RSS
 

Notki z tagiem ‘marcinek’

Brian w Sopocie i Brajan we Władysławowie

08 sie

Bilet na koncert Backstreet Boys kupiłam, gdy tylko pojawiły się w sprzedaży. Nie dałam rady pojawić się w lutym w hali Torwar, więc teraz nie mogłam sobie odpuścić! Przy okazji zaplanowałam tygodniowy pobyt we Władysławowie u Marcinka.

Backstreet Boys kochamy was!

Backstreet Boys kochamy was!

Koncert, zaplanowany na niedzielę 27 lipca, zaczynać się miał około 20:30. Otwarcie bramek ogłoszono na dwie godziny wcześniej. Przyjechałam jednak do Gdyni rano, około 12:00. Plan był bowiem dość skomplikowany. Chodziło o to, by po pierwsze pozbyć się walizki, z którą potem jechać miałam do Władysławowa a po drugie – zorientować się w sytuacji przed Ergo Areną. Bo moje dwa duże dotychczasowe koncerty – Madonny i Kylie Minogue – oznaczały wielogodzinne oczekiwanie przed rozpoczęciem imprezy pod wejściem. Bo przecież na Backstreet Boys także kupiłam bilet w Golden Circle (na Diamond Circle nie można było wówczas kupić… A swoją drogą, wprowadzenie Diamond Circle uważam za skandaliczne!), więc chciałam być jak najbliżej.
Wiem, co prawda, że BsB to dziś gwiazdy innego formatu niż Madonna czy Kylie, ale jednak nie miałam pewności, co się będzie dziać przed bramą areny. Na szczęście, około 12:30 było jeszcze pusto. Więc spokojnie pojechałam do Sopotu na jakiś obiad. Wróciłam na miejsce przed 16:00 i wówczas już niewielki, trzydziesto- czy czterdziestoosobowy tłumek był na miejscu. Przede wszystkim osoby, które kupiły pakiet VIP (były trzy różne rodzaje tegoż…) i wiedziały, że spotkają się z chłopcami przed próbą i przed koncertem. Ustawiłam się więc w kolejce i czekałam.

Większość oczekujących, to kobiety w wieku na oko 35-40 lat. Zgodnie z moimi oczekiwaniami. Co ciekawe, część z nich nadal aktywnie działa w jakichś fanklubach czy coś, bo znają się doskonale. Część z nich także uczestniczyła w koncercie Backstreet Boys w lutym w Warszawie. A więc fanki pełną gębą. Ja swoje czasy największego szaleństwa za Backstreet Boys mam za sobą. Wiadomo, że w domu rodzinnym mam nadal ze trzy segregatory z materiałami prasowymi na ich temat i ze trzy książki biograficzne (muszę je niedługo zabrać, bo mama postanowiła przemodelować mój pokój i wyrzucić sporo rzeczy…).
Śmieszne jednak było to, że fanki – pamiętajcie, że to poważne kobiety, które na co dzień pracują pewno w jakiś korporacjach czy coś – rozmawiały ze sobą o tym, czy wolą Nicka, czy A.J., czy też może Briana… Część z nich miała koszulki z napisami w stylu „I <3 Backstreet Boys” czy „I <3 Nick”. Koszulki te to pamiątki sprzed wielu lat, bo widać, że część fanek ledwo się w nie mieściła… Śmieszny był też widok mężów, którzy przez kobiety przyciągnęły dla towarzystwa albo przyprowadzony w tym samy celu… dzieci, które o istnieniu BsB wiedzą tylko z opowieści rodziców. Słyszałam, jak jedna z kobiet tłumaczyła swojej córce: „Backstreet Boys to tacy One Direction z moich czasów”.
Jeszcze śmieszniejsze były te panie, które trzymały w rękach wielkie papierowe serca z wyznaniami miłosnymi dla członków zespołu. Widać było i dało się odczuć, że to jednak nawet dla nich samych jest nieco żenujące. Poważne, stateczne kobiety z rodzinami, chciały w ten sposób wrócić do czasów młodości, dzieciństwa być może. Choć na chwilkę. I to zrozumiałe – ale sam fakt publicznego przyznania się do młodzieńczych fantazji związanych z Backstreet Boys powodował, że jednak o swoich miłościach rozmawiało się ściszonym głosem. To chyba książkowy przykład „gulity pleasure” ;)

Oczekiwanie trwało w najlepsze, gdy chwilę po 18:30 otwarto drzwi. Tłum zaczął napierać i biec. Diamond Circle okazało się bardzo nieduże – miało może metr szerokości a od samej sceny oddalone było także niecały metr. Zaraz za nim zaczynał się Golden Circle. A więc miejsce, gdzie i ja się znajdowałam.
Wokół mnie – prawie same kobiety. Część z napisami, koszulkami i kartkami. Duża grupa z bielizną w ręku. Podczas jednej z piosenek zaplanowano bowiem rzucanie w chłopców majtkami i stanikami… Uwierzcie, że zabawnie to wyglądało ;) Śmieszna była też na oko trzydziestoczteroletnia pani, która cały koncert trzymała w ręku zrobioną naprędce kartkę z prośbą o numer telefonu do Nicka Cartera. Obserwowałam cały ten spektakl, zdając sobie sprawę z tego, że obecni właśnie przeżywają coś, czego nie mogli przeżyć mają lat kilkanaście w czasach świetności Backstreet Boys w okolicach lat 1999-2002. Słodkie to, śmieszne ale i trochę straszne zarazem.

Koncert zaczął się kilka minut po czasie. Wrzask, pisk. Wielka flaga Polski z napisem „Backstreet Boys Mafia in Poland” czy też „Welcome back in Poland” z obu stron trybun, mnóstwo pluszaków i bielizny lecącej na scenę. Sami Backstreet Boys dali popis – wykonali mnóstwo hitów i kilka piosenek z nowej płyty. Jednak widać wyraźnie, że to właśnie przeboje takie jak „Incomplete”, „Larger than life” czy „We’ve Got It Goin’ On” wywoływały euforię wśród publiczności. Ja – co wiedzą ci, którzy kiedykolwiek byli ze mną na koncercie – euforii takiej nigdy się nie poddaję, ale przyznam, że całość bardzo mi się podobała.
Dla mnie była to podróż do dzieciństwa i szansa zobaczenia z bliska, na żywo swoich idoli sprzed wielu, wielu lat. Kochałam Backstreet Boys i poza ich najnowszym albumem, mam wszystkie płyty (a miałam też kasety!) i się wcale tego nie wstydzę. Nick Carter był chyba tym, który sprawił, że odkryłem w sobie homoseksualne pragnienia. Moja pierwsza wielka celebrity crush. Kochałam go na zabój. Zwłaszcza w wydaniu z lat 1996-1998, kiedy miał słodkie blond włoski i piękne oczy. (Podczas koncertu pokazano nagranie z 1995 roku, kiedy Nick miał ledwo 15 lat – to chyba ich pierwsze wspólne nagranie.) Poskakać trochę poskakałam, pośpiewałam, pokrzyczałam… Na chwilkę znów byłam 14 lat temu, gdy wszyscy śpiewali „You are my fire, my one desire (…) I want it that way!”. Piękne, piękne czasy naiwności, infantylności, miłości na zabój, niewinności, braku odpowiedzialności. Po prostu czasy dzieciństwa, gdy z koleżanką z klasy (pozdrawiam cię, Aniu S!) wymieniało się karteczkami do segregatorów ze zdjęciem BsB w tle. Czasy, gdy oglądałam rano Viva Wecker (na niemieckim jeszcze wówczas tylko kanale!) z nadzieją na to, że pokażą nowy teledysk Backstreet Boys…

Dziś, gdy o tym myślę, uśmiecham się i cieszę się, że dane mi było przeżyć ten czas z nimi, z ich muzyką. Bo co, jak co, ale wyróżnikiem Backstreet Boys było to, że oni naprawdę dobrze śpiewali/śpiewają, doskonale brzmią w harmonii i dowodzili tego w latach 90. XX wieku i pierwszej dekadzie XXI wieku, śpiewając bardzo, bardzo często a capella. Na koncercie zrobili zresztą to samo.

Od roku 1993, gdy zaczęło się tworzenie Backstreet Boys i od roku 1995, gdy oficjalnie zawiązał się zespół, minęły 2 dekady. Wieczność w świecie muzyki ale i w życiu człowieka. Chłopcy nie są już rozbrykanymi nastolatkami, którzy korzystając ze sławy, umawiają się z fankami i przepijają pieniądze. To poważni panowie, którzy jednak na scenie nadal potrafią się powygłupiać. Najlepszy kontakt z publicznością mieli jednak Brian, Kevin i A.J. Nick dużo się wygłupiał, ale nie próbował tak często podchodzić do ludzi. Muszę też przyznać, że on – jako moja największa BsB-miłość, wyglądał najgorzej. Najgorzej ubrany, ale i w formie nie takiej, jak dawniej. Zaskoczył mnie Kevin, który na pewno przechodził jakieś liftingi oraz Brian, który nie dość, że wygląda fantastycznie, wydawał się supersympatyczny to jeszcze potrafił zrobić obrót w powietrzu! Gdybym dziś miała się w którymś z nich zakochać, byłby to bez wątpienia on.

Nie mogłam czekać na bisy. Nie chciałam ugrzęznąć w tłumie wychodzących, bo musiałam szybko dostać się na SKM, by na czas dotrzeć na stację Gdynia Główna, odebrać bagaż i ruszyć ostatnim pociągiem do Władysławowa.

***

Przez ostatnie dwa lata funkcjonowałam we Władysławowie jako Radek. Tak jakoś spontanicznie wyszło w ramach żartu, ale i odcięcia tej sfery mojego życia od codzienności. Poza tym śmiesznie jest być przez jakiś czas kimś innym. Bo to tak właśnie działa – że na ten tydzień, czy tam ciut dłużej, mojego pobytu u Marcinka, jestem kimś innym. Jestem kelnerem/barmanem.

W tym roku, po drodze do Władysławowa, wymyśliłam, że będę Brajanem. Nie Brianem, tylko właśnie Brajanem. Bo czemu nie? ;) I tak zostało. Brajan.
Dotarłam jakoś po północy. Lokal powoli się zamykał. Mogłam jeszcze napić się drinka czy dwóch. Następnego dnia miałam po południu zacząć pracę.

Oczywiście, co zawsze podkreślam, praca w restauracji Marcinka to dla mnie czysta przyjemność. Tak naprawdę i szczerze. W tym roku Brajan pobił mój ubiegłoroczny prywatny rekord Radka – pracowałam jednego dnia aż 15,5 godziny. I uwierzcie mi, chciałam więcej. Bo choć, ma się rozumieć, zmęczenie fizyczne, ból kręgosłupa czy lekko otarta w bucie stopa dają się we znaki, to jednak psychiczny odpoczynek w tym czasie jest fantastyczny! Na ten czas, gdy jestem tam, muszę tak intensywnie pracować psychicznie (bo praca kelnera, uwierzcie, to praca także psychiczna!), że nie myślę o niczym innym. Najważniejszym zadaniem staje się nakarmienie i napojenie dziesiątek ludzi, którzy w każdym momencie siedzą w restauracji. Zadanie to, z wielu powodów, niełatwe. Więc i wysiłek wkładany w to – ogromny. Ale dajemy radę. W trakcie moich 8 dni pobytu, tylko jeden stolik skarżył się na jedzenie. Pozostałe były albo zadowolone, albo bardzo zadowolone, względnie ekstremalnie zadowolone. Dla mnie największym wyróżnieniem jest oczywiście to, że wracają następnego dnia i cieszą się na mój widok. Bo jednak Polacy lubią w wakacje zwiedzać różne restauracje. A u nas spora grupa wraca i próbuje kolejnych rzeczy. I nawet spotkani na mieście, czy w pociągu, witają się z uśmiechem, wspominając moją przesympatyczną obsługę. Bo, że jestem supermiły na miejscu, to chyba oczywiste?
Są też inne wyrazy sympatii (napiwki zresztą oddałam wszystkie co do grosza dla pozostałych kelnerek i kelnerów do podziału między nimi). Np. pan, który zamówił za jakieś 37 zł, ale koniecznie chciał mi dać 20 zł napiwku za fantastyczny serwis. Albo ładny chłopiec, który dał się namówić na spróbowanie wódki Chłopskiej Pędzonej o smaku orzechowo-pomarańczowym. Albo rodzina, która robi sobie ze mną i ze swoją córką pamiątkowe zdjęcie. Dla nich Brajan staje się częścią ich wakacyjnego wspomnienia, doświadczenia miłych chwil.

Co ciekawe, mam już doświadczenie takie, że jednak ludzie przychodzący do restauracji, zazwyczaj absolutnie nie wiedzą, czego chcą. Chcą się najeść (to oczywiste), czasem napić (zwłaszcza wieczorem) ale także przeżyć jakieś doświadczenie kulinarne i estetyczne. No dobra, doświadczonko. Chcą miło spędzić czas, poczuć się docenieni i zaopiekowani. I ja staram się im to wszystko dać. Rozmawiam, dopytuję, doradzam, żartuję, dziękuję, polecam, zapraszam ponownie. Robię to wszystko z uśmiechem na twarzy, bo naprawdę dobrze się tam czuję i świetnie bawię. A gdy tylko przez chwilkę zamyślę się nad jakąś czynnością kelnerską, któryś z regularnych gości (znaczy, że osoba, która przyszła drugi lub trzeci raz) pyta mnie, czemu mam dziś gorszy humor. Tak, naprawdę.

Śmiesznym wydarzeniem było spotkanie Aleksa. Ci z was, którzy czytają mojego blo, wiedzą, że rok temu miałam we Władysławowie summer love, czyli jednego z gości – Aleksa. Blondwłosy wychudzony cherubinek z niebieskimi oczami i aparatem na zębach. Ewidentnie przegięty i zawsze z koleżanką. Wyglądał na oko na 16 lat. Więc wszyscy doskonale wiedzieli, że tylko ja mogę go obsługiwać. I tak też było.
W tym roku, dzień przed moim przybyciem, w restauracji pojawił się znów! Przypadek? Nie sądzę ;)
Więc gdy tylko dotarłam, stało się jasne, że znów ja będę Aleksa obsługiwać. Bez względu na ruch w lokalu, czy też moje inne zajęcia, to było tylko moje zadanie. A sam Aleks nie zmienił się nic na nic. Nadal uroczy, supermłodzieńczy, uśmiechnięty, z aparatem na zębach. Jak zawsze, z koleżanką.

Pierwszego wieczoru sprawdziłam, co się dzieje na Grindr we Władysławowie. I co widzę? Aleks! No, oczywiście, że Aleks! :) Więc napisałam do niego coś w stylu „wpadaj jutro na zupę” czy inni równie niewinny tekst. Na początku nie skojarzył kim jestem, bo mam zdjęcie w peruce jako profilowe, ale po dwóch czy trzech wiadomościach – wiedział, że ja, to ja. W ten sposób przeszliśmy na „ty”.
Potem pojawiał się codziennie. A wszyscy pracownicy restauracji wiedzieli doskonale, że jeśli tylko go widać na horyzoncie, muszą dawać mi znać. Oczywiście, cała sytuacja pół-żartem, pół-serio, bo wiadomo, że cała ta zabawa skończy się z momentem wyjazdu z Władysławowa. Ale sam fakt, że wszyscy wkoło się zaangażowali, było bardzo miłe i zabawne. Sam zaś Aleks, jak się okazało, mieszka w Warszawie i lat ma prawie 21… No, ale to już zupełnie inna historia.

Skoro zaś o ładnych chłopcach mowa, to muszę przyznać, że w tym roku Marcinek nie zawiódł i ekipę miał, rzeczywiście, bardzo przystojną. Najjaśniejszym jej elementem był chyba Kuba, który jednak drugiego czy tam trzeciego dnia mojego pobytu musiał niestety wyjechać. A szkoda. Oczywiście, jak to zwykle bywa, był hetero. Niebieskooki blondyn, lekko umięśniony, z pięknym głosem i prawidłową postawą. Potem warto wspomnieć o Kamilu, który barmanem na drink barze był i jest. Szczupły, ciemnowłosy, z wielkim tatuażem ptaka (sowy?) na piersi. Do tego dochodzą Dawid, czyli „brat chłopaka Pavko”, jak nazywaliśmy go na początku – leniwy, młodziutki, superszczupły i wysoki blondyn z potencjałem, którego – jako heteroseksualista – nie wykorzystuje. No i na koniec, ma się rozumieć, Błażej, który dołączył do nas nieco później. Najszczuplejszy ze wszystkich (wręcz: wychudzony), rozczochrany blondyn ze skłonnością do wdawania się ze mną w zabawne słowne potyczki (wiadomo, kto wygrywał…). Ekipa więc wspaniała. Oczywiście, były też dziewczyny, ale – nie ma zaskoczenia – z nimi mój kontakt był mniej intensywny i słabszy ;)

Jeśli idzie o liczbę gości, to ten tydzień na pewno udany. Za to mniej było czasu na szaleństwa ekipy, które 12 miesięcy temu zdominowały moje wspomnienie o wyjeździe. Powodem był m.in. zakaz wprowadzony przez Marcinka: po 1:30 pracownicy nie mogli już kupować w lokalu alkoholu. Niby to nie problem, żeby pójść do nocnego i wrócić z czymś dla siebie, ale jednak – uwierzcie – znacząco ograniczyło to spożycie alkoholu na miejscu. Zakaz ten spowodował też, że na pewno wydałam w tym roku mniej kasy niż wcześniej

Nie wiem dlaczego kelnerowanie mnie tak relaksuje. Tym bardziej, że zazwyczaj zapierdol jest taki, że właściwie nigdy nie ma za bardzo czasu na jedzenie pomiędzy 12:00 a 24:30… Ale nawet się o tym nie myśli. Priorytetem jest zadowolenie gości. I chyba to sprofilowanie myśli powoduje, że tak chętnie się tam zjawiam rok w rok.

A jeśli wszystko dobrze pójdzie, Brajan pojawi się we Władysławowie jeszcze raz w tym roku!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przemoc, kelnerowanie, romanse i problemy we Władysławowie

06 sie
Szalona, nocna zabawa

Szalona, nocna zabawa

Władysławowo mnie przyciąga. Nie miejscowość, bo ta jest dokładnie taka sama jak wszystkie polskie nadmorskie wsie. Bardziej chodzi mi o ludzi, atmosferę i to, co dzieje się w restauracji Marcinka.

A dzieje się tam sporo, zawsze. Odkryłam to rok temu, gdy postanowiłam na chwilkę pobawić się w barmankę. Najpierw to miała być kilkudniowa przygoda na zasadzie „spróbuję po raz pierwszy w życiu typowo studenckiej pracy”, ale potem przerodziła się w autentyczny fun z tego, co robię. Praca barmana/kelnera jest super. To znaczy, na krótką metę i bez zobowiązań. No bo nie będę ukrywać, że o ile rok temu kasa z tej pracy mi się przydała (byłam w mocnym dołku finansowym) tak w tym roku absolutnie nie jest mi potrzebna (jeszcze jej nie dostałam, tak na marginesie). Ale nadal chciałam to zrobić – poczuć znów ten klimat, wyłączyć się totalnie. Bo to właśnie tak jest – że gdy tam się jest, żyje się w innym świecie. Informacje z normalności, z codzienności, w ogóle nie docierają. Nie ma znaczenia czy Tusk chce zmienić ustawę budżetową, czy Snowdena wydali USA, czy Korea wypowiedziała znów wojnę drugiej Korei. To nie ma znaczenia. Ba! Te informacje w ogóle tam nie docierają. Żyje się jak w jakiejś bańce, oddzielonym od świata. Zapierdol momentami jest tak duży, że nawet na facebooka człowiek nie ma siły ani czasu wejść. Po prostu technicznie jest to niemożliwe czasowo.

Do Władysławowa dotarłam w sobotę. W noc poprzedzającą nie odpuściłam sobie – wybrałam się do Glam. Od wielu tygodni nie było mnie w weekend w Warszawie, więc miło było znów zobaczyć znajome gęby. Siedziałam tam jakoś do 4:15. O 6:00 miałam pociąg. Wróciłem więc do domu taxi, wykąpałem się, zgarnąłem torbę, zjadłem śniadanie i w drogę. Podróż minęła mi miło. Nie tylko dlatego, że Express InterCity Jantar jest ładny, wygodny i klimatyzowany, ale także dlatego, że odsypiałam noc i podróży prawie nie zauważyłam. Na miejscu byłem około 14:00. Bezpośrednio z Warszawy, co jest super. Z dworca odebrali mnie Bonek i Agata. Przypominam sobie, jak rok temu ja odbierałam Bonka. Jak inna była ta sytuacja…

Od razu rozlokowałam się w pokoju w restauracji. Bowiem znajdują się w niej dwa schowane niewiele pokoje, w których mieszka część pracowników. Warunki są… no, takie jak wszędzie w tego typu miejscach. Ciasno, niewygodnie, porządek jest tam rzadkością. Toaleta/łazienka czekają na remont… Ale takie są realia gastro-świata. O pracownika nie dba się jakoś szczególnie. Jak chce zarobić, to to zniesie. Mi o tyle nie zależy, że wiedziałam, że będę tam tydzień. W sensie, że można to znieść bez większych problemów. Ale jakbym miała tam być 2 miesiące, mogłoby być trudniej.
Zawsze myślę o tym, jak ludzie chcący odłożyć na coś zapierdalają w tych restauracjach i męczą się w takich warunkach. Współczuję i nie zazdroszczę. Ale i wiem, jak to jest. Przeżyć się da.

Pierwszego dnia udało mi się Marcinka wyrwać na spacer i pogaduszki. Może nie za długie, ale jednak. Dobre pierogi w restauracji w resorcie Velaves. Miło, miło. Drink, potem drugi. Bardzo sympatyczny wieczór. Oczywiście, musiałam nauczyć się zmian. Bo restauracja Marcinka się bardzo rozrosła. Bardzo. Zmieniło się trochę też to, jak jest ogarniana. Więc sporo, sporo nowości. A że następnego dnia miałam zacząć pracę, musiałam się dowiedzieć, nauczyć. Nie ukrywam, że chwilkę mi to zajęło – w sensie, że wdrożenie nowych zwyczajów i nowych sposobów pracy. Ale chyba dałam radę.
W tym roku moim głównym zadaniem było kelnerowanie. To też pewna zmiana.

Oczywiście, jak to ja, musiałam ogarnąć sobie sytuację społeczną na miejscu. Nie minęło 15 minut a już znałam wszystkie plotki. Po kolejnych 10 minutach sama wiedziałam już więcej niż reszta. Bo gdy mówię, że ktoś z kimś sypia, to wiem, co mówię. To widać. Albo czuć w feromonach, nie wiem. Ale wiem, że ja to zauważam. I tak było i tym razem. Reszta oczywiście w szoku i w fazie zaprzeczenia „nie, to niemożliwe!” A jednak. Po trzech dniach okazało się, że miałam rację, prawda wyszła na jaw.
Pojawiły się też nowe osoby, co zawsze jest ciekawe. Nie ma co ukrywać – większość składu pracowniczego to jednak osoby homoseksualne. Co jest trochę śmieszne i trochę specyficzne. Ale tylko do czasu, bo skład miał się zmieniać na dniach. Wszak połowa sezonu za nami. Póki co jednak, jest ciekawie. Mateusz, którego znam od lat, a który za mną nie przepada – wpadł, podobnie jak ja rok temu, przeżyć „przygodę”. Dawid, którego nie znałam w ogóle, a który okazał się być ładnym chłopcem lekko zadzierającym nosa. Jarek, który ma brzydkie imię ale duży potencjał jeśli idzie o jego urodę i urok osobisty. No i inne osoby – mniej już dla mnie istotne w całej tej układance. Ja, oczywiście, jako Radek. Ale mówili do mnie też „Dżej Pi”, „Dżej Dżej”, „Jot Pe”, Jej, Mariola… W pewnym momencie miałam wrażenie, że muszę reagować na wszystkie możliwe imiona ;)

Jednym z ciekawszych wydarzeń była kontrola Państwowej Inspekcji Handlowej. Oczywiście, nasłana przez kogoś „życzliwego” Marcinkowi. Ciekawie było zobaczyć to w akcji. Panie zamawiające wódkę i rybkę smażoną. Potem wszystko ważyły, mierzyły, przelewały, pakowały w probówki, oglądały… Tak, to naprawdę się dzieje. Z jednej strony trochę śmiesznie (bo przecież wiem, że wódka u Marcinka jest wódką i wiem, że nie ma sensu tego sprawdzać), a trochę jednak pocieszająco (bo dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto czuwa, żeby nam nie wciskali byle gówna w restauracjach). Kontrola wypadła pozytywnie, choć nerwowo, oczywiście, było. Ale to chyba normalne – przed każdym egzaminem ma się nerwy. A wizyta PIH to trochę taki egzamin, czy się zna wszystkie durnowate przepisy i zasady.

Oczywiście, gastronomia to też walka. Rywalizacja. Także niezdrowa. Marcinek odnosi sukces. Jak na to miejsce, ma się rozumieć. Wcześniej właściciele zmieniali się co rok, a on już trzeci się trzyma, rośnie w siłę i nie narzeka. Więc dokoła – a że to „miasteczko gastronomiczne”, więc dokoła same restauracje – nie podoba się to. Innym się nie powodzi. Podczas mojego pobytu, w szczycie sezonu, zamknęła się sąsiednia restauracja, a inna zwijała się i miała zamknąć za trzy dni. Niech to świadczy o tym, jak trudno jest na miejscu i jak dobrze Marcinek sobie radzi. Ale pewnej nocy… Było to pożegnanie jednej z wyjeżdżających osób. No więc po zamknięciu, jakoś koło 2:00, zaczęło się picie. Ja pracowałam do końca, inni zeszli wcześniej i mogli zacząć zabawę wcześniej. Wódka, piwo, wino… No i zaczęli się wygłupiać. Nie wiem, kto pierwszy, ale gdy weszłam na piętro, zobaczyłam jak biegają bez butów, cali mokrzy. Postanowili bowiem nabierać wodę w usta i się nią opluwać. No takie szaleństwo (czy też, by być modnym: #yolo). Dla mnie nieśmieszne, bo jestem jeszcze trzeźwa. Ale oni biegają, obrzucają się kostkami lodu, opluwają i dobrze bawią. Ktoś się wreszcie poślizgnął, ktoś wywrócił. Ale nikomu to nie przeszkadza. Alkohol i atmosfera robią swoje. W sąsiedniej restauracji obsługa obserwuje ich/nas z rozbawieniem. Aż nagle wypada właścicielka tegoż lokalu i drze się, że jest skandalem to, co się dzieje. Że jesteśmy najebani i naćpani i że to się skończy. Oczywiście, nawiązała od razu do setek jakiś przeszłych wydarzeń, czy też nieformalnych ustaleń, jakie poczyniła z Marcinkiem. I że wszystko cofa. Powiedziała też „przegięłeś”, więc musiałam ją poprawić głośnym „przegiąłeś!”, za co dostało mi się „zamknij się!”. Gorzej z Agatą, która została „zdzirą wyjącą do księżyca”… Ja wiem, że brzmi to dość zabawnie, ale wówczas takie nie było. Głównie dlatego, że ktoś już do bicia się rzucał, ktoś już do Marcinka podszedł i go szturchnął raz czy dwa… No, niefajnie. Takie wojny plemienne…

Dobrze, że się rozeszło po kościach.

Tak jak taniec Bonka. Bo w restauracji jest codziennie karaoke. Bardzo, bardzo popularne. Ludzie siedzą, stoją, śpiewają, tańczą… Dzieje się. Swoją drogą, jak myślę, że atrakcją wyjazdu wakacyjnego dla mnie miałoby być karaoke, to wydaje mi się to bardzo smutne… No, ale wracając. W wieczór pożegnania Bonka, najebał się on strasznie. I śpiewał. I tańczył. A Bonek jest po pijaku über-pedałem. I, oczywiście, w lokalu były osoby, którym się to nie podobało. Na szczęście reszta obsługi była trzeźwa i wiedziała, kiedy Bonka ze sceny znieść…

Żeby nie było za spokojnie, postanowiłam namówić Grzesia z Warszawy, żeby wpadł do Władysławowa. Jako osoba, z którą kiedyś Marcinek się widywał i jako osoba, która ma wiele grzechów młodości na koncie, wydawał mi się idealnym uzupełnieniem całego składu. No, nie będę ściemniać: wiedziałam, że będzie jakaś ciotodrama albo coś w ten deseń. Ponieważ, co zawsze podkreślam i deklaruję, dla anegdoty jestem w stanie zrobić bardzo wiele, zaproponowałam mu nawet, że za jego nocleg zapłacę. Ostatecznie nie musiałam, bo zatrzymał się w Trójmieście u znajomego. Ale zamieszanie było tak czy owak. Bo okazało się, że Grześ nie tylko zna mnie i Marcinka ale i Dawida, z którym na portalu społecznościowym wymieniał brzydkie wiadomości… Więc zaczęło się jakieś flirtu-flirtu… No, fajnie, fajnie. Ja lubię takie rzeczy. Im bardziej krępująca sytuacja, tym lepiej dla mnie.

Oczywiście, w tzw. międzyczasie Marcinkowi popsuł się internet, który formalnie jest moim, więc jeszcze musiałam do Pucka się wybrać, żeby tam nowy modem kupić. Wszystko okej, a przy okazji wypowiedziałam swoją umowę internetową. Dobrze, że to zrobiłam, bo już w systemie mam informację, że oferują mi internet w kwocie o 3 zł wyższej niż chciałam. Czyli że wynegocjowałam swoje w ten sposób.

Moja ostatnia noc też była krejzi. Po raz pierwszy nie siedziałam do końca. Już o północy skończyłam pracę. Mogłam pić dobre drinki i się bawić. Zjeść coś dobrego. Oczywiście, tej nocy też musiało się wydarzyć coś niespodziewanego. Nagle, na chwilkę przed zamknięciem wpadli ludzie. I zamówili 0,7 l wódki. I soki. I frytki. (Bo wszyscy nad morzem zamawiają frytki. Wszyscy.) Więc trzeba było siedzieć. A nagle zaczął padać deszcz. I dodatkowo oni chcieli zmieniać muzykę, więc ja usiadłam i coś tam włączałam jako „didżejka”. I była prośba, żeby jednej pani coś zadedykować i włączyć. I życzenia złożyć… Ja pijana, więc na wszystko się zgadzam…
Burza, jaka się zaczęła, spowodowała, że w domu w pobliskim Czarnym Młynie, gdzie także nocowała część osób, piorun pierdolnął w dach tak, że go powyginał i wygonił ludzi, którzy szybko przyjechali do Władysławowa. Na miejsce zaś pojechał Marcinek z Bonkiem i Dawidem. I tam ugrzęźli, bo raz że jakąś gumę złapali, a dwa że następnego dnia nie mogli wyjechać po nich samochodem, bo „życzliwy” sąsiad zastawił i nie pozwolił wyjechać…

Dlatego w niedzielę opuściłam restaurację w ciszy, bez żegnania się z kimkolwiek. Ot, wyszłam jak gdyby nigdy nic. I spokojnie dojechałam do stolicy.

-> UPDATE! (7 sierpnia 2013, 08:55)

Oczywiście, z tego wszystkiego, zapomniałam napisać o mojej summer love! Ach, oczywiście, że ją miałam! Do restauracji codziennie rano przychodził piękny, młodziutki blondynek z koleżanką. Wpadał na pomidorową (która, rzeczywiście, była wyjątkowo pyszna). Potem jeszcze czasem po południu na karaoke się zjawiał na chwilkę. Szczupły, rozwichrzone włosy, superdelikatny, z lekko przegiętym głosem, dobrze ubrany. No, piękny, po prostu. Pierwszego dnia usłyszałam, jak koleżanka mówi do niego Aleks (albo tak mi się wydaje… równie dobrze mógł to być Arek – ale Aleks bardziej pasuje!) i tak zostało. Tego samego dnia, gdy ich obsługiwałam i zabierałam puste talerze po zupach, Aleks podczas płacenia rachunku dał mi 10 zł napiwku i powiedział swoim słodkim głosem „to dla pana”.
Wszyscy wiedzieli, że jeśli się zjawia, to ja go obsługuję. A jak nie pracowałam akurat, to musieli mnie informować tak czy owak, żebym chociaż mógł popatrzeć na niego. Piękny on!

I to właśnie moja summer love.  Wcale mi nie przeszkadza, że on nie wie, że nią był. A może i się domyślił? No, nie wiem. Wiem, że słodki Aleks będzie niezapomnianym wspomnieniem lata. Do czasu, ma się rozumieć. Kiedyś to wspomnienie wyblaknie i zostanie tylko ten wpis na blo.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nagi prysznic, zlot nastolatków i wódka za 120 zł na dachu

11 wrz

Długo nie pisałam, ale to celowo tym razem. Wiem, że to, co piszę jest czytane przez osoby, o których piszę i wpływa na moje życie i relacje z innymi. Tym razem zależało mi, żeby przez chwilkę ktoś konkretny nie wiedział, co myślę na pewien temat. Stąd wstrzymywanie się. Ale spokojnie, już piszę. Będzie o nagich nastolatkach, o piciu wódki Belvedere na dachu restauracji, o całowaniu i dobrych drinkach. Zaczynamy.

***

Podróże, ach podróże...

Podróże, ach podróże...

Najpierw może nieco grzecznej treści. Bo wakacje w tym roku oznaczały dla mnie, że przez dużą część czasu byłem grzecznym chłopcem. Tak, chłopcem. Radkiem. Tak miałam na imię w restauracji Marcinka nad morzem. We Władysławowie spędziłem w sumie może i miesiąc, gdyby wszystkie od czerwca wizyty zsumować. W sierpniu byłam tam dwa tygodnie. Wcześniej jednak odwiedziłem dom rodzinny. I od tego zacznę.

Mama, oczywiście, ucieszona ale i – jak zwykle – podkreślająca, że za krótko jestem. Tym bardziej, że na dobę wyrwałam się do Rewala. Wszystko działo się superszybko, bo ledwo udało mi się wrócić z Amsterdamu a już dwa czy trzy dni później siedziałam w pociągu do Szczecina. Odwiedziłam brata i jego żonę, ma się rozumieć. Ich dzieciak, a mój chrześniak, rośnie jak na drożdżach. Skubany. Coraz więcej rozumie i chyba powoli zaczynam zauważać, że jest w szkole i ta szkoła zmienia go na lepsze. W sensie, że rozwija, mówiąc wprost. To dobry znak. Dobrym chyba też znakiem jest to, że przywykłem do braku mojego psa. Co prawda Tobi (tak się nazywał) zdechł już kilka lat temu, ale dla mnie to ledwo kilkanaście, może kilkadziesiąt dni pobytu w domu rodzinnym. Więc cały czas miałam takie wrażenie, że jak otworzę drzwi od mieszkania, to on wybiegnie na przywitanie. Cały czas aż do tej wizyty. Chyba ostatecznie przywykłem, że go nie ma i nie będzie.

W domu rodzinnym nie działo się za wiele. Ale to dobrze, po to tam jeżdżę – żeby odpocząć i żeby za wiele się nie działo. Oczywiście, jak zwykle, musiałam coś upiec. Lubię to strasznie, a tylko tam mam pełną swobodę w tym zakresie, bo moja mama nie piecze ciast. Mój brat też nie – jego teściowa robi to na tyle często i prawie hurtowo (sprzedaje dużo), że oni nie muszą. A ja chcę i robię to. Tym razem jakieś ciasto z nektarynkami. I w zasadzie tyle, niewiele więcej się działo. Jeden wielki relaks – rodzina odnotowała, że mam kolczyki i że to stan permanentny, choć nadal uważają, że nie powinnam ich mieć.

Na jeden dzień wyjechałem do Rewala do Gośki i reszty znajomych. Nie było łatwo się wyrwać. Najpierw jeden autobus nie przyjechał w ogóle, potem drugi po prostu przejechał nie zatrzymując się w ogóle… Pomyślałam sobie, że to klątwa. Że już na zawsze zostanę w rodzinnym mieście, że nigdy się z niego nie wyrwę. Po godzinach czekania udało mi się złapać trzeci z autobusów jadących w tamtą stronę. Niemniej, zamiast wyjechać po 12:00, wyruszyłam po 16:00. Masakra. Dobrze, że trasa minęła spokojnie.
Na miejscu – jak zawsze, wesoło. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się. A żeby było dziwniej, to wieczorem poszliśmy na koncert… Czerwonych Gitar. Ledwo to przeżyłem. Nudno dla mnie, ale śmialiśmy się z nich cały czas – to mnie ratowało. Z samych oryginalnych Czerwonych Gitar jest tylko jeden pan – niejaki Juras – który i tak zszedł po 3 piosenkach ze sceny, wpuścił młodszego jakiegoś i wrócił na sam koniec. Ale i tak uważam, że ledwo ogarniał, co się dzieje i że miał niepodłączoną gitarę, by jedynie udawać, że potrafi jeszcze grać. To trochę aż smutne było. Ale tylko trochę.
W nocy pochodziliśmy po okolicy, powygłupialiśmy się na nowej atrakcji – metalowych szkieletach kaszalotów. Czy czegoś takiego. A w radiu miejscowym nadal słychać mój głos częściej niż raz na godzinę ;) Tyle lat już nic dla nich nie robię, ale ten spadek pozostał i przetrwał!

Na chwilkę wróciłam do domu rodzinnego, by stamtąd już do Władysławowa pojechać. Znów z trzema przesiadkami, bo tak najszybciej. Dobrze, że mam tę trasę opanowaną po lipcu ;) We Władku ludzi coraz mniej. Przyjechałam jakoś w sam raz na 15 sierpnia, więc wówczas, kiedy ostatni długi weekend jest i goście jeszcze zjeżdżają. Ale pogoda – powiedzmy sobie to szczerze – była totalnie do dupy. Ale tak totalnie. Sezon pod tym względem supersłaby. Dlatego i nam było trudniej.

Znów byłam kelner-barman Radek. Już pierwszego wieczoru po przyjeździe miałam niemiłą niespodziankę. Jakieś panie zamówiły Tęczowe Szoty. A ja, owszem, umiałam je robić ale w lipcu… więc szybko telefon do Michała, który wyjechał tego samego dnia i dyktowanie przez telefon… Wiem, wstyd. Ale przecież nie będę się tego uczyć na pamięć. Mam wyrobioną zdolność zapominania rzeczy zbytecznych dość szybko. I tutaj mechanizm zadziałał bez zarzutu. Dziś znów nie wiem, jak je się robiło. Z niespodzianek pt. „nie wiem jak coś podać” miałam jeszcze jedną stresującą sytuację. Podawanie koniaku. Pan zamówił a ja wiedziałam w teorii tylko jak to się robi. Ważne jest nieodmierzanie ilości trunku metalowym jigerem tylko nalanie prosto do koniakówki odpowiednego litrażu. Stres był, ale dałam radę. Potem się okazało, że zupełnie niepotrzebnie się stresowałem, bo pan nie był znawcą – poprosił potem o dwie kostki lodu do tego koniaku ;)

A co poza tym? No, fajna praca. Naprawdę dobrze się tam bawiłem. Okazuje się, że w ciągu tych dwóch tygodni przepracowałam 179 godzin, czyli całkiem nieźle. Rekordem było 15 godzin dziennie. I muszę powiedzieć szczerze, że ta praca dawała mi to, czego potrzebowałam: oderwanie się od codzienności. Ani przez sekundę nie miałam czasu pomyśleć „co tam w Warszawie?” a o to chodziło. Nie byłam zmęczona nawet jakoś bardzo, traktowałam to jako przygodę i doświadczenie czegoś zupełnie nowego. Udało się, to był dobry pomysł. Wiem, że Marcinek też nie narzeka na to, jak pracowałam i nawet wspominał coś, że jeśli za rok będzie znów prowadził tę restaurację, to jestem mile widziana. Dobrze wiedzieć, że coś nowego mi się udało. Na mnie dobrze działa motywacja pozytywna, więc takie słowa są ważne.

 

Jedno ze śmieszniejszych zdjęć z Władysławowa

Jedno ze śmieszniejszych zdjęć z Władysławowa

Zabawa była przednia, bo i ludzie fajni. Jasne, że nie zawsze robiłem rzeczy, które mi się podobały. Sporo musiałem na przykład stać z ulotkami i zapraszać ludzi do restauracji. Konkurencja duża, sezon słaby, koniec wakacji za pasem – trzeba było działać. Bardzo tego nie lubię (bo kto lubi rozdawać ulotki?!) ale wiedziałam, że to ważne i że muszę, więc to robiłem. Innego dnia zaś ręce mi się tak wysuszyły od ciągłego mycia za barem (co chwilę się czymś brudzisz tam…), że zaczęły mi się robić odparzenia w miejscu, gdzie palce się stykały. Masakra. Alb karaoke. Musiałam albo ogarniać je technicznie albo nawet raz prowadzić. I to dla grupy kolonistów-gimnazjalistów. Nie ma lekko. Ale też dałam radę (nie będę dodawać, że dzięki alkoholowi, który Marcinek mi dawał, bo zna moją awersję do zjawiska karaoke). Jasne, że czasem się nie chciało sprzątać rano czy coś. Ale jestem słowną osobą.
Zaliczyłam jedną wpadkę. Każdego wieczoru, po zamknięciu lokalu, my też piliśmy. No, kiedyś trzeba! A że jest szansa popróbować różnych alkoholi bez konieczności kupowania całej butelki + w cenie, której nie ma nigdzie w klubach, to wiadomo, że ja skorzystam. Wszak alkohol kocham. I jednej nocy poszaleliśmy za bardzo. Albo ja poszalałam. Nawet Marcinek, który generalnie z nami nie pijał jakoś specjalnie, dołączył. Wziął butelkę Belvedere i postanowił, że idziemy na dach restauracji, żeby tam pić. Oczywiście, z butelki. Co za skandal – powtarzałam. Tak szlachetną wódkę jak Belvedere powinno się traktować z większym szacunkiem! Ale, ma się rozumieć, narzekanie przerywałam haustami wódeczki. Nie była zmrożona, to był jej minus. Ale smakowała tak czy owak dobrze. Minus naszej wyprawy na dach był taki, że uszkodziliśmy go lekko i nadranna ulewa zalała pół piętra… no nic, to się zdarza. Wpadka jednak moja polegała na czymś innym. Rano, gdy przyszłam do restauracji, byłam jeszcze wciąż pijana. I nie to, że skacowana, bo ja kaca nie miewam. Byłem po prostu najebany jeszcze. Na szczęście udało mi się półgodzinną drzemkę wybłagać i w jej trakcie wytrzeźwiałem. Było to złe. Marcinek, oczywiście, potem mnie zrugał poważnie. Słusznie!

Anatol, Agata i Michał to osoby, z którymi najwięcej współpracowałem. Anatola znam od lat, Michała od roku a Agatę od miesiąca. Więc było różnorodnie, ale w porządku. Ja jestem dość zabawną osobą, więc cały czas sobie żartowaliśmy i w ogóle. Szef kuchni – Gutek – też fajny. Reszta ludzi do zniesienia. Nawet jeden z grillmenów, który początkowo za mną nie przepadał (podobnie jak za wszystkimi „pedałami”) przekonał się do mnie podczas nadrannej libacji przy butelce obrzydliwej nalewki czy czegoś takiego.
Goście restauracji też spoko. Bardzo różnorodni, ale było kilka osób, które się z lokalem zaprzyjaźniło i przychodziło regularnie. To cieszy. Tak samo jak napiwki. Z tym bywało różnie. Nie było szaleństwa. Choć zdarzały się osoby naprawdę hojne, to jednak standardowo po całym dniu można było liczyć na 20-30 zł. Więc dupy nie urywa. Nie to, że narzekam – wszak nie dla kasy tam byłam (a tym bardziej nie dla kasy z napiwków…) ale chcę oddać Wam sytuację, jaka panuje na miejscu.
Dla pełnego obrazu warto dodać, że konkurencja jest zażarta. Z większością sąsiadów żyło się nam dobrze, ale z jednym wojna na całego. Wiecie, dzwonienie na policję (cisza nocna), napuszczanie na siebie kontroli (sanepid itp.), niemiłe odzywki, kontestowanie propozycji współpracy pomiędzy lokalnymi przedsiębiorcami… niemiło, niemiło. Walka trwała.

Śmiesznie było na sam koniec, gdy Marcinek chciał już się pozbywać towaru a ludzi we Władysławowie jak na lekarstwo. Naprawdę stawaliśmy wówczas na głowie, żeby było dobrze. Ostatecznie ja sama zgodziłam się na wypłatę części wynagrodzenia w alkoholu. No co, nie udawajmy – przecież na to by poszła kasa zarobiona. Więc propozycję Marcinka przyjęłam bez większego zastanowienia. I słusznie! W dniu, gdy piszę tę blotkę mam jeszcze 1/3 tego alkoholu, który wówczas wzięłam. Nie jest źle.

Ważnym elementem byli goście. Zwłaszcza ci znajomi z Warszawy lub innych miejsc, którzy odwiedzali Marcinka lub po prostu nas w restauracji. Najzabawniejsze było to, że byli to też homoseksualiści, którzy za mną nie przepadali, a których ja wówczas obsługiwałem. Strasznie zabawna z racji swojej niezręczności sytuacja. Ale odwiedził nas dla przykłady Robert Biedroń, który chciał w urodziny Marcinka się z nim zobaczyć. Miłe to.

Dla mnie najmilszym gościem był Bonek.

***

No właśnie, czas przejść do drugiej części tego wpisu. Bonek.

Wpadł na kilka dni, bo tak się umówiliśmy. Nie będę ukrywać, że od wyjazdu do Sopotu, gdy okazało się, że on wyraża jakieś zainteresowanie moją osobą (w sensie, że takie większe zainteresowanie niż przeciętna osoba, którą się poznaje), mieliśmy stosunkowo intensywny kontakt smsowy i facebookowy. Mój pobyt we Władysławowie nie ułatwiał tego, bo w ciągu dnia właściwie z telefonu i iPada nie korzystałam – jedynie rano i przed pójściem spać. Ale jednak nadal kontakt był. Jeszcze wcześniej umówiliśmy się, że on wpadnie i że wynajmiemy na ten czas jakiś pokój czy coś. Wcześniej nocowałam albo w domku letnim Marcinka jakieś 12 km od Władysławowa albo potem już w samej restauracji w pomieszczeniu dla pracowników. Nie ukrywam, że takie nocowanie w pokoju wynajętym było miłą odmianą, bo jednak dawało więcej komfortu. Może nie był to standard hotelu czterogwiazdkowego, ale jednak zawsze ciut lepiej. Bonek zajmował się wyszukaniem i wynajęciem, na zapłatę się po pół złożyliśmy. Minusem miejsca było to, że było ponad 1,5 km od restauracji, więc codziennie dystans ten musiałem pokonywać w drodze „do roboty” i wracając.

Takie wynajęcie pokoju z chłopcem było dla mnie czymś nowym. Nigdy w życiu niczego takiego nie zrobiłem. Spędzenie z kimś wakacji – bo w zasadzie tak należałoby to nazwać – to nowe doświadczenie. Okej, znów trochę naciągam rzeczywistość, bo przecież pracowałem w tym czasie przez wiele, wiele godzin, więc spędzanie czasu wspólnie było ograniczone. Ale jednak, fakt jest faktem.
Druga rzecz, na jaką mnie namówił Bonek, a jakiej nigdy wcześniej w życiu nie robiłem, był wspólny prysznic. To mnie zawsze obrzydzało i przerażało – głównie z powodu mojej awersji do własnego ciała, ale pod wpływem niewielkiej ilości alkoholu i z racji mojej relacji z Bonkiem, zgodziłam się. Nie sądzę, bym chciał to kiedyś powtórzyć. Nie to, żeby coś złego się stało czy coś, ale jednak przez większość owego wspólnego prysznica skupiałem się na tym, że już chcę wyjść, bo mnie to krępowało. Więc nie. Spróbowałem, ale nie.

No właśnie… moja relacja z Bonkiem. To nie typowa znajomość. To coś trochę jednak bardziej zaawansowanego. Sporą część wspólnie spędzonego czasu poświęciliśmy na całowanie się i takie tam. Od razu zastrzegam: do niczego „poważnego” nie doszło. Nie wyobrażajcie sobie za wiele. Niemniej, to bliska także fizycznie relacja. Ale do czasu. Jakoś różne wydarzenia – także jedno pół-żartem, pół-serio – sprawiły, że coś się zmieniło. Na niekorzyść. Więc nie wiem jak to będzie. Po wyjeździe Bonka do Warszawy nasz kontakt się zdecydowanie, zdecydowanie ograniczył. Jest teraz bardzo znikomy. I sam nie wiem czy mi się to podoba czy nie. O, tyle Wam powiem.

Ciekawostka jest taka, że Bonek… też popracował trochę dla Marcinka. Wyszło to jakoś tak spontanicznie. Że on był na miejscu, nie miał w sumie nic do roboty, Marcinek miał jakieś zadania do wykonania i brak wolnej pary rąk (Anatol już wyjechał), więc Bonek popracował. Zabawnie wyszło, ale dał radę w sumie.

(trochę fotek na fotoblo)

***

Ostatnie dwie części będą się dziać już po powrocie do Warszawy.

Powrót mój podyktowany był m.in. tym, że zaplanowano u mnie znów Zlot Gejów Nastoletnich. Gwoli przypomnienia: na innastrona.pl (wkrótce zmieni się w queer.pl) jest kilka grup/forów. Jednym z nich jest Klub Gejów Nastoletnich. Jakiś czas temu pojawiła się propozycja, żeby geje owi się spotkali i poznali na żywo. Najpierw w Warszawie. I tak jakoś od słowa, do słowa, wyszło na to, że spotkają się u mnie. To było na początku lipca jakoś. Teraz nadszedł czas na drugą edycję. Znów w Melinie. Na szczęście udało mi się przesunąć jej godzinę tak, by było korzystniej dla mnie (czyli nie o 18:00 jak ostatnio!).

 

Zdarzył się na Spotkaniu także jeden zgon

Zdarzył się na Spotkaniu także jeden zgon

Pierwsza osoba zjawiła się punktualnie o 19:30, bo o tej porze miało się zacząć. To zabawne u tych młodych pedałów, że naprawdę zjawiają się na czas. W przypadku starych ciot trzeba wiedzieć, że jak się ich zaprasza na 22:00, to zjawią się około 22:20, może 22:30 a niektórzy nawet o 23:00. Inaczej było zawsze w trakcie Floor-Sitting Party. Tam godzina była święta i wszyscy musieli się na czas zjawiać. Teraz jest inaczej, z czasem wszyscy się spóźniają. Okej, muszę przyznać, że ja też nigdy na czas się nie zjawiam na imprezach. Zawsze jestem po czasie. Ale to co innego. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni i wiedzą, że będę w niedoczasie jak zwykle.
Wracając zaś do samego spotkania. Tym razem udało mi się ich wszystkich przed przyjazdem przekonać, że alkohol – choć szkodliwy i dla niektórych spośród nich (no dobra, dla większości) jest nielegalny – może odegrać ważną i pozytywną rolę podczas tego spotkania. Podkreślę może, że nie podaję nigdy alkoholu nieletnim. W zasadzie staram się na Spotkaniu Gejów Nastoletnich zapewnić alkohol tylko sobie. I to w nie za dużych ilościach, bo jednak zawsze, gdy organizuję coś u siebie w domu, to chcę mieć pełną kontrolę i być w stanie przyjąć ewentualną wizytę policji. Tak samo było tym razem, choć policji nie było.

Plusem Spotkań Gejów Nastoletnich jest to, że przyjeżdżają na to ludzie, którzy naprawdę nie są znani jeszcze z klubów i innych środowisk. Młode cioty, których nikt jeszcze nie zna. Tym razem np. z Łodzi przybył Krzysiek a z Kazimierza – Arek. Muszę też zaznaczyć, że w zasadzie wszyscy obecni byli naprawdę atrakcyjni. Choć prezentowali różne typy urody, to jednak o wszystkich można powiedzieć, że są co najmniej powyżej przeciętnej. To miłe i dodatkowo mobilizujące.
Nie wszyscy mogli siedzieć do końca – wpadli na chwilkę i wyszli. Część jednak została do końca. A potem: znów próba wyjścia na miasto. Wiadomo, że nie będzie łatwo, jeśli najmłodszy z obecnych dopiero za kilka dni kończy 16 lat… No, ale ja się nie poddaję. Pojechaliśmy do centrum, by spróbować dostać się do Glam. Nasze czajenie się i ustawianie (w mniejszych grupach i w kolejności od najmniej prawdopodobnego wejścia) przypominają mi stare dobre dzieje, gdy się tak do Utopii wchodziło. Wtedy jednak nie o wiek chodziło w naszym ustawieniu… Eh, to były czasy.
Do Glamu nie udało się nam wejść. Poszliśmy do Toro, by i tam sił swoich spróbować. Znów jednak bezskutecznie. Jak tak dalej będę próbować z nieletnim się dostawać do klubów, to ochroniarze dostaną przykaz, żeby sprawdzać wszystkich, którzy ze mną się pojawiają bez względu na to, na ile lat wyglądają ;) Oraz, tak, następnym razem też spróbujemy!
Dwie osoby zostały w klubach – reszta wróciła ze mną do Meliny. Po drodze kupiliśmy jeszcze coś w nocnym i w ten sposób mieliśmy co robić do 5 nad ranem. Wówczas bowiem wygoniłem gości (wszak dzienne już jeżdżą a poza tym nocujący muszą się wyspać!). Spały u mnie trzy osoby: Bonek i wspomniani Arek z Kazimierza i Krzysiek z Łodzi. Muszę dodać, że Arek to naprawdę atrakcyjny blondyn. Dodałem. Krzysiek wyjechał dość rano. Bonek też się zebrał w miarę wcześnie do domu. A Arek został najdłużej, ale i on ostatecznie wczesnym popołudniem wybył z Meliny. Zostałam ja i megabłagan.

W zasadzie to, chcąc nie chcąc, chyba jest szansa, że Spotkania Gejów Nastoletnich staną się następcami Floor-Sitting Party. Czymś zupełnie innym, ale jednak podobnie regularnym. Albo i nie. Zobaczymy – na razie nie mam jakiś takich szczególnych planów a wszystko zależy od zainteresowania młodych ciot.

Może dodam jeszcze, że 5 października organizuję trzecią edycję Spotkania – tym razem w Krakowie.

(trochę fotek na fotoblo)

***

Po weekendzie i kilku dniach załatwiania rzeczy na uczelni (o tym następnym razem napiszę dokładniej), wybrałam się na wieś. Dokładniej: pod Puławy do Tomka. Od jakiegoś czasu mieliśmy to zaplanowane. Jego mama wyjechała gdzieś-tam, więc został sam. Dla mnie powody do przyjazdu były dwa. Raz, że nigdy w życiu nie byłam na wsi ot tak, odpocząć. A dwa, że Tomek.

Okazało się jednak, że jest jeden czynnik utrudniający mój pobyt na miejscu. Tomek jest chory. W sensie, że jakieś przeziębienie, grypa albo coś podobnego. Dlatego nie wyjechał po mnie do Puław i dlatego łatwiej było mu zachować dystans podczas mojego pobytu.

Zacznę może od tego, że odpocząłem bardzo. Choć ostatecznie z powodu spraw na uczelni mój pobyt był krótszy niż planowany, to udało mi się fajnie wyłączyć na chwilkę. Tomek ma sad, grusze i jabłonie – mogłem zrywać owoce prosto z drzewa i w ogóle. Dużo spałem, trochę gotowałem (cebulowa, naleśniki… – klasyka), dużo gadaliśmy. Zdarzyło się nam nawet TV pooglądać. Więc lenistwo. Nie było nic „muszę zrobić”. Była za to suczka Joko, która strasznie się mnie bała ale i strasznie chciała, żeby ją głaskać i przez te mieszane uczucia była zabawna niesamowicie. Było dość ciepło. Sporo czasu spędziliśmy na patio… Naprawdę relaksacyjny pobyt.

Moja znajomość z Tomkiem zaś jakoś dziwnie się dzieje. Choroba sprawiła, że nie zdecydował się spać ze mną w jednym łóżku. Sprawiła, albo była wymówką. Bo mam takie wrażenie, że moje wcześniejsze zacieśnienie relacji z Tomkiem on teraz próbuje nieco odwrócić. Z drugiej strony – nie dziwi mnie to aż tak bardzo. Za mocno już chyba siedzą we mnie postpsychoanalityczne i quasipsychoanalityczne techniki i nie potrafię się powstrzymać od ich stosowania – a to nigdy nie sprawia, że relacja jest trwała. Jasne, najpierw dochodzi do przeniesienia i jest fajnie, kolorowo i radośnie, ale kiedyś ten moment musi minąć i wówczas quasianalityk nie jest już tak miłą sercu osobą. Jest raczej kimś, kto zna tajemnice, których nie chcemy ujawniać. Zna nas lepiej niż my sami (co jest oczywiście nieprawdą) i przez to przestajemy go lubić. Tym bardziej, że zadaje dużo pytań. Tak wiem, wiem. Pamiętacie, jak kiedyś pisałam, że sabotuję swoje znajomości bliskie z atrakcyjnymi chłopcami? To właśnie jedna z technik – zadaję dużo quasipsychoanalitycznych pytań i nie pozwalam ludziom, żeby oszukiwali siebie i innych. Drążę i nie pozwalam, żeby trwali w złudnych przekonaniach na swój temat (o których sami doskonale wiedzą, że są złudne, ale albo tak mocno wyparli prawdę albo tak bardzo im ona nie przeszkadza, że nie chcą o niej mówić na głos).

W zasadzie drążenie dlaczego, po co itd. nie ma sensu. Liczy się efekt końcowy. A jest on taki, że jechałem do Tomka z wyobrażeniem, że wspólne kilka dni na wsi raczej sprawi, że nasza relacja stanie się bliższa a okazało się, że jest totalnie na odwrót. Moja wina też w tym jest, wiem. Ostatniego dnia już świadomie nie próbowałem nawet nic robić w tym kierunku, żeby było inaczej. Chyba się poddałam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak się udaje Utopia, jak się udaje doktorat? Oraz Holandia i inne historie

05 lip
Jak ta nowa Utopia? Wszyscy o to pytają. Nawet ludzie, którzy nigdy tam nie byli, nie znają się na clubbingu i nie są fanami wychodzenia gdzieś w weekend wieczorem. Bo słyszeli o Utopii ode mnie albo od kogoś i są ciekawi jak to się układa. Ja jestem żywo zainteresowana tym, żeby było dobrze, wiadomo. Ostatnio o swoją relację z wizyty przy Kredytowej 9 pokusił się nawet Abiekt. Wszyscy wydają się być jakoś wyjątkowo zainteresowani losami tego miejsca. Nawet mnie to nie dziwi, wszak Utopia dość legendarnym miejscem była. I znów chce być.
Zacząć trzeba od tego, że się stara. To ważne. Poza tym warto docenić to, ze się cały czas zmienia. Gdy na przykład okazało się, że wejście z przodu budynku nie jest dobrym rozwiązaniem, przeniesiono je na tył. Tak jest lepiej. To tylko przykład. Cieszy to, że widać zainteresowanie właścicieli klubu reakcjami gości. Wiedzą, że nie mają monopolu na wiedzę jak ma wyglądać to miejsce i słuchają innych. To cenne. 
Nadal jednak jest wiele rzeczy, które są i powinny być poprawiane. Nadal chyba nie ma piwa. Nie wiem czy na pewno, bo nie piję, więc szczególnej uwagi na to nie zwracam, ale wiem, że ludzie lubią i że tego brakuje. Mi bardziej brakuje jednego z barmanów, który na początku pracował a teraz już go nie ma, bo się nie sprawdził. Kłopotem są też toalety. Że niby jest ich za mało. Tego też nie wiem, bo raz, że mam toaletę na górze a jakby mi się naprawdę chciało i nie byłoby gdzie – w podziemiach kolejną, a poza tym ja generalnie mało korzystam z toalet, więc nie jest to dla mnie sprawa priorytetowa. Ale rozumiem, że tak może być. Trudno "ograć" to miejsce – jest dużo wyższe niż stara Utopia, która była klubem piwnicznym. Teraz mamy wysoki sufit. Jasne, dałoby radę powiesić tam jakieś płachty materiału. Byłoby inaczej, znów bardziej przytulnie, ale… wtedy trochę traci sens balkonu w VIProomie. Więc odpada raczej. Ja narzekać będę też na selekcjonera. Powiedziałam mu to wprost, więc i tutaj mogę napisać. Jednej nocy wchodzę z Maciejem Bieacz i proszę selekcjonera, żeby po założeniu mi opaski (dzięki temu nie płaci się za wstęp), założył takową także Maciejowi. Na co Paweł-selekcjoner odpowiada mi, że da mu, gdy Maciej zapłaci za wstęp. "Ja też muszę zarabiać na swoją wypłatę" dodał. No, to było niegrzeczne. Nieładnie tak mówić do gości. Po pierwsze: nie traktuje się ich jak dojnych krów i nie mówi się, że chodzi tutaj o ich kasę. Dlatego też nie nazywa się ich klientami tylko gośćmi. Po drugie: nie obchodzi mnie jak selekcjoner zarabia na życie i nie powinien o tym mówić gościom. Jak dla mnie, takie zachowanie było totalnie nieakceptowalne. I, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, by którykolwiek z byłych selekcjonerów powiedział do kogoś coś równie niestosownego. 
Dużo więc pracy przed Kredytową 9. Cieszy to, że powoli, powoli – w trudnym wakacyjnym okresie – widać efekty. Ludzi jest jakby coraz więcej, przekonują się powoli i zaczynają bywać w U. Przestraszył się nawet Hunters, który ściągnąć chce do siebie ludzi promocją "wódka za trzy złote". To w sumie nawet dość zabawne, że klub aspirujący do kategorii "high class" robi promocje cenowe godne barów typu "wódka+przekąska". Ale to też pokazuje, jak trudny jest to dziś rynek. Czasy się zmieniły.
Muzycznie Utopia generalnie zaspokaja moje potrzeby. Goście grają ciekawie, nieco inaczej niż znani mi dje, ale nadal mieszcząc się w pięknym nurcie muzyki house, którą kocham. Pitu powoli wydaje się stawać naprawdę dojrzałym djem. Uczy się szybko, ma niezłe wyczucie rytmu imprezy i publiczności, gra ciekawie i niemonotonnie. To dobre granie.
Nie wiem ile dali sobie właściciele Utopii na to, by rozgrzać miejsce. Ale trzymam kciuki, by się udało. Ja na razie skłaniam się do bycia "na tak" i czekam na dalsze usprawnienia.
***
Jest ciężko. Cholernie ciężko. Mam strasznie duży problem z doktoratem. I nie chodzi o to, że nie idzie mi pisanie, ale o to, że nie mogę się zająć pisaniem, bo mam ma głowie poważniejszy problem.
Jestem aktualnie na ukończeniu trzeciego roku. To kluczowy moment, bo regulamin studiów nakazuje właśnie teraz najpóźniej otworzyć przewód doktorski. Jeśli nie zrobię tego do końca roku akademickiego, to kierownik studium doktoranckiego winien skreślić mnie z listy doktorantów. Niewesoło, prawda? Przewód otwiera rada Instytutu Socjologii UW. By tak się stało, wniosek musi złożyć opiekun naukowy doktoranta a sam doktorant musi wykazać się spełnieniem pewnych warunków formalnych, takich jak napisanie co najmniej 20 stron plus dwu-, trzystronicowego opisu całej pracy. Niewiele w sumie, prawda? No, trzeba mieć jeszcze pewną liczbę publikacji i – zdaniem opiekuna oraz potem rady – rokować na pomyślnie ukończenie pracy w terminie.
Choć rok akademicki kończy się we wrześniu, to ostatni w zasadzie moment na otwarcie przewodu to czerwiec, bo wówczas jest ostatnie posiedzenie Rady, na którym może zapaść decyzja o otwarciu przewodu. Skoro piszę to w lipcu, to znaczy, że coś jest nie tak, prawda?
Współpraca z moją panią opiekun – mam na myśli współpracę naukową – układała się raczej ciężko. Prezentujemy nieco odmienne paradygmaty, mamy inne pomysły, inaczej widzimy pewne rzeczy. I choć próbowaliśmy się dotrzeć w tym zakresie, ja szłam na ustępstwa, zmieniałam wiele rzeczy zgodnie z jej sugestiami, to jednak nie udało się nam znaleźć punktu wspólnego. Jasne, to trochę moja wina, bo za późno się wzięłam za to tak na bardzo poważnie. Poza tym miałam wrażenie, że jednak się dogadamy i znajdziemy wspólny mianownik. Dodatkowym utrudnieniem były pewne zewnętrzne okoliczności. Brak internetu w domu przez tydzień (awaria modemu Aster/UPC) i nakładające się na to moje osobiste zmartwienia sprawiły, że… nie mam aktualnie promotora. I nie mam otwartego przewodu. 
Jakby tego było mało, właśnie trwa okres wyborczy na UW i zmieniają się wszystkie władze. Odchodzący czują się już nieco "w zawieszeniu", bo wybrano nowych. Nowi zaś nie mają jeszcze formalnej mocy sprawczej. Zmienia się także skład Rady.
To nie koniec. W życie wchodzą właśnie nowe przepisy dotyczące studiów doktoranckich i otwierania przewodów doktorskich. I trochę momentami nie wiadomo, jakie przepisy w konkretnych przypadkach stosować…
Co się więc dzieje? Szukam nowego promotora. Mój pomysł: dr hab. Jacek Kochanowski, bo on coś niecoś na temat mojej pracy wie. W trakcie kwerendy i nie tylko, rozmawiałam z nim o niej kilka razy, jest trochę wtajemniczony. Jest co prawda osobą spoza Instytutu Socjologii, bo z ISNS, ale jednak to nadal UW. A zdarzało się, że nasi doktoranci otwierali u nas przewód u kogoś spoza IS. Działo się to nawet w tym roku – jakoś w maju chyba ostatni raz. Ścieżka więc jest. Jest też nadzwyczajne posiedzenie Rady we wrześniu, gdy teoretycznie można poddać pod głosowanie kwestię mojego przewodu. Plan jakiś jest.
Ale… dotychczasowy kierownik studium doktoranckiego stwierdził, że otwieranie przewodu u nas może nie być dobrym pomysłem. Że może lepiej w ISNS UW. Żebym się tam przeniosła na ostatni rok studiów. To pomysł, który mi się średnio podoba, nie ukrywam. Ale jeśli inne opcji nie będzie, to oczywiście walczyć nie będę. Gorzej, że Jacek nie jest przekonany, czy mnie ta chętnie tam przejmą – liczba miejsc jest ograniczona i może być tak, że najzwyczajniej nie ma techniczne takiej opcji. Sprawdzamy to.
Kierownik dodał także, że na wrześniowym posiedzeniu Rady może nie być quorum samodzielnych pracowników naukowych, by przegłosować kwestię przewodu. Pojawiła się opcja wykorzystania nowych przepisów regulaminowych – mojego formalnego przejścia na urlop na chwilę (semestr? rok?), żeby wszystko załatwić. Musiałby jednak to być w zasadzie urlop wsteczny. Więc trochę kombinowany. Nie to, żeby takie rzeczy się na studiach I i II stopnia nie działy, ale to zawsze już zależy od kierownika studiów. Obecny kierownik powoli oddaje swoje kompetencje i na pewno nie będzie chciał takiej decyzji trudnej podjąć. I – uwaga – wisienka na torcie: nowym kierownikiem studiów doktoranckich będzie raczej na pewno… moja dotychczasowa opiekunka naukowa. Tak, tak, wiem. To nawet dość zabawne, gdyby nie dotyczyło mnie.
Tak więc ten, no… Mam przejebane.
***
Jestem na dodatek w ciągłym kryzysie finansowym. Zarabiam mało, ale zarabiam. Gorzej, że znów i nadal nie dostaję kasy na czas. Moja wydawca na ostatnim spotkaniu powiedziała, że w ciągu 3-4 dni otrzymam przelew za luty i marzec. Kilka tys. zł, więc kwota dla mnie ważna. Mija tydzień i nadal nic… A ja nie ukrywam, że spodziewając się tego przelewu, podjąłem pewne krótkoterminowe zobowiązania finansowe u moich znajomych. Strasznie to denerwujące. Czekam też na drugi przelew – poniżej 1000 zł, który dostaję regularnie od jednej firmy za comiesięczną pracę redaktorską. O ile dotychczas na czas przysłali wszystko, o tyle teraz się opóźniają o miesiąc. Mam jednak wrażenie, że maja zamieszanie, bo nie wiedzą jakie umowy podpisali a jakich nie… No denerwuje mnie to.
Dodatkowo moja wydawca powiedziała, że jeszcze w tym roku kalendarzowym raczej na pewno zawiesi działalność = odpadnie mi to jako źródło dochodu (choć w sumie już w lutym odpadło tak faktycznie…). Będzie coraz trudniej, wiem to. A nie mogę podjąć się teraz czegoś, co moja mama nazywa "normalną pracą" nie tylko dlatego, że w XXI wieku w Polsce to generalnie trudne, ale także dlatego, że od października mam prowadzić zajęcia na UW, które nieco jednak mi czas ograniczają. Muszę też napisać doktorat w tym roku akademickim. Więc mam co robić. 
Czekam jeszcze w lipcu na jeden przelew za pewną pracę. Kilkaset zł dostanę też za zlecenie dla UW… Takie dziobanie, dziobanie drobnostek. Denerwuje mnie najbardziej jednak nie to, że nie mam "normalnej pracy" czy pewności, że w kolejnym miesiącu będę mieć zlecenie czy nie ale to, że za wykonaną pracę nie mam kasy na koncie i że muszę się zadłużać. To strasznie deprymujące i frustrujące. 
Tym bardziej, że moi wierzyciele nie czekają. Play się dopomina, PZU Życie i UPC też. W mBanku jakieś niefajne zadłużenie mi się zrobiło dodatkowo… Wszystko dlatego, że ktoś nie przelewa mi kasy na czas.
***
Układa się za to moja współpraca z ambasadami. Ostatnio nawet ludzie z amerykańskiej ambasady zaprosili mnie na 4th of July Party do rezydencji Ambasadora. Niestety, nie dam rady przybyć, bo jestem we Władysławowie. Ale sam fakt otrzymania zaproszenia jest dla mnie wyróżnieniem. Ambasadę chcę wciągnąć w mój nowy pomysł. Zresztą nie tylko ich, ale też czasopismo naukowe "American Dream" i Queer UW. Chodzi o konferencję naukową. Szczegółów na razie nie zdradzać, bo za wcześnie. Ale jakieś tam zainteresowanie jest, mam nadzieję, że się uda. W ogóle mam już sporo pomysłów na to, co Queer UW może robić w przyszłym roku akademickim! Obawiam się tylko, żeby mnie to za bardzo nie pochłonęło. No, ale kreatywność to podstawa!
Druga z ambasad to ambasada Holandii. Nie wiem czemu ale odezwała się do mnie i… zaprosiła mnie do Amsterdamu. Na cztery dni. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Holandii robi jakiś projekt i mają zaprosić do Amsterdamu po jednym (foto)blogerze zajmującym się sprawami LGBTQ do siebie na te cztery dni. Ostatni z nich to zresztą dzień parady w stolicy Holandii, więc dodatkowa atrakcja. Nie wiem jak trafili do mnie, ale generalnie wszystko wskazuje na to, że jadę. Lada dzień ambasada ma mi kupić bilet. Miłe wyróżnienie. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdyby nie okazało się, że jest problem. Jakiś czas temu zgubiłam dowód osobisty. Mój paszport zaś termin ważności stracił gdzieś rok temu w lipcu. Pojawia się pytanie: jaki dokument umożliwi mi wyjazd za granicę RP? Niby nie jest to trudna rzecz, bo i bez niczego da się przekroczyć w strefie Schengen ale nie samolotem. Nie wpuszczą mnie na pokład bez czegoś. I choć jakiś czas temu zgłosiłam utratę dowodu w Urzędzie Dzielnicy Ochota (można to zrobić w dowolnym) oraz zgłosiłam do Systemu Dokumentów Zastrzeżonych, to wyrobienie nowego jest pewnym kłopotem… Trzeba to zrobić osobiście. I trwa to jakiś czas. Przeraziło mnie to, że mogę się do 1 sierpnia (wtedy ma być wylot) nie wyrobić. Dlatego piszę te słowa siedząc w pociągu powrotnym do Władysławowa. Spędziłem bowiem niecałą dobę w swojej rodzinnej miejscowości tylko po to, by wyrobić nowy dowód. To nie koniec – odbiór też jest osobisty. Więc za jakiś czas będę ruszać z Warszawy też tylko po to, by go odebrać… Na szczęście na 99,99% uda mi się go odebrać przed sierpniem. Zakładam, że 1 sierpnia lecę do Amsterdamu.
***
Wszyscy przeżywają ostatnio odrzucenie przez komisję sejmową dwóch projektów ustaw o związkach partnerskich. A mnie to ani nie zaskakuje, ani nie dziwi. Jak już mówiłam nie raz: nie tylko nie wierzę, że taką ustawę uda się uchwalić w ciągu najbliższych 10 lat ale nadal uważam, że na jej uchwaleniu zależy wąskiej grupce osób. Kilkudziesięciu działaczom i działaczkom LGBTQ. I nikomu więcej. Dlatego szanse są marne. Mam wrażenie, że nawet Abiekt powoli się do tej tezy przekonuje. Nie tylko słabnie jego zaangażowanie w walkę o taką ustawę ale i coraz częściej mówi o tym, jak trudne i niewykonalne jest to zadanie.
Ja powtórzę, co już kiedyś napisałam: (prawie) nikomu nie zależy na ustawie o związkach partnerskich.
***
Specjalnie nie piszę nic o chłopcach, chociaż powinnam. Może w osobnym wpisie mi się uda. Bo chcę uwiecznić pewne wydarzenia i myśli związane z Pawłem, Wojtkiem, Tomkiem i Grzesiem. Ale to już zupełnie inne historie.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Moja pierwsza praca fizyczna

21 cze
Co roku w wakacje robię coś głupiego. Rok temu, dla przykładu, spędziłam szalony tydzień w Paryżu, zadłużając się niemiłosiernie. W tym roku zrealizowałam pomysł, który od dawna już za mną chodził. Praca. Wydaje mi się, że jednym z kluczowych dla formowania się tożsamości młodego człowieka jest praca podczas studiów. Wiadomo, zazwyczaj jest to niskopłatna, często poniżająca, trudna praca, której "dorośli" się podjąć nie chcą. Chcą studenci, bo wiadomo, że każdy sposób jest dobry, by zarobić. Taka praca uczy także stosunku do pieniędzy. Że się je od tej pory bardziej szanuje, bo ich zdobycie wymagało dużego czasem poświęcenia. 
Nie jestem z bogatej rodziny. Mogę wręcz śmiało powiedzieć, że raczej z tych biedniejszych. Nigdy się u nas nie przelewało a mój wyjazd na studia był dla mojej mamy sporym obciążeniem finansowym. Wiem to i dlatego szanuję pieniądze. Od samego początku mojego pobytu w Warszawie powoli zaczynałam zarabiać jakąś kasę. Jakieś pisanie, jakieś tłumaczenia, jakieś tego typu rzeczy. Tak jest w sumie do dziś. Nie mam jednego źródła dochodów. Trochę piszę, trochę redaguję, trochę daję korki, trochę uczę, trochę zajmuje się DTP. Wszystkiego po trochu, ale wszystko to są prace około-biurowe. Komputer i ja. Oczywiście, bardzo sobie to chwalę, żeby nie było wątpliwości. Cieszę się, że nie muszę zapierdalać fizycznie i że los się do mnie trochę uśmiechnął. Niemniej, od ponad roku już powtarzam znajomym, że brak mi jednak takiego doświadczenia o charakterze studencko-zawodowym. Takiej pracy, która jest kojarzona ze studenckością. Postanowiłam nadrobić to w te wakacje. Tym bardziej, że to moje ostatnie wakacje, gdy posiadam status studenta. 
Oczywiście, nie jest łatwo znaleźć pracę będąc przekwalifikowanym (over-qualified). Nie mam też czego wpisać sobie w CV jeśli idzie o tego typu zatrudnienie, co dodatkowo utrudnia sprawę. Z racji zaś tego, kim jestem i co robię na co dzień, nie wszystkie studenckie prace są dla mnie dostępne. Klasycznym przykładem jest McDonald’s. No pewność by mnie tam przyjęli, ale jednak perspektywa obsługiwana znajomych zza McStolika mi się nie uśmiecha i odebrałaby mi całą radość, jaka ma płynąć z mojego nowego doświadczenia. Raczej nie pójdę też do sklepu ze szmatami. Podobne argumenty. Wymyśliłam więc: słuchawki! To jest to! Mogę pracować w jakimś call center! To też bardzo studencka praca. 
Na jednej z imprez w Melinie dzieliłam się tym pomysłem ze znajomymi, którzy do mnie wpadli. Jedną z tych osób był Marcinek. I on właśnie zaproponował mi coś innego. Jako że drugi rok z rzędu będzie prowadzić restaurację nad morzem, zaproponował mi pracę u siebie. Jako barman-kelner. Nie myślałam nad tym długo. Toż to idealna praca dla mnie! Jest studencka? Jest. Jest trudna? Jest. Jest niskopłatna? Jest. A na dodatek jestem tam względnie anonimowa no i mogę pracować dla mojej Miłości Życia. Same plusy. Zgodziłam się. 
Rybę Piłę, bo tak nazywa się restauracja Marcinka, znam z ubiegłego roku. Byłam gościem tam przez kilka dni w wakacje. Dodatkowo poleciłam wówczas do pracy za barem Michasia, który się chyba jednak nie sprawdził. Znałem też dużą cześć obsługi: Filipa, Anatola, brata Marcinka jak i samego Marcinka. No a w przerwie od pracy we Władysławowie, gdy Marcinek wpadł do mnie do Warszawy na imprezę, poznał w Melinie Michała, z którym teraz nadal jest. Więc dużo rożnych konotacji jest. Sama restauracja jest też ciekawa, bo ambicją Marcinka nie jest prowadzenie lokalu, który ma generować setki tysięcy złotych dochodu podrzędnym jedzeniem z mikrofali, tylko dobrej nadmorskiej restauracji z rozbudowanym drink-barem, która ma z czasem przynosić odpowiedni dochód.
Spędziłam w Rybie Pile ostatnie osiem dni. Albo i dziewięć. Sama nie wiem, bo nad morzem zawsze mam tak, że nie ogarniam, jaki mamy dzień. W każdym razie pracowałam jako barman-kelner. Do moich obowiązków należało m.in. zamiatanie podłogi, mycie stołów, przyjmowanie zamówień, wydawanie i podawanie posiłków, nalewanie piwa, sporządzenie drinków (za te bardziej skomplikowane się nie brałam, zostawiałam je innym, ale mojito, kamikaze czy też Jim Beama na lodzie zrobić przecież potrafię) ale też i rozdawanie ulotek reklamujących restaurację. Na razie nie ma sezonu, więc i ludzi nad morzem nie za wiele, i ruch w restauracji nie poraża, ale i obsługi mało na razie. W ostatnich dniach stałam sama na barze, jedna osoba chodziła po mieście promując Rybę Piłę a jedna w kuchni zajmowała się jedzeniem. Czyli naprawdę mało nas. W kluczowym dla mnie dniu, tj. w sobotę, gdy mecz grała Polska, było nas 6 osób w lokalu. Ludzi było bowiem wówczas w chuj. Ale zaraz, po kolei.
Największą trudnością jest oswojenie się z menu. Dziesiątki pozycji z dziesiątkami rożnych cen. Oczywiście, do tej pory nie nauczyłem się ich wszystkich na pamięć. Ale te najpopularniejsze już znam. Banalnie proste okazało się nalewanie piwa. Nie miałam problemu z rozdawaniem ulotek i zachęcaniem ludzi do przychodzenia. Przez wiele lat zbierałem dla PCK pieniądze do puszki na ulicy, więc jestem oswojona z takimi rzeczami. Jedną z trudniejszych ale i kluczowych rzeczy jest w Rybie przyjmowanie zamówień. Nie chodzi o zapamiętywanie, bo tutaj się zamawia przy barze i mam karteczkę, żeby to zapisać. Ale problemem jest odpowiednie tego zapisanie potem do przekazania do kuchni i do rozliczenia dnia na wieczór. Pamiętam ze swojej wizyty rok temu, że nie dla wszystkich było to łatwe i że Marcinek bardzo tego pilnował, nakładając kary za niechlujstwo czy też błędy w tym zakresie. Po tych dniach okazało się jednak, że sobie radzę. Nawet w dniu takim jak meczowa sobota, gdy w lokalu mogło przebywać jednocześnie nawet z 80 osób (teraz to szacuję, chociaż nie wiem czy słusznie, bo nie mogłem się zza baru ruszyć, więc nie wiem, jak sytuacja wyglądała na pierwszym piętrze), dawałam radę. Błędy zdarzały się kuchni częściej niż mnie. Raz źle nalałam wściekłego psa. Raz stłukłam szklankę. Oczywiście, jako kelner musiałam znosić też opierdol za błędy kuchni, ale to normalne. Ryba Piła jest miejscem przyjaznym dla rodzin z dziećmi, bo ma też kącik zabaw dla maluchów. Fajna sprawa, ale sprzątania tam co niemiara. No i trzeba pilnować, czy któreś z dzieci nie zostawiło na kartce narysowanego kutasa czy czegoś takiego. Plus radzenie sobie z rodzicami. Najdziwniejsza sytuacja: babcia z dziadkiem przyszli do nas z wnuczką na obiad. Wszystko fajnie, spoko. Następnego dnia widzę, jak dziadek wpada do nas, rozgląda się po kąciku zabaw, coś stamtąd bierze i wychodzi. Wychodzę za nim i pytam, o co chodzi. Więc mi mówi, że jego wnuczka była tutaj wczoraj i że przyniosła do domu zabawkę, którą musiała dostać (niemożliwe, bo przecież zabawek nie rozdajemy…) i okazało się, że ta plastikowa rybka jest lekko pęknięta. Więc on przyszedł, żeby ją wymienić na nową… Nie dość więc, że ukradli nam zabawkę (już nie chodzi o jej wartość, a o sam fakt), to jeszcze nie zadowoliła ich jakość ukradzionego przedmiotu i wpadli wymienić go na nowy. Pan dodał, że on tę pękniętą plastikową rybkę może nam oddać, jak weźmie sobie tą nową… Nie muszę dodawać, że rybkę odzyskałam.
Klienci… to znaczy chciałam powiedzieć: goście są w ogóle dziwni czasem. Brak napiwków mnie nie dziwi. Dwudziestogroszowe napiwki też nie. Ale spoko, rozumiem, że to kwestia kulturowa – nie przyzwyczailiśmy się do tipowania. Zawsze jednak uważają się za megaspecjalistów od kuchni. Prawda jednak jest taka, że duża cześć tego, co nam sprzedają restauracje, to otoczka. Danie jest ważne, ale nie najważniejsze. Jeśli po posiłku zapytam jak smakowało, to goście czują się ważni. Jeśli grupie młodzieży zrobię zdjęcie, na którym będą wszyscy (bo widzę, że się męczą i kombinują kogo ma na fotce zabraknąć), to wiem, że przyjdą jutro znów. Ładnie podana wódka z sokiem żurawinowym staje się dla pewnej pary "takim pysznym drinkiem, którego nam ten pan wczoraj zrobił". A jeszcze inna para przychodzi codziennie, żeby spróbować nowych drinków. Ewidentnie się nudzą (bo i niewiele się jeszcze dzieje nad morzem), ewidentnie możnaby ich określić nowobogackimi – ta delikatna dystynkcja, jaka dzieli ludzi wychowanych w klasie średniej i tych, którzy do niej awansowali jest bowiem wyczuwalna i widoczna a na dodatek nie ma dla nich znaczenia, że nie mamy jakiegoś składnika drinka jeszcze (bo sezonu nie ma, nie wszystko jest kupione) i że go zastąpimy czymś innym, byle było dużo mieszania w shakerze i ładne ozdoby z owoców na szklance. Bo robią im zdjęcia. Specyficznymi gośćmi są też zagraniczni. Mieliśmy grupę Irlandczyków i grupę Szwedów (co oni robią we Władysławowie?!), którzy lubią być dopieszczeni. Ale i z kosztami liczą się mniej niż Polacy. No i zawsze tipują. A najwięcej grupa pięciu starych chyba ciot z półwyspu bałkańskiego (co ich przyciągnęło do Władka?!), którzy wpadli wieczorem na Jim Beama lub Jacka Danielsa na lodzie. Była też bardzo wesoła i bardzo najebana grupa ze Związku Nauczycielstwa Polskiego, która postanowiła ostatecznie, że chce wnieść swoją butelkę Jacka Danielsa. Niełatwo się dogadać z pijanymi, ale ostatecznie stanęło na tym, że wnieśli, zapłacili "korkowe" a na sam koniec jeszcze pół butelki Jim Beama od nas kupili na wynos… 
Oczywiście, że zjawił się ktoś, kto mnie rozpoznał/znał. Na szczęście wiem tylko o 2 takich osobach, bo one zagadały wprost. Więc nie było źle. Mogłam czuć się tam anonimowo i udawać Radka. Takie bowiem imię przybrałam na te kilka dni. Pod takim imieniem mnie tam znano, tak mnie nazywano. Nie pytajcie, czemu Radek. Wybrałem to w pociągu z Gdyni do Władka. Jakoś tak mi przypasowało.
Każda praca to też współpraca z ludźmi. Tutaj o tyle trudna, że z ludźmi tymi się żyje w jednym miejscu. Przez pierwsze dni nocowałam w Czarnym Młynie. To taka mikrowioska jakieś 12 km od Władysławowa, gdzie Marcinek ma mały domek. Tam spałam z Michałem (chłopcem Marcinka) i Mariuszem (bratem Marcinka). Potem tylko z Mariuszem. Który dwa dni z rzędu rano kosił przed domem trawę bez koszulki. Scena jak z dobrego heteroporno. A i Mariusz jest urody nieprzeciętnej. Michał zresztą też trochę bez koszulki popierdalał. Zazdroszczę ludziom, którzy czują się tak okej ze swoim ciałem. Naprawdę, bardzo. 
Ale wracając do tematu. Po wyjeździe Marcinka i Michała, przenieśliśmy się do samej restauracji. Tam są schowane dwa łóżka piętrowe. Plus w ostateczności jeszcze jedna kanapa. Spaliśmy tam ja, Mariusz, szef kuchni Gutek i pomoc kuchenna Piotrek. Śmiesznie, bo to takie niemalże biwakowe warunki. Ale dawaliśmy radę. Potem Gutek wyjechał, bo egzamin na prawo jazdy ma mieć i zostało nas troje. W załodze Ryby Piły są oczywiście jakieś tarcia, jakieś podskórne czasem konflikty, które na szczęście mnie nie dotyczyły. Niemniej, trudno się śpi w jednym pokoju z kimś, na kogo masz megawkurwa, prawda? Tym bardziej, że przebywaliśmy ze sobą w zasadzie 24 godziny na dobę…
Wiele osób odradzało Marcinkowi zatrudnianie mnie. Że się nie nadaję, że nie będę pracować tylko się opierdalać, że będę marudzić, że będę sobie robić jaja. Że generalnie pomysł jest zły. I co się okazało? Że zupełnie nie mieli racji. Przyznał się do tego m.in. Mariusz. A potem nazwał mnie pracownikiem miesiąca. (Lepiej na mnie działa motywacja pozytywna niż negatywna). Bo jasne, nie mam takiego ciśnienia na pracę w Rybie Pile jak ludzie, którzy chcą tutaj np. zarobić na studia czy na lot do USA, wiadomo. I jasne, że traktuję to jak zabawę, odskocznię od życia codziennego, jakiś fan, którego chcę doświadczyć. Ale po pierwsze, jak się do czegoś zobowiązuję, to już na poważnie. A po drugie, jako że Marcinek jest dla mnie ważną osobą, to zależy mi, żeby jego restauracja odniosła sukces. Dlatego zapierdalałam nawet po 14 godzin na dobę.
Było super. Absolutnie super. Bawiłam się świetnie, ludzie pracujący ze mną, to w dużej części osoby, które znałem wcześniej, więc i to było fajne. Wszystko w zasadzie mi się podobało. I zapierdol, i to, co musiałam robić, i w ogóle wszystko. Do ostatniej godziny pracowałam z uśmiechem na ustach, bo sprawiało mi to autentyczną radochę. Oczywiście, spędziłem tam tylko kilka dni, więc mój entuzjazm mógłby się za jakiś czas ulotnić, ale póki co – było ekstra! Marcinek rzucił, że w sumie w sierpniu mogłabym znów na tydzień czy dwa wpaść popracować dalej. I poważnie się nad tym zastanawiam, tym bardziej, że poza kilkoma posiedzeniami Komisji Rekrutacyjnej Instytutu Socjologii UW nie mam na ten czas planów. Oczywiście, ta moja odskocznia od codzienności zawsze pozostanie tylko odskocznią. Niskopłatność pracy barmana powoduje, że jednak wolę być wykładowcą uniwersyteckim.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm