RSS
 

Notki z tagiem ‘michal’

Poharatana twarz, przypływ gotówki i plany imprezowe

03 mar
Taki tam wypadek...

Taki tam wypadek...

Moje dzisiejsze/wczorajsze zdjęcia są straszne, wiem. W ogóle dużo się działo a ja nic od czasów Bitwy pod Melino nie pisałam… Nadrabiam więc. Po kolei, powoli.

Zacznę od Bitwy pod Melino, bo tak już oficjalnie nazywa się atak, jaki na początku lutego miał miejsce w moim mieszkaniu. Banda dresów wpadła i zaatakowała mnie i moich gości. Nie martwcie się. Policja zajęła się sprawą. Mam nadzieję, że niewielkie, ale jednak zamieszanie medialne, które miało miejsce, pomoże. Tym bardziej, że trzy dni po moim złożeniu zeznań wydana już była decyzja o wszczęciu postępowania. Tego samego dnia zgłosiłam kradzież telefonu i do tej pory nic nie słychać ;)Na policji byłam jeszcze raz. Jakiś pan sierżant sztabowy (chyba taki miał stopień?) mnie wezwał, coby pewne rzeczy uzupełnić. Lada moment powinien spotykać się ze świadkami/pokrzywdzonymi. Wiem, że działają, powiedział, że mają nagrania monitoringu z bloku. Więc coś się dzieje. Nie śpieszę się, nie ma dla mnie znaczenia czy ta sprawa wyjaśni się jutro czy za miesiąc. Ważne dla mnie, żeby się wyjaśniła. I nawet nie chodzi mi o przykładne, surowe ukaranie. Bardziej zależy mi znów na zniechęceniu młodzieży. Żeby więcej nie opłacało się im tego robić. Wiem, wiem, jestem łagodna. Tym bardziej, że atak na mieszkanie – tak jak powiedziałam w piątkowym „Metrze” – jest o tyle wyjątkowy, że narusza świętość oazy, jaką jest dom. No tak jest. Ale jakoś nie wierzę w resocjalizację i w to, że jakaś kara surowa mogłaby się do tego przyczynić, więc dlatego chyba bardziej zależy mi na tym, żeby byli przesłuchani, żeby mieli status podejrzanych, może nawet oskarżonych.

Ale na to musimy poczekać.

W tak zwanym międzyczasie moje dalsze przygody. Czyli czemu mam twarz rozjechaną. Wszystko zaczęło się w piątek wieczorem. Wyszłam z domu, pojechałam pięknie w muszkę wystrojona do Gacka. On chory, więc przy okazji odwiedziłam go, dopiłam sobie to, co przywiozłam ze sobą i poszłam w noc. Monky grał w Operze tego dnia, więc postanowiłam też się tam wybrać. I rzeczywiście, było zacnie. Ze dwa drinki zdążyłam wypić, pogadałam z najładniejszym z barmanów – który kiedyś w Utopii pracował – i stwierdziłam, że na mnie czas. Dotarłam do Glamu, po drodze zahaczając o kebaba. Pan w kebabie mnie podrywał, chwalił moje kolczyki. A inny pan w kebabie dopingował go, mówiąc do mnie, że to gej i że mu się podobam. Tak, mieć branie wśród pracowników kebabowni – to cała ja. W każdym razie poderwać się nie dałam i polazłam na Żurawią. Kebab był zresztą średni bardzo.

W Glam, jak to w Glam. Wcisnęłam się za bar od razu, zaczęłam drinki sprzedawać. Nie wiem czemu to robię, ale zawsze mnie to bawi. Tym razem jednak, gdy tak o tym myślę, byłam bardziej pijana niż zwykle, więc i sprawność mniejszą miałam. Dawałam jednak radę i ludzi rozbawiałam swoją osobą. To, co umiem robić najlepiej.

Niewiele pamiętam z wizyty. Pamiętam ze dwa szoty wódki, które potem w trakcie zabawy wypiłam. I w zasadzie tyle. Najebałam się. Trochę odreagowując cały tydzień, trochę miniony weekend a trochę dlatego, że nareszcie o kasę się nie muszę tak martwić (o tym zaraz). I poszalałam. Nie to, żeby mi się w życiu wcześniej nie zdarzało poszaleć.

Ale tym razem gdzieś coś poszło nie tak. I nie wiem gdzie ani kiedy. Nie pytajcie mnie, co robiłam pomiędzy wyjściem z Glam a powrotem do Meliny (około 11:30). Nie wiem tego. Wiem, że w którymś momencie pani motornicza pytała mnie, czy nie potrzebuję pomocy. Nie potrzebowałam (tak powiedziałam). Potem zorientowałam się, że jadę tramwajem, który na pl. Zawiszy skręca w złą stronę, więc wysiadłam z niego. Chciałam wezwać taxi, ale pani powiedziała, że ze 20 min muszę czekać. Więc nie chciałem. Poczułam, że mam strupek jakiś na brwi. Nie, nie widziałam się jeszcze. Jakoś dotarłam do Meliny tramwajem linii 9. Musiałam odstraszać ludzi, bez dwóch zdań. Zorientowałam się też, że nie mam na sobie okularów. Nie tylko na sobie, ale i przy sobie nigdzie.

W domu poszłam spać. Nikogo nie było. Michał wrócił po jakimś czasie, ja się obudziłam i wtedy zobaczyłam przerażenie na jego twarzy, gdy mnie ujrzał. Przypuszczałam, że nie jest dobrze. No, prawda jest taka, że zaschnięta krew zawsze robi gorsze wrażenie, niż naprawdę powinna. Więc rzeczywiście wyglądałam źle. Potem zasłabłam i prawie zemdlałam. Na szczęście Michał mnie przytrzymał. Położyłam się spać.

No i doszłam do siebie. Będę żyć. Do wesela się zagoi. Nie jest fajnie, ale mam za swoje. Nowe okulary już też mam. Amy Winehouse ofiarowała mi jakieś swoje oprawki Prady, które pasują na mnie. Kupiłam soczewki, w ciągu godziny mi zrobili i mam. Więc prawie jakby nic się nie stało. Przyznać trzeba, że jestem mistrzynią makijażu, więc potrafię zamalować się tak, że nie wygląda to źle. Czyli dobrze!

***

Czemu o kasę się nie martwię ostatnio? Ano od lutego oficjalnie zaczęłam pracę w nowym miejscu. Projekt unijny na 23 miesiące. Więc jest dobrze. Tym bardziej, że praca nie jest na 40 g tygodniowo, a więc w sam raz dla mnie – mam nadal czas na inne rzeczy. Płacą okej jak za to, co muszę robić. A muszę (na razie?) niewiele. Więc jestem naprawdę zadowolona. Dodatkowo teraz, od najbliższego tygodnia mam zacząć jeszcze jedną rzecz robić. Tak z doskoku i raz w tygodniu w zasadzie, ale też nieźle kasy za to niewiele mam dostawać. Ostatnio mam też sporo zleceń różnych na pisanie, więc i to powoduje wzrost zarobków. Mam taką nadzieję, że za miesiąc będę zarabiać więcej niż dwa lata temu o tej porze. Czyli dobrze, naprawdę dobrze. Jasne, lepiej może być zawsze a poza tym to wszystko zlecenia i o dzieło, więc tym bardziej mogłoby być lepiej… No, ale nie ma co narzekać. Jest XXI wiek w Polsce, jest dobrze.

***

Kolejne zmiany czekają mnie w Melinie. Michał się wyprowadza. To już pewne. Z końcem marca przestanie tu mieszkać. Śmialiśmy się, że wszyscy będą mówić,  że to przez Bitwę pod Melino. Ale nie, to nie przez to. Prawda jest taka, że rozmawialiśmy o tym od dawna. On potrzebował jakiejś zmiany, czegoś nowego. Wstrzymał się z tym – jak mówi – ponad 2 lata. Ale wreszcie finansowo i psychicznie może sobie na to pozwolić. I dobrze zatem.

Kto będzie mieszkał po nim? No, jeszcze nie wiem. Jak na razie nie reklamowałam się z tym jakoś bardzo. Napisały do mnie 2 czy 3 osoby. Z jedną udało mi się spotkać i na razie zanosi się na to, że to będzie właśnie on. A jeśli okaże się, że nie, bo coś tam – to puszczę ogłoszenie na Gumtree i zaraz się ktoś znajdzie ;) Co prawda okres nie jest najlepszy, ale to Warszawa – da się bez problemu kogoś znaleźć. W związku z tym są oczywiście imprezy! Najpierw jedna, z okazji siódmych urodzin JejPerfekcyjnosc.blox.pl a tydzień później – pożegnanie Michała. Potem są święta, ale czuję, że zaraz po nich trzebaby zrobić powitanie nowej osoby, prawda?

Tak, tak, nie przestaję imprezować. Co to, to nie. Impreza jest moim życiem. Choć, muszę przyznać, że mój doroczny Miesiąc Bez Alkoholu przesuwam – miał być w maju, będzie teraz. Od 3 marca 2013. Tak będzie lepiej. Ale to nie oznacza braku imprez! Miałam jechać za tydzień do Krakowa, ale nie wiem czy dam radę… Mam sporo roboty z tego weekendu + w niedzielę o 12:00 jest Manifa… Trudne sprawy, trudne decyzje.Tym bardziej, że chwilę później wylatuję do Dublina. Na 4 dni co prawda i w zasadzie „służbowo” – bo to przez projekt unijny – ale jednak o piątek zahaczę. Imprezę tam zaliczyć muszę też. Możecie polecić jakieś fajne kluby?

Prowadzę zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW, Fundacja Art. Humanitatis chce uruchomić kurs o gender, który mam prowadzić (szukają chętnych), w piątek robię konferencję „Diversity Pays! Różnorodność się opłaca!”, kilka dni później spotkanie z Rafałem Majką o postpłciowości. A w maju konferencja „Seks/płeć/queer na Wschodzie”, czyli kolejne z naszych tradycyjnych majowych wydarzeń queerowych. W międzyczasie oczywiście Parada Równości. A roboty z nią co niemiara. Tym bardziej, że znów brakuje rąk. A ja twardo wyznaczam granice tego, czym się zajmuję a czym nie. I nie zrobię więcej niż to, do czego się zobowiążę sama. Aktualnie m.in. mapka Parady Równości, początek prac nad Tygodniem Równości, patronaty, duperele… Eh, jak zawsze. Przed samą Paradą zgłaszają się dziesiątki ludzi, ale my potrzebujemy ich już teraz!

***

Spotkałam się z Damianem.be. To nasze pierwsze spotkanie od 30 czerwca 2012. Długo się wahał. Upewniał się, że to nie element jakiejś mojej intrygi. Nie, nie był. Po prostu byłam gotowa na spotkanie. On chyba też. Poszliśmy na szota do Flow. Potem po drynku. I tyle. Rozeszliśmy się do domów. Chyba tak miało być.

A tak w ogóle to czasu na spotkania mam ostatnio mniej. Ale to dobrze. Przynajmniej nie przychodzą mi do głowy jakieś głupie pomysły. Więc się cieszę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nagi prysznic, zlot nastolatków i wódka za 120 zł na dachu

11 wrz

Długo nie pisałam, ale to celowo tym razem. Wiem, że to, co piszę jest czytane przez osoby, o których piszę i wpływa na moje życie i relacje z innymi. Tym razem zależało mi, żeby przez chwilkę ktoś konkretny nie wiedział, co myślę na pewien temat. Stąd wstrzymywanie się. Ale spokojnie, już piszę. Będzie o nagich nastolatkach, o piciu wódki Belvedere na dachu restauracji, o całowaniu i dobrych drinkach. Zaczynamy.

***

Podróże, ach podróże...

Podróże, ach podróże...

Najpierw może nieco grzecznej treści. Bo wakacje w tym roku oznaczały dla mnie, że przez dużą część czasu byłem grzecznym chłopcem. Tak, chłopcem. Radkiem. Tak miałam na imię w restauracji Marcinka nad morzem. We Władysławowie spędziłem w sumie może i miesiąc, gdyby wszystkie od czerwca wizyty zsumować. W sierpniu byłam tam dwa tygodnie. Wcześniej jednak odwiedziłem dom rodzinny. I od tego zacznę.

Mama, oczywiście, ucieszona ale i – jak zwykle – podkreślająca, że za krótko jestem. Tym bardziej, że na dobę wyrwałam się do Rewala. Wszystko działo się superszybko, bo ledwo udało mi się wrócić z Amsterdamu a już dwa czy trzy dni później siedziałam w pociągu do Szczecina. Odwiedziłam brata i jego żonę, ma się rozumieć. Ich dzieciak, a mój chrześniak, rośnie jak na drożdżach. Skubany. Coraz więcej rozumie i chyba powoli zaczynam zauważać, że jest w szkole i ta szkoła zmienia go na lepsze. W sensie, że rozwija, mówiąc wprost. To dobry znak. Dobrym chyba też znakiem jest to, że przywykłem do braku mojego psa. Co prawda Tobi (tak się nazywał) zdechł już kilka lat temu, ale dla mnie to ledwo kilkanaście, może kilkadziesiąt dni pobytu w domu rodzinnym. Więc cały czas miałam takie wrażenie, że jak otworzę drzwi od mieszkania, to on wybiegnie na przywitanie. Cały czas aż do tej wizyty. Chyba ostatecznie przywykłem, że go nie ma i nie będzie.

W domu rodzinnym nie działo się za wiele. Ale to dobrze, po to tam jeżdżę – żeby odpocząć i żeby za wiele się nie działo. Oczywiście, jak zwykle, musiałam coś upiec. Lubię to strasznie, a tylko tam mam pełną swobodę w tym zakresie, bo moja mama nie piecze ciast. Mój brat też nie – jego teściowa robi to na tyle często i prawie hurtowo (sprzedaje dużo), że oni nie muszą. A ja chcę i robię to. Tym razem jakieś ciasto z nektarynkami. I w zasadzie tyle, niewiele więcej się działo. Jeden wielki relaks – rodzina odnotowała, że mam kolczyki i że to stan permanentny, choć nadal uważają, że nie powinnam ich mieć.

Na jeden dzień wyjechałem do Rewala do Gośki i reszty znajomych. Nie było łatwo się wyrwać. Najpierw jeden autobus nie przyjechał w ogóle, potem drugi po prostu przejechał nie zatrzymując się w ogóle… Pomyślałam sobie, że to klątwa. Że już na zawsze zostanę w rodzinnym mieście, że nigdy się z niego nie wyrwę. Po godzinach czekania udało mi się złapać trzeci z autobusów jadących w tamtą stronę. Niemniej, zamiast wyjechać po 12:00, wyruszyłam po 16:00. Masakra. Dobrze, że trasa minęła spokojnie.
Na miejscu – jak zawsze, wesoło. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się. A żeby było dziwniej, to wieczorem poszliśmy na koncert… Czerwonych Gitar. Ledwo to przeżyłem. Nudno dla mnie, ale śmialiśmy się z nich cały czas – to mnie ratowało. Z samych oryginalnych Czerwonych Gitar jest tylko jeden pan – niejaki Juras – który i tak zszedł po 3 piosenkach ze sceny, wpuścił młodszego jakiegoś i wrócił na sam koniec. Ale i tak uważam, że ledwo ogarniał, co się dzieje i że miał niepodłączoną gitarę, by jedynie udawać, że potrafi jeszcze grać. To trochę aż smutne było. Ale tylko trochę.
W nocy pochodziliśmy po okolicy, powygłupialiśmy się na nowej atrakcji – metalowych szkieletach kaszalotów. Czy czegoś takiego. A w radiu miejscowym nadal słychać mój głos częściej niż raz na godzinę ;) Tyle lat już nic dla nich nie robię, ale ten spadek pozostał i przetrwał!

Na chwilkę wróciłam do domu rodzinnego, by stamtąd już do Władysławowa pojechać. Znów z trzema przesiadkami, bo tak najszybciej. Dobrze, że mam tę trasę opanowaną po lipcu ;) We Władku ludzi coraz mniej. Przyjechałam jakoś w sam raz na 15 sierpnia, więc wówczas, kiedy ostatni długi weekend jest i goście jeszcze zjeżdżają. Ale pogoda – powiedzmy sobie to szczerze – była totalnie do dupy. Ale tak totalnie. Sezon pod tym względem supersłaby. Dlatego i nam było trudniej.

Znów byłam kelner-barman Radek. Już pierwszego wieczoru po przyjeździe miałam niemiłą niespodziankę. Jakieś panie zamówiły Tęczowe Szoty. A ja, owszem, umiałam je robić ale w lipcu… więc szybko telefon do Michała, który wyjechał tego samego dnia i dyktowanie przez telefon… Wiem, wstyd. Ale przecież nie będę się tego uczyć na pamięć. Mam wyrobioną zdolność zapominania rzeczy zbytecznych dość szybko. I tutaj mechanizm zadziałał bez zarzutu. Dziś znów nie wiem, jak je się robiło. Z niespodzianek pt. „nie wiem jak coś podać” miałam jeszcze jedną stresującą sytuację. Podawanie koniaku. Pan zamówił a ja wiedziałam w teorii tylko jak to się robi. Ważne jest nieodmierzanie ilości trunku metalowym jigerem tylko nalanie prosto do koniakówki odpowiednego litrażu. Stres był, ale dałam radę. Potem się okazało, że zupełnie niepotrzebnie się stresowałem, bo pan nie był znawcą – poprosił potem o dwie kostki lodu do tego koniaku ;)

A co poza tym? No, fajna praca. Naprawdę dobrze się tam bawiłem. Okazuje się, że w ciągu tych dwóch tygodni przepracowałam 179 godzin, czyli całkiem nieźle. Rekordem było 15 godzin dziennie. I muszę powiedzieć szczerze, że ta praca dawała mi to, czego potrzebowałam: oderwanie się od codzienności. Ani przez sekundę nie miałam czasu pomyśleć „co tam w Warszawie?” a o to chodziło. Nie byłam zmęczona nawet jakoś bardzo, traktowałam to jako przygodę i doświadczenie czegoś zupełnie nowego. Udało się, to był dobry pomysł. Wiem, że Marcinek też nie narzeka na to, jak pracowałam i nawet wspominał coś, że jeśli za rok będzie znów prowadził tę restaurację, to jestem mile widziana. Dobrze wiedzieć, że coś nowego mi się udało. Na mnie dobrze działa motywacja pozytywna, więc takie słowa są ważne.

 

Jedno ze śmieszniejszych zdjęć z Władysławowa

Jedno ze śmieszniejszych zdjęć z Władysławowa

Zabawa była przednia, bo i ludzie fajni. Jasne, że nie zawsze robiłem rzeczy, które mi się podobały. Sporo musiałem na przykład stać z ulotkami i zapraszać ludzi do restauracji. Konkurencja duża, sezon słaby, koniec wakacji za pasem – trzeba było działać. Bardzo tego nie lubię (bo kto lubi rozdawać ulotki?!) ale wiedziałam, że to ważne i że muszę, więc to robiłem. Innego dnia zaś ręce mi się tak wysuszyły od ciągłego mycia za barem (co chwilę się czymś brudzisz tam…), że zaczęły mi się robić odparzenia w miejscu, gdzie palce się stykały. Masakra. Alb karaoke. Musiałam albo ogarniać je technicznie albo nawet raz prowadzić. I to dla grupy kolonistów-gimnazjalistów. Nie ma lekko. Ale też dałam radę (nie będę dodawać, że dzięki alkoholowi, który Marcinek mi dawał, bo zna moją awersję do zjawiska karaoke). Jasne, że czasem się nie chciało sprzątać rano czy coś. Ale jestem słowną osobą.
Zaliczyłam jedną wpadkę. Każdego wieczoru, po zamknięciu lokalu, my też piliśmy. No, kiedyś trzeba! A że jest szansa popróbować różnych alkoholi bez konieczności kupowania całej butelki + w cenie, której nie ma nigdzie w klubach, to wiadomo, że ja skorzystam. Wszak alkohol kocham. I jednej nocy poszaleliśmy za bardzo. Albo ja poszalałam. Nawet Marcinek, który generalnie z nami nie pijał jakoś specjalnie, dołączył. Wziął butelkę Belvedere i postanowił, że idziemy na dach restauracji, żeby tam pić. Oczywiście, z butelki. Co za skandal – powtarzałam. Tak szlachetną wódkę jak Belvedere powinno się traktować z większym szacunkiem! Ale, ma się rozumieć, narzekanie przerywałam haustami wódeczki. Nie była zmrożona, to był jej minus. Ale smakowała tak czy owak dobrze. Minus naszej wyprawy na dach był taki, że uszkodziliśmy go lekko i nadranna ulewa zalała pół piętra… no nic, to się zdarza. Wpadka jednak moja polegała na czymś innym. Rano, gdy przyszłam do restauracji, byłam jeszcze wciąż pijana. I nie to, że skacowana, bo ja kaca nie miewam. Byłem po prostu najebany jeszcze. Na szczęście udało mi się półgodzinną drzemkę wybłagać i w jej trakcie wytrzeźwiałem. Było to złe. Marcinek, oczywiście, potem mnie zrugał poważnie. Słusznie!

Anatol, Agata i Michał to osoby, z którymi najwięcej współpracowałem. Anatola znam od lat, Michała od roku a Agatę od miesiąca. Więc było różnorodnie, ale w porządku. Ja jestem dość zabawną osobą, więc cały czas sobie żartowaliśmy i w ogóle. Szef kuchni – Gutek – też fajny. Reszta ludzi do zniesienia. Nawet jeden z grillmenów, który początkowo za mną nie przepadał (podobnie jak za wszystkimi „pedałami”) przekonał się do mnie podczas nadrannej libacji przy butelce obrzydliwej nalewki czy czegoś takiego.
Goście restauracji też spoko. Bardzo różnorodni, ale było kilka osób, które się z lokalem zaprzyjaźniło i przychodziło regularnie. To cieszy. Tak samo jak napiwki. Z tym bywało różnie. Nie było szaleństwa. Choć zdarzały się osoby naprawdę hojne, to jednak standardowo po całym dniu można było liczyć na 20-30 zł. Więc dupy nie urywa. Nie to, że narzekam – wszak nie dla kasy tam byłam (a tym bardziej nie dla kasy z napiwków…) ale chcę oddać Wam sytuację, jaka panuje na miejscu.
Dla pełnego obrazu warto dodać, że konkurencja jest zażarta. Z większością sąsiadów żyło się nam dobrze, ale z jednym wojna na całego. Wiecie, dzwonienie na policję (cisza nocna), napuszczanie na siebie kontroli (sanepid itp.), niemiłe odzywki, kontestowanie propozycji współpracy pomiędzy lokalnymi przedsiębiorcami… niemiło, niemiło. Walka trwała.

Śmiesznie było na sam koniec, gdy Marcinek chciał już się pozbywać towaru a ludzi we Władysławowie jak na lekarstwo. Naprawdę stawaliśmy wówczas na głowie, żeby było dobrze. Ostatecznie ja sama zgodziłam się na wypłatę części wynagrodzenia w alkoholu. No co, nie udawajmy – przecież na to by poszła kasa zarobiona. Więc propozycję Marcinka przyjęłam bez większego zastanowienia. I słusznie! W dniu, gdy piszę tę blotkę mam jeszcze 1/3 tego alkoholu, który wówczas wzięłam. Nie jest źle.

Ważnym elementem byli goście. Zwłaszcza ci znajomi z Warszawy lub innych miejsc, którzy odwiedzali Marcinka lub po prostu nas w restauracji. Najzabawniejsze było to, że byli to też homoseksualiści, którzy za mną nie przepadali, a których ja wówczas obsługiwałem. Strasznie zabawna z racji swojej niezręczności sytuacja. Ale odwiedził nas dla przykłady Robert Biedroń, który chciał w urodziny Marcinka się z nim zobaczyć. Miłe to.

Dla mnie najmilszym gościem był Bonek.

***

No właśnie, czas przejść do drugiej części tego wpisu. Bonek.

Wpadł na kilka dni, bo tak się umówiliśmy. Nie będę ukrywać, że od wyjazdu do Sopotu, gdy okazało się, że on wyraża jakieś zainteresowanie moją osobą (w sensie, że takie większe zainteresowanie niż przeciętna osoba, którą się poznaje), mieliśmy stosunkowo intensywny kontakt smsowy i facebookowy. Mój pobyt we Władysławowie nie ułatwiał tego, bo w ciągu dnia właściwie z telefonu i iPada nie korzystałam – jedynie rano i przed pójściem spać. Ale jednak nadal kontakt był. Jeszcze wcześniej umówiliśmy się, że on wpadnie i że wynajmiemy na ten czas jakiś pokój czy coś. Wcześniej nocowałam albo w domku letnim Marcinka jakieś 12 km od Władysławowa albo potem już w samej restauracji w pomieszczeniu dla pracowników. Nie ukrywam, że takie nocowanie w pokoju wynajętym było miłą odmianą, bo jednak dawało więcej komfortu. Może nie był to standard hotelu czterogwiazdkowego, ale jednak zawsze ciut lepiej. Bonek zajmował się wyszukaniem i wynajęciem, na zapłatę się po pół złożyliśmy. Minusem miejsca było to, że było ponad 1,5 km od restauracji, więc codziennie dystans ten musiałem pokonywać w drodze „do roboty” i wracając.

Takie wynajęcie pokoju z chłopcem było dla mnie czymś nowym. Nigdy w życiu niczego takiego nie zrobiłem. Spędzenie z kimś wakacji – bo w zasadzie tak należałoby to nazwać – to nowe doświadczenie. Okej, znów trochę naciągam rzeczywistość, bo przecież pracowałem w tym czasie przez wiele, wiele godzin, więc spędzanie czasu wspólnie było ograniczone. Ale jednak, fakt jest faktem.
Druga rzecz, na jaką mnie namówił Bonek, a jakiej nigdy wcześniej w życiu nie robiłem, był wspólny prysznic. To mnie zawsze obrzydzało i przerażało – głównie z powodu mojej awersji do własnego ciała, ale pod wpływem niewielkiej ilości alkoholu i z racji mojej relacji z Bonkiem, zgodziłam się. Nie sądzę, bym chciał to kiedyś powtórzyć. Nie to, żeby coś złego się stało czy coś, ale jednak przez większość owego wspólnego prysznica skupiałem się na tym, że już chcę wyjść, bo mnie to krępowało. Więc nie. Spróbowałem, ale nie.

No właśnie… moja relacja z Bonkiem. To nie typowa znajomość. To coś trochę jednak bardziej zaawansowanego. Sporą część wspólnie spędzonego czasu poświęciliśmy na całowanie się i takie tam. Od razu zastrzegam: do niczego „poważnego” nie doszło. Nie wyobrażajcie sobie za wiele. Niemniej, to bliska także fizycznie relacja. Ale do czasu. Jakoś różne wydarzenia – także jedno pół-żartem, pół-serio – sprawiły, że coś się zmieniło. Na niekorzyść. Więc nie wiem jak to będzie. Po wyjeździe Bonka do Warszawy nasz kontakt się zdecydowanie, zdecydowanie ograniczył. Jest teraz bardzo znikomy. I sam nie wiem czy mi się to podoba czy nie. O, tyle Wam powiem.

Ciekawostka jest taka, że Bonek… też popracował trochę dla Marcinka. Wyszło to jakoś tak spontanicznie. Że on był na miejscu, nie miał w sumie nic do roboty, Marcinek miał jakieś zadania do wykonania i brak wolnej pary rąk (Anatol już wyjechał), więc Bonek popracował. Zabawnie wyszło, ale dał radę w sumie.

(trochę fotek na fotoblo)

***

Ostatnie dwie części będą się dziać już po powrocie do Warszawy.

Powrót mój podyktowany był m.in. tym, że zaplanowano u mnie znów Zlot Gejów Nastoletnich. Gwoli przypomnienia: na innastrona.pl (wkrótce zmieni się w queer.pl) jest kilka grup/forów. Jednym z nich jest Klub Gejów Nastoletnich. Jakiś czas temu pojawiła się propozycja, żeby geje owi się spotkali i poznali na żywo. Najpierw w Warszawie. I tak jakoś od słowa, do słowa, wyszło na to, że spotkają się u mnie. To było na początku lipca jakoś. Teraz nadszedł czas na drugą edycję. Znów w Melinie. Na szczęście udało mi się przesunąć jej godzinę tak, by było korzystniej dla mnie (czyli nie o 18:00 jak ostatnio!).

 

Zdarzył się na Spotkaniu także jeden zgon

Zdarzył się na Spotkaniu także jeden zgon

Pierwsza osoba zjawiła się punktualnie o 19:30, bo o tej porze miało się zacząć. To zabawne u tych młodych pedałów, że naprawdę zjawiają się na czas. W przypadku starych ciot trzeba wiedzieć, że jak się ich zaprasza na 22:00, to zjawią się około 22:20, może 22:30 a niektórzy nawet o 23:00. Inaczej było zawsze w trakcie Floor-Sitting Party. Tam godzina była święta i wszyscy musieli się na czas zjawiać. Teraz jest inaczej, z czasem wszyscy się spóźniają. Okej, muszę przyznać, że ja też nigdy na czas się nie zjawiam na imprezach. Zawsze jestem po czasie. Ale to co innego. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni i wiedzą, że będę w niedoczasie jak zwykle.
Wracając zaś do samego spotkania. Tym razem udało mi się ich wszystkich przed przyjazdem przekonać, że alkohol – choć szkodliwy i dla niektórych spośród nich (no dobra, dla większości) jest nielegalny – może odegrać ważną i pozytywną rolę podczas tego spotkania. Podkreślę może, że nie podaję nigdy alkoholu nieletnim. W zasadzie staram się na Spotkaniu Gejów Nastoletnich zapewnić alkohol tylko sobie. I to w nie za dużych ilościach, bo jednak zawsze, gdy organizuję coś u siebie w domu, to chcę mieć pełną kontrolę i być w stanie przyjąć ewentualną wizytę policji. Tak samo było tym razem, choć policji nie było.

Plusem Spotkań Gejów Nastoletnich jest to, że przyjeżdżają na to ludzie, którzy naprawdę nie są znani jeszcze z klubów i innych środowisk. Młode cioty, których nikt jeszcze nie zna. Tym razem np. z Łodzi przybył Krzysiek a z Kazimierza – Arek. Muszę też zaznaczyć, że w zasadzie wszyscy obecni byli naprawdę atrakcyjni. Choć prezentowali różne typy urody, to jednak o wszystkich można powiedzieć, że są co najmniej powyżej przeciętnej. To miłe i dodatkowo mobilizujące.
Nie wszyscy mogli siedzieć do końca – wpadli na chwilkę i wyszli. Część jednak została do końca. A potem: znów próba wyjścia na miasto. Wiadomo, że nie będzie łatwo, jeśli najmłodszy z obecnych dopiero za kilka dni kończy 16 lat… No, ale ja się nie poddaję. Pojechaliśmy do centrum, by spróbować dostać się do Glam. Nasze czajenie się i ustawianie (w mniejszych grupach i w kolejności od najmniej prawdopodobnego wejścia) przypominają mi stare dobre dzieje, gdy się tak do Utopii wchodziło. Wtedy jednak nie o wiek chodziło w naszym ustawieniu… Eh, to były czasy.
Do Glamu nie udało się nam wejść. Poszliśmy do Toro, by i tam sił swoich spróbować. Znów jednak bezskutecznie. Jak tak dalej będę próbować z nieletnim się dostawać do klubów, to ochroniarze dostaną przykaz, żeby sprawdzać wszystkich, którzy ze mną się pojawiają bez względu na to, na ile lat wyglądają ;) Oraz, tak, następnym razem też spróbujemy!
Dwie osoby zostały w klubach – reszta wróciła ze mną do Meliny. Po drodze kupiliśmy jeszcze coś w nocnym i w ten sposób mieliśmy co robić do 5 nad ranem. Wówczas bowiem wygoniłem gości (wszak dzienne już jeżdżą a poza tym nocujący muszą się wyspać!). Spały u mnie trzy osoby: Bonek i wspomniani Arek z Kazimierza i Krzysiek z Łodzi. Muszę dodać, że Arek to naprawdę atrakcyjny blondyn. Dodałem. Krzysiek wyjechał dość rano. Bonek też się zebrał w miarę wcześnie do domu. A Arek został najdłużej, ale i on ostatecznie wczesnym popołudniem wybył z Meliny. Zostałam ja i megabłagan.

W zasadzie to, chcąc nie chcąc, chyba jest szansa, że Spotkania Gejów Nastoletnich staną się następcami Floor-Sitting Party. Czymś zupełnie innym, ale jednak podobnie regularnym. Albo i nie. Zobaczymy – na razie nie mam jakiś takich szczególnych planów a wszystko zależy od zainteresowania młodych ciot.

Może dodam jeszcze, że 5 października organizuję trzecią edycję Spotkania – tym razem w Krakowie.

(trochę fotek na fotoblo)

***

Po weekendzie i kilku dniach załatwiania rzeczy na uczelni (o tym następnym razem napiszę dokładniej), wybrałam się na wieś. Dokładniej: pod Puławy do Tomka. Od jakiegoś czasu mieliśmy to zaplanowane. Jego mama wyjechała gdzieś-tam, więc został sam. Dla mnie powody do przyjazdu były dwa. Raz, że nigdy w życiu nie byłam na wsi ot tak, odpocząć. A dwa, że Tomek.

Okazało się jednak, że jest jeden czynnik utrudniający mój pobyt na miejscu. Tomek jest chory. W sensie, że jakieś przeziębienie, grypa albo coś podobnego. Dlatego nie wyjechał po mnie do Puław i dlatego łatwiej było mu zachować dystans podczas mojego pobytu.

Zacznę może od tego, że odpocząłem bardzo. Choć ostatecznie z powodu spraw na uczelni mój pobyt był krótszy niż planowany, to udało mi się fajnie wyłączyć na chwilkę. Tomek ma sad, grusze i jabłonie – mogłem zrywać owoce prosto z drzewa i w ogóle. Dużo spałem, trochę gotowałem (cebulowa, naleśniki… – klasyka), dużo gadaliśmy. Zdarzyło się nam nawet TV pooglądać. Więc lenistwo. Nie było nic „muszę zrobić”. Była za to suczka Joko, która strasznie się mnie bała ale i strasznie chciała, żeby ją głaskać i przez te mieszane uczucia była zabawna niesamowicie. Było dość ciepło. Sporo czasu spędziliśmy na patio… Naprawdę relaksacyjny pobyt.

Moja znajomość z Tomkiem zaś jakoś dziwnie się dzieje. Choroba sprawiła, że nie zdecydował się spać ze mną w jednym łóżku. Sprawiła, albo była wymówką. Bo mam takie wrażenie, że moje wcześniejsze zacieśnienie relacji z Tomkiem on teraz próbuje nieco odwrócić. Z drugiej strony – nie dziwi mnie to aż tak bardzo. Za mocno już chyba siedzą we mnie postpsychoanalityczne i quasipsychoanalityczne techniki i nie potrafię się powstrzymać od ich stosowania – a to nigdy nie sprawia, że relacja jest trwała. Jasne, najpierw dochodzi do przeniesienia i jest fajnie, kolorowo i radośnie, ale kiedyś ten moment musi minąć i wówczas quasianalityk nie jest już tak miłą sercu osobą. Jest raczej kimś, kto zna tajemnice, których nie chcemy ujawniać. Zna nas lepiej niż my sami (co jest oczywiście nieprawdą) i przez to przestajemy go lubić. Tym bardziej, że zadaje dużo pytań. Tak wiem, wiem. Pamiętacie, jak kiedyś pisałam, że sabotuję swoje znajomości bliskie z atrakcyjnymi chłopcami? To właśnie jedna z technik – zadaję dużo quasipsychoanalitycznych pytań i nie pozwalam ludziom, żeby oszukiwali siebie i innych. Drążę i nie pozwalam, żeby trwali w złudnych przekonaniach na swój temat (o których sami doskonale wiedzą, że są złudne, ale albo tak mocno wyparli prawdę albo tak bardzo im ona nie przeszkadza, że nie chcą o niej mówić na głos).

W zasadzie drążenie dlaczego, po co itd. nie ma sensu. Liczy się efekt końcowy. A jest on taki, że jechałem do Tomka z wyobrażeniem, że wspólne kilka dni na wsi raczej sprawi, że nasza relacja stanie się bliższa a okazało się, że jest totalnie na odwrót. Moja wina też w tym jest, wiem. Ostatniego dnia już świadomie nie próbowałem nawet nic robić w tym kierunku, żeby było inaczej. Chyba się poddałam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Studia źle, kasa źle, impreza dobrze

16 wrz

Zaczynam 29 sierpnia – wtedy urywa się moje blogowe story. Więc ten tydzień zapowiadał się dość ciekawie. Przede wszystkim z powodu studiów. Bo nie muszę mówić, że zaliczenie podwójnej sesji egzaminacyjnej plus jeszcze kilku kursów, których nie udało mi się zaliczyć w czasie roku w przeciągu zaledwie dwóch tygodni to sprawa niełatwa. Udało mi się co prawda jednego dnia zanieść podanie do dziekanatu z prośbą o przedłużenie terminu rozliczenia karty egzaminacyjnej (bo kazali nam do 15 września!) ale i to nie było łatwe. „Nie ma takiej możliwości. Nie można” powiedziała mi pani. Była miła, ale stanowcza. Ja to rozumiem, to dla niej dodatkowa praca i zamieszanie. Jasne, wiem. „Rozumiem, ale czy mogę jednak zostawić to podanie?” zapytałam. Mogłam, oczywiście. I zostawiłam. Dziś nie wiem jaki jest jego status, bo…

No właśnie, poszłam na egzamin z historii literatury polskiej współczesnej – to jeden z najobszerniejszych. Masa, ale to masa książek, wierszy i materiałów dodatkowych do przeczytania. Nie muszę mówić, że nie przeczytałam zdecydowanej większości tego w ciągu roku akademickiego, więc nadrabianie mi zajęło trochę czasu. Uczyłam się – jak na mnie – bardzo dużo, bo jakieś 3 godziny. I wymodliłam pytania! Pomijam fakt, że znam wykładowcę – pana profesora – i jestem z nim „per ty”. Ale egzamin to egzamin, nie ma zmiłuj. Modliłam się o Jerzego Andrzejewskiego – i tego dotyczyło pierwsze pytanie. Powoli zaczynałam odzyskiwać wiarę w to, że się uda. Drugie pytanie – wiedziałam, że w tej sytuacji będzie to wiersz czy też poeta. Chciałam Twardowskiego, ewentualnie Białoszewskiego. I dostaję tego drugiego. Jest dobrze, choć nie idealnie. Trzecie pytanie: już nie pamiętam o co się modliłam, ale na pewno nie o Witkacego. Więc nie odpowiedziałam. „Wiesz co, nie… Nie będę robić z siebie idioty, po prostu nie odpowiem na to pytanie, przepraszam cię” powiedziałam szczerze. Niemniej jednak, egzamin zaliczony. Dobra passa?
Przepisanie oceny z filozofii obyło się bez większych problemów. Nieźle zatem, nieźle. Egzamin zaliczony w ten sposób na 5. Więc jedziemy dalej. Idę zaliczyć metodologię jakąś. I co? I źle. Profesor mówi, że mnie nie dopuści, bo mam za dużo nieobecności na wykładach, a to było warunkiem dopuszczenia do zaliczenia. Oj, robi się źle. On mówi, że za rok sobie pochodzę i zaliczę, bo ja tłumaczę, że mi się termin pokrywał z zajęciami na innych studiach i w ogóle… No fajnie, fajnie ale nie. Odpuściłam, pomyślałam, że napiszę do niego za kilka dni i powiem, że w nowym planie zajęć znów mi się pokrywa z czymś i że może jednak pozwoli dopuścić, bo i tak z obecnością znów będzie problem.
Wieczorem któregoś dnia pan profesor z socjologii prosił o telefon w sprawie zaliczenia kursu u niego. Więc dzwonię. Byłam z nim w kontakcie od czerwca, od kiedy to szukał dla mnie pozycji, którą miałabym dla niego zrecenzować. W ramach zaliczenia, tak. Ale nie znalazł. Więc nie wiem, co wymyślił. Dzwonię i dowiaduję się zatem, że… niczego nie wymyślił, bo mi tego nie zaliczy ze względu na nieobecności. No, szlag by to. Się wkurzyłam. Kombinuję, przekonuję, ale wiem, że to jest osoba, której się przekonać nie da. Więc rezygnuję z tego. I oficjalnie mogę już powiedzieć: zaliczę ten rok na doktoranckich z czymś, co można nazwać warunkiem. To nie do końca to samo, ale podobny mechanizm. Generalnie będę musiała znów chodzić na ten kurs i go zaliczyć jeszcze raz next year. Nie ma żadnych opłat ani nic. Napisałam podanie, ma się rozumieć, zaniosłam ostatecznie indeks (nie było łatwo zebrać wszystkie autografy!), napisałam „sprawozdanie z rocznej pracy doktoranta” i myślę, że będzie dobrze.
A polonistyka? Poszłam na kolejny egzamin – językoznawstwo ogólne. I pogrom. Bo połowa nie zdaje. Ale tak równo połowa. I słyszę, czekając ze dwie godziny na egzamin, że ludzie rozmawiają o rzeczach, o których ja nie mam pojęcia. W sensie, że uczyłam się, ale okazuje się, że nie wszystko miałam – mój materiał do nauki urywał się w pewnym momencie… Mówiąc wprost: nie miałam najmniejszych szans na zaliczenie tego. Najmniejszych. Więc po tych dwóch godzinach poszłam sobie. Wszystkie te problemy razem wzięte, jak i pojawiające się dodatkowe trudności, których nie przewidywałam, planując zaliczenie podwójnej sesji we wrześniu, sprawiły, że podjęłam decyzję. Kończę z polonistyką. Zarzucam te studia. Dam się skreślić. Około 15-28 września Dziekan Wydziału Polonistyki UW w związku z brakiem postępów w nauce (brak złożenia karty egzaminacyjnej + niezaliczenie kilku kursów) podejmie decyzję o skreśleniu mnie z listy studentów. Decyzja ta dotrze do mnie albo do mojego domu rodzinnego jakiś tydzień później. Ponieważ nikt jej nie odbierze, uprawomocni się w terminie dwóch tygodni od dnia pierwszej awizacji. Będzie to już październik (jak nie dalej, bo opisuję bardzo pozytywną wersję terminową tych wszystkich czynności), więc nie utracę statusu studenta ani na chwilkę. Czyli że jest dobrze – bo nie utracę pozycji w organach samorządowych i takich tam.
Co do studiów, to jeszcze mogę powiedzieć, że dostałam wiadomość od kierownictwa Ośrodka Studiów Amerykańskich. Że zapraszają na dni adaptacyjne i takie tam. Przez przypadek, zaniedbanie i pomyłkę, wkleili adresy mailowe wszystkich osób w polu „Do” zamiast je ukryć. Więc mam maile do wszystkich koleżanek i kolegów. I tak bym miała, bo z USOSa mogę je wziąć, ale jakby co – mam ;) Poznałam też dwa najśmieszniejsze nazwiska wśród pierwszego roku. I tak się składa, że obie te kobiety będą razem ze mną na jedynych ćwiczeniach, jakie mamy w pierwszym semestrze ;) Cieszę się na te studia, prawdę mówiąc. Sama nie wiem jak to dalej pójdzie i czy ich nie rzucę za rok lub dwa… ale na razie mam pozytywne nastawienie. Tym bardziej, że na doktoranckich studiach mam w tym roku do zaliczenia jedne zajęcia prowadzone przez samych doktorantów i doktorantki co dwa tygodnie plus ten jeden zaległy kurs, którego nie zaliczyłam przez nieobecności. Czyli niewiele. Chociaż… sprawdziłam to i muszę do końca V semestru otworzyć przewód doktorski. To oznacza, że muszę napisać na kilka stron coś na temat samej pracy mojej plus napisać tej pracy co najmniej arkusz wydawniczy (40 tys. znaków). Do zrobienia, pod warunkiem, że uda mi się wymyślić do końca tę pracę… Eh, najtrudniejsze jest zawsze jednak myślenie.

Ale, nie samymi studiami żyje człowiek.
Jak zwykle mam mnóstwo pracy dodatkowej. Cieszę się, bo muszę wyjść z długów wakacyjnych. To normalne. Oczywiście, mam też nadal dłużników swoich – na dzień dzisiejszy jedna firma wisi mi jakieś 3,2 tys. zł. Niewiele w sumie, ale zawsze coś. Na dniach spodziewam się także kilku przelewów za wykonane prace. Więc nie będzie tak źle. Chociaż w dniu, w którym to piszę wpadają do nas właściciele mieszkania po haracz comiesięczny… No, niemniej – liczę na to, że powoli, powoli będę wychodzić z wakacyjnego zadłużenia. Chyba jednak zdecyduję się dawać korki w tym roku. Jako że jestem już „wykładowcą UW” (co prawda dopiero w drugim semestrze, nie wykładowcą a warsztatowcem i tylko na jednym kursie, ale jednak!), to mogę brać więcej za zajęcia ze mną, prawda? :) Muszę sprawdzić ceny w Warszawie aktualne, bo przez rok mogło się sporo zmienić, prawda?

Impreza. W weekend po trudnym tygodniu miałam imprezę. Dla odmiany ;)
W piątek – u Gacka przy Ordynackiej. Sporo w sumie ludzi się na biforze zebrało. Jakiś specjalnych skandali nie było, ale widać, że powoli ludzie wracają z wakacji, urlopów i takich tam – jest nas coraz więcej na imprezach czwórkowych. To mnie cieszy. Tym bardziej, że lada dzień przecież czeka nas nowy rok akademicki – a więc i okazja do tego, żeby nowych ludzi, przybywających do Warszawy, poznać. Lubię ten czas. Pierwsze dwa-trzy weekendy października będą wysypywać młodzieżą nową. Potem będzie z miesiąc spadkowy a dopiero potem się objawią znów – w okolicy grudnia. Zawsze tak jest, to stała zmiana. Wynika z tego, że po początkowym zachłyśnięciu się Warszawą, niektórzy potrzebują odsapnąć, odpocząć i pozbierać kasę na kolejne wypady ;) Zawsze tak jest.
No, ale wracając do imprezy… Pojechaliśmy sporą grupą do Le Garage. W sumie nie wiem po co. Z Gackiem tydzień wcześniej planowaliśmy tam wpaść, ale jakoś nam się nie udało. Teraz nadrobiliśmy. Było… no cóż, moim zdaniem byliśmy tam nieco za późno. Był jeden w miarę ładny chłopiec. W miarę – to znaczy że na tle innych ;) Ale co tam, bierzemy. Mówię do Macieja, żeby się nim zainteresował czy coś. No i tak od słowa do słowa wyszło na to, że jedzie z nami do Glam potem. A w samym Le Garage po występie Żakliny się powoli, powoli ludzie zaczęli ulatniać. Zauważalnie. Więc posiedzieliśmy, wypiliśmy trochę taniego alkoholu i się zaraz zbieraliśmy dalej. Do Glam. A tam, bez zmian. W piątki średnia wieku jest jednak niższa. Więc się cieszyłam :) Było na co popatrzeć, nie powiem. Ja sobie poskakałam trochę – bo nie będę się oszczędzać przecież, prawda? Już nie pamiętam, o której do domu wróciłam, ale pora była całkiem zadowalająca. Zresztą ja zawsze mówię, że najgorsze, co może być, to wracanie jak jeszcze dziennych nie ma. Nie to, żebym nie lubiła nocnych, ale wracanie tak wcześnie, że jeszcze nie jeżdżą (przy czym w Warszawie tramwaje przecież jakoś koło 4:30 już popierdalają!) jest złym znakiem.

Nie zmarnowałam soboty! Napisałam analizę językową słowa „hipster” na zaliczenie jednego z przedmiotów na polonistyce (zaliczyłam!) oraz wybrałam się z Gackiem i Maciejem Bieacz do IKEA. Jechaliśmy gazylion godzin, bo 1) brak obwodnicy w Warszawie, 2) dużo ludzi chciało jechać na raz, 3) przyjechali jakieś 3 godziny później niż mieli początkowo! Więc jechaliśmy strasznie długo, potem staliśmy bardzo długo w kolejce do kasy w restauracji IKEA. No, ale ostatecznie wszystko się udało, obiad smaczny, wyjazd udany. Bo oczywiście nie mogłam się powstrzymać i wydałam stówę ponad na totalne duperele. Lubię to jednak. A wydawanie kasy jest dobre, bo napędza gospodarkę. Liczę na to, że na mnie ktoś kasę powydaje też, co?

A wieczorem? „Melina Welcome Party”, czyli przywitanie Michasia oficjalne. Wprowadził się do nas – najpewniej na jakieś dwa miesiące. Jako że zaczyna studia w Warszawie, potrzebuje się tutaj ogarnąć. Aktualnie mieszkania są najdroższe (bo najwięcej ludzi zaczyna szukać) a miejsca pracy powoli będą się zapełniać. Stąd, by mieć przewagę czasową – Michaś szuka już teraz, na początku września, zanim wszyscy się zjadą. A mieszkania szukać będzie pod koniec października, jak się z kolei trochę już rozluźni na rynku. Pomaga to także Michałowi (nie mylić z Michasiem!), który ma współlokatora i mniej płaci za pokój. Pomysł był mój. Tak, wiem że jest genialny, bo dodatkowo sprawia, że mam jednego z najładniejszych chłopców, jakich znam, niemalże cały czas w okolicy. Niemalże, bo tak naprawdę we wrześniu Michaś sporo czasu będzie spędzał jeszcze w Krakowie. Więc tak nie do końca. Ale idzie październik, wtedy będzie inaczej :)
Impreza przywitalna zgromadziła, oczywiście, sporo ludzi. Było zabawnie, głośno, niehipstersko. Minusem dla mnie była oczywiście za duża liczba kobiet. Nawet się o to trochę z moją przyjaciółką Gacek przez telefon pokłóciliśmy. Bo on lubi, jak jest dużo znajomych, bez względu na to, kto to jest. A ja jednak lubię, żeby było więcej chłopców. I nasza długa i dynamiczna rozmowa telefoniczna zakończyła się ustaleniem, że jednak następnym razem będziemy to zjawisko ograniczać. Że jednak Melina nie jest może miejscem mizogeniczym, ale ja mam pewne preferencje co do ludzi, z którymi się zadaję i to odnajdzie swoje odzwierciedlenie w tym, kto przybywa. Bo przecież zawsze jest tak, że jak ja robię imprezę, to w zasadzie tak samo jakby ją robił Gacek i na odwrót. Możemy zapraszać kogo chcemy i tak dalej. Jedyna różnica polega na tym, że Gackowi zdarzyło się w przeszłości przyjść z kimś, o kim nie poinformował mnie wcześniej, że przyjdzie. Albo z kimś, o kim wiedział, że obecność tej osoby w Melinie (która wówczas się jeszcze tak nie nazywała nawet) nie jest pożądana. Oczywiście, docieramy się. Ja robię około 40 biforów rocznie w Melinie, Gacek też. Więc te zasady nasze jakoś tam ewoluują i w ogóle.
A co do Melina Welcome Party – ta była też pierwsza impreza od czasu ustalenia logo Meliny. Pomyślałam sobie, że identyfikacja wizualna to dziś podstawa ;)

Wychodziłam z bloku – jak zawsze – jako ostatnia. Muszę zamknąć mieszkanie, te sprawy, wiadomo. Ze mną wychodził Michaś, Damian.be i jego Kuba. Naprzeciwko bloku są jakieś jakby garaże – taki podłużny budynek, w którym coś jest (ale nie mam w sumie pojęcia co…) i właśnie pod tym budynkiem lubi sobie siedzieć młodzież męska od czasu, gdy przegoniłam ich z wejścia do bloku, gdzie wcześniej przesiadywali. Teraz tutaj są kamery i nie ma zmiłuj.
Siedzieli i pili piwo czy coś. Niech sobie siedzą, trudno. Ale wstali. Najpierw gwizdali i komentowali głośno mój (i nie tylko) wygląd. W sumie – niech komentują, ja też lubię sama z siebie żartować. Ale w pewnym momencie jeden z nich podszedł – do Damiana, bo akurat stał najbliżej niego. I pyta – tradycyjnie, bo to jedyne pytanie, jakie potrafią zadać ludzie tego pokroju – „Masz jakiś problem?”. No nie miał, to jasne. Chyba nawet się nie odezwał. Michaś i Kuba już wsiadali do taxi. Byliśmy blisko, jakieś 5 metrów od niej. Ja na obcasie… Zaczęła się szarpanina. Stałam trochę za Damianem, więc udało mi się szybciej dotrzeć do taxi, on szedł za mną, zaczepiany przez nich. Mnie próbowali też sięgnąć, ale nie za bardzo im wychodziło. Nie wiem ilu ich podeszło… 4? 5? Nie jestem w stanie powiedzieć. Sekundy to trwało. Gdy wsiadałam do taxi, Damiana już kilka razy kopnęli i uderzyli. Zaczęłam go wciągać do taxi. Trzymali go przygniecionego do samochodu. Udało się jakoś go zaciągnąć. Krzyczałam do kierowcy, żeby ruszał (w tym czasie jeden z napastników krzyczał do niego: „A ty co? Pedały będziesz wozić?!”) ale ten odpowiadał, że trzeba drzwi zamknąć. Nie było to łatwe, bo je trzymali. Próbowali Damiana wyciągnąć, ja go trzymałam w objęciu. Uderzyli go i mnie jeszcze kilka razy. Chyba też kopnęli, ale udało się zamknąć drzwi. Ruszyliśmy. Teraz sobie myślę, że dobrze, że nie wpadli na pomysł podejścia do samochodu od drugiej strony…
Nie pojechaliśmy daleko. Stanęliśmy zaraz za zakrętem, bo ja już na policję dzwoniłam. Przyjechali po kilku minutach. Wysiedliśmy do nich z Damianem. Spisali moje dane, wysłuchali opowieści, Damian podał im swoje dane. Reszta siedziała w samochodzie. Nie wiem czy tamci jeszcze stali czy nie. Podejrzewam, że tak, bo nie spodziewali się chyba, że będziemy tuż za rogiem. Policja wysłuchała, doradzili, że jeśli chcemy złożyć zeznania, to nie teraz, bo wypiliśmy coś. Po wszystkim wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Glam.

Nie pozwolę, żeby jakieś incydenty zepsuły mi zabawę! Toż impreza jest moim życiem. Damian po drodze lekko krwawił z nosa, ale szybko zatamowało się i bez obaw ruszyliśmy w noc. I nie ma się co dziwić, że nie wróciłam do domu czy że nie poszliśmy spać. Nie pozwolę się wygonić z ulicy nikomu. To także moje państwo, moje miasto, moja dzielnica. Mam prawo być tutaj tak samo jak wszyscy inni. I nie dam się zastraszyć. Fakt, że incydent nie był przyjemny. To chyba oczywiste, ale nie ma zmiłuj.
Do Glamu wpadłam na pół godziny. Dosłownie. Musieliśmy wypić po jakimś szocie czy coś i jechać dalej. Jak wchodziłam do klubu, zamawiałam już taxi dla nas, żebyśmy się stamtąd szybko zabrali do docelowej destynacji. Do de Lite. Tam utopijna impreza. Przy wejściu nowy selekcjoner. Miły chłopak, bardzo grzeczny. Kojarzę go z widzenia, ale tyle. W de Lite, jak zawsze na utopijnych eventach, masa ludzi. Miło, sympatycznie, wszyscy się cieszą, że znów się widzą. Pięknie muzycznie! Pięknie! Teraz już poza Meliną nie mam gdzie słuchać dobrego house’u. Więc tam nadrabiałam zaległości. Udało mi się w końcu dotrzeć na ten megaviproom gdzieś tam na górze. Mogliby na tych schodach chociaż jakiś czerwony dywan położyć, bo wygląda to kiepsko. Niemniej, dotarłam tam i… no i nudno tam było, więc poszłam na dół skakać. Michaś był cały czas w okolicy, pilnował się mnie trochę. Wyskakałam się, nie powiem. Gacek mi znikał na długi czas, ale potem się odnajdywaliśmy. Nie powiem, żebym trzeźwa była. Ale on tym bardziej, bo bardzo niewiele pamięta z de Lite. A na pewno nie pamięta tego, że mnie tam widział ;)
Nad samym ranem pojechałam do Glam. Nie to, żeby w de Lite było źle. Było bardzo, bardzo dobrze. Ale po 1. bałam się, że zaraz ludzie zaczną powoli wychodzić i się zrobi gorzej, po 2. jak jestem w stroju powszechnie uważany za kobiecy, to zazwyczaj szybko się zmywam a po 3. chciałam trochę młodszych ludzi też zobaczyć. Bo w de Lite, jak przystało na modny, szanujący się klub, średnia wieku nie pasowała mi za bardzo. Tym bardziej, że moje oczekiwania się zawyżyły (czy też raczej zaniżyły?) pod tym względem, bo przywykłam, że w Glam lata dużo dzieciaków co tydzień. To zresztą jest jedyna rzecz, która mnie w tym miejscu trzyma nadal ;)

O sprawie pobicia napisała m.in. innastrona.pl. I nie muszę chyba tłumaczyć, że to nie jest tak, że ja do nich piszę: „słuchajcie, jest taka sprawa, może chcecie o tym wspomnieć?” tylko sami się do mnie odzywają, że chcą napisać i czy mogę im coś tam odpowiedzieć. Odpowiedziałam, tekst poszedł. Chodziło o to, żeby innych namawiać do składania zeznań zawsze. Słusznie, pomyślałam sobie.
Z perspektywy czasu widzę, jak kiepsko jest u nas z umiłowaniem różnorodności. W samym środowisku LGBTQ. Skoro ktoś pisze coś w stylu „Wcale mi jej/jego nie szkoda, skoro ma taki głupi pseudonim” albo „Ciekawe czy nie komentowali tamtych chłopaków i dlatego nie dostali” to zupełnie nie rozumie o co chodzi. Bez względu na jakikolwiek pseudonim, imię, pochodzenie, kolor skóry czy nawet wypowiadane słowa (choć akurat mam zasadę, że reaguję milczeniem jak ktoś mnie zaczepia słownie) nikt nie ma prawa podnosić ręki na drugą osobę. Aż mi wstyd, że tak oczywiste rzeczy muszę pisać. Wstyd, naprawdę. Wydawało mi się to tak oczywistą rzeczą, że niewymagającą wspominania. Ale nie dla ludzi na innastrona.pl. Smutne to, że sami/same (bo jednak jestem częścią LGBTQ) nie potrafimy umiłować różnorodności a oczekujemy, że inni będą znosić ją, kiedy chodzi konkretnie o daną osobę. Smutne.

To nie koniec weekendu. Na niedzielę – z okazji urodzin Beyonce – zrobiliśmy w Melinie „Beyonce Birthday Party”. Zaprosiliśmy ludzi, ale jako że większość zdychała po de Lite, to zjawił się tylko Pepe i Gasiaspyrka (to jej nowy pseudonim – jako że GASI ogniska domowe i rozbija małżeństwa, została Gasiąspyrką). Strata tych, co nie przybyli. Koncert wyświetlony na ścianie sprawdził się doskonale. Była pizza, był drynk, było dobrze muzycznie… czego chcieć więcej? Miły, spokojny dość wieczór na zakończenie intensywnego tygodnia.

W poniedziałek rano znów na UW się zjawiłam. Jeżdżenie na rowerze jest fajne, ale… mam lekkiego flaka na przednim kole. Takiego, że nie jest chyba bezpiecznie jeździć po warszawskich ulicach w takim stanie. Więc muszę kupić pompkę. Tak, taką pompkę do roweru. Okazał się, że to nie jest wcale proste zadanie! Co to, to nie! W Carrefour nie było (inny sprzęt rowerowy i same rowery oczywiście mają), w dwóch sklepach sportowych w Złotych Tarasach też nie mają… Zdenerwowałam się. Zamówiłam przez internet i mam nadzieję, że do piątku dotrze. Przydałoby się. Lubię jeździć na rowerze i czuję się na ulicach coraz pewniej. Mam też świadomość tego, że kierowcy wyczuleni są na rowerzystów pod tym względem, że oni często nie przestrzegają przepisów. Więc nie wiedzą czego się po nich spodziewać. I są jednak ciut ostrożniejsi. Nie wszyscy, ma się rozumieć, ale coraz mniej narzekam na to, jak mi się jeździ po Warszawie. Mam też swoje trasy już. Nie jeżdżę na UW Grójecką i Alejami Jerozolimskimi. Jadę przez pl. Narutowicza, koło Politechniki, przebijam się w okolice pl. Trzech Krzyży i potem już mogę Nowym Światem śmiało pomykać sobie dalej. Tak jest jednak bezpieczniej dla mnie niż tłuc się przez Jerozolimskie, gdzie buspas mnie spycha na środek jezdni.
Ale na UW w poniedziałek tylko wpis wzięłam a potem ogarniałam w domu dalej rzeczywistość. Muszę coś zarobić, muszę coś poważnego, naukowego napisać, więc nie nudziłam się. Wieczorem wybrałam się z Michasiem szukać dla niego pracy. On chce koniecznie w barze/klubie w nocy, więc szukamy w nocy. Odwiedziliśmy kilka gejowskich miejsc, kilka zwykłych upatrzonych przez niego wcześniej. Na końcu wylądowaliśmy w Nowym Wspaniałym Świecie. Tam wypiłam dwa drynki a dopiero potem Michaś gadał z managerem. Ma nadzieję, że coś się uda. Ja, oczywiście, też mam taką nadzieję. A gdy już dotarliśmy do domu (co nie było proste, bo złapał nas deszcz…), to znaleźliśmy książki, które ktoś w ramach bookcrossingu zostawił na klatce w naszym bloku. Michaś, oczywiście, je wziął.

W ogóle w tym tygodniu sporo siedzę przy komputerze. Nadrabiam, zarabiam, pracuję. Dużo, dużo. Im więcej, tym w sumie lepiej ;) We wtorek pisanie przerwała mi wizyta na komisariacie policji. Chcieliśmy z Damianem złożyć oficjalne zawiadomienie o tym, że zostaliśmy zaatakowani. Pani nas ostrzegła, że aktualnie jest kolejka i że musimy poczekać kilka godzin albo wrócimy później. Wpadliśmy wieczorem znów. I to był zły pomysł. Bo się okazało, że jest mecz Polska-Niemcy. Oczywiście, oficjalnie nie ma to nic wspólnego z pracą policji, ale wiadomo, że panowie usiłują wówczas przed telewizorkami zasiąść… Eh, szkoda gadać.
W przerwie spotkałam się z Danielem w Złotych Kutasach. Chciałam z nim pogadać a propos Queer UW. Mam wrażenie, że tam powoli się goi rana po czerwcowym zamieszaniu w kole. Chcę ruszyć lada dzień do działania, więc chciałam upewnić się, że wszystko jest okej. Pewne zmiany personalne, pewne przesunięcia… No, mam nadzieję, że teraz będzie jakoś szło. Oczywiście, mam sporo pomysłów i chcę je im przedstawić, ale na razie czekam na ich kreatywność – nie chcę zarzucać ich, żeby jednak mieli czas na pomyślenie i wymyślenie czegoś swojego. Bo pewno będą to pomysły lepsze od moich. Zresztą dla dobra dyskusji tak musi być!

Wieczorem znów z Michasiem ruszyłam na miasto. Tym razem do Galerii, bo tam też chce spróbować swoich sił. Zostawił CV, pokazał się no i oczywiście bawił się też. Śpiewał na karaoke. Dwie piosenki. Fakt, że pierwszą ja mu wybrałam i może dlatego poszło mu tak źle. Przy drugiej – wybranej już przez siebie – zaśpiewał lepiej. Był oczywiście Damian.be, była Aśka… Było dość zabawnie :) Wróciliśmy do domu o jakiejś dobrej, ludzkiej porze.

W środę zaczęliśmy filmowo. Najpierw pokaz prasowy „Klatki”. Niezły film, naprawdę. Thriller produkcji skandynawskiej. Szkoda tylko, że stłoczyli nas w małej dość salce, która wypełniła się niemalże po brzegi. Do tego – głównie bardzo starymi ludźmi. Ja nic do nich nie mam, ale wszyscy dystrybutorzy wiedzą doskonale, że oni nigdzie już raczej nie pracują, nie piszą, nie mówią – w tym sensie są niepotrzebni w kinie. Dostają informacje o pokazach z rozpędu – bo nadal są w jakiś bazach danych. A przychodzą, bo… no bo co innego mają robić? :) Film obejrzeliśmy z chęcią mimo wszystko. Podobał się tak mnie, jak i Michasiowi. Więc mogliśmy śmiało z dobrym humorem pójść dalej – na premierę filmu „Klitschko”.
Premierę zorganizowano w Platinnium. Dawno, dawno mnie tam nie było. Więc miło było znów wpaść. A że to dodatkowo znajoma organizowała, to miło było jej pomóc. Sam bowiem Klitschko na dzień przed odwołał przybycie do Warszawy i przez to spadło zainteresowanie pokazem (następnego dnia na szybko zorganizowano spotkanie z nim we Wrocławiu i tam się wszyscy wybrali). Film… no dobra, trochę za długi jednak. Trwa 110 minut. Jak na dokument to strasznie dużo. Pomijam fakt, że mnie średnio Klitchko interesuje. Ale film obejrzałam i przyznaję, że osoba ciekawa się okazała. Czy też osoby, bo toż bracia są. No, ale premiera, jak to premiera – jedzenie (było okej, tylko jakby za długo czekało na nas) i picie (przygotowane na 200 osób a było nas z 60…) Więc trzeźwa stamtąd nie wyszłam.

Prosto z premiery pojechaliśmy z Michasiem do Pauliny. Bo ja miałam z nią pić! I to się stało. Piliśmy dalej. Potem jakaś tam lekka pół-żartem, pół-serio ciotodrama i Michaś wyszedł. Wcześniej już sygnalizował, że nie będzie chciał iść ze mną dalej, ale o tym zaraz. A u Pauliny (i Mateusza, bo po chwili dołączył do nas) jak zwykle psychoanalitycznie się zrobiło. Wpadli na jakiś pomysł z nagrywaniem video, w którym ja jemu i on mnie robi na czas psychoanalityczne sztuczki. Takie tam. Zgodziłam się na próbę, ale szybko zauważyłam, że nie jestem już w stanie tak bystro myśleć jak zwykle, więc odrzuciliśmy to na razie. Powiedziałam, że możemy się na trzeźwo tak pobawić, wtedy będzie mi łatwiej i przyjemniej. Co nie zmienia faktu, że wieczór udany. Posiedziałabym dłużej, ale w ostatniej chwili wypadła mi kolejna impreza. Więc gdy obejrzeliśmy fragment programu Jerry Springer Show, w którym nastolatek opowiadał, że zdradza swoją dziewczynę z jej mamą (a ona chce z nim być i spróbować z nim żyć), stwierdziłam, że na mnie czas. I uciekałam dalej.

Do Gacka, bo tam urodziny Kasispyrki. A w zasadzie Gasispyrki ;) Takie lekko spóźnione i na ostatnią chwilkę zwoływane. Ale jednak były. Sporo ludzi i już dość mocno wszyscy rozbawieni – ja zresztą też. Nie przeszkadzał mi nawet kropiący deszcz, gdy z Metro Świętokrzyska popierdalałam pieszo na Ordynacką. Sympatycznie bardzo, jak to u Gasispyrki. Poczęstowała mnie panna cota, które sama robiła. Bardzo smaczne, bo wiadomo, że ona mistrzynią kuchni jest :)
Oczywiście, był też m.in. Marcinek z Michałem. Tak, tym Michałem. Ponieważ nadal uważam, że to niegrzeczne, że wyszedł wówczas z klubu z Marcinkiem bez słowa, to ostentacyjnie go ignorowałam. Oj, może i to dziecinne, ale ja nadal mam z tym problem. O tym zaraz. Michaś nie chciał spotkać Marcinka, bo nie lubi go za bardzo po tym, jak u niego pracował i został zwolniony. Dlatego nie chciał przyjść. Nie wiem jak i kiedy, ale wrócił w tym czasie do Meliny i poszedł spać. Ja zaś wróciłam do Meliny koło 2:00, co oznacza, że piłam 10 godzin bez przerwy. No cóż, mam wakacje :) Lubię ten czas, kiedy mogę w miarę bezkarnie poszaleć a na dodatek inni też mogą i nie ograniczają mnie swoją abstynencją lub absencją.

A wracając do Michała. To jest jeden z dwóch lub trzech ‘objet petit a’, z którym muszę się rozstać emocjonalnie.
Krótki wstęp. Dybel pisze w swojej pracy „Fantazmaty ideologii” o ‘objet petit a’: „Oznacza ono obiekt ludzkiego pragnienia, obiekt, którym niczym ogień drewnem musi się ono >żywić< po to, aby móc się w ogóle ukonstytuować jako pragnienie. Objet petit a jest to więc obiekt wykreowany przez samo pragnienie, należący immanentnie do jego >ekonomii< – a nie na przykład obiekt, który pobudził je, został do niego dodany z zewnątrz. W Seminaire VIII pt. Le transfert (Lacan, 1991) Lacan przyrównuje ów obiekt do greckiej agalmy w tym znaczeniu, w jakim słowo to funkcjonuje w Uczcie Platona: przyrównuje je więc do ornamentu, do jakiejś rzeczy ofiarowanej bogom, a zarazem do posążku samego boga. W tym kontekście objet petit a jawi się jako obiekt pragnienia, którego poszukujemy w innym, aby nasze pragnienie mogło się nim >żywić<. Wówczas Inny, jego naoczna cielesna postać, jawi się nam niczym >pudełko<, rzecz na zewnątrz pozbawiona znaczenia, która jednak skrywa w sobie coś cennego, coś, co jest >pokarmem< dla naszego pragnienia. Jawi się nam właśnie niczym ów posążek boga, który na zewnątrz zdaje się nie różnić niczym istotnym od innych rzeczy, a jednak zawiera w sobie coś wyjątkowego, bezcennego, co nie tylko powala nam nawiązać komunikację z sacrum, ale zarazem w jakiejś mierze owo sacrum sobą reprezentuje i uobecnia. Wtedy też jednak inny przestaje być dla nas tylko czymś w rodzaju cennej ofiary-obiektu składanego przez nas bogom, ale staje się czymś, co budząc nasze pragnienie, jawi się nam jako jego >przyczyna<. Słowem, jawi się nie tylko jako obiekt naszego pragnienia, jako to, na co jest ono nakierowane, ale również jako to, co je w ogóle pobudziło do życia.”

Więc, co istotne, samo pragnienie (pamiętajcie cały czas, że mówię o pragnieniu i tych innych pojęciach w rozumieniu psychoanalitycznym, które nijak się ma do słownikowego czy też potocznego!) z istoty swojej jest „nienasycone” a zarazem zakorzenione w porządku symbolicznym (Inny występuje tutaj jako permanentny Brak). Ale wykreowany przez pragnienie ‘objet petit a’ jest obiektem wyobrażeniowym. Jego funkcją jest „zaklejanie” Braku w Innym. Chodzi o stworzenie w podmiocie iluzji czegoś niezniszczalnego, wiecznego, czegoś. Oczywiście, jest to niemożliwe – ponieważ tworzy tylko iluzję wypełnienia. W tym sensie jest „nieobiektywizowalny” (to też pojęcie Dybla).

No, ale przechodząc do rzeczy… Mam aktualnie trzy osoby, które są (w których są?) moje ‘objet petit a’. Pierwszym jest właśnie Michał, którego ostentacyjnie ignoruję. Drugim jest Robert, którego celowo omijam. A trzecim jest Michaś, któremu pomagam. Zresztą z tym ostatnim to mam problem – bo nie mam pewności czy jest rzeczywiście także ‘objet petit a’. Ale wydaje mi się ostatnio, że tak.
Kluczowe jest teraz porzucenie tych objet. To coś jak porzucenie przez dziecko ukochanego misia, z którym spał przez ostatnie kilka lat noc w noc. Miś jest tylko zabawką, ale dla dziecka kryje pewną moc – moc usypiania go, moc dawania spokoju itd. Taki ‘objet petit a’ ma wartość tylko dla pragnienia jednej osoby – dla pozostałych miś to tylko miś. Jasne, wszyscy widzą i wiedzą, że jest dla dziecka cenny. Ale miś to tylko miś. Dodatkowo wydaje się, że miś może mieć także funkcje kontenera. Ale nie o tym teraz.
Z Michałem zaczynałam dopiero znajomość, powoli ją zaczynałam jakoś tam budować, kreować, kiedy mi zniknął, odszedł, uciekł. Dosłownie niemalże uciekł ;) Dlatego też rozstanie z tym objet jest takie trudne. Nastąpiło nagle, w fazie największego zafascynowania i dodatkowo spowodowane było przez kogoś dla mnie ważnego – przez Marcinka. Nie winię nikogo, oczywiście, bo to nie o to chodzi. Zawsze prędzej czy później wszyscy poznani przeze mnie ludzie odchodzą do innych – do moich znajomych. Oczywiście, wynika to z wielu rzeczy (poza naturalnym cyklem rozwoju znajomości, która ma swoje apogeum i ma swój spadek także) ale streszczają się w tym, że „jestem Jej Perfekcyjność” (to zdanie kryje w sobie bardzo wiele przecież!). Problem więc nie polega na tym, że relacja z Michałem się zakończyła, tylko na tym, że zakończyła się szybko, nagle. Muszę teraz poradzić sobie z tym rozstaniem z objet petit a.
Z Robertem jest nieco inaczej. Znamy się dłużej zdecydowanie niż z Michałem (chociaż bez przesady). Punktem istotnym dla znajomości naszej był moment, w którym Robert całował się z Michasiem na środku parkietu w Glam. Ja, oczywiście, jestem zawsze po stronie miłości (nawet takiej jednonocnej) i tutaj też w zasadzie jestem. Rozkosz, która ukonstytuowała ‘objet petit a’ polega jednak na czymś innym. Nasza relacja stała się dość bliska. Nie intymna, ale bliska. Niemniej, wydarzenia tej nocy w Glam sprawiły, że wymieniliśmy kilka wiadomości. I zwykła zazdrość z mojej strony przerodziła się właśnie z problem z rozstaniem z objet. Robert napisał mi kilka rzeczy – m.in. jak widzi naszą znajomość, jak chciałby ją rozwijać i takie tam. I to się nie do końca zgadza z tym, jak ja to widzę. Czy raczej: widziałam. Bo teraz widzę, że nie za bardzo. Rozbieżne wizje sprawiają, że nie mam już takiej ochoty kontynuować tej relacji. Co prawda mogę przecież zawsze mieć nadzieję, że coś się zmieni i aktualne deklaracje okażą się nieważne za jakiś czas… ale zniechęca mnie do tego właśnie to, co wydarzyło się w Glam. Dlatego mam problem z rozstaniem.
No i Michaś. To jest najtrudniejsza rzecz. Bo w sumie – jak mówiłam – nie wiem czy to jest jeszcze objet petit a czy już nie. Wydawało mi się, prawdę mówiąc, że nie. Ale jednak są takie momenty, że wydaje mi się, iż nadal ten status posiada. Po rozstaniu bowiem, wydaje mi się, ‘objet petit a’ przestaje nim być. Gdy uda się już skontenerować wszystkie elementy beta, jakie się wytwarzają, rozkosz nie ukonstytuowuje już tego objet. Wracając do przykładu – miś po kilku latach zwrócony dziecku będzie już tylko sentymentalną pamiątką a nie ‘objet petit a’. Stąd nie wiem czy udało mi się rozstać z Michasiem jako ‘objet petit a’. Mam jednak wrażenie, że najbliżej mi do tego właśnie tutaj. Tym bardziej, że trochę z nami mieszka (trochę, bo w Krakowie nadal dużo przebywa) i codzienne obcowanie pozwala zabijać boskość i tajemnicę agalmy, jaką skrywa pragnienie w ‘objet petit a’.

No, to się uzewnętrzniłam. I wracam do wydarzeń :)

Cały piątek zajęło mi pisanie różnych rzeczy. Do wieczora nad tym siedziałam a potem pojechałam od razu do Glam. Peggy wymyśliła, że zrobi tam urodziny swoje. No dobrze, niech będzie. Wpadłam tam o 23:00 z prezentem, który okazał się być trafiony – ona lubi Kinga! Fajnie zatem, że tak mi się udało. Obiecałam Gackowi, że będę wcześnie (23:00 w klubie to bardzo wcześnie!) a Peggy, że po wszystkim pójdę z nimi do Luzzter. Obiecałam, wiem.
W samym Glam było okej. Wyskakałam się znacząco. Śmiesznie było, gdy się okazało, że Peggy chce kupić 17 butelek wódki w Glam a… tyle nie mieli :) No, ale ostatecznie udało się jakoś kryzys zażegnać i bawiliśmy się spokojni o to, że wódki nie zabraknie. Ja zresztą tej wódki niewiele od niej wypiłam. Miałam jakoś ochotę na co innego. Piłam Tequilę Sunrise. To chyba oficjalnie mój ulubiony drynk. Miło było z Patrykiem pogadać dłużej. Potem on postanowił, że mnie upije. Kupił butelkę whisky i myślał, że mnie przebije w ilości wypitego alkoholu i że ja padnę ;) No, moi drodzy, zapamiętajcie: wy ważycie 20 kg, ja 120 kg. Nie macie szans. Alkohol upija szybciej lżejszych. Mierzcie siły na zamiary ;) Patryk nie zmierzył do końca, ale ostatecznie wybrał się ze mną potem do Luzzter. Reszta wyszła wcześnie dość (koło 3:00 już tam polecieli) a my dołączyliśmy po jakimś czasie. Nie będę się do Lu śpieszyć przecież. Ale ponieważ już na miejscu Patryczek zniknął mi dość szybko, to po jakiejś pół godziny i ja wyszłam. Do domu, spać.

W sobotę nietypowo. Marcinek zaprosił mnie i Gasięspyrkę na kolację do siebie. Nie odmówiłam, bo lubię jak on gotuje. A poza tym, czasem mogę inaczej spędzić bifor. Po drodze chciałam odebrać zaproszenia na „So, Happy In Paris?”, które Karolina od Michaela Canitrota zostawiła mi w kasie Teatru Capitol. Problem polegał na tym, że gdy dotarłam… Nikogo tam już w kasie nie było. Fajnie. Dobrze, że jakaś miła pani pracująca w Capitlu dała mi dwie wejściówki skądś wytrzaśnięte. Co prawda Karolina zostawiła mi ich chyba 6, ale nie szkodzi. Lepsze to niż nic. I tak nie wiedziałam czy ktoś w ogóle ze mną pójdzie jeszcze tej nocy na Canitrota, bo Gacek zdychał po urodzinach Peggy bardzo, bardzo.
Po drodze do Marcinka kupiłam różowe wino (potem się okazało, że miało w nazwie J.P.) a panowie przede mną w kolejce, poza tym że strasznie śmierdzieli potem, rozbawili mnie dialogiem:
Pan1: Poproszę jakąś najtańszą dwusetkę.
Pani w sklepie: Starogardzka za 9,70 zł może być?
P1: No, niech będzie, jeśli nie ma tańszej.
Pan2: Weź jeszcze piwo jakieś, co?
P1: O, właśnie! Poproszę też jakieś dwa tanie piwa.
Pws: Wojak jest za 2,70 zł. Może być?
P1: No, jak nie ma taniej, to niech będzie.
P2: O, widzisz, to będziemy mieć popitkę.

Marcinek przygotował w zasadzie trzy dania. Dla każdego trochę co innego. Sam jadł w zasadzie warzywa z sosem, mnie poczęstował makaronem z sosem i kurczakiem a Gasiaspyrka dostała z krewetkami. Bardzo smaczne, bardzo sycące – bardzo dobre na noc z alkoholem. Potem były drynki. Bo wino poszło, a że Marcinek ma zdolności barmańskie i lubi to, to przygotował modżajto jak i inne rzeczy. Było śmiesznie. Dodatkowo, oglądaliśmy – już nie pamiętam w sumie dlaczego – jakieś jego nagranie VHS z czasów, gdy miał 2 lata. Zabawnie, jak inaczej wówczas świat, jak inaczej Polska wyglądała. Ale to na marginesie. Potem przyszedł… Michał. Tak, ten którego skutecznie nadal ostentacyjnie ignoruję. Więc było zabawnie. Gasiaspyrka wyczuła szybciutko, że to niekomfortowa sytuacja i próbowała mnie namówić na wyjście, ale ja poprosiłam jeszcze o jednego drynka i dopiero po jakimś czasie uwolniłam wszystkich z tego krępującego spektaklu.
Namówiłam Gasięsyprkę na wyjście do Capitolu. Poszliśmy do niej do domu (mieszka 2 przystanki od Marcinka), przebrała się, zamówiliśmy taxi i ruszyliśmy na Michaela. Timing mieliśmy idealny, bo wszedł dosłownie 20 sekund po nas do klubu. Więc super. Zagrał – wybornie. On wie co to jest dobry francuski house. Bo ja jednak najbardziej siedzę w klimatach „french touch” jeśli idzie o tę muzykę. Więc mi się podobało. Wyskakaliśmy się, jeszcze coś wypiliśmy i ruszyliśmy dalej. Gacek jednak wstał z łóżka i prosił nas, żebyśmy po niego wyjechali do Centrum, gdzie dołączy i dojedziemy do Glam. Tak też się stało. Na koniec pobytu żartowaliśmy, że zawsze po przyjściu upewniam się czy zapłaciłam rachunek poprzedniej nocy. Bo to prawda, czasem już nie pamiętam po prostu czy używałam karty czy nie. I dlatego tym razem nie zapłaciłam celowo! Stwierdziłam – żartując z barmanami – że chociaż raz nie będę się stresować czy się nie zbłaźniłam i nie wyszłam nie płacąc. Po prostu wiem, że tym razem nie zapłaciłam i zapłacę przy następnej wizycie :)

W niedzielę, dla odmiany, siedziałam przed komputerem i stukałam w kwadraciki. Oczywiście, za mało, jak zawsze. Czasem chciałabym jednak kasę mieć z innego źródła jakiegoś…

Poniedziałek lekko pracowity. Musiałam sporo rzeczy na UW załatwić. Autograf w indeksie – ważna rzecz. Nareszcie złożyłam swoje sprawozdanie roczne i indeks do rozliczenia. Przejdę na trzeci rok najpewniej ;) Miałam też posiedzenie Komisji Rekrutacyjnej. I oficjalnie zakwalifikowaliśmy Marcinka na studia w Instytucie Socjologii UW :) Tak, tak, będzie studiować u mnie w instytucie. Cieszę się, bo to dobra decyzja. Ponieważ złożył już dokumenty, lada dzień otrzymać powinien decyzję o przyjęciu. I gratuluję :)
Po południu miałam spotkanie w EMI. Sprawy „zawodowe”, że tak powiem. Miłe spotkanie w ciepłej i luźnej atmosferze. Myślę, że coś z tego będzie. A na razie dostałam płytę The Riot i… Davida Guettę :) Napisałam już zresztą recenzję tejże. Fragment:
„Bez wątpienia Guetta to marka i styl, po którym można spodziewać się tylko dobrych rzeczy. I rzeczywiście, płyta jest bardzo dobra. A w zasadzie dwie płyty, bo ten album to wydawnictwo dwupłytowe. Pierwszy krążek zatytułowany jest „Vocal Album", drugi zaś – „Electronic Album". Na pierwszej płycie usłyszeć można… no, w zasadzie wszystkich. Do tej pory nieobecna była w ramach współpracy z nim m.in. Jennifer Hudson, która dla mnie była największą niespodzianką na tej płycie. Wspólny kawałek „Night Of Your Life" musi stać się singlem, bo słychać od razu, że przyniesie obojgu dużo nowych fanów. Jest po prostu jednym z najlepszych na płycie.
Okej, nie ma tutaj nic szczególnie zaskakującego, wszystkie chwyty są przewidywalne a 4 (słownie: czatery!) kawałki z płyty stały się singlami (i hitami) na długo przed ukazaniem się płyty, stąd (poza Jennifer Hudson) pierwszy CD nie wzbudza takich emocji.
Co innego z drugim. Electronic Album to już czysty David Guetta. Prawie taki sam, jak podczas koncertów na żywo. Pozwala sobie na dużo, szaleje (ale nie za bardzo – wszak to płyta „masowa" a nie dla wprawionego fana muzyki house), wydobywa najdziwniejsze dźwięki, które nie wiadomo skąd wzięły się w jego głowie. Drugi krążek jest więc zdecydowanie ciekawszy. Zaskakuje, porywa, jest dynamiczny ale nie „pośpieszny". DJ pozwala nam nacieszyć się swoim stylem i kunsztem.
Pierwszy krążek dowodzi, że autor jest mistrzem PRu i marketingu. Drugi zaś – że nie zapomniał o tym, o czym naprawdę jest muzyka house. I dlatego płyta dostaje ode mnie szóstkę.”

Wieczorem wybrałam się na 10 urodziny Kampanii Przeciw Homofobii. Dostałam zaproszenie od samego prezesa tejże jakiś czas temu, więc skorzystałam. Miło było, choć długo nie siedziałam. Po jakiejś 1,5 godziny zniknęłam – w tym momencie Kayah dopiero się pojawiała. Generalnie wszystko wyszło im chyba sympatycznie. Ja żałuję, że sama poszłam, bo nie za bardzo miałam przez pierwszą chwilę jak się podziać. Potem okazało się, że znajomych sporo i jest z kim pogadać. Poznałam na żywo Monikę Jarosińską i fajnie nam się gadało, muszę przyznać. Kony jak zwykle mnie rozbawiał. Cieszę się, że nie zjadłam prawie nic z tego, co tam dali. Ładnie wyglądało dość, ale jednak staram się nie jeść tak wysokowęglowodanowych potraw. A przekąski zawsze takie są przecież. Nie będę uskuteczniać refleksji nad tym, jak to 10 lat KPH zmienia Polskę albo jak impreza ma się do polityki bieżącej i tak dalej. Nie ma sensu. Jasne, doceniam wpływ i wkład KPH w zmienianie naszego kraju, ale bez przesady. Uważam, że jej rola powinna się teraz zmienić trochę. Nie wiem jednak czy 10 urodziny to dobra okazja, żeby takie rzeczy pisać ;)

Zupełnie przez przypadek dowiedziałam się, że we wtorek jest posiedzenie Rady Doktorantów UW. Ciekawie, bo one są jawne i powinno się o nich na stronie www informować. A informacji nie ma. Niektórzy komentowali potem, że specjalnie, ze względu na mnie, nie podali tej informacji. No, nie wiem. Wiem, że jestem członkiem instytutowej rady doktorantów u siebie i choć delegatem formalnie nie jestem, to chyba mam prawo wiedzieć (jak zresztą każdy i każda!), że posiedzenie się odbywa. Oczywiście, zjawiłam się na miejscu. Razem z Sewerynem i Pawłem. Było spokojnie, tym razem drzwi nikt nie wyrwał. Bardzo słabo prowadzone posiedzenie. Ludzie, którzy tam przychodzą i wchodzą w skład Rady, są – wydaje się – tam zupełnie z przypadku. To aż straszne jaką czasem niewiedzą wykazują się podczas tych rozmów. Że infantylnością żartów także, to pominę już. No, ale generalnie było źle. Główny punkt: wybór kandydatów na członków Komisji Dyscyplinarnej i Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej. Źle przeprowadzone głosowanie (brak na kartach do głosowania podpisów czy pieczęci), źle podane wyniki (wszyscy się dostali a stwierdzono, że nie wszyscy). Totalna nieznajomość przepisów prawa na UW… Masakra. Milczałam i tylko gdy trzeba było, mówiłam, że naprawdę coś jest nie tak. Oczywiście, nie zawsze mnie słuchano… niemiej jednak, słabo, słabo.
A uchwalenie budżetu, które było planowane (i które – zgodnie z regulaminem – powinno odbyć się w ciągu 14 dni od uchwalenia go przez Senat UW, a więc jakoś w czerwcu chyba) nie zostało przeprowadzone, bo „nie dostaliśmy jednego pisemka od Prorektora”. Masakra. Czemu od czerwca go nie dostaliśmy? I czy władze Samorządu Doktorantów cokolwiek w tej kwestii interweniowały? Wiem, wiem, naiwne pytania.
Na dniach minie 30 dni od wysłania przeze mnie pisma w sprawie wykonania wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Jeśli nic się nie wydarzy – w szczególności: jeśli nie dostanę zasądzonej kasy na konto – mam zamiar złożyć wniosek do sądu o możliwość egzekucji długu przez komornika sądowego. To dość zabawne, bo chodzi o 100 zł. A jak tak dalej pójdzie, to się z tego zrobi – ze wszystkimi kosztami – z 500 zł. No i komornik na koncie UW brzmi zabawnie, prawda? :)

Środa minęła mi znów na ciężkiej pracy. Nie, nie przesadzam. Pisanie, wbrew pozorom, to naprawdę zapierdol. Przecież jak coś piszę, to nie mogę byle co, bo chcę, żeby ktoś za to zapłacił. A najgorsze jest to, że nie mam przez to czasu na pisanie rzeczy ważnych dla mnie – bo nie zleconych, tylko takich, które ja chcę napisać. Mam na myśli przede wszystkim dokończenie tekstu do tomu pokonferencyjnego „Strategii queer” oraz tekstu do Rocznika Studenckiego Ruchu Naukowego na UW. Eh, szkoda gadać. Ale mam nadzieję, że pod koniec września będzie już po wszystkim.
Wieczorem napisał do mnie Damian.be. Że chce się najebać. Więc mu piszę, że ja właśnie piję drynk. Taka była prawda. No i żeby wpadał. Więc się zjawił. Zaprosiłam też Pawła, jako że mieszka teraz niedaleko nas i w ogóle. No, wiedziałam, że nie odmówi. Miałam rację. Wpadli obaj. I się zaczęło. Tak nam się dobrze piło, bawiło, muzyki słuchało i w ogóle, że skończyliśmy o… 8:30 rano. Masakra trochę – zwłaszcza dla nich. Bo obaj do pracy szli prosto ode mnie. Współczuję i nie wiem jak dzień przetrwali. Ale dali radę, bo wieczorem w czwartek się odzywali, że żyją. Nie wiem w sumie cośmy przez tyle godzin robili. Prawda jest taka, że w miłym towarzystwie czas szybciej leci ;) A tutaj było miło. Chłopcy się dogadali, choć się nie znali wcześniej w ogóle. Prawda jest taka, że koło 7:00 stwierdziliśmy wszyscy, że jesteśmy zmęczeni, ale położenie się do spania na godzinę w tej sytuacji odpadało. Nie było szans, żebyśmy się obudzili i wstali na czas. Co to, to nie. Tym bardziej, że na Michała nie mogliśmy liczyć, że nas obudzi, bo wstał o 6:05, żeby koło 7:00 wyjść z domu. Więc nic z tego. Wytrzymaliśmy jeszcze trochę, zrobiłam im dobre jedzenie (mój słynny codzienny sos czosnkowo-koperkowy!) i odprowadziłam na tramwaj czy coś tam.

Sama potem poszłam spać i rzeczywiście wstałam dopiero po jakiś 6 czy 7 godzinach snu. Nie wiem ile alkoholu wypiliśmy, ale szacunkowo po około 0,4 l wódki na głowę. Nie jest to największa ilość, ale jednak.
Czwartek spędziłam napisaniu, dla odmiany. Muszę, muszę. Tym razem jednak skupiałam się na pisaniu blo. 45 tys. znaków ma ta blotka na chwilę obecną, więc nie dziwcie się, że to tyle zajmuje! Wieczorem jednak nie darowałam sobie. Michał (którego zaraziłam świerzbem swego czasu) zaprosił mnie na imprezę. Więc wzięłam ze sobą Pawła (spał 2 godziny po pracy i piciu u mnie!) i pojechaliśmy do centrum. Nie było łatwo znaleźć miejsce, gdzie to się dzieje, ale daliśmy radę. W środku całkiem sympatycznie. Nieduże mieszkanie, kilka osób. Potem jeszcze kilka doszło, kilka wyszło. Miła atmosfera, choć większości nie znam. Przedstawiono mnie Madoxowi, poznałam kilka kobiet, kilku chłopców w tym nowego współlokatora Michała – Piotrka. Ładny, młody chłopiec. Dobre drynki robił. Generalnie koło północy wszyscy poczuli, że niedługo trzebaby się gdzieś ruszyć. Rozważano opcje Galeria lub Glam. Wygrała pierwsza z nich. A w tym czasie napisał do mnie Marcinek, że jest w centrum i chciałby coś przedsięwziąć. Fajne jest to, że to do mnie ludzie piszą, gdy mają taką emocję. Że wiedzą, że impreza jest moim życiem i że na pewno coś, gdzieś, z kimś ogarnę. Trochę jak Damian.be dzień wcześniej – zaprosiłam, choć początkowo plany inne miałam. Ale impreza jest ważniejsza. Co ciekawe, gospodarz imprezy podkreślał w rozmowie ze mną, że dziękuje za przybycie, że wie, że w Melinie są większe imprezy i że w ogóle, ale on tutaj też robi coś podobnego i chciał, żebym zobaczyła. Fajnie, że komuś mój meliniarski pomysł na imprezy się spodobał i chce robić coś podobnego.
Wracając jednak do wyjścia do Galerii. Marcinek do nas dołączył a myśmy ruszyli na karaoke w Galerii. Ludzi nie za wiele, ale coś się działo w środku. Przybycie nas trochę ten klub do-ludniło. Marcinek namówił mnie na picie wódki pod sklepem na górze. Śmieszne to było nawet, bo nie wiem ile lat temu robiłam coś podobnego. Paweł mnie zdenerwował, bo zachował się wobec mnie wyjątkowo niegrzecznie. A przecież wszyscy wiedzą, że savoir-vivere to coś, co bardzo cenię. Bardzo.
Chciałam wrócić taxi i wypłacałam kasę w Global Cash tuż obok i… połknęło mi. Nie, nie, nie pomyliłam PINu ani nic z tych rzeczy. Gdy już miał mi oddać kartę i oddać kasę… zaciął się. I dupa, nie oddał. Zadzwoniłam na numer podany na maszynie. Pan sprawdził i powiedział, że on już nie obsługuje tego, ale da mi numer właściwy. Dał mi, zadzwoniłam. Powiedziałam, pani przyjęła i poleciła zadzwonić do swojego banku. Tak też zrobiłam. Pani w mBank rzeczowa, powiedziała co i jak. Założyła blokadę autoryzacji, żeby ustalić czy karta do nich wróci czy co. No i musiałam pod domem wypłacić z kredytowej, niestety. Eh, szkoda gadać.

Następnego dnia dowiedziałam się, że nie dostanę tej karty, że ludzie od bankomatu zniszczą ją i odeślą do mBanku. Założyłam blokadę i zleciłam wykonanie nowej. No, trudno. Poczekam sobie. Na razie będę żyć na kredytowej.
Zmusiło mnie to do zajrzenia na konto. I tutaj szok. Mam tak mało kasy, że nie wiem jak weekend przeżyję. Odezwałam się już do dłużników – w tym do mojej kuzynki – żeby jednak mi kasę oddali czem prędzej. Mam nadzieję, że w poniedziałek-wtorek się to stanie. Do tego czasu będę musiała jakoś sobie poradzić. Zawsze orientuję się w weekend w takich spawach, a wtedy nawet mBank nie jest w stanie mi dać limitu większego na kredycie odnawialnym… Eh, szkoda gadać. No w każdym razie, znów narzekam na powakacyjny brak kasy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tak bardzo nie ma Utopii (Sopot, Władek i TVP w tle)

21 sie

Zaczynam w poniedziałek. Tego dnia zaprosili mnie do "Pytania na śniadanie" w Dwójce. To moja tam trzecia lub czwarta wizyta. Chyba mnie polubili. A jeszcze dodatkowo, gdy okazało się że sama zapłaciłam za taxi, którą mi rano zamówili i mieli mi zwracać kasę, to wyszło, że najpewniej to nie ostatnia wizyta. Bo żeby mi zwrócili kasę, musiałabym wypełnić długi druczek (pesele, nipy itp) więc się poddałam. Na to pan, który to miał ogarnąć powiedział: "Już kilka razy się widzieliśmy, pewno jeszcze się zobaczymy, więc może jak się wiecej uzbiera, to wtedy razem to ogarniemy". Ta opcja mnie ucieszyła, bo nie musiałam tego druczku dla jakiś 18 zł wypełniać.
Program był o… Tolerancji. O komiksach uczących tolerancji. Autorką takowych jest Kasia, która dla mnie też na Tydzień Równości na Ursynowie malowała, więc znałam tak ją ja i jej prace. Komiksy Kasi są proste ale może i takie mają być. Wtedy lepiej trafiają do ludzi. Poza tym nienawidzę słowa tolerancja. Nie zapominajmy, że kryje się w nim relacja władzy. Tolerujący jest tym, co jest wyżej od tolerowanego. On w swojej łaskawości zgadza się tolerować, znosić tego, co prosi o tolerancję. I nigdy nie można tej sytuacji odwrócić. Tolerowany nie może być tolerującym, bo tolerancja jest oparta o sytuację struktury społecznej. Nikt nigdy nie pyta czy LGBTQ tolerują heteronormatywnych. Wydaje się to absurdalne, prawda? No właśnie. Dlatego ja nie chcę tolerancji. Wolę mówić o różnorodności, poszanowaniu różnorodności albo jej uwielbieniu. To też powiedziałam w TVP2. Podoba mi się to, że coraz bardziej szanują moją podmiotowości osoby trans. Podpisali mnie dwojgiem imion i funkcją "socjolog z UW". Co by nie mówić, to prawda.
Samo nagranie wyszło okej. Mówiłam ciut za szybko, ale zdarza mi się to, gdy wiem że czasu w programie jest mało a ja mam dużo do powiedzenia :) Poza tym ja obejrzałam nagranie potem, to widzę jak przytyłam. I nie podoba mi się to. Właśnie od tego poniedziałku jestem na diecie, która potrwa jakieś 8 tyg. Nie wiem ile chcę schudnąć, bo nie wiem ile teraz ważę – boję się sprawdzić. Wiem ile chcę ważyć po wszystkim (ale wam tego nie powiem) i za jakiś czas pewno się zważę, żeby wiedzieć ile mi zostało do zrzucenia. Ale najpierw muszę zobaczyć jakieś postępy, jakiś spadek wagi i wtedy mniej będę się bała prawdy na wadze. Może to i głupota, ale kto nigdy nie był otyły, nie zrozumie.

W poniedziałek widziałam się też po raz pierwszy od sama-nie-wiem-kiedy z Filipem. Tym Filipem, co był ale zniknął. Spotkanie z mojej inicjatywy. Miałam w domu całą półkę z jego ubraniami i chciałam się tego pozbyć. Więc przygotowałem dwie torby ubrań i butów żeby mu to zwrócić. Umówiliśmy się… na przystanku tramwajowym koło mojego domu. Zależało mi, żeby spotkanie nie odbywało się w Melinie tylko gdzieś w miejscu, gdzie można łatwiej uciec. Przystanek był o tyle idealny, że Filip jechał do pracy i w drodze tylko ode mnie to przechwycił. Dodatkowo był spóźniony, więc całość trwała może 10 sekund. Oczywiście, próbował podtrzymać symboliczny porządek interakcyjny i powiedział, że "pogadamy jakoś w klubie", co jest totalnie nieprawdziwe i bez sensu. Nie porozmawiamy i to jasne. Nie mam na to ochoty, tak jak i on zapewnie. Choć muszę przyznać, że gdy mijamy się w klubie to się oczywiście witamy (bez podania ręki) ale tylko tyle. Na początku raz czy dwa Filip próbował wejść w jakąś rozmowę ale ja nie mam na to ochoty. Wszystko, co chciałem mu powiedzieć, powiedziałem w apartamencie przy Nowym Świecie jakieś 4 tygodnie temu. Ponieważ go to nie obeszło, nie ma sensu udawać, że mamy ochotę nadal podtrzymywać tę znajomość.

To trochę tak jak Grzegorz (tak, ten znany z You Can Dance) wychodził ostatnio od Michała gd ja wróciłam i zegnając się ze mną powiedział coś a propos pobytu we Władysławowie (że może nasze terminy się jakoś zazębią), że może się w tej kwestii skontaktujemy. Wiadomo, że nie. Nie przepadamy za sobą, nie mamy swoich numerów telefonów, więc wiadomo, że nie. Toteż powiedziałam to, bo lubię burzyć porządek interakcyjny. Trochę jak badacze gdzieś tam z lat 60. XX wieku. Nadal mnie to bawi. Stąd mówię wprost, że nie, że się nie skontaktujemy. Grzecznościowa wymiana takich uprzejmości mnie nie intesuje.

We wtorek miałam zaliczyć dwa pokazy prasowe w kinach. Ale nie udało się. Jednak mój cykl spania zmienił się na tyle, że poranne wstawanie nie jest mi aktualnie na rękę. A ten pierwszy pokaz miał być o jakiejś chorej porze (10:00 czy coś takiego). Dotarłam wiec tylko na ten drugi. Wcześniej zaliczyłam wizytę w zaprzyjaźnionej firmie. Wszystko na rowerku! Udało mi się przejechać Trasę Łazienkowską na rowerze! Jestem z siebie dumna. Szef firmy nadal mi wisi prawie 900 zł.
Pokaz, na który udało mi się dotrzeć organizowała Iwona w Lunie. Film jednak kiepski, niestety. Zmarnowałam czas a i Wam odradzam pójście na "Jesteś tam?". Moja recenzja ukaże się przed premierą. Ale jestem na nie.

Bezpośrednio po pokazie widziałam się z Marcinem. Tak, tym młodym. Kawa i spacer, wiadomo. Było miło a Marcin wyglądał naprawdę dobrze. Nie wiem cz schudł czy go czarne rurki tak wyszczupliły ale wyglądał dobrze. I ta fryzura, z którą walczy już jakiś czas, nareszcie wygląda jakoś. Okej, może wymaga jeszcze pracy trochę, ale jest zdecydowanie lepiej niż było. Spacer udany a tym dla mnie ważniejszy, że przez Marcina zainicjowany. Rzadko on pierwszy proponuje spotkanie, więc traktuję to jako pewien postęp w znajomości. Albo i nie.
Spacer odbywał się w okolicach mojego roweru zaparkowanego naprzeciw W Biegu Café. No co, czasem się jeszcze o niego boję. Tani nie był :)

Wieczorem znów wróciłam na pl. Zbawiciela. W Charlotte zorganizowaliśmy z Pauliną "Paryż i Profi". Zaprosiliśmy ludzi na oglądanie naszych fotek z pasztetem zrobionych w Paryżu. Początkowo chcieliśmy wykorzystać rzutnik i bez pytania kogokolwiek o zgodę, wyświetlić sobie na ścianie pokaz slide’ów. Ostatecznie nie udało się nam rzutnika pożyczyć i dupa. Ale był iPad, więc może nawet bardziej hipstersko. Było wino, było jedzenie dla niektórych… Generalnie, wszystko się udało. Oczywiście, żałuję, że nie było nas więcej, ale to jest zarzut do tych, co potwierdzili i postanowili się nie zjawiać. Ich strata. Niech żałują, bo było zabawnie i wszystko się przeciągnęło jakoś do północy prawie. Ku mojemu, przyznaję, zaskoczeniu.
Fotki przedstawiające mnie i/lub Paulinę na tle zabytków z pasztetem w ręku (lub innych miejscach) są na moim fotoblo, ale nie ma tam wszystkich. Więc można było coś ciekawego jednak zobaczyć. Miło było też spędzić czas z ludźmi, których w wakacje się rzadziej jednak widuje. Wiec dziękuję za przybycie :)
Wracałam do domu dość późno, więc pozwoliłam sobie zabrać się z Maciejem Bieacz taxi w drodze do niego do domu. Dołączył do nas Robert jeszcze, który miał jechać na Mokotów do swojej szefowej, ale zmienił zdanie. I w ten sposób dotarliśmy bezpiecznie do domów.

W środę rano udało mi się wbić do fryzjera. Nie było to proste, bo terminy ma zajęte a ja w ostatniej chwil się telefonicznie umówiłam. Ale udało się. Dojechałam, ma się rozumieć, rowerem. Fryzura standard ale należy mówić "Boże, jak ty dobrze wyglądasz!" na mój widok, wiadomo. Fryzura taka jak ostatnio, bo nie dość, że mnie odmładza to jest wygodna, w sam raz na lato. A poza tym nie mam na razie lepszego pomysłu na inną.
Tak samo ja przez ostatnie dwa dni, tak i w środę w przerwach międz poszczególnymi aktywnościami, zajmowałem się pracą przy komputerze.
Udało mi się m.in. napisać odpowiedź na pismo Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW. Co prawda pismo od niego dostałam jakoś pod koniec kwietnia ale mnie terminy nie obowiązują więc się spieszyć nie muszę. Odpowiedziałam mu, że ze stosunku dokumentów, które mi wysłał, realizując niejako wyrok WSA w sprawie z mojej skargi na bezczynność, tak naprawdę bardzo niewiele spełnia wymagania wniosku z 2010 roku, który był kluczowy dla sprawy. Wypisałam czego nie dostałam oraz… podałam numer konta, na który musi mi przelać 100 zł zwrotu kosztów sądowych, których zapłatę nakazał sąd. Zobaczymy, co odpowie. Nie uda się im tak łatwo mnie pozbyć. Ja wiem, że oni tych dokumentów nie mają, bo ich nie stworzyli nigdy. Ale właśnie o to chodzi, dlatego chcę docisnąć sprawę do końca. Żeby pokazać niekompetencję osób, które za to odpowiadały. Zobaczymy, co odpisze. A ja mam czas. Dla mnie jebnięcie takiego pisemka to chwila moment w wolnym czasie. Więc mogę się tak bawić dalej. Ale oczywiście zajmuję się nie tylko utrudniającym życie innym pismami. Zajmuję się także pisaniem rzeczy poważniejszych. Na homiki.pl ukazał się mój tekst o tym, że nikomu nie zależy tak naprawdę na ustawie o związkach partnerskich (czy jakkolwiek chcecie ją nazwać). Moim zdanie ani SLD, ani PO, ani hetero ani LGBTQ nie walczą tak naprawdę o tę ustawę. Jest niewielka grupka zapaleńców, którym naprawdę zależy i oni walczą. Reszta czeka na rozwój wydarzeń. I tylko tyle. Tekstu całego przytaczać nie będę, ale w skrócie taki jest jego wydźwięk.

Po południu wybrałam się na Mokotów na Kino Kongresu Kobiet. Film o obrzezaniu kobiet w Afryce. Sam film interesował mnie mniej, bo domyślam się jakie jest stanowisko feministek w tej kwestii. Interesowała mnie dyskusja po nim i to, o czym będzie mowa. Sporo ciekawych faktów, to fajne. Ale zabrakło mi dwóch rzeczy: dyskusji czy też refleksji nad pozycją z jakiej mówią kobiety na tym spotkaniu oraz refleksji nad tym, że reprodukujemy tutaj kolonialny system świata. Bo bohaterki spotkania mówią, że prawo kobiety do przyjemności jest podczas zabiegu obrzezania im odbierane. Ale prawo to nie jest uniwersalnym prawem czy coś takiego. Jest partykularne i ważne dla pewnego feministycznego dyskursu, jaki dominuje w debacie nad sytuacją kobiety od późnych lat 60. XX wieku. Szkoda, że na ten poziom nie udało się wejść podczas dyskusji. Ja musiałam zmykać do domu, bo tego dnia przychodzili po pieniądze właściciele mieszkania.
A na filmie byłam tak w ogóle z Michałem – tym studentem z ISNSu, co go poznałam w weekend. Spotkanie dla mnie miłe, bo on nie dość, że naprawdę ładny i przystojny, to jeszcze niegłupi a i jako student socjologii (stosowanych nauk społecznych w zasadzie…) wie o czym mówię gdy mówię socjoslangiem. I spotkanie, jak dla mnie, udane i sympatyczne. A i o filmie i tej właśnie dyskusji porozmawiać miałam z kim.

Właściciel mieszkania rzeczywiście wpadł i haracz pobrał. Sytuacja normalna, ale… Michał po raz pierwszy nie był w stanie zapłacić całości swojego czynszu. Czyli że… tak, zasłużył się u mnie. Fakt, że po 10 dniach oddał mi tę niewielką brakującą kwotę ale jednak stało się.

Z domu szybko pognałam do Gacka. Tam już trwała impreza-niespodzianka dla Rafała zorganizowana. Gdy dotarłam, ludzi było sporo, coś się już działo… Generalnie, hałas. I fajnie. A Rafał rzeczywiście nie wiedział o niczym, więc niespodzianka była. Był tort, była masa wódki i dużo ludzi. Dwie szefowe się mocno sponiewierały i ostatecznie spały razem na łóżku Gacka. Nie obyło się bez wypadków… Najpierw ktoś stłukł wielki szklany wazon w korytarzu. A potem Mocar i inni chciał się wziąć za sprzątanie tego. A po pijaku to NIGDY nie jest dobry pomysł. Radziłam, żeby zamieść to jedynie i załatwić sprawę rano. Ale nie. No to ma ciota za swoje, pocięła sobie rękę i musiał z nią do szpitala iść na szycie. Ale impreza trwała dalej.
Po zakończeniu byłam… No, dość pijana. Więc ostatecznie spałam z Mocarem i Gackiem na łóżku tego pierwszego.

Czwartek minął mi na ogarnianiu się i pisaniu jakiegoś zleconego czegoś tam. A wieczorem pakowanie. O 23:30 jakoś mieliśmy polskibus.com z Wilanowskiej. To rzeczywiście jak w tanich liniach lotniczych. Ludzie się rzucają, walka, przepychanki… No, szkoda gadać. Tym bardziej, że ludzi było dwa razy więcej niż miejsc w autokarze (podstawili drugi). Oczywiście, musieliśmy się jakoś w tym odnaleźć – Gacek się prześliznął i zajął nam miejsca na samym końcu autokaru. Tak jak trzeba!
I tam spędziliśmy podróż do Gdańska. Całkiem udaną, prawdę mówiąc. WiFi rzeczywiście było, autokar nowy, klimatyzacja działała… Nie będę się czepiać tym bardziej, że podróż krótsza niż pociągiem i dużo tańsza niż InterCity.

Oczywiście, że piliśmy alkohol w trakcie jazdy. Martyna na to wpadła. Właśnie, bo muszę dodać, że ostatecznie do Sopotu wybraliśmy się w składzie: Gacek, Martyna, siostry Kalisz i ja. Nie ukrywam, że liczyłam, że więcej nas pojedzie. Nic to jednak, w każdym towarzystwie można się dobrze bawić, ja trzeba :)
Dotarliśmy bardzo wcześnie rano do Gdańska, stamtąd SKM do Sopotu i na miejscu kawałek od stacji było nasze mieszkanie. Wynajmowali nam je starsi już ludzie. Jakieś małżeństwo, które ma dwa mieszkania i sobie na jednym dorabia. Mieszkanie nie było w centrum Sopotu (o ile w mieście wielkości Sopotu coś w sumie może być pizza centrum…), standard też był okej i bez rewelacji. Ale tanio. Nie pamiętam już ile, ale naprawdę się nam to opłacało.
Spotkanie z właścicielami było krótkie, choć musieli nam wszystko opowiedzieć… "Tutaj macie szafki, jakbyście chcieli coś położyć, to tutaj możecie. Tutaj są klucze, pokażę jak zamknąć drzwi. A tutaj jest zsyp na śmieci…" i tak to chwilkę trwało. A gdy poszli, ja z Martyną wybrałam się na pierwsze zakupy spożywcze. Niektóre sklepy o tak wczesnej porze są jeszcze zamknięte – ale udało się nam. Potem wszyscy poszli spać :)

Nie ma co udawać, do Sopotu wyjechaliśmy poimprezować. Nie plaża, nie kąpiel w morzu, nic z tych rzeczy. Chodziło o imprezę. A niektórym dodatkowo o zaruchanie. Mi zdecydowanie o to pierwsze. Pierwsza impreza oczywiście w piątek od razu. Wiec gdy wstaliśmy, coś zjedliśmy i powoli szykowaliśmy się na imprezę.
Adam Ł. był nieopodal, więc wpadł do nas ze swoją koleżanką Pauliną. Razem z nami się zbiforowali. Posiedzieliśmy, coś wypiliśmy i ruszyliśmy. Najpierw do Czekolady. Ktoś nam polecił. I słusznie, bo klub rzeczywiście ładny i fajny. Muzycznie całkiem fajnie. Bez szaleństwa, ale całkowicie przyzwoicie i bez zarzutu. Dziewczyny się szczególnie dobrze bawiły, bo to hetero klub, więc faceci je pożerali wzrokiem. A i nie tylko. Bo gdy one tam zostały do rana, to na sam koniec jakiś zagraniczny pan podrywający je wcześniej nie mógł się pogodzić z tym, że już idą i biegł za nimi krzycząc „I have a big dick!”. Drodzy panowie hetero, nie róbcie tego nigdy…
W czasie, gdy dziewczyny szalały dalej w Czekoladzie, ja z Gackiem się do Sixty9 przenieśliśmy. Ludzi trochę było, nie powiem… ale generalnie okazało się, że średnia wieku, mediana wieku i minimalna wieku w tym miejscu są dla mnie za wysokie. I to nie tylko tej nocy, ale generalnie. Kiepsko, jeśli idzie o młodych chłopców. Raczej panowie 25+. Trudno jednak. Nadrabiał wszystko bardzo tani alkohol (10 zł za wódkę z softem) oraz muzyka, która bywała niezła. W piątek akurat dość mocne tempo sobie narzuciłam i ostatecznie stosunkowo szybko się mocno dziabnęłam. Na tyle, że w połączeniu z brakiem rozrywki, zmęczeniem po podróży i tak dalej sprawiło, że… zaczęłam sobie przysypiać na balkoniku dla palaczy. Gacek czuwał i myślał, że umrę. Ale nic z tych rzeczy. Odpoczęłam sobie chwilkę i postanowiłam wytrzeźwieć. Zamawiałam więc samą Colę Zero już tylko i dalej bawiłam się na niej. No, rano ostatnim napojem był drynk, nie będę ukrywać. Ale to już naprawdę na sam koniec. I nie wyszalałam się tam, nie ma co udawać. Ot, bardzo przeciętna noc. Jasne, nowe miejsce zawsze jest ciekawe, ale jednak nie na tyle, żeby mnie tam impreza urzekła jakoś specjalnie. Powtarzałam sobie: to piątek, w sobotę będzie lepiej!

Poszliśmy grzecznie spać. No, Gacek nie do końca grzecznie, bo tej nocy lekko poszalał sobie z nieznajomymi mężczyznami, ale co tam – wakacje są!

Wstaliśmy o jakiejś ludzkiej porze. Rozpoczęło się tradycyjne ustalanie kto gdzie z kim kiedy co minionej nocy. Zawsze mnie to bawi. No i podstawowe pytanie: czy ktoś z kimś coś? Gacek tak. Reszta nie. Chociaż pan krzyczący „I have a big dick” był zabawny. Ogarnęliśmy się jednak (śniadanie-obiad zrobione przez nas samych!) i ruszyliśmy znów na miasto. Czyli na Monciak, bo w Sopocie naprawdę nie za bardzo można cokolwiek innego robić. A przy okazji: czy w Trójmieście są jeszcze jakieś inne pedalskie kluby?
Spotkaliśmy tym razem jednak pół Warszawy. Wszystkie, za przeproszeniem, tutejsze dziewczyny, ruszyły do Sopotu na sobotę. Z częścią z nich spotkaliśmy się na mieście przypadkiem, z częścią celowo… Generalnie spacer nasz polegał na tym, że co chwilkę witaliśmy się i pozdrawialiśmy z ludźmi, których znamy lub kojarzymy ze stolicy. Ale tak dosłownie, że co chwilkę, bo byli w statystycznie co drugiej knajpie mijanej… Nie ma to jak wyrwać się na chwilkę z Warszawy, co nie? ;) Wylądowaliśmy też w jakimś miejscu, gdzie udało się nam 50% zniżki wykorzystać (rozdawali na ulicy). Kupiliśmy arbuza z wódką i jakiegoś kokosa czy coś. I tutaj niespodzianka: Marcinek z Anatolem nas odwiedzili! Wpadli z Władysławowa po coś tam do Trójmiasta i dlatego chcieli nas spotkać. Miłe to. Szkoda, że nie mogli zostać na noc, na imprezę. To byłby fajniejsze. Po jakiejś godzinie czy coś nas opuścili.
Spacer jednak udany. Pogoda nas zaskoczyła tylko lekko, bo przez jakieś 4 minutki lekko deszcz popadał. Siedzieliśmy wówczas jednak pod parasolami jakiegoś baru na plaży. I potem ruszyliśmy z powrotem do naszej letniej rezydencji nadmorskiej, by rozpocząć przygotowanie do wieczoru. Dołączyli do nas tym razem ludzie w większej liczbie. Na chwilkę jednak, bo ruszać nam się w miasto chciało. Jako że w Sopocie jest bardzo tanio, chcieliśmy jeszcze jakiś jeden czy dwa drynki wypić gdzie indziej, zanim trafimy do naszych docelowych destynacji. I tutaj zaczęły się schody.
Najpierw nie wpuścili nas gdzieś-tam, bo Gacek nie jest ubrany „elegancko”. Zabawne to, bo ja przypadkiem miałam na sobie jego niebieską marynarkę i to wystarczyło, żebym była „elegancka”… Nic to jednak, ruszyliśmy do jakiegoś miejsca żeby się napić dobry drynk. Ja i Peggy mieliśmy na to naprawdę wielką ochotę. Trafiliśmy do miejsca, gdzie ponoć kiedyś jakieś Candy Andy było on-tour organizowane. Że niby fajny klub. No, dobra. Noc młoda, więc w ogródku usiedliśmy. I co? I nie mają składników do mojego drynka. Już nie pamiętam co zamówiłam, ale jakieś Copacabana czy coś w ten deseń. Wkurw nas coraz większy brał. Ale tak naprawdę wkurw. I nagle… podchodzą do nas cali mokrzy znajomi z Warszawy. Mocno, mocno najebani. Mocno, mocno nieprzyjemna sytuacja. Na szczęście nie byli z nami za długo i udało się nam jakoś od nich uciec – mieli plany inne niż my. Całe szczęście, bo przy naszym wkurwieniu ich zachowanie było naprawdę nie do wytrzymania.
Ostatecznie poszliśmy do Klubowej. Że niby takie fajne miejsce i że gra tam dzisiaj fajna djka. No dobra, idziemy. Co za dramat. Bardzo, bardzo źle. Lokal zabawny, bo taki lekko PRLowski, ale nie taki zawszony jak te niektóre hipsterskie miejsca, co mają w nazwach Pewex, Saturator czy coś (nie mam na myśli konkretnych lokali, żeby nie było wątpliwości, bo rzadko do nich chodzę i nazw nie pamiętam!) ale muzycznie… nie, no nie. To nie jest to, co dla mnie jest dobrą muzyką. Zbyt deepowo, zbyt electro. Nie, nie, nie. Rozumiem, że jak ktoś się nawciąga, to się może dobrze bawić przy tym no ale to nie moja bajka. Więc było źle. Naprawdę źle. Wkurw z wcześniejszego spaceru i teraz totalna załamka sprawiły, że zaczęłam walić głową o ścianę. Tak dosłownie. Chciałam żeby stał się cud. I popłakałam się nawet przez chwilkę, że jest tak źle. Nienawidzę jak jest tak źle. A w zasadzie dawno nie pamiętam, żeby aż tak źle było. Więc zrozumcie mnie i moją totalną załamkę. Masakra.

Na szczęście po jakiejś niemiłosiernie długiej chwili zrobiła się pora odpowiednia, żeby iść do Sixty9. Problem był jeden: tam tej nocy było zaplanowane Piana Party. Czyli masakrycznie źle. Dotarliśmy na miejsce i rozpoczęliśmy próbę unikania piany. Jak najszerszym łukiem. Na pytanie mojej przyjaciółki zadane na najwyższym piętrze (tam piany nie puszczali) czy chcę podwójną wódkę, zaprzeczyłam. Chciałam popiątną. Było źle, źle, źle. Bardzo zła impreza. Jasne, z czasem i piana opadła, i emocje zelżały, i alkohol zaczął działać… Ale ładnych chłopców nadal nie było – tak jak noc wcześniej. Więc rozrywka dla mnie średnia. Poskakaliśmy trochę w resztkach piany nad ranem, żeby cokolwiek z tej muzyki wyciągnąć. Ale barmani byli wyraźnie wstrząśnięci, gdy trzeźwiutka o 4 nad ranem zamawiałam Tequilę Sunrise. Nie wiem co w tym dziwnego? Niemniej, zabawa trwała jako tako.
Potem za namową Gacka udałam się znów do tej Klubowej nieszczęsnej (po co?!) i tam spędziłam kilka chwil. Ale było mi nadal źle, więc postanowiłam wrócić do domu. Około 7:30 kładłam się spać.

Nic jednak z tego! Ho, ho! Nie ma zmiłuj. O 10:00 wpada Gacek z Martyną (siostry K. już spały w domu) i gośćmi na after. Nie ma spania! Choć generalnie lubię aftery i rozumiem, że goście mieli chemiczną energię na to, by takowy odbyć, to ja naprawdę byłam zmęczona. Ale z drugiej strony… jeśli nie możesz czemuś przeciwdziałać, poddaj się temu. Więc after trwał. A ja w nim. Gacek próbował poderwać jakiegoś heteryka, którego przyciągnęły dwie dziewczyny. Myślał, że one hetero. Nic z tego. Podryw nie wychodził, więc do akcji wkroczyły siostry K. i Martyna. No bo skoro młody, jurny heteryk jest na miejscu… ale okazało się, że on więcej gada niż robi. Nuda. Więc odpuściły sobie. On nie. Nudne to się stało po kilku godzinach. Nie dla Gacka, ma się rozumieć. On nadal chciał tamtego przekonać. Nic z tego. Ja i starsza siostra K. poszliśmy na zakupy jakieś do pobliskiego sklepu. Odjebani jak stróż w Boże Ciało, dosłownie. Kupiliśmy, co trzeba i zrobiliśmy pyszną przekąskę dla wszystkich domowników. Dochodziła 14:00 gdy chłopiec opuszczał nasze mieszkanie. Nie był jednak ostatni. Jedna z lesbijek warszawskich zaległa na łóżku Martyny i Gacka i prawdę mówiąc, spędziła tam jeszcze dobre kilkanaście godzin. No, ale nic to. My nareszcie na chwilkę poszliśmy wszyscy spać. Ale! Niespodzianka! Nie minęło 20 minut, gdy zadzwonił domofon. Nie, to nie jest żart. Naprawdę, znów ktoś przyszedł. Tym razem Adaś z Pauliną. Na szczęście chcieli tylko zostawić walizki i iść na spacer. Boże, jak dobrze! Jeszcze chwila z gośćmi i alkoholem i zeszłabym już całkiem. Choć, nie ukrywam, miałam już ten stan, że było mi trochę wszystko jedno, czy zasnę czy nie, czy będę pić czy nie, czy coś się stanie czy nie. Na szczęście dali nam spać!

Nie na długo jednak, bo niedziela to też czas imprezowania! Tak, tak, nie ma zmiłuj! Po to tam pojechaliśmy przecież :) Poszliśmy najpierw zobaczyć, co się w Klubowej dzieje. Nie wiem po co, bo po złych doświadczeniach minionej nocy nie powinniśmy tam w ogóle się zjawiać. Ale na szczęście była zamknięta (alleluja!) i ruszyliśmy do Sixty9. Ludzi mniej, średnia wieku znów wysoka… No, ale grali dość ładnie, więc chociaż z Martyną poskakać mogłam trochę. I w zasadzie tyle. Nic więcej. Prawie do końca siedzieliśmy, ale gdy znów się błoto na „parkiecie” zrobiło, postanowiliśmy znikać stąd. Poszliśmy do Pepe. Po drodze jeść nam się zachciało. Mijamy KFC i okazuje się, że jeszcze przez 50 min powinno być czynne. Ale nie jest. Na drzwiach kartka „przerwa techniczna”. O nie. Czekamy 5 minut. 10 minut. I wkurw. 15 minut. Zaczynamy z Martyną walić w drzwi. Mocno, żeby słyszeli, że czekamy. Walimy tak kilka minut, aż ostatecznie otwierają. I możemy coś zjeść (tak, wiem że to mało dietetyczne…).
Nie wiem co to za miejsce w sumie to całe Pepe, ale wiem, że niedaleko naszej rezydencji. Okazało się, że tam trochę ludzi jeszcze jest. No, to nie ma co, bawimy się. Ponieważ parkiet pusty, postanowiłam mocno się wyskakać. Tym bardziej, że znów muzycznie nie było źle. Zostaliśmy tam jednak tylko chwilkę, bo za wiele się nie działo. I wróciliśmy spać.

W poniedziałek autobus odjeżdżał im jakoś 14:30 czy coś takiego. Okazało się, że tym razem polskibus.com nie tylko miał jakieś 3 godziny opóźnienia po dotarciu do Warszawy, ale i niedziałającą klimatyzację. Bogu dzięki, że mnie tam nie było. Ja jechałam dalej – do Władysławowa. W sumie rzutem na taśmę zdążyłam na taki bardzo wygodny czasowo pociąg. Na kolejny musiałabym w Gdyni czekać z 1,5 godziny. Więc szczęście mi sprzyjało.

Nie ukrywam, że dla mnie wyjazd do Sopotu był od początku trudny. W tym sensie, że jednak liczyłam, że (1) pojedzie nas więcej, (2) w większości będą chłopcy. A tutaj okazało się, że skład jest raczej babski, za przeproszeniem. Poza tym Martynę znałam dość słabo. Nie, w zasadzie wszystkie dziewczyny znałam dość słabo. Ot, z imprez u Gacka i tyle. Ale okazało się, ku mojemu dużemu pozytywnemu zaskoczeniu, że nie jest tak źle. Że się dogadujemy, że dziewczyny są naprawdę w porządku i że niepotrzebnie się martwiłam. Było śmiesznie, sympatycznie, zabawnie… tak, jak miało być. Nie było ciśnienia, nie było niepotrzebnych sporów, nie było napięć. Było dokładnie tak, jak powinno być. I za to dziękuję.
Był to też mój najdłuższy jak dotąd wyjazd z moją przyjaciółką Gacek! Bo przecież dotychczas najdłużej zdarzyło się nam wspólnie w Krakowie bawić ze 2 czy 3 dni. A teraz ciut dłużej jednak. Nieznacznie, ale liczy się. Nowy rekord ustanowiony.

***

Po co pojechałam do Władysławowa? Oczywiście, do Marcinka. Do jego restauracji. Do niego. Zobaczyć, jak sobie radzi. Jasne, odpocząć też. Przecież mam wakacje nadal! Ale jednak ani plaża, ani morze, ani opalanie, ani inne tego typu rzeczy nie są tym, co lubię robić. Wręcz przeciwnie, są czymś czego zdecydowanie nie lubię. W zasadzie początkowo planowałem, że pobyt we Władku będzie krótszy. Chciałem wracać jakoś w środę lub w czwartek. Ale Marcinek i jego brat bliźniak Mariusz zaplanowali na piątkowy wieczór imprezę urodzinową. Bez sensu byłoby więc wyjeżdżać przed nią. I postanowiłam zostać dłużej.

Marcinek załatwił mi niedrogo nocleg w chacie niejakiego Trapera – emerytowanego leśniczego, który ma w Czarnym Młynie (tej wioski nie ma na mapach…) dom i wynajmuje tam pokoje. Niewielki pokój, z wielkim w sumie (dzielonym z jednym, ale niezajętym akurat, pokojem) tarasem. Czarny Młyn jest 12 km od Władysławowa, ale dwa domy obok (na 5 czy 7 jakie liczy cała wioska…) znajduje się domek rodziny Marcinka, gdzie zbunkrowana jest część pracowników oraz sam Marcinek z siostrą, bratem i jego dziewczyną. Więc nie jest tak źle, bo mają samochody, które w razie czego mogą podrzucić czy coś. Odpowiadało mi to – tym bardziej, że w szczycie sezonu nie tak łatwo cokolwiek w samym Władku znaleźć.
Trochę było mi dziwnie, gdy tam jechałam, bo też i zdaję sobie sprawę, że jak ktoś odwiedza Władysławowo a jest znajomym Marcina, to nie robi tego w pojedynkę. W sensie, że ludzie grupami tam wpadają i się sami bawią, traktując lokal Marcinka jako ciekawe i ważne miejsce, w którym się dobrze bawić i dobrze zjeść można. A ja wpadłam sama. Wiem też, że Marcin ma w chuj pracy przy tym wszystkim – to jego pierwszy lokal – i bałam się, że albo będę mu przeszkadzać, albo będę dla niego niepotrzebnym balastem, albo że będę musiała dużo czasu spędzić sam na sam ze sobą. Bo choć znam część obsługi lokalu… to jednak nie łączą mnie z nimi najlepsze relacje. Znam barmanów. Anatola i Filipa. Tak, tego Anatola, co kiedyś się w moim życiu przewinął. Tego, na którego jestem bardzo, bardzo zła za sytuację z koncertem The Hurts w Warszawie. Tego, z którym w zasadzie nie rozmawiam od tamtego czasu i którego często ostentacyjnie wręcz mijałam wiele, wiele razy od tamtej pory. A Filip to model z Poznania, którego jakoś dawno temu w Utopii poznałam. Piękny jak z obrazka, nie ma co. Ale wiem, że nie przepada za mną. Jak spora część ludzi. Więc sami rozumiecie, że moje przybycie tam było jednak dość ciekawe. Tym bardziej, że i wydarzenia towarzyskie, jakie tam się dzieją w ramach homoseksualnej jak i heteroseksualnej obsługi są ciekawą historią, wartą kiedyś opowiedzenia. Jednakże nie na tym blo. Dodam tylko, że zakładają ingerencję nie tylko wymienionych już osób, ale także Michasia z Krakowa (który tam pracował i który prosto z Władysławowa po zakończeniu pracy przyjechał do Warszawy do mnie i do Arka ze Szwajcarii!), wspominanego już Grześka (gwiazdy TV) i pomniejszych po drodze…

Lokal Marcinka nazywa się Ryba Piła. To specyficzne miejsce. Nie ukrywam, że z racji tego, że znam Marcinka liczyłam na to, że jedzenie tam będzie dobre – z racji jego pasji do kuchni. I w zasadzie nie zawiodłam się. A jak na standardy nadmorskie, to można wręcz powiedzieć, że było bardzo dobrze. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Marcinek odebrał mnie z dworca we Władysławowie. Walizka do samochodu, który wieczorem zawiózł ją do Czarnego Młyna a ja zostałam na miejscu. Na skuterze (!) z Marcinkiem (!) pojechaliśmy zobaczyć „moje miejsce”. Właściciela domu nie było i miało nie być jeszcze przez dzień czy dwa. Poza mną i Marcinkiem nikt nie nocował więc w chałupie. Wróciliśmy do Władysławowa i siedziałam tam już do nocy. Lokal zamyka się jakoś koło 2:00. Jako jeden z ostatnich w okolicy, więc (1) ludzie zawsze siedzą do końca, (2) goście chętnie korzystają z takich dogodnych godzin działania, (3) kuchnia czynna jest prawie do końca, co dodatkowo przyciąga głodnych, (4) właścicielom konkurencyjnych lokali dokoła trochę to przeszkadza i usiłują czasem przeszkadzać, (5) pracownicy i pracownice konkurencji po zamknięciu swoich lokali wpadają tutaj na picie (i jedzenie). To specyficzne miejsce, jak się szybko przekonałam. Ale pozytywne. W ciągu dnia przyciągające matki z dziećmi (jest kącik dla dzieci), pod wieczór fanów karaoke i piłki nożnej oraz po prostu dobrej muzyki (koncerty Beyonce, DVD Pink itp.) a w nocy bawią się tam ci, którym nigdy nie jest mało. Ciekawe to wszystko. Nie wiem tylko jak to wygląda po otwarciu, bo przed 15:00 chyba ani razu do Ryby Piły nie dotarłam.

Dlaczego? Ano jak lokal zamykał się o 2:00 (czasem później), to jeszcze dobrą chwilkę sama obsługa bawiła się w swoim gronie, chwilkę trwało ogarnięcie wszystkiego… I tak przed 3:30 to chyba nigdy nie wróciliśmy, prawdę mówiąc, do domu. Wstawałam sobie więc o jakieś 11 czy innej 12 i nie śpiesząc się ogarniałam się powoli do Władysławowa. Drugiego dnia pobytu postanowiłam przejść trasę z Czarnego Młyna. Google Maps i Google Navigate wskazały mi drogę przez pola. Bezpieczną, choć może i nieco nudną. Udało mi się w niecałe 2 godziny pokonać te 11 km i spokojnym krokiem wejść do restauracji na zasłużony obiad/kolację.
Trzeciego dnia było jeszcze śmieszniej. Jako że skarżyłam się, że nie ma barmana, któryby potrafił mnie upić, Marcinek zaprosił mnie rano (czyli ok. 14:30) do siebie do domku na… picie. Tak, piliśmy wódkę (czystą!) o tej porze. A potem zaczęliśmy spacer. Koło 19:00 mieliśmy we krwi już po 0,4 l jak nic. Najpierw nie zdążyliśmy na autobus, który miał nas zawieźć do Jastrzębiej Góry (stąd można się łatwo do Władka dostać), w zasadzie całą tę trasę przeszliśmy. Pijąc po drodze, ma się rozumieć, i rozmawiając. Było zabawnie. W Jastrzębiej postanowiliśmy coś zjeść (byliśmy po toście na śniadanie) – weszliśmy do Kredensu i tam usłyszeliśmy teatralny szept „O, zobacz, banany z Utopii!” od gości siedzących przy wejściu. Nic to jednak, wypiliśmy wino, zjedliśmy małą pizzę i jakąś zapiekankę czy coś takiego. Ruszyliśmy dalej. Zaliczyliśmy plażę (bardziej Marcin niż ja, wiadomo…) i zaopatrzyliśmy się w alkohol (kupiłam też piwa dwóm piętnastolatkom – stwierdziłam, że w moim stanie odmawianie im realizacji tej prośby będzie hipokryzją z mojej strony). Ostatecznie, po podróży autobusem (nareszcie jakiś nam nie uciekł!) trafiliśmy do ośrodka sportowego w Cetniewie. Na ławeczce chyba jeszcze coś dopijaliśmy a potem… zobaczyłam sporą grupę chłopców. Ale takich naprawdę chłopców, w sensie, że kilkunastoletnich. Właśnie rozgrzewali się przed biegiem ze swoimi trenerami i trenerkami. Dołączyłam do nich i biegłam z nimi. Czemu? No nie wiem… bo tak! Bo potrafię, bo chcę ;) Śmiesznie było, bo oni padali (dzisiejsza młodzież nie ma kondycji!) a ja biegłam dalej. Potem zebraliśmy się i dotarliśmy do Władysławowa. Porządnie już nietrzeźwi.
Zabawa trwała dalej. Piłam aż do 2:00 czy jakoś tak. Nie powiem, byłam mocno wstawiona. Bardzo mocno nawet. Ale żeby od razu powiedzieć, że mnie ktoś spił, to nie. Tym bardziej, że Marcinek nie dotrzymał zakładu i (1) nie pił ze mną cały czas (bo czasem sobie coś innego robił), (2) nie robił mi wszystkich drynków. Jasne, raz poprosiłam Anatola, żeby wymyślił mi drynk Ave Maria i to rozumiem, że on musiał zrobić (dostał obiecane 20 zł napiwku, chociaż drynk przeciętny był) i raz Filipa o coś też (już nie pamiętam co, ale też 10 zł napiwku obiecane dostał) ale generalnie zakład został naruszony ;)

W czwartek dotarłam autobusem (z przesiadką w Jastrzębiej Górze) do Władysławowa, bo chciałam sprawdzić jak ta droga się sprawdza. A w piątek przywieziono mnie już z moją walizką. W czwartek generalnie piłam niewiele jak na mnie. Nie ukrywam też, że obiecany przez Marcinka rabat sprawił, że chętniej sięgałam po kolejne smaczne drynki z karty. Polecić mogę B52. Niezłe robią też te koktajle owocowe. Bardzo zjawiskowe, chociaż to typowe „lady drinks” – słabe, mówiąc krótko. Kilka drobnych wpadek z drynkami zaliczyli. Tak jak i z jedzeniem, ale to takie drobnostki (np. wsadzenie mieszadełka do drynka, który nie powinien go mieć), że absolutnie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że doskonale dają sobie radę. Furorę robią też kamikaze, bo jest ich aż 6 zamiast 4. Wszystko stosunkowo nie najdroższe.
Z jedzenia spróbowałam też wielu rzeczy. Ryb, mięs, grilla, makaronów, ziemniaków opiekanych… No, takich podstawowych rzeczy to w zasadzie po trochu wszystkiego. I jedną deserową rzecz też – naleśniki na słodko. Wszystko bez zarzutu. I niedrogo w sumie. Bardzo ładnie podane. Widać, że kucharz wie, co robi. I nie piszę tego, żeby robić reklamę Marcinkowi. Nie muszę, bo generalnie w otoczeniu konkurencji Ryba Piła pod względem frekwencji wypada naprawdę dobrze. Jasne, nie ma tutaj fast foodu, nie ma pizzy, nie ma gofrów… Ale jeśli ktoś lubi dobre jedzenie, to musi odwiedzić. I tyle.

W piątek – impreza urodzinowa. Marcinek i Mariusz zastawili stoły. Kanapeczki, przekąseczki, arbuzy z wódką. Miło. Wpadło kilka osób. A i obsługa lokalu miała lekko poluzowane ;) Więc atmosfera sympatyczna. Królową imprezy była pani Hania – pracownica zmywaka. Kobieta już w kwiecie, że tak powiem, wieku. Ze wzrostem metr dwadzieścia i głosem chrypiącym jak u nie jednego rockmana. Ale za to jaka zabawowa! Szybko znalazła wspólny język w zasadzie ze wszystkimi. Nawet mi powiedziała, że chociaż mnie krótko zna, to mnie polubiła bardzo ;)
Alkohol się lał, ludzie się rozhulali. Były tańce na stole, były tańce wspólne, było przytulanie, było wszystko to, co na urodzinach być powinno. Było śmiesznie. Ja nie będę ukrywać, że sobie nie żałowałam raczej. No bo po co niby, skoro dla tych urodzin tam zostałam? I skończyło się to dla mnie… nie tyle może tragicznie, co zabawnie. Otóż usnęłam w toalecie podczas sikania. Na stojąco. Tak, wiem, zabawne. Ale jednak imprezowanie przez tyle dni bez przerwy może zmęczyć nawet mnie. Przyznaję.
Sytuacja jednak okazała się do uratowania. Dzięki temu, że pociąg z Władysławowa do Gdyni wyruszył z jakimś pięciominutowym opóźnieniem, zdążyłam na niego. I potem poszło już jak z płatka. Przesiadka na InterCity do Warszawy i ośmiogodzinna podróż, dzięki której mogłam się przespać i swoje odespać. Słusznie zrobiłam jedząc jajecznicę w Warsie przed snem. I, ku mojemu zaskoczeniu, nie tylko mogłam za nią kartą zapłacić, ale dodatkowo jeszcze była całkiem niezła (chleb wczorajszy, ale trudno).

To było ciekawe doświadczenie. Z wielu powodów. Głównie dlatego, że w zasadzie nigdy nigdzie tak sama ot, po prostu nie jeżdżę. Tam w zasadzie też nie byłam sama, bo Marcin, jego rodzina i w ogóle… Ale jednak oni byli w pracy i nie zajmowali się mną bez przerwy (nie licząc podawania jedzenia i picia). Więc to takie dość nietypowe. Dodatkowo ciekawe, bo spotkanie towarzysko-społeczne było warte tego, by tam jechać. By zobaczyć to wszystko na żywo. To wszystko, o czym informacje do Warszawy tak czy owak docierały. Zabawnie i ciekawie.

***

W sobotę czekała mnie masa roboty. Impreza Rok Bez U w pierwszą rocznicę (w przededniu, dokładniej mówiąc) zamknięcia Utopii była dla mnie ważnym wydarzeniem. Raz, że sama rocznica absolutnie ważna a dwa, że dawno dużej imprezy u mnie w Melinie nie było. Wakacje nie sprzyjają jednak gromadzeniu ludzi w jednym miejscu i czasie. Wszyscy w rozjazdach, zajęci i tak dalej. Cieszyłam się więc, że aż 25 osób potwierdziło zjawienie się w Melinie tej nocy. Do domu dotarłam jakoś koło 16:30. Czasu niewiele. Ale i odpuściłam sobie zakup plastików czy inne tego typu rzeczy. Nie tej nocy, nie tego dnia.

Goście zjawili się licznie. Imprezę muzycznie ogarniał dj Monky. To jego debiut w Melinie i cieszę się, że zgodził się zagrać i że mimo kłopotów, jakie się pojawiły w ostatniej chwili, dał radę i został z nami do końca. Gośćmi wydarzenia byli bez wątpienia Anton (jako że z Białorusi pochodzi) oraz dziewice melinowe – Michał, z którym w Kinie Kongresu Kobiet byłam, blond Grzegorz – który próbuje od jakiegoś czasu mojego współlokatora poderwać, Patryk – chłopak Davida. Jedynym heteroseksualnym mężczyzną był Chrust, który chciał się zjawić chyba głównie ze względu na Monky’ego. Kilka kobiet też się znalazło – siostra K., Martyna i koleżanka wspomnianego Grzegorza. Meganiespodzianką był Marcinek, który przyjechał z Władysławowa do Warszawy w tym samym pociągu co ja, podejmując decyzję o podróży dosłownie na kilka godzin przed wyjazdem pociągu.
Wszystko wyszło super. Welcome drink smakował jak zwykle (007 – bo tak się nazywa – robi swoje w głowach gości), muzyka udana, atmosfera cudowna. I zdjęcia. Setki zdjęć z utopijnych imprez sprzed lat jak i te ostatnie. Wszystko wymiksowane w delikatnym świetle i atmosferze sympatycznego i otwartego towarzystwa. Oczywiście, jak każda impreza, także i ta musiała spowodować pewne – że tak się wyrażę – zawirowania towarzyskie. Niestety, Michaś nie dotarł do nas na czas, bo jego pociąg z Krakowa spóźnił się ponad godzinę. Dotarł potem do nas do Glam.
Rok Bez U miał wszystko to, co powinien mieć. Oczywiście, poza Utopią. Tak, wszyscy za nią tęsknią. Nie ma co udawać, że jest inaczej. Nawet Gacek, na siłę chodzący do Huntersa (a potem zarzekający się, że było tak źle, że już tam nie pójdzie więcej) i mówiący, że już ma dość czekania, tak naprawdę chciałby znów pobawić się w tym różu, jakim częstowała nas dawniej Jasna 1. Tęsknimy. Dlatego też i dress-code imprezy to „black and white” – czyli klasyczne kolory żałobne. Ostatnio coraz głośniej pojawiają się sygnały, że coś się wydarzy. Że Królowa jest bliska otworzenia czegoś nowego. Jasne, to nie będzie to samo, co Jasna 1. Ale pozostawanie w tyle też się nam nie uśmiecha. Tak, jak zmieniała się Utopia, tak i gotowi chyba jesteśmy wszyscy na zmiany, prawda?

Jak dziś wspominam te wszystkie, oczywiście że niedoceniane, chwile, które przyszło nam tam spędzić… Te wszystkie przewidywalne po kilku latach piątki, te doskonałe wielkie imprezy. Coś, czego już nie ma w Warszawie. A najpewniej i w Polsce. Wiem, bo przecież klubową Polskę znam dobrze.
Rok temu napisałam na blo: „W Utopii słuchałem muzyki w sumie przez około 3120 godzin! Ponad 130 dni bez przerwy! Ponad 4 miesiące bez przerwy! Tyle czasu tam spędziłam. Tydzień w tydzień. Piątek sobota, piątek sobota, zawsze. Cokolwiek by się nie działo. Czy słońce, czy deszcz. Bez względu na porę roku. Bez względu na stan zdrowia. Bez względu na towarzystwo. Zawsze i bezendu. Nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że mogłam.” Te emocje nadal są we mnie żywe. I cieszę się, że wśród ludzi, którzy przybyli na Rok Bez U była spora część tych, którzy nigdy do niej nie zawitali. Raz, że nie czują tej straty i o tyle są szczęśliwsi. A dwa, że mimo wszystko znają mit Utopii. Wiedzą o niej, chcieliby w niej być, żałują że nie mieli okazji. I dobrze. O to chodzi. Utopia na to zasługuje.

***

Ostatnio na facebooku powstała grupa „Skazani na Glam”. Trochę zabawne. Z jednej strony rozumiem tych wszystkich, którzy po zniknięciu Utopii nie mają co ze sobą imprezowo zrobić i gdzie się podziać (bo naprawdę nie ma gdzie!) a z drugiej strony – Glam ma swoje pozytywne, jak dla mnie, strony. Mam na myśli obecność młodych chłopców w dużych ilościach, wiadomo.
Jako więc, że skazani byliśmy na Glam, ruszyliśmy tam tej nocy. Część, jak zawsze, wybrała się do Hunters. Tylko po to, by i tak ostatecznie na Żurawią przyjść załamanymi, że tak źle przy Jasnej 1 było… Marcinek zniknął gdzieś z Michałem (tym od Kina Kongresu Kobiet) zupełnie bez słowa. Potem dowiedziałam się, że poszli do Szpulki czy innej Szparki. Miło…
Pod Glamem czekał na nas już Michaś. Przywitał się, weszliśmy i zaczęła się impreza. Wszystko fajnie, muzyka jako-tako (bardziej jednak jako niż tako tej nocy…), nawet niezły występ Jarosińskiej, sporo ludzi, kilku naprawdę ładnych chłopców. A potem Robert całujący się z Michasiem. Michał podrywający Antona i będący podrywanym (nadal i wciąż) przez Grzesia, dodatkowo w towarzystwie Pawła, który miał u niego spać tej nocy (i spał). I całe zamieszanie. Stwierdziłam, że wychodzę. Mogę to znosić, ale po co? Tak jak napisałam w SMSie: „mogę się uśmiechać do usranej śmierci”. Ale po co?
W taksówce wyłączyłam głos w telefonie, bo spodziewałam się, że teraz nagle wszyscy obudzą się i będą chcieli do mnie dzwonić i pisać. Wróciłam do domu, zmyłam makijaż i poszłam spać.

Tak bardzo nie ma Utopii.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Policja, pedały i Paryż

07 sie

Przychodzi taki moment, gdy okazuje się, że nie da się już bardziej wciągnąć brzucha. I wtedy trzeba przejść na dietę. Tak, zaczynam ją od poniedziałku. Ale o tym zaraz…

We wtorek wieczorem poszłam do kina. Rozdałam pod nim bilety dla tych, co wygrali je w konkursie na jejperfekcyjnosc.blox.pl. Ze mną do kina miał iść Gacek i Monika… Mieli, dotarli, wszystko fajnie. Zwycięzcy już dawno weszli do kina Alchemia a my… nie zostaliśmy wpuszczeni! Okazało się, że zabrakło miejsc! Dystrybutor tak zaszalał, że rozdał za dużo zaproszeń… Nie płakaliśmy jednak w sumie. Aż tak nam nie zależało na tym filmie. Poszliśmy sobie na spacer i na jakiegoś chińczyka. A w zamian za to nie-wejście dystrybutor przeprosił i obiecał wejściówki na coś innego.
Wcześniej pojawiła się plotka na temat Macieja i Roberta siedzących razem w Starbucks… Ale okazało się, że Maciej siedział jedna z kim innym. Robert był zresztą wtedy w pracy, jak się okazało. Ale to w sumie ciekawe, bo przywodzi na myśl ostatniego byłego Macieja. Czyli Wojtka. Tego, co mnie nigdy nie lubił i gdy się z nami bawił, to było okej a teraz uważa, że mamy „wywrócony do góry nogami system wartości”. Otóż ów Wojtek spotykał się potem z Gabem. Tak, tym samym, o którym krąży legendarna już historia jak zasrał całą łazienkę Gacka. Więc żeby było śmieszniej, to jakiś czas wcześniej z tymże Gabem spotkał się też… Pasyw! Tak, tak! Madox, ten od spodni oraz od chodzenia na smyczy na koncercie Sonique. Nie byłoby w tym niczego szokującego (może poza tym, że obaj znają historię ze sraniem a mimo wszystko…), gdyby nie to, że niedawno wyszło na jaw, że… Gab spotykał się z nimi jednocześnie! Ba, z jeszcze trzecim też to robił! Miał trzech facetów na raz i żaden nie wiedział o innych! No, co by nie mówić… szacunek za umiejętność i obrotność, bo moim zdaniem to wymaga naprawdę wielkich zdolności, żeby tak dać radę!

Ale wracając do mnie… Tego samego dnia wieczorem miałam rzeczywiście to pierwsze spotkanie na temat Parady Równości 2012. Prace powoli będą ruszać, więc powolutku i my się do tego przymierzamy. Na razie niewiele mogę powiedzieć, bo to kwestia porządkowania po ubiegłorocznym wydarzeniu i takie tam ale jesteśmy o krok od rozpoczęcia normalnych przygotowań. Spotkanie podsumowujące z policją i Biurem Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego m. st. Warszawy już było. A to ważne. Niemniej, wkrótce pewno kolejne i ja chcę iść i dowiedzieć się co się dzieje w sprawie petard, jakie były rzucane w trakcie manifestacji w nas. Na razie wiem, że policja mówi, że nie wie czy to nie Parada Równości rzucała. Spoko, rozumiem. Ale spodziewam się, że w takiej sytuacji podejmowane są działania mające na celu wyjaśnienie tego i wyciągnięcie konsekwencji. Bo wydaje mi się, że tak po prostu rzucać w ludzi petardami nie można. I że jednak ktoś to wyjaśnia. I nie ma znaczenia z której strony były rzucane (choć stałam obok i wiem, z której), to wyjaśnienie sprawy jest absolutnie konieczne.
No, ale to duperele. Teraz czeka nas prawdziwe piekło. Pamiętajmy, że już niedługo… Euro 2012. I w tym samym czasie mniej więcej odbyć się ma Parada Równości 2012. Nie będzie łatwo…

Ja przed wyjazdem do Paryża dzielnie się i Paulinę odprawiłam, zaczęłam się powoli pakować… Niespodzianką na sam koniec przed wylotem był „Coitus”. Nowy numer tegoż dotarł i mogłam radośnie go przejrzeć. Jest piękny. To znaczy chłopcy są piękni. Ale tak naprawdę, naprawdę. Nie żałuję wydanej kasy, a nie zdarza mi się to za często ;)
Udało mi się jeszcze z Adamem spotkać. Innym niż dotychczasowi. Adam jest tegorocznym maturzystą, którego kojarzę gdzieś-tam a przede wszystkim znam go dlatego, że jego ojciec jest… moim wykładowcą. Udało się nam umówić we W Biegu Cafe na pl. Zbawiciela. Podjechałam sobie rowerkiem (a jak!) i miło spędziłam z nim jakiś czas. Jest chłopcem nie tylko inteligentnym ale i dość ładnym. Może nie jest klasyczną pięknością, ale ma w sobie pewien element, który przyciąga.

W czwartek wieczorem Paulina dotarła do mnie. Kupiliśmy jeden bagaż rejestrowany na nas dwoje. Bo bez sensu brać dwa razy 32 kg na 5 czy 6 dni! Plus podręczny 2 razy 10 kg. Więc musieliśmy jeszcze w nocy dokonać przepakowania Pauliny w moją dużą walizkę. Udało się wszystko ładnie zrobić. Ustaliliśmy, że ja targam walizkę w drodze ode mnie z domu do paryskiego mieszkania a Paulina z powrotem. Mi wszystko jedno w sumie ;) Ale ważne, żeby to ustalić. Paulina niedawno miała problem z kartą i aktualnie pozostała bez takowej. Nie miała też za bardzo gotówki, więc przelała mi jakiś tysiąc zł na konto, żebyśmy w ogóle mogli kasę wypłacić. Plan był dobry. Musieliśmy tylko cały wyjazd pamiętać o notowaniu wydatków. Zjedliśmy wieczorem pizzę i położyliśmy się spać na jakieś 3 godzinki. Potem poranne szykowanie, transport na lotnisko i odlot.

***

Do Paryża dolecieliśmy bez problemów. A w zasadzie nie do Paryża tylko do Beauvais. Mówić, że Buw (tak mówię na Beauvais – zbieżność nazw z BUW nieprzypadkowa) jest koło Paryża, to jak powiedzieć, że Łódź jest koło Warszawy. No, niby jest, ale bez żartów.
Stały transport z Buwu na jeden z dużych punktów przesiadkowych w północno-zachodniej części Paryża okazał się jednak fajną możliwością. Ciekawe to trochę, bo tam jakiś monopol jest i chyba po prostu jest to jedyna-jedyna droga wydostania się stamtąd. Nic to jednak, nie narzekam.
Metrem sprawnie dostaliśmy się do naszej dzielnicy niedaleko Gare du Nord. Czyli dworca północnego, co by nie mówić. Okazało się, że mieszkanie znajduje się w dzielnicy, którą rasistowsko nazwaliśmy Ciapa-Dzielnią. Okazało się, że to miejsce zdominowane przez osoby pochodzenia hinduskiego. Oczywiście, jak zwykle w takich sytuacjach, zachowaliśmy się z Pauliną nieprzyzwoicie i rasistowskie, seksistowskie, homofobiczne żarty trzymały się nas przez calusieńki wyjazd. Mieszkanie jednak było bardzo fajne. Duże, z dwoma pokojami sporymi, niewielką kuchnią, toaletą i łazienką. Wstawiłam na fotoblo zdjęcia, oczywiście, więc można sobie wyobrazić mniej więcej. Poza tym: mieszkanie starej cioty. Mnóstwo bibelotów, drobnych przedmiotów, jakiś niemalże śmieci. Więc naprawdę okej. Przyszliśmy, klucz spod wycieraczki wzięliśmy i… spotkaliśmy w środku Marcusa, czyli czarnego pana sprzątającego, który właśnie kończył swoją pracę.

Nie zajęło nam za wiele czasu, żeby się ogarnąć. Chcieliśmy ruszyć. Przyświecały nam trzy idee:
1) nie ma „muszę”. Niczego nie musimy zobaczyć, niczego nie musimy odwiedzić. Nie ma przymusu robienia czegokolwiek. Jest lato, mamy wakacje (ja) lub urlop (Paulina), więc niczego nie musimy. Jedynymi pewnymi punktami na naszej mapie były – Le Queen dla mnie i Coll?ge de France dla Pauliny. I tylko tyle.
2) chodzimy. Ile się da, chodzimy. Choćbyśmy padali, to chodzimy. Po tym się poznaje miasto – jego duszę, atmosferę i specyfikę można odczuć tylko chodząc pomiędzy ludźmi na ulicach. Nie ma znaczenia gdzie, ważne żeby cały czas przebywać z nimi, obserwować ich, czuć jak żyją, jakie mają tempo. Jasne, wiadomo że czasem gdzieś metrem podjedziemy a akurat metro jest ważną częścią życia w Paryżu, więc oczywiste, że musimy je też poznać.
3) pasztet! Kiedyś po pijaku śmieliśmy się, że Polacy i Polki zawsze biorą ze sobą za granicę wódkę, kiełbasę i pasztet. Wódkę, wiadomo, wzięliśmy (2 litry), kiełbasy no nie… ale z pasztetem chcieliśmy zrobić sobie zdjęcia wszędzie, gdzie się da! I dlatego mały pasztet Profi był cały czas z nami! Wszędzie!

Paryż, rzeczywiście, jest wart mszy. Ludzie przeróżni, ale wszyscy mają w dupie znaki drogowe i światła. Jak mawiają – są to jedynie delikatne sugestie co do tego jak należy zachowywać się na drodze. Sporo, ma się rozumieć, ładnych chłopców. Ale to nie zaskoczenie. To akurat się spodziewałam zobaczyć. I zakochałabym się tam kilka razy, ale ponieważ ostatnio moje nastawienie do chłopców wróciło do normy a poza tym cały czas śmiałam się jak głupia z żartów Pauliny i swoich, to nie skupiałam się na nich aż tak bardzo.
W piątek wieczorem odwiedziliśmy Marais, czyli dzielnicę gejowską. Rzeczywiście, pedalstwa na ulicach dużo. Ale inaczej to jednak wygląda niż np. w Berlinie czy w Amsterdamie. Tam wszędzie pełno flag, oznak dumy gejowskiej i takich tam. A Paryż jest bardziej stonowany, spokojniejszy, mniej nachalny. I rzeczywiście, wieczorami cioty siedzą w tych restauracjach i barach a dopiero potem ruszają dupy do klubów. Których, co nie zaskakuje, nie za wiele w sumie. Wylądowaliśmy ostatecznie w Eagle. Zabawne, nieco kiczowate miejsce. Ale dobre Cosmopolitan robili, ładni barmani byli, coś się na parkiecie działo… Nie ma co narzekać.

W tych wszystkich zachodnich miastach ważne jest to, że jednak wejścia do klubów są płatne i nawet jak na ich standardy, wyjście do klubu jest dość drogą rzeczą, na którą młodych chłopców w moim typie nie za bardzo może być stać co tydzień. Więc nie dziwi to, że średnia wieku wyższa oraz że chętniej siedzą w barach niż w klubach.
Wróciliśmy do domu lekko zmęczeni ale zadowoleni.

W sobotę wstaliśmy o jakiejś przyzwoitej porze. Zjedliśmy śniadanie, delektując się pysznymi bagietami z piekarni dokładne naprzeciw naszego mieszkania i dodatkami. Ruszyliśmy znów bez szczególnego planu. Wiedzieliśmy, w którą stronę mniej więcej chcemy iść i tyle. Szliśmy, gdzie nas ponieśli ludzie. I jak tylko widzieliśmy starą budowlę, która może zasłużyć na uwiecznienie, robiliśmy sobie fotkę z pasztetem. Było dużo fanu z tym. Dotarliśmy pod centrum Pompidou, do jakiegoś parku (cudownie się tam leżało na ławce!), pochodziliśmy nad rzeką, wypiliśmy dobrą kawę… A wieczorem niespodzianka! Wpadli do nas Michał i Sebastian-Arek! Tak się bowiem złożyło, że akurat też byli w Paryżu. Cudownie było ich zobaczyć. Wpadli do nas z winem i tak sobie posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poopowiadaliśmy… Strasznie miło.
Niestety, oni nie chcieli z nami do Queen się wybrać. Ich strata. My popiliśmy trochę wódeczki naszej i pojechaliśmy na Pola Elizejskie. Tam właśnie mieści się najsłynniejszy paryski klub. Wejście 20 ojro. Drynk 15 ojro. Ale to było do przewidzenia.

Klub jest spory. Jest ciekawie pomyślany, ma małą antresolę, dwa bary na dole. Sam parkiet jest dość okrągły, oświetla go 70 niezależnie działających świateł, trzy stroboskopy i osiem ekranów ledowych. Didżejka jest nieźle wyeksponowana ale nie przeszkadza ludziom, którzy nie zwracają na nią uwagi. Muzycznie było cudownie!!! Absolutnie cudownie! Dj grał pięknie, tłum ludzi szalał, światła doskonale zgrane z tym, co działo się na parkiecie. Już teraz rozumiem na czym polegać miało wzorowanie się Utopii na tym miejscu. Rozumiem.
Zabawne było obserwowanie Pauliny. Ona bowiem muzycznie jest jak najdalej od house’u czy podobnych. Słucha bardziej rocka, soft-rocka… Coś w tę stronę. Po wyjściu z Queen potrafiła jednak tylko powtarzać: „Ale jak ja się dobrze bawiłam! Aż nie wierzę, że ja się tak naprawdę, naprawdę dobrze bawiłam! Chcę tam jeszcze przyjść!” Tak było.
Ale ja to rozumiem. Miejsca takie jak to potrafią zaczarować, uwieść. I uwiodło ją, bez dwóch zdań. Powiedziałam jej: „I teraz wyobraź sobie, że jest takie jedno miejsce w Warszawie. Istnieje, ma się dobrze. I nagle znika. I to właśnie znaczy Nie Ma Utopii”. Zrozumiała.

Miłą niespodzianką weekendu była też wiadomość od Arka, który jednak postanowił dać spokój. Zaprzestał zakładania fałszywych kont na facebooku, wypisywania czegoś na mojej tablicy, wysyłania wiadomości do ludzi którzy mogą mnie znać (jak i do mnie). Stwierdził, że już nie chce.

Niedziela była jednym z najbardziej leniwych dni jakie miałam kiedykolwiek w życiu. Ale tak bardzo, bardzo pozytywnie. Spędziliśmy ją bowiem w zasadzie niemal całą na pikniku na Polach Marsowych. Idealnie było! Słoneczka może trochę za dużo, ale potem cień się nad nam zrobił ładny od drzew. Dołączyli do nas znów Michał i Sebastian-Arek. Były wina, były bagietki, dżemy, sery, owoce… Perfekcyjnie! Dawno, a nawet nie wiem czy kiedykolwiek w życiu wypoczęłam tak, jak tam! Było absolutnie bosko!
A żeby było śmieszniej, tak nas to wszystko zmęczyło, że w domu padliśmy. Kupiliśmy po drodze jakieś niewiadome jedzenie w naszej hinduskiej dzielnicy i padliśmy po zjedzeniu kolacji spać. Tak koło 22:00 :)

Zaskoczyło nas to, że właściciel mieszkania miał tuż obok biuro – czy tez jeden z pokojów przerobił na biuro i na kilka godzin dziennie zjawiał się w nim. Tego nie było w warunkach wynajmu i trochę nam to nie odpowiadało… No, ale cóż zrobić? Udawało się nam go unikać. Mi to może mniej przeszkadzało, ale Paulinie bardzo.

W poniedziałek: ślimaki! Zaplanowaliśmy je już jakiś czas temu. Poszliśmy pod Bazylikę św. Serca na poranny piknik śniadaniowy, który jednak nie był tak udany jak ten pod wieżą Eiffela. Zabił nas pan, który pojawił się kilkadziesiąt metrów od nas i zagrał na akordeonie „La Vie En Rose”. Nie mogło być bardziej kiczowato… Zjedliśmy i ruszyliśmy zwiedzać kolejne rejony Paryża. Mam takie wrażenie, że z 20 dzielnic tego miasta udało się nam zahaczyć jakieś 17. Czyli całkiem nieźle, jak na tak krótki pobyt. Oczywiście, wszędzie z pasztetem.
Ślimaki zjedliśmy, okazały się całkiem niezłe. Wieczór postanowiliśmy spędzić inaczej niż zwykle. Pooglądać coś, odpocząć od chodzenia. Włączyliśmy Queer As Folk i „Szkołę uwodzenia”. Paulina odpadła a ja jeszcze siedziałam i oglądałam. Do późnych godzin nocnych.

Wtorek był w zasadzie ostatnim naszym dniem. Nie mieliśmy już ciśnienia na cokolwiek. Co więcej, Paulina zaczęła się zastanawiać czy nie na za długo przyjechaliśmy do Paryża! Ja takiej tezy nie zaryzykuję, ale rzeczywiście zmęczenie powoli dawało się nam we znaki. Takie po prostu fizyczne zmęczenie.
Paulina była też mocno skacowana, więc rozumiem tym bardziej. Spakowaliśmy się, zrobiliśmy jakieś małe zakupy i ruszyliśmy do Marty. Moja znajoma bowiem, wraz z trójką swoich przyjaciół wynajmuje mieszkanie niedaleko miejsca naszego odjazdu nad ranem. Więc przenieśliśmy się do niej z rzeczami i je tam zostawiliśmy. Ona poszła do pracy jeszcze a my pod wieżę Eiffela znów. Chcieliśmy wieczorny piknik tam spędzić. Pogoda jednak była niepewna, więc nie było w pełni relaksacyjne jak poprzednio. Posiedzieliśmy jednak trochę, potem koło północy odebraliśmy Martę z pracy i razem z nią ruszyliśmy do niej do domu. Poznaliśmy dwójkę współlokatorów (jeden jest tymczasowo w Polsce). Pomęczyliśmy ich rozmową jakoś do trzeciej czy czwartej i się powoli zaczęliśmy zbierać. Na autobus do Buwu.

Potem poszło już jak z płatka. I owszem, tym razem ludzie klaskali po wylądowaniu.

Wyjazd zaliczam do bardzo udanych. Było dokładnie tak, jak czułam, że powinno być. Bez przymusu, bez biegania, bez „muszę zobaczyć wszystko”. Na luzie, spokojnie. Z dobrą pogodą, zaliczeniem Queen i wieloma ładnymi chłopcami dokoła. Paryż jest wart mszy.

***

W Warszawie wylądowaliśmy w środę koło 11.00. Ogarnięcie i odespanie minionej ponad doby zajęło mi trochę, ale ogarnęłam się do wieczora.

Wieczór jest tutaj ważną cezurą, bo okazuje się, że mi zawsze mało. Mateusz chyba napisał na facebooku, że szuka towarzystwa do imprezowania… I nie zaproponowałam mu oczywiście swojego, ale… narosła we mnie potrzeba, żeby jednak się wybrać na imprezę. Damian.be jak zawsze chętny. Więc poszliśmy do Glam.
Ludzi nawet trochę było. Może bez rewelacji, ale c’mon, jest środa! Dołączył do nas potem Adam ze swoją koleżanką Paulą. No i sobie popijaliśmy i się trochę w rytm bujaliśmy. Było naprawdę spoko. Nie żałuję, potrzebowałam tego po tym relaksie w Paryżu. Jakiegoś dziania :)
Oczywiście, wracając musieliśmy kebaba zahaczyć…

W czwartek ogarniałam rzeczywistość wirtualnie bardziej. Zaliczyłam zakupy w Carrefourze jedynie. Wracając zaszliśmy po multiwitaminkę dla mnie i pani przy okienku musiała odejść aż na chwilkę, żeby podejść do koleżanki obok i szepnąć jej, że mam paznokcie pomalowane… A w piątek poszłam do dermatologa. To już piąty dermatolog i siódmy lekarz w ogóle, który leczy moje choroby skórne. Poszłam potwierdzić, że nie mam świerzbu już na pewno (nie mam!!!) oraz dowiedzieć się, co mi się znów zrobiło na szyi. Uczulenie jakieś. Dostałam maść. Powinno najpóźniej za tydzień przejść. I wtedy będę chyba już zdrowa.
Pani w aptece: „Lubi pan malować paznokcie?” „No, w zasadzie lubię. Ale widzę, że pani za to nie lubi?” Cisza zawstydzenia. „Nie no… czasem lubię.” I oczywiście na rowerze byłam!

W czwartek wieczorem rozpaczliwa wiadomość na facebooku. Że Kuba, mój fan, jest w Warszawie i nie wie, co ma zrobić ze sobą, bo go ktoś wystawił, do kogo on przyjechał… No, ale pomyślałam szybko i udało mi się go z Tomeczkiem zgadać. I poszedł do klubu najpierw, gdzie miał go spotkać a potem nocował na Ordynackiej. Sprawa załatwiona.

W piątek spotkałam go na biforze u Tomeczka. Bifor to duże słowo… jak zwykle w wakacje towarzystwo nie dopisuje, bo się rozjeżdżają. No, posiedzieliśmy chwilkę i zaraz ruszać trzeba było. Do Galerii najpierw, żeby stamtąd Damiana.be zgarnąć. W klubie naprawdę niewiele się działo, więc szybko dupę w troki zbieraliśmy i mieliśmy iść. Ale oczywiście barman mnie zmęczył, bo ze 3 szoty w ciągu 30 minut wypiłam… Dlatego nalegałem, żebyśmy jednak przed dotarciem do Glam zjedli coś na mieście, bo będzie źle. Plan był dobry, ale nie pomógł mi aż tak bardzo. Sponiewierałam się tej nocy troszkę tak czy owak ;)
Nie było jednak aż tak źle! Poznałam Tomeczka z Hubertem i tam się jakieś emocje dzieją. Poskakałam też, wytańczyłam się i w ogóle. Było naprawdę dobrze. Sporo znajomych, dużo ładnych chłopców. I w ogóle ludzi sporo. Ale ponieważ wiedziałam, że Kuba będzie Tomeczkowi przeszkadzał tej nocy, to wzięłam go ze sobą i nocował u mnie.

Spałam baaaaardzo długo. Sama nie wiem czemu. W zasadzie może to i dobrze. Mam wakacje, mogę sobie na ten luksus pozwolić. Wstałam, zaczęłam ogarniać coś mieszkanie i wskazałam Kubie drogę do Tomeczka. Po jego wyjściu posprzątałam i szykowałam się, że wieczorem ktoś wpadnie do mnie. Rzeczywiście, wpadli. Jednak z racji wakacji muszę przełożyć zaplanowane pierwotnie na tę noc chrzciny roweru. Za mało ludzi, nie ma dzieci sypiących płatki róż i kwiaty… nie, nie, tak nie chcę.
Wpadł Tomeczek ze swoim znajomym Kubą z Łodzi, wpadł Adam Ł z Wojtkiem… było kameralnie ale sympatycznie. Posiedzieliśmy i… wszystko byłoby okej, gdyby nie… policja!
Byłam w lekkim szoku, bo muzyka wyjątkowo cicho, nas mało, nic się nie dzieje…
- Poproszę z właścicielem mieszkania.
- Nie ma, jestem ja. Opiekuję się mieszkaniem.
- Poproszę dowód, umowę najmu i telefon do właścicieli.
- [Daję dowód] To nie jest mieszkanie wynajmowane, opiekuję się nim. Telefonu do właścicieli nie mam.
Zaczyna się dyskusja czy przyjmę mandat 200 zł. No, wiadomo, że nie. To że będę musiała wyjść z domu i oni mieszkanie zaplombują, bo nie wiedzą czy nie jestem na przykład włamywaczem. No dobra, możemy wyjść (i tak za jakieś 15 min mieliśmy się zbierać…).
- Ile osób jest w środku?
- Ja, mój chłopak i trójka znajomych. [Zawsze mówię, że chłopak, żeby w razie czego o homofobię ich oskarżyć]
- Czy mogę zobaczyć kto jest w środku?
- Ale zaraz, na jakiej podstawie?
- Na podstawie art. 17 ustawy o policji.
- Czy mogą panowie zaczekać, sprawdzę sobie o czym mówi ten artykuł?
I tu się panowie wkurzyli. Potem sprawdziłam dlaczego. Art. 17 ustawy mówi o możliwości użycia broni palnej. Więc pierdolnęli jakikolwiek numer, nie spodziewali się, że tak zareaguję. Więc mówią, że tutaj grała muzyka. Mówię, że cały czas gra. Przytyka ucho do drzwi. Pewno jakieś dźwięki usłyszał. Przytyka u sąsiada. Sprawdza. A u nas naprawdę muzyka nie grała.
Czy przyjmę mandat.
- Jeśli tak będzie panom łatwiej, mogę przyjąć, jest mi bez różnicy.
Pewno spodziewali się, że będę prosić, żeby nie wystawiali czy coś, bo powiedzieli tylko, że nie chcą tu więcej przyjeżdżać. I mandatu nie dali. Gdy już poszliśmy do klubu, Michał został w domu i mówił, że w mieszkaniu obok była niezła impreza. Czyli, że to u sąsiada-dresa biba. Szkoda, że Michał nie zadzwonił na policję. Żeby potem nie było znów na nas. Nic to, napiszę skargę jutro na niego do administracji. Żeby były dowody, że sąsiedzi mogą jednak się mylić oskarżając nas o wszelkie możliwe imprezy odbywające się w tym bloku.

A już 20 sierpnia będzie duża… więc muszę być gotowa :)

Co do drogi do klubu… pan taxi tak zapierdalał, że mu licznik odpadł po drodze! I mówi, że przed chwilą pod ten sam adres (Żurawia 22) wiózł 5 lesbijek! (To było auto na 5 pasażerów) Ale mówi to tak, że raczej wyraża lekkie oburzenie tym czy też szok. Więc mówię: „to teraz wiezie pan 4 pedałów i jednego transa, więc jakoś się wyrówna”.
Impreza w Glam była okej. Nie sponiewierałam się. Muzycznie było średnio a i ludzi jakoś mniej niż w piątek. Niemniej, jak zawsze, znalazłam ładnych chłopców. Po pierwsze Nikodema, którego ponoć już poznawałam kiedyś, ale… tego nie pamiętam :( Nie lubię takich sytuacji. I nie do końca wierzę. Ja ładnych chłopców pamiętam zawsze!
No, ale wydarzeniem nocy dla mnie i tak był Michał. To tak bardzo szczupły chłopiec z męskimi rysami twarzy, który jak się okazało studiuje w ISNS. Większym szokiem jednak było to, że on nie jest hetero. Bo zawsze siedzi taki otoczony dziewczynami, osamotniony, ale zadowolony z tego, co się dzieje. I sprawia heterowrażenie. Ale jednak nie. Wdaliśmy w bardzo długą dyskusję. O wielu, wielu rzeczach. Aż jego koleżanka Magdalena zdążyła ze trzy razy chyba na parkiecie poszaleć i wrócić zapytać czy Michał nadal żyje. A dla mnie rozmowa była absolutnie przemiła. I zaprosiłam go na swoje zajęcia w tym roku akademickim ;)

Wróciłam o przyzwoitej porze. Poszłam spać. A w niedzielę, jak to w niedzielę – przed dietą – była pizza, było oglądanie „Domu chłopców” (nie widziałam wcześniej) i bardzo spokojna atmosfera. Powoli szykuję się do jutrzejszego wystąpienia w „Pytaniu na śniadanie” oraz do… diety! O tak, tak! Przytyłam ostatnio i też przez jakieś dwa miesiące będę intensywnie, niebiałkowo się odchudzać. Biorę przykład z Michała, który je jako tako i chudnie. Plus będę biegać, jeździć na rowerze (już sprawdziłam ścieżki rowerowe dokoła!) i ćwiczyć brzuch. Mam nadzieję, że na początku października będzie wyraźna różnica. Musi być, kurwa!
A już w czwartek jadę do Sopotu, potem do Władysławowa. I powoli będę kończyć wakacje.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm