Paradą Równości serię wydarzeń, organizowanych przez Fundację LGBT Bussines Forum. Najpierw rano wzięłam udział w ich konferencji prasowej (na którą przyjechałam prosto z redakcji Dzień Dobry TVN), potem poprowadziłam konferencję „Prawa LGBT w kontekście postępu gospodarczego”, by na sam koniec być gospodynią gali wręczenia nagród Tęczowej Pszczoły dla firm przyjaznych środowiskom LGBT w Polsce. W tzw. międzyczasie przebierałam się trzy razy. I jeszcze zdążyłam pojechać do TOK FM na krótką rozmowę. Tak więc jedno wielkie bieganie, które nie wyszłoby mi, gdybym nie zamieszkała na te kilka nocy u Gacka w mieszkaniu. Dzięki temu miałam te kilka kilometrów bliżej i dawałam radę z pokonywaniem odległości na czas. Zresztą prosto z gali jechać musiałam do Polsat News, gdzie na ich zaproszenie także o Paradzie Równości opowiadałam. A stamtąd na oficjalne bifor party paradowe do Mekki… Sami rozumiecie więc, że naprawdę są to dla mnie zawsze ciężkie chwile…

Oczywiście, Parada Równości nie udałaby się, gdyby nie wspaniały Wolontariat Równości! Nie można przeceniać tych ludzi, naprawdę. Ubolewam, że mój osobisty kontakt z nimi w tym roku był mniejszy (na szczęście, nie musiałam się zajmować koordynacją wolontariatu) ale to nie oznacza, że nie wiem, jak wiele pracy i wysiłku wkładają w to, co się dzieje przy okazji Parady Równości. I za to należą im się ogromne brawa.

Sama Parada Równości okazała się niebywale udana! Ja wiem, że Fakty TVN podają rok rocznie, że jest nas 2000 osób (nie wiem, czemu się tak uparli na tę liczbę, ale jeśli obejrzycie relacje sprzed roku, sprzed dwóch lat a i pewno wcześniejsze, to zawsze podają, że uczestniczących osób było właśnie 2000), ale prawda jest oczywiście inna. Było nas ok. 13 tys. osób. I nadal podkreślam, że staram się podawać szacunki uzgadniane z policją i innymi służbami a nie takie, jak niektórzy działacze prawicowi, którzy twierdzą, że na placu, gdzie zmieści się może 8 tys. osób, jest ich 30 lub 50 tys. Nie chcę kłamać w tych przekazach – chcę podawać informację jak najbliższą prawdzie.
Ja bawiłam się świetnie! I znów miałam najwspanialszą grupę banerową! Ludzie, którzy nieśli WHATEVER zasługują na mój wielki, wielki szacunek – i mają go! Wszak decydują się na wsparcie inicjatywy, którą jakaś tam transeta wymyśliła kilka lat temu, nie znając mnie często osobiście. Za to jestem im ogromnie wdzięczna. Mam nadzieję, że bawili się razem ze mną tak, jak ja z nimi. Mój strój co prawda utrudniał mi znacząco obracanie się i rozmawianie z nimi tak częste, jakiego bym sobie życzyła, ale dawaliśmy chyba radę :)
Trasa okazała się dość długa, ale jednak do przejścia. Nie było żadnych problemów (nie licząc jednego młodzieńca, który rzucił w tłum pusty kartonik po soku i został od razu zgarnięty przez policję…), wszystko udało się doskonale. Nawet pogoda nie była taka najgorsza. Fakt, było zimno, ale padało tylko przez pierwsze dosłownie 3 minuty przed startem Parady Równości. Tak więc – idealnie!
Niska temperatura utrudniała tylko samą imprezę w La Playa. Jednakże fakt, że się odbyła, że trwała do późnych godzin nocnych i że bawiliśmy się na niej prawie bezproblemowo, to jeden z większych sukcesów. Strzałami w dziesiątkę okazały się koncerty Asteyi i Izabeli Trojanowskiej, świetnie sprawdziły się drag queen jak i dje. Było cudownie! Gdyby było ciut cieplej, roznieślibyście to miejsce, ja to wiem :)

***

Wyjazd do Oslo dwa tygodnie po Paradzie Równości był doskonałym momentem na odpoczynek. Nie będę udawać, że go nie potrzebowałam… Dlatego pomysł, jaki rzuciła Ambasada Norwegii, by w ramach przyznanego nam wsparcia finansowego zorganizować przyjazd dwóch osób z Oslo Pride (gdzie w tym roku odbywała się EuroPride!) do nas na Paradę Równości a potem nasz wyjazd do nich na przemarsz, wydawał się super. Minusem tego przedsięwzięcia była, oczywiście, jego cena. Gdybyśmy o wszystkim wiedzieli pół roku wcześniej, to i bilety byłyby tańsze i może udałoby się jakieś promocje na hotele upolować. No, ale nic, daliśmy radę.

Pobyt mój i Łukasza był krótki. Przylecieliśmy w czwartek późnym wieczorem a w niedzielę rano musieliśmy się już zmywać. Ale i tak było warto. EuroPride to jednak coś innego, niż nasza dobra polska Parada Równości. Pomijając skład osobowy maszerujących, to jednak sam fakt istnienia grup, które maszerują jedna za drugą a nie chaotycznie mieszają się ze sobą, stanowi o organizacyjnej różnicy. Dlatego we wszystkich zachodnich przemarszach liczy się także osoby stojące po bokach i obserwujące przemarsz, a nie tylko idących jak u nas.

Po powrocie do Polski wielu znajomych pytało mnie: „no i jak tam w Oslo?”, „jak ci się podobało na EuroPride?”. A ja muszę Wam szczerze powiedzieć, że no… jasne, że się podobało. Ale jak już się było na jednej-dwóch-trzech paradach w stylu zachodnim, to już was nic na nich nie zaskoczy. W sensie, że no pride jak pride – bez niespodzianek czy nowości. Jasne, zawsze jest trochę inaczej – nieco inaczej rozłożone są akcenty, nieco inaczej wygląda wszystko wkoło samego przemarszu, ale jednak manifestacje są do siebie podobne. Oczywiście, oglądaliśmy z Łukaszem, jak zbudowane są ich tiry, jak ogarnęli kwestię toalet na imprezie po marszu itd., ale co do zasady: było tak, jak się spodziewałam. Oczywiście, pamiętam, jak i mnie pierwsze zachodnie marsze podniecały – choćby z tego powodu, że na mieście w dniach poprzedzających jest mnóstwo par jednopłciowych, które trzymają się za ręce. A w Polsce to jednak nadal ekstremalna rzadkość… Ale dziś ten widok mnie już nie szokuje, oswoiłam się z nim i spodziewam się go. Dlatego nie ma szału.
Oczywiście, cała manifestacja wypadła wspaniale, wszystko bezpiecznie, zgodnie z planem i tak, jak miało być. Łukasz w swojej tęczowej zbroi – ja jednak bez wymyślnych kostiumów, bo od nich też muszę czasem odpocząć.

Świetnie bawiliśmy się na imprezach w sobotę i w niedzielę, ale… Okazało się, że to wszystko, co słyszy się o alkoholu i norweskim podejściu do niego, to prawda. Moim zdaniem, mają tam więcej zasad dotyczących tego, co można a czego nie można pić i w jaki sposób to robić, niż u nas przepisów w kodeksie ruchu drogowego. I nie przesadzam. Prawdą jest, że sklepy z alkoholem w sobotę czynne są tylko do 15:00 a w supermarkecie można kupić jedynie piwo i cydr o mocy do ok. 5%.
W trakcie imprezy w piątek wieczorem dowiedzieliśmy się, że nie możemy wlewać zakupionego szota do zakupionego soku/coli. Nie wiemy dlaczego. W sobotnią noc dowiedzieliśmy się, że nie możemy kupić przy barze więcej niż jednej jednostki alkoholu (piwo, szot, etc.). Na szczęście udało się nam znaleźć barmana, który się tym ograniczeniem nie przejmował ;) No i, oczywiście, ceny są tam horrendalnie wysokie. Za podwójną wódkę z softem płaciliśmy w klubie od 150 PLN wzwyż. Tak, sto pięćdziesiąt i więcej. A że z Łukaszem nie lubimy sobie żałować…
Szczęśliwie udało się nam wrócić do Warszawy. I dobrze, bo jeszcze tego samego dnia miałam spotkania wieczorem.

***

Ostatnim moim wyjazdem wartym uwagi była wizyta w Dublinie. Ekstremalnie krótka, bo trwała tylko dobę, ale za to bardzo ciekawa. Organizatorem wyjazdu było Google, które – jak się dowiedziałam – traktuje mnie jak Diversity Partner. Cokolwiek to ma oznaczać… Nie wiem skąd i dlaczego akurat mnie, ale nie narzekam ;)
Szczęśliwie do Dublina leciałam KLM przez Amsterdam, niestety wracałam już na Modlin liniami Ryanair… No ale nie ma co narzekać. Powodem mojego wyjazdu było coś, co nazywa się Google Partner Summit. Na wydarzenie zaproszono partnerskie uczelnie (żeby opowiedzieć o rekrutacji i pracy w Google). A na dodatek zapraszają właśnie nas, Diversity Partners, żeby wspierać różnorodność w firmie, jak i w samym procesie rekrutacji. Oczywiście, bardzo dużo z tego to czysta propagandówka i opowiadanie o tym, jakie wspaniałe jest Google… No, ale tego się trzeba było spodziewać, prawda?
Dla mnie dodatkową atrakcją była sama możliwość odwiedzenia firmy, w której pracuje już teraz ok. 3000 osób. Mają trzy wielkie wieżowce i jeden mniejszy. Generalnie, to potentat. Z drugiej jednak strony wszyscy mają wyobrażenie o tym, jakim superpracodawcą jest Google. Wszyscy widzieli w prasie te opowieści o tym, jakie to wspaniałe warunki tworzy dla swoich pracowników firma i w ogóle, że jest tam luz i relaks a nie praca.

Miałam okazję zobaczyć to wszystko na własne oczy. Rzeczywiście, biura są kolorowe, nienudne i każde piętro ma swój „temat przewodni”, o którym decydują pracujący tam ludzie. Na każdym piętrze są pokoje do odpoczynku, ale i niewielkie kuchnie. Zasada mówi, że z twojego miejsca pracy do najbliższej kuchni nie może być dalej niż 70 kroków… Te jednak małe kuchnie to nic w porównaniu z tym, co dzieje się na stołówce. Tam przygotowane są cztery „strefy”, w których podawane są różne rodzaje jedzenia. Wszystko, oczywiście, za darmo. Śniadania, lunche i niewielkie kolacje (bo wieczorem jednak nie za dużo ludzi zostaje).
Darmowych atrakcji jest dużo więcej. Tak, jest basen. Tak, jest siłownia/fitness. Jest masażysta. I lekarz. I nawet dentysta. Wszystko po to, by człowiek jednak siedział w pracy i nie próbował z niej uciec :)

Co ciekawe, wszystkie osoby, z którymi rozmawialiśmy (sporo osób z Polski tam, oczywiście, pracuje), mówiły zawsze o karierze w Google’u w perspektywie 2-3 lat. I tyle. I mam wrażenie, że dla większości ludzi tyle trwa tam praca. Że po tym czasie znikają, odchodzą. Nawet jeden z Polaków właśnie opowiadał, że za miesiąc się zwalnia, by wrócić… do Warszawy do jakiejś firmy założonej przez jego znajomego. Dziwne w sumie, prawda?
No, ale mniejsza o to. Dla mnie ważne, że mam kontakty z Googlem i że mogę ich spróbować wciągnąć w różne działania pro-różnorodnościowe w Polsce. Bo z polskim oddziałem na razie mi to nie wychodziło.

Śmieszna sprawa: okazuje się, że Google przez przypadek/pomyłkę zabukowało mi także lot powrotny z Dublina liniami KLM. Na 25 lipca. Przez Amsterdam. Gdy tylko się zorientowałam, zaczęłam szukać jakiegoś lotu do Dublina lub Amsterdamu, żeby zapłacić za przelot w jedną stronę, a w drugą już wrócić na ich koszt :) Ale, niestety, nie ma nic opłacalnego :( Tak więc bilety się zmarnują. A szkoda!

***

A co poza tym?
Ano trochę się dzieje. Przede wszystkim: wracam na UW. Dostałam się na studia I stopnia na kierunku informacja naukowa i bibliotekoznawstwo. Po co znów na studia? Chcę pewne rzeczy uporządkować. Przede wszystkim, nie ukrywam, chodzi o Queer UW. Jest tam kilka spraw do ogarnięcia – w tym najważniejsza: sprawa regulaminu. Rektora UW podjęła decyzję o unieważnieniu dwóch uchwał, które zmieniły regulamin i wprowadziły najpierw funkcję członka wspierającego a rok później – dyrektora wykonawczego. Prorektora UW ds. studentów i jakości kształcenia stwierdziła, że zakres praw i obowiązków w obu przypadkach jest za duży i uchwały uchyliła. Ponieważ władze Queer UW nie zgadzają się z tą decyzją, zwróciły się do niej z wnioskiem o ponowne rozpatrzenie sprawy (to właściwy tryb odwoławczy). Spodziewam się, że Rektora decyzję swą podtrzyma, co otworzy nam drogę do zaskarżenia decyzji do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Uważam, że dobrze jest sądowo sprawdzić, jakie kompetencje i na ile swobody w kształtowaniu swojej swobody ma uczelniana organizacja studencka. Spór w tym zakresie między organizacją a władzami UW jest wyraźny i dlatego chcę zająć się tą sprawą.

Jeśli idzie o Wojewódzki Sąd Administracyjny, to będę mieć tam kolejną sprawę. W marcu zwróciłam się do Zarządu Samorządu Studentów UW o wyjaśnienie w trybie dostępu do informacji publicznej, jak mam postąpić w związku z zaistniałą sytuacją. Już wyjaśniam. Jako przedstawicielka Queer UW (jest uchwała Zarządu Queer UW w tej sprawie) posiadałam konto w systemie Cerber – służy on do składania i rozliczania wniosków o dofinansowanie, składanych do władz Samorządu Studentów UW. Wiele takich wniosków złożyłam i rozliczyłam. Ale w którymś momencie Zarząd Samorządu Studentów UW stwierdził, że moje konto likwiduje, bo ja nie mogę reprezentować uczelnianej organizacji studenckiej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że mam jeden nierozliczony i niesprawozdany wniosek… Chcę go rozliczyć, bo to pieniądze publiczne, a więc transparentność powinna być dla wszystkich priorytetem. Zapytałam więc Samorząd Studentów UW jak mam to rozliczyć i jaka jest podstawa prawna tego, co mi zaproponują.
A Samorząd Studentów UW milczy. O sprawie przypominałam im pisemnie kilka razy. Bez skutków. Ponieważ Samorząd Studentów UW ma obowiązek odpowiedzieć mi w ciągu 14 dni, a te 14 dni minęło kilka miesięcy temu, zwróciłam się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego ze skargą na bezczynność organu (tak się to ładnie nazywa) i czekam na ciąg dalszy. Co ciekawe, gdy samorząd skargę zobaczył, nagle się do mnie odezwał (milczeli, gdy pisałam do nich kolejne przypomnienia). Tym razem jednak ja się nie odzywałam.

Skoro o sądach mowa… Tak zwane „moje sprawy”, związane z działaniami prawicowych mediów, toczą się swoim tokiem. Powolnym, niestety, jak to w Polsce. W październiku będę mieć jedno z pierwszych posiedzeń sądu. Ale o szczegółach pisać na razie nie będę.

Jest też pewien pomysł na to, jak powinnam ogarnąć swój doktorat. Ale ponieważ wiele zależy od innych, to na razie nie zdradzam szczegółów. Sygnalizuję tylko, że temat nie umarł.

No, i jakoś udało się przebrnąć. Oby teraz częściej. I krócej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Grudzień na koniec udanych 12 miesięcy

09 sty

Nic na to nie poradzę, bo rok rocznie grudzień okazuje się być najtrudniejszym miesiącem w roku. Albo jednym z najtrudniejszych. To jednak nie może wpłynąć na fakt, że cały rok 2013 był dla mnie bardzo udany. Czas zaplanować kolejny, prawda?

Impreza w krakowskim Coconie 1 grudnia

Impreza w krakowskim Coconie 1 grudnia

To w sumie oczywiste, że jest w ostatnim miesiącu trzeba brać się za zestawienia, podsumowania, porządkowanie papierów i inne tego typu rzeczy. I byłoby okej, gdyby nie to, że to miesiąc wyjątkowo krótki. Przecież od 24 grudnia już nic się nie dzieje, nikt nie pracuje. A poza tym i tak wszyscy chcą mieć wszystko do tego właśnie magicznego 24 grudnia, więc nie ma znaczenia, co się robi po tym dniu…
Tak więc spędziłam grudzień na tego typu rzeczach. Kończył mi się, dla przykładu, projekt dla dzielnicy Ursynów musiał się zakończyć do 31 grudnia, więc do tego dnia wszystkie umowy, płatności, przelewy i rachunki musiały być gotowe. W normalnych instytucjach zajmują się tym sztaby ludzi, albo przynajmniej wyspecjalizowane jednostki. W Fundacji robię to ja. Tak wyszło, że muszę to ogarnąć.
Ale! Koniec roku to zarazem czas, gdy przygotować się trzeba na nowy. Wszak nowe konkursy, nowe granty, nowe wnioski. Z jednym miałabym niezłą wpadkę. Chodziło o to, że byłam święcie przekonana, że konkurs trwa do 31 grudnia do 12:00. I zaplanowałam, że 30 grudnia wieczorem popracuję nad tym, dokończę wniosek i takie tam. Na szczęście automatyczny system wysłał mi tego 30 grudnia rano maila z przypomnieniem, że tylko do 12:00 można składać wnioski. Więc cały poranek spędziłam właśnie na tym. Udało się (choć nie jest idealnie – już post factum wyłapałam jeden błąd…), ale nerwów miałam co niemiara.
No i inne wnioski także piszę. Tak to jest w świecie ngo…

Odwiedziłam Strasburg! Zaproszono mnie na konferencję podsumowującą LGBT Project Rady Europy. Jednodniowa konferencja sumująca to, co się wydarzyło. Miałam nawet okazję w kilku słowach odpowiedzieć o projekcie „Proste Równanie”, który u nas robiliśmy. Oczywiście, cały wyjazd nie obył się bez problemów… Najpierw na lotnisku Chopina powiedziano mi, że coś dziwnego jest z moim biletem AirFrance KLM, bo nie mam bagażu rejestrowanego w ramach niego ale jak trzeba, to się etykieta drukuje prawidłowo… Okazało się, że KLM ma nową taryfę od maja, w której podstawowy bilet NIE MA bagażu w cenie. Chyba że jest się członkiem ich programu lojalnościowego Flying Blue i wówczas za darmo dodają ów bagaż. Pani na lotnisku odesłała mnie do stanowiska KLM, gdzie niemiły zezowaty pan poinstruował mnie jak na iPadzie udostępnionym się zarejestrować. Zrobiłam to i powinno być okej. Powinno, ale w Amsterdamie podczas przesiadki okazało się, że nie jest. Znów musiałam podejść do Transfer Desk, by pani ogarnęła, że wszystko jest okej. Dotarłam do Strasburga około 22:00. Szczęśliwa wsiadłam w taxi, która mnie pod mój hotel zawiozła. Wybrałam sobie taki mały, awangardowy w latach 60. XX wieku hotel dosłownie 600 m od Pałacu Europy, gdzie odbywać się miała cała konferencja. W hotelu niespodzianka: panowie, którzy ze mną lecieli, też tu się zatrzymują. I mają jakiś problem z rezerwacją. Moja poszła bezproblemowo. Miły pan zaprowadził mnie do pokoju, gdzie okazało się… że nie jest on posprzątany. Najpierw próbował mnie przekonać, że jest inaczej, ale gdy okazało się, że w WC na podłodze leżą ręczniki, żarty się skończyły. On nie był władny, na szczęście na dole była jeszcze pani, która ogarniała sprawę i załatwiła mi po dłuższej chwili nowy pokój…
Konferencja poniedziałkowa przebiegła spokojnie. Wszystko zgodnie z planem, mili ludzie, dobre jedzenie. Wieczorem udaliśmy się na kolację w takim LGBTQ-miejscu, które okazało się być bardzo miłe. Ale wszyscy ewidentnie zmęczeni, bo nikt nie miał ochoty za długo siedzieć ani w miasto iść. Ja też nie. Tym bardziej, że to poniedziałek był a Strasburg jest nudny nawet w weekendowe noce. Po drodze na kolację poznałam się lepiej z przedstawicielem Biura Rzecznika Praw Obywatelskich (może się przydać!) oraz… namówiłam go i Wiktora na grzane wino! Bo, oczywiście, Strasburg jako stolica Świąt Bożego Narodzenia, szczyci się małymi targami na każdym większym skwerze, gdzie między innymi to można kupić. Ale tylko do 20:00, bo potem już wszystko zamknięte…
Wróciłam do hotelu około 23:00 i okazało się, że – uwaga! – mój pokój w pierdolonym czterogwiazdkowym hotelu nie był sprzątnięty. Możecie sobie wyobrazić moją emocję… Ale że już późno, to awantury robić nie chciałam. Po prostu Hotel Villa Novarina w Strasburgu OMIJAJCIE szerokim łukiem.
Następnego dnia wylot. Wiktor Dynarski leciał ze mną, więc od razu raźniej. W Strasburgu na lotnisku okazało się, że jego odprawili na oba loty bez problemów a mnie… oczywiście, że nie. Bo był overbooking w samolocie Amsterdam-Warszawa i musiałam się tym zająć na lotnisku Schiphol. Na szczęście przy Transfer Desk był bardzo miły stary pedał, który flirtując ze mną ogarnął sprawę. Okazało się, że jednak nie będzie problemu i nie przesadzą mnie do klasy biznes z powodu braku miejsc… Wróciłam więc normalnie, standardowo ale już w tym momencie bezproblemowo. Tylko po to, żeby w domu w ciągu 15 min ogarnąć się i wybiec na UW…

W grudniu Queer UW zorganizowało spotkania dotyczące gender. No i queer, ma się rozumieć. Nasz dwudniowe „Kody Genderu” okazały się być bardzo udane. I nie chodzi mi tylko o frekwencję, ale także o to, jak naukowo wszystko poszło. Też było z tym problemów co niemiara, bo się okazało, że w grudniu wszyscy chcą wyjechać/odpocząć/przygotować się do Świąt. Nie powinno to być zaskoczeniem, ale jakoś nie zastanowiliśmy się nad tym wcześniej. Tak więc prosiliśmy bardzo mocno ekspertki i ekspertów o zjawienie się na miejscu – z sukcesem! Dyskusja okazała się być fascynująca. Na tyle, że seminarium planowane na dwie godziny trwało dobre 2:40 (bez przerwy!) a i tak nikt nie chciał wychodzić z sali. Całą relację przeczytać możecie na stronie queer.uw.edu.pl – polecam, bo nawet jak ktoś nie był, to wynieść może z niej pewne elementy.

Studia doktoranckie się komplikują. Sprawa wygląda tak, że mam już nowego chętnego na promowanie mnie. Mam nowy temat. Mam nowe fragment i nową koncepcję spisaną. Wszystko cacy. Chcę się teraz wznowić. Mogę, bo regulamin pozwala na to. Jest tylko jeden problem: osobą decydującą o wznowieniu jest… moja była promotorka. A jej zdaniem wznawianie się tak w trakcie roku nie przejdzie. Oczywiście, znacie mnie, sprawdziłam przepisy i okazało się, że nie ma niczego regulującego tę kwestię. Ba! Powiem więcej! Jedyną rzeczą, jaka reguluje wznawianie się na studia doktoranckie jest zapis mówiący, że decyzja w tej sprawie należy do kierownika studiów doktoranckich. I tyle. Moje zadanie: przekonać ją, że może mnie wznowić od nowego semestru. Pierwsze podejścia już za mną, ale nadal nie udało mi się przekonać jej, że tak jest okej. Zobaczymy. Trzymajcie kciuki. Swoją drogą: myślałam, że najtrudniejsze będzie znalezienie nowego promotora. Okazuje się jednak, że nie. Że walka z formalnościami. Ale dam radę.

Byłam w domu rodzinnym na Święta. Na początek się wkurwiłam, bo mój ukochany InterCity miał ponad 30 min spóźnienia! Więc bardzo źle! Potem jakoś już poszło. To była pierwsza Wigilia, gdy moje obie babcie wiedziały, że jestem transem. Czy tam pedałem. Myślę, że im wszystko jedno. Lokalna gazeta jakiś czas temu napisała o mnie. Ze zdjęciem. I „cytatami” z pewnego serwisu internetowego. A ponieważ naruszyło to moje dobra osobiste, to przed Świętami do odpowiedniego sądu trafiło dokładnie 250 stron pozwu cywilnego…
Sama Wigilia przebiegała śmiesznie. Jedna z babć (nie spędzamy razem Świąt, kontakt mamy słaby) zadzwoniła do mnie tego dnia (mama ma imieniny, chciała złożyć życzenia) a gdy usłyszała, że ja jestem w domu rodzinnym, złożyła mi życzenia. Powiedziała też: „I pamiętaj: rób swoje na resztę – za przeproszeniem – kładź laskę.” Zaskoczyła mnie pozytywnie. Druga z babć była na Wigilii tej samej, co ja. Składając mi życzenia powiedziała m.in.: „I żeby ci się odmieniło, żebyś się odmienił…” Na co rezolutnie odpowiedziałam: „Jeszcze bardziej?!” Poza tym wieczór udany. U mojego brata w domu, co było nowością. Nowością było też to, że pojawiło się wino. Bo zazwyczaj w mojej rodzinie temat alkoholu 24 grudnia wywoływał tylko jedną reakcję: absolutnie nie! Nie wiem czemu w tym roku jakoś bez słowa sprzeciwu nagle się to pojawiło… Ale nie protestowałam!
W pierwszy dzień Świąt zaproszono mnie na chrzest córki mojej kuzynki. Poszłam, bo co mi tam. Najpierw uroczystość w małym wiejskim kościółku (nadal pamiętam wszystkie modlitwy, odpowiedzi i takie tam…). Potem uroczystość w jakiejś nowej restauracji. Spodziewałam się małego obiadu, jakiegoś ciasta i tyle. Ale nie, o nie! To była impreza na pełnej kurwie! Wódka się lała, jedzenie donoszono! Super było! Okazało się, że nowy mąż mojej kuzynki (wcześniej nigdy go nie poznałam…) czyta mojego facebooka i inne takie. Śmiesznie tak jakoś. Ale napiłam się, najadłam… Zadowolona!
Wieczorem wybrałam się do Szczecina. Musicie wiedzieć, że choć to blisko od mojego rodzinnego miasta, to jednak PKP tnie połączenia i nie tak łatwo wieczorem wrócić… Na wyjazd namówił mnie Marcin, którego poznałam podczas ostatniej wizyty w domu rodzinnym. Ładny chłopiec, który właśnie zaczyna pracę w nowym gejowskim miejscu – Małym Amsterdamie. Śmieszny taki skromny i przytulny pub z niewielkim darkroomem na terenie Starego Miasta. Od razu powiedziałam mu, że jeśli przyjadę, to ma mnie na głowie do 4:00 nad ranem, bo wówczas mam pociąg… I nawet dał radę. A w samym Małym Amsterdamie śmiesznie się zrobiło, bo poznałam właściciela, potem pojawiła się jedna drag queen znajoma, druga… Było przyjemnie. Starałam się nie upić, bo wiedziałam, że czeka mnie dość wczesna pobudka.
Ostatni dzień Świąt spędziłam w domu. Odwiedziła mnie rodzina brata. Mama przygotowała całe jedzenie wcześniej, a jako że w pracy była, ja zajmowałam się obsługą gości. Było sympatycznie. Oczywiście, moje ciasto też się pojawiło. Wszak w rodzinie tylko ja piekę. Co więcej, wygrałam mój nieoficjalny doroczny wyścig z siostrą mojej mamy na to kto zrobi więcej ciast na Święta. Ona w pracy je spędziła, więc nie robiła żadnego (córka jej upiekła) a ja tym jednym wygrałam! Oczywiście, nagrody nie ma. Chodzi o honor.

Do Warszawy wróciłam w sobotę 28 grudnia samolotem. W czerwcu zarezerwowaliśmy ten lot i kosztował nas mniej niż pociąg, więc z Gackiem i Gasiąspyrką tak właśnie się wybraliśmy. Udany, krótki lot. Co ciekawe: w Eurolocie nie podają kawy! Tylko woda i herbata. #PolskaJestBardzoBiedna

Imprezy w tym miesiącu okazały się bardzo udane. Ale też i bardzo kosztowne. To jednak jest tak, że jak się więcej zarabia, to i się więcej wydaje… Aż czasem mnie serce boli (żart – wiadomo, że nie mam serca… mam bloga!) jak widzę na rachunku uciekające setki złotych. No, ale cóż… a na co miałabym wydawać?

Oczywiście, sylwestra spędziłam, jak zwykle – sama w domu. No, sama nie do końca, bo Ola36 na seksczacie poznała wielu miłych młodzieńców. Jeden z nich okazał się być szczególnie wart uwagi, przez co spędził przed kamerką aż pięć godzin do 10:00 rano 1 stycznia 2014. Taka sytuacja. Nie obyło się bez alkoholu. Przecież nie obiecuję nigdy, że spędzę ten czas na trzeźwo…

Krótkie podsumowanie roku 2013 obiecuję! W weekend spróbuję!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czemu Olek i Robert są głupiutcy jak trzecioklasiści?

04 wrz

Mowa oczywiście o Aleksandrze Majewskim i Robercie Winnickim. Pierwszy z nich masturbuje się pisząc paszkwile do miniaturowych portali na mój temat, a drugi – jak co kilka miesięcy – wysyła list otwarty do wszystkich świętych.

Robert

Robert

Zacznę od Roberta, bo to bardziej ewidentne. W 13 zdaniach swojego listu (z czego 6 to rzekome cytaty z tego bloga!) popełnił tyle błędów rzeczowych i formalnych, że wskażę tylko kilka:
- nie jestem doktorantem na UW,
- nie jestem pracownikiem UW,
- nie jestem Prezesem Queer UW,
- nie jestem pederastą (jak rozumiem, oznacza to geja),
- nie jestem też pedofilem.

Smutne jest nie to, że wysłał taki list, ale że takimi pomyłkami błaźni się przed każdym, kto potrafi używać Googla. A trzecioklasiści już potrafią. Wiem, bo znam dwóch – jestem ich matką chrzestnym. Smutne też dlatego, że tyle bzdurnych listów w mojej lub Queer UW sprawie wysyłał i nadal nie nauczył się, że ponieważ są bzdurne, to niczego nimi nie wskóra. Publicity też mu nie rośnie. Szkoda więc czasu.

Olek

Olek

Co do zaś Olka, to na początku był ostrożny, ale potem się posypał całkiem:
- dopóki nie nazwał mnie wprost pedofilem, był bezpieczny – teraz już nie jest, bo w nowym tekście używa tego słowa wobec mnie,
- znów pisze o mnie jako o Prezesie Queer UW, za co domagać się będę sprostowania,
- ponoć złożył też zawiadomienie do prokuratury – na to czekałam od dawna! Prokuratura bowiem umorzy śledztwo z braku znamion czynu karalnego i wówczas za każdym razem, gdy znów napisze o mnie „pedofil”, będę mieć w kieszeni wygraną sprawę w sądzie cywilnym. No i kilkaset złotych też.

Wesołe zakończenie historii ze smutnymi panami. To znaczy nie, nie obawiajcie się, ja pracuję nad ich sprawą po cichu. Jak będę miała co ogłosić, to zrobię to. Na razie pozwalam im się kompromitować samodzielnie. Jak trzecioklasistom.

PS. Olku, moi słuchacze i słuchaczki na zajęciach wiedzą, że jestem Jej Perfekcyjność – mówię im to na pierwszych zajęciach. Uwierz mi, zupełnie im to nie przeszkadza. Z częścią z nich mam dobry kontakt po zakończeniu kursu. Część zapisuje się na kolejne zajęcia. A część na swoich blogach pisze, jaki superkurs prowadzę. No i niech średnia moich ocen w ewaluacji (4,81 w skali 1-5) świadczy, że po prostu jestem dobra. A ty piszesz na niszowych stronach.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czemu nie reaguję na prawicowe portaliki?

03 wrz
Taka jestem. I chuj.

Taka jestem. I chuj.

Pytacie mnie co rusz, czemu nie robię nic w sprawie tekstów, jakie pojawiły się na mój temat na kilku małych serwisach o przechyle prawicowym. No to Wam powiem.

Po 1. Takie „akcje” powtarzają się co 2-3 lata. Ktoś sobie o mnie przypomni i próbuje w ten sposób sobie publicyty zrobić. Tak jak teraz jeden z nowych serwisów, który myśli, że w ten sposób się wybije. Moja reakcja tylko podbijałaby im oglądalność. Brak reakcji podbija oglądalność mnie.

Po 2. W zasadzie nie napisali nieprawdy. Cytowanie mojego bloga jest w sumie okej – wszak coś tam kiedyś napisałam i się teraz tego nie wstydzę. Kiedy poszukiwałam swojej tożsamości i myślałam, że jestem hetero, potem że jestem gejem, potem że jestem transseksualistką, potem że pedofilem, potem że osobą aseksualną… Nie wstydzę się tego, że tak wyglądał mój rozwój, moje dochodzenie do punktu obecnego. Dziś wiem, że wcale nie jestem żadną z tych osób.

Po 3. No, rzeczywiście Queer UW dostało kilkanaście tys. zł dofinansowania z budżetu Samorządu Studentów UW. Rzeczywiście, kiedyś dwa lata siedziałam w Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW. Rzeczywiście, kiedyś przez rok piastowałam urząd Marszałkini Parlamentu Studentów UW. Wszystko to prawda, ale to zbiór faktów niepowiązanych ze sobą. Ja wiem, że media prawicowe lubią łączyć niezwiązane ze sobą fakty i wyciągać z nich wnioski, ale zwróćcie proszę uwagę, że tym razem nawet tego nie robią, bo wiedzą, że jako nieprawdziwy zarzut spotkałoby się to z moją ostrą reakcją. W sądzie. Gdy przez 2 lata w Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW kontrolowałam zasadność wydawania pieniędzy, owszem, przeczytałam kilkaset (a może i tysiąc…) wniosków o dofinansowanie. Owszem, w ten sposób nauczyłam się pisać wnioski, bo wcześniej tego nie robiłam. Na stanowisko Marszałka PS UW jak i członka Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW wybrali mnie przedstawiciele wszystkich studentek i studentów UW. Ja wiem, że jest zazdrość, ale zapracowałam sobie na to.

Po 4. No nie, nie rządzę na UW. Chciałabym, bo zrobiłabym trochę porządków, ale niestety, tak nie jest. Jak będę mieć habilitację, to zachęcam Kolegium Elektorskie UW do zgłaszania mojej skromnej osoby. Nie jestem też liderem środowisk gejowskich (wybacz, Robert, że chcą Ci odebrać ten zaszczytny tytuł…). Nigdy nie chciałam być. Większość gejów mnie nudzi i nie lubię ich. Więc nie chcę być ich liderem. Nie jestem też Prezesem Queer UW. To wierutne kłamstwo i bzdura.

Po 5. Na blogu piszę różne rzeczy. Jako że jest to forma literacka, od zawsze zostawiam sobie pewne pole do fantazji i pisania nie-koniecznie-prawdy. I tak jak znajdziecie tekst, że jestem pedofilem, tak znajdzie też informację o wizycie królowej Elżbiety II w moim mieszkaniu ale i informację o tym, że uprawiałem seks z Michaelem Jacksonem. Autorzy mówią o tym licentia poetica.

Po 6. Nie napisałam o żadnym nielegalnym czynie, który miałabym niby popełnić. Co zresztą potwierdzają prawicowe publikacje, które niczego (poza niemoralnym prowadzeniem się, oczywiście) mi nie zarzucają. Gdyby naprawdę wierzyli, że robię coś niezgodnego z prawem, dawno donieśliby na mnie do prokuratury. Ale już sobie wyobrażam ten donos: „I on napisał pięć lat temu na swoim blogu, że jest pedofilem. Trzeba go ukarać!” Prokurator najpierw pośmiałby się trochę, a potem wyrzucił to pismo do kosza. Oraz wyrwane z kontekstu zdania powodują, że wszystko brzmi dużo gorzej. Gdy ktoś nazwie mnie grubą krową, czasem nazywam się tak dalej dla żartu. Gdy ktoś nazwie mnie pedofilem, czasem nazywam siebie tak dalej dla żartu. Oczywiście, gdyby wyrwać zdanie z kontekstu, okaże się, że znaczy co innego. Tak jak zdanie o wolności wypowiedzi, w którym używam przykładu „pozytywnej pedofilii”. To nie jest kwestia tego, czy popieram ją czy nie. To jest kwestia tego, że wolność słowa jest dla mnie wartością na tyle ważną, że chcę, by ludzie mogli o tym rozmawiać. (Z tego samego powodu nie pozywam autorów tekstów na mój temat. Mają wolność słowa – dopóki nie kłamią a tylko manipulują, proszę bardzo.)

Po 7. Ja wiem, że moralne oburzenie prawicowo nastawionych osób jest czymś na porządku dziennym i że chcą cały czas skandali, szoku i niedowierzania. Ale wszelkie skandale, szoki i niedowierzania w moim przypadku są zgodne z polskim prawem. Więc nie podniecajmy się tak, bo nas trotyl zaatakuje. Niemoralne jest rozwodzenie się. Niemoralne jest ruchanie się w dark-roomach. Niemoralne jest wychodzenie drugi raz za mąż. Niemoralna jest antykoncepcja. Niemoralne jest mówienie „O boże!”… Spoko, mogę być niemoralna.

Po 8. Postanowiłam w związku z tym wszystkim pozwolić sobie na własną prowokację. Zamierzam (jak tylko wyzdrowieję…) wybrać się do kilku- kilkunastu parafii rzymskokatolickich i spróbować zamówić mszę św. przebłagalną za grzech pedofilii wśród katolickich księży. Zobaczymy, gdzie mi się uda zamówić.

Po 9. Zaraz im przejdzie. Zawsze tak jest. Pohejtują sobie, popiszą jakieś maile czy komentarze na facebooku i tyle. Jutro znajdą inny obiekt fascynacji. I w nowych tekstach pojawi się albo słowo trotyl, albo gej, albo pedofil. Bo to są ulubione tematy prawicowych portali.

Po 10. Pedofilia jest legalna na całym świecie. Nie zapominajmy o tym.

PS. A! Oraz, oczywiście, reaguję na te teksty. Redakcje kilku z nich dostały ode mnie żądanie usunięcia naruszenia moich majątkowych praw autorskich. Zwróćcie uwagę, że cytowanie mnie bez odpowiedniego oznaczenia źródła to plagiat. A wykorzystywanie zdjęć, do których posiadam majątkowe prawa autorskie bez umówionego wynagrodzenia, to kradzież. Niby tacy moralni ;)
Oczywiście, oni o tym wiedzą. Dlatego fotkę biednego Dawida, który trafił na stronę, że niby jest mną, już tam nie widnieje. Jeszcze cytaty muszą dziś pooznaczać linkami, bo inaczej od razu do sądu sprawa idzie. To nie koniec mojego nękania ich. Będą jeszcze publikować sprostowania – ale tym jutro się zajmę. Na razie kładę się do łóżka zdrowieć.

 
Komentarze (105)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm