RSS
 

Notki z tagiem ‘lodz’

To było dobre lato

15 wrz

Tak mogę je podsumować. A podsumowania czas nadszedł, bo ostatni z serii wyjazdów wakacyjnych za mną. Wróciłam właśnie z domu rodzinnego.

Zacznę może od tego, że było to też lato bardzo, bardzo pracowite. Na tyle bardzo, że udało mi się wyjść z karty kredytowej i kredytu odnawialnego. W sensie, że zarobiłem na tyle dużo, że mogłem je w końcu spłacić. A więc dobrze, dobrze. Bo to było coś, co nade mną wisiało jakiś już czas. Kilka lat. Z tego się akurat bardzo cieszę. W sensie, że po naprawdę, naprawdę trudnym roku 2012 przyszedł wreszcie czas na poprawę. Finansowo rok 2013 jest o niebo lepszy. Choć, jak tak sobie pomyślę, to chyba 2010 był jeszcze ciut lepszy. Więc może powinnam bardziej się postarać?
Aktualnie regularnie co miesiąc realizuję trzy zlecenia/dzieła, które zapewniają mi większość dochodów. Dodatkowo dochodzi czasem coś jedno-dwurazowego. Przez pół czerwca, lipiec i sierpień realizowałem dużą umowę o dzieło, która mi się bardzo opłaciła. Co prawda musiałam przez nią wstawać czasem o 4:00 nad ranem a potem pracować normalnie i dodatkowo do 24:00, ale udało się. No i te drobnostki. A to jakieś szkolenie poprowadzę, a to gdzieś coś napiszę, a to dla kogoś coś przygotuję… Nie jest źle. Choć, oczywiście, są to wszystko umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Co oznacza, wiadomo, zero jakiejkolwiek stabilności finansowej. No, ale witamy w XXI wieku w Polsce. Nie bez powodu (nad)używam hasztagu #PolskaJestBardzoBiedna.

Poza pieniędzmi, wiele się działo. Wakacyjny okres zaczyna się gdzieś w czerwcu. Gdzieś w okolicach Parady Równości. W tym roku wydarzenie było o tyle ciekawe, że wpadli goście z Kanady i przedstawiciel Rady Europy. Wszyscy – moi dobrzy znajomi. Więc fajnie. No i realizowaliśmy nie tylko Paradę Równości i Tydzień Równości, ale dodatkowo Proste Równanie – z funduszy Rady Europy właśnie.
Jak zawsze, Parada Równości oznacza drastyczny spadek rzeczy-do-zrobienia. Od 15 czerwca było dużo spokojniej. Co prawda tempo nie spada do zera, ale szybko i stale maleje. Jeszcze w tygodniu po marszu byłam w kilku mediach, pisałam dla kilku, spotykałam się z ludźmi, żeby podsumować, przekazać czy coś tam opowiedzieć. Ale już ostatni tydzień czerwca był zdecydowanie wolniejszy.

Oznaczał też pierwszy wyjazd – do Torunia. W zasadzie wyjazd służbowy, bo formalnie byłam tam na IV Ogólnopolskim Spotkaniu Organizacji LGBTQ. Mówię formalnie, bo sam wyjazd okazał się miłą odskocznią od codzienności. No i samo spotkanie chyba też udane i mam nadzieję, że owocne. Miło też spotkać znajomych – wszak sporą część tych ludzi znam choć trochę. Najlepiej – Chabra, ma się rozumieć. I z nią spędziłam najwięcej czasu. Ale i Kajetana, z którym poznałam się prawie rok wcześniej na jednym ze Spotkań Gejów Nastoletnich w Melinie. Zmienił się. Ale nie zmieniło się to, że nadal jest bardzo ładnym chłopcem. Więc z nim też trochę czasu spędziłam. I – jak się potem okazało – to dobrze, bo spotkaliśmy się w dwóch innych miastach. A na najbliższą środę mamy umówioną randkę. Takie buty.

Pierwszy tydzień lipca to początek ciężkiej pracy nad dodatkowym zleceniem. Tym cięższej, że musiałam dodatkowy „etat” robić w tygodniu a nie w weekendy. Te bowiem przeznaczyłam na wyjazdy. No i mam za swoje. Wszystko fajnie, wyjazdy udane, ale com się namęczył w tygodniu, to wiem tylko ja. W tym tygodniu doszło mi jeszcze spotkanie Queer UW. A że wyjeżdżałam w piątek, musiałam ogarnąć ten dzień (i dupogodziny) wcześniej w tygodniu. Udało się i wyleciałam po 10:00 do Berlina a stamtąd do Kolonii. Na Cologne Pride, gdzie zaprosili nas organizatorzy. Mnie i Łukasza, jako gości specjalnych. Było to bardzo miłe doświadczenie. Superludzie, miłe przyjęcie, dobre warunki, fajne imprezy… Ja trzymałam się przede wszystkim z niejakim Aleksem, który był na tyle miły, że zapewniał mi rozmowę, ale i zaprowadził do kilku klubów i pubów. Sama parada, oczywiście, udana. Ja w stroju pani nauczycielki. A w Kolonii niespodzianka: V! Był tam z koleżanką, którą też znam. Więc dodatkowa atrakcja. Nie obyło się bez ciotodram – nie brałam w nich udziału, jedynie obserwowałam – więc pełen wachlarz atrakcji zapewniony. Wróciłam dopiero w poniedziałek po południu = więcej pracy przez kolejne dni…
Oczywiście, cały wyjazd – podobnie jak ten wcześniejszy do Torunia – nie był opłacany przeze mnie. To taki dodatkowy, ważny bonus.

Z tygodnia na tydzień jest coraz spokojniej. Ale i coraz cieplej. Lato zaczyna się na całego. A wiecie, że ja wysokich temperatur nie znoszę! Więc zaczynam się męczyć. Tym bardziej, że codziennie muszę spędzać w tramwajach jakieś 1,5 godziny. Czasem więcej, jak mam co zleconego na mieście do zrobienia… Dobrze, że coraz więcej klimatyzowanych jest. I dobrze, że w ciągu dnia tak wiele ludzi nie jeździ nimi. Wiadomo, godziny szczytu są najgorsze, ale często udaje mi się uciec od nich i jechać w bardziej dogodnych. Wszak formalnie mam do wysiedzenia średnio dziennie tylko 5 dupogodzin. Minus jest taki, że gdzieś do 12:30 słoneczko nakurwia prosto na mnie i na mój komputer (tam, gdzie dupogodziny robię). Więc niefajnie.

Kolejny weekendowy wyjazd. Tym razem do Lublina. Z Pauliną i Ewą zanosiłyśmy się na tę wyprawę bardzo, bardzo długo. Stwierdziłyśmy, że skoro znamy tak dobrze Auschwitz (spędziliśmy tam w sumie ponad 10 dni jakoś), to dobrze też inne Miejsca Zagłady poznać. I tak, dawno temu, narodził się pomysł wyjazdu do Lublina i odwiedzenia muzeum na Majdanku. Wreszcie się nam udało. Dzięki szczęściu, znalazłam dla nas wielki i bardzo, bardzo nowy apartament za niewielkie pieniądze. Szalałyśmy tam, skakałyśmy, darłyśmy pizdy. Ale i na Majdanek udało nam się dotrzeć. Tutaj mieszane uczucia. Jednak przyzwyczajeni do autentyczności Auschwitz, jakoś nie mogliśmy się pogodzić z liczbą interwencji, jakie poczyniono w tym miejscu. To jednak widać, to się czuje. A co gorsze, dla mnie, interwencje te wykonano dobre 40-50 lat temu, więc one same coraz bardziej wyglądają jak autentyczne elementy z II wojny światowej. A to już naprawdę niedobrze. No i brak informacji na ten temat…
Wieczór spędziliśmy w klubie Pasja. Było to bardzo smutne. Ale w ogóle Lublin imprezowy nas zasmucił. Nic się nie działo, więc po wielu, wielu próbach udało się nam dotrzeć do tej nieszczęsnej Pasji, czyli jedynego miejsca LGBT w mieście. Małego, pustego, ale bardzo taniego. Najebałyśmy się i tyle.

Kolejny tydzień, kolejne kończenie spraw. Jakieś sprawozdania dla samorządu studentów, jakieś wnioski o granty, kilka spotkań i dużo, dużo pracy. Bo, musicie to wiedzieć, najbardziej na moich wyjazdach i zleceniu ucierpiało właśnie moje życie towarzyskie. Musiało zostać dramatycznie ograniczone. Rano leciałam na dupogodziny. Potem z powrotem do domu, żeby robić dodatkowe rzeczy do północy. Pobudka o 4-5 rano i od nowa. Ale nie było tragicznie, jakieś tam pojedyncze godziny zawsze jestem w stanie znaleźć. Zwłaszcza dla Kubutka, czy innych młodych chłopców. Czy dla Kajetana, z którym tym razem spotkałem się w Warszawie.
Weekend przyniósł kolejny wyjazd: tym razem Łódź. Dawno mnie tam nie było, a jeżdżę do Gośki zawsze z radością. Odebrałam ją zresztą z dworca, bo ona właśnie z Rewala wracała. W Łodzi spotkałam się… znów z Kajetanem. Odwiedziłam Narraganset, ma się rozumieć. Dobrze się bawiłam, choć dupy nie urwało. Może dlatego, że już powoli zmęczenie zaczynało mnie brać. A może dlatego, że jakoś zabrakło większej grupy znajomych… No, w każdym razie, było okej!

Ostatni tydzień lipca był szalony. Wszystko przez zbliżający się wyjazd do Władysławowa. Bardzo, bardzo, bardzo dużo pracy. Tym bardziej, że okazało się, iż zleceniodawczyni (a raczej: zamawiająca) jest perfekcjonistką i jest nieco pierdolnięta na punkcie nieistotnych poprawek, które musiałam robić. Dodatkowo: myślała, że jestem dostępna cały dzień, a to – niestety – niemożliwe. Dobrze, że jakoś to koordynowałam i udawało mi się sprawnie sprawy załatwiać. Ale nie wiem czy porwałabym się na coś takiego ponownie…

W sobotę wyjechałam do Władysławowa. Spędziłem tam jakieś 8 dni. Oczywiście u Marcinka w Rybie Pile. Och, to były dni. Po pierwsze: oderwanie się od codzienności. Po drugie: świetna atmosfera i zabawa. Po trzecie: fajni ludzie dokoła. Po czwarte: zawsze coś się dzieje, nigdy nie ma spokoju. Rok temu po raz pierwszy wybrałam się do Władysławowa. Chciałem spróbować typowo studenckiej pracy (bo nigdy wcześniej nie pracowałem w restauracji, sklepie z ubraniami, call center ani niczym takim!) i bardzo mi się spodobało. Na tyle, że wracałam wówczas jeszcze dwa razy w wakacje, żeby więcej popracować. W tym roku dłuższy wyjazd nie był możliwy, więc tym tygodniem musiałem się nacieszyć. Ach, oczywiście że były ciotodramy. On sypia z tamtym, tamten sypia ze wszystkimi a ten przyjedzie specjalnie, żeby się z kimś przespać… Och, ach! To akurat wisienka na torcie. Jak moja summer love. Czyli piękny chłopiec, który codziennie wpadał na pomidorową.

Powrót do Warszawy okazał się trudny. W tym sensie, że czekało na mnie miliard rzeczy, jakie się przez tydzień zgromadziły. No, ale człowiek nie jest taki, coby sobie rady nie dał. Tym bardziej, że deadline się zbliża. Pierwszy tydzień sierpnia był też bardzo ciepły, co zdecydowanie utrudniało mi życie. Pamiętam, że był taki dzień, gdy zapowiadali, że będzie jakoś 35 st. Celsjusza. Na pewno nie w tym tygodniu. Ale wiem, że zapowiedziałem – i słowa dotrzymałem – że tego dnia nie ruszam się z domu. Nawet żeby robić dupogodziny. Co to, to nie. Nie dam się usmażyć żywcem. Jestem na to za gruba i za stara.

Oczywiście powodem spinki był też wyjazd do Montrealu. Przygoda tegorocznych wakacji. Bycie honorowym przewodniczącym to naprawdę supersprawa! Zero stresów, niewiele obowiązków. Wszyscy dokoła ciebie skaczą, są supermili, pomagają, troszczą się… Boże, to naprawdę relaks na całego. Oczywiście, nie cały czas. Jeden dzień pobytu musiałam poświęcić od 9:00 do 23:00 na pracę. No, niestety – w świecie umów śmieciowych można mieć urlop kiedy się chce, ale i nie można go mieć, kiedy się chce zarazem… Taki paradoksik. Tym niemniej, pogoda dopisała, wszystko dopisało. Organizatorzy byli megauprzejmi, troskliwi… No, naprawdę – wszystko wypadło fenomenalnie. I odpoczęłam, nie ukrywam. Bardzo, bardzo, bardzo się cieszę z tego wyjazdu. Na marginesie dodam, że to moja pierwsza podróż międzykontynentalna. Oczywiście, za nic nie płaciłam, co znów jest dodatkowym wielkim atutem.

Oczywiście, prosto z samolotu po powrocie: do roboty! Dupogodziny! Trzeba swoje odrobić, wysiedzieć… A ludzie spragnieni spotkań. Wszak prawie trzy tygodnie z nikim się nie widziałam. Więc trzeba też to jakoś wpleść w kalendarz pracy i zadań do zrobienia. Tym bardziej, że spotkanie z dietetyczką na horyzoncie! Tak, tak, postanowiłam schudnąć bardziej tradycyjnymi, wolniejszymi metodami. Dieta, może powrót do biegania, może jakieś elementy szóstki Weidera… Tak, tak, trzeba. Plan jest taki, żeby do końca roku z 10 kg zrzucić. Najlepiej ze 12 kg, ale nie szalejmy. Powoli, powoli.

Weekend to kolejny wyjazd: Kraków tym razem. Grześ, jak zawsze, supergościnny. Zresztą sam Kraków także. Kluby, wódka, spotkania. W tym jedno ważne: z pięknym Dawidem. Miłe popołudnie w jego towarzystwie. I tym razem bez żadnej pracy! Tylko zabawa, spotkania, poznawanie ludzi, dobre jedzenie, zimna wódeczka… Tak, tak, to był dobry wyjazd. I nawet się wytańczyłam trochę!

Nadszedł ostatni tydzień sierpnia. Deadline dużego zlecenia. Na szczęście z powodu opóźnień ze strony innych podwykonawców, ja miałam ciut wolniejszy czas. A skoro do deadline’u coraz mniej, to i poprawek będzie mniej, bo czasu na nie najzwyczajniej nie wystarczy. Czyli dobra nasza! A że gościa miałam kilka dni – Dawida, który z Władysławowa w drodze do Krakowa wpadł do mnie – to i lepiej dla mnie. Zresztą ten weekend, pierwszy od dawna spędzony w Warszawie, okazał się udany. Jednej nocy spał u mnie Sebastian, drugiej Robert. Robert, który był tak pijany, że w Glamie tańczył w samych majtkach. A momentami bez. Więc ktoś ogarnąć go musiał. Padło, jak zwykle, na ciocię JP. Ale Robert zauważył rano, że jestem jakaś rozpalona. W sensie, że mogę mieć gorączkę.

Najpierw to zignorowałam, ale po kilkunastu godzinach zrobiło się źle. I właśnie to był najgorszy moment lata. Te 8-9 dni, gdy umierałam z powodu anginy. Boże, jak mi było źle. Muszę przyznać, że to jedna z gorszych, jakie miałam. W zasadzie choruję rzadko, a jeśli już na coś, to właśnie na anginy. Tak więc zajęło mi kilka dni, zanim przekonałam lekarzy, że potrzebuję jednak antybiotyku. Na szczęście, udało się! I dzięki interwencji lekarza udało się też wszystko sprawnie wyleczyć. Choć, żeby nie było, dostałam też skierowanie do szpitala. Nie skorzystałam.
Pojechałem za to na kilka dni do domu rodzinnego. Początkowo plan był taki, że z Pauliną wybierzemy się na Zjazd Socjologiczny, który tym razem w Szczecinie. Ale ponieważ Paulina zakochana i chce ze swoją miłością jechać do Amsterdamu, to wolnego nie dostanie. Ja w sumie powinnam leżeć w domu, bo zwolnienie lekarskie na dwa tygodnie dostałam… Ale ponieważ czułem się już bardzo dobrze, wybrałem się. I w sumie nie żałuję. No, może tego, że za dużo jadłam! Ale poznałam Marcina ze Szczecina na żywo. I to akurat miłe spotkanie, miłe poznanie. Choć nie wiem jak on odebrał na żywo ciotkę JP.

Jakoś tak się układa, że tegoroczne lato – podobnie jak to rok temu – ma piosenkę, która mi się z nim kojarzy. W tym roku jest to absolutnie Klangkarussell ft. Will Heard „Sonnentanz (Sun Don’t Shine)”. I nie wiem w sumie czemu, ale tak już pozostanie. Gdy jej słucham, gdzieś tam czuję te wszystkie pozytywne chwile ostatnich miesięcy. Jak wiecie, dla mnie miejsca mniej się liczą. Chodzi o ludzi. A to lato obfitowało w dobrych, ciekawych, mądrych, ładnych, młodych ludzi.

Mówiąc krótko: wakacje się skończyły i udało mi się jakoś przetrwać lato!

***

Co teraz? Ano po pierwsze: zwalniam tempo. Nareszcie mogę. Duże zlecenie za mną. Kilka drobnych mi jeszcze zostało, ale do końca września też się powinny skończyć. Po drugie: zajmuję się rozwojem Fundacji. Staram się o różne granty, piszę wnioski, uczę się tego. Nareszcie mam na to czas. Po trzecie: może od tego powinnam zacząć w sumie – studia doktoranckie. Chcę na nie wrócić. Czekam na sygnał od profesora, by złożyć odpowiednie podanie. Ponieważ finansowa moja sytuacja jest stabilna, to jest szansa, że uda mi się znaleźć czas na napisanie i obronę tegoż do końca roku akademickiego 2013/2014. Bardzo bym chciała. Bardzo.
Rok jakoś będzie leciał. Wkrótce wznawiamy imprezy w Melinie. Ciągnie się sprawa z Bitwą pod Melino. Ciągnie się też sprawa sąsiada, który mi groził. Ale ja wiem, że tak musi być. #PolskaJestBardzoBiedna.

Ten rok nie zapowiada drastycznych zmian. Na pewno jakieś głupoty będą zajmować mi czas wolny, ale ostatnio postanowiłam też, że będę chodzić na randki. Dawniej nie chodziłem. Prawie nigdy nie chodziłem. A powinnam była! To zaczynam nadrabiać teraz. Ale, żeby Was nic nie zmyliło, nadal nie zamierzam uprawiać seksu. To tak dla jasności. Ta zasada się nie zmienia od lat.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Lublin – Majdanek, Łódź – Kajetan(ek) – wakacje mijają mi weekendowo

22 lip
Ja i Paulina w lubelskim klubie Pasja

Ja i Paulina w lubelskim klubie Pasja

Te wakacyjne wyjazdy są czymś, co uwielbiam. Nie tylko dlatego, że Warszawa zdycha i „bawi się” już tylko na Powiślu, za którym nie przepadam. Ale także dlatego, że jest to okazja do spędzenia czasu inaczej niż zwykle. Tak jak w kolejne weekendy w Lublinie i w Łodzi.

Bo tam podróżowałam ostatnio. Jak zawsze, na weekendy. Najpierw był Lublin. Planowany od sama-nie-wiem-kiedy. Z Ewą i Pauliną (która obraziła się na mnie, że na jejperfekcyjnosc.blox.pl nazwałam ją „koleżanką”) chciałyśmy się wybrać od dawna. Oczywiście, z powodu Majdanka. Jakoś bowiem tak się stało, że nasze losy splecione są z Obozami Zagłady. W Oświęcimiu się na dobrą sprawę poznałyśmy. No, a w każdym razie tam sfinalizowaliśmy ten proces. Potem jeszcze się Auschwitz zajmowałyśmy kilka razy i spędziliśmy dobre kilka dni nocując na terenie Obozu. Tak więc sami rozumiecie, że dla nas Zagłada jest czymś prywatnie wiążącym nas na dziwnym poziomie. Udało się nam też coś wspólnie na ten temat opublikować. Nadszedł więc czas na Majdanek. Przeze mnie musiałyśmy i tak ten wyjazd o tydzień opóźnić, ale już wówczas było że na pewno wszystkim pasuje na 100 proc. Aż tu nagle Ewa, że jednak nie może… Wkurwiłyśmy się i stwierdziłyśmy, że jedziemy bez niej. Bo ileż można przekładać i czekać. Na szczęście Ewa okazała się być zbyt zapobiegliwa, bo dała radę dotrzeć na stację i wyjechać z nami.

Wyjazd w sobotę rano. I, oczywiście, to nie mogła być spokojna podróż. Już od razu – jeszcze zanim pociąg z Centralnej ruszył! – mieliśmy na pieńku z parą jadącą z nami w przedziale. Bo przeklinamy. Ewie bardzo przeszkadzało to, że im to przeszkadza (ja, osobiście, mam więcej wyrozumiałości – tym bardziej, że para stylizowała się na intelektualistów, czytelników „Krytyki Politycznej” i Hugo Badera). Było niezręcznie zanim ruszyliśmy. Ale, jak podkreśla Paulina, nam przeklinanie nie jest potrzebne. Możemy być wystarczająco nieznośne i bez tego. Po prostu podróż z nami to nic przyjemnego. Gadamy cały czas, śmiejemy się bez przerwy, mamy dwuznaczne wypowiedzi, jednoznaczne nawiązania, obrzydliwe skojarzenia i nie obawiamy się komentować na głos złośliwie ludzi siedzących obok nas. Tak, takie jesteśmy. Ale jeszcze zanim wsiadaliśmy do pociągu, Paulina głośno na peronie mówiła, że bardzo jej jest przykro z powodu osób, które będą musiały z nami siedzieć w przedziale

Taksówką dotarłyśmy do wynajętego apartamentu. Śmiesznie, bo na dwa dni przed okazało się, że nasz apartament jest niedostępny (nie wiem do dziś dlaczego w sumie…), więc pani nam zaproponowała inny, większy, o wyższym standardzie. No, nie zastanawiałam się za długo i, oczywiście, wzięłyśmy go. I rzeczywiście, mieszkanie było połączeniem dwóch istniejących tu poprzednio. 100 metrów kwadratowych i wanna z masażami i duperelami wielkości połowy mojego pokoju (nalewanie wody do niej było najdłuższą częścią kąpieli). I to wszystko za jedyne 200 zł!
Nie dane nam jednak było nacieszyć się tym, bo Majdanek czekał. Nie miałyśmy daleko, komunikacją miejską podjechałyśmy. To był mój pierwszy raz tam, Ewy też. Paulina kiedyś już była.

No i muszę powiedzieć, że to ciekawe doświadczenie. Muzeum, w przeciwieństwie od Auschwitz, jest bardziej przetworzone. I to nie jest zarzut, po prostu inny jest pomysł na to miejsce. I to jest okej. To, co mi jednak przeszkadzało to, że nie ma wyraźnej granicy pomiędzy tym co autentyczne a tym, co przetworzone. Nie wiem, który z baraków był zachowany od lat 40. XX wieku (chyba żaden). Brakuje mi tego, że betonowa ścieżka wzdłuż obozu – z racji tego, że powstała dość dawno temu – zaczyna przypominać swoim stanem same baraki i nie ma nigdzie informacji, że w momencie istnienia obozu jej tam nie było. Niby oczywiste, ale… czy na pewno? No i piece krematoryjne, od których nie odchodzi żaden komin a nad budynkiem, w którym się znajdują, wznosi się wielkie kominisko… Jakoś to mi nie gra wszystko.
Dużo skromniejsze zbiory, ale to oczywiste. Ciekawie zaaranżowane buty pomordowanych – ustawione tak, że wydaje się, że jest ich dosłownie 10 razy więcej niż jest ich naprawdę. No i kłopotliwy dla mnie pomnik z prochami zgładzonych… Jakoś nie wiem, ten proch wydaje mi się kłopotliwy. A co się dzieje, jak go wywiewa? Dosypują nowy? Nie, nie, jakoś tak dziwnie…
Ciekawym doświadczeniem jest też bliskość Miejsca Pamięci i miasta. To dopiero niesamowite – w Oświęcimiu jednak jest to jakoś delikatnie oddzielone. Ale tutaj zupełnie nie.

W Lublinie musiałyśmy zaliczyć Starówkę, gdzie zjadłyśmy obiad. Ponarzekaliśmy na obsługę (strasznie wolna!), ale generalnie było okej.
Kłopotliwe okazało się znalezienie sklepu spożywczego. Gdy wpisałam w Google Maps „Carrefour Express”, wylądowaliśmy w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Też fajnie, ale akurat takie usługi nie były nam potrzebne. A Google Maps twardo twierdziło, że jesteśmy szczęśliwie na miejscu. Na szczęście, udało się nam to ogarnąć i dzięki temu miałyśmy wermut na wieczór.

Wieczór nadszedł szybko – tym bardziej, że jednak w Lublinie imprezuje się wcześniej niż w Warszawie. Wyszukałam w sieci imprezy. Tej nocy dominowały imprezy dla singli. Co jest ciekawe, zważywszy na liczbę ślubów, które widziałyśmy na mieście… Ruszyłyśmy w noc! I co się okazało? Że to jednak nie takie proste. Że jeden z klubów już chyba nie istnieje. A to, co było w jego miejscu nas przerażało liczbą pijanych młodych wyrostków stojących przy stolikach na zewnątrz przed lokalem. Więc nie, nie.

Rozpoczęło się szukanie lokalu gejowskiego. Wychodzimy z założenia, że gdzieś pedalstwo w miastach musi się jednak spotykać. I czasem nie ma lokalu wprost LGBT, ale jednak takie, gdzie się gnieżdżą po kontach być musi! Udało się nam ustalić, że jest! Że jest Pasja! To jest miejsce LGBT w Lublinie – idziemy więc.
Znalezienie go nie jest łatwe… to jeden z tych ukrytych, no-logo, niewielkich klubików. Ale udało się! Przy okazji Kacperek, który jest z Lublina i do którego dzwoniłam z pytaniami, obiecał mi fotki swoje w „stroju Adama” a nadal mi ich nie wysłał. Ja wiem, że byłam pijana trochę, ale jednak to pamiętam!
W środku… no, 5 osób. Plus barman Piotrek, który okazał się być jedynym jasnym punktem. Nie to, że był ładny czy coś, bo nie był – ale on sprawił, że ten wieczór się udał. Pasja jest w wakacje czynna tylko w soboty (!) od 21:00. I mają promocję! Do którejś-tam godziny szot wódki kosztuje jedyne 3 zł! Jak za darmo. Gorzej, że po skończeniu się promocji ten sam szot kosztuje… 3,50 zł. Tak więc nadal za darmo. Nic to więc, zaczęło się picie. Okazało się, że to nie koniec niespodzianek. Największym szokiem dla nas była jednak łazienka. Jest tak sprytnie skonstruowana, że nie da się w niej zamknąć drzwi. Rozwarcie minimalne pomiędzy framugą a drzwiami wynosi z 50 cm, jak nie więcej. Po prostu po drodze jest zlew, który uniemożliwia zamknięcie drzwi… Wyższa technologia ;) Byłyśmy już jednak dość pijane, więc nas to bawiło.
Wydarzenie wieczoru: tańczyłyśmy. Już nie pamiętam do czego, ale tańczyłyśmy! I podziwialiśmy lustra na ścianach, które ewidentnie nie wytrzymały imprez jakiś i pęknięte były.
Nie zrozumcie mnie źle, ja się nie naśmiewam. Pokazuję tylko, że nie jest najlepiej.
A dziewczyny wracały bez koszulek. W stanikach. Bo chciały zrobić YOLO.

Niedziela nadeszła spokojnie. Wyspane, poszłyśmy „na miasto”. A dokładniej: do zamku, który zobaczyć chciała Ewa. Na starym mieście spotkałyśmy Macieja Bieacz, który był na jakimś pogrzebie cioci czy innej równie radosnej uroczystości… Zamek zobaczyłyśmy mimo padającego deszczu i powoli zmierzałyśmy do pociągu.

Podróż powrotna była spokojna… do czasu. Paulina użyła słowa „pierdzieć”, co oburzyło siedzące z nami panie, które skomentowały to – patrząc na mnie i na Paulinę (to była rozmowa pomiędzy nami) – słowami: „W przedziale mamy dziecko”. Na tak oczywiste zdanie – wszak zauważyłam, że jedzie z nami jakaś dziewczynka w wieku bardzo nieletnim – odpowiedziałam: „No, mamy”, bo nie wiedziałam, co się mówi. Dopiero potem do mnie dotarło, że to mogła być zabawa – ja powinnam powiedzieć coś w stylu: „W przedziale mamy siedzenia” albo „W przedziale mamy torby”. Chyba, co nie? I tak się zakończyła nasza majdankowa przygoda weekendowa.

***

Czwartek. Niepozorny dzień. Ale tego dnia Kajetan, którego poznałam kiedyś na Spotkaniu Gejów Nastoletnich a i który potem, kilkadziesiąt dni temu, był obecny na IV Ogólnopolskim Spotkaniu Organizacji LGBT, przebywał w Warszawie. Jako że jest chłopcem o niepodważalnej urodzie a dodatkowo intelektem odbiegający znacząco od średniej, postanowiłam wizytę jego wykorzystać. I zaprosiłam go na kolację.
Tym bardziej, że miałam do zaliczenia bon vivant – czyli miejsce mojego znajomego Leszka. Udaliśmy się więc tam i muszę przyznać, że byłam zaskoczona. Raz, że supermiłym przyjęciem Leszka a dwa, że samym miejscem. Jest mniejsze niż myślałam, ale to na plus. Jest przytulniej, choć czarno-białe kolory budują nieco dystansu do miejsca. Leszek poczęstował nas winem musującym. Dwoma, w sumie… Ja zjadłam zupę cytrynową, a Kajetan jakieś mięso (wybaczcie, ale nie pamiętam co…). Było smacznie. Leszek, który siedział z nami, opowiadał trochę o przygotowywanych posiłkach. To ciekawe doświadczenie.
Jako że dwie butelki wina poszły, muszę przyznać, że w głowach się nam trochę zakręciło. I tak zrodził się pomysł pójścia do Gryzę i Połykam. Pomysł, jak się potem okazało, szalony jednak. Grześ na miejscu przyjął nas ciepło. Mam wrażenie, że Kajetana wręcz zbyt ciepło – momentami włączał się mu jego dawny styl podrywania ;) Oczywiście, jak to w Gryzę i Połykam – poszło szybko. I nie było co gryźć, bośmy wódkę pili. Dość intensywnie, przyznaję. Och, nic na to nie poradzę, że kocham alkohol. I przyznaję się bez bicia, że nie pamiętam, jak do domu wróciłam. Kajetan trochę więcej niż ja ogarnia z tej podróży – bo ostatecznie spał u mnie. Miał wrócić do domu, ale na ostatni pociąg wyszedł za późno… no i tak się jego losy potoczyły. Obudziłam się w piątek rano na łóżku obok niego. Musiał być bardzo padnięty, bo poszedł spać tak, jak stał, nie zdejmując niczego. Plusem jego noclegu było to, że mógł na UW załatwić formalności bez konieczności ponownego przyjeżdżania z Łodzi do Warszawy.

A żeby było śmieszniej, zaplanowane mieliśmy jeszcze dziś widzenie w Łodzi.

***

Do Łodzi jechałam sama. To akurat mi nie przeszkadza, mam tam sporo znajomych a poza tym w mieście tym czuję się swobodnie. Prawie jak u siebie. Podróż spokojna, choć musiałam trafić na niemowlę w przedziale. Na szczęście mam dość głośne słuchawki, więc mogłam się wyłączyć na te dwie godziny. Tyle bowiem trwa teraz podróż do Łodzi Kaliskiej. Ci z was, którzy nie znają tego miasta, winni wiedzieć, że normalnie z Warszawy jeździ się do Łodzi Fabrycznej, która jest bliżej, ale… cały dworzec jest wyburzony, ma być jakoś pod ziemię w ogóle schowany i generalnie jest Polska W Budowie. Nie wiem jak długo, ale wiem, że przez Polskę W Budowie nie tylko planowo piątkowa podróż trwała dłużej ale jeszcze dodatkowo musiał pociąg kilka symbolicznych minut opóźnienia dodatkowo zaliczyć. Polska jest bardzo biedna.

Z dworca odebrał mnie Sebastian. On jest hetero – powtarzam to za każdym razem: trochę dlatego, że jestem dumna, że mam heteroznajomych poza Warszawą a trochę dlatego, żeby nikt go nie podejrzewał ;) Przyjechał jakimś vintage samochodem – ja się na tym nie znam, ale on się zawodowo tym zajmuje na co dzień (aż taki hetero jest!). Dawnośmy się nie widzieli, ale w międzyczasie współpracowaliśmy przy okazji różnych projektów. Ja chętnie wykorzystuję jego talent. Bo poza tym, że teraz zajmuje się samochodami (hetero!!!), to jest świetnym grafikiem (już mniej hetero…). Więc jak tylko mogę, zatrudniam go i zlecam mu co się da. Tak mamy kontakt. Dowiedziałam się co u niego. Śmieszne jest to, że znam go od czasu, gdy był w 2 klasie gimnazjum, więc – dosłownie – obserwuję, jak się zmienia, jak dorasta, jak staje się (stał się?) dorosłym człowiekiem. To, prawdę mówiąc, jest jeden z powodów, dla których poznaję młodych chłopców – jakoś przyjemność sprawia mi obserwowanie tego, jak się zmieniają. Oczywiście, nie dlatego poznałam Sebastiana, ale to już inna historia…
Zjedliśmy coś dobrego. On zdziwił się, że piję alkohol (jeden mały drink – Johnnie Walker z Colą Zero!), ale on pamięta mnie z czasów, gdy nie brałam alkoholu do ust. Śmiesznie. Dalej on chciał iść w noc gdzieś tam w swoje już rejony, a ja stwierdziłam, że muszę dotrzeć do Gośki i jej córki Marty, u których się zatrzymuję. Pognałam więc. Tym bardziej, że okazało się, że Marta na randkę wychodzi a Gośka jeszcze z Rewala nie wróciła. Co prawda jej pociąg miał być w Łodzi o 19:20, ale… Ale Polska jest bardzo biedna. Więc w polu się im lokomotywa zepsuła i nie dali rady. Ostatecznie dotarła na dworzec około 22:45. Witana przeze mnie okrzykami: „Gosiu, niech bogowie błogosławią ziemię, po której stąpasz!” i „Niech Łódź się raduje, bo oto się objawiłaś!” wzbudzała zainteresowanie na dworcu Łódź Kaliska ;)

O 23:15 byłam już umówiona z Kajetanem w centrum. Tak więc wysiadłam po drodze i nie odprowadziłam jej do domu. Za to poszłam w noc z nim. Jego pierwsze słowa: „Czuję, że dziś dostaniemy wpierdol”. Nie wiem skąd mu się to wzięło. To znaczy, jasne, ja mam kolczyki i makijaż a on w ubraniu wyglądał na bardzo, bardzo młodą ciotę z malutką dupą, ale bez przesady. Ledwo wypowiedział te słowa, przeszliśmy może 10 kroków i usłyszałam za nami „pedały!”. Eh…
Kajetan pokazał mi Off – czyli miejsce, które w Łodzi udaje warszawskie Powiśle bez Wisły. Jak wiecie, nie przepadam… Kluby z plastikowymi kubeczkami, leżaki zamiast parkietu… nie, nie, nie – to nie mój klimat. Raz na jakiś czas, oczywiście, doceniam. Wszak w różnorodności siła! Ale co do zasady: nie bawią mnie takie miejsca. Wylądowaliśmy w Spalonych. Nie na długo jednak – po drinku trzeba nam się było zbierać, bo okazało się, że Kajetan nie może długo siedzieć z racji zmian w jego planach wyjazdowych następnego dnia. Szkoda, szkoda.

Poszliśmy do Narraganset. Oczywiście, że sprawdzili mu dowód (ale ma, ma!). Już przy wejściu ktoś wita mnie teatralnie: „Witamy Jej Perfekcyjność!” – i tyle było mojej anonimowości. W środku, średnio-tłoczno, ale godzina młoda jeszcze. Plusem Łodzi, tak jak wspominanego Lublina, są ceny. Wódka z colą kosztuje 11 zł. Tak, jedenaście. Tak więc picie było łatwe. Kajetan poszedł a ja zostałam sama. Nie na długo jednak. Po chwili podszedł do mnie ktoś, kto bardzo chciał mnie poznać i chciał się ze mną napić. Eh, nie odmówiłam, bo dlaczego. Zawsze to jakaś odmiana od stania i patrzenia na dresogejów w Narraganset ;) Small talk udany. Spotkałam też w drodze do WC znajomego, który powiedział: „Dobrze, że jesteś, Łódź potrzebuje miłości!”

Wróciłam do mieszkania pieszo, zaliczając po drodze węglowodanowe samobójstwo.

Sobota była najbardziej leniwym dniem ever! Nie wiem, kiedy ostatnio aż tak przejebałam dzień – i było to super! Gadki-szmatki z Gośką i Martą. Super! One co prawda pod wieczór gdzieś tam szły, ale ja się nie przejmowałam, bo w tym czasie telewizję pooglądałam (też ciekawa odmiana od codzienności!). I gdy wróciły, czekałam na nie z winem i wermutem. Były jednak zbyt zmęczone, więc dość symbolicznie się napiły. Ja mniej symbolicznie. Ale też bez przesady!
W noc poszłam śmiało – do Narraganset tym razem od razu. Piotrkowska, mijana po drodze, wydała mi się jakaś pusta (może w Off wszyscy siedzieli?). W Narraganset za to śmiesznie. Jeszcze bardziej kolorowo niż poprzedniej nocy. I wreszcie udało mi się trochę najebać – szmerek w głowie się pojawił. Za którymś razem podchodzę do baru i dowiaduję się, że za drinka nie płacę. Zdziwiona pytam o co chodzi – barman opowiedział: „Mam powiedzieć, że to od ładnego barmana”. Ciekawie… Potem się dowiedziałam, że to od Dawida, który akurat tej nocy nie pracował. Albo już w ogóle tam nie pracuje. Ale fakt, że Dawid kiedyś wzbudził moje zainteresowanie i nazwałam go tu czy ówdzie ładnym barmanem. Miły gest. Oczywiście, odwdzięczyłam się tym samym. Ale jego nie widziałam – a w każdym razie tego nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że poznałam chłopca. Zaczepiłam go. Poszliśmy pogadać, potem zaprosiłam go na szota i chyba drinka. I nawet nie pamiętam, jak miał na imię… ale pamiętam, że był wysokim, szczupłym blondynem. Więc chyba okej.

Byłam w którymś momencie w takim stanie, że stwierdziłam, że czas do domu. Tym bardziej, że w niedzielę wstawałam o 8:00, coby o 10:00 już w pociągu do Warszawy siedzieć. Wszystko się udało, wszystko zgodnie z planem poszło! Po 12:00 byłam w stolicy a kilkadziesiąt minut później już oddawałam się pracy…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Liczy się impreza, a nie związki

28 lut

Znów długo nie pisałam. Wszystko przez weekendy. Bo, nie ukrywam, że najwięcej i najczęściej piszę blo w weekendy właśnie. A ostatnie trzy były dość szalone. Więc może właśnie od nich zacznę, a potem się na innych rzeczach skupię.

Wyjazdowe szaleństwo weekendowe zaczęło się od Łodzi trzy weekendy temu. Pojechałam tam, bo a) dawno mnie tam nie było, b) lubię Łódź, c) mam tam sporo znajomych. Przy okazji miałam okazję poznać Mikołaja. To taki nastolatek, którego na kumpello jakiś czas temu e-poznałam. Tym razem mieliśmy na żywo dokonać pierwszej interakcji. Dodajmy, że warunki były niesprzyjające, bo było strasznie, ale to strasznie zimno. A na dodatek Mikołaj sobie wymyślił, że odbierze mnie z dworca Łódź Kaliska (bo Łódź Fabryczna zamknięta, a Łódź Widzew mu za daleko), co o jakieś pół godziny wydłużyło moją podróż. Niech jednak stracę, pomyślałam, jakoś dojadę.
Mikołaj okazał się nieco wyższy niż przypuszczałem. Ale w sumie poza tym spełnił moje oczekiwania – tzn. pokrywał się z moim wyobrażeniem jego osoby. Bo wiecie jak to jest z e-znajomościami: czasem okazuje się, że to, co sobie dopowiemy na temat osoby, zupełnie rozmija się z rzeczywistością. Z Mikołajem tak nie było. Spędziliśmy razem wieczór i noc w klubach. Odwiedziliśmy Bedroom, w którym było dość pusto, ale nieźle muzycznie. Postaliśmy, pogadaliśmy i poszliśmy do Narraganset. Jak na piątek, było bombowo. Bardzo dużo ludzi, muzyka… no, bez zmian. Taka, jak zwykle w Narra. Było okej, bez szału, bez rewelacji. Ale okej.
W Łodzi zatrzymałam się, jak zwykle, u Gośki i Marty. Fajnie było je znów zobaczyć, pogadać. U nich cały czas zmiany. To dość niesamowite, ale poznałem Martę, gdy była jeszcze w gimnazjum, a teraz jest już panną-studentką na wydaniu. I to wybredną panną ;) Lubię je. Są jak doskonale zgrany mechanizm. Okazuje się, że przyjaźń między matką a córką jest możliwa. I tak właśnie wygląda. A ja czasem wkraczam w ich życie ze swoim szaleństwem w oczach i coś tam im namieszam… Ale tylko na chwilkę.
W sobotę Damian.be dotarł do Łodzi, więc przeniosłam się do jego mieszkania. Daleko! Ale miło, że nowe miejsce. Babcine mieszkanie, więc wiadomo co tam się dzieje w środku, jakie meble, jakie wszystko. Zabawnie. Mikołaj też dotarł, ale na imprezę potem z nami nie szedł. Zaskoczyło mnie tylko, że już po kilku dniach napisał, że ma kilku nieletnich znajomych, którzy się nie bawią, a z którymi mnie NIE poznał. No, co za skandal. Jeśli macie młodych, homoseksualnych znajomych, to wiadomo, że ja chcę ich poznać! Bez brzydkich skojarzeń, ale naprawdę chcę!
Wieczorem wybraliśmy się do Narraganset. Jednak nie jesteśmy przyzwyczajeni do bawienia się od 21:00. Nie potrafimy się przed północą zebrać za nic w świecie. W Narra dobrze. Znów dużo ludzi, choć ładnych chłopców jakoś mniej. Tej nocy zaskoczyła nas informacja o śmierci Whitney Houston. Nikt w klubie jeszcze nie wiedział, nas znajomi bombardowali smsami i wiadomościami na facebooku. Jakby jej śmierć była najważniejszym wydarzeniem w historii ludzkości albo jakoś nas wyjątkowo osobiście dotykała. No, nie powiem, Whitney była wielką gwiazdą, ale też i nie ma co udawać – od lat nie wydała niczego konkretnego… To już nie ta Whitney. Co nie zmienia faktu, że szkoda.
Wszystkich oburzył mój komentarz facebookowy „Chuj z Whitney! chłopiec z grzywką mi się gdzieś schował!” Że niby nie potrafię uszanować śmierci itd. Pomijam fakt, że ktoś próbuje z jednego mojego komentarza facebookowego wnioskować o moim nastawieniu do śmierci Whitney Houston. Ale wydaje mi się, że komentarz był bardzo na czasie. Prawda jest taka, że nie ma co rozpamiętywać czyjejś śmierci – zwłaszcza, że tutaj wydaje się ona „zawiniona” – nikt jej nie zabił, nie był to nieszczęśliwy wypadek, tylko destrukcyjne działanie samej denatki. Więc nie udawajmy teraz, że jest taka niewinna, święta i w ogóle. Poza tym ja naprawdę chciałabym, żeby o mojej śmierci ludzie pamiętali tak przez góra kwadrans. A potem żeby bawili się dalej. Jak w „Klubie 54”, gdy po śmierci tej starszej kobiety na parkiecie, po usunięciu jej ciała, impreza trwa dalej. Musi trwać!

Kolejny weekend wypadł na Sopot. Z Gackiem, Mocarem, Pauliną i Andżelą ruszyliśmy w podróż Polskim Busem w piątek rano. Nie przepadam za autobusami, ale 1) jak się jedzie w piątkę, 2) na dość dobrej trasie, to czas mija szybko. Oczywiście, że graliśmy w makao! Nie inaczej. I tym razem nie spożywano alkoholu. Ostatnio jak jechaliśmy do Sopotu w nieco innym składzie, to w trakcie podróży rozpracowaliśmy trochę wódki… Teraz nie. Może z powodu wczesnej godziny? Sama nie wiem. Niemniej, współczuję ludziom, którzy jechali przed nami. To musiała być mordęga. Całą drogę darliśmy pizdy, graliśmy głośno w to nieszczęsne makao, słuchaliśmy muzyki, kłóciliśmy się, biliśmy, robiliśmy awantury, komentowaliśmy na głos i śmialiśmy się do bólu brzucha. Masakra. Zabiłabym nas, gdybym siedziała przed nami. Nikt jednak się nie odważył. I dobrze, bo nasze dziewczyny by zaatakowały na pewno ;)
Apartament przy Monte Cassino okazał się całkiem ładny, ale mniejszy niż się na fotkach wydawało. Co w sumie nie zaskakuje, prawda? Bo przecież po to się robi fotki. Wszystko w nim fajnie, poza takimi drobnymi szczegółami, które świadczą o tym, że jednak o to miejsce się nie dba za bardzo. Mam na myśli np. to, że jedna z żaróweczek w łazience się nie paliła, jeden z kinkietów nie działał do końca, jeden z kurków pod prysznicem był oklejony… no, sami wiecie. Drobnostki, które dopiero potem widać. Ale to moje czepialstwo, wiadomo. Poza tym było super.
Pierwszej nocy Paulina się źle czuła (ból brzucha), więc nigdzie nie wychodziła. A Andżela się na tyle zrobiła, że też nie była w stanie wyjść. To zadecydowało, że poszliśmy prosto do Sixty9. Było… ciekawie. Muszę zauważyć, że trójmiejskie lesbijki, choć liczne, są mimo wszystko mniej uciążliwe imprezowo niż nasze, warszawskie. Są – po pierwsze – mniejsze. Więc nawet jak już pijane (no co? bywa!) obijają się o ludzi, to jakoś mniej to przeszkadza. Odbijają się po prostu i bawią się dalej. Nie miażdżą. Średnia wzrostu w ogóle w Sixty9 była jakaś zaskakująco niska. Miałam wrażenie, że znacząco wywyższamy się ponad wszystkich obecnych. To dość zabawne uczucie. Muzycznie było… dość Glamowo, więc bez szału. Ale lokal zdecydowanie ładniejszy, oświetlony, czysty. Nie, no bez porównania. Na górnym piętrze ładnie house grali.
Oraz, oczywiście, w Sopocie zawsze palę. W sensie, że trzymam papierosy w ustach. Tylko w Sopocie. Uważam, że to zabawne. Wróciliśmy do domu jakoś rano, zostawiając Mocara mizdżącego się do swojego byłego. Zaliczyliśmy Kebabistan (najzajebistsza nazwa dla lokalu kebabowego jaką widziałam!), w którym przygotowanie kebaba trwa jakieś 30 sekund oraz można wziąć kebaba bez bułki na wynos w tekturowym opakowaniu (ekstra!). Ale to nie koniec.
Wróciliśmy, obudziliśmy nasze lachony i się zaczęło. Na balkonie palili/pili i zobaczyli jakiegoś chłopca. Zaczepiali go, a że Mocar ostatecznie dotarł do domu, to i chłopiec do nas wszedł. Był bez kurtki i jak się okazało bez portfela i telefonu. Zgubił swoją dziewczynę i znajomych, nie wiedział dokąd idzie ani skąd. Ok., był dość pijany. Gacek próbował go poderwać (jak zwykle), ale mu się nie udało. Typowy hetero – ale jak dziewczyny komentowały jego strój i doradzały jak może się lepiej ubrać, słuchał uważnie. Mnie ta zabawa po 20 min znudziła, ale Gacek i Paulina ciągnęli to jeszcze jakiś czas. Swoją drogą… ja bym w życiu nie weszła ot tak do kogoś obcego do mieszkania. Sami rozumiecie…
W sobotę poza wyjściem na plażę, spacerami i w ogóle, jak zwykle, graliśmy w makao. Oraz bawiliśmy się, śmialiśmy do rozpuku (naprawdę dawno już nie śmiałam się tak dużo, tak często i tak długo jak w Sopocie tym razem) aż nadszedł wieczór. Bifor, tańce, hulanka, swawola. Było zabawnie. Tym razem Paulina się dość mocno zrobiła, a Andżela postanowiła z nią zostać. Jako że padał marznący deszcz, zrezygnowaliśmy z clubbingu, który postulowałam i poszliśmy prosto do Sixty9. Zupełnie inne miejsce. Dużo wyższa średnia wieku, wyższa średnia wzrostu, mniej kobiet. Dużo house’u i to nawet niezłego momentami. Wyskakałam się. Gacka poderwać chciał jakiś pan, który myślał, że Mocar jest jego chłopakiem. Cała akcja skończyła się kompromitacją w postaci wywrócenia się pana ubranego w odblaskowoniebieską kurtkę na Gacka i didżejkę znajdujących się na podeście, po przebiegnięciu całego parkietu (wiem, że to zdanie jest niepoprawne). Wstyd, jakich mało.
Wróciliśmy nad ranem, znów Kebabistan i spać. O 12:00 musieliśmy w niedzielę być gotowi do wyjścia. Wszystko się udało, wybyliśmy z lekkim tylko poślizgiem. Dzień spędziliśmy na spacerach w Gdańsku, skąd o 18:30 wyjechaliśmy do Warszawy. Zachowywaliśmy się w autobusie jeszcze gorzej. Jeszcze głośniejsze zachowanie nie wywołało znów reakcji poza wybuchem śmiechu pod koniec podróży, gdy Andżela oświadczyła firmie taksówkarskiej, że podjeżdża właśnie autokarem na miejsce.
Przez cały pobyt udało mi się wyłączyć myślenie na tyle, że nie sprawdzałam maila, nie zajmowałam się sprawami warszawskimi. Cudowne uczucie! Oraz nagraliśmy mnóstwo filmików, z których chcemy złożyć jeden dokument „Ekipa z New Warsaw”. Damy radę.

Ostatni wyjazd – do Krakowa. Doświadczona pozytywnie Polskim Busem wybrałam i tym razem ten środek lokomocji. Z Damianem.be wyruszyliśmy wczesnym popołudniem. Okazało się to błędem. Autokar spóźnił się godzinę, bo po drodze jakiś wypadek był i jazda do Krakowa zajęła nam 6 godzin. Trasa jest nieciekawa i ogólnie jestem na nie. Teraz już to wiem. Polski Bus do Sopotu – tak, Polski Bus do Krakowa – nie. Zdecydowanie.
Na miejscu zatrzymaliśmy się u Asi, która przypadkiem też akurat była znów w Krakowie. Anton z Białorusi, który aktualnie studiuje od 2 tyg w Lublinie, też postanowił się zjawić w Krakowie. Więc okazało się, że jest bardzo zabawnie i tłoczno. Nie mieliśmy dużo czasu, bo zaraz trzeba było na imprezę iść. Zebraliśmy się więc i pojechaliśmy.
Najpierw Dobre Bity – nowe miejsce z imprezami dubstepowymi. Nie tym razem jednak. Przy wejściu okazało się, że dziś jest jakieś drum’n’base party, więc nie dla nas. Spasowaliśmy. Kitschu, jak wiadomo, nie ma z powodu schodów, więc przeszliśmy się do LaF. Ten klub znów istnieje, znów działa. Znów jest bardzo lesbijski, ale tak pozytywnie nawet. W sensie, że jest to wszystko nieinwazyjne takie. Przy barze pani zapytała mnie czy byłam w TVN dwa dni temu. Musiałam potwierdzić. Za to dała mi Colę Zero na koszt firmy. Sweet, prawda? Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. Śmieję się, że to są właśnie profity ze wstawania na bardzo, bardzo wczesną godzinę do telewizji. Jedyne wymierne. Zaoszczędziłam 4 zł. W LaF poskakaliśmy trochę, ale że jakoś nie zanosiło się na to, żeby impreza dalej się rozwinęła, to się zwinęliśmy i do Coconu przenieśliśmy. Tutaj także zaskoczenie pozytywne. Bardzo dużo, jak na piątek, ludzi. Dużo ładnych chłopców, muszę przyznać. Na kilku się ZAPACZYŁAM. Jeden w czapeczce takiej samej jak Damian.be, inny w czapce wyglądającej jak melonik i bardzo offowej kurtce Adidas Originals, jeszcze inny bardzo młody. No i szklankowy słodki i taki malutki. Boże, jaki on piękny! I zupełnie nie patrzy, co się dzieje dokoła niego. W sumie okryłam przez dwie noce zabawy w Coconie, że gdy nie ma koło mnie kogoś ze znajomych, obcy ludzie częściej, śmielej i więcej zagadują do mnie. Że wiedzą, kim jestem. Że widzieli w TVN. Że fajna jestem. I w ogóle. Ja nie twierdzę, że to nie jest miłe. Jest. Nie udaję też, że jestem przemęczona popularnością, bo to zdecydowanie nie ten poziom. Ale czasem ludzie są dość… napastliwi. Zwłaszcza pod wpływem alkoholu. Podchodzi do mnie chłopak, zarzuca rękę na szyję i mówi: „Jesteś sławny!” po czym nadstawia ucho i czeka na odpowiedź. No i co ja mam odpowiedzieć na coś takiego? Przy czym wyraźnie nie jest trzeźwy…
Jeden z chłopców, na których gapiłam się bezczelnie, zareagował na to. Gdy siedziałam przy barze z Asią i Damianem.be, zawołał mnie. Przywołał gestem w sumie. Było to dość dziwne, ale i ekscytujące. Że wiecie, ktoś mnie podrywa czy coś. Bardzo rzadko mi się to zdarza. Asia, która widziała ów gest, zachęcała mnie do podejścia. Ja za bardzo nie wiedziałam, co się robi… Brak doświadczenia robi swoje. No, ale wstałam i wyszłam z nim na papierosa na zewnątrz. I gdy już w sumie radosna byłam, że pogadam z nim, powiedział mi: „A reszta nie przychodzi?”, patrząc na Asię i Damiana. Zrozumiałam wówczas, że wcale nie chce mnie podrywać. Tym bardziej, że zwrócił się do mnie jakoś w stylu per „Hej, Perfekcyjna”. Zrozumiałam, że chciał tak naprawdę poderwać Damiana.be. Smuteczek trochę, nie?
Niemniej, było miło. I znów mi się zdarzyło dostać coś za darmo. Ostatnią Colę Zero wypiłam za free, bo a) skończyła mi się gotówka a nie wiedziałam, że nie można kartą płacić (skandal, swoją drogą!) oraz b) to była końcówka Coli Zero, która się już w klubie skończyła. Więc średnio się liczy, ale można mówić, że jest zaliczone i że za darmo też.
Wróciliśmy późno jak na Kraków, bo jakoś o 7.00. Nieźle. I nic nie jedliśmy po drodze!!! To największy sukces w sumie. U Asi spaliśmy – ja z Antosiem, Damian.be z Asią. Anton zaś… muszę to powiedzieć… dawniej był słodką, uroczą, piękną szczupłą cioteczką. A teraz… Matko, jak on wygląda! Ma superciało, wyraźnie ćwiczy, dba o nie. Masakra! Lada moment będzie dla mnie już za bardzo umięśniony (ale ja mam tutaj granicę dość nisko ustawioną i szybko wydaje mi się, że jest „za bardzo”). Niemniej, robi to absolutne wrażenie!
W sobotę wstaliśmy koło 13:00. Wówczas przeczytałam odpowiedź na maila, że ok., możemy się spotkać dziś o 15:00 w Krakowie. Napisała przedstawicielka pewnej fundacji (o tym poniżej). Miałam mało czasu, żeby się ogarnąć i dotrzeć, ale jakoś mi się udało z niewielkim poślizgiem. Spotkanie miłe, najpierw konkretne, potem bardziej swobodne. Miło, miło.
Wieczorem znów się ogarnęliśmy, zjadłam śniadanie, oni biforowali i ruszyliśmy. Na urodziny do Gabryela. Tego, co pracuje twarzą. Słodki jest nadal, ale i z wiekiem będzie mu coraz trudniej to utrzymać. Impreza… no, średnia. Sporo kobiet, które szybko się upiły. Ludzi w ogóle nie za wiele a na dodatek najładniejszy chłopiec przyszedł ze mną (chodzi o Antona, ma się rozumieć). Więc bawiłam się jako tako. Trochę mnie Kuba Edżej męczył pytaniami aż ostatecznie mnie oblał Colą czy czymś-tam. Więc w ogóle mi się to nie podobało… Cieszę się jednak, że wpadłam do Gabrysi na ten bifor, bo momentami było zabawnie. Stamtąd się wszyscy, oczywiście, do Coconu przenieśli.
Lepsza muzyka, chociaż bez szału. Na Sali house’owej momentami miło, ale szybko zgasło tam światło. Widać, że jednak nie jest to oczko w głowie klubu, że jednak główna sala zarabia na klub. Ludzi dużo, ale ładnych chłopców mniej. I był znów ten od kurtki Adidas. W tej samej kurtce. Niemniej, nadal słodki. Bawił się z jednym warszawiakiem. W ogóle, przyznać trzeba, Warszawy się trochę uzbierało. No, ale mi to nie przeszkadza. Znów patrzyłam sobie na chłopców ładnych. Cieszy mnie widok, gdy się bawią razem, całują, przytulają. To dość zabawne, gdy szaleją – tradycyjnie – do „We found love” Rihanny, mając na myśli alkoholowe uniesienie, którego doświadczają w ramionach dopiero co poznanego chłopca…
Wyszliśmy nieco wcześniej. Antoś był zmęczony, Damian.be podrywał Gabrysia (który po dwukrotnym rzyganiu doszedł do siebie) a muzyka nie poprawiała mi już nastroju tak bardzo.
O 12.20 wyruszyliśmy z Krakowa do Warszawy.

***

Wszystko to na trzeźwo. Gdy piszę te słowa, jestem trzeźwa już 30 dni! Tak, tak, 30 dni! (Nie licząc szota, którego wypiłam wczoraj w ramach świętowania zwycięstwa nad Kubutkiem, który oświadczył, że przegrał.) I te wszystkie wyjazdy plus trochę więcej nie piję. Nie ukrywam, że to niełatwe. Żyję w środowisku osób, które za kołnierz nie wylewają (i nie wysypują). Więc zachęcają, nęcą, namawiają… Nie jest to łatwe, ale daję radę! Czekam do 41 dni, żeby wówczas się napić. Chcę być lepsza niż Jezus (jest już zaplanowana w Melinie impreza z tej okazji pod hasłem „Better Than Jesus”).
Powody niepicia są dwa. Pierwszy – w dyskusji z Kubutkiem kiedyś wyszło, że on jest nieletni a pije sporo. I że może ma już z tym problem. A skoro nie wiadomo, to może warto sprawdzić np. poprzez trzeźwy weekend. Nie był chętny, ale powiedziałam, że ja też mogę wytrzymać z nim, żeby raźniej mu było. Zgodził się. A potem od słowa do słowa wyszło, że to zakład będzie. Kto dłużej wytrzyma bez picia. Jak widać, wygrałam. Kubutek miał łatwiej, bo a) pija tylko w weekendy (ja nie…) a poza tym b) przez jeden weekend był chory i nie wychodził z domu. Wytrzymał dwa tygodnie.
Alkohol to, co by nie mówić, ważna rzecz. Ja wiem, że część z Was pija okazjonalnie, ale w świecie klasy średniej w dużym mieście alkohol pije się jak wodę. Zwłaszcza w środowisku LGBT (statystycznie bardziej narażonym na chorobę alkoholową) i wśród ludzi młodych, takich jak moi znajomi. Więc odmawianie alkoholu to nie lada wyzwanie. I, jasne, czasem mam tak, że 90 dni z rzędu w zasadzie codziennie coś piję, ale też i wydaje mi się, że mój cel, jakim jest 41 dni bez wódki, jest naprawdę trudnym zadaniem. Jak sądzicie?

***

A skoro o Kubutku mowa… Muszę się przyznać do dwóch rzeczy. Jedna jest konsekwencją drugiej. Ewidentnie, po szczeniacku, zaskakująco łatwo, niespodziewanie szybko i w ogóle niespodziewanie – zadurzyłam się w nim. Wiem, wiem, to do mnie nie podobne. Ale przemyślałam to wszystko i nie ma co udawać i ukrywać, tak zadurzyłam się. Wiem, jestem starym transem bez penisa a on jest młodym ślicznym gejem. Wiem, wiem. Wszystko rozumiem. Niemniej, chemia robi swoje. I nic na to nie poradzę.
Druga rzecz – powiedziałam mu to. Bo choć zdaję sobie z tego sprawę od jakiegoś czasu, to jednak trzymałam to dla siebie. Ale w walentynki postanowiłam, że powiem mu, że się przyznam i że wyznam. Szczerość, o jakiej zawsze mówię, wymaga tego. Powiedziałam. A potem postanowiłam, że sprawdzę na ile znajomość moja z nim jest rzeczywiście obopólna. Postanowiłam wyjątkowo nie inicjować kontaktu, poczekać aż on sam się do mnie odezwie. Z byle czym, z wiadomością, SMSem czy cokolwiek. Po tygodniu milczenia, rozumiem. To relacja wybitnie niesymetryczna. Mi na niej zależy, jemu mniej. On się poddaje jej, bierze w niej udział, ale wcale nie jest ona dla niego ważna. Co oznacza najpewniej, że i dla mnie będzie musiała się taką stać. Nie stać mnie bowiem na to, by cały czas inicjować interakcję w konkretnej relacji. Z czasem każdego to męczy.

***

Gdy mowa o imprezach, ale i o znajomych i alkoholu… nie mogę nie wspomnieć o Tłustym Czwartku. Jak zwykle, przygotowałam faworki! Dużo dobrych, pysznych faworków, których nie mogłam jeść z racji diety białkowej, na której jestem. Tak się złożyło, że mogłam wówczas sporą grupę osób zabrać na premierę filmu do kina Wisła. Niemiecka produkcja, średnia chyba w sumie. Ale poszliśmy chyba w 8 osób ostatecznie. Było zabawnie, bo cały film komentowaliśmy i wygłupialiśmy się. Dobrze, że dokoła nikt nie siedział…
Potem pojechaliśmy do Meliny. Mnie ucieszyło, że Tomek (Tomazzi dawniej zwany na tym blo) się zjawił. Jak zwykle, kontakt się nam odnowił. Mówię „jak zwykle”, bo tak zawsze jest z tymi młodymi, że po okresie przebywania w moim towarzystwie, znikają albo do innych towarzystw albo w ogóle i powracają po jakimś dłuższym czasie. Już nie tacy źli, już nie tacy wkurzeni, już nie tacy obrażeni. Nie przejmują się już tak bardzo przeszłością, ciotodramami, rozstaniami, które ich spotkały. Dojrzewają, chyba tak mogę to nazwać. I to samo stało się z Tomkiem. Dojrzał do tego, żeby znów chcieć mieć ze mną kontakt jakiś. Tak to odbieram.
U mnie się, co oczywiste, się ludzie trochę napili potem. Zjedli część faworków (ale sporo zostało potem dla Michała). Największą niespodzianką wieczoru była jednak dziewczyna, która się zjawiła ni z tego, ni z owego z… torbą pełną pączków. To od Tristana, który miał się zjawić, a w ostatniej chwili coś mu wypadło. I w ramach przeprosin zrobił coś takiego. To naprawdę a) miłe, b) grzeczne, c) zaskakujące. Nie pierwszy raz się zdarza, żeby ktoś tak wynagrodził swoją nagłą nieobecność (Paweł kiedyś wino przysyłał, ktoś inny kwiaty…), ale przyznaję, że po Tristanie się tego nie spodziewałam. Tak więc dziękuję, to było miłe. Ze wszystkich pączków poszły może ze 3, bo ludzie mieli już dość po całym dniu obżarstwa. Resztę zjadł Michał następnego dnia.

To, swoją drogą, nie fair. On może zjeść 6 pączków i nie przytyje ani grama. Ja na myśl o zjedzeniu jednego dostaję gęsiej skórki i ślinotoku zarazem. Bo wiadomo, że bym chciała (że i 8 zmieszczę, jeśli będzie okazja), ale i że wiem, że absolutnie nie mogę. Być może już nigdy nawet.

***

Oczywiście, mam problem z kasą. Zarabiam ją niby, ale… firma, która powinna mi płacić, nie robi tego terminowo. Robi to wręcz WYBITNIE nieterminowo (spóźnienie z wypłatą ponad 3 tys. zł jest odczuwalne!). I wiem, że tam jest kwestia problemów zdrowotnych i w ogóle dużego zamieszania… ale jednak męczy mnie to. Już drugi miesiąc z rzędu muszę kombinować, żeby za mieszkanie zapłacić. Rozumiecie? Zapierdalam, robię, a potem muszę się martwić o takie podstawowe rzeczy. Że o zakupach w Carrefourze nie wspomnę. To mnie frustruje. Czasem mam dość i chcę to wszystko rzucić w cholerę, ale wiem też, że nagłe zerwanie nie jest dobrym pomysłem, bo nie mam działającego planu B. Jasne, mogę go szybko opracować, ale jednak na chwilę obecną go nie mam.
Więc gdy piszę czasem, że jestem biedna, a ludzie w to nie wierzą… to naprawdę jestem. I robię wiele, żeby to zmienić. Poza jakimiś chałturkami w postaci prac zleconych (w sumie to nienawidzę tego…), staram się. Fundacja, o której była mowa, chce mnie zatrudnić do prowadzenia jakiś zajęć. Fajnie, jestem na tak! Nie dość, że to ciekawe, to dodatkowo jest szansa na to, że kasa z tego będzie. Bo z wizyt w TVN, jak łatwo się domyślić, nic nie mam… Jasne, to miłe, że chcą żebym właśnie ja komentowała coś, ale poza łechtaniem mojego ego, nic mi to nie daje. Zgłosiłam kolejne kursy do Uniwersytetu Otwartego UW. Mam nadzieję, że teraz będą lepsze copywritersko i że trafią w gusta odbiorców. Zgłosiłam ich wiele, bo co mi szkodzi. Dam radę. Mam sporo wiedzy, czas zacząć się nią dzielić!
Okazuje się też, że jest szansa, że moje zajęcia w Instytucie Socjologii UW ruszą… zamieszanie straszne i w ogóle, ale jest iskierka nadziei! Erasmusi się zbuntowali, bo mieli to zaliczyć. Jest jakiś problem z komunikacją, który sprawił, że sprawa jeszcze się nie wyjaśniła… niemniej: wierzę, że coś się wydarzy :)
Takie właśnie zbieranie ziarnka do ziarnek ma sprawić, że będę w stanie się utrzymać. Jak łatwo się domyślić, nie sprzyja to pracy naukowej i pisaniu doktoratu. Eh…

***

„Liczy się impreza, a nie związki” to moje ostatnie hasło. Nawet mam taką stronę na facebooku. W sumie naprawdę w to wierzę. Więc nie dziwcie się, że gdy czasem mi mówicie, że za dwa miesiące wyjeżdżacie gdzieś-tam ze swoim chłopakiem, to pytam skąd pewność, że za dwa miesiące wciąż jeszcze nadal będziecie razem.
Związki są heteronormatywne. Są nudne na dodatek. I ja wiem, że lubicie to powtarzać, gdy się z kimś właśnie rozstajecie… Ale taki hedonizm przez łzy to nie jest to. Trzeba naprawdę wierzyć w to, że emocje są gdzie indziej. Że związek zabija a nie buduje. Że w związku – jasne, niektórzy się sprawdzą, ale generalnie – nie ma przyszłości. I denerwuje Was, że jak tak mówię, wiem. Bo wszyscy wolelibyśmy, żeby było inaczej. Żeby było tak, jak wierzymy i jak nam się mówi od urodzenia. Że jest mama i tata (ewentualnie tata i tata albo mama i mama) i dzieci i że wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Ale tak nie jest i nigdy już nie będzie. Te czasy minęły, odeszły w niepamięć.
Czuję się jak Jan Chrzciciel wołający na pustyni. Nikt mnie nie słucha, nikt nie chce w to wierzyć. W głębi duszy wiecie, że tak jest, ale ta prawda jest za trudna do przyjęcia. Spokojnie, bywają dni, kiedy i dla mnie jest za trudna. Ale potem przypominam sobie te wszystkie sceny, gdy – o czym już pisałam – pijani młodzi chłopcy całują się na środku parkietu ogarnięci alkoholowym podnieceniem przy dźwiękach Rihanny krzyczącej „We found love”. Ten temat powraca na blo, bo cały czas mam wrażenie, że nie potrafię Wam tego przekazać wystarczająco jasno.
Liczy się impreza, a nie związki. Związki się skończą, przeminą. Dwu- lub wieloosobowe, nie ma znaczenia. A impreza jest wieczna. Przede wszystkim dlatego, że jest pochodną żądzy. Socjalizowanym sposobem realizacji naszej potrzeby podglądania, ale i zaspokajania naszych promiskuitycznych potrzeb seksualnych. Jest momentem i miejscem, które pozwala nam swobodnie patrzeć na innych, ale i pozbawić się samokontroli – czy to na parkiecie, czy to pod wpływem alkoholu. Pozwala nam na realizację potrzeb, które w swojej swobodnej postaci zostały dawno wyparte poza wachlarz akceptowalnych przez dominującą klasę zachowań. A jak uczy nas Jerzy Andrzejewski: „Bowiem kiedy wszystko zawodzi, zostaje tylko żądza. Ona jedna. Nie miłość i nie wierność. Tylko żądza – przyjaciółka samotnych – czujna i poszukująca, wierna nawet we śnie, nigdy nie nasycona. Z nią i przez nią idzie się na dno.”
Chodźcie ze mną na dno.

***

Aha! I na koniec chciałam jeszcze dodać, że… Mówi się, że ideał pięknego, wymuskanego i bardzo wypielęgnowanego młodzieńca jest już passe. Otóż nie jest. Dziękuję za uwagę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s only gay when you swallow

05 mar

No dobra, już piszę. Miałam początkowo prawie tydzień temu napisać, ale prawda jest taka… że niewiele się od tamtej pory wydarzyło. Wszystko przez moje zdrowie. Czy też jego zły stan. Albo brak. No, mówiąc krótko, nie jest dobrze. Siedzę w domu (leżę?) i trochę zdycham. Co prawda jest ZDECYDOWANIE lepiej niż było tydzień temu, ale jednak…

Więc teraz będzie o moich problemach ze zdrowiem. Zaczęło się ponad 4 (cztery!!!) tygodnie temu. Grypa. Wiadomo, zdarza się, jest długa zima. Grypa grypą, poleżałam, pochorowałam, fajnie. I wszystko powinno się w tym momencie skończyć. Ale nie, nie może być tak łatwo. Dostałam jakiejś wysypki. Choroby skóry się zawsze źle kojarzą, bo od razu widzimy oczami wyobraźni obrzydliwe zmiany ropne, których nawet myśl o dotknięciu obrzydza nas na maksa. No i kojarzy się to z brudem. W sensie, że skóra chora, bo ktoś nie ogarnia higieny. Takie skojarzenia nasuwają się i mnie, więc możecie sobie dodatkowo wyobrazić jak strasznie przeżywałam pojawienie się wysypki.
Pani doktor dermatolog zdiagnozowała to jako opryszczkę (już chyba o tym pisałam?), więc wirus. Więc nie da się za bardzo nic zrobić i trzeba czekać, aż osłabiony organizm zbierze siły i się ogarnie jakoś. Czekam, czekam i czekam a to tak średnio przechodzi. Pominę może szczegóły dotyczące tego skąd wysypka dokąd mi się przeniosła ale generalnie jakieś dzianie było. Pani doktor upierała się, że to opryszczkowe zmiany i jakieś średnio skuteczne objawowe leki mi przepisywała. Średnio.
A potem zrobiło się jeszcze gorzej. Bo angina mnie naszła. Ni z tego, ni z owego. Mocna, naprawdę mocna. Znów wizyty u lekarzy (dokładnie zaraz to opiszę), kolejne leki, antybiotyki. Więc zdycham z powodu anginy i z powodu wysypki, która z wirusowej zrobiła się, zdaniem dermatolog, bakteryjna a potem w ogóle stwierdziła, że to już tylko moje drapanie powoduje, że cokolwiek mam jeszcze. I że – tym mnie wkurzyła – muszę zmienić proszek. To taka wymówka. Jak się nie ma na co zwalić, to się mówi: zmień proszek. Bardzo zabawne.
Ponieważ jednak mój organizm jakoś tam sobie radzi z tym wszystkim i ogarnia się chyba powoli, odczekam kilka dni i jeśli mi całkiem nie przejdzie, idę do jakiegoś innego dermatologa. Wkurwia mnie po prostu już to, że od kilku TYGODNI nie mogę normalnie funkcjonować i wieczorem zamiast skupić się na jakiejś pracy, ja siedzę i smaruję się, łykam leki, biorę tabletki i ogarniam się w sposób, który jest absolutnie nieproduktywny.

Zaczynam więc jeszcze w lutym. 21 lutego dokładnie. Poranek, jak zawsze, w zaprzyjaźnionej firmie. Krótko jednak, bo potem umówiłam się z Marcinem na kawę. Takim Marcinem, co go tutaj jeszcze nie było. Młody jest, przyznaję. Ale to przecież na plus. Jakiś czas już coś tam czasem korespondujemy sobie na Facebook, wcześniej na innastrona.pl. Miły, mądry, sympatyczny i ładny chłopiec. Więc czemu się na kawę nie umówić? Jego jedyny minus jest taki, że mieszka poza Warszawą, więc trudno go łapać w tygodniu i umawiać się na takie kawy częściej, ale to i tak pieśń przyszłości, więc na razie się tym nie zajmuję.
Niemniej, do naszego pierwszego spotkania doszło. Było bardzo miło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poopowiadał mi trochę, chociaż prawda jest taka, że wyjątkowo ja więcej mówiłam. Aż mi się to nie podobało, sama się publicznie karciłam i powiedziałam mu, że tak być nie może. Bo jasne, ja mogę mówić bez przerwy (wiadomka) ale kilka lat temu nauczyłam się tego nie robić. I chcę z tego korzystać. Dlatego muszę zmusić go, żeby następnym razem to on zdominował spotkanie. O ile oczywiście będzie następny raz. Co prawda umówiliśmy się tak ogólnie wówczas na kolejne widzenie, ale… tak, zdrowie. I nic z tego nie wyszło ostatecznie. Szkoda.
A wisienką na torcie niech będzie fakt, że umówiłem się z nim na spotkanie we W Biegu Cafe przy pl. Zbawiciela. Czyli tam, gdzie pracuje D. Tak, ten D. I tak, zrobiłem to specjalnie. I wiem, że to niskie i małe, ale nic na to nie poradzę. Ludzie robią takie rzeczy. A ja się tego nie wstydzę.

Udało mi się dotrzeć na UW i jakieś tam papiery dostarczyć, ale już na zajęcia pójść… nie za bardzo. Nie wiem czemu. Po prostu taka była emocja. Poza tym chyba trochę bym się spóźniła. A w drodze na UW widziałam po raz pierwszy koksowniki wystawione na zewnątrz. To nawet zabawne, że ogrodzili je barierkami z ostrzeżeniem, że w środku jest gorąco. No bo przecież o to chodzi. Ale inicjatywa ogrzewania ludzi w ten sposób – zacna, godna pochwały. Chociaż jak tak z Marcinem szliśmy sobie do Centrum, to widok ten trochę mi się kojarzył z filmami z lat 70. XX wieku i radziecką Rosją. Zabawne w sumie, że tradycyjne metody okazują się skuteczne w XXI wieku także.

Wtorek rozpoczął się od wizyty u dermatologa. Kontrola po tygodniu. Udało mi się kasę odzyskać za poprzednią wizytę – dotarł faks od mamy z odpowiednimi dokumentami ubezpieczeniowymi. Więc jest okej, 55 zł z powrotem w kieszeni. Ale to nic, bo i tak tę kasę lada moment na leki muszę wydać. Taki lajf. Pani dermatolog nie wydawała się zaniepokojona moimi objawami. Raczej ze spokojem je przyjęła. Mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest, jak swędzi. Nieprzyjemnie i bardzo dyskomfortowo bez względu na to, co się robi.

Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie a na koniec… Wizyta w mBanku. Tak, w jednym z ich centrów. Po co? No, pani wymęczyła mnie o tę kartę kredytową, to poszłam po nią. Wiem, że za bardzo jej nie potrzebuję. A już na pewno nie takiej na 10 tys. zł (minimalna kwota przy Visa Gold), ale ma jeden plus, który sprawia, że warto. Obniża o 3 proc. oprocentowanie mojego kredytu odnawialnego (czyli debetu na koncie), a to już coś. I jest za darmo. Więc nie ma co marudzić, tylko wzięłam.
Śmiesznie, bo długo szukałam tego mBanku. A już na miejscu spotkałam Mikołaja, z którym kiedyś studiowaliśmy razem. Miłe spotkanie. Pogadaliśmy sobie chwilkę. Dziwnie tak czasem można trafić w jakimś miejscu na kogoś, kogo się zna z dawnych w sumie czasów.

Finałem dnia było posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Po drodze wpadłam do Gacka na chwilkę krótką, bo Pola chora zdycha. Pogadaliśmy, ale zaraz przyszła Kasiaspyrka i zaczęła robić jakiś racuchy czy coś, więc ja spierdalałam na UW. Posiedzenie PS UW momentami śmieszne, częściej smutne. Najzabawniejsze, że dużą część wystąpień stanowiły odniesienia do mojej „działalności medialnej”, czyli moich wystąpień w mediach. Widzę, że to jest coś, na co członkowie i członkinie ZSS UW są bardzo wrażliwi. I śledzą je z dużą uwagą. To, oczywiście, miłe ale zupełnie niepotrzebne. Tak samo jak sugerowanie, że działam na niekorzyść Samorządu Studentów UW. Wręcz, co ważne, wydaje mi się, że mnie to trochę obraża. I dlatego w pewnym momencie powiedziałam głośno i wyraźnie: jeśli ktoś uważa, że działam na niekorzyść SS UW a tym samym urągam godności studenta UW, to jest przewidziana w takiej sytuacji odpowiednia droga – skierowanie sprawy do Komisji Dyscyplinarnej ds. Studentów i Doktorantów UW, która rozpatrzy i zadecyduje czy rzeczywiście tak jest. Wiadomo, że nikt mnie nie poda, bo nie ma powodów najmniejszych. A czcze gadanie i głupie insynuacje na mnie nie działają. Dlatego się nie przejmuję, tylko robię swoje. Uwierzcie jednak, że wiele jeszcze przed Wami, drodzy członkowie ZSS UW.
Ważnym punktem obrad była prezentacja założeń Raportu Studenckiego 2011. Marta Michalska zaprezentowała, co miała i okazało się, że choć jeszcze w sobotę podczas roboczego spotkania z Pauliną przedstawialiśmy wyniki pracy Queer UW nad naszą częścią raportu, to 4 dni później tej części już w Raporcie nie ma. Nie będę się na razie do tego odnosić, bo nie mam potrzeby. Wiadomo, że ZSS UW nas wychujał i zrobił to w sposób nie tyle nieładny, to bardzo chamski. W nieoficjalnych rozmowach przyznali (nie mi!), że nie poinformowali mnie wcześniej o tej decyzji, bo… obawiali się obecności mediów na posiedzeniu Parlamentu Studentów UW. A potem cały czas podkreślali, że mediów się nie boją, że naciski mediów nic dla nich nie znaczą… Tia, jasne. Tylko srają po gaciach na myśl o tym, że GW się zjawi na posiedzeniu. Bardzo logicznie.
Ale nie stresuję się, ja swoje robię i jeszcze, gdy nadejdzie moment, pokażę co potrafię. A na razie, cicho-sza. Zabawa trwa. A całość, mam takie wrażenie, ma w dużym stopniu podłoże personale. Kontra-ja.

W środę rano prowadziłam pierwsze warsztaty dziennikarskie dla chętnych studentów i studentek UW. Przyszło nie za wiele osób (6?) co jest okej (8.00 rano robi swoje), ale nie jest okej, że nie zjawiły się osoby, które tak o te warsztaty walczyły i za nimi optowały. To mi się nie spodobało i mam zamiar na ten temat z nimi rozmawiać. Same zajęcia chyba wyszły nieźle. Zmusiłem ich, żeby rano się trochę rozruszali, pochodzili, coś zrobili, pomyśleli… Jak warsztaty, to warsztaty. Ja jestem w miarę zadowolona.

Potem zajęcia (wykład! Poszłam na wykład!) i wizyta u fryzjera (nareszcie!). I przed południem wróciłem do domu, odpocząć. Zdrowie nie daje wytchnienia, cały czas coś. To naprawdę stresujące i męczące. Tym bardziej, że wieczorem musiałam się wybrać znów na UW. Ważne spotkanie – komitet naukowy konferencji i komitet organizacyjny konferencji razem wzięte. Fajne spotkanie, tak wyszło, że ja w sumie prowadziłam je jakoś. No, niech będzie.
Są pewne decyzje, są pewne niewiadome. Plus jest taki, że Zarząd Samorządu Studentów UW podjął decyzję o udostępnieniu nam sali 200 na czas konferencji. To mnie cieszy, bo – prawdę mówiąc – myślałam, że odmówią. Nie będę Was zadręczać szczegółami, ale generalnie jest sporo do ogarnięcia, najgorzej jest, ma się rozumieć, z kasą. Ale damy radę jakoś. Na razie nie myślimy o pieniądzach na publikację, ale w przyszłości trzeba będzie też o to zawalczyć. Ale to potem, po konferencji, po wszystkim. Spotkanie udane, miłe i dość konkretne w ostateczności.

A zaraz stamtąd Łukasz podwiózł mnie na Bemowo, gdzie mieliśmy spotkanie grupy logistycznej Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. Może ja nie do końca logistyką się zajmuję, ale ważny był mój udział a propos Komitetu Honorowego Parady i w ogóle. Spotkanie długie, męczące, ale konkretne w sumie. Udało się nam pewne rzeczy ustalić, dopiąć i postanowić. M.in. to, że pojadę do Berlina. Ponieważ cały marzec to weekendowe wypady kilku osób do Niemiec, gdzie z tamtymi organizatorami parad będziemy rozmawiać. I żebym ja też raz pojechała, do Berlina. No okej, lubię to miasto, chętnie. Przy okazji znów się tam pobawię, wiec jestem na tak.

Czwartek spokojny, z zakończeniem miłym. Adam wpadł. Mieliśmy ciche dni od czasu naszego ostatniego spotkania. W ogóle mam wrażenie, że coś się nie-tak dzieje w tej relacji. Nie potrafię powiedzieć co i dlaczego. Nie wiem. Ale coś wyraźnie jest nie tak. Wizyta Adama zresztą też średnio, moim zdaniem, udana. Miał wpaść, żebyśmy rozmówili sytuację a skończyło się na pieprzeniu głupot, zajmowaniu się duperelami i Adama SMSowaniem i facebookowaniem. Potem na ten temat mieliśmy długą wymianę wiadomości na Facebook. Kto co kiedy i gdzie. Bez sensu trochę. W sensie, że przez Facebook bez sensu. Bo ja, owszem, jestem za rozmówieniem wszystkiego, ale na żywo.
W piątek czułam się już naprawdę podle. Źle. Angina, to było oczywiste, bo przy łykaniu śliny czułam setki szpilek wbijających mi się w gardle. Najgorsza była perspektywa tego dnia – wyjazd do Łodzi. Zanim jednak to nastąpiło, miałam spotkanie w urzędzie dzielnicy Ursynów. Chodzi o pewne wydarzenie, które Queer UW miałoby dla dzielnicy zorganizować. Ja jestem na tak, potem się okaże, że QUW też. Więc fajnie, zapowiada się pracowity ale i fajny czas. Z dobrymi efektami, mam nadzieję. Czerwiec będzie megazajęty. Na razie bez szczegółów, bo trwa ustalanie, ale nie jest to rzecz do ogarnięcia „na już”.

Prosto z urzędu Łukasz zawiózł mnie na dworzec centralny. Pociąg do Łodzi. Jechałem tam jako „plan awaryjny” firmy, z którą współpracuję. Mimo anginy. Skoro bowiem ja jestem plan awaryjny, to nie mogę już wystawić ich w takiej sytuacji. Pojechałam, taxi do teatru, w którym musiałam się zjawić. Okazało się, co zabawne znów, że osobą odpowiedzialną za to ze strony klienta jest… moja koleżanka ze studiów. Znów: świat jest mały. Ostatecznie wszystko się udało. Bez większych wpadek. Ludzi w miarę było, więc nie narzekam.
Na całe wydarzenie zaprosiłam też swoją znajomą Gośkę. A jej córka była hostessą :) Więc sami swoi, wszystko w rodzinie. Początkowo mój plan był taki, żeby prosto z teatru iść na jakąś imprezę. Ale… to było zanim angina mnie zmiotła. Było naprawdę, naprawdę źle. Gardło mnie dobijało. Więc tylko do Gośki się dostałem i padłem spać. Rano nie mogłem mówić. Ale tak dosłownie. Migdały miałam tak powiększone, że nie mogłam wydać z siebie dźwięku. Jakoś się zmusiłam do rozgrzania gardła i umówienia się na wizytę do lekarza. Chuj, że sobota. Muszę. 120 zł.

Dotarłam do Warszawy jakoś w południe. Przed 14.00 byłam już u doktora. Antybiotyk, zwolnienie, opierdol na koniec :) Ale przynajmniej wiem, że coś mi pomoże. Więc poszłam spać.

Wieczorem miałam w planach urodziny Kejt, ale szans nie było. Ból, temperatura, brak mowy i… oczywiście, nadal wysypka i swędzenie. Więc wyobraźcie sobie jak zdychałam na maksa. Wieczorem, po moim SMSie, odwiedził mnie Filip. Miło, że tak reaguje na moje prośby :) A potem – to niespodzianka w sumie – pojawił się niezastąpiony Marcinek. Z zupą-kremem z porów. On chorował na anginy kilka lat, więc wie, co dobre i co się da zjeść w tym stanie. Chcę publicznie tutaj mu oficjalnie podziękować, że zawsze się zjawia. Zawsze kiedy zdycham w łóżku z jakiegoś powodu, on przybywa, pociesza, rozśmiesza, zabawia, opowiada, gotuje, kuruje, kupuje, przynosi… Aż mi głupio czasem, naprawdę. Bez słowa mojej nawet sugestii, że byłoby miło, gdyby się zjawił…

W niedzielę kolejne odwiedziny. Tym razem Adaś, który poszedł mi nawet małe zakupy zrobić a potem moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem). Fajnie, że ktoś wpada, posiedzi, a ja mam się komu wyżali i ponarzekać na to, jak mi źle. Dla mnie to – wstyd się przyznać – ważne. Lubię opowiadać innym jak to mi źle, to mi pomaga. Zawsze w dzieciństwie mama pytała mnie: „Ale po co mówisz mi znów, że ci źle? Przecież wiem, że cię boli. Pomaga ci to?” A ja odpowiadałam: „No tak. Właśnie pomaga.” I wtedy słuchała dalej.

I tak mijały mi te dni. Ja leżę i zdycham (nawet do komputera starałam się nie podchodzić!) a inni mnie odwiedzają. W przerwach śpię i czytam Girarda, który mnie wkurza :) Produktywność: zero. Możliwość skupienia się na czymś: zero. Tragedia.
W poniedziałek odwiedził mnie najpierw Filip, który prosto ze szkoły do mnie przyszedł i po drodze chinkę jakąś zaliczył, racząc mnie w ten sposób obiadem. A potem Adaś wpadł, ale znów to spotkanie wyszło nie-tak. Może to jest tak, że już nie będzie tak, jak kiedyś i to jest ok?
Jakby tego było mało, tego dnia Tomeczek się wyprowadził ode mnie. 28 lutego. Zostawił jeszcze kilka mebli, za zgodą Michała no i wciąż nie oddał mi kasy, na którą – nie ukrywam – czekam. Więc wszystko takie w zawieszeniu. Tę dobę mieszkałem sam. Po raz pierwszy od dawna. Bo Michał 1 marca też wybrał godzinę na wprowadzkę nienajlepszą. Jakoś koło 22 czy coś. Wcześniej więc odwiedziłam przychodnię. Udało mi się zaliczyć mojego lekarza poz (przedłużenie antybiotyku, kontrola w poniedziałek konieczna) oraz dermatologa (bakteryjny charakter wysypki, antybiotyk do smarowania, wizyta w piątek, jeśli swędzenie nie przejdzie).
A wieczorem – zamieszanie wprowadzkowe. Znów razem, śmiesznie wyszło to wszystko.

Środa spędzona w domu… Zdychanie, ciąg dalszy. Ale wzięłam się za ogarnianie. Maile powysyłane, wiadomości napisane, coś tam załatwione, jakieś wyceny, prezentacje, propozycje… coś już muszę robić, bo raz, że oszaleję a dwa, że zaległości mnie potem dobiją.
Rozrywką większą był czwartek, bo to Tłusty. Kupiłam, co trzeba i do dzieła! Zrobiłam faworki. Ludzie poumawiani mieli wpaść i je zjeść. Wpaść, wpadli. Ze zjedzeniem było gorzej. Najpierw o 16.00 pojawiała się Kasia Ewa, Paweł i Marcinek. Nielicznie, ale miło. Kasia zrobiła masakrycznie pyszne ciasto! Przepyszny jabłecznik! Zostawiła je potem dla innych gości, którzy się na noc zapowiedzieli. Strasznie fajnie, że są jeszcze ludzie, którym się chce :)

Potem spotkanie Queer UW. Najchętniej bym je odwołała, ale nie da się. Za dużo rzeczy do zrobienia. I terminy nas gonią. Więc, chcąc nie chcąc, musiałam ruszyć dupkę z domu. Na UW. Najpierw godzinne spotkanie komitetu organizacyjnego konferencji „Strategie queer” i podział obowiązków koordynacyjnych a potem już samo spotkanie Queer UW. Poszło nieźle w sumie. Chociaż, przyznać muszę, dobrze byłoby, gdyby było nas więcej na tym spotkaniu. Omówione, co miało być. Decyzje zapadły, dzieje się.
Szybki powrót do domu. Bo tutaj goście! Ze mną Ewa i Paulina od razu pojechały.

A wieczorem wpadli Gacek, Filip, Kuba Po Prostu, Tomeczek, Paweł, Pola, Adam Ł… Fajnie, fajnie. Tłoczno, zabawnie, śmiesznie. Oczywiście mama mnie potem opierdalała przez telefon, że nie powinnam przebywać z innymi ludźmi tyle, bo jestem osłabiona i ich zarazki mogą mnie dobić. Pewno ma racji trochę. No, ale co ja na to poradzę, że uwielbiam ludzi? :)
Filip został na noc.

Piątek spędzony w domu. Umieralnia się tutaj robi powoli :) Wpadłam do dermatolog, bo swędzenie nie minęło. Obejrzała, stwierdziła, że to teraz już głównie mechaniczne uszkodzenia. W sensie, że od drapania. I przepisała coś łagodzącego, z czego odczytaniem w aptece pan miał potem problemy. Więcej do tej pani nie pójdę. Jeśli do poniedziałku-wtorku nie zauważę znaczącej poprawy, umawiam się gdzieś prywatnie. Bo tej pani szanse się wyczerpały.
Wpadł Filip wieczorem przed wyjściem do klubu. Lekko próbował mnie namówić, ale wiedział, że to skazane na niepowodzenie przedsięwzięcie, więc nie wysilał się za bardzo. I dobrze. Ja naprawdę chcę wyzdrowieć. Mam dość, mam dość. Jak pomyślę, że miałabym spędzić jeszcze jeden tydzień w łóżku z bolącym gardłem i wysypką, to mam dość. Dlatego Filip sam poszedł do klubu. Spotka tam na pewno znajomych, o to się nie boję. Wychodził w nienajlepszym humorze, bo znów złapał ten swój humor, którego nie lubię u niego. Ale nie będę w szczegóły wchodzić.

Sobota mija spokojnie. Siedzę, piszę, coś tam ogarniam od rana. Nadal chora. O 17.00 na UW mam wybory do Rady Wydziału Filozofii i Socjologii UW z ramienia doktorantów. Muszę się więc tam pofatygować.

Mówiłam, że to długie nie-pisanie nie wydłuży blotki? Co tu pisać, skoro głównie śpię i umieram…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Być studentą, nie być studentą… Wykresiki, Łódź i Malmo

30 wrz

Teraz to jestem naprawdę w dupie z pisaniem. Ale to naprawdę.
Na tyle, że w rozpaczy zaczynam pisać tę blotkę siedząc w Malmo w McDonald’s koło tutejszego rynku. A to niełatwe, bo wszyscy chłopcy tutaj są tacy słodcy! Nie ma co ukrywać, uwielbiam skandynawską urodę. I dlatego wyprowadzka do Finlandii za lat ileś-tam jest jednak dobrym pomyłem, który podtrzymuję. Zwłaszcza dzisiaj, gdy widzę dokoła tych pięknych chłopców.

Po powrocie z Berlina musiałam jakoś dojść do siebie i wrócić do rzeczywistości. A wiadomka, to nie takie łatwe. Tydzień z kolei okazał się bardzo krótki. To przez to, że działo się sporo, a wyjazd się zbliżał bardzo szybko. Nie wiem jak to się dzieje, ale przez te całe moje wyjazdy w sierpniu, wrześniu i październiku po prostu nie mam czasu. Nie mogłam nawet posprzątać pokoju. W sensie, że – wstyd się przyznać – od 4 tygodni nie widział odkurzacza… Ale zrobię to. Posprzątam, obiecuję. Jak tylko ogarnę się z tymi wyjazdami, to naprawdę sprzątnę! Naprawdę!

Wieczory od poniedziałku do środy spędzam – co za zaskoczenie – na pisaniu. W poniedziałek jakiś referat, we wtorek nareszcie magisterkę swoją skończyłam (po półtorarocznej przerwie od momentu, gdy skończyłam ją pisać ostatnio…) a w środę coś tam do gazety. Cały czas coś, cały czas. Wstawać też muszę jakoś o dzikich porannych porach, bo mam do roboty tyle, że wieczorami nie daję już rady. Tragedia.
Nie mówiąc o tym, że i tak jestem w czarnej dupie. Jednak brak normalnych weekendów to tragedia. Potrzebuję ich co tydzień, żeby móc pisać, nadrabiać, odrabiać. No, generalnie ich potrzebuję. I nie mogę się doczekać drugiego weekendu października. Wtedy będę w Warszawie i może to ogarnę. Grzesia z Krakowa zapraszamy na piątek, bo ma jakieś tam urodziny (każda okazja jest dobra) no a potem w sobotę jest utopijna impreza w Confashion. I nie pytajcie mnie o to czy wiem kiedy i gdzie otworzą Utopię. Nie wiem. A nawet jak bym wiedziała, to nie powiem. Ani nie powiem, że wiem. Nie i już.

Skontaktowałam się jakoś z koordynatorami badania dla Fundacji Batorego. Ostatnio dochodziły do mnie informacje świadczące o tym, że rusza druga – kluczowa w sumie – edycja badania, które robiliśmy dla nich przy wyborach prezydenckich. Pisałam o tym wiele razy. Te jebane tabelki, które trzeba było w nieskończoność poprawiać. No, ale generalnie tamto badanie się skończyło a w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi – rusza kolejne. No i widzę, że się do nas w tej sprawie nie odzywają. Więc piszę.
Najpierw do koordynatora. Ale też i do dziewczyny, która ostatecznie koordynowała metodologię a teraz wysyłała informacje, że szukają ludzi. Ona nie odpisuje. On po jakimś czasie tak. Że teraz ona jest koordynatorem i że ona wie. Więc piszę do niej z prośbą o info. Ona mi pisze, że on nie zarekomendował nas do tego badania. W sensie, że mnie i Pauliny, bo na jej nieszczęście mówi się o nas często jak o pewnej jedności, całości czy cokolwiek. No to piszę do niego z pytaniem dlaczego. Bo to nie chodzi nawet o to, że nie chcą mnie w tym badaniu. Nie, to nie. Nie ma sprawy. Wydaje mi się, że sporo wniosłam do niego i jeśli nie chcą, to nie muszą, ale uważam, że to ich strata. Ale chciałabym wiedzieć, co tym zadecydowało.
On dzwoni. Że przeprasza, że tak długo, ale już mówi. Że to nie tajemnica i że on nie ma z tym problemu. Poszło o to, że w ostatniej części badania, podczas szykowania raportu końcowego (nadal w składzie…) popełniliśmy najwięcej błędów ze wszystkich grup. W sensie, że najwięcej poprawialiśmy w kółko. Bo że inne rzeczy też wymienił, to inna sprawa – za każdym razem dodawał bowiem „ale to inni też”. Więc tym, co nas wyróżniało była liczba błędów w pracy nad naszą częścią raportu końcowego. No, nie chcę nic mówić, ale to nasza część raportu miała najwięcej wykresików. Inne nie miały wcale albo (jedna) miała kilka. Karnie też cały czas je poprawialiśmy, przysyłaliśmy wersje zgodne z a to z Wordem 2007 a to z wcześniejszymi wersjami, do wyboru, do koloru. Poza tym uważam, że ocenianie naszej kilkutygodniowej współpracy jedynie po ostatnim tygodniu nie świadczy najlepiej o metodologii takiego oceniania. Ale okej, to pół biedy. Bo ocena oceną, rekomendacja rekomendacją, ale przecież nowa koordynatora nie musiała się nią przejmować i inspirować. Przecież mogła po prostu wybrać ludzi, których uważa za właściwych. Tym bardziej, że pracowała z nami, więc wie co i jak. To tylko tyle chciałam powiedzieć na swoją obronę :) Swoją i Pauliny, bo przecież jesteśmy jednością ;)

W środę wpadł do mnie wieczorem Adam. Posiedział, pogadaliśmy, coś tam porobiliśmy i poszliśmy spać. Ja miałam w czwartek wyjeżdżać, więc udało mi się jeszcze rzutem na taśmę zobaczyć z Marcinkiem. Bezpośrednio po naszym spotkaniu w Wayne’s Coffee poszłam bowiem na pociąg do Łodzi. A samo spotkanie? Znów mam wrażenie, że za płytkie, za nijakie, za spokojne. Brakuje mi trochę tego naszego ognia, jaki dawniej się pojawiał w dyskusjach. Kiedyś było inaczej, gdy dyskutowaliśmy. Nie wiem czy to ja jestem przewrażliwiona czy coś ale mam wrażenie, że to się zmieniło. I to w stronę, w którą nie koniecznie bym chciała, żeby się zmieniło. Za to było mi strasznie miło, gdy odprowadził mnie na dworzec. Ja wiem, że to dwa kroki, ale czekał ze mną na przyjazd pociągu i w ogóle. To było megamiłe.

Do Łodzi przybyłam zgodnie z planem – no, 5 minut spóźniona. Gośka już na mnie czekała na dworcu, skąd szybko pognaliśmy do niej do domu. Co było do przerwidzenia, mimo późnej pory, Gośka zaproponowała drynk. A że ja nie potrafię drynk odmawiać jej po tak długim niewidzczeniu, to co mi tam. Tym bardziej, że to ona a nie ja musiałam się martwić o to, jak żyć kolejnego dnia. Bo to ona szła do pracy jako pani dyrektor, a ja mogłam spać ile trzeba. Posiedzieliśmy jakoś do 2.00 czy coś. Nie wiem w sumie po co i co robiliśmy, o czym gadaliśmy. Jak zwykle, jakieś głupoty. No, ale nic to. Ważne, że było miło.

I rzeczywiście Gośka rano wstać musiała i wstała. Ja też jakoś bardzo długo nie spałam. Fakt, mogłem do woli, ale to moje „do woli” okazało się być nie aż tak szalone, jak można było zakładać, że będzie. Jednak coś tego dnia musiałam i miałam zrobić, prawda?
Co takiego, zapytacie. Obiecałam Gośce, że pomogę jej trochę z dokumentacją w miejscu jej pracy. A raczej dla miejsca jej pracy. I tak też było. Przygotowywałam jej przez cały dzień kilkadziesiąt arkuszy kalkulacyjnych. Dla niej bardzo ważnych i bardzo trudnych. Dla mnie – monotonnych i żmudnych. Poświęciłam się, bo wiem, że jej na tym zależało. Chciała mi za to zapłacić, co uważam za skandaliczne. I nie chodzi nawet o to, że znamy się pięćset milionów lat (bo się znamy), ale raczej o to, że ja wykorzystuję zawsze tę znajomość do nocowania w Łodzi i przecież za to nie płacę. Więc wzięcie jakichkolwiek pieniędzy byłoby bardzo, bardzo nie fair. Nie czułabym się z tym po prostu dobrze. Poza tym, dla mnie to nie była aż tak ciężka praca, żeby za to kasę brać. Powiedziałam więc Gośce, że jak policzyłam wszystko, to wyszło mi jakieś 3,72 zł. I sobie nareszcie darowała.
W piątek jednak, poza tym, że zajmowałam się tą pracą, okazało się, że MUSZĘ ogarnąć swoją magisterkę. W sensie, że jeśli chcę do 30 września złożyć (a chcę!), to muszę moją panią promotor… łapać na dworcu Warszawa Wschodnia w niedzielę poprzedzającą ten dzień. No fajnie, fajnie. I jeszcze się okazało, że nie o byle jakiej godzinie, ale chwilkę po 12 w południe.
Trochę mi to, przyznaję, popsuło plany. To dlatego, że wracać chciałam – owszem – w niedzielę, ale jakoś wieczorem czy coś. W sensie, że na spokojnie, bez biegu. No i nic z tego nie wyszło, jak widać. Pomijam już fakt, że jakieś dwie czy trzy poprawki wprowadzić musiałam do tej pracy tudzież – co gorsza – ją wydrukować i oprawić. Ale znacie mnie, ja się nie poddaję tak łatwo. Plan już był w mojej głowie.

Wieczorem dołączyłam do Gacka, Macieja Bieacz, Damiana.be i Wojtka w Tesco, gdzie robili zakupy na wieczór. Miałam rację co do tego, że Gacek nie wytrzyma na diecie białkowej. Wiedziałam. On po prostu lubi być gruby, bo uważa, że nie odbiera mu to atrakcyjności fizycznej a poza tym – wiadomka – nie musi się wyrzekać jedzenia jakiegokolwiek. W Tesco więc kupował białe bułeczki, wafeleczki, dupereleczki. Niech tyje!
Do mieszkania babci Macieja Bieacz (bo tam nocowali chłopcy) dotarliśmy ostatecznie dość późno, niestety. Gdy oszacowaliśmy czas, okazało się, że nie ma sensu i że nie pójdziemy już nigdzie przed Narraganset. To była słuszna decyzja. Nie to, żeby w Nara jakaś rewelacyjna impreza była. Co to, to nie. Ale i źle nie było. Daliśmy radę, mimo że tłumów nie było.

Gacek szalał trochę, po darkroomach się szlajał (ale niewiele tam było w sumie i musiał się zadowolić, za przeproszeniem, byle czym). Wojtek szalał też. Szkoda tylko, że potem kazał dokumentujące to zdjęcia z mojego fotoblo usunąć. Ja rozumiem, że prywatność, te sprawy, więc oczywiście usunęłam, jak chciał. Ale czuję się trochę głupio z tym. Bo skoro Wojtek wstydzi się tego, co robi (przed jakimiś niedookreślonymi znajomymi), to niech najzwyczajniej tego nie robi. Nie wiem po co robić coś, a potem mieć z tego powodu uczucie wstydu. Tym bardziej, gdy nikt nas do tego czegoś nie zmusza. A jego najwyraźniej nikt nie zmuszał. Wystarczy przestać ssać kutasy i już nie będzie trzeba się wstydzić, pilnować przed znajomymi i takie tam. Proste. Jeszcze można się po drodze wyspowiadać, żeby zatrzeć niejako grzeszny wymiar popełnionych przewinień. I potem można żyć długo i szczęśliwie. Proste.
A wracając do Łodzi… W Narra ludzi nie było za wiele, więc się wykruszać zaczęli szybko. My z Damianem.be zauważyliśmy zwłaszcza dwóch chłopców. Jeden z nich niestety zniknął, ale drugi siedział. Musiałam zagadać, znacie mnie. Ja za bardzo lubię młodych chłopców ładnych, żeby sobie odpuścić. Zagadałam niezobowiązująco, ale ostatecznie skończyło się na tym, że mu jakiegoś drynk czy tam inne piwo postawiłam (opierał się). W zasadzie to tym drynk nie ma się co szczycić, bo w Łodzi – prawie jak w Krakowie – alkohol dają prawie za darmo.
Więc była zabawa, było poznanie 17letniego Pawła… Było miło. Ale gdy się za pusto zrobiło, postanowiliśmy się przenieść. Padło na Kokoo, ale okazało się, że tam… impreza się już w zasadzie skończyła. I że zamykać zaraz będą. Więc pozostało nam jedno: OIOM. To dość zabawny klub, pełen ledwo żywych zaćpanych ludzi. Chciałam iść, bo dowiedziałam się, że wewnątrz tego klubu otworzyli sklep z dopalaczami! Genialne! Ludzie nie muszą nawet wychodzić, żeby się naćpać! Bardzo mi się to podoba. Idea marketingowa godna pozazdroszczenia.

Pod samym jednak klubem wydarzyła się tzw. „scena”. Chłopcy zdecydowali nagle, że iść nie chcą. Że do domu.Mimo tego, że 4.00 nad ranem! Jedynie Damian.be chciał wejść do klubu, jak ja. Reszta nie. Oczywiście, jak potem wysłałam im SMSa opierdalającego, to się okazało, że wszyscy chcieli iść, ale nikt tego nie mówił. No, no, wiadomka.
W sobotę wstać musiałam dość wcześnie, bowiem… drukowanie pracy mnie czekało. Dobrze, że udało się ogarnąć gdzie to w Łodzi się w ogóle robi. W sobotę. Więc po ledwo kilku godzinach snu musiałam wstać i iść. Pan w punkcie, w którym poza xero i drukowaniem były także artykuły szkolne, przyprawy spożywcze oraz znicze, nie ogarnął tego do końca i gdy wróciłam po odbiór, okazało się, że coś tam źle wydrukował. Chodziło o kwestię jedno-, dwustronnie. Na szczęście nadrobił to i udało się. Trzy odpowiednio przygotowane kopie miałam w ręku! W czasie, gdy pan to drukował, odwiedziłam z Gośką Manufakturę (bo niedaleko to było). Potem wróciłam do domu do niej, coś tam ogarnęłam i zaraz się zrobił wieczór.
A tego wieczoru mieliśmy plan, żeby zacząć wcześniej. Bo niedosyt po piątku pozostał. I zb4owaliśmy się u znajomych jakiś w zupełnie innej części miasta. Było okej. Zaskoczenim było pojawienie się innych warszawskich osób, które z nami nie przybyły, a które znamy. Ale to miłe zaskoczenie.

Nie czekając na rozwój sytuacji, pojechaliśmy do Kokoo. Okazało się, że klub teraz ma także „górę” a nie tylko schowaną pod ziemią część. Okazało się też, że ta podziemna jest zamknięta. Oraz że w tej nadziemnej najlepiej nie jest. Muzycznie: dość chill-outowo. Wystrój: ładny, gdyby nie wrzucone na odpierol-się palmy jakieś. Ludzie: brak. Jak na lekarstwo. Nie mogliśmy tam za długo siedzieć, to jasna sprawa. Czekaliśmy tylko aż niektórzy z nas skończą drinka, którego zamówili i zbieraliśmy się dalej. Bo Kokoo nie rokowało.
Poszliśmy do Bedroomu. Kolejka przed wejściem spora (dobre wrażenie: plus pięć punktów), dobrze wyglądający budynek na fioletowo oświetlony (kolejne pięć punktów). Ludzie kombinowali, jak tu wejść, przeżywali, że ich nie wpuszczono i generalnie było takie pozytywnie zamieszanie przed wejściem. Zapowiadało się naprawdę fajnie.
W środku klub – otwarty bardzo niedawno – wrażenie to podtrzymywał. W tym sensie, że wyglądał, jeśli idzie o dodatki, jak warszawski Opera Club.Dopiero po wyjściu zauważyłam, że przy szyldzie jest napisane coś w stylu „designed by Opera Club” czy jakoś tak. I to generalnie jest trochę zarzut. Trochę. Bo że to ładne, to wiadomka. Ale że znam to dość dobrze, to nie zaskoczyło mnie. Ale w Łodzi – to coś nowego. Więc plus generalny, mały zaś plusik u mnie. Lokal jest duży, piętrowy. Myślałam, że schody się nigdy nie skończą ;) Wszystko byłoby fajnie nawet, bo całość jest dość spójna, gdyby nie to, że jednak jakieś ale się pojawiły. Chłopcy ostrzegali: nie pisz krytycznie niczego, bo właściciel(e) ponoć chcą otworzyć w Warszawie jakiś nowy gejowski klub, nie rób sobie, Ciotka, złej opinii u ludzi. Ale ja chcę szczerze napisać o odczuciach. Muzycznie było okej. Jak na Łódź: trochę bardziej, niż okej. Tak lekko chill-outowo, ale skoro Bed-room, to nazwa zobowiązuje. Także większość rzeczy była z tym sypialnianym charakterem związana. Łóżka, baldachimy, to wszystko jest ok. Nie wiem skąd Budda w tym wszystkim. Bo taki spory posąg się pojawił na scenie za półprzezroczystą kotarką. Zupełnie nie wiem dlaczego, skąd i po co. I to minus ode mnie, bo psuje pomysł na coś spójnego. Ale największy minus, który zadecydował, że dość szybko spierdoliliśmy z tamtego miejsca, to jednak światło. A raczej jego brak. W każdym klubie są jakieś światła. A to odbijające się od kuli dyskotekowej srebrne błyszczące punkciki latające po pomieszczeniu, a to szalejące światła zmieniające kolory, a to znów migające na zmianę oświetlenie nieruchome. Ale zawsze coś się dzieje. Nie w Bed-roomie. Nie było tutaj absolutnie żadnego światła. Ani jednego migającego czy ruszającego się oświetlenia. Klub był w lekkim półmroku z powodu małej ilości żarówek (skoro sypialnia, to zrozumiałe), ale nawet na parkiecie nie działo się nic. W sensie, że świetlnie. Szkoda, szkoda.
Szybko nas to odstraszyło i wyszliśmy.

Pojechaliśmy do Nara. Płaciliśmy 10 zł za wstęp, ale następnego dnia Gacek podkreślał, że ostatni raz. Chyba przespał się z jakimś właścicielem czy coś. No, nieważne. Zabawa w środku trwała na całego. Występowały wspólnie dwie drag queen, w tym Jacek. Występ okej, śpiewały na żywo, to dla mnie ważne. Ludzie się nieźle bawili. Ale też i ludzi sporo było. Co warto zauważyć, to że impreza muzycznie prawie całą noc utrzymana była w takich klimatach lat 80., 90. W sensie, że jakiś old-school. Dziwnie dla nas jak w sobotę, ale okej. Daliśmy radę. Kilku ładnych chłopców znów było, ale mój wzrok przyciągnął znów ten 17letni Paweł. Widziałam go, ale potem mi zniknął. Szkoda – myślałam sobie. Los się jednak do mnie uśmiechnął, bo wrócił ;)
Generalnie sprawa wygląda tak, że część spierdoliła. W sensie, że Maciej, Wojtek, Damian.be i tam inni dokoła. Zostaliśmy z moją przyjaciółką Gacek sami na placu boju. Chcieliśmy godnie reprezentować Warszawę ;) Dlatego ja wdałam się w dyskusję z młodym a Gacek… no, mówiłam. Dyskusja udana, bo chłopiec nie tylko ładny, ale coś tam w głowie próbuje układać. Co prawda tej nocy kilka osób pytało mnie czy jestem Jej Perfekcyjnością (tak, jestem), to on chyba mnie nie kojarzył. Lubię to, bo wtedy można zupełnie inaczej pogadać. Takie nasze gadu-gadu zeszło nam tak, że potem przeszliśmy się jeszcze po wyjściu z klubu,m zjedliśmy coś i odprowadził mnie na przystanek. Więc bardzo sympatycznie. Numer jego miałam od piątku (sam mi dał!), więc rozmawialiśmy o konkretach: czy przyjedzie do Warszawy 8 października :) Zapowiedział, że jest duża szansa, ale wiadomka, jak to bywa z takimi zapowiedziami i jak to bywa z 17latkami.
Niemniej, rozstałam się z nim po 7.00 jakoś a mój plan pierwotny zakładał, że z Łodzi wrócę do Warszawy pociągiem o 6.54. Jak widać, nie udało się. Pozwoliłam sobie na to dlatego, że wiedziałam o pociągu 8.54, który w Warszawie jest 10.30. Więc byłam spokojna.
Bezpiecznie dotarłam do Gośki, dopakowałam się, poleżałam z pół godzinki (tyle czasu sobie wyliczyłam) i zaraz trzeba było się zbierać. W pociągu oczywiście spałam. Potrzebowałem tego. Wcześniejszy powrót (6.54) był zaplanowany tak, że wpadnę do domu, przebiorę się, wykąpię, zjem coś i generalnie się ogarnę. Faktyczny zaś powrót oznaczał, że będę mieć w domu jakieś 6-7 minut na wyjęcie wydruków pracy magisterskiej z torby i ruszenie w trasę na dworzec Warszawa Wschodnia.

Zgodnie z planem, wszystko się udało. Dotarłam na czas, pani promotor przed swoim wyjazdem mnie złapała, podpisała co trzeba i byłam szczęśliwą posiadaczką prac dyplomowych z podpisami. Pociągiem wróciłam sobie na Zachodnią, skąd udałam się na szybkie zakupy w Carrefour w Reducie. A potem do domu, gdzie musiałam się trochę zdrzemnąć jednak.
To był dobry weekend.

W poniedziałek od rana musiałem być bardzo poważną osobą. To ostatni dzień rekrutacji na studia w Instytucie Socjologii UW w komisji, której miałem zaszczyt być członkiem. Przesłuchaliśmy ostatnie osoby, dokonaliśmy ostatnich ocen, wypełniliśmy ostatnie protokoły. Co ciekawe, jeden z egzaminów połączony był z obroną pracy licencjackiej, co zdarzyło się nam po raz pierwszy. Ciekawe doświadczenie. Całość na szczęście nie trwała jakoś strasznie długo i mogłam jeszcze coś tego dnia zrobić.
Wróciłam do domu, po odzyskaniu po drodze od znajomej Gacka materiałów, które on miał mi przekazać, a które w Łodzi zostały. A tutaj: robota, robota, robota. Musiałam posiedzieć trochę przy gazecie, bo czas gonił strasznie. I rzeczywiście dużo udało mi się zrobić. Nawet chyba bardzo dużo w sumie.
Także, gdy we wtorek rano wstawałam, byłam dumna z siebie ;) Ale wtorek zapowiadał kolejne niespodzianki. Do czwartku mam bowiem czas na oddanie pracy do sekretariatu, żeby nie musieć za to płacić. W czwartek mnie nie ma, więc liczmy, że do środy. Ale się dowiedziałam, że w środę jest inauguracja roku na wydziale i sekretariat jest nieczynny. Czyli, że mam tylko czas do dzisiaj. A że dzisiaj jest dyżur pani kierownik studiów, to sekretariat jest dla mnie dostępny nie od 10 do 15, ale od 10 do 11 i od 14 do 15. Fajnie, nie?
Problem jednak leży gdzie indziej – wciąż nie mam wpisu zaliczającego od pani redaktor, z którą miałam specalizację, a która kiedyś groziła mi, że mi nie zaliczy, jak nie zwiększę swojej frekwencji. Trochę zwiększyłam, nie powiem, ale szaleństwa nie było. Poza tym nie zrobiłam jakiejś-tam jedynej pracy, którą kazała wykonać. A poza tym, jej asystentka a moja koleżanka z roku, poinformowała mnie, że ona w zasadzie jest chora i się nie zjawia w redakcji. No, bardzo śmieszne. Ale zagadałam, zagadałam i uzgodniliśmy, że jak się zjawi, to dostanę cynk, żeby móc się szybko zjawić na miejscu. I udało się. Cynk był. Że będzie u siebie w biurze do 14.40. Idealnie. Bo potem mogę biec do sekretariatu. Misja rozpoczęta. Udało mi się na czas dotrzeć do jej wydawnictwa i nawet w miarę bez gadania wpisała mi zalkę i ocenę (juhu!). Potem szybki spacer do sekretariatu, a tam… tragedia. Setki ludzi do różnych sekretariatów, tłumy, gorąc, pot, krzyk, łzy… Eh, szkoda gadać. Na szczęście powtarzałam sobie: ostatni raz w życiu!
I miałam rację. Złożyłam dokumenty, uzyskałam absolutorium, co oznacza, że ostatecznie udało mi się zaliczyć pięcioletnie studia. Teraz tylko obrona, ale to – mam nadzieję – będzie znów tylko formalność. Skończyłam studia!

Wieczór w domu poświęciłam na pisanie zlecenia. Pilne, więc sprawa nie cierpiąca zwłoki. Co prawda okazało się, że cierpiąca zwłokę ;) bo w ostatniej chwili wiszący topór zniknął, ale wolałam dotrzymać tego terminu i mieć z głowy. Tym bardziej, że jakieś kolejne zlecenia czekają i do końca października jeszcze będzie chwila zamieszania.

Środa była spokojna. Najpierw spotkanie w zaprzyjaźnionej firmie, w której zaproponowałam zmianę warunków współpracy w związku z początkiem roku akademickiego. Zamiast, jak od kilku miesięcy, widzieć się średnio codziennie po 4 godziny, ustaliliśmy, że będziemy się widzieć w poniedziałki, czwartki i piątki w pewnych konkretnych godzinach. Niemniej, godzin tych będzie mniej o 4,5 niż dotychczas, bowiem te brakujące godziny będę poświęcać na pracę w domu, przygotowując witryny. To była moja propozycja, spotkała się z aprobatą. Za to dokładnie tego samego dnia pożegnano się z poleconym przeze mnie Rafałem. Nie potrafili jednak do końca się zgrać, pewne rzeczy nie działały tak, jak powinny. Ale bez tego doświadczenia nikt by tego nie wiedział… No i już, poszło.

A ja? Zostałam studentą :) Tego dnia bowiem na inauguracji roku akademickiego Wydziału Polonistyki UW złożyłam przysięgę, że będę się uczyć, rozwijać i strzec dobrego imienia. Czy coś takiego. Tak czy owak, dotrzymam słowa :) Wykładu inauguracyjnego nie było (na szczęście), a samo przywitanie za bardzo do tych, co skończyli polonistykę na UW („Widzę, że państwo mnie znacie…”) a szkoda. Czułam się lekko pominięta i zignorowana. Ale co zrobić, taki wydział ;)
Niemniej, nie mogę się doczekać immatrykulacji i tego, że zostanę znów studentką na UW (chociaż formalnie przecież nadal jestem takową).
Potem spotkanie. Okazuje się, że jestem specjalistką od marketingu gejowskiego ;) Pewna firma konsultuje ze mną jakieś tam działania. Dziwnie w sumie, bo nigdy nie myślałam, że moja wiedza na temat środowiska może mieć wartość marketingową.

 Dotarłam do domu. Kasa od chłopców leżała na biurku. W sensie, że oddali nareszcie. I całe szczęście, bo – prawdę mówiąc – nie chciałam wyciągać konsekwencji… Ale generalnie, zaczęłam się pakować. Potem jeszcze Adam się zjawił, ale coś była zła emocja między nami. W sensie, że coś nie-teges przez dłuższy czas. Dopiero potem dał się namówić na wyjście w nocy na spacer do kantoru :) Nie było to łatwe – w sensie, że namówienie go. Ale że skoro kasę dostałam od chłopców, to poszłam o 2.00. Wymieniłam sobie koronki szwedzkie i jeszcze się okazało, że nie działa wpłatomat mBanku, co też mnie wkurzyło lekko. No, ale nic… wróciliśmy, Adam zaraz poszedł spać. Ja już nie, bo i tak musiałabym wstawać koło 4.00, żeby wziąć kąpiel i na samolot pojechać.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm