RSS
 

Notki z tagiem ‘pasyw’

Love Rules!

16 lis

Myślałam, że będzie gorzej. Że może nawet trochę trudniej. Ale nie. Jasne, w pierwszym momencie byłam w szoku – bardziej z powodu takiego, że to już się stało niż dlatego, że to się stało. I gdy już teraz wiem, że mama wie, że brat wie, że kuzynostwo wie, że wszyscy wiedzą – mogę żyć inaczej. A panie z urzędu miasta i gminy w mojej rodzinnej miejscowości upominam, że w pracy nie wolno zajmować się prywatnymi rzeczami w internecie. A nie sądzę, żeby czytanie mojego blo wchodziło w zakres działań zawodowych… Do pracy, moje drogie.

Najwięcej na temat tego, co się stało, rozmawiałam z Marcinkiem. Szczerze, bo po co inaczej. Choć on mi czasem nie wierzy, bo nie potrafi postawić się w pozycji osoby, która ma kontakt z mamą zdecydowanie inny niż on. Ale to dobrze, to pomogło mi także uświadomić sobie pewne rzeczy.
Przede wszystkim – rodzina nie jest wartością samą w sobie. Nie jest czymś czego trzeba za wszelką cenę bronić. Gdyby tak było, nie zabieralibyśmy maltretowanych dzieci od ich rodziców i nie pozwalalibyśmy na rozwody. W imię rodziny i jej trwania. Rodzina jest wartością o tyle, o ile zapewnia pewne funkcje jej członkom. Poczucie akceptacji, bezpieczeństwa, możliwość rozwoju i takie tam.
Moja rodzina możliwość rozwoju dawała mi przez wiele lat. Ale też i myślę, że wszystkie zainwestowane we mnie pieniądze, czas, emocje i starania zwróciłam z nadwyżką. Zawsze osiągałam sukcesy, udało mi się dostać na studia na UW, skończyłam je wcześniej, od lat działam społecznie, angażuję się, pomagam innym, jestem samorządowcem, realizuję różne projekty naukowe i społeczne, jestem doktorantką… No, generalnie, nie można mi niczego pod tym względem zarzucić. Więc sumienie mam czyste.
Co do bezpieczeństwa – narzekać nie mogę. Ale to głównie w dzieciństwie. Teraz rodzina pomaga(ła?) mi tylko utrzymać się w Warszawie, co jest także pomocą w uzyskaniu poczucia bezpieczeństwa. Gdy byłem mały – wiadomo, chodziło także o inne rzeczy. No i nie nadużywałam tego nigdy. Nie szaleję, nie ćpam, nie upijam się, nie palę, nie jeżdżę na motorze bez kasku… Czuję się okej w tej kwestii. (Aha – nie martwcie się, moja mama doskonale od zawsze wiedziała ile imprezuję i ile na te imprezy wydaję kasy, w przeciwieństwie do osób, które komentowały i chciały mnie tym argumentem zbić z tropu.)
No i akceptacja. Rodzina mnie dotychczas akceptowała. A w zasadzie nie mnie tylko mój pewien obraz mnie, który tworzyłam dla nich i oni tworzyli sobie o mnie. Bo to jest tak, że od końca podstawówki nasza relacja opiera się na kłamstwie. Ja ich okłamałam. Najpierw było trudniej, bo widzieliśmy się codziennie. Potem – gdy już wyprowadziłam się do Warszawy – zdecydowanie łatwiej. Fajnie jest przez świąteczny tydzień poudawać kogoś, kim się nie jest. Albo: kogoś, kim się było. Wrócić do przeszłości – prostej, nieskomplikowanej, radosnej, pełnej uśmiechu, dobrych wspomnień (bo złe się dawno zatarły). Ale prawda jest taka, że moja rodzina mnie nie akceptuje. W przeciwieństwie do tego, co ja czuję do nich. Nieważne.

Oczywiście, mam na myśli bliską rodzinę. Mamę, brata, babcię. Reszta mnie mniej obchodzi. Kuzynka pisząca do mnie jakieś tam rzeczy o usunięciu zdjęć, bo nigdy nie miałem dzieci i nie wiem jak to jest. No nie miałam i nie wiem… Ale co to ma do zdjęć? Albo kuzyn grożący mi w SMSach, że lepiej, żeby mnie więcej nie zobaczył. Kochani są, prawda?

Ktoś chciał być bardzo złośliwy i napisał w komentarzach, że pewno gdyby mnie Królowa poprosiła o usunięcie fotki z fotoblo, to zrobiłabym to bez słowa. Niezły chwyt retoryczny. Bo z jednej strony – matka, symbol wszystkiego, co w życiu dobre jak i życia samego w sobie, a z drugiej – właściciel gejowskiego klubu, obca osoba utożsamiająca dla niektórych dużo negatywnych cech związanych z promiskuityzmem i takimi tam rzeczami. Ładne, ładne.
Nawet myślałam o tym chwilę – i wydaje mi się, że jest duża szansa na to, że odpowiedź byłaby twierdząca. Ale to samo zrobiłabym dla Marcinka. Po prostu z moją mamą wiązały mnie głównie rozmowy przez telefon dwa razy w tygodniu („No, byłem dzisiaj na uczelni… Nie, no fajnie. Jutro? Jutro na imprezę idę. Zwołałem posiedzenie też… Wiesz, tłumaczyłem ci ostatnio”) a z Królową mam więcej do czynienia. Więcej też od niej zależy w moim życiu. Nie dosłownie, ale pośrednio. Niektórym wyda się to straszne lub przerażające, ale nie będę udawać, że jest inaczej. Po prostu mój kontakt z mamą dawno się już rozluźnił. I chyba nawet nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo.
Żeby było śmieszniej – kilka osób powiedziało mi po poprzedniej blotce: „Wiesz co, gdyby moja mama teraz przestała się do mnie odzywać, to po prostu żyłbym dalej”. W sensie, że niczego to w ich życiu nie zmienia. Rozumiem to, bo w moim też nie za bardzo. Dla niektórych może to być smutną prawdą, dla mnie jest stwierdzeniem faktu. To nie tak, że to stało się nagle, z dnia na dzień. To był proces, który zaczął się dobre 8 lat temu. Po prostu to, co się teraz stało uświadomiło mi to.

Od razu uprzedzę tych, którzy będą pisać, że tak naprawdę na pewno to przeżywam i że mi ciężko. No właśnie nie. I nawet mnie to nie zaskoczyło. Tak naprawdę mój brak emocjonalnej reakcji na jakieś wydarzenie zaskoczył mnie tylko po śmierci taty (niedługo rocznica) – czułem, że powinienem to przeżywać, że powinienem być smutny, a nie byłem. Rozmawiałem wtedy o tym z panią psycholog, która uspokajała mnie, że wcale nie muszę, że to może być inaczej.
Marcin głośno myśląc stwierdził, że to wszystko może oznaczać, że mam cechy, które mogą sprawić, że będzie się mnie nazywać złym człowiekiem. No, nie wiem, może. Nic na to nie poradzę – taka jestem.

Skoro zaś już o Marcinku mowa, to muszę przyznać, że widziałam się z nim teraz tyle razy, że jestem trochę w szoku, że jeszcze nie zaczął mi odmawiać. Jak mu wysyłam SMSa, to się zastanawiam trzy razy, czy nie będzie miał mnie dość.
Przede wszystkim – zobaczył się ze mną w czwartek, dzień po tym wszystkim. Potrzebowałam pozytywnych doznań, dlatego poprosiłam go o czas. Wcześniej widziałam się z Davidem M – takie pierwsze nasze spotkanie chyba kiedykolwiek sam-na-sam. Bardzo sympatycznie – miło jest posłuchać Davidka i na niego popatrzeć. Tym bardziej, że on zawsze taki niewinny, że aż prawie czasem się to wydaje niemożliwe. Oczywiście, bez przesady. Ale taka odskocznia to coś miłego. Kaweczkę wypiliśmy w Wayne’s Coffee w Złotych Kutasach.
A potem z Marcinem pizza. Poszliśmy do Pizzeri Marzano, bo jeszcze nie mieliśmy okazji tam być. Ani ja, ani on, ani my. Trafiliśmy na promocję, że druga pizza gratis. Grzechem nie skorzystać. Zjedliśmy, wypiliśmy po lampce, zjedliśmy deser a co najważniejsze – pogadaliśmy. Głównie o mnie, nad czym ubolewam. Bo ja naprawdę wolę słuchać niż mówić. Czasy, gdy lubiłam dominować rozmowę tematem „ja” już daaawno minęły. W liceum tak robiłem. A potem się nauczyłem słuchać – bo zamiast mówienia mam pisanie blo. Tu jednak była dyskusja. Próbowałam przekazać Marcinowi jak to jest. Że jest inaczej niż u niego. Ale on mi nie wierzy. Próbował zastosować chwyt „ale tak naprawdę to ty przecież…”, którego nienawidzę. Potrzebowałam tego spotkania, jego spokoju, pewności. I kontrastu.

Wcześniej w ciągu dnia w redakcji ważne spotkanie – wydawca ogłosiła nam swoje plany na przyszły rok. Dość rewolucyjne, moim zdaniem. A ponieważ na takich spotkaniach zawsze też inne rzeczy wychodzą, to się okazało, że o zastrzeżeniach i uwagach swoich chce nam także powiedzieć. Z niektórymi się nie zgadzałem, ale to postanowiłem potem jeszcze na osobności powiedzieć. Żeby nie było, że podważam autorytet przy podwładnych. W piątek zaś udało mi się zaspać aż do 11:30!!! No i wydawca myślała, że się mszczę czy że protestuję przeciw temu, co powiedziała. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Inaczej radzę sobie z krytyką, nie tak destrukcyjnie. Po prostu zaspałem. Nie wiem, przemęczenie czy coś, nie mam pojęcia. Może emocje, kto wie. Ale prawda jest taka, że wyspałam się na maksa. Aż mnie potem głowa bolała. Co do wydawcy: mam 100 proc. pewności, że czyta blo.
Nie zmieniło to jednak faktu, że musiałam się z domu ruszyć i coś na mieście ogarnąć. Ot, choćby zrobić mystery shopping w jednym z McD. Jest zlecenie – robię. Zawsze kilka PLN więcej w kieszeni, nie? A w mojej sytuacji się przyda.
Ten McD zresztą mi pomógł, bo potem mogłam na tłuste zjedzone pić. Udało mi się wyciągnąć na imprezę… Pasywa! Tak, tak, szok! Ruszył się. Zabrałam go na Hed Kandi Night do Capitolu, choć od początku miałam nadzieję, że potem też ze mną pójdzie dalej. W Capitolu, jak zawsze, dużo ludzi. Dużo, dużo. I szybko jakoś się zebrali – to na plus. Muzycznie było bardzo przyzwoicie. Ładnie grał, zapodał kilka rzeczy, które bardzo lubię, więc ocena musi być pozytywna. Razem z djem był bębniarz. I choć generalnie jestem na tak, jeśli idzie o akompaniament żywych instrumentów do muzyki house i te bębny to świetny pomysł, to po prostu sam ten bębniarz czasem nie dawał rady. W sensie, że momentami wydawało mi się monotonne to, co robi. Zarzut słaby i delikatnie tylko sformułowany, bo jestem zadowolona z tej imprezy.
Żeby było śmieszniej, to przed pójściem tam błądziliśmy po centrum szukając… otwartego sex-shopu. Pasyw chciał kupić sobie poppersa, ale… nie było. W sensie, że sklepy/budy były otwarte, ale akurat tego nie mieli. Skandal w sumie, nie?
Poskakaliśmy sobie w Capitolu ze dwie godziny – ale że ludzi się zaczęło robić naprawdę dużo i że się zaczynali robić naprawdę nietrzeźwi, to czas było na mnie się zbierać. Oczywiście, nie byłoby imprezy, gdyby ktoś nie podszedł, nie przywitał się, nie przedstawił, nie zapoznał. Miłe to.

Potem Pasyw miał iść do Toro, gdzie się umówił z koleżanką. Ale na szczęście dla mnie – koleżanka wysiadła. Więc była droga wolna, żeby do Utopii się wybrał. Gdy szedł, powtarzał kilka razy, że jeszcze nie planował, że to jeszcze nie teraz miała być ta noc… Ale potem się doskonale bawił. I nawet mi powiedział, że tego mu właśnie brakowało. No, nie dziwię się. Noc była naprawdę udana – jako jedna z ostatnich osób opuściłam Jasną 1. Nic w sumie tego nie zapowiadało – może poza dość szybkim zejściem się gości do klubu.
May One był ze ślicznym Davidkiem i poszaleli sobie. Był Patryczek, który też poszalał, ale inaczej niż oni. Był Karol i Karol, Damian.be… Byli Tadeusz z Burgesem – ale dość szybko wyszli. Brakuje kogoś? Oczywiście, mojej przyjaciółki Gacek. Bo jego nie było – w domu rodzinnym się wylegiwał. Więc bawiłam się bez niego – owszem, potrafię tak ;) Maciuś ozdrowiał trochę i już się w klubie zjawił, na szczęście. Zaskoczeniem jednak sezonu był nawet nie tyle Pasyw co… Daszek. Zjawił się w U po jakiś dwu latach przerwy. I bawił się wyśmienicie, trzeba przyznać.
Mnie najbardziej zaskoczyło to, że choć sporo różnych rzeczy wypiłam (miałam taki humor, że słodkiego mi się chciało), to nic a nic mnie nie ruszało. McD zdał egzamin – tłuste żarcie sprawiło, że nic a nic nie mogłam się nawet dziabnąć. Dzięki temu mogłam tak długo skakać – i gdy inni wysiadali, ja korzystałam z dobrodziejstw nowego dja Sin :)

W sobotę wstałam dość wcześnie, bo po jakiś 4 godzinach snu. Ale nie było czasu na odpoczynek, bo lada moment musiałem lecieć na UW. Po co w sobotę? :) Posiedzenie klubu parlamentarnego. Przed pierwszym posiedzeniem Parlamentu Studentów UW nowej kadencji zawsze tak jest. Omówienie planów, zaproszenie nowych ludzi, dyskusje, rozmowy, ustalenia… Ważne. A ja się zjawić muszę, jako – za przeproszeniem – dość ważna osoba w grupie. Marszałek w końcu, nie w kaszę dmuchał. Ludzi sporo, choć miałam nadzieję na kilka więcej. Zaczął senior grupy, opowiadający o historii. Jak zawsze, ciekawie i jak zawsze, długo ;) Jednakże nie na tyle, żeby zanudzić. Żałuję, że nie udało mi się zostać do końca, bo chciałam ludzi pocieszyć po tym wszystkim, czego musieli wysłuchać. Pierwsze spotkania są zawsze długie i wydają się przerażające dla ludzi, którzy dopiero wchodzą w samorządność.
Ale teatr. Umówiłam się – znów z Marcinkiem – do teatru. Miałam zaproszenie na „Jaskiniowca” w Teatrze Praga. Problem jednak polegał na tym, że nie zdążyliśmy. Już w drodze na miejsce dostrzegliśmy, że nie ma szans, że nie – dlatego nie dotarliśmy tam. Poszliśmy do Wayne’s Coffee. Długa rozmowa. Druga w zasadzie. Trudniejsza i wyczerpująca dla mnie. Wydaje mi się też, że niekorzystna dla naszej znajomości. I to mnie trochę zaniepokoiło, ale tylko na chwilę. Bo przecież ważniejsze od trwania naszej znajomości jest to, żeby Marcin był szczęśliwy. Tak sobie pomyślałam i mi się lżej zrobiło.

Wróciłem do domu, ogarnąłem się i zaraz się było zbierać. Ledwo coś zdążyłam ogarnąć, prawdę mówiąc. Wpadłem do Gacka, bo zaprosił na chwilkę z okazji powrotu. Posiedzieli, pogadali z Davidem i Biurwą Jebaną i poszliśmy do Utopii.
Impreza była szalona. Dobrzy dje, dobra muzyka, tłumy ludzi, dobra atmosfera. Jakoś tak ciemniej w klubie było… no, w ogóle dobrze :) Zjawił się Daniel, który od północy obchodził swoje urodziny ale i Serafin, którego dawno nie widziałem. Wszystko było super. Nawet gdy trójka djów się zebrała za didżejką i się popisywali przed sobą – nie przeszkadzało mi to tak bardzo. Było dobrze, tak naprawdę dobrze. W zasadzie więcej o tej imprezie mówić nie trzeba. Wszystko było jak należy.

Niedzielę spędziłam na pisaniu. I pisaniu. I pisaniu. Skumulowało mi się trochę tego a terminy zaczynają gonić. I tak nie jestem zadowolona z tego, co mi się udało zrobić. Za bardzo myślałem o wieczornym spotkaniu… z Marcinkiem. Bo z tą kolacją to było tak, że ja rzeczywiście nigdy go nie zaprosiłam. Bo i wydaje mi się, że od jakiś 2 lat nikogo nie zapraszałam. A poza tym – ja zapraszam na b4y, aftery a nie na kolacje, prawda?
Marcin napisał kiedyś SMSa, że nigdy go nie zaprosiłem. No to nie wypadało nawet inaczej, tym bardziej, że sama bywałam u niego nie raz. Padło ostatecznie na niedzielę. I na naleśniki. Przygotowałam je więc – z ziołami prowansalskimi i takimi tam… Potem miały być banany w cieście, ale nie wystarczyło już miejsca w żołądku Marcinkowym. Wypiliśmy wina trochę, on się śpiący zrobił. Ale potem doszedł do siebie.
I chciał w pewnym momencie, żebym go po głowie pogłaskała jak leżał. A ja nie mogę, za bardzo mnie to przeraża. To długa historia. Niemniej, Marcinek wyszedł chyba zadowolony, a to ważne.

I tak właśnie wygląda teraz moje życie. Nowe życie.
Urzekło mnie dzisiaj to, co Kacperek na swoim blo napisał: „- Faktem jednak jest, że bez względu na to, jak dobrze wyjaśnisz matce, dlaczego lubisz, jak drugi facet pieprzy cię od tyłu, przypuszczalnie nie sprawi jej to radości.”

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pasywy, transwestyci, heteroporno i biała sukienka w plecaku

24 lip

Po powrocie z Łodzi, mogłam odpocząć nareszcie. Przespałam się chwilkę – Pasyw chyba nie miał tyle szczęścia, bo zaraz do pracy musiał iść. Biedaczek. Ale nic to – ja, jako pasyw wiem, że dał radę, bo zawsze daje. Mój czas wolny zajmuje teraz przede wszystkim redakcja. A tam – straszne zamieszanie. Codziennie mam spotkania z nowymi autorami – jeszcze ze 3-4 potrzebuję na chwilę obecną. Jacyś chętni?
Nadzoruję powstawanie zmienionej lekko makiety, sprawdzam materiały promocyjne, recenzuję materiały dla reklamodawców, planuję działy na cały rok, umawiam, zestawiam, szykuję. Strasznie dużo tego wszystkiego, ale tak na początku musi być. Jednak dobrze, że będę mieć sekretarza swojego – to się bardzo przyda. Bo inaczej już zupełnie nie miałabym czasu na pisanie, dla przykładu. A chcę nadal to robić. Szkoda tylko, że ten sekretarz oficjalnie od 1 sierpnia. Póki co, wykorzystuję swoje „znajomości”. Przyciągam do współpracy pederastów, gejówy i tym podobnych. Będzie zgrany zespół, nie ma co. Najważniejsze, że wiem, że mogę na tych ludziach polegać w miarę i że będzie ok.
Dochodzi do tego wszystkiego przeprowadzka. Kaśka postanowiła ostatecznie – wynosimy się z UW. Podnieśli czynsz, są niemili, Kaśce się już nie chce. No i może dobrze. Dla mnie szkoda, bo tutaj miałam megawygodnie, ale do nowej siedziby będę mieć z domu porównywalną odległość. Zresztą na potrzeby praktyk/staży i tym podobnych rzeczy będziemy chcieli nadal na terenie UW mieć jedno pomieszczenie. Ale czy je dostaniemy, zależy od władz samorządowych. Które, wbrew temu, co niektórzy mogą uważać, wcale nie są tak przychylne wszystkiemu, co ja robię. Więc wcale nie mam pewności, czy pomieszczenie to uda mi się załatwić i dostać. Jak nie, to trudno, trzeba będzie sobie radzić. Ale mam wciąż nadzieję, że nie będzie tak źle i że radę damy. Przeprowadzka za ponad tydzień, ale Kaśka już szaleje, pakuje, kartonuje. Z jednej strony – rozumiem. Z drugiej – najśmieszniejsze, że ani wydawcy, ani mnie, ani drugiej Kaśki nie ma od 3 sierpnia w Warszawie. A wtedy zasadniczo wprowadzka do nowego miejsca się zaczyna. Więc wrócę, że tak powiem, na gotowe z jednej strony, ale na zaskakujące – z drugiej.

Swoją drogą, to właśnie dzięki temu, że mam napisać recenzję nowej płyty Guetty, mam już ją w domu na dysku. Jest świetna, naprawdę. Megazaskakująca, ale to dobrze. Nie zdradzam na razie szczegółów, bo nikt potem recenzji samej nie będzie chciał czytać, ale naprawdę płyta mnie zaskoczyła pozytywnie. Premiera: 25 sierpnia. Szykujcie kasę ;)
Skoro zaś o kasie mowa… Usłyszałam wczoraj jedną z ciekawszych plotek na swój temat. Że ja zarabiam na blogach. W sensie, że mam jakieś, nie wiem, umowy czy coś tam i że za ilość wejść ludzi mi płaci ktoś. I że taki cwaniaczek jestem, bo tak wszystkich niby bezinteresownie zachęcam, staram się być kontrowersyjny, żeby tylko zwiększyć swoje własne dochody…
Zabiło mnie to w sumie. Co by nie mówić. Może jestem pojebana, może jestem pasywem, może jestem dziwna, może i sprytna nawet… ale tego jeszcze nie udało mi się osiągnąć. Co nie zmienia faktu, że gdyby ktoś chciał się u mnie reklamować, to ja zapraszam ;) Pomysł jest zacny i ja z chęcią kasy trochę na pisaniu swoim zarobię. Póki co jednak, oświadczam wszystkim, że ani na blo, ani na bloksie, ani na fotoblo nie zarabiam.

Wracając jednak do tego co się dzieje (a nie tego, co się nie dzieje), to w sobotę mały b4 się nagle u mnie zrobił. Siedziałam i pisałam coś tam (pracę? blo? nie pamiętam) a Kamil dzwoni i pyta czy jadę prosto do U. Ponieważ taki był plan, to mówię, że tak. No to on mnie zawiezie swoim automobilem nowym. W sumie, protestować nie będę. Potem zadzwonił znów z pytaniem czy mogą z Maćkiem wpaść do mnie wcześniej trochę. Nie było tego w planie, ale szybko się ogarnęłam i ich ugościłam. Próbowali mnie zszokować heteroseksualną pornografią (błagam was… musicie się ZDECYDOWANIE bardziej postarać) i zwierzyli się, że się wybierają „niedługo” na wosk. Chwała im za to. Szkoda, że niektóre cioty mogłyby się od nich dbania o siebie. No, ale nie narzekam.
Potem była obiecana jazda samochodem. Kabrioletem. Z głośno nastawioną muzyką. Fakt, że dobrą, bo ja nagrywałam – ale fakt faktem, że obciach na maksa. Nie komentowałam jednak, bo nie wypada tak niewdzięcznie się zachowywać. Ze dwa razy może jedynie poprosiłam o ściszenie, bo przecież cisza nocna! Podwieźli mnie do U, a sami pojechali dalej.
Nastawienie imprezowe było bardzo na tak i właśnie taka była noc. Bardzo na tak. Moje, jak moje, ale Whitney i Łukaszek znów się troszkę dziabnęli. A Tomeczek, biedny, padł prawie na początku imprezy i przeleżał jej większość na różnych kanapach. Slave za to zaprosił Filipa z Poznania. Filip o tyle miły, że podszedł, przedstawił się i podkreślił, że mam go w znajomych na MySpace.com. Sprawdziłam, mam. Śliczny chłopiec, jakich mało. Więc fajnie. Też poszalał. A Slave go nie ograniczał ;)
Z powodu dużej ilości ludzi, wysokiej temperatury i żaru, jaki czuć było w klubie… dużą część spędziłam z ochroną i selekcjonerem przy wyjściu. Lubię to, można z nimi fajnie pogadać, pożartować, te sprawy. Pomijam fakt, że wtedy jeszcze lepiej widać kto wchodzi do klubu a jacy dziwni ludzie nie wchodzą i co wtedy robią. Czasem to naprawdę nieładne. Przydałby się krótki savoir-vivre dla niewpuszczonych do klubów. Nie należy wdawać się w dyskusję. Nie należy próbować wejść mimo wszystko. Nie należy wyzywać selekcjonera. Nie należy też próbować być zabawnym/sarkastycznym/ironicznym/złośliwym. Należy odwrócić się i odejść. Można dodać „dobrej nocy” albo coś takiego. I tyle. Wszystkie inne zachowania świadczą naprawdę źle o osobie niewpuszczonej. Zapamiętajcie, proszę, obcy ludzie.
Muzycznie noc piękna, bo grali Nobis, Dudeck i Monky, więc szaleństwo było. Wyszłam o 7:20 jakoś. Jeszcze przed samym wyjściem ucięłam sobie z Maciusiem rozmowę. Zdradził mi, że miał negatywną emocję jak pisałam o naszym ostatnim spotkaniu w McD. Że złe słowa spowodowały, że miał potem rozmowy czy tam uwagi. Cokolwiek. Wszystkim tym, którzy chcą rozmawiać z kimś na temat tego, co o tej osobie napisałam na blo… Czy naprawdę bardziej wierzycie starej transetce niż tej osobie?

Więc impreza się zacnie skoczyła, sen był piękny i owocny. Wstałam o jakiejś w miarę normalnej porze i mogłam funkcjonować normalnie. Prawie w ogóle alkoholu nie piłam. Ja generalnie chyba nie lubię pić, bo wtedy zdarza mi się szybko odpaść z imprezy – w sensie, że wyjść z klubu przed 6. A tego nie lubię. Wystarczy, że czasem – dla bezpieczeństwa – wychodzę z klubu wcześniej, gdy jestem w sukience czy coś. A to zazwyczaj są dobre imprezy i szkoda mi. No, ale jednak wolę dożyć kolejnej ;)
Swoją drogą, to niesamowite. Bo dzisiaj do tego Berlina jadę i jak się zastanawiam w co się ubrać, to nie waham się przed opcją „sukienkową”, bo domyślam się, że mogę śmiało popierdalać w takowej po ulicach. Problem polega na tym, jak dotrzeć w niej do Berlina. Ale o tym – zaraz.
W poniedziałek, dzień jak co dzień. Carrefour rano, potem redakcja. Spotkania, umówienia, nowe osoby. Jest fajnie, jeśli o to chodzi, już zresztą pisałam. A potem postanowiłam kupić bilet nieszczęsny do Berlina. Jeszcze po drodze decydowało się czy Jureczek pojedzie. Ostatecznie – nie. Jadę sama. Jasne, można się zastanawiać, czy to nie chujowo, że sama a poza tym, czy nie jest to chujowe ze strony osób, które miały jechać ze mną. Nie, nie jest. Ja od razu mówiłam, że sama też pojadę. Bo na miejscu jest Paweł i wiem, że na pewno będzie piękna krejzi noc. A że innym brakuje czasu/kasy/ochoty/siły/czegokolwiek – trudno. Ja się nie starzeję i daję radę. 
Ale w kolejce po bilet ledwo dałam radę. Bo nie chodzi o to, że jest aż tyle ludzi. Nie, no bez przesady. Nie chodzi o to, że ludzie nie wiedzą co chcą kupić, bo nie rozumieją jak pociągi jeżdżą. Nie, to jest też ok. Nie chodzi o to, że pani w okienku nie potrafi po angielsku ani po niemiecku. To skandal, ale nie to jest najgorsze. Pani po prostu jest tak znudzona swoją pracą, że co chwilę wystawia złe bilety. Każdy zły bilet musi być opisany pieczątką, podpisem i paragonikiem specjalnym. A pani w okienku ma takich biletów naprawdę pokaźny plik. Więc nic, kurwa, dziwnego, że nie idzie ta kolejka szybciej. Wkurwiłam się, bo oczywiście przez Internet się nie da kupić. W Polsce.
Plusy są dwa. Powrotny bilet w promocyjnej cenie 29 euro udało mi się kupić a ten do Berlina jest z ulgą, mimo że odjazd odbywa się godzinach 14-20 w piątek. Jest okej. Kosztowało mnie to w sumie jakieś 270 zł, wiec nie jest źle.

We wtorek odwiedziłam wieczorem Whitney. Zaprosiła mnie na „17 again”, na który kiedyś obiecała zabrać mnie do kina, ale chwilę potem przestali to grać i nie mogła. Udało się jej zdobyć w rozdzielczości HD (720p), więc można było oglądać śmiało. Oczywiście, że film jest głupi, nudny i banalny. I dla 12latek. Wiem o tym. Ale ja nie chciałam go oglądać dla warstwy artystycznej, tylko dla warstw ubrania, które zdejmuje z siebie Zac Efron. Boże, jaki on jest idealny. I wygląda na 17 lat. I jest piękny. I chcę mieć z nim dzieci. Dużo dzieci.
Więc wieczór filmowy udany. Tym bardziej, że ostatecznie udało się nam uniknąć z Whitney grzechu obżarstwa i nie zamówiłyśmy pizzy.
(Swoją drogą, jak tak piszę w formie żeńskiej i piszę o moim znajomym Whitney, to brzmi prawie jakby się dwie transwestytki spotkały, nie?)

Kolejne spotkania były w środę. Najpierw wpadł Arek-Sebastian. Dobrze, że już się nie wstydzi tego, że po porno przychodzi. Bo jak ktoś nie wstydzi się oglądać, albo nie wstydzi się mnie poprosić o to, to niech się nie wstydzi też przyznać do tego. Ot, co! No więc Sebastian z powodu pobytu w Wiedniu przez rok nie brał nic ode mnie – tym bardziej spragniony wpadł. Dostał, co chciał. W dużej ilości. Posiedział, pojadł ciasteczek (niektórzy mogą) i zaraz leciał na spotkanie ze swoim stałym partnerem seksualnym. A po nim wpadła Whitney Houston, piosenkarka II kategorii. Miała naprawić mi Outlooka do końca. W sensie, że indeksowanie, bo sam Program jako taki działał. No i udało się jej chyba, choć wciąż oficjalnie indeksowanie trwa i nie wiadomo czy jest okej na pewno. Się sprawdzi, nie?
No i też pojadła ciasteczek, pogadała i poszła. (Znów jak spotkanie transwestytek)

Choć weekend zaczyna się we wtorek (co widać), to jednak dopiero w czwartek mam okazję tak na maksa to poczuć. W sensie, że dopiero w czwartek wychodzę z redakcji w świadomości, że długo mnie na UW nie będzie. Oczywiście, co dobre – szybko się kończy. Od 10 sierpnia będzie inaczej. I nie na UW. Dziwnie.
Czwartek był też o tyle ważny, że Adam się na GG odezwał. Pierwszy raz od dawna w sumie. Jeśli zapytacie mnie co się stało, że on tak nagle jakoś z mojego blo i z mojego życia zniknął, to ja nie wiem. Naprawdę i szczerze, nie wiem. Wiele rzeczy się wydarzyło, złożyło – drobnych rzeczy – i tak jakoś wyszło. Ale, chyba muszę to przyznać publicznie, nie koniecznie mi to odpowiada. Nie wiem jak jemu. Rozmawialiśmy chwilę. Momentami schodziło na wypominanie i na sarkastyczne uwagi, ale generalnie chyba dobrze, że rozmowa jakaś była. Szkoda, że na GG. Teraz to się musi przetrawić i przemielić jakoś. Nie wiem co wyjdzie, prawdę mówiąc. Ale mam też takie przekonanie, że z mojej strony chyba wszystkie karty wyłożyłam i ujawniłam. Nie wiem co jeszcze mogłabym zrobić.

Wieczorem poszłam do Marcinka. Pogoda na podróżowanie tragiczna, dlatego 1) opóźniałam jak się da, 2) starałam się trafić na klimatyzowaną Pesę na trasie 9 (i mi się udało). Marcin przygotowany: zrobił chłodnik, pozasłaniał żaluzje w całym mieszkaniu. Trochę ubolewał, że się nie spóźniłam, bo był w krótkich spodenkach i że tak nie przystoi. Nie, nie, to nie tak. Te bardzo krótkie spodenki to był jeden z milszych elementów tej nocy. Nie to, żeby inne były niemiłe – wprost przeciwnie. Spodenki otwierały całą serię miłych wydarzeń.
Był chłodnik, były drinki kolorowe, były rozmowy, był śmiech, były plotki, były poważne tematy. Były zakłady, były dyskusje polityczne. I psychoanalityczne. I socjologiczne. Były wreszcie naleśniki z megawielką ilością owoców, rodzynek, lodów, bitej śmietany i czekolady. Kosmos i śmierć w jednym. Ale, oczywiście, zjadłam.
No a potem zaczęło padać. Lać. Wiać. Dąć. No i ostatecznie postanowiłam, że skorzystam z zaproszenia Marcinka i będę spać u niego. Obiecałam mu, że napiszę, że mieliśmy upojny seks, i że byłam pasywna, i że zajebiście, i że polecam. Mogłabym tak napisać, owszem. Ale przecież wiadomo, że to nieprawda. I nie chodzi o to, że spaliśmy w dwóch różnych pokojach (choć to mi przypadło łóżko Marcinka, bo nie chciałam żeby mi rano słońce świeciło w oczy – nienawidzę tego). Nie chodzi nawet o to, że Marcin też jest chętniej pasywem a ja nie miałabym czym go penetrować.
Zasadniczo chodzi o to, że to nie może się stać, bo nikt tego nie chce. I choć ja od dawna powtarzam, że Marcinek jest moją największą miłością (bo jest!) to de facto mając – w psychoanalitycznym ujęciu – fantazję na temat tej miłości, mam naprawdę fantazję o fantazji tej miłości. To znaczy, że fantazja zasadnicza dotyczy niespełnienia tego, co świadomie jest fantazjowane. To tak, jak mam z tymi ślicznymi chłopcami. Ja ich naprawdę podziwiam i można powiedzieć, że fantazjuję o nich (ale nie w potocznym tego słowa znaczeniu!), ale moja fantazja jest tak naprawdę fantazją o tym, że świadoma fantazja nie może się spełnić. Gdyby się spełniła, mogłoby się wszystko załamać. Ja nie fantazjuję o chłopcach tylko o byciu odrzucanym przez chłopców, o których fantazjuję.

Tak, to efekt czytania Żiżka. Męczy mnie. W dwojaki sposób. Raz, że jest dość trudny, bo miesza język socjologii, filozofii i psychoanalizy posypując to erudycyjnym popisem znajomości nazwisk, teorii i odniesień (co nie jest zarzutem!). A dwa, że ja nie wierzę w psychoanalizę. Choć przez niego zaczynam się znów wahać. Jakiś czas temu odrzuciłam podświadomość jako wymysł Freuda. A teraz się boję, że to może być jednak prawda.
Bardzo ciekawe jest oddzielenie rzeczywistości od Realności, o którym pisze autor. O co chodzi? Gdy rozmawiamy z inną osobą, wchodzimy z nią w jakiś kontakt, musimy nałożyć pewną maskę fantazji na to, co widzimy. Musimy zapomnieć jakby o tym, że rozmawiamy z kupą mięsa, kości i żyłek no i udajemy, że to skóra, twarz, ubranie są tym, z czym rozmawiamy. Na tym polega różnica między Realnością a rzeczywistością.
Albo to, że masturbacja jest podstawową funkcją seksualną człowieka. Bo – znów – gdy z kimś współżyjemy, musimy odciąć się od Realności poprzez pewną fantazję, która tworzy naszą rzeczywistość. Wszystkim zdarzyło się chyba wyłączyć na chwilę w trakcie stosunku seksualnego (bez względu na to jaki udany był) i pomyśleć: „co ja tutaj właściwie robię?”. Tworzy to takie uczucie odłączenia, nieobecności, automatyczności. Wtedy właśnie nasza fantazja o Realności zaczyna słabnąć. Bardzo to ciekawe.
No i Żiżek wyjaśnia jak może sprawiać mi przyjemność zaspokajanie chłopców na czacie jako Ola32. Może, dzięki pojęciu interpasywności, które jest uzupełnieniem i związane jest z interaktywnością. Psychoanalitycy twierdzą (a Żiżek z nimi), że przyjemność naszą może przeżywać za nas ktoś inny. A w zasadzie, że możemy naszą przyjemność przeżywać za pomocą innego. Że przeżywam przyjemność kimś, kto się cieszy. Strasznie to niepokojące wszystko. I dlatego będę musiała chyba jeszcze raz zacząć od początku to „Przekleństwo fantazji”. A Żiżek niech będzie przeklęty ;)

Szykuję się powoli do tego Berlina. Paweł kazał białą sukienkę wziąć. W zasadzie nie mam nic przeciwko, a nawet jestem za. Ale problemem nie jest sukienka (bo mam) ani cokolwiek takiego. Problemem jest dotarcie w niej do Berlina. Jak wiadomo, nie wsiądę tak do pociągu, bo mnie zabiją po drodze tysiące spojrzeń, setki komentarzy i dziesiątki rękoczyńców. W Berlinie nie nocuję, nie chcę też marnować czasu na jeżdżenie gdzieś-tam, żeby się przebierać. Mam tylko 8 godzin na wszystko, więc muszę dać radę, co nie? Ale Paweł chyba coś wymyślił i kazał wziąć „w plecak czy coś”.
Zobaczymy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ja bardzo lubię siedemnastki

18 lip

W wakacje poniedziałek staje się moim tradycyjnym dniem na odwiedzi w Carrefourze. Ale to tylko do końca lipca, potem się zmienia mój grafik. O tym jednak, zaraz. Więc rano szczęśliwie i bez kłopotów zrobiłam zakupy a potem pognałam do redakcji, jak zawsze. Tym razem jednak wcześniej, bo zaplanowaliśmy spotkanie z kandydatem na sekretarza redakcji. Wybranym przez mnie, a tego dnia namaszczonym przez wydawcę. Szczepan będzie od 1 sierpnia sekretarzem. No i dobrze. Uważam, że się nadaje, bo nie tylko jest sumienny i zaangażowany, ale także dlatego, że ma dużo w sobie ochoty i energii do tego, żeby nowe rzeczy robić. Mam nadzieję, że się sprawdzi. Śmieszne jest tylko to, że on ma od 1 sierpnia moje obowiązki wziąć a tego dnia ja jadę do domu rodzinnego, więc przez pierwszy tydzień mu nie pomogę. Mógłby zatem przychodzić przed 1 sierpnia, prawda? Ale okazuje się, że jedzie na Era Nowe Horyzonty i kilka dni przed 1 sierpnia go nie ma w Warszawie. A żeby było jeszcze śmieszniej, chce wziąć sobie urlop w drugiej połowie sierpnia :) Rozumiem, że planował to wcześniej i tak dalej, ale cała sprawa będzie utrudniona. Więc umówiliśmy się, że wpadnie w poniedziałek za tydzień i ja będę mu wszystko przekazywać już powoli. Damy radę, generalnie.
No a ja mam teraz naprawdę sporo pracy przy pierwszym wznowionym numerze mojego (teraz już mogę tak o nim mówić!) miesięcznika. Nie tylko bowiem musiałam zająć się generalnymi zmianami w koncepcji i strukturze czasopisma ale przy okazji zaplanować numer wrześniowy już. No i stronę www rozplanować. Muszę też znaleźć autorów, a to niełatwe wbrew pozorom! Niby człowiek się obraca w takim towarzystwie humanistów, niby dziennikarstwo, niby coś tam… ale jak przychodzi co do czego i potrzebuję osoby, która poradzi sobie z ironicznym i inteligentnym recenzowaniem blogów, to już nie takie jednak łatwe. Dam jednak radę. Pociągam za kontakty dawno nieużywane i jakoś to idzie. Czasu jeszcze trochę jest, więc się uda! Poza tym, jakby na to nie patrzeć, mi się generalnie w życiu udaje. Tak jak podczas rozmowy z wydawcą. Ona mówi, że od 1 sierpnia powinnam już przychodzić „normalnie od 9 do 17” a potem jak będę mieć zajęcia, to z przerwami na nie. Więc mówię, że nie, nie, nie… Nie ma sensu. Ja na 9? No mogę, ale po co? Na 10 najwcześniej. No dobra. No i w piątek do 15? No dobra. Wszystko jest. Zadowalające mnie warunki płacowe. Jestem na tak.

Co do tego, że mi się wszystko udaje, dostałam pisemne uzasadnienie wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Mam 30 dni na skargę kasacyjną do NSA, jednakże nie planuję takowej. Mam nadzieję, ze rektora też nie ;) Bo to już by mi się nie chciało za bardzo. Oczywiście, jeśli trzeba będzie, to bez słowa się stawię i załatwię. Ale póki co – jest wyrok dobry dla mnie. Teraz mija 30 dni na uprawomocnienie a potem Rektora ma 30 dni na ponowne zajęcie się wnioskiem o ponowne rozpatrzenie sprawy, jaki złożyłam we wrześniu 2008 w związku z jej decyzją uchylającą uchwałę Walnego Zebrania Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW w sprawie uchwalenia nowego Regulaminu Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW. Wiem, wiem, skomplikowane to trochę. Ale pozytywnie zaskoczyło mnie to, że w pisemnym uzasadnieniu (inaczej niż podczas samej rozprawy) osoba pisząca nie pomyliła ani jednej nazwy, ani jednego organu, ani jednej rzeczy jeśli idzie o strukturę Samorządu Studentów UW. A to dość trudne, wierzcie mi.
W poniedziałek załatwiłam też podpisanie umowy z protokolantką o kolejny protokół z posiedzenia Parlamentu Studentów UW. Jesteśmy na czysto. Teraz tylko Prezydium muszę jakoś zebrać, żeby przyjąć owe protokoły ostatecznie. W wakacje Samorząd pracuje normalnie, nie dziwić się.

Wydarzeniem dnia miała być jednak wizyta zarządców mieszkania. Nie piszę właścicieli, bo ja nie wiem kto de iure jest właścicielem mieszkania. Nie obchodzi mnie to też jakoś specjalnie. Przyszedł prawie godzinę spóźniony pan zarządca. Pomógł ze światłem, naprawił pod wanną światełko, załatwił prowizorkę przy spłuczce (na razie szukać będzie na wymianę, ale to niełatwe na pewno). Zgłosiłam, że chcę, żeby naprawił szafki w kuchni. Powiedział, że następnym razem, bo – co oczywiste – nie był przygotowany na to. Wziął kasę, choć nie wiedział w sumie ile ma wziąć :) Taki zarządca ;)
A potem wpadł Adam. To dość zaskakujące. Bo w sumie nasz kontakt ostatnio bardzo osłabł. Jednakże odezwał się w sprawie obietnic. Że chce mi zrobić obiecany posiłek. Umówiliśmy się, że wpadnie jak zarządca pójdzie. Wpadł. Żeby było pełniej – ubrał obiecany strój Bruno. Wszystko wydawało się bardzo miłym gestem, spełnieniem połowy z niespełnionych obietnic. Dwie pozostałe, jak znam życie, już pozostaną takie. Ale ten miły gest potem został jakoś dziwnie zakłócony. Nie, nie tego dnia. Po jakimś czasie. Okazało się, że Adam, który tak bardzo protestował jak raz chciałam zaprosić Przemka na b4, który mówił, że Przemek to, Przemek tamto i że to prawie zło wcielone – wymienia wiadomości z tymże i chce się z nim umawiać na jakieś wspólne wyjścia. No to już mnie zbiło z tropu. Oczywiście, wszystko wyszło na jaw przypadkiem, jak Przemek na GG poprosił, żebym Adama w jego imieniu przeprosiła za brak odpowiedzi spowodowany brakiem kasy na koncie w komórce. Zabiło mnie to. Bo przywykłam do tego, że dawniej wszystko-mówiący Adam nagle zaczął ukrywać przede mną różne rzeczy. I spoko, przecież to normalne. Ale to już mnie zbiło na maksa. No i Adam poinformował, że nie jedzie ani do Łodzi, ani do Berlina, na które tak bardzo nalegał. Łorewa w sumie, bo jego strata ;) Ale denerwuje mnie jak ktoś najpierw namawia, naciska, chce a potem jak już wszystko jest dograne, dogadane, zaplanowane, umówione (łącznie z Pawłem, który będzie naszym berlińskim przewodnikiem!) to się wycofuje nagle.

W poniedziałek też sfinalizowałam swoją pracę „Świat jest czarno-biały”. To montaż wykonany z różańca, woreczka z białym proszkiem i karki papieru zadrukowanej kolorowym napisem. Dość konceptualne, więc może przez to nie takie znowu odkrywcze, ale miałam już jakiś czas temu potrzebę zrobienia czegoś takiego.

We wtorek od rana w redakcji. Ponieważ nie ma za dużo bieżących spraw, to zajmuję się tym całym planowaniem, które mam do zrobienia generalnie. Szkoda mi potem na to czasu w domu, wiadomo. Choć z drugiej strony muszę przyznać, że w domu to ja za wiele nie robię ostatnimi czasy. Opierdalam się i to na maksa. Pogoda powoduje, że bardzo dużo śpię i prawie każdego popołudnia ucinam sobie zaskakująco długą drzemkę. Martwi mnie to marnowanie czasu z jednej strony, ale z drugiej – i tak nie mam w sumie nic innego. Wszystko, co naprawdę muszę zrobić, udaje mi się mimo drzemek ogarnąć. Więc źle nie jest. Ale ale – od 1 sierpnia się skończy :) Takie prawdziwe wakacje moje trwają właściwie gdzieś od końca czerwca do końca lipca. Potem już coś się dziać będzie. Choć teraz też się dzieje! Piszę prace przecież! Mam wyznaczony limit tej największej pracy – 8 stron tygodniowo. I jak na razie, idzie jak z płatka. Czekam na materiały od koleżanki na drugą pracę – dojdzie mi ze 4 strony tygodniowo. No i swoją magisterkę chcę skończyć ale tam mi zostało de facto z 15 stron a potem tylko poprawianie. No i się wzięłam za ambitny plan przetłumaczenia „Queer Read This” na polski. Potem może o tym jakąś pracę napiszę czy coś. Taki mam plan.
We wtorek chciałam umówić się Prorektorą i pogadać na temat wyroku i tego, co dalej. Nawet się umówiłem, ale jak czekałam, to mi odwołali, bo się przeciągnęło jej spotkanie z Prorektorem. Więc przełożyłam na środę.
Tym razem się udało. Prorektora jednak jeszcze albo nie dostała, albo nie czytała uzasadnienia. Tak czy owak, zasygnalizowałem jej, że jest potrzeba, żeby dalej coś z tym zrobić, do wyrok sądu, de facto powoduje, że sprawa wraca na UW. Mamy się spotkać w tej sprawie na początku września. Ok.
No i jeśli o takie samorządowe sprawy chodzi, to powiem, że nowy telefon dostałam niedawno. Muszę oddać służbowy stary, ale okazuje się, że około 100 najważniejszych dla mnie kontaktów zapisano na telefonie a nie na karcie SIM i nie chce mi się chrzanić z przenoszeniem, kopiowaniem, więc nie wiem czy ten nowy telefon sobie zostawię, czy wrócę do starego. Ma słabą baterię i w ogóle jest nienajlepszy, ale co mi tam. Zobaczymy. I tak mam jeszcze dwa inne, więc łorewa.

Nie wiem czy mówiłam już, że nienawidzę lata. Ale tak naprawdę i ewidentnie. Nienawidzę. Jest dla mnie za gorąco na to, by cokolwiek robić. I to mnie strasznie denerwuje. A dodatkowo niskopodłogowe tramwaje z działającą klimatyzacją jeżdżą za rzadko. To też mnie denerwuje. Cały czas mam nadzieję, że trzydziestostopniowe upały nie będą zdarzać się za często a po 8 sierpnia się generalnie już chłodniej zrobi, bo nie wytrzymam tego inaczej. W czwartek pobyt w redakcji skróciłam sobie, bo stwierdziłam, że 1) nie mam co robić, 2) jest za gorąco. Za to uczę się wydawać polecenia osobom, które dotychczas w redakcji były „na równi” ze mną w hierarchii. Od 1 sierpnia będę formalnie mogła to robić, a teraz już powoli pewne rzeczy zaczynam zlecać, bo wymaga tego presja czasu – czekanie do 1 sierpnia nie miałoby sensu. Dziwne to czasami.
Wieczorem udało mi się dokończyć 8 stron tygodniowego minimum na pracę zleconą. I to bez większych problemów. Jest okej.

Z wyjazdem do Łodzi to było tak, że cały czas był odkładany. Niby znajomi chcą jechać (zwracam uwagą na niedookreślenie, które kryje się w słowie „znajomi”), ale zawsze coś. A to impreza w Utopii, a to Hed Kandi, a to coś-tam… Ostatecznie udało się i w ten piątek się wybraliśmy. Choć wybraliśmy brzmi jakby nas tam ze 20 osób pojechało. Co to, to nie. Okazuje się, że – jak zawsze – kończy się na deklaracjach. Ja jestem uparta i jak mówię, że coś zrobię, to robię to. A nie lubię takiego gadania jedźmy tu, jedźmy tam, jedźmy jeszcze gdzie indziej. Nie ma problemu, ja mogę jeździć, ale wkurza mnie, że potem najwięksi orędownicy wyjazdów w ostatniej chwili się wycofują. Jak – dla przykładu – Adam. I nie interesują mnie przyczyny, powody, uzasadnienia. Naprawdę mam to gdzieś. Jak się czegoś chce – choćby to był głupi wyjazd na imprezę do Łodzi – to się to osiąga, bierze, realizuje. Bez względu na wszystko. Zawsze są sposoby na to, by sobie poradzić z przeciwnościami.
Ja dotarłam do Łodzi rano. Chciałam załatwić kilka spraw. Najpierw umówiłam się z Sebastianem. Generalnie lubię się z nim widywać, to naprawdę wartościowa osoba i mimo że jest hetero, toleruję go. Chciałam z nim pogadać o zleceniu na stronę www. Moja wydawca zgodziła się na to, żeby ona była taka fajna, profesjonalna i w ogóle a nie brzydka, prosta i prymitywna, pod warunkiem, że nie będzie drogo. Załatwiłem więc Sebastiana, który na poniedziałek ma projekt graficzny przygotować a miesiąc później pierwszą wersję samego serwisu. Namawia mnie na silnik WordPressa, który znam, ale którego do końca nie widzę w tej roli. To on jednak jest specjalistą i jemu wierzę. Zobaczymy, co wymyśli. Porozmawialiśmy, poopowiadał mi o swoim nowym biznesie samochodowym (szok w sumie, bo on architekturę studiował swego czasu…) i generalnie o życiu. Lubię go chyba za to, że – gdy się poznaliśmy mieliśmy po 16-17 lat – przypomina mi te czasy radosne. Niewiele się od tamtej pory fizycznie zmienił, a i mentalnie cały czas zostaje gdzieś tam w przeszłości. To u niego lubię chyba. Że przy nim czuję, że rzeczywiście się nie starzejemy za wiele. Rozmowa nasza nie była za długa, bo nie ma o czym pieprzyć bez sensu a poza tym ja miałam napięty grafik.
Poszłam do Bereniki. W ogóle jak jestem w Łodzi, to strasznie dużo chodzę. Nie lubię jeździć komunikacją łódzką, bo 1) nie obczajam autobusowych tras, które są moim zdaniem źle opisane, 2) musiałabym jeździć tramwajami, które – jak w Szczecinie – mają wąski rozstaw kół i jeżdżą niefajnie przez to. No a poza tym, nie spieszyłam się aż tak bardzo, mogłam delektować się tym miastem i testować sobie Google Locals, które mnie prowadziło. Dotarłam do Bebe dość gładko. Ona teraz pracuje w księgarni, która mieści się przy Muzeum Sztuki. Ładne miejsce, zaraz obok kawiarnia, dużo szkła, jakiś dziwnych form geometrycznych. Widać, że to fajnie jest pomyślane, podoba mi się. Ruch zerowy. W czasie całej mojej wizyty była dosłownie jedna para coś oglądać. A w kawiarni – nikt. Nie narzekam, nikt nam nie przeszkadzał przynajmniej. Z Bebe się już jakiś czas nie widziałam, więc pogadać było o czym. Choć prawda jest też taka, że te rozmowy nasze są zupełnie inne niż dawniej. Bardziej już chyba powierzchowne. Nie, nie skarżę się :) Stwierdzam tylko fakt, że nasza relacja z czasem się musiała zmienić. Wyszliśmy sobie po obiad do bardzo pobliskiego baru jakby mlecznego „Pełna Micha”. Supermiejsce! Naprawdę fajne. Już nie mówię, że dość tanio, ale i smacznie, i wygodnie, i szybko, i kulturalnie. No i z klimatem godnym barów mlecznych. Wzięliśmy coś na wynos i zjedliśmy w kawiarni obok księgarni. Sympatyczne spotkanie. Bebe poznałam dokładnie w tym samym momencie, co Sebastiana. I choć ona bardziej od niego się od tamtej pory zmieniła, to nie straciła cech, które u niej cenię. To ważne.
Potem czekał mnie naprawdę długi spacer. Ale zamierzony znów. Do Gosi poszłam. Ona tydzień temu z Rewala wróciła, poopowiadała trochę, pokazała gazety, zapowiedziała, że jeszcze na trzeci turnus jedzie. Pewno wpadnę do niej wtedy, bo będę niedaleko – w domu rodzinnym. Miło było ją znów spotkać. Okej, czasem już pewne żarty opowiadamy sobie po raz setny, ale to właśnie dlatego są fajne, że są wciąż aktualne. Żeby było zaś śmieszniej, w drodze do niej widziałam prezesa wydawnictwa, które mnie już bardzo nie lubi. Rozmawiał przez telefon, ale chyba mnie zauważył i poznał. Miał jednak wymówkę, żeby udawać, że jest inaczej. Zresztą to było nasze pierwsze „widzenie” od czasu, gdy tak nieładnie mnie potraktowano. Nie wiedziałabym nawet czy podać mu rękę, o czym gadać – czy udawać, że nic się nie stało i jak gdyby nigdy nic zapytać „O, jak tam?” czy co. Może i lepiej, że tak wyszło. Gośka, jak zawsze, poopowiadała o swojej córce, którą – tak samo jak Gosię, Sebastiana i Bebe – poznałam w tym samym momencie. To jedna klika dla mnie, jedno wspomnienie, jedna szufladka. Marta ma 17te urodziny w sierpniu. Zaprosiła. Oczywiście, że pojadę :) Ja bardzo lubię siedemnastki. I osiemnastki też, ale to już wymusiłam zaproszenie dawno temu. Pobawię się znów w miłym mi towarzystwie dzieciaków ;) Potem Marta wróciła ze swoim pedalskim kolegą i mi go przedstawiła. Dużo słyszałam o nim wcześniej.

Pasyw miał do Łodzi dotrzeć o 22, ale… spóźnił się na pociąg. Nie będę tego komentować. Więc na szczęście mógł pojechać kolejnym, godzinę później. Zadzwonił tylko poinformować, bo… komórka mu się wyładowywała i zaraz miała umrzeć śmiercią tragiczną. Dobrze, że plany nasze były bardzo elastyczne i nie krzyżowało to niczego, ale z drugiej strony – zabić to mało. Spotkaliśmy się na dworcu o 23. Paweł Tomeczka był gdzieś w pobliskim pubie. Znaleźliśmy go, zabraliśmy i ruszyliśmy dalej. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscu publicznym, w którym ludzie spożywają alkohol (tak, w Łodzi są takie) i gdzie policja rzadko wpada. Setka ludzi tam siedziała, jak nic. Sama młodzież. No i tam chłopcy sobie dwa piwa wypili, ja jakiegoś red bulla czy coś i ruszyliśmy dalej. Do Rezydencji. Bo ponoć jest tak słabo, że w piątki nie otwierają już. Sprawdziliśmy i – to prawda. W piątki jest nieczynne. Skandal, dno, źle. Niedobrze to świadczy o tym miejscu. Chyba rzeczywiście przestało już być place-to-be. Szkoda. Płakać jednak nie zamierzaliśmy i poszliśmy dalej, do Kokoo. Jakoś spokojnie się na zewnątrz wydawało, bo nie było tłumów walących drzwiami i oknami, jak zazwyczaj jest. Zła wróżba okazała się prawdziwa, ludzi było niewiele. Ja generalnie nie przepada za muzyką w Kokoo, ale już brak ludzi totalnie mnie zabił. Wyszliśmy po chwili.
I, było nie było, skierowaliśmy się do łódzkiej pedałowni naczelnej. Po drodze coś-tam zjedliśmy i w takim stanie wkroczyliśmy do Narraganset. Okej, ludzi nie było za wiele, przyznaję. Ale nie ma co się dziwić, klub jest ogromny i zapełnienie go byłoby nie-lada-wyzwaniem. Więc nie narzekamy. Muzycznie: bez zmian. Przyspieszone piosenki z Eski. Spoko, da się znieść. To ma nawet swój urok taki dresiarski. Bo musicie pamiętać, że łódzkie pedały to bardzo często ciotodresy. Ale takie ładnie, nie jak te nasze stołeczne. Jeden był na tyle ładny, że nawet z Pasywem za niego wypiliśmy. A potem się okazało, że to kolega Pawła i że muszą pogadać na osobności w miejscu, gdzie nikt nie będzie przeszkadzał. Nie muszę chyba mówić gdzie? A zresztą Pasyw i Tomek wcześniej też poszli zwiedzić dark room. I jakkolwiek to nie brzmi dwuznacznie, to nie powinno. Naprawdę, po prostu poszli zwiedzić, bo Pasyw tutaj nie był jeszcze w ciemni. Gwiazdą wieczoru jednak w klubie był kto inny. Megaprzegięty, megachudy, megapasywny chłopiec. Ładny nawet, choć chłopcy narzekali, że nie. Ale ja lubię takich, wiadomo. Wyginał się, przeginał, szalał. I to mi uświadomiło, że ja chyba tracę kondycję. Postanawiam to zmienić. Raczej nie teraz, nie latem, bo jest za gorąco, ale na jesieni – na pewno. Obiecuję sobie.
Mieliśmy siedzieć do 3 w Narra a potem do Kokoo znów spróbować się wybrać. Ale okazało się, że o 3 chłopcy byli zajęci wciąż. Więc ruszyliśmy dopiero jakoś po 4. Kokoo już zamknięte, bo nawet OIOMówki wiedzieliśmy jakieś, co daje do myślenia i świadczy o tym, że i łódzka wersja Lu była już zamknięta. Poszliśmy pod Vero Modę na Piotrowskiej. Tam zaprzyjaźniony ogródek jest jakiejś restauracji, gdzie mieliśmy przyzwolenie na siedzenie mimo, że on zamknięty. Ja jednak usypiałam, więc wolnym krokiem na dworzec poszliśmy. Pasyw kupił bilet, wpierdoliliśmy się do pociągu i spać poszliśmy. Paweł został w Łodzi, bo niby ma jakieś tam sprawy do załatwienia przez kilka dni. Niech sobie załatwia, my poszliśmy spać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Harvey Milk z UW vs. symbol pedalskiej warszafki

28 mar

Nowy tryb pisania bloga – czyli nie-czwartkowy, niekoniecznie mi odpowiada. Prawdę mówiąc, mam dużo problemu z mobilizowaniem się do pisania w sobotę. Z oczywistych względów – są ciekawsze rzeczy do robienia. No, ale po kolei zacznijmy, coby historia mogła toczyć się dalej, po bożemu, chronologicznie.

Początek tego odcinka niekończącej się opowieści ulokować trzeba w sobotę minioną, czyli dokładnie tydzień temu. Wszyscy podniecali się koncertem Abigail Bailey i słusznie. Bo zapowiadało się całkiem dobrze. Jednakże my dodatkowo mieliśmy atrakcję w postaci urodzin Piotra.
Przyszłam trochę przed wszystkimi, bo obiecałam mu pomóc w przygotowaniu kanapeczek. No więc jak tylko się zjawiłam, wzięłam się do roboty. Serek, wędlinka, ogórek, papryka, chlebek, masełko, jajeczko… Co dał, to wykorzystałem. Do cna i do dna. Wyszło tego strasznie dużo, muszę przyznać i od razu mówiłam mu, że nie zjedzą tego. Ale chciał „na bogato”, to niech ma. Jeszcze po drodze mnie prosił, żebym mu kupiła jakieś tam chipsy czy coś, bo Maciej Biegacz, który robił mu generalnie zakupy, za mało zakupił. Bo Piotr był w ogóle chory tego dnia strasznie. Okazało się jednak, że niepotrzebnie kupowałam, bo i tak było za dużo chipsów. Wszyscy zajadali się kanapeczkami. I nie mówię tego dlatego, że zdecydowaną większość ja zrobiłam, tylko na podstawie tego, co Piotr opowiadał a propos pozostałości poimprezowych.
Kanapeczki zaś, jako pomysł, wzięły się jeszcze ze stypy. Czyli z tej imprezy, co mieliśmy zrobić Pasywowi na pożegnanie. Bo przecież on odszedł. Ale właśnie tego wieczoru wrócił. Do Piotra. W sensie, że formalnie zaczęli się spotykać. Ja wiem, historia zatacza koła… Ale żeby takie małe kółka i w kółko? ;) Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze łorewa.
Więc Pasyw był. Pierwsze nasze spotkanie po długiej przerwie i po niemiłych słowach, jakie z jego strony padły w moim kierunku. Udawaliśmy, że wszystko jest okej, ale wiadomo, że nie jest i nie będzie już. Co się stało, to się nie odstanie. Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr. I te inne powiedzenia… Chociaż tradycyjnie poprosiłam go o pomoc przy ubieraniu się, to jednak nie było między nami takiej żywej dyskusji jak zwykle. Nie było śmiechu między nami. Jasne, jak opowiadałam dowcipy sytuacyjne i robiłam sobie jaja, to się śmiał ze wszystkimi. Ale to nie to. Nie to, żebym się spodziewała, że będzie inaczej – w zasadzie niczego się nie spodziewałam. A może właśnie tego. Nieważne.

No, ale ostatecznie zaczęły się urodziny. Zeszło się trochę gości, głośna muzyka, dużo alkoholu… Generalnie sympatycznie. Jeśli chodzi o mnie, to właśnie mniej więcej czegoś takiego się spodziewałam. No, może poza tym, że Pawełek publicznie lizał stopy Tomeczka. Ale to wiadomo, życie przynosi niespodzianki.
Maciej Biegacz mimo swojego podeszłego wieku też dawał radę. Choć jak wchodził, to musieliśmy zrobić miejsce na jego wózek inwalidzki.
Piotr chyba z prezentów zadowolony, albo przynajmniej dobrze udawał. Usypany z białego proszku napis „Gacek :)” robił furorę. Amy się przeraziła, gdy zobaczyła. Reszta obawiała się, że jak niektórzy się zjawią, to mogą z tego wszystkiego głową szybkę rozbić, byleby się do proszku dostać. Obyło się bez ofiar jednak.
Przetransportowaliśmy się potem do U. Sporo ludzi było, bo wiadomo, występ. No, ok – może ciut przesadziła, gdy się upewniała, że publiczność po angielsku ją rozumie… Ale to już inna sprawa.

To, że zaproszenie Abigail będzie udanym pomysłem, wiadome było jeszcze zanim pojawiła się w klubie. Wejście miała naprawdę zaskakujące. Nagle, niepostrzeżenie przebijając się przez tłum szalejących do muzyki dj Moondeck klubowiczów, pojawiła się za deckami w swoich farbowanych blond włosach. Uśmiechnięta, rozbawiona, pełna życia. Pierwsze co zrobiła – wyjęła aparat fotograficzny i pstryknęła kilka zdjęć klubowiczom. Potem jeszcze zrobiła jedno sobie i dopiero wtedy podłączyła swoje słuchawki. 
Zaczęło się show. 
Abigail zapowiedziała na początku, że nie tylko będzie grać, ale i zaśpiewa. Na to wszyscy czekali. Muzyka serwowana przez Brytyjkę to mocny, ostry house. Można by się spodziewać, że jako wokalistka klubowa lubi dużo śpiewu w granej przez siebie muzyce. Ale nie, Abigail zaskoczyła wszystkich grając house wpadający w minimalowe dźwięki, momentami składające się z samego tylko bitu, porywającego tłum. Nie przesadzała jednak. Grała ostro, ale z wyczuciem, potrafiła w odpowiednim momencie wycofać się z tak głębokich dźwięków na rzecz vocal-house’owych przebojów. 
Śpiewanie zaczęła tak jak grę – niespodziewanie. Nagle złapała za mikrofon i dała pokaz swoich umiejętności wokalnych. Jak na warunki klubowe, dość wysoką temperaturę panującą na didżejce, dała sobie doskonale radę. Nie forsowała się, nie robiła długich serii wokalnych. To zresztą mogłoby znudzić bawiących się – dlatego jej popisy wokalne stanowiły tylko urozmaicenie zaserwowanego nam setu muzycznego. 
Abigail dała wyraz swojej spontaniczności także podczas grania. Tańczyła, skakała, śmiała się, wygłupiała. Podczas piosenek innych wokalistek teatralnie ruszała ustami, jakby sama wykonywała dany utwór. Z szacunkiem jednak odniosła się do każdego zagranego utworu, a Lisę Millett, wokalistkę w przeboju Juana Kidda i Felixa Baumgartnera „Now You’re Gone” zapowiedziała oddając jej honory należne prawdziwej divie. 
Doskonały, mocny i energetyczny występ trwał bardzo długo – rozpoczął się około 2:30 a ostatnie piosenki Abigail zagrała grubo ponad 2 godziny później. To było piękne show godne pierwszego występu Brytyjki w Polsce.
C do Pasywa, który po raz pierwszy zjawił się w Utopii po długiej przerwie, oficjalnie był na obozie językowym w Ugandzie. Poza tym, nie obyło się bez ciotodramy. Natkiej się zjawił, Pasyw zaczął z nim rozmawiać i Piotr się zmył do domu. Więc i Pasyw poszedł szybko. A my się bawiliśmy dalej.
Bardzo dobra impreza była. Na tyle dobra, że sama Abigail dawała czadu i dawała radę bardzo długo. Poszalała tak, że jak ja wychodziłam, to ona wciąż grała. Pięknie.

W niedzielę ogarniałam sprawy samorządowe. Sporo tego było, bo mam w najbliższym czasie dużo do załatwienia. Weryfikacja statusu studenta wśród parlamentarzystów i parlamentarzystek, spotkanie w sprawie Internetowego Biuletynu Informacji Samorządowej, posiedzenie Konwentu Seniorów Parlamentu Studentów UW. A dodatkowo – wzięłam się za pisanie tekstów. I udało mi się to ogarnąć. Fakt, że jakoś po 1 w nocy wysłałam je do naczelnego, ale liczy się.
No i obejrzałam z jeden czy dwa odcinki „Gotowych na wszystko”. Gdy piszę te słowa, jestem dokładnie w połowie III serii. Wiem, że dziewczyny w redakcji mają już czwartą, więc muszę się pospieszyć. Ale naprawdę już nie mam czasu, oglądam to po nocach tylko! Zazwyczaj włączam tak, że kończę oglądanie odcinka po 1.

Zadowolona z siebie poszłam spać zmęczona po fajnej, pełnej pracy niedzieli… I w łóżku sobie przypomniałam, że ja mam jutro na zajęciach przedstawiać coś a propos etyki dziennikarskiej. Zapisałem sobie w telefonie i rano się tym zająłem. Dobrze, że to nie jest coś wymagającego. Chodzi o przygotowanie tekstu prasowego z gazety, w którym zwracamy uwagę na naruszenia dóbr osobistych. Szybko więc coś znalazłem, wydrukowałem w odpowiedniej ilości kopii i zaniosłem.
No i na zajęciach dobrze mi to wyszło, prawdę mówiąc. Nic do zarzucenia nie było.

Wkurzył mnie za to mój dziekan ukochany. Byłam u niego po wpis z egzaminu, który miałam jako warunkowy drugi raz zaliczony… Wchodzę, siedzę przed nim, mam indeks w ręku… A on mi mówi, że nie mam w indeksie wpisane, że mam warunek i on nie może mi wpisać oceny. Pytam więc, czy nie wystarczy, że jestem ujęty w protokole egzaminacyjnym, który przygotowywany jest na podstawie danych z sekretariatu studiów. Nie. Okej, niech będzie. Co prawda nigdy nie miałam nic na ten temat wpisywane, ale spoko…
Następnego dnia poszłam do sekretariatu, żeby to załatwić. Pani mówi, że spoko… Ale że ona zgubiła (czy jak to ujęła: „nie ma”) dowodu wpłaty za rok akademicki 2007/2008. Czyli, że mój dowód wpłaty z 2007 roku zgubiła. Się wkurwiłem, ale myślę sobie: spoko. Najgorsze, że płaciłam to w dwóch częściach – z czego jeden przelew poszedł z Banku Zachodniego WBK (tak, tam mam też jakieś konto) i musiałam po raz pierwszy od dwóch lat zalogować się do tego banku. I udało się. Znalazłam to w domu jakoś, wydrukowałam, zalogowałam się… W sensie, że udało się wszystko tak, jak się udać miało.
Z dowodami wpłaty w czwartek wpadłam do sekretariatu, dostałam wpis jakiś w indeksie i w poniedziałek pójdę po ocenę do dziekana. Najgorsze jest to, że to będzie 30 marca, a ja do 31 marca mam legitymację ważną. Wiadomo, nie podbije mi bez zaliczenia wszystkiego. Będę ją mocno prosić, to może da radę do wtorku to zrobić, bo we wtorek ma kierownik studiów dyżur.

Ale ponieważ dziekan mnie trochę wkurzył w poniedziałek, to i ja postanowiłam zadziałać. Przejrzałam bardzo, bardzo dokładnie kilkadziesiąt tabelek dotyczących planów zmian w zajęciach na naszym wydziale. Bardzo dokładnie. I znalazłam na przykład, że na stosunkach międzynarodowych za semestralny wykład kończący się egzaminem na studiach stacjonarnych są 3 pkt. ECTS, ale już za ten sam semestralny przedmiot-wykład na studiach niestacjonarnych wieczorowych kończący się zaliczeniem na ocenę jest… 7 pkt. ECTS. Kilka takich fajnych rzeczy znalazłam i napisałam pismo. Bo nie mogłam być na posiedzeniu Rady Wydziału w środę. Poszło do dziekana. Jak nic z tym nie zrobią, to zgodnie z sugestią Kolegium Rektorskiego na spotkaniu z samorządami w środę, zgłoszę to do Komisji Senatu UW ds. studenckich, doktoranckich i procesu kształcenia. No cóż, dla dobra studentów – wszystko.
A że dziekan mnie nie lubi i ja za nim nie przepadam… to już inna historia.

W poniedziałek wieczorem, gdy wróciłam z korków do domu, dzwoni telefon. Pani pyta, czy przygotowuję do egzaminu po III klasie gimnazjum. No, tak, oczywiście. Że ona by chciała taką powtórkę dla córki czy coś. No, spoko, mogę. Problem tylko z czasem, bo ja właściwie codziennie mam jakieś już korki. Ona proponuje sobotę. Zgadzam się, bo to tylko 4-5 spotkań i po sprawie. Pyta o cenę. Podaję 40 zł. Ona, że sporo… No bez przesady. Jestem doświadczoną korepetytorką, mam bardzo dobre wyniki, mam dużo materiałów, jestem osobą z wyższym wykształceniem, poza tym sobota! Ona ma przemyśleć. Nie zadzwoniła już.
Ej, czy 40 zł za 60 minut zajęć ze mną to naprawdę dużo?
Także w poniedziałek, a propos kasy, doszło oficjalnie pismo z Play. Że te 5 minut chcą mi dać jednorazowo za moją złotówkę. Przyjęłam.
A potem jeszcze się męczyłam z wypracowaniem po angielsku Kamila. Ogólnie z chęcią pomagam… Ale to było naprawdę w chuja pracy i mnóstwo błędów. Więc się wkurzyłam i jeszcze pojechałam po nim ;) Może i niesłusznie, bo to nie jego wina jeśli czegoś nie wie przecież… Ale się zdenerwowałam, że tak słabo to napisał po prostu.

We wtorek nie poszłam na zajęcia (znów). Ale tym razem powody były ważne. Chciałem dostać się na dyżur do prof. Jacyno. Chciałem pogadać z nią na temat tego, czy zechciałaby zostać promotorą mojej pracy doktorskiej. No i o samej pracy. Niestety, czekałam dobre 45 minut zanim udało mi się wejść, a ona już dyżur kończyła. Więc 5 minut jej zająłem. Powiedziała, że generalnie jest na tak, ale nie jestem jedynym, który się zgłosił i ona musi się zorientować czy jest szansa, że wszyscy się dostaną. Ma to ustalić i dlatego za tydzień znów mam do niej wpaść. Lub za dwa, ale wtedy mnie już w Warszawie nie będzie. Nawet jak nie będzie jeszcze wiedziała jak to instytucjonalnie jest rozwiązane, to będziemy mogli chociaż o koncepcji mojej pracy pogadać. Bo ja mam z tym problem. W sensie, że mam bardzo ogólny zarys, a pamiętam ile mi rozmowy z nią dawały przy magisterce. Mam nadzieję, że teraz znów będzie to coś ciekawego i dającego natchnienie.
Tego dnia byłam też na spotkaniu z prodziekanem. Chodziło o bibliotekę wydziałową. Bo jest, mówiąc krótko, chujowo zarządzana. Ma sporo książek, jest dobrze wyposażona, ma dużo fajnych rzeczy, ale nadal nie można katalogu przez sieć przeglądać, o zamawianiu w ten sposób nie wspominając.
Prodziekan, generalnie, podziela zdanie. Ale wiadomo, że o ile ja jestem tylko za tym, co chcą studenci, on musi uwzględniać różne grupy interesu na wydziale. Dlatego ma trudniejsze zadanie. Większość rozmowy, jak podkreślał, była tylko do mojej wiadomości, więc rozpowiadać nie ma co. Ale nie zapowiada się na rewolucję. A zawodzi, jak zawsze, czynnik ludzki. Inna sprawa, że łatwo dałoby się ten zawodzący czynnik poprawić lub coś, ale nie ma woli. Nie z mojej i nie z jego strony.
Dyżur w redakcji minął dość szybko i sympatycznie. Wtorki już takie są. Wpadam na 2,5 godziny jest zaraz po sprawie. Potem powinnam mieć korki, ale na 2-3 tygodnie są odwołane. Takiego SMSa dostałam. No i spoko, dobrze wiedzieć z góry. Więc poszłam do Carrefura, gdzie się wkurzyłam na panią, która dla mnie stała się kasjerką.
Jedyną rzeczą, która rozjaśniała smutek tego dnia był fakt, że… mam nową książkę Baumana! „Nowoczesność i Zagłada” jest już w moich rękach. Mam napisać nawet recenzję krótką, ale nie dlatego się cieszę. To jedna z jego najważniejszych prac i dlatego dobrze, że Wydawnictwo Literackie wydało.

W nocy był nawrót zimy ewidentny. Śnieg, wiatr, biało. No, tragedia. Zaraz 1 kwietnia, a na ulicach śnieg.
Jak już wspominałam, w środę zaliczyłam spotkanie samorządowców z Kolegium Rektorskim. Miło, fajnie… Minus był taki, że z zaproszonych około 250 członków organów samorządu studentów przybyło jakieś 15-20 osób. Takie spotkanie ma miejsce od jakiś 2-3 lat raz do roku. To piękne, że władze rektorskie chcą się spotkać z samorządami działającymi w jednostkach… A tutaj taka zlewka. Słabo, naprawdę. Była szansa pogadać, zapytać, powiedzieć, wyjaśnić, zasygnalizować… I nic takiego się nie stało. Tzn. padło, oczywiście, kilka spraw. Ale szkoda, że tak niewiele osób się pofatygowało. Kolegium Rektorskie zjawiło się w komplecie. Dodatkowo, z Kanclerzem nawet! Więc można było różne kwestie omawiać.
Szkoda, że studenci i studentki nie rozliczą teraz swoich przedstawicieli z tego, czy byli czy nie. Mnie martwi, że socjologia się nie zjawiła.
Po dyżurze jedne korki odwołane, ale drugie bez zmian.

Czwartek minął fajnie, bo mało było latania, chodzenia. Siedziałam w redakcji i nadrabiałam zaległości od poniedziałku, które się mogły natworzyć. Poprawiam też pewne rzeczy a propos funkcjonowania patronatów. Mam nadzieję, że będzie teraz lepiej.
Skończyłam dyżur wcześniej (i wcześniej zaczęłam!), bo chciałam wyjść na korki szybciutko. Zapowiedziałam, że będę wcześniej i mi się udało. Co więcej, jakoś tak szybko dotarłam, że byłam jeszcze dobre20 minut przed czasem. Minęło szybko.
A pośpiech był spowodowany czym? Kinem. Chciałam zabrać Polę do kina na „Człowieka na linie” przedpremierowego. A Pola się spóźniła. 15 minut. Skandal. Ile razy mam tłumaczyć, że w 90 przypadkach na 100 podczas pokazów przedpremierowych nie ma ani jednej reklamy! Oczywiście, przepraszała i w ogóle… Ale co się stało, to się nie odstanie.
Wszystko dlatego, że Pola ma teraz stałą partnerkę seksualną. Dziewczynę. Czy jakkolwiek ją nazwać. Tak, Pola jest stracona dla świata. Porzuciła swoje ideały, swoją hierarchię wartości i weszła w stałą relację dwuosobową, niczym w związek heteroseksualny. Trudno, stało się. I pokasowała ponoć nawet numery telefonów dziewczyn, które miała!
Film okazał się całkiem fajny. Niby to dokument, ale tak ładnie, fabularnie opowiedziany i taki pełen autentycznych emocji, że naprawdę można polecić! Więc jeśli będziecie mieli okazję, śmiało.

Po kinie Tomeczek i znajomy Pawła z pracy, niejaki Kamil, odebrali nas z Galerii Mokotów i powieźli na Wolę. Tam od Tadeusza odebrałam krzesełko różowe Snile (takie samo prawie jak miałam) i pojechaliśmy do mnie. Tomeczek wziął moje, ja wzięłam Tadeusza… I ogólnie mi Tomeczek w Ikea malutkie zakupy zrobił tego dnia, a dodatkowo Tadeusz dał jeszcze mały prezent. Ale to już inna historia ;)

I tak się wieczór zakończył po 22 jakoś, gdy ostatecznie mogłam usiąść.

W piątek się spóźniłem (pierwszy raz w tym tygodniu), ale i pozostali w redakcji i dziale reklamy też. A wydawca była na miejscu punktualnie. No i dostaliśmy mały ochrzan. Nie czuję się winna, bo codziennie jestem na czas a raz mi się zdarzyło 15 minut przyjść później niechcący. Raz.
W ciągu dnia sporo pracy, także samorządowej… Ale znalazłam czas na obiad. Wyszłam z Tymoteuszem, który wpadł z Wrocławia szukać swojej szansy edukacyjnej w Warszawie. Wpadliśmy do Krzyśka, bo już ze 2 tygodnie tam nie byłam. I to się źle skończyło, bo jeszcze po obiedzie ciasto zjadłam. Kurwa, dieta.
Tymoteusz powiedział niedawno, że ktoś nazwał mnie uniwersyteckim Milkiem. To w sumie miłe choć… on był megabrzydki! Ja wiem, ja urodą nie grzeszę… Ale bez przesady. Jego można było się na ulicy przestraszyć… A ja się przecież dokładnie maluję i nie ma takiej szansy!
W ogóle ostatnio też ktoś mi powiedział, że jestem trochę ‘symbolem pedalskiej warszafki’. To śmieszne zasadniczo, bo ani ja z Warszawy, ani ja pedałem nie jestem. Ale w sumie miłe także.

Mihał miał wczoraj urodziny, więc dostał ode mnie prezent. Dwie książki. Zazwyczaj daję książkę jakąś i płytę z porno. Ale Mihał mieszka ze mną i ma stały dostęp do mojej pornokolekcji, więc to byłoby bez sensu. Szkoda płyty DVD. Zrobiłam mu też sernik gotowany taki, jak chciał. Chyba smakował potem, bo wszyscy chwalili. A i ja byłam zadowolona. Zwłaszcza z napisu „Hejka hej, pasywna dziwko!” na nim. Nie ma zmiłuj. Nigdy nie odpuszczam.
Urodziny niedawno miał też Kuba Po Prostu. Co prawda na swoje przyjęcie zaprosił mnie dobę przed… Ale ponieważ go lubię, ponieważ jest ładnym chłopcem, ponieważ ma ładnego chłopca i ponieważ nigdy jeszcze mnie do siebie nie zaprosił, postanowiłam pójść. Miło było, choć na sekundkę wpadłam. Ludzie się schodzili dopiero, ale już się karaoke zaczęło. Czekałam chwilę na jakiegoś 18latka, ale nie zjawiał się, więc poszłam.
Dotarłam do Piotra, gdzie urodziny Mihała były małe. Po drodze Krakowskie Przedmieście zamknięte, bo Carrefour Półmaraton Warszawski miał się odbywać. Więc nie ma lekko. Pasyw się z Piotrem znów pokłócił… Ale to jakby normalna część ich relacji.
U Piotra koleżanki Mihała, które potem do U wprowadzałam (raz jeszcze dziękuję, Erneście!) i małe grono znajomych.
Posiedzieliśmy chwilę, ale jako że mamy dość siedzenia i plany były inne, to ich do HotLa wygoniłam. Poszliśmy raz dwa i słusznie. Ponieważ piękny vocal house był grany. Komercyjny, słodki, bez udawania, radosny, głośny… Mnie zaskoczyła ilość młodych ładnych chłopców. Bardzo, bardzo pozytywnie. Bardzo. Niektórzy z naszych kompanów się opierali przed wyjściem tam, ale chyba nikt nie żałował potem. Naprawdę fajnie było.

Końcówka nocy to Utopia. Maciej Biegacz się uparł, że jakaś koleżanka jego musi wejść. Ja już nie chciałam przesadzać, więc mówiłam, żeby Amy pomogła. Amy nie chciała. Więc Tadeusz ostatecznie zadziałał. Nie ma już Rafała w Utopii. A wolne miał też Bartuś. Więc dziwna noc. Ale sympatyczna.
Szaleństwo w sumie było, bo wszyscy dużo wypili. Ludzi nie było za wiele i koło 5 się zaczęło zdecydowanie opróżniać.
No i przyznać trzeba, że to był godny finał tej nocy. Godny, to dobre słowo.
Poznałam też właściciela Blu Queen. Miłe, że wyraził ubolewanie z powodu naszego nie-wejścia do jego klubu ostatnim razem. I poprosił o kontakt, gdybyśmy się mieli tam zjawić następnym razem. Bardzo miłe z jego strony, bardzo.

No, a teraz czas lecieć na imprezę kolejną. Weekend trwa.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Panie, miłuję dom, w którym mieszkasz, i miejsce, gdzie przebywa Twoja chwała (Ps 26, 8)

26 lut

Nie czuję się najlepiej. To niedobrze w sumie. Co prawda planowałem w weekend rozchorozowanie się około środy… Ale potem z tego pomysłu musiałem zrezygnować z różnych powodów. I denerwuje mnie, że to może być wbrew mojej woli jakoś…

Ale po kolei może. Od piątku, który – jak wiadomo od czasu Liroya – jest tygodnia końcem i początkiem. Nie inaczej było i tym razem. Zrobiłem sobie wolne. Stwierdziłem, że muszę się przespać, wyspać, odpocząć. Wstałam o 7 rano i już już miałam iść do wanny, ale… stwierdziłam, że nie. Napisałam SMSa do redakcji, że się zatrułam i że nie będę dostępna cały dzień. I chuj. Tyle. Odpoczynek się czasem należy, nie?
Tym bardziej, że wieczór się szykował szalony. Więc pospałam, z bólem głowy aż wstałam. Zawsze tak mam jak śpię powyżej 7 godzin. To jednak za dużo dla mnie. I potem ogarnęłam się, żeby dalej normalnie działać.

Wieczór zaś był piękny. Najpierw Pieksa. To dla mnie nowe miejsce. Choć na mapie Warszawy istnieje od bardzo dawna i uważane jest za kolebkę clubbingu i selekcji (sama o tym kiedyś w jakimś tekście pisałam), to jednak nigdy nie miałam okazji tam być. Albo może nie tyle okazji, co powodu i motywacji. Aż zdarzyło się, że był takowy. Namówiłem Damiana.be, żeby mi towarzyszył. To były urodziny Kejt i jakiegoś tam pana, co go nie znam. Przygotowałam dla Kejt prezent, ładnie zapakowałam tymi oto rękoma i dałam jej na imprezie. Mam nadzieję, że porno, które też tam się znalazło (musiało!), spodobało się jej i mężowi. W Piekarni tej nocy ShapeShifters grali. Więc chociaż muzycznie wiadomo było, że będzie miło. Jak przyszliśmy, ludzi było bardzo mało. Więc początkowo nieśmiało zaczęliśmy się poruszać po klubie. Jeszcze pani nas chciała ochujać, bo nam nie dała opasek. Ale Kejt przyszła zaraz i się ogarnęło wszystko. VIProom jest na górze, nad salą właściwą. I na dole było zimno, a nam na górze fajnie, ciepło. Ludzie zaczęli się schodzić, kilku pederastów też się zjawiło. Ogólnie, ciekawi ludzie. Ale, bez urazy, starzy. I dlatego siedzieli, gadali, pili, palili… Nie, nie, to nie dla mnie.
Wychyliliśmy się z Damianem.be na dół, żeby ogarnąć, co tam się dzieje. A tam ludzi w chuja, sala pełna i szalejąca. No więc stwierdziliśmy, że na nas czas. Tym bardziej, że Damian.be rzucił propozycję nie do odrzucenia… Osiemnastka w Discrete.
Zgarnęliśmy się i problem tylko był ze staniem w kolejce po kurtkę, co nam zajęło dobre 20 minut. Ale chuj, trudno.

W Discrete chyba impreza zamknięta. Czy coś tam. Ale nie ma to jak znajomości. Boże, jak tam było cudnie. Pięknie, wspaniale, ekscytująco. Nie mogłam się tego nawet w najśmielszych snach spodziewać, jak Boga kocham. Połowa ludzi jeszcze <18. Piękni, młodzi, pijani. Czego chcieć więcej? To znaczy, no mogę sobie wyobrazić więcej. Że na przykład byliby bez koszulek. Albo w samych majtkach. I bez kobiet. I wszyscy homoseksualni. Ale to już fantazja. Nie ma co za dużo od życia wymagać, nie?
Było cudnie. Aż piłam z Damianem szoty, bo na trzeźwo mogłoby moje serce (czy coś tam) nie wytrzymać. I ten 15latek co się wypiął przede mną na kanapie leżąc i rozmawiając ze znajomymi. No, na maksa… Za niego też piliśmy. Szkoda, że nie wiem gdzie są fotki. A tego fotografa też bym z chęcią poznała. Najpierw by mi mógł fotki pokazać a potem no… ten… cokolwiek.

Posiedzieliśmy do drugiej jakoś, ale się pusto zaczęło robić. No i dobrze, poszliśmy sobie do Utopii. Tak udane biforowanie mogło zapowiadać tylko dobrą imprezę. W Utopce grał Yoora, ale dawał radę. Miał dobry humor chyba, bo naprawdę nieźle mu szło. Marcinek młody się zjawił… ze swoim bratem bliźniakiem. Oficjalnie nareszcie go poznałam. Muszę przyznać, że ostatnio się ogarnął i wygląda jeszcze lepiej niż ostatnio. No i te fotki, co widziałam z jakiegoś ich biforu później, to jednak coś działającego na wyobraźnię ;)
Amy najpierw smutna, potem nagle się rozruszała. Bartuś śliczny też był, okazuje się, że teraz jest z Adrianem chyba, choć na razie to chyba faza dość wstępna, bo jak coś wypaliłam to stwierdzili, że oni jeszcze nie… Jureczek się zjawił też. Wyglądał bardzo korzystnie. I dostał moje serce. W sensie, że takie co kupiłam jakiś czas temu. Z czekoladkami.
Pola też była i też ogień miała. Niemniej, bez seksu. Zostawiła to sobie na później, na sobotę.
Ja sobie poskakałem, bo zawsze przed dużą imprezą staram się wyszaleć – następnego dnia przewidywalny brak miejsca na pewno by to uniemożliwił. Co nie zmienia faktu, że impreza się szybko skończyła. Ludzie się oszczędzali przed Outsider L. A Gackowi na małym barze za szota policzyli 13 zł. Mi zaś o 13 zł zawyżyli rachunek. Pierwszy raz. Mam nadzieję, że to głupia pomyłka tylko.

Sobota minęła, zgodnie z przewidywaniami – na pisaniu pracy. To jednak tak, jak w hiczkokowej definicji filmu – zostanie tutaj pominięte, jako zajęcie dość nudne jednak. Nawet bardzo, bo to psychologia. Męczy mnie ta praca niemiłosiernie, przyznaję.
Więc zasadniczo sobota ograniczyła się do tego, że 1) dowiedziałem się, że Tomasz aka Amy zabawiał się ostatnio z Michałem Rasmusem i się do tego nie przyznaje, 2) Natek nadal jest z Pasywem, który ostatecznie przyznał się do wszystkiego (i chyba zamieszkają razem u Natka), 3) Maciej Biegacz spotyka się nadal z Wojtkiem „po koleżeńsku”, 4) Michał młody ma teraz jakiegoś nowego Michała do spotykania się z nim, 5) Patryczek, który zapierał się, że nie zna żadnego Natka, pisuje z nim od jakiegoś czasu. Ogólnie, przetasowania, ale bez przesady.

Wieczorem pojechałam do Kuby69 aka Whitney Houston na b4. Zaprosił, zgodnie z tym, co ustaliliśmy wcześniej z Gackiem, że go na to namówimy. Więc na Mokotowie się ogarnialiśmy. Był też Grześ, Kuba Po Prostu, Daniel, Pola, Grania. No i Davidek, ale on szybko uciekł, bo się odcina od środowiska.
Najwięcej radości sprawiła nam electro-wersja „superpartia, kurwo” na YouTube.com. Było śmiesznie, choć szybko się towarzystwo na grupki podzieliło. A ja się ubrałam.

Ogólnie, to chciałam taki motyw wprowadzić, że cała na czarno-biało będę z elementami fioletowymi – takim związanymi z postem nadchodzącym. Gacek też się tak ubrał, co się dopiero na miejscu okazało. No i dobrze, bo oboje jesteśmy z dobrej katolickiej rodziny.
Do Utopii dotarliśmy dość szybko. Jeszcze mnie po drodze Kamil męczył telefonicznie, że jego dziewczyna, która jest na liście, nie może wejść. I żebym pomogła. Nie lubię takich sytuacji. Ja z chęcią pomagam wejść ładnym młodym chłopcom, ale nie obcym kobietom. Zwłaszcza kobietom. Ale mówię sobie: no dobra, łorewa. Pomogę. Ale mnie zdenerwowało jeszcze tylko jedno. Że mi dyktować chcieli gdzie mam wysiadać z taxi. Nie, no to już przegięcie. Chcę pomóc, spoko, ale niech to się odbywa tak, żeby mi było wygodnie. A poza tym nie byłam w taxi sama, prawda?
Nieważne. Ostatecznie wyszło wszystko dobrze. I ta cała dziewczyna weszła.
Potem był tylko fan. Duuuuużo fanu.
Bardzo ładnie zagrał Laurent Wolf. Naprawdę, naprawdę ostro. Mocno. Vocal-house’owo. Bardzo na tak. Od razu można było zauważyć, że zmienił rozgrzewającą przed nim dj Moondeck. Mocne wejście zapowiadało ostre granie i tak rzeczywiście było. Gdy już wydawało się, że schodzi w stronę minimala czy nawet dźwięków lekko rave’owych, wracał na "właściwy" tor i uderzał znów ze zdwojoną siłą. Muzyka zagrana przez Laurenta Wolfa to mieszanka vocal house’u z bardzo mocnymi akcentami dryfującymi w stronę electro. Chwilę po tym, jak zaczął, zrzucił z głowy słuchawki i w pełnym skupieniu oddał się grze. Najlepszy był, i trzeba to jasno powiedzieć, finał jego występu. To już naprawdę mocne uderzenie, wyraźny bit, superenergetyczne granie. Tłum w tym momencie naprawdę oszalał.
Jako, że Jegarmeister (tak to się pisze?) był sponsorem imprezy, to piękna chwała Pana się na ścianie objawiała. I ogólnie było naprawdę dobrze. Dawno już w spódniczce nie skakałam. Tak po prostu, żeby wyrazić radość. Żeby pokazać jak jest fajnie. Żeby zaszaleć.
Wszyscy zresztą szaleli. Pola chciała dobić do 10 partnerek seksualnych jednej nocy, ale się na 7 zatrzymała. Kamila i Krzysia podrywał ten sam czarny. Ściskał, obejmował. Ogólnie, szalał. Wszyscy szaleli. Piękna noc.
Wróciłam, oczywiście, szybko.

Niedziela była spokojna. Wszyscy opowiadali co zrobili, a czego nie zrobili. I dlaczego nie mogę o tym na blogu pisać. Ja naprawdę nie rozumiem tego przeżywania tego, co się tutaj pojawi lub nie pojawi. To tylko pamiętnik starej transetki, dajcie se na luz.
Ale napisać mogę, że Amy śledzi Gacka. Kiedyś wpadała do nich rano po Luzztrach a teraz wychodzi za nim z Utopii, bo ma zakaz przychodzenia po szaleństwach lustrzanych. A chce widzieć z kim Gacek wychodzi. I się pokłócili o to, generalnie. Pola twierdzi, że Tomek się kocha w nim.
Odpuściłem sobie niedzielę, przyznaję. Oglądałem filmy, głównie.

Poniedziałek to był zły dzień. Zaczął się od tego, że musiałam być wyjątkowo na UW o 8:30 zamiast 11:30. Bo zaczynała się o 10 ta konferencja, co robiłam dla dziennikarzy studenckich z całego świata. Nie chwaliłam się tym, bo większość czytelników ma w dupie tego typu moje działania.
Impreza nazywała się International Meeting of Student Media. Nazwę akurat nie ja wymyśliłam. Robiłam to z redakcją i z Kołem Naukowym. No i innymi organizacjami, ma się rozumieć. Okazało się też, że ja mam całość prowadzić. Mi to w sumie łorewa, nie?
Przyjechali ludzie z Nepalu, USA, Meksyku, Chin, Łotwy, Litwy, Ukrainy, Holandii, Danii… No, ogólnie, towarzystwo naprawdę międzynarodowe. Koło 70 osób. Bardzo pozytywni, fajni ludzie. Ponieważ nie ja załatwiałam gości na konferencję przemawiających, to dla mnie ich wystąpienia też były i ciekawe, i nowe. I muszę przyznać, że naprawdę fajnie to wyszło. Aż jestem zaskoczona. Na 4 wykłady i dyskusję tylko 1 wykład wypadł słabo, ale za to był pokazowy i zabawny, więc też się liczy.
Najgorzej, że nawet się na obiad nie załapałam. I tylko musiałam ogarniać wszystko wkoło. Setki pytań, prowadzenie (po angielsku, uprzedzając pytania), improwizacja. Fajnie, fajnie, lubię takie rzeczy. Skojarzyło mi się z dawniej organizowanymi ogólnopolskimi wydarzeniami dla dziennikarzy szkół gimnazjalnych i średnich, co robiłam. Jakieś lata temu to było…
A w ogóle to było tak, że jak przyszłam, okazało się, że nie ma upoważnienia do klucza do sali i musiałam czekać. Organizatorki pozostałe wpadają i wkurwione na mnie. Ja formalności załatwiłam, ale tam coś nie poszło innym i czekanie obowiązkowe. Włączam komputer, a tam niebieski ekran. No to znów. I znów. I znów. I przywracam system. I włączam awaryjnie. I potem normalnie – i znów. Niebieski, jebany, ekran. Potem dzwoni catering i mówi, że mu kucharka pracę rzuciła. No, kurwa, świetnie.
Na szczęście wszystko się udało. W sytuacji kryzysowej najlepiej się działa.

Miałam iść tego dnia jeszcze na zajęcia w Centrum Myśli Jana Pawła II, ale zmęczenie i ból głowy sprawiły, że nie dałam rady. Nie ogarnęłam tego. Poszłam do domu z dwoma komputerami. I jechałam jeszcze z pracą po krótkiej drzemce. To dość przerażające było, że jeszcze coś muszę robić.
Zaczęłam też poważnie ogarniać swój stacjonarny. Partition Magic i przesuwanie miejsca z partycji luźniejszych na systemową. Udało mi się jakieś 30 GB wygospodarować. Może zainstaluję Vistę nareszcie?

Od poniedziałku w ogóle jestem na diecie. Zjadam połowię śniadania, 3/4 obiadu, jadam regularnie co 3-4 godziny. Mam problem jeszcze z kolacjami, ale to ogarnę. I nie jem po 21! No i zero dodatkowego cukru, zero dodatkowego tłuszczu, zero dodatkowego ruchu. Tylko te ćwiczenia poranne na brzuch, co robię już od jakiegoś czasu. No i muszę zacząć biegać, ale to wciąż nie ma warunków, bo pogoda jest do bani. Totalnie.
I dlatego też we wtorek nie ruszyłem się z domu na zajęcia. Byłem zmęczony, poza tym mogłem mieć usprawiedliwienie… Olałem to. Co prawda oznacza to, że we wtorek nie byłem na zajęciach jeszcze w tym semestrze (a mam wtedy 2/3 zajęć tygodniowych), ale co tam. Dotarłam na 14 do redakcji, zaniosłam zaświadczenia dla uczestników konferencji międzynarodowej (drugiego dnia mieli warsztaty na mieście, żeby pokochali Warszawę i wrócili tu jeszcze… czy coś tam) i szybko czas minął.

O ile w poniedziałek ja odwołałam korki, o tyle we wtorek uczeń to zrobił. Ale zadzwonił Kamil czy mam czas się spotkać. No, mam w sumie. I poszliśmy razem na zakupki. Musiałam i tak nabyć nowy podkład, bo mi się stary skończył. A dodatkowo, uwaga, uwaga, kupiłam buty. Kozaczki. Tak, na dziale damskim. Kamil trochę się krępował jak patrzyły na nas nastolatki, gdy je przymierzałem, ale spoko. Poza tym stwierdził, że mnie jacyś ludzie na ulicy rozpoznają. No, może, łorewa. Ogólnie to wieczór był miły, bo na spokojnie bardzo ten dzień minął. Obejrzałam wieczorem do końca „Little Britain USA”. Jest zabawne, choć niektóre gagi ewidentnie się powtarzają. To szkoda, ale ogólnie – jestem na tak.

Środa zaczyna się zawsze rano bardzo. Ćwiczenia, małe śniadanie, redakcja. Naczelny miał być, ale się zatruł i nie przyszedł. Wszystko spoko, ale korki odwołane. W sumie to tylko jedne, więc miałabym czas do domu zajść i odpocząć… Ale nie, bo bezpośrednio po nich miałam wręczyć zaproszenia w konkursie jejperfekcyjnosc.blox.pl. Problem w tym, że pogoda była tak chujowa, że nikt nie przyszedł. I moje godzinne czekanie poszło na marne. Czasem się zastanawiam czy jest sens w ogóle robić te konkursy, skoro potem ktoś nie odbiera i przepada nagroda. Choć przyznać trzeba, że tym razem było naprawdę dużo zgłoszeń.
No więc pojechałam na drugie korki. Poszło fajnie, bo analiza wiersza, a ja to lubię raczej. A potem na zakupy, gdzie wydałam zarobioną gotówkę. Eh, ciężkie życie.
Czekam na kasę od Roberta za pracę. Z tego będę mogła zapłacić za bilet na Madonnę, bo dotychczasową gotówkę przelałam na kartę, żeby ją spłacać. Będę teraz też mniej w U wydawać, bo moja dieta uniemożliwia mi picie słodkich napojów gazowanych, które dodawane są do drinków. Mam problem co z XLem i Tigerem i co z mlekiem do kawy. Ale to się ogarnie podczas pierwszej ewaluacji diety, którą zaplanowałam na „po dwóch tygodniach”.

Mam już termin sprawy w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym. 3 IV 2009, godzina 9:50. Ja kontra pełnomocnik pani Rektory. No cóż, zobaczymy. Kto z Was się zna na prawie administracyjnym? Czy ja do czasu rozprawy mogę jeszcze jakieś pisma do sądu wnosić? Na przykład odnoszące się do odpowiedzi na skargę, jakiej udzieliła pani Rektora? Mogę? Czy dopiero ewentualnie na sali rozpraw? Czy jak?

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm