RSS
 

Notki z tagiem ‘grzes’

Przemoc, kelnerowanie, romanse i problemy we Władysławowie

06 sie
Szalona, nocna zabawa

Szalona, nocna zabawa

Władysławowo mnie przyciąga. Nie miejscowość, bo ta jest dokładnie taka sama jak wszystkie polskie nadmorskie wsie. Bardziej chodzi mi o ludzi, atmosferę i to, co dzieje się w restauracji Marcinka.

A dzieje się tam sporo, zawsze. Odkryłam to rok temu, gdy postanowiłam na chwilkę pobawić się w barmankę. Najpierw to miała być kilkudniowa przygoda na zasadzie „spróbuję po raz pierwszy w życiu typowo studenckiej pracy”, ale potem przerodziła się w autentyczny fun z tego, co robię. Praca barmana/kelnera jest super. To znaczy, na krótką metę i bez zobowiązań. No bo nie będę ukrywać, że o ile rok temu kasa z tej pracy mi się przydała (byłam w mocnym dołku finansowym) tak w tym roku absolutnie nie jest mi potrzebna (jeszcze jej nie dostałam, tak na marginesie). Ale nadal chciałam to zrobić – poczuć znów ten klimat, wyłączyć się totalnie. Bo to właśnie tak jest – że gdy tam się jest, żyje się w innym świecie. Informacje z normalności, z codzienności, w ogóle nie docierają. Nie ma znaczenia czy Tusk chce zmienić ustawę budżetową, czy Snowdena wydali USA, czy Korea wypowiedziała znów wojnę drugiej Korei. To nie ma znaczenia. Ba! Te informacje w ogóle tam nie docierają. Żyje się jak w jakiejś bańce, oddzielonym od świata. Zapierdol momentami jest tak duży, że nawet na facebooka człowiek nie ma siły ani czasu wejść. Po prostu technicznie jest to niemożliwe czasowo.

Do Władysławowa dotarłam w sobotę. W noc poprzedzającą nie odpuściłam sobie – wybrałam się do Glam. Od wielu tygodni nie było mnie w weekend w Warszawie, więc miło było znów zobaczyć znajome gęby. Siedziałam tam jakoś do 4:15. O 6:00 miałam pociąg. Wróciłem więc do domu taxi, wykąpałem się, zgarnąłem torbę, zjadłem śniadanie i w drogę. Podróż minęła mi miło. Nie tylko dlatego, że Express InterCity Jantar jest ładny, wygodny i klimatyzowany, ale także dlatego, że odsypiałam noc i podróży prawie nie zauważyłam. Na miejscu byłem około 14:00. Bezpośrednio z Warszawy, co jest super. Z dworca odebrali mnie Bonek i Agata. Przypominam sobie, jak rok temu ja odbierałam Bonka. Jak inna była ta sytuacja…

Od razu rozlokowałam się w pokoju w restauracji. Bowiem znajdują się w niej dwa schowane niewiele pokoje, w których mieszka część pracowników. Warunki są… no, takie jak wszędzie w tego typu miejscach. Ciasno, niewygodnie, porządek jest tam rzadkością. Toaleta/łazienka czekają na remont… Ale takie są realia gastro-świata. O pracownika nie dba się jakoś szczególnie. Jak chce zarobić, to to zniesie. Mi o tyle nie zależy, że wiedziałam, że będę tam tydzień. W sensie, że można to znieść bez większych problemów. Ale jakbym miała tam być 2 miesiące, mogłoby być trudniej.
Zawsze myślę o tym, jak ludzie chcący odłożyć na coś zapierdalają w tych restauracjach i męczą się w takich warunkach. Współczuję i nie zazdroszczę. Ale i wiem, jak to jest. Przeżyć się da.

Pierwszego dnia udało mi się Marcinka wyrwać na spacer i pogaduszki. Może nie za długie, ale jednak. Dobre pierogi w restauracji w resorcie Velaves. Miło, miło. Drink, potem drugi. Bardzo sympatyczny wieczór. Oczywiście, musiałam nauczyć się zmian. Bo restauracja Marcinka się bardzo rozrosła. Bardzo. Zmieniło się trochę też to, jak jest ogarniana. Więc sporo, sporo nowości. A że następnego dnia miałam zacząć pracę, musiałam się dowiedzieć, nauczyć. Nie ukrywam, że chwilkę mi to zajęło – w sensie, że wdrożenie nowych zwyczajów i nowych sposobów pracy. Ale chyba dałam radę.
W tym roku moim głównym zadaniem było kelnerowanie. To też pewna zmiana.

Oczywiście, jak to ja, musiałam ogarnąć sobie sytuację społeczną na miejscu. Nie minęło 15 minut a już znałam wszystkie plotki. Po kolejnych 10 minutach sama wiedziałam już więcej niż reszta. Bo gdy mówię, że ktoś z kimś sypia, to wiem, co mówię. To widać. Albo czuć w feromonach, nie wiem. Ale wiem, że ja to zauważam. I tak było i tym razem. Reszta oczywiście w szoku i w fazie zaprzeczenia „nie, to niemożliwe!” A jednak. Po trzech dniach okazało się, że miałam rację, prawda wyszła na jaw.
Pojawiły się też nowe osoby, co zawsze jest ciekawe. Nie ma co ukrywać – większość składu pracowniczego to jednak osoby homoseksualne. Co jest trochę śmieszne i trochę specyficzne. Ale tylko do czasu, bo skład miał się zmieniać na dniach. Wszak połowa sezonu za nami. Póki co jednak, jest ciekawie. Mateusz, którego znam od lat, a który za mną nie przepada – wpadł, podobnie jak ja rok temu, przeżyć „przygodę”. Dawid, którego nie znałam w ogóle, a który okazał się być ładnym chłopcem lekko zadzierającym nosa. Jarek, który ma brzydkie imię ale duży potencjał jeśli idzie o jego urodę i urok osobisty. No i inne osoby – mniej już dla mnie istotne w całej tej układance. Ja, oczywiście, jako Radek. Ale mówili do mnie też „Dżej Pi”, „Dżej Dżej”, „Jot Pe”, Jej, Mariola… W pewnym momencie miałam wrażenie, że muszę reagować na wszystkie możliwe imiona ;)

Jednym z ciekawszych wydarzeń była kontrola Państwowej Inspekcji Handlowej. Oczywiście, nasłana przez kogoś „życzliwego” Marcinkowi. Ciekawie było zobaczyć to w akcji. Panie zamawiające wódkę i rybkę smażoną. Potem wszystko ważyły, mierzyły, przelewały, pakowały w probówki, oglądały… Tak, to naprawdę się dzieje. Z jednej strony trochę śmiesznie (bo przecież wiem, że wódka u Marcinka jest wódką i wiem, że nie ma sensu tego sprawdzać), a trochę jednak pocieszająco (bo dobrze wiedzieć, że jest ktoś, kto czuwa, żeby nam nie wciskali byle gówna w restauracjach). Kontrola wypadła pozytywnie, choć nerwowo, oczywiście, było. Ale to chyba normalne – przed każdym egzaminem ma się nerwy. A wizyta PIH to trochę taki egzamin, czy się zna wszystkie durnowate przepisy i zasady.

Oczywiście, gastronomia to też walka. Rywalizacja. Także niezdrowa. Marcinek odnosi sukces. Jak na to miejsce, ma się rozumieć. Wcześniej właściciele zmieniali się co rok, a on już trzeci się trzyma, rośnie w siłę i nie narzeka. Więc dokoła – a że to „miasteczko gastronomiczne”, więc dokoła same restauracje – nie podoba się to. Innym się nie powodzi. Podczas mojego pobytu, w szczycie sezonu, zamknęła się sąsiednia restauracja, a inna zwijała się i miała zamknąć za trzy dni. Niech to świadczy o tym, jak trudno jest na miejscu i jak dobrze Marcinek sobie radzi. Ale pewnej nocy… Było to pożegnanie jednej z wyjeżdżających osób. No więc po zamknięciu, jakoś koło 2:00, zaczęło się picie. Ja pracowałam do końca, inni zeszli wcześniej i mogli zacząć zabawę wcześniej. Wódka, piwo, wino… No i zaczęli się wygłupiać. Nie wiem, kto pierwszy, ale gdy weszłam na piętro, zobaczyłam jak biegają bez butów, cali mokrzy. Postanowili bowiem nabierać wodę w usta i się nią opluwać. No takie szaleństwo (czy też, by być modnym: #yolo). Dla mnie nieśmieszne, bo jestem jeszcze trzeźwa. Ale oni biegają, obrzucają się kostkami lodu, opluwają i dobrze bawią. Ktoś się wreszcie poślizgnął, ktoś wywrócił. Ale nikomu to nie przeszkadza. Alkohol i atmosfera robią swoje. W sąsiedniej restauracji obsługa obserwuje ich/nas z rozbawieniem. Aż nagle wypada właścicielka tegoż lokalu i drze się, że jest skandalem to, co się dzieje. Że jesteśmy najebani i naćpani i że to się skończy. Oczywiście, nawiązała od razu do setek jakiś przeszłych wydarzeń, czy też nieformalnych ustaleń, jakie poczyniła z Marcinkiem. I że wszystko cofa. Powiedziała też „przegięłeś”, więc musiałam ją poprawić głośnym „przegiąłeś!”, za co dostało mi się „zamknij się!”. Gorzej z Agatą, która została „zdzirą wyjącą do księżyca”… Ja wiem, że brzmi to dość zabawnie, ale wówczas takie nie było. Głównie dlatego, że ktoś już do bicia się rzucał, ktoś już do Marcinka podszedł i go szturchnął raz czy dwa… No, niefajnie. Takie wojny plemienne…

Dobrze, że się rozeszło po kościach.

Tak jak taniec Bonka. Bo w restauracji jest codziennie karaoke. Bardzo, bardzo popularne. Ludzie siedzą, stoją, śpiewają, tańczą… Dzieje się. Swoją drogą, jak myślę, że atrakcją wyjazdu wakacyjnego dla mnie miałoby być karaoke, to wydaje mi się to bardzo smutne… No, ale wracając. W wieczór pożegnania Bonka, najebał się on strasznie. I śpiewał. I tańczył. A Bonek jest po pijaku über-pedałem. I, oczywiście, w lokalu były osoby, którym się to nie podobało. Na szczęście reszta obsługi była trzeźwa i wiedziała, kiedy Bonka ze sceny znieść…

Żeby nie było za spokojnie, postanowiłam namówić Grzesia z Warszawy, żeby wpadł do Władysławowa. Jako osoba, z którą kiedyś Marcinek się widywał i jako osoba, która ma wiele grzechów młodości na koncie, wydawał mi się idealnym uzupełnieniem całego składu. No, nie będę ściemniać: wiedziałam, że będzie jakaś ciotodrama albo coś w ten deseń. Ponieważ, co zawsze podkreślam i deklaruję, dla anegdoty jestem w stanie zrobić bardzo wiele, zaproponowałam mu nawet, że za jego nocleg zapłacę. Ostatecznie nie musiałam, bo zatrzymał się w Trójmieście u znajomego. Ale zamieszanie było tak czy owak. Bo okazało się, że Grześ nie tylko zna mnie i Marcinka ale i Dawida, z którym na portalu społecznościowym wymieniał brzydkie wiadomości… Więc zaczęło się jakieś flirtu-flirtu… No, fajnie, fajnie. Ja lubię takie rzeczy. Im bardziej krępująca sytuacja, tym lepiej dla mnie.

Oczywiście, w tzw. międzyczasie Marcinkowi popsuł się internet, który formalnie jest moim, więc jeszcze musiałam do Pucka się wybrać, żeby tam nowy modem kupić. Wszystko okej, a przy okazji wypowiedziałam swoją umowę internetową. Dobrze, że to zrobiłam, bo już w systemie mam informację, że oferują mi internet w kwocie o 3 zł wyższej niż chciałam. Czyli że wynegocjowałam swoje w ten sposób.

Moja ostatnia noc też była krejzi. Po raz pierwszy nie siedziałam do końca. Już o północy skończyłam pracę. Mogłam pić dobre drinki i się bawić. Zjeść coś dobrego. Oczywiście, tej nocy też musiało się wydarzyć coś niespodziewanego. Nagle, na chwilkę przed zamknięciem wpadli ludzie. I zamówili 0,7 l wódki. I soki. I frytki. (Bo wszyscy nad morzem zamawiają frytki. Wszyscy.) Więc trzeba było siedzieć. A nagle zaczął padać deszcz. I dodatkowo oni chcieli zmieniać muzykę, więc ja usiadłam i coś tam włączałam jako „didżejka”. I była prośba, żeby jednej pani coś zadedykować i włączyć. I życzenia złożyć… Ja pijana, więc na wszystko się zgadzam…
Burza, jaka się zaczęła, spowodowała, że w domu w pobliskim Czarnym Młynie, gdzie także nocowała część osób, piorun pierdolnął w dach tak, że go powyginał i wygonił ludzi, którzy szybko przyjechali do Władysławowa. Na miejsce zaś pojechał Marcinek z Bonkiem i Dawidem. I tam ugrzęźli, bo raz że jakąś gumę złapali, a dwa że następnego dnia nie mogli wyjechać po nich samochodem, bo „życzliwy” sąsiad zastawił i nie pozwolił wyjechać…

Dlatego w niedzielę opuściłam restaurację w ciszy, bez żegnania się z kimkolwiek. Ot, wyszłam jak gdyby nigdy nic. I spokojnie dojechałam do stolicy.

-> UPDATE! (7 sierpnia 2013, 08:55)

Oczywiście, z tego wszystkiego, zapomniałam napisać o mojej summer love! Ach, oczywiście, że ją miałam! Do restauracji codziennie rano przychodził piękny, młodziutki blondynek z koleżanką. Wpadał na pomidorową (która, rzeczywiście, była wyjątkowo pyszna). Potem jeszcze czasem po południu na karaoke się zjawiał na chwilkę. Szczupły, rozwichrzone włosy, superdelikatny, z lekko przegiętym głosem, dobrze ubrany. No, piękny, po prostu. Pierwszego dnia usłyszałam, jak koleżanka mówi do niego Aleks (albo tak mi się wydaje… równie dobrze mógł to być Arek – ale Aleks bardziej pasuje!) i tak zostało. Tego samego dnia, gdy ich obsługiwałam i zabierałam puste talerze po zupach, Aleks podczas płacenia rachunku dał mi 10 zł napiwku i powiedział swoim słodkim głosem „to dla pana”.
Wszyscy wiedzieli, że jeśli się zjawia, to ja go obsługuję. A jak nie pracowałam akurat, to musieli mnie informować tak czy owak, żebym chociaż mógł popatrzeć na niego. Piękny on!

I to właśnie moja summer love.  Wcale mi nie przeszkadza, że on nie wie, że nią był. A może i się domyślił? No, nie wiem. Wiem, że słodki Aleks będzie niezapomnianym wspomnieniem lata. Do czasu, ma się rozumieć. Kiedyś to wspomnienie wyblaknie i zostanie tylko ten wpis na blo.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Walentnyka sprzed (prawie) 9 lat

23 gru
Od razu mówię, że uwagi wstępne będą na końcu.
Jestem w domu rodzinnym. Przyjechałam w czwartek 20 grudnia. Niełatwo było mi się zebrać na czas. Pociąg o 6:56… Ale jestem. Podróż udana, choć spałam mniej, niż początkowo zakładałam. W moim walnie jechał bowiem też Yuri i z nim trochę pogadałam, bo dosiadł się do mnie. Dotrzeć mi się jednak udało i ominęły mnie problemy, jakie pojawiły się na Centralnym dzień później. Czyli plan był dobry.
Zanim nadejdą Święta mam czas dla siebie. Nie robię w zasadzie nic, poza jakimiś drobnostkami, które zaplanowałem wcześniej. Byczę się i powoli szykuję się do przejścia na trzeci etap diety białkowej. Udało mi się ten nieszczęsny proteinogram zrobić. Najpierw mBank (a w zasadzie Medica) ustalał, czy moje ubezpieczenie obejmuje takie badanie (10 dni!), potem umówili mnie w Warszawiena pobranie krwi, a jeszcze potem nie miałam czasu. Więc poprosiłam ich o umówienie tutaj, w moim mieście rodzinnym. Udało się. Dziś więc byłam też na pobraniu. A wyniki za… 10 dni roboczych! Ponoć to rzadkie badanie. Rzadko więc się je robi – jak się uzbiera więcej próbek. No nic, poczekam. To i tak tylko profilaktyka – chcę sprawdzić czy dieta białkowa nie zrobiła mi jakiegoś ku-ku.
Ale poza tym nie robię za wiele. Dziś postanowiłam pod wieczór uporządkować trochę moich starych rzeczy. Tak w sumie bez powodu. Ot, mama już poszła spać a ja nadal nie. A że czytać mi się już nie chciało, to padło na porządkowanie.
Wsród rożnych śmiesznych rzeczy znalazłam też walentynkę z 2004 roku. Nigdy-nie-wysłaną walentnykę. Ode mnie dla Piotra. Ów Piotr to moja ówczesna miłość z Warszawy. Ja jeszcze nie mieszkałam z stolicy (pół roku pózniej już tak), ale miałam z nim coś, co nazywaliśmy związkiem na odległość. Strasznie zabawna sprawa. Bywałam wówczas czasem w Warsawie – niby, że odwiedzić moją przyjaciółkę Iwonę. I jakoś tak się poznaliśmy i się zaczęło. Miłość. Czy też, jak sądzę dzisiaj, szczeniackie zadurzenie. Pisaliśmy do siebie listy (mam je do dziś!), widywaliśmy się rzadko, ale też i związek ów nie trwał za długo. Szczerze, to nie pamiętam ile. Pamiętam za to doskonale, że nigdy nawet ze sobą nie spaliśmy. Ot, taka tam relacja.
To dość straszne, ile razy musiałem okłamać moją mamę przez to, że byłem gejem a potem transem. Nie czuję wyrzutów sumienia z powodu kłamania. Bardziej jestem zła na to, że taka była sytuacja, która mnie do tego zmuszała. Że nie mogłam powiedzieć wprost. Inna sprawa, że zawsze miałam nadopiekuńczą mamę, co sprawy nie ułatwiło.
Ale ta walentynka sprawiła, że pomyślałam też o chłopcach, którzy pojawili się w moim życiu. Pojawili i najczęściej zniknęli. Szczególnie myśle teraz o tych, co w mijającym roku się zjawili. Wszak oni niedawno byli mi bliscy. I im chyba chcę poświęcić ten wpis na blo.
***
Zacznę niespodziewanie od niejakiego Marcina. Takiego, który prawdę mówiąc w moim życiu pojawił się dużo wcześniej, a w tym roku w zasadzie nie miałam z nim kontaktu. Nie mylić z Marcinkiem. Marcin B., bo o nim mowa w tym roku zaczął się spotykać z Damianem Be. Kojarzycie? Damian Be zniknął z mojego życia w tym roku z powodu pewnych wydarzeń, o których za chwilę. Marcin B. to naprawdę uroczy 17latek. Dosc bystry, bardzo atrakcyjny, z zasadami, zapracowany ale nie przepracowujący się. Prawdę mówiąc, to wiadomo było, że Damian Be się z nim w końcu pozna. Ale, że będą razem, to nie mogłam przewidzieć. Są. Z Marcinem kontakt utraciłam po tym, jak powiedziałam mu, że doniesiono mi, iż ktoś z jego środowiska opowiada, jakoby Marcin chwalił się w towarzystwie, że spał ze mną i że „złamał mój celibat”. Jako że ktoś powiedział mi to w tajemnicy, nie mogłam powiedzieć mu, kto to był. I za to się obraził. I juz nigdy więcej się nie widzieliśmy. Chciałam dobrze – żeby wiedział, że ktoś z jego otoczenia tak mówi ludziom. Ale wyszło na to, że nie chcę mu powiedzieć skąd to wiem i to ja jestem za zła. No cóż, trudno. Ochronę źródeł traktuję, jako dziennikarz, bardzo poważnie. Tym niemniej, szkoda, że już go nie ma w moim życiu. Napisałam do niego nawet jakoś w sierpniu czy lipcu, gdy jechałem pociągiem nad morze. Odpisał, bo nie wiedział, co to za numer. Kilka SMSów i gdy się dowiedział, pożegnał się, podkreślając, że nie chce mieć ze mną kontaktu… No cóż, nie to nie. Przecież nic na siłę. Ale mam więcej jak pewność, że nasze drogi jeszcze się zejdą, czy on chce tego, czy nie. Tak to zazwyczaj wygląda.
A dlaczego z Damianem Be nie mam już kontaktu? Luke. W tym roku miałam przyjemność bardzo często widywać się z nim. Jest absolutnie superprzystojnym chłopcem o spokojnym acz czasami podstępnym usposobieniu. Taki słodki chłopiec, który jak trzeba, to potrafi podrapać bez ostrzeżenia. Czyli super. Miło spędziliśmy dużo czasu, ja obserwowałem jego dziwną relację z ponadsześćdziesięcioletnim pracodawcą, który nawet nas czasem woził samochodem (wiem, że to dziwne!). Wszystko fajnie szło do czasu, gdy ujawniłam się z tym, że chcę tę znajomość trochę jakoś dalej pchnąć. On nie chciał. Spoko, rozumiem to. Na jego miejscu pewno zareagowałabym podobnie. Nie zaskoczyło mnie to. Ale zarazem oznaczało dla mnie, że skoro wizje nasze co do dalszego przebiegu naszej znajomości, to trzeba ją zakończyć. Call me a quiter. Nie mam czasu na negocjowanie warunków, które na pewno mnie nie zadowolą – to dosc despotyczne, ale taka jestem. Więc nasza znajomość się zakończyła. Śmieszny fakt: pod koniec on zostawił u mnie bluzę „I <3 NY” taką szarą, bo była poplamiona. Wziął za to jakąś moją. Miał oddać. Nie oddał. Nie to, żeby my jakoś superstrasznie na niej zależało, ale dla zasady odezwałem się nawet do niego po dłuższym czasie w tej sprawie. Żeby mi wysłał bluzę na mój adres. Nie zrobił tego. W końcu zaczęłam chodzić w jego bluzie (może mnie w niej widzieliście?) i któregoś razu trafiłam na niego w klubie. Upomniał się o nią. Że odda mi moją i weźmie tę. I że się odezwie. Wiadomo, że tego nie zrobił. Więc nadal ją mam i nadal w nie chodzę. Co więcej, lubię by w niej, gdy go spotykam. Żeby przypominała mu o naszej znajomości ale i o tym, jaką nieodpowiedzialną jest osobą, że nawet o bluzę nie potrafi zadbać. I że tym bardziej o znajomość nie zadba.
Jak zwykle po zakończeniu znajomości z Luke’iem poprosiłam znajomych najbliższych – zgodnie z naszym zwyczajem – żeby posuwali go ze znajomych i nie utrzymywali z nim kontaktu z szacunku dla mnie i moich emocji. Szczególne słowa skierowałam do Damiana Be, bo wiedziałam, że przez chwilkę mieli kiedyś emocję jakąś. Więc poprosiłam go, żeby się jednak powstrzymał w razie czego i nie wchodził znów w ten temat z Luke’iem. Ale dokładnie 30 czerwca on to zrobił. W Glam. Flirtowali przy barze. To mnie trochę, prawdę mówiąc, zabolało. Z dwóch powodów. Ale chyba bardziej dlatego, że Damiana prosiłam. Wymieniliśmy kilka SMSów tej nocy. Coś w stylu „naprawdę ci dziekuje” a z jego „ty tez spales z Kubutkiem”. Co oczywiście jest nieprawdą po pierwsze. A po drugie, zabrzmiało to jak głupia zemsta. Więc od tego dnia nie mam kontaktu z Damianem Be. A Luke? Luke nadal co jakiś czasów klubie mówi mi, że się do mnie odezwie w sprawie bluzy…
Dużo czasu i emocji zainwestowałam też w znajomość z Tomkiem S. Łącznie z tym, że wyjechałem do niego na wieś na kilka dni. Prawda jest taka, że podobał mi się od czasu naszego poznania w Galerii jakiś czas temu. Michaś pracował wówczas na barem tam tymczasowo-próbnie a Tomek zjawił się tam z Kamilem i jego siostrą. No, Kamil jest – ma się rozumieć – bardzo, bardzo atrakcyjny. Ale Tomek ma mniej nachalną urodę. No i jest ciut straszy (tak, to może być zaleta!) a przez to mniej infantylny. Długo jednak jakoś nie miałam okazji pogłębić tej znajomości. Choć próbowałam! Z resztą wypomniałem mu to potem w żartach. Że zapraszałam go, zachęcałam, zaczepiałam… Ale on ma chyba trochę kompleks Kamila. Albo miał. W każdym razem któregoś razu wprosiłem się do niego na Żoliborz i jakoś tak się stało, że wpadło sporo jego znajomych, najebaliśmy się i spałam u niego. Tak się zaczęło nasze intensywniejsze spotykanie. Skończyło się po tym, jak wyjechałem do niego na tę wieś. Tam zrozumiałem, że on nie widzi tej znajomości tak, jak ja. Więc znów: nie ma sensu kontynuować. Porozmawiałam z nim o tym wprost. Chyba zrozumiał. W każdym razie potem już się widywaliśmy tylko przypadkiem w klubie.
Tak samo jak z Grzesiem. To historia sięgająca jeszcze roku 2011. Grześ jest chłopcem, który jest supersłodki. I też nigdy nasza znajomość nie zabrnęła daleko. Najpierw powodem był Michał (tak, mój współlokator), który mu się bardzo podobał i z którym wolał spędzać czas niż ze mną a potem inni panowie. Łącznie z tym łysym takim, który przelał czarę. Poza tym Grześ ma jedną obrzydliwą cechę – odwołuje spotkania. Podejrzewam, że nie ze wszystkimi, ale ze mną akurat tak. Cały czas, notorycznie, nałogowo. Najpierw to słodkie, potem dziwne a na końcu wkurwiające. Nikt nie lub być ignorowany. Ja też nie. A na dodatek podczas którejś z rozmów naszych wyszło – podobnie jak w powyższych przypadkach – że on jednak widzi naszą relację inaczej niż ja. Znów. Więc nie ma sensu się męczyć. Grześ potem nawet próbował jeszcze jakoś to ogarnąć i odezwać się po jakimś czasie. Oczywiście, że poszłam z nim na spacer, gdy wyszedł ze szpitala. Zawsze miło go zobaczyć. Ale próbuję za każdym razem, gdy go widzę, przyzwyczaić się do tego, że nie mogę postrzegać go jako atrakcyjnego, wrażliwego młodzieńca, ale jako po prostu znajomego. Dalekiego.
To zabawne, ale pod koniec czerwca korzystałam przez chwilę z tego samego telefonu, co teraz (inna karta sim, teraz mam tam tę najważniejszą po tym, jak mi ukradli Samsunga) i niedawno odnalazłem tam SMSy właśnie od niego. Z 28 czerwca 2012. Umawialiśmy się na spotkanie, które nie doszło do skutku. Tak dla odmiany.
Większy problem mam z Wojtkiem. Tutaj w zasadzie od samego początku miałam przekonanie, że ta znajomość nie uda się tak, jak ja bym sobie to wymarzyła. A mimo wszystko wchodziłam w nią. Dlaczego? Chyba dlatego, że Wojtek jest naprawdę atrakcyjny. Żywiołowy, zabawny, inteligentny, ładny. Wyrachowany. Chyba ta cecha mnie u niego pociągała dodatkowo. Przez chwilkę miałam ochotę utrzeć mu nosa ale potem mi przeszło. Po prostu miło było widzieć jak życie mu uciera/utrze. Ja wiem, że ładni mają łatwiej, ale wszystko ma swoje granice. Wojtek ślizga się po życiu i po relacjach. Ma prawo. Gorzej, że nie wie jeszcze, jakie czekają go konsekwencje. Chciałam mu to przekazać – mimo tego że wiem, że niektóre rzeczy trzeba po prostu w życiu spieprzyć i nie da się pewnej wiedzy zdobyć inaczej niż na własnych błędach. Ale jakoś kusiło mnie, żeby spróbować. Co więcej, ostrzegłam go, że to może spowodować, że przestanie mnie lubić. Tak jak nie lubi się swojego psychoanalityka, bo wie o nas więcej, niż my sami – tak się nam przynajmniej wydaje. Moim celem w przypadku Wojtk było pokazanie mu, że może, potrafi a może nawet powinien zbudować niepłytką relację. Ale on się opierał. Po czasie stwierdziłem więc, że nie ma sensu, poddaję się, nie robię tego dalej. I tak się o tym dowie, ale w bardziej bolesny sposób. Nic tu po mnie.
Wakacje należały do Bonka. O ile w przypadku pozostałych osób udaje mi się chociaż sztucznie ukrywać ich tożsamość, o tyle tym razem jest to niemożliwe. Jak się ma na imię Bonawentura, to się nie da tak po prostu. Z tym Bonkiem to była dziwna sprawa. Tym bardziej, że w tej znajomości pozwoliłam sobie na bardzo dużo. W sensie, że dopusciłam go bardzo daleko. Zaczęło się od wyjazdu do Trójmiasta. Pojechał z nami tak w ciemno w sumie, co nawet mi się podobało. Taki szalony i odważny. Szczytem było Władysławowo, gdzie wynajmowaliśmy razem pokój nawet. Mimo tego, że pracowałam nawet 14 godzin na dobę u Marcinka, znajdował się czas na to, żebyśmy w pokoju tym poszaleli trochę. Nie wyobrażajcie sobie za wiele, oczywiście. Seksu nie było. Ale tak czy owak, nagięłam i przekroczyłam kilka swoich barier. Za co w sumie chyba nawet jestem trochę mu wdzięczna, bo nie wiedziałam, że jestem w stanie. Ale momentem, który zauważył na tej znajomości była jedna noc, gdy do Ryby Piły (nazwa restauracji, w której pomagałam Marcinkowi) wpadła stała klientka ze swoim znajomym gejem. Ludzie niemłodzi, żeby powiedzieć to delikatnie. I w trakcie ich wizyty, ów pan podrywał Bonka. Co jest okej, bo rozumiem, że może się podobać. Ale jemu ewidentnie odpowiadało to, że jest podrywany przez owego niemłodego pana. I to mnie zaniepokoiło. Nie ta konkretna sytuacja, co bardziej cechy osobowości, jakie ona sygnalizowała. I dlatego postanowiłam się wycofać. Nie odpowiadało mi to i już. Szkoda trochę, bo chwile spędzone razem wspominam miło.
Kubutek to osobna historia. Minął juz rok od czasu, gdy rozstał się z Damianem Be a zarazem moment, gdy bliżej ze mną się… nie wiem, zaprzyjaźnił? Chyba nie lubię tego słowa. Poza tym nie nazwałbym Kubutka swoim przyjacielem. On mnie chyba też nie. Cały czas powtarzam, że kocham Kubutka. I chyba rzeczywiście tak jest. Nie mogę przestać mieć ochoty na spotkanie z nim, rozmawianie, patrzenie na niego. Mogłabym tak bez przerwy. Oczywiście on ma skuteczną metodę blokowania jakichkolwiek erotycznych konotacji w tej relacji. Nazywa mnie Mariolką – co czyni bardzo wiele osób, ale – czyni to niemożliwym, by nawet niechcący jakieś erotyczne czy seksualne podteksty emocjonalne się tu wkradły. Choć ja nie ukrywam, że na poziomie fizycznym, erotycznym uważam Kubutka za absolutnie pięknego i pociagającego. Szanuję jednak barierę, jaką stawia – z braku wyboru, ma się rozumieć. Sama konstruowałam się zawsze jako osobę, która nie może się podobać, więc nie ma się czemu dziwić. No i to ja pocieszałam go, gdy płakał po rozstaniu z Damianem Be, przytulałam go i słuchałem jego łkania. To też deseksualizuje naszą znajomość. Nie jest jednak tajemnicą, że razu pewnego, będąc bardzo pijaną, całowałam się z nim. Dziwna ta relacja, ale mam wrażenie, że dosc zdrowa mimo całej tej zawiłości. Choć gdy tak taz o tym myślę, to wydaje mi się, że on nigdy nie wchodzi w szczegóły ewentualnie pojawiających się rzadko w jego życiu bliższych relacji z chłopcami. I nie wiem, czy dlatego, że rzeczywiście są one rzadkie czy też dlatego, że nie chce mi o niech mówić z różnych powodów. Eh…
Arka poznałam na jednym ze Spotkań Gejów Nastoletnich w Melinie. Wówczas już mnie jakoś zainteresował. Cichy, ale atrakcyjny. Małopijący i zabawny. Uśmiechnięty choć skryty. I szkoda, że jakoś mi zabrakło wówczas pomysłu, żeby na żywo z nim pogadać więcej (choć trochę próbowałam!). Dopiero potem, internetowo się jakoś to rozwinęło. Potem wpadłam do niego do Puław, potem on do mnie do Warszawy. Bardzo miło. Dużo SMSów, częste telefony, wiadomości na facebooku… Co najdziwniejsze, Arek twierdzi, że podobam mu się fizycznie. To mnie trochę intryguje, trochę dziwi, trochę obrzydza. Naprawdę, wyobrażenie, że mogę się komuś podobać fizycznie budzi u mnie obrzydzenie. Więc sami rozumiecie, jak dziwna to relacja. Tym bardziej, że Arek, jak każdy siedemnastolatek jest mocno uzależniony od swojej mamy. A na dodatek mieszka daleko. A żeby było jeszcze ciekawiej, od kilku dni się prawie nie odzywa. Więc sama nie wiem, co o tym myśleć.
Na sam koniec został W. Czyli że chłopiec o imieniu pochodzenia wschodniego, które mi się nie podoba i dlatego mówię do niego i o nim po prostu W., bo na tę literę się zaczyna owo imię. W. aktualnie jest właśnie na wschodzie gdzieś na Święta. Poznaliśmy się pewnej nocy, gdy postanowiłam pobawić się w barmana i wcisnęłam się za bar w Glamie. On był jednym z klientów. Ale gdy podszedł, postanowiłam wyjść zza baru i zająć się rozmową z nim. Że jest absolutnie piękny, to mówić nie muszę. Ale ma dodatkowo cechy, które mnie intrygują. Jest bardzo zamknięty. I nie lubi deklaracji. Jego ulubione odpowiedzi to „może”, „kto wie” i „zobaczymy”. Więc moim celem jest przebicie się przez te obronne odpowiedzi i dotarcie do prawdziwego W. Wydaje mi się, że on też nie brzydzi się mną (nie zaryzykuję stwierdzenia, że mu się podobam, bo to chyba byłoby za dużo), ale przebijanie się przez jego obronę nie jest łatwe. Tym bardziej, że – oczywiście – mieszka pod Warszawą… Więc i widywanie jest utrudnione. Ale próbuję, bo mi bardzo zależy.
***
Mam dziwne relacje z chłopcami, wiem to. Za każdym razem staram się jedynie, by nie były dla nich szkodliwe. Muszę tez starać się ograniczać swoje psychoanalityczne zapędy. One zawsze prędzej czy pózniej odstraszają – nawet gdy o nich uprzedzę albo gdy ktoś deklaruje, że to super i że bardzo się cieszy z tego powodu. Nigdy tak nie jest.
Sprawę komplikuje, ma się rozumieć, fakt, że jestem jakoś tam osobą publiczną w środowiskach LGBT i ludzie zazwyczaj wiedzą o mnie albo „wiedzą” zanim mnie poznają. Dlatego też część z nich – z racji posiadanej wiedzy lub „wiedzy” – w ogóle mnie nie poznaje nigdy. No, trudno – na to nie narzekam.
Wiem też, że wiele osób ma różne wyobrażenia na temat tego, jak wyglądają te znajomości. Ale zazwyczaj okazuje się, że są w błędzie. To jak z Meliną. Gdy ktoś tam jeszcze nie był, ale słyszy nazwę Melina, ma pewne oczekiwania i wyobrażenia. Po przybyciu najczęściej stwierdzają, że jak na Melinę, to jest tutaj za czysto i za schludnie. Tak samo z tymi znajomościami.
Co ciekawe, mimo że sama uczę o relacjach ponowoczesnych, o ich płytkości, niestałości i płynności, to sama od niedawna próbuje wejść w taką relację. Nie to, że miłosną czy erotyczną. Ale niepłytką. Taką, na której będzie mi i komuś zależeć. Nie wiem na jak długo. Ale na pewno na próbę i odważnie. Chcę się sprawdzić w ten sposób, bo dawno/nigdy w czymś takim nie miałam okazji być.
***
A teraz technicznie. Blo jest superzaniedbany, wiem to. Ale koniec z tym. Dwa wpisy w tygodniu MUSZĄ się pojawić i koniec. Nie ma dyskusji.
Yuri i ja w pociągu do Szczecina

Yuri i ja w pociągu do Szczecina

Od razu mówię, że uwagi wstępne będą na końcu.

Jestem w domu rodzinnym. Przyjechałam w czwartek 20 grudnia. Niełatwo było mi się zebrać na czas. Pociąg o 6:56… Ale jestem. Podróż udana, choć spałam mniej, niż początkowo zakładałam. W moim walnie jechał bowiem też Yuri i z nim trochę pogadałam, bo dosiadł się do mnie. Dotrzeć mi się jednak udało i ominęły mnie problemy, jakie pojawiły się na Centralnym dzień później. Czyli plan był dobry.

Zanim nadejdą Święta mam czas dla siebie. Nie robię w zasadzie nic, poza jakimiś drobnostkami, które zaplanowałem wcześniej. Byczę się i powoli szykuję się do przejścia na trzeci etap diety białkowej. Udało mi się ten nieszczęsny proteinogram zrobić. Najpierw mBank (a w zasadzie Medica) ustalał, czy moje ubezpieczenie obejmuje takie badanie (10 dni!), potem umówili mnie w Warszawie na pobranie krwi, a jeszcze potem nie miałam czasu. Więc poprosiłam ich o umówienie tutaj, w moim mieście rodzinnym. Udało się. Dziś więc byłam też na pobraniu. A wyniki za… 10 dni roboczych! Ponoć to rzadkie badanie. Rzadko więc się je robi – jak się uzbiera więcej próbek. No nic, poczekam. To i tak tylko profilaktyka – chcę sprawdzić czy dieta białkowa nie zrobiła mi jakiegoś ku-ku.

Ale poza tym nie robię za wiele. Dziś postanowiłam pod wieczór uporządkować trochę moich starych rzeczy. Tak w sumie bez powodu. Ot, mama już poszła spać a ja nadal nie. A że czytać mi się już nie chciało, to padło na porządkowanie. Wśród rożnych śmiesznych rzeczy znalazłam też walentynkę z 2004 roku. Nigdy-nie-wysłaną walentynkę. Ode mnie dla Piotra. Ów Piotr to moja ówczesna miłość z Warszawy. Ja jeszcze nie mieszkałam z stolicy (pół roku później już tak), ale miałam z nim coś, co nazywaliśmy związkiem na odległość. Strasznie zabawna sprawa. Bywałam wówczas czasem w Warszawie – niby, że odwiedzić moją przyjaciółkę Iwonę. I jakoś tak się poznaliśmy i się zaczęło. Miłość. Czy też, jak sądzę dzisiaj, szczeniackie zadurzenie. Pisaliśmy do siebie listy (mam je do dziś!), widywaliśmy się rzadko, ale też i związek ów nie trwał za długo. Szczerze, to nie pamiętam ile. Pamiętam za to doskonale, że nigdy nawet ze sobą nie spaliśmy. Ot, taka tam relacja.

To dość straszne, ile razy musiałem okłamać moją mamę przez to, że byłem gejem a potem transem. Nie czuję wyrzutów sumienia z powodu kłamania. Bardziej jestem zła na to, że taka była sytuacja, która mnie do tego zmuszała. Że nie mogłam powiedzieć wprost. Inna sprawa, że zawsze miałam nadopiekuńczą mamę, co sprawy nie ułatwiło.
Ale ta walentynka sprawiła, że pomyślałam też o chłopcach, którzy pojawili się w moim życiu. Pojawili i najczęściej zniknęli. Szczególnie myślę teraz o tych, co w mijającym roku się zjawili. Wszak oni niedawno byli mi bliscy. I im chyba chcę poświęcić ten wpis na blo.

***

Zacznę niespodziewanie od niejakiego Marcina. Takiego, który prawdę mówiąc w moim życiu pojawił się dużo wcześniej, a w tym roku w zasadzie nie miałam z nim kontaktu. Nie mylić z Marcinkiem. Marcin B., bo o nim mowa w tym roku zaczął się spotykać z Damianem Be. Kojarzycie? Damian Be zniknął z mojego życia w tym roku z powodu pewnych wydarzeń, o których za chwilę. Marcin B. to naprawdę uroczy 17latek. Dość bystry, bardzo atrakcyjny, z zasadami, zapracowany ale nie przepracowujący się. Prawdę mówiąc, to wiadomo było, że Damian Be się z nim w końcu pozna. Ale, że będą razem, to nie mogłam przewidzieć. Są. Z Marcinem kontakt utraciłam po tym, jak powiedziałam mu, że doniesiono mi, iż ktoś z jego środowiska opowiada, jakoby Marcin chwalił się w towarzystwie, że spał ze mną i że „złamał mój celibat”. Jako że ktoś powiedział mi to w tajemnicy, nie mogłam powiedzieć mu, kto to był. I za to się obraził. I juz nigdy więcej się nie widzieliśmy. Chciałam dobrze – żeby wiedział, że ktoś z jego otoczenia tak mówi ludziom. Ale wyszło na to, że nie chcę mu powiedzieć skąd to wiem i to ja jestem za zła. No cóż, trudno. Ochronę źródeł traktuję, jako dziennikarz, bardzo poważnie. Tym niemniej, szkoda, że już go nie ma w moim życiu. Napisałam do niego nawet jakoś w sierpniu czy lipcu, gdy jechałem pociągiem nad morze. Odpisał, bo nie wiedział, co to za numer. Kilka SMSów i gdy się dowiedział, pożegnał się, podkreślając, że nie chce mieć ze mną kontaktu… No cóż, nie to nie. Przecież nic na siłę. Ale mam więcej jak pewność, że nasze drogi jeszcze się zejdą, czy on chce tego, czy nie. Tak to zazwyczaj wygląda.

A dlaczego z Damianem Be nie mam już kontaktu? Luke. W tym roku miałam przyjemność bardzo często widywać się z nim. Jest absolutnie superprzystojnym chłopcem o spokojnym acz czasami podstępnym usposobieniu. Taki słodki chłopiec, który jak trzeba, to potrafi podrapać bez ostrzeżenia. Czyli super. Miło spędziliśmy dużo czasu, ja obserwowałem jego dziwną relację z ponadsześćdziesięcioletnim pracodawcą, który nawet nas czasem woził samochodem (wiem, że to dziwne!). Wszystko fajnie szło do czasu, gdy ujawniłam się z tym, że chcę tę znajomość trochę jakoś dalej pchnąć. On nie chciał. Spoko, rozumiem to. Na jego miejscu pewno zareagowałabym podobnie. Nie zaskoczyło mnie to. Ale zarazem oznaczało dla mnie, że skoro wizje nasze co do dalszego przebiegu naszej znajomości, to trzeba ją zakończyć. Call me a quiter. Nie mam czasu na negocjowanie warunków, które na pewno mnie nie zadowolą – to dość despotyczne, ale taka jestem. Więc nasza znajomość się zakończyła. Śmieszny fakt: pod koniec on zostawił u mnie bluzę „I <3 NY” taką szarą, bo była poplamiona. Wziął za to jakąś moją. Miał oddać. Nie oddał. Nie to, żeby my jakoś superstrasznie na niej zależało, ale dla zasady odezwałem się nawet do niego po dłuższym czasie w tej sprawie. Żeby mi wysłał bluzę na mój adres. Nie zrobił tego. W końcu zaczęłam chodzić w jego bluzie (może mnie w niej widzieliście?) i któregoś razu trafiłam na niego w klubie. Upomniał się o nią. Że odda mi moją i weźmie tę. I że się odezwie. Wiadomo, że tego nie zrobił. Więc nadal ją mam i nadal w nie chodzę. Co więcej, lubię by w niej, gdy go spotykam. Żeby przypominała mu o naszej znajomości ale i o tym, jaką nieodpowiedzialną jest osobą, że nawet o bluzę nie potrafi zadbać. I że tym bardziej o znajomość nie zadba.Jak zwykle po zakończeniu znajomości z Luke’iem poprosiłam znajomych najbliższych – zgodnie z naszym zwyczajem – żeby posuwali go ze znajomych i nie utrzymywali z nim kontaktu z szacunku dla mnie i moich emocji. Szczególne słowa skierowałam do Damiana Be, bo wiedziałam, że przez chwilkę mieli kiedyś emocję jakąś. Więc poprosiłam go, żeby się jednak powstrzymał w razie czego i nie wchodził znów w ten temat z Luke’iem. Ale dokładnie 30 czerwca on to zrobił. W Glam. Flirtowali przy barze. To mnie trochę, prawdę mówiąc, zabolało. Z dwóch powodów. Ale chyba bardziej dlatego, że Damiana prosiłam. Wymieniliśmy kilka SMSów tej nocy. Coś w stylu „naprawdę ci dziekuje” a z jego „ty tez spales z Kubutkiem”. Co oczywiście jest nieprawdą po pierwsze. A po drugie, zabrzmiało to jak głupia zemsta. Więc od tego dnia nie mam kontaktu z Damianem Be. A Luke? Luke nadal co jakiś czasów klubie mówi mi, że się do mnie odezwie w sprawie bluzy…

Dużo czasu i emocji zainwestowałam też w znajomość z Tomkiem S. Łącznie z tym, że wyjechałem do niego na wieś na kilka dni. Prawda jest taka, że podobał mi się od czasu naszego poznania w Galerii jakiś czas temu. Michaś pracował wówczas na barem tam tymczasowo-próbnie a Tomek zjawił się tam z Kamilem i jego siostrą. No, Kamil jest – ma się rozumieć – bardzo, bardzo atrakcyjny. Ale Tomek ma mniej nachalną urodę. No i jest ciut straszy (tak, to może być zaleta!) a przez to mniej infantylny. Długo jednak jakoś nie miałam okazji pogłębić tej znajomości. Choć próbowałam! Z resztą wypomniałem mu to potem w żartach. Że zapraszałam go, zachęcałam, zaczepiałam… Ale on ma chyba trochę kompleks Kamila. Albo miał. W każdym razem któregoś razu wprosiłem się do niego na Żoliborz i jakoś tak się stało, że wpadło sporo jego znajomych, najebaliśmy się i spałam u niego. Tak się zaczęło nasze intensywniejsze spotykanie. Skończyło się po tym, jak wyjechałem do niego na tę wieś. Tam zrozumiałem, że on nie widzi tej znajomości tak, jak ja. Więc znów: nie ma sensu kontynuować. Porozmawiałam z nim o tym wprost. Chyba zrozumiał. W każdym razie potem już się widywaliśmy tylko przypadkiem w klubie.

Tak samo jak z Grzesiem. To historia sięgająca jeszcze roku 2011. Grześ jest chłopcem, który jest supersłodki. I też nigdy nasza znajomość nie zabrnęła daleko. Najpierw powodem był Michał (tak, mój współlokator), który mu się bardzo podobał i z którym wolał spędzać czas niż ze mną a potem inni panowie. Łącznie z tym łysym takim, który przelał czarę. Poza tym Grześ ma jedną obrzydliwą cechę – odwołuje spotkania. Podejrzewam, że nie ze wszystkimi, ale ze mną akurat tak. Cały czas, notorycznie, nałogowo. Najpierw to słodkie, potem dziwne a na końcu wkurwiające. Nikt nie lub być ignorowany. Ja też nie. A na dodatek podczas którejś z rozmów naszych wyszło – podobnie jak w powyższych przypadkach – że on jednak widzi naszą relację inaczej niż ja. Znów. Więc nie ma sensu się męczyć. Grześ potem nawet próbował jeszcze jakoś to ogarnąć i odezwać się po jakimś czasie. Oczywiście, że poszłam z nim na spacer, gdy wyszedł ze szpitala. Zawsze miło go zobaczyć. Ale próbuję za każdym razem, gdy go widzę, przyzwyczaić się do tego, że nie mogę postrzegać go jako atrakcyjnego, wrażliwego młodzieńca, ale jako po prostu znajomego. Dalekiego. To zabawne, ale pod koniec czerwca korzystałam przez chwilę z tego samego telefonu, co teraz (inna karta sim, teraz mam tam tę najważniejszą po tym, jak mi ukradli Samsunga) i niedawno odnalazłem tam SMSy właśnie od niego. Z 28 czerwca 2012. Umawialiśmy się na spotkanie, które nie doszło do skutku. Tak dla odmiany.

Większy problem mam z Wojtkiem. Tutaj w zasadzie od samego początku miałam przekonanie, że ta znajomość nie uda się tak, jak ja bym sobie to wymarzyła. A mimo wszystko wchodziłam w nią. Dlaczego? Chyba dlatego, że Wojtek jest naprawdę atrakcyjny. Żywiołowy, zabawny, inteligentny, ładny. Wyrachowany. Chyba ta cecha mnie u niego pociągała dodatkowo. Przez chwilkę miałam ochotę utrzeć mu nosa ale potem mi przeszło. Po prostu miło było widzieć jak życie mu uciera/utrze. Ja wiem, że ładni mają łatwiej, ale wszystko ma swoje granice. Wojtek ślizga się po życiu i po relacjach. Ma prawo. Gorzej, że nie wie jeszcze, jakie czekają go konsekwencje. Chciałam mu to przekazać – mimo tego że wiem, że niektóre rzeczy trzeba po prostu w życiu spieprzyć i nie da się pewnej wiedzy zdobyć inaczej niż na własnych błędach. Ale jakoś kusiło mnie, żeby spróbować. Co więcej, ostrzegłam go, że to może spowodować, że przestanie mnie lubić. Tak jak nie lubi się swojego psychoanalityka, bo wie o nas więcej, niż my sami – tak się nam przynajmniej wydaje. Moim celem w przypadku Wojtka było pokazanie mu, że może, potrafi a może nawet powinien zbudować niepłytką relację. Ale on się opierał. Po czasie stwierdziłem więc, że nie ma sensu, poddaję się, nie robię tego dalej. I tak się o tym dowie, ale w bardziej bolesny sposób. Nic tu po mnie.

Wakacje należały do Bonka. O ile w przypadku pozostałych osób udaje mi się chociaż sztucznie ukrywać ich tożsamość, o tyle tym razem jest to niemożliwe. Jak się ma na imię Bonawentura, to się nie da tak po prostu. Z tym Bonkiem to była dziwna sprawa. Tym bardziej, że w tej znajomości pozwoliłam sobie na bardzo dużo. W sensie, że dopuściłam go bardzo daleko. Zaczęło się od wyjazdu do Trójmiasta. Pojechał z nami tak w ciemno w sumie, co nawet mi się podobało. Taki szalony i odważny. Szczytem było Władysławowo, gdzie wynajmowaliśmy razem pokój nawet. Mimo tego, że pracowałam nawet 14 godzin na dobę u Marcinka, znajdował się czas na to, żebyśmy w pokoju tym poszaleli trochę. Nie wyobrażajcie sobie za wiele, oczywiście. Seksu nie było. Ale tak czy owak, nagięłam i przekroczyłam kilka swoich barier. Za co w sumie chyba nawet jestem trochę mu wdzięczna, bo nie wiedziałam, że jestem w stanie. Ale momentem, który zauważył na tej znajomości była jedna noc, gdy do Ryby Piły (nazwa restauracji, w której pomagałam Marcinkowi) wpadła stała klientka ze swoim znajomym gejem. Ludzie niemłodzi, żeby powiedzieć to delikatnie. I w trakcie ich wizyty, ów pan podrywał Bonka. Co jest okej, bo rozumiem, że może się podobać. Ale jemu ewidentnie odpowiadało to, że jest podrywany przez owego niemłodego pana. I to mnie zaniepokoiło. Nie ta konkretna sytuacja, co bardziej cechy osobowości, jakie ona sygnalizowała. I dlatego postanowiłam się wycofać. Nie odpowiadało mi to i już. Szkoda trochę, bo chwile spędzone razem wspominam miło.

Kubutek to osobna historia. Minął już rok od czasu, gdy rozstał się z Damianem Be a zarazem moment, gdy bliżej ze mną się… nie wiem, zaprzyjaźnił? Chyba nie lubię tego słowa. Poza tym nie nazwałbym Kubutka swoim przyjacielem. On mnie chyba też nie. Cały czas powtarzam, że kocham Kubutka. I chyba rzeczywiście tak jest. Nie mogę przestać mieć ochoty na spotkanie z nim, rozmawianie, patrzenie na niego. Mogłabym tak bez przerwy. Oczywiście on ma skuteczną metodę blokowania jakichkolwiek erotycznych konotacji w tej relacji. Nazywa mnie Mariolką – co czyni bardzo wiele osób, ale – czyni to niemożliwym, by nawet niechcący jakieś erotyczne czy seksualne podteksty emocjonalne się tu wkradły. Choć ja nie ukrywam, że na poziomie fizycznym, erotycznym uważam Kubutka za absolutnie pięknego i pociagającego. Szanuję jednak barierę, jaką stawia – z braku wyboru, ma się rozumieć. Sama konstruowałam się zawsze jako osobę, która nie może się podobać, więc nie ma się czemu dziwić. No i to ja pocieszałam go, gdy płakał po rozstaniu z Damianem Be, przytulałam go i słuchałem jego łkania. To też deseksualizuje naszą znajomość. Nie jest jednak tajemnicą, że razu pewnego, będąc bardzo pijaną, całowałam się z nim. Dziwna ta relacja, ale mam wrażenie, że dosc zdrowa mimo całej tej zawiłości. Choć gdy tak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że on nigdy nie wchodzi w szczegóły ewentualnie pojawiających się rzadko w jego życiu bliższych relacji z chłopcami. I nie wiem, czy dlatego, że rzeczywiście są one rzadkie czy też dlatego, że nie chce mi o niech mówić z różnych powodów. Eh…

Arka poznałam na jednym ze Spotkań Gejów Nastoletnich w Melinie. Wówczas już mnie jakoś zainteresował. Cichy, ale atrakcyjny. Małopijący i zabawny. Uśmiechnięty choć skryty. I szkoda, że jakoś mi zabrakło wówczas pomysłu, żeby na żywo z nim pogadać więcej (choć trochę próbowałam!). Dopiero potem, internetowo się jakoś to rozwinęło. Potem wpadłam do niego do Puław, potem on do mnie do Warszawy. Bardzo miło. Dużo SMSów, częste telefony, wiadomości na facebooku… Co najdziwniejsze, Arek twierdzi, że podobam mu się fizycznie. To mnie trochę intryguje, trochę dziwi, trochę obrzydza. Naprawdę, wyobrażenie, że mogę się komuś podobać fizycznie budzi u mnie obrzydzenie. Więc sami rozumiecie, jak dziwna to relacja. Tym bardziej, że Arek, jak każdy siedemnastolatek jest mocno uzależniony od swojej mamy. A na dodatek mieszka daleko. A żeby było jeszcze ciekawiej, od kilku dni się prawie nie odzywa. Więc sama nie wiem, co o tym myśleć.

Na sam koniec został W. Czyli że chłopiec o imieniu pochodzenia wschodniego, które mi się nie podoba i dlatego mówię do niego i o nim po prostu W., bo na tę literę się zaczyna owo imię. W. aktualnie jest właśnie na wschodzie gdzieś na Święta. Poznaliśmy się pewnej nocy, gdy postanowiłam pobawić się w barmana i wcisnęłam się za bar w Glamie. On był jednym z klientów. Ale gdy podszedł, postanowiłam wyjść zza baru i zająć się rozmową z nim. Że jest absolutnie piękny, to mówić nie muszę. Ale ma dodatkowo cechy, które mnie intrygują. Jest bardzo zamknięty. I nie lubi deklaracji. Jego ulubione odpowiedzi to „może”, „kto wie” i „zobaczymy”. Więc moim celem jest przebicie się przez te obronne odpowiedzi i dotarcie do prawdziwego W. Wydaje mi się, że on też nie brzydzi się mną (nie zaryzykuję stwierdzenia, że mu się podobam, bo to chyba byłoby za dużo), ale przebijanie się przez jego obronę nie jest łatwe. Tym bardziej, że – oczywiście – mieszka pod Warszawą… Więc i widywanie jest utrudnione. Ale próbuję, bo mi bardzo zależy.

***

Mam dziwne relacje z chłopcami, wiem to. Za każdym razem staram się jedynie, by nie były dla nich szkodliwe. Muszę tez starać się ograniczać swoje psychoanalityczne zapędy. One zawsze prędzej czy później odstraszają – nawet gdy o nich uprzedzę albo gdy ktoś deklaruje, że to super i że bardzo się cieszy z tego powodu. Nigdy tak nie jest.Sprawę komplikuje, ma się rozumieć, fakt, że jestem jakoś tam osobą publiczną w środowiskach LGBT i ludzie zazwyczaj wiedzą o mnie albo „wiedzą” zanim mnie poznają. Dlatego też część z nich – z racji posiadanej wiedzy lub „wiedzy” – w ogóle mnie nie poznaje nigdy. No, trudno – na to nie narzekam.

Wiem też, że wiele osób ma różne wyobrażenia na temat tego, jak wyglądają te znajomości. Ale zazwyczaj okazuje się, że są w błędzie. To jak z Meliną. Gdy ktoś tam jeszcze nie był, ale słyszy nazwę Melina, ma pewne oczekiwania i wyobrażenia. Po przybyciu najczęściej stwierdzają, że jak na Melinę, to jest tutaj za czysto i za schludnie. Tak samo z tymi znajomościami.

Co ciekawe, mimo że sama uczę o relacjach ponowoczesnych, o ich płytkości, niestałości i płynności, to sama od niedawna próbuje wejść w taką relację. Nie to, że miłosną czy erotyczną. Ale niepłytką. Taką, na której będzie mi i komuś zależeć. Nie wiem na jak długo. Ale na pewno na próbę i odważnie. Chcę się sprawdzić w ten sposób, bo dawno/nigdy w czymś takim nie miałam okazji być.

***

A teraz technicznie. Blo jest superzaniedbany, wiem to. Ale koniec z tym. Dwa wpisy w tygodniu MUSZĄ się pojawić i koniec. Nie ma dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ważne są słowa kluczowe!

15 paź

 

Podczas imprezy w krakowskim Coconie na urodzinach innastrona.pl

Podczas imprezy w krakowskim Coconie na urodzinach innastrona.pl

 

Dawno nie pisałam. Powodów kilka. Przede wszystkim – wszystko jakieś takie płynne i nieustalone jeszcze. Mam na myśli przede wszystkim rzeczy akademickie. Ale to zaraz. Bo najpierw chcę zacząć od rzeczy bardzo bieżących.

Wszyscy już zapewne widzieli słynne ogłoszenie z akademika UW. Że można nocować narzeczonego/narzeczoną, ale pod warunkiem, że są odmiennej płci. Bubel czy nie, żart czy nie, informacja poszła w świat. Trafiła też i do mnie – jako mnie, ale jako i Prezesy Queer UW. Sprawa jest dla mnie oczywista i nie ma się co nad tym zastanawiać. Jeśli to było na poważnie przez kogoś napisane – co wydaje się wręcz niemożliwe w XXI wieku w Polsce – to przykład nie tylko homofobii ale i głupoty. Jeśli to miał być żart, to też kiepsko. Bo jednak to dowodzi, że są nadal takie cechy ludzkie, które część osób uważa za „ok”, żeby z nich żartować. Nie wyobrażam sobie, żeby ogłoszenie, w którym pisze się, że tylko katolickie pary albo tylko pary jednakowego koloru skóry potraktowane były jako żart. A już że tylko pary hetero – ktoś pomyślał, że będzie śmiesznie. Nie jest. Nie jest nawet strasznie czy smutno. Jest po prostu żenująco.

I śmieszy mnie, jak pyta mnie dziennikarz „Wyborczej” albo dziennikarka Radia WAWA co ja o tym sądzę. No, wiadomo co o tym sądzę. Że dno. Że załamka. Że skandal. Że wstyd. Że żenada. I takie tam. Ja rozumiem, że to ich praca, ale to pytanie wydaje mi się tak banalne, że aż mi głupio było na nie odpowiadać. Co nie oznacza, że cała sprawa mnie nie przejęła.

Na szczęście reakcja była szybka. Ogłoszenie zdjęto, tłumaczenie się zaczęło, ludzie poczuli, że coś jest nie tak i że nie chcą jednak być kojarzeni z tym zamieszaniem. Samorząd studencki na UW też zareagował w wypowiedzi dla prasy, że niefajnie. Chociaż tyle ;)

Niemniej, ja chcę działać dalej. Najpierw: akurat tego dnia, gdy wszyscy się tym podniecali, było posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Czekałam do samiutkiego końca (a uwierzcie, że wówczas zostało na sali już 5, może 6 osób), by zabrać głos w punkcie „Wolne wnioski” i wyrazić oburzenie sprawą. Bo chcę, żeby to było w protokole, żeby ślad w dokumentach pozostał. Dlatego odczytałam treść tej kartki do mikrofonu i dlatego skomentowałam je odpowiednio.

Dzień później (ale i tego dnia) rozmawiałam z szefem Samorządu Studentów UW na ten temat. Żeby podkreślić raz jeszcze, że szokuje mnie to. Na szczęście on też nie jest zadowolony z tego, co się wydarzyło i uważa, że nie powinno mieć to miejsca. Chociaż tyle ;) Miałam wysyłać pisma do Domu Studenta, do Rady Mieszkańców Domu Studenta itd., ale jednak sami szybko się ogarnęli i to nie ma sensu. Ma sens co innego.

Pomyślałam, że Queer UW może skorzystać z atmosfery i zorganizować warsztaty na ten temat dla osób chętnych w Domach Studenta. Takie uwrażliwiające, zwiększające kompetencje miękkie. Złożyłam już wniosek o dofinansowanie tego z budżetu samorządu (muszę jakoś trenerkom zapłacić…) i mam nadzieję, że się uda. Chcę pokazać, że można prewencyjnie działać w tej materii, że można edukować.

Chcemy zrobić je w każdym z akademików dla osób chętnych. W połowie listopada.

Najbardziej bawi mnie, gdy ktoś chwali się, że napisał/napisze w tej sprawie skargę do Komisji ds. przeciwdziałania dyskryminacji UW. Nie ma takiej komisji. Istniała, owszem. Ale miała ona status Komisji Rektorskiej i w momencie zakończenia kadencji prof. Katarzyny Chałasińskiej-Macukow, przestała ona istnieć. Nowy rektor może, ale nie musi jej powołać (nie ma nigdzie takiego obowiązku zapisanego), więc zobaczymy. Na razie, jak widać, nic z tego. Ale ponieważ kadencja młoda, to nie ma co narzekać – dajmy mu czas.

***

Skoro o UW mowa… To zaczął się rok akademicki. Tak na całego. A wraz z nim moje zajęcia. Prowadzę dwa kursy w Instytucie Socjologii UW i jeden w Uniwersytecie Otwartym UW. I na razie jest okej.

Jeśli idzie o anglojęzyczny kurs o płci w IS UW, to okazało się, że zainteresowanie nim jest zdecydowanie wyższe niż początkowo się zapowiadało. To dobrze w sumie. Ostatecznie jest na nim jakieś 16 osób. Mówię „jakieś”, bo co chwilę ktoś się dopisuje. Do połowy października nawet nie próbuję ogarnąć tego kto jest, a kogo nie ma formalnie na liście. Ale cieszę się, że aż tyle ich się zjawiło. Chociaż, przyznaję się bez bicia, moje ostatnie zajęcia mi się nie podobały. Czy też raczej: mój w nich udział. Jakoś tak mam wrażenie, że za mało z siebie dałam. Że powinnam więcej. Musze nad tym popracować. Cieszę się jednak z grupy, bo zapowiada się bardzo aktywnie. To dobrze. No i nie ukrywam, że jeden ładny chłopiec też się trafił, ale jak na razie udaje mi się zachowywać w sposób taki, że nie widać, że mi się podoba. W sensie, że nie faworyzuję go ;) Mówię to pół-żartem, pół-serio, ale rzeczywiście jest atrakcyjny.

Warsztaty dziennikarskie też ruszyły. Na razie jest dość leniwie. Powinno być więcej życia, grupa nie chce jednak na razie się rozruszać. To w sumie studenci na licencjacie, więc może jeszcze nadal nie są rozruszani tak generalnie? No nie wiem. Wiem, że mam zamiar dać im jeszcze 1-2 tyg i muszą do tego czasu zacząć aktywniej działać. Fajnie, że przynajmniej dwie z osób chcą działać ze mną w redakcji naszego miesięcznika studenckiego w Instytucie. Na spotkaniu informacyjno-rekrutacyjnym zjawiły się 4 nowe osoby. Więc mam nadzieję, że ostatecznie cała redakcja będzie liczyć jakieś 8 osób. Jest nadzieja, że tak będzie i że uda nam się wszystko. W tym roku po raz pierwszy zdecydowałam się na dywersyfikację źródeł finansowania wydawnictwa. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Najfajniej na razie wychodzą mi chyba zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW. Ale też i muszę przyznać, że wymagają ode mnie najwięcej pracy. Przygotowanie się do każdych zajmuje mi kilka godzin. Ale takie dobre kilka godzin. W sumie wynika to z tego, że gdy zgłosiłam trzy kursy do realizacji w ramach Uniwersytetu Otwartego UW, nie wiedziałam czy któryś wystartuje i miałam bardzo ogólny w głowie ich zarys. Teraz muszę przełożyć ten zarys na 120-minutowe zajęcia. A to już wymaga sporo pracy, tym bardziej, że to raczej wykład niż konwersatorium. Grupa bardzo fajna, choć zróżnicowana. Są emerytki, są państwo pracujący w korporacjach, są świeży absolwenci wyższych uczelni… to dodatkowe wyzwanie, bo muszę mówić „dla wszystkich”, bez socjologizowania zbytniego. Niemniej, daję radę jak na razie. I – zgodnie z moim przewidywaniem – zajęcia mają charakter terapeutyczny, działają jak grupa wsparcia momentami, zachodzą w nich pewne procesy grupowe. Dlatego też wychodzę z nich zawsze zmęczona psychicznie. Dobrze, że dali mi salę na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechatroniki UW, a więc dosłownie 15 min pieszo ode mnie z domu. To plus.

Pozostałe kursy na Uniwersytecie Otwartym nie ruszyły – nie zebrała się odpowiednia liczba chętnych.

Zastanawiacie się najpewniej co ja w zasadzie robię na UW, skoro mnie wywalili. Wcale że nie wywalili. Nie dotarła do mnie jeszcze żadna decyzja o skreśleniu, co oznacza, że nadal mam wszystkie statusy. Nie zapominajmy, że tutaj obowiązuje tryb administracyjny. Decyzja musi do mnie dotrzeć, musi minąć czas na uprawomocnienie i dopiero wówczas coś się staje faktem. Na razie jestem studentą i doktorantą UW.

A na UW trochę czasu spędzam. Pomijam fakt zajęć, które prowadzę. Niedawno – posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Dość długie, ale poszło. A ja, jako posłanka Ośrodka Studiów Amerykańskich UW, dzielnie do samego końca. Poza tym: spotkania. Próbuję ogarnąć kilka tematów związanych z Queer UW i naszą działalnością. Mieliśmy mieć spotkania promocyjne, ale na razie nic z tego. Po weekendzie ruszę ludzi i pchnę ich do roboty jakiejś. Trzeba się tym zająć teraz! Ale same spotkania, to nie wszystko. Mamy inne projekty zaplanowane. Mam nadzieję, że już wkrótce ruszę z nowym zupełnie badaniem. Wniosek o dofinansowanie już złożony :)

***

Oczywiście nie samą uczelnią żyje człowiek. Gazeta, która mi wisi pieniądze, nadal mi wisi. Mam ustne zapewnienie, że do końca roku powinno być spłacone… No czekam na to, czekam. Nie ukrywam, że gdyby nie to, że dostałam 1000 zł w wakacje, to nie wstrzymywałabym się z podjęciem kroków formalnoprawnych. To spory dług i zależy mi na nim. Tym bardziej, że czekam na to od lutego 2012…

Nie siedzę jednak z założonymi rękoma. Oczywiście, zajęcia, które prowadzę na UW są dla mnie źródłem pieniędzy, ale… w przyszłości. Bo płacą mi za to dopiero po zakończeniu prowadzenia. Więc za jakiś-tam czas. Na razie muszę sobie inaczej radzić. Ostatnio wysyłam więc CV. Trochę tak na próbę, a trochę tak na poważnie. Sprawdzam rynek. Choć pewno nadejdzie taki moment, że będę musiała na poważnie to robić i rozglądać się za czymś poważniejszym. Nadal jednak nie chcę. Poza tym: nie za bardzo mogę. Prowadzenie zajęć na UW mnie ogranicza. Nie mam jednak żadnych zajęć w przyszłym semestrze, więc to będzie okazja do ogarnięcia.

Ale mam korki. Wróciłam na ten rynek, bo to fajny i łatwy pieniądz. Uczę rodzeństwo dwunastolatków 3-4 razy w tygodniu po 2-3 godziny. Sporo, dlatego mają zniżkę. Dobrze, że mieszkają niedaleko mnie, to nie musze się tłuc gdzieś do nich daleko. Spytacie: ale jak można mieć korepetycje w VI klasie podstawówki? Albo: ale czego ty ich właściwie uczysz przez tak długi czas? Już odpowiadam. Można, owszem, mieć korepetycje w VI klasie. Mój najmłodszy uczeń w historii chodził do klasy IV i też potrzebował zajęć ze mną (uczyłam go polskiego, bo jego rodzice byli pochodzenia azjatyckiego i nie mogli mu pomóc w jego problemach z tym przedmiotem). A teraz z dzieciakami po prostu odrabiamy lekcje. Ze wszystkiego poza niemieckim (mama zna i ćwiczy z nimi). Skupiamy się przede wszystkim na polskim i matematyce, ale nie tylko. Angielski jest ważny. Czasem historia i przyroda, ale to już w ostatniej kolejności. Nie ukrywam, że po pierwsze lubię to robić a po drugie: to jest fajna kasa. A i dzieci nie są trudne, więc nie mogę narzekać.

Jak zwykle, zajmuję się też mnóstwem drobnych zleceń i z tego mam jakieś grosze. A to baner zaprojektuję, a to biuletyn złożę, a to coś tam napiszę dodatkowego… Drobnostki, drobnostki…

***

Drobnostką taką był też wyjazd do Krakowa. W pierwszy weekend października innastrona.pl obchodziła 16. urodziny i zarazem przekształcić się miała w queer.pl. Miała, ale nie dała rady. Okazuje się, że nie wszystko jeszcze gotowe mają i dlatego nie dali rady. Ale impreza była. Poprosili mnie o prowadzenie. Charytatywnie tego nie robiłam, nie ukrywam. Ale też i osoby, które były i mnie widziały w krakowskim Coconie mogą potwierdzić, że moja rola – choć w sumie istotna – nie była jakaś wielka. Więc i możecie się domyślać, że kasa z tego oszałamiająca być nie mogła.

Tym niemniej, traktowałam to przede wszystkim jako fajną nową rzecz w życiu. Nie prowadziłam jeszcze eventu w klubie LGBT. To doświadczenie, które sobie mogę zapisać jako „been there, done that” od tej pory. Namówiłam oczywiście innych, żeby ze mną się wybrali. Ja musiałam jechać pociągiem, żeby mieć bilet i zwrot kosztów podróży. Reszta ferajny wybrała się później w piątek i samochodem Macieja Bieacz.

Dojechałam na miejsce jakoś wczesnym popołudniem, a na dworcu odebrał mnie Grześ. Był z niespodzianką – czternastomiesięczną Zofią, którą zresztą poznałam prawie 14 miesięcy temu. W dwa tygodnie po przyjściu na świat, Zosia i jej rodzice (w tym: zabójczo przystojny tata!!!) byli na pożegnalnym przyjęciu u Grzesia. Ja też tam byłam. Zatem Zosia jest oficjalnie najmłodszą osobą, z jaką kiedykolwiek byłam na imprezie. Miała wówczas 2 tygodnie. Obawiam się, że tego rekordu nie przebiję zbyt szybko…

No, ale Grześ pomaga teraz rodzicom i opiekuje się czasem Zofią. Przespacerowaliśmy się do siedziby innastrona.pl, gdzie dowiedziałam się dokładnie, co mam powiedzieć wieczorem na imprezie. A potem – już bez Zosi – pojechaliśmy do domu. Jestem na białkowej, więc jakiś sklep zaliczyliśmy, żebym sobie jedzenie właściwe zakupiła, a potem szykowanie do nocy.

Z okazji pobytu, zorganizowałam Spotkanie Gejów Nastoletnich część III, Kraków edition. Myślałam o jakimś mieszkaniu bardziej w centrum, ale ostatecznie nie. Padło na miejscówkę Grzesia. Okazało się, że wypadło sympatycznie, ale dość kameralnie. Powodów było kilka. Krótki czas, wczesna godzina zakończenia – podyktowana oczywiście urodzinami innastrona.pl. Ale jednak się odbyło i było okej. I nie ukrywam, że dwóch ładnych chłopców poznałam ;)

Potem wybraliśmy się do sibro. Ten krakowski pub rozpoczynał celebrację urodzinową. Tam, oczywiście, nieszczęśliwy wypadek. Jeden z tych młodych ze Spotkania Gejów Nastoletnich przypalił mnie papierosem tak, że wypalił mi dziurę w rajstopach. Masakra. Była próba ratowania, Grześ kupował lakier na szybko i w ogóle megadziałania, ale nic z tego. Dziura została. No, trudno.

Mój strój oczywiście wzbudzał zainteresowanie – ubrałam się w to samo, w czym na Paradzie Równości 2012 byłam. Więc bardzo pokazowo. Ale tak miało być. Przenieśliśmy się po godzince do Coconu. Tam, nieco później niż planowano, rozpoczęła się impreza. Zaprezentowałam ładnie nową stronę queer.pl i zapowiedziałam Rebekę. Było całkiem okej. Koncert Rebeki – bardzo udany, ale jak dla mnie nieco za długi jak na warunki klubowe. Ludziom jednak się podobało, więc znaczy, że organizatorzy dobrze wyczuli ;)

Impreza w piątek udana pod względem ładnych chłopców. A na pewno bardziej niż sobotnia. Mnie bawili najbardziej ci nastolatkowie ze Spotkania. Bo co którego widziałam, to migdalił się z innym  z chłopców ze Spotkania. W sensie, że między sobą się cały czas wymieniali. Śliną także. Oczywiście bardzo pijani, ale szczęśliwi. I o to chodzi!

Muzycznie piątek okazał się trudny dla mnie do zniesienia. Ja wiem, że Coconowi muzycznie bliżej do Toro niż do Utopii, ale w tak dużej dawce (zjawiłam się w klubie o 23:00!) było mi niełatwo. Dałam jednak radę. Tym bardziej, że – mocno spóźnieni – do klubu dotarli znajomi w końcu. Samochodem jechali w chuj dłużej niż ja, ale ostrzegałam ich, że wyjazd z Warszawy w piątek po południu to niełatwa sprawa i że lepiej im pociągiem będzie. Uparli się jednak…

Miłe to, że w Krakowie także ludzie obcy podchodzą do mnie i coś zagadują. W sensie, że mnie rozpoznają czy coś i że chcą podzielić się jakimiś myślami. Że mi dziękują, albo że czytają, albo że gratulują… To miłe, nadal. Jasne, czasem jest to męczące – zwłaszcza gdy jest to któraś-tam kolejna osoba, która mnie zagaduję, gdy ja chcę się bawić… ale nie mogę narzekać. Więc staram się uśmiechać i poświęcić każdej takiej odważnej osobie chociaż chwilkę. Mam nadzieję, że nikogo nie potraktowałam niewłaściwie.

Sobota minęła nam na spacerowaniu po Krakowie. Pogoda nam wyjątkowo dopisywała. Bardzo ciepło, słonecznie. Spotkaliśmy po drodze znajomych Grzesia (których większość poznałam w piątek) i z nimi na obiad poszliśmy. A w zasadzie oni poszli na obiad a ja siedziałam obok z jogurtem naturalnym i kawą. No, dieta, dieta…

Wieczorem u Grzesia duża impreza: (nie)urodziny. Ludzi trochę się zeszło, sympatycznie było. Ja w zasadzie w ten weekend nie piłam. No, jeden drink w piątek i w sobotę porcja whisky. Ale to miało być inaczej. Po prostu rozmawialiśmy z Grzesiem na temat nowego Jacka Daniel’sa Honey a wieczorem ktoś go przyniósł. Musiałam spróbować, to chyba jasne? I jest bardzo, bardzo dobry. Polecam.

No a potem Cocon. Najpierw byliśmy co prawda w LaF, ale nie za długo, bo nie za wiele się tam działo. W Coconie ludzi mniej niż w piątek (to mnie akurat zaskoczyło), ale muzycznie lepiej trochę. Tak więc dawałam radę (na trzeźwo!), ale nie za dużo. Jakoś po 3:00 zaczęło się opróżniać, więc i ja się niedługo potem opróżniłam (nie mylić z wypróżnieniem).

Gackowi i Amy tak się podobało, że zostali w Krakowie do… poniedziałku wieczorem! Komentować nie będę, ale rozumiem, że to kwestia miłości.

Ostatnia wpadka w Krakowie polegała na tym, że taxi mi uciekła. Zamówiona była, żeby mnie w megadeszczową pogodę zawieść na dworzec na pociąg, ale… odjechała zanim zdążyłam do niej zejść z mieszkania. Masakra. Przez to pociąg mi uciekł a e-bilet okazał się nieprzydatny. Pomijając fakt, że muszę teraz się pieprzyć z jego zwrotem do PKP InterCity, to udało mi się ostatecznie kolejnym Expressem wrócić do Warszawy. Wypad oceniam więc generalnie bardzo pozytywnie. Mimo tego, że musiałam być trzeźwa, było okej.

Najbliższy planowany wyjazd: Puławy. Zamierzam wybrać się tam na jeden dzień do Arka. Chyba za tydzień.

Kto to jest Arek? A, to taki chłopiec, którego poznałam na Spotkaniu Gejów Nastoletnich 2 w Warszawie. Wpadł wówczas i najpierw bardzo cichutki był, ale potem się trochę rozruszał. Mamy teraz dobry kontakt telefoniczny i SMSowy. Więc pojawił się pomysł mojej wizyty w Puławach (na razie byłam tam tylko przejazdem w drodze do Tomka we wrześniu). Ponieważ on z rodzicami mieszka, to tylko tak w ciągu dnia, na widzenie. Ale potem – w listopadzie – on ma wpaść do Warszawy na nieco dłużej, na kilka dni długiego weekendu. Pomysł mi się podoba.

***

A skoro o imprezach mowa, to warto wspomnieć dwie z nich. Urodzinowe. We wrześniu urodziny obchodził Grzegorz Okrent. Duża, jak zawsze, impreza. No i udało się w Utopii przy Kredytowej 9 zebrać naprawdę sporo ludzi. Fakt, że tłum jest nieco inny niż dawniej, ale jest. Podobnie, a nawet jeszcze lepiej było na urodzinach Utopii w październiku. Och, tak! Muzycznie było bardzo, bardzo dobrze. A ludzi jeszcze więcej, brak miejsca, ścisk, tłum… Szkoda tylko, że teraz jakoś mam wrażenie, że ludzie mniej mówią „przepraszam”, gdy się przeciskają. Dawniej było to standardem i jeśli ktoś nie mówił, był na językach jako cham i prostak. Teraz jest inaczej. Teraz się pchają i słowa nie powiedzą. To niemiła rzecz. Drugą niemiłą był pan kasjer podczas urodzin klubu. Poprosił mnie o opłatę za wejście. No, ja rozumiem, że nie mam zaproszenia (bo nie było mnie tydzień przed, żeby odebrać je od Królowej – rządziłam wówczas w Krakowie), ale przecież bez przesady. Nie ukrywam też, że sposób, w jaki mówi do mnie jako gościa klubu był niemiły. A że zupełnie trzeźwa byłam, to ogarniałam sytuację. Sarkastyczne „He, żart?” wypowiedziane bez uśmiechu było naprawdę nie na miejscu. Tym bardziej, że ja zawsze mówię i „dzień dobry” i „przepraszam” i „dziękuję, miłej nocy” gdy wychodzę. Więc to rysa na dobrym wrażeniu z tej nocy.

Świetnie zagrała Moondeckowa, doskonale Tennessee sobie poradził. Dobre wokale (Serge daje radę!), bębny na żywo, skrzypce… tak, tak, tak! Tak jak powinien wyglądać dobry house w klubie. To była impreza w dawnym stylu.

Tak sobie czasem myślę: powinnam korzystać z okazji i poznawać wszystkich bogatych, dobrze postawionych ludzi, którzy bawią się w Utopii w weekendy. Powinnam spędzać z nimi czas, zagadywać, to by mi się mogło przydać kiedyś (choćby wówczas, gdy zacznę szukać pracy na poważnie), ale nie… Nie dałabym rady tego zrobić. Takie rozmowy są dla mnie trudne. Oni są często bardzo nudni, lubią rozmawiać przede wszystkim o tym, jacy są wspaniali a na dodatek zazwyczaj są zaćpani, co dodatkowo utrudnia mi kontakt z nimi. Te przemyślenia sprawiły, że doszedłem do wniosku, że młodych chłopców lubię też dlatego, że nie stać ich jeszcze na narkotyki. Jasne, zawsze ktoś ich może zaprosić, ale jednak to rzadsza sytuacja. I mogę z nimi porozmawiać. Jasne, też nie zawsze są superinteligentni, ale jako że są młodzi, mogę im to wybaczyć. I przymykam na to oko. No, sami rozumiecie.

Swoją drogą, trochę inaczej teraz wyglądają zachowania społeczne w nowej Utopii. Moja dawna praca „Utopijny teatr” straciła na aktualności nie tylko dlatego, że inny jest rozkład pomieszczeń w tym miejscu niż przy Jasnej 1, ale przede wszystkim dlatego, że znacząco zmieniła się sytuacja towarzyska w klubie. Jest inaczej, ale dziś nie czas i nie miejsce, by się tym zajmować. Innym razem.

Ach, i bawią mnie komentarze ludzi na temat klubu. Jedni mówią, że pociągnie tylko do grudnia. Że dalej nie ma szans. Inni, że pogodzenie się Królowej z „Bastkami” (czyli współwłaścicielami Candy Club) oznacza, że już niedługo koniec ich rywalizacji i że zostanie tylko jeden z klubów, bo zewrą szyki razem… Eh, gdybyście znali prawdę ;)

***

A swoją drogą, sobota była takim dniem, gdy chciałam zrobić jeszcze jedną rzecz, której mi się nie udało. Z powodu innych imprez, ma się rozumieć. Koncert Pezeta! Bo jestem teraz jego fanką. Uważam, że album „Radio Pezet” jest najlepszym w tym roku w Polsce. I naprawdę chciałam iść do Stodoły na jego show. Więc szkoda, że się nie udało z powodu wcześniejszych planów. Ale chcę Was zachęcić do posłuchania! Naprawdę warto.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

AlkoOlimpiada, rozwalający się Glam i jak zrezygnowano z narkotyków

09 sty
Dawniej piłam mniej, to fakt. I w zasadzie nie wiem czemu piję teraz więcej. To nie jest tak, że potrzebuję wódki, żeby śmielszą być (to chyba oczywiste). Nie jest też tak, że chcę o czymś zapomnieć, mam jakąś traumę czy coś takiego. Nie potrzebuję alkoholu jako wymówki, że zrobię coś głupiego/szalonego. To robię dość często na trzeźwo.
Więc nie wiem czemu piję. Jasne, lubię to. Lubię ten stan, gdy brzydota świata nie przeszkadza, marna muzyka w klubie nie wkurwia, chłopcy dokoła są jeszcze ładniejsi i w głowie się delikatnie kręci. Lubię, bo nie ma co udawać, że jest inaczej. Przecież właśnie po to wynaleziono alkohol, prawda?
Lubię też się czasem sponiewierać. Tak całkiem. Żeby mi się film urwał. Żeby krzyczeć przy barze. Żeby wywrócić się w tańcu na znajomego. Bardzo rzadko mam możliwość aż takiego pofolgowania sobie (niestety), ale czasem to lubię. Dużym minusem dla mnie w sumie jest to, że nie miewam kaca. Takiego kaca, o jakim mi opowiadają inni. Ja raczej wstaję, piję szklankę wody i mogę żyć normalnie dalej. Nawet jeśli sen trwał tylko 3 czy 4 godziny a teraz muszę poprowadzić warsztaty dla grupy nastolatków. Mówię, że to minus dla mnie, bo może kac powstrzymywałby mnie skuteczniej przed piciem.
Doszło do tego, że w najbliższą niedzielę organizuję… AlkoOlimpiadę. Damian M., Marta K. i ja ścieramy się w konkurencji kto wypije więcej. Są już opracowane nawet zasady (m.in. szot co 15 minut, dodatkowy raz na godzinę, popijanie drynkiem i takie tam…) a także zestaw dopingu dozwolonego (np. woda, gazowane napoje bez cukru itp.) oraz zabronionego (m.in. jedzenie, spanie itd.). O ile sam pomysł jest w zasadzie zabawny o tyle jak na to spojrzeć z boku… boże, jak to się stało, że się umawiam na takie konkurencje. Tylko dlatego, że wiem, że mam szansę wygrać! Dziwne to wszystko.
Spotkałam się ostatnio z Kubutkiem. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach ale i na wódkę nam jakoś zeszło. Wiadomo, rzecz ważna. I tak od słowa do słowa zaproponowałam mu małą zabawę. Zabawę w nie-picie. Kto dłużej wytrzyma bez alkoholu. Ruszymy jakoś pod koniec stycznia – już po urodzinach fotobloga oraz po powrocie Kubutka skądś-tam. Chodzi o sprawdzenie czy potrafimy i jak długo. Wydaje mi się, że 4-6 tygodni powinno to potrwać, choć mam nadzieję, że wytrzymamy dłużej.
Kubutek podczas spotkania opowiadał mi oczywiście też o innych sprawach. A ja mam taki wniosek z dyskusji, że to wszystko nasza wina. Że piszemy sobie w głowie scenariusze naszego zachowania i potem je realizujemy. I gdy mówimy „Ja wiedziałem, że tak zareaguję, gdy to się stanie” to oznacza nie mniej, nie więcej jak właśnie to, że naprawdę wiedzieliśmy, bośmy sami to zaplanowali. Mamy w naszych głowach gotowe reakcje na różne sprawy. I wystarczy je zmienić, by zmieniło się nasze zachowanie. Wiem, wiem, to nie takie proste. Nie wystarczy powiedzieć sobie: „dobra, teraz będę reagować inaczej”, tylko trzeba dokonać w sobie autentycznej przemiany nastawienia. Jednakże sam fakt, że wiemy, że istnieją takie scenariusze i że my jesteśmy ich autorami, daje jednak nadzieję na to, że będzie lepiej, prawda?
Nie będzie natomiast lepiej na pewno jeśli idzie o imprezy w Warszawie. Wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej. Już nic się nie dzieje. Nie ma nawet udawanych „dużych imprez”. Nic a nic. Cisza na mieście. A jest w sumie już karnawał! To właśnie dlatego wylądowałam w Glam. I to trzy dni z rzędu… Wiem, wiem, co chcecie powiedzieć. Tak to krytykuję a potem tam idę. W czwartek przed Trzech Króli wylądowałam tam w zasadzie z własnej woli. Nic się nie działo, mało ludzi na mieście, ulice pustoszały. Więc pomyślałam, że to dobra okazja, żeby tam się wybrać. Pomysł okazał się o tyle dobry, że byłam świadkiem zawalania się Glamu. A dokładniej: korytarza. Tego świecącego, migającego tunelu, który kiedyś wydawał się być znakiem rozpoznawczym klubu. Już nie jest. Szkoda w sumie, bo to było coś, co – gdy jeszcze istniało i nie było zdewastowane – było fajnym pomysłem na to miejsce. 
Ale i w Glam wiedzieli, że niewiele się tej nocy przydarzy. Ludzi było mało w sumie, bar otwarty tylko jeden… bez szału. Gorzej było w piątek. Tym razem Gacek mnie zmusił. Stwierdził, że nie może iść do żadnego heter-miejsca, bo ma dzisiaj potrzebę na imprezę z pedałami. Ja to rozumiem, więc uległam. I już mogłam pożałować. Raz, że znów za dużo wydałam kasy a dwa, że niewiele się działo w sumie. Gacek prawie poderwał jednego takiego ładnego chłopca, ale potem on mu uciekł. Sobota zaś była fatalnym już pomysłem. Byliśmy najpierw u Gasispyrki na niby-parapetówce i się okazało, że nikt nie chce ze mną do Toro jechać. Plan był wcześniej ustalony i był dobry – Toro. A tutaj się okazuje, że część chce jechać do Hunters (a tam nie bywam) a część do Glam. I musiałabym sama do Toro jechać a to nie jest najlepszy pomysł. Więc Glam, trudno.
W środku spotkała mnie sytuacja, jakiej jeszcze nie miałam. Pijana jakaś dziewczyna stwierdziła, że muszę z nią zatańczyć. Podziękowałam i powiedziałam, że nie, bo właśnie idę do baru. Kulturalnie, grzecznie. Ona stanęła mi na drodze i stwierdziła, że muszę z nią zatańczyć. Potem powiedziała, że jest oblana piwem i jak się nie zgodzę, to zaraz się na mnie rzuci, żebym i ja była mokra… To świadczyło o tym, że nie była aż tak pijana – ogarniała sytuację. Nie miałam jednak ochoty tańczyć z jakąś obcą, mokrą kobietą. Zaczęła na mnie napierać i się ze mną szarpać. Chora sytuacja. Nie wiedziałam, co zrobić, bo wkoło nikogo znajomego. Wycofałam się do bezpiecznej pozycji i ignorowałam ją. Byłam trochę zasłonięta barem. Mogłabym wezwać ochronę czy coś, ale to raczej niemożliwe bez przejścia koło niej. Nie da się też przez ten tłum uciec po prostu. Poza tym, no bez przesady, nie będę uciekać! Ja ją ignoruję, ona cały czas stoi koło mnie i gada o tym, że muszę z nią zatańczyć i że wówczas da mi spokój. Uczono mnie, że z szantażystami się nie negocjuje.
Podejście do baru było dobrym pomysłem. Gadając do mnie, dziewczyna zajęła się zlewaniem piw pozostawionych przy barze do jednego kufla, który potem zaczęła opróżniać. I poszła dalej, wzdłuż baru. I wówczas mogłam wyjść z części tanecznej klubu. Bogu dzięki. To była naprawdę nieprzyjemna sytuacja.
A picie zlewek po innych czy też w ogóle od innych – poza tym że jest obrzydliwe – jest naprawdę niebezpieczne. I nie rozumiem jak ludzie mogą to robić. Ja wiem, jest duszno, jest gorąco, chce się pić a kolejka za duża albo portfel pusty. Rozumiem to, naprawdę. No ale to się idzie do zlewu wody napić! Przecież nie wiecie kto to pił przed wami, co ma i czym możecie się zarazić. I ja nie żartuję, kiedy mówię to Wam, gdy chcecie ode mnie się napić. Ja naprawdę jestem zakaźna. Picie wody z kranu jest bezpieczniejsze. Ale – i to ważna uwaga – kran ten musi działać. A w Glam w sobotę nie działały łazienki znów. Bo wywaliło. I trzeba było sikać na zewnątrz plus plan z piciem wody z kranu nie działał…
Plusem wizyty w Glam było spotkanie Grzesia. W zasadzie dziwne, że to piszę, bo ostentacyjnie w zasadzie go ignorowałam i omijałam… Nie bez powodu. Wiedziałam, że to dobry pomysł na rozpoczęcie z nim rozmowy potem. Chodziło mi o to, by zobaczył, jak ja się czuję ignorowana przez niego. Plan wypalił. Odezwałam się potem SMSem. Potem on odpisał. I tak się potoczyło. Zadzwonił nawet do mnie w końcu, co mnie zaskoczyło, przyznaję. Generalnie jest na razie wstępny plan, że się zobaczyć mamy w tym tygodniu. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale niech będzie. Spotkajmy się.
*
A cofając się nieco w czasie… Sylwestra spędziłam jak zwykle. Na seksczacie. Mówcie, co chcecie – dla mnie to już tradycja. Było miło. Oczywiście, miałam wino i było naprawdę sympatycznie. Jakkolwiek dla Was to dziwnie nie zabrzmi ;) Poszłam spać chyba jakoś koło 6, jeśli nie później. I, ma się rozumieć, poznałam wielu młodych chłopców tej nocy.
A potem zaczął się normalny tydzień. Najpierw posiedzenie komisji ds. Krajowych Ram Kwalifikacji. Strasznie ciężka robota. Spędziliśmy na tym chyba z 6 godzin. A potem jeszcze miałam dyżur swój w Instytucie Socjologii UW. Dobrze, że ktokolwiek na dyżur ów przyszedł, to przynajmniej na marne nie siedziałam. Lada moment zacznę zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW i właśnie w poniedziałki od 18 do 19:30 będą trwać. Ciekawe, jak to wyjdzie… Jeszcze są wolne miejsca, więc zapraszam jakby co! Na www.uo.uw.edu.pl znajdziecie komplet informacji. Zajęcia nazywają się „Płeć i gender. Interdyscyplinarne wprowadzenie do tematyki”.
W zasadzie każdego dnia mam jakąś taką akademicką rzecz. We wtorek: posiedzenie Rady Samorządu Doktorantów UW. Jako że delegatem Instytutu Socjologii UW jestem, to się zjawić musiałem. Wybory Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW były dodatkowym powodem, by nie ominąć tegoż posiedzenia. Wybraliśmy obecnego przewodniczącego. Podczas krótkiej „debaty” z kandydatem zapytałem go m.in. o wypełnienie wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w zakresie udzielenia informacji publicznej oraz zwrotu kosztów postępowania sądowego. Obiecał, że się zajmie zwrotem. Zaś jeśli idzie o informacje, to wszelkie już mam i on więcej nie ma. W ten sposób potwierdza, że tych dokumentów brakuje. Ale to nie wina jego tylko byłego przewodniczącego. Podoba mi się natomiast to, że wyrywa się coraz skuteczniej spod skrzydeł swojego protektora i pozwala sobie nie dopuścić go do głosu. Dawniej na coś takiego sobie nie pozwalał. Ciekawe.
W środę – krótka sprawa – pierwsze posiedzenie Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW. Tak, jestem jego członkiem. Wybór przewodniczącego okazał się być o tyle zabawny, że spośród 5 osób będących członkami Sądu, aż 4 startowały na to miejsce. Wiadomo, że nikt nie uzyska bezwzględnej większości. Więc drugie głosowanie, w którym startują znów wszyscy. Ale tym razem żarty się skończyły i wygrał ten, który miał wygrać – namaszczony przez Nową Koalicję. I poszło.
W czwartek – spotkanie w sprawie Tygodnia Równości. Nasze plany wobec tego wydarzenia się krystalizują. Lada moment będziemy działać celem finiszowania etapu planowania i przejścia do realizacji. Póki co jednak, zebraliśmy się, by zacząć działać. Teraz bierzemy się za wycenę. Chcemy zobaczyć ile będzie nas to kosztować.
Piątek był wolny od spotkań akademickich, bo był generalnie wolnym dniem.
Udało mi się w tym tygodniu zobaczyć Marcinka. To nasze pierwsze widzenie się od bardzo dawna. On teraz zapracowany i zajęty planowaniem swojego nowego życia – życia w gastronomii. Niech się mu tam wiedzie, jeśli naprawdę to lubi. A mam wrażenie, że tak. Zawsze z wielką pasją opowiada o wszystkim, co związane z restauracją jego, restauracjami w ogóle i jedzeniem. Ja lubię jeść za to (widać to ewidentnie) i dzięki temu w tym temacie się dogadujemy.
Rozmawialiśmy też o jego studiach. Nie skacze z radości, ale to mnie nie dziwi. Jednak zaoczne studia to trochę inna specyfika, inaczej się na nich pracuje i żyje. On nie wiąże życia z nauką, więc i motywację ma inną niż ja miałam. Naprawdę to rozumiem.
Ważnym wydarzeniem dla mnie był wyjazd do sklepu na zakupy. Udało mi się zmusić się do tego po 14 miesiącach. Ja naprawdę nie lubię zakupów. Wypad do Factory Ursus okazał się jednak udany. Towarzyszył mi Michał, który doradzał i odradzał. Minusem jest to, że nie kupiłam spodni żadnych tak jak i bielizny. Ze spodniami jest o tyle problem, że jestem grubą świnią i w każdych wydaje mi się, że źle wyglądam. Wstrzymam się więc z zakupem. Nie wiem jak, ale jakoś wytrzymam do końca stycznia. Potem dieta. Tak na poważnie. Niemniej, zakupy udane. Mimo małej awantury z tępą kierowniczką Vero Mody.
*
Ostatnio jeden chłopiec podszedł do mnie i powiedział mi, że nasze spotkanie pierwszy raz było dla niego bardzo ważne. (A było to dobre kilka lat temu i działo się w Utopii.) Podeszłam wówczas do niego i jakoś tam zagadałam. Wzięłam go na VIPa, żeby tam pogadać na spokojnie. I gdy stanęliśmy przy barze, zadałam mu pierwsze pytanie: „No dobra, to teraz mi powiedz… Czemu taki ładny młody chłopiec jest tak strasznie zaćpany?” Zaczął oczywiście wówczas zaprzeczać, że nie, że wcale nie jest, że on nigdy w zasadzie… Powiedziałam mu wówczas, żeby jednak poszedł, bo nie chcę z nim rozmawiać.
I właśnie przypomniał mi tę historię i wyznał, że ona była dla niego ważna, bo teraz w zasadzie w ogóle nie ćpa już. Nie wiem na ile to prawda, ale miło było to usłyszeć.
 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziś mija 2557 dni od powstania tego blo

30 maj

Sobota zaczęła się dla mnie wcześnie. Bo Kongres Wolności. Dotarłam lekko spóźniona na UW, ale do sali weszłam jeszcze jak trwała pierwsza prezentacja. Brałem udział w panelu „Wolność polskiego geja i polskiej lesbijki”. Dużo prelegentów. Jakiś historyk, literaturoznawcy, plus Yga i Krystian oraz Paweł Pacewicz z „Wyborczej” i Hanna Bakuła na dostawkę. Prowadził Tomasz Raczek (odkąd się wyoutował, biorą go do wszystkich tego typu rzeczy). I co ze spotkania wyszło? Zacznę może od tego, że zawiódł mnie Raczek reprodukujący jakieś straszne stereotypy (że matka to jest taka, a chłopcy to są tacy, a ojcowie to są tacy…). Yga i Krystian powiedzieli to, co zawsze (ale chyba tego od nich oczekiwano – że powtórzą postulaty Grupy inicjatywnej ds. Związków partnerskich. Najciekawsze były prezentacje historyka i literaturoznawców, bo wnosiły coś nowego. Bardzo ciekawie mówił Pacewicz – o odkryciu tego, że ideały lat 80. XX wieku i środowiska Solidarności są łamane i on to widzi. Dlatego wspiera walkę o gejowską i lesbijką wolność. Dobrze mówił, mądrze, przemyślanie. Potem wyszło na jaw, że jest socjologiem ;) No i na sam koniec: Hanna Bakuła. Najgorsze wystąpienie. Owszem, było śmiesznie, było zabawnie, było radośnie, ale powiedziała tylko o sobie. Podmiotem w każdym jej zdaniu była 1 osoba liczby pojedynczej – pojechałam, odkryłam, poznałam, może jestem, nie mogę, dziwię się, nie rozumiem, nie wiem, cieszę się. Nuda, bo nie po to tam przyszłam. Pytania takie sobie. Na zakończenie okazało się, że dla wszystkich – także dla ludzi słuchających (trzeba było się z wyprzedzeniem zarejestrować) czeka posiłek. Ale ja już miałam w planach co innego – poszłam do Wayne’sa. Okazało się, że nie ma w centrum nikogo, kto mógłby ze mną obiad zjeść. Moja przyjaciółka w drodze, Adam w domu i w ogóle. Więc jadłam sama, ale za to z Justyną pogadałam chwilkę a propos pracy dla Adama. Nie wiem już który raz mu załatwiam/szukam. Nieważne.
Potem miałam wrócić na Kongres, ale zaczynało padać a ja miałam jeszcze prawie godzinkę (w planach: spacerek), więc stwierdziłam, że nie dam rady i wróciłam do domu. Może i szkoda, bo może „Wolność gender” była ciekawszym spotkaniem – mniej ludzi, więc może konkretniej.

Impreza w Utopii tej nocy była naprawdę udana. Raz, że grał Nobis i Hugo, a dwa że sporo znajomych i to takich dawno-nie-widzianych. Nawet Jurek się zjawił, podkreślając, że jest stary i że czuje się jak słoń w składzie porcelany. Był też taki Szymon, którego kieeeeedyś poznałam we Wrocławiu na imprezie, gdy byłam tam raz w życiu. Widziałam go też wcześniej na panelu o wolności gejowskiej. Pięknie grali, więc poskakać mogłam jak głupia. Moja przyjaciółka trochę latała beze mnie, ale generalnie było naprawdę fajnie. Bez jakiś wielkich skandali.

W niedzielę wpadła do mnie fotografka, która robi ten reportaż poświęcony mojej skromnej osobie jako projekt rekrutacyjny na studia na filmówce. Obfotografowała, porobiła, trochę popozowałam, musiałam się umalować, ubrać, takie tam rzeczy zrobić. Niemniej, wyszło to wszystko chyba fajnie i w porządku. Mnie to mniej jakby rusza – dla niej to chyba ważna rzecz i ważny projekt, bo wiadomo, że chce się dostać na te studia. Ważniejsze więc, żeby ona była zadowolona.
Że to koleżanka Marcinka, to ten postanowił, że do mnie wpadnie. Ja oczywiście jestem na tak. Wpadł więc, w zasadzie, gdy ona już wyszła. Zgarnął ją po drodze i przyprowadził. Zaskoczył mnie też, bo… przyniósł wódkę. I dlatego w niedzielę koło 16.00 znów piłam. Wiadomo, że Marcinkowi ulegam i że poddaję się jego woli. A on to bestialsko wykorzystał i siebie i mnie spił. Skandal. Za to Marcinek złożył oficjalne oświadczenie, że nie będzie teraz pił przez miesiąc. Nagrane, wrzucone na YouTube, jest na fotoblo… Poszło. Mam nadzieję, że wytrzyma, chociaż – prawdę mówiąc – nie wydaje mi się :) Poszedł a ja się wzięłam do roboty. Czyli, jak zawsze, do pisania czegoś-tam.

Ponieważ wizyta gości w niedzielę wyszła, jak wyszła – musiałam w poniedziałek wstać wcześniej i nadrabiać zaległości. Ja chyba lubię rano pracować. Wieczorem też. Najgorzej mi idzie w ciągu dnia :) Coś tam napisałam, zrobiłam coś w sprawie projektu badawczego o mediach i – na szczęście – nie musiałam tego dnia jechać do firmy, z którą aktualnie współpracuję. Wszystko przez wielką wodę. Coś tam zamknęli, coś tam zablokowali i napisałam do nich, że nie wpadnę, bo mam problem z dojazdem. I całe, naprawdę, szczęście, bo mogłam spokojnie w domu popracować.
Poszłam za to na zajęcia na UW. I z tego jestem dumna. Zaraz koniec roku akademickiego, a ja muszę mieć wpisy na studiach doktoranckich. Nie wiem jak to pójdzie i czy wszystko uda mi się załatwić. Mam nadzieję, że tak. I, prawdę mówiąc, wciąż mam nadzieję, że ktoś, kto był przede mną na liście, gdy dostawałam się na studia, nie da rady, zrezygnuje, wycofa się, nie dotrzyma terminów i tak dalej… Bo, pamiętajmy, wtedy ja mam stypendium na studiach zamiast tej osoby. Więc choć wszystkich ich szanuję, rozumiem i niektórych nawet lubię, to nadal czekam na taką sytuację. Wiem, wiem, świnia jestem ;)

Wieczorem wpadł właściciel mieszkania. Odebrał kasę, zgłosiłam mu rzecz do naprawy i tyle było go widać. Właśnie, z mieszkaniem trochę się wyjaśnia. Michał jednak jedzie na Erasmusa. Był bardzo bliski wycofania się (zaniósł nawet rezygnację), ale ostatecznie okazało się, że pojedzie. To oznacza, że opróżnia się jedno miejsce w moim mieszkaniu. Myślałam nad tym trochę i w zasadzie widzę dwie opcje w związku z tym. Pierwsza – bardziej prawdopodobna – wyjebię Piotra i do wolnego pokoju będę chciała kogoś nowego (jedna-dwie osoby). Druga – mniej prawdopodobna – ktoś ze znajomych znajdzie fajne mieszkanie bliżej centrum za bezcen i się z tą osobą wprowadzę gdzie indziej. Z tego, co zrozumiałam, Michał do końca sierpnia chyba ma być tutaj, więc potem… będzie się działo. Tym bardziej, że z Piotrem jeszcze nie rozmawiałam i pewno porozmawiam najpóźniej jak się da, składając mu „wypowiedzenie” na miesiąc przed.

Wtorek był dość intensywny. Udało mi się odebrać indeks doktorancki z wpisem za zajęcia o Auschwitz. Poszłam na spotkanie z panią dziekan a propos szczegółowych zasad studiowania na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Spotkanie dobre. Dałam Pawłowi jakiś czas temu do przeczytania nasz projekt – bo to dobrze, żeby ktoś z zewnątrz obejrzał – i on miał tam kilka uwag. Część z nich plus moje kilka wysłałam członkom tego zespołu przygotowującego jeszcze przed posiedzeniem. I dobrze, bo to ustawiło dyskurs. W sensie, że na tej podstawie pracowaliśmy :) Ucieszyło mnie to, wszystko w zasadzie na czym mi zależało, zostało umieszczone i poszło. Teraz musi to klepnąć Komisja Dydaktyczna rady wydziału, potem sama rada, potem samorząd studentów i już wchodzi w życie. Mają na to czas do 30 czerwca. To taka trochę moja, za przeproszeniem, spuścizna na odejście z tego wydziału :)
A już skoro o WDiNP mowa, to ostatnio Michał mówił, że jeden z dziekanów opowiadał na zajęciach o moim fotoblo i o zamieszczonych na nim zdjęciach profesorów śpiących na Radzie Wydziału. Okazało się, że te zdjęcia, adres fotoblo i w ogóle krążyły po całej profesurze wydziałowej. No, dobrze wiedzieć, że się ma takich czytelników. Pozdrawiam wszystkich tych, co do których się nie spodziewam, że mnie czytają tradycyjnym: Hejka hej!

Pobrałam delegacje na wyjazdy konferencyjne. Pani w sekretariacie miła – powiedziała, że niczego nie wpisujemy, zrobimy to po powrocie. Bo ja nie wiedziałam kiedy wyjeżdżam, kiedy wracam… Rozsądna kobieta :) Okazuje się też, że przyszła już faktura za udział w Zjeździe Socjologicznym we wrześniu! Fakt, że zapłaciłam, ale nie spodziewałam się, że tak szybko wyślą. Ale to dobrze – jest nadzieja, że Instytut mi szybko kasę za to zwróci ;) to może nieduża kwota, ale zbiera się. W sumie do tego trzeba doliczyć jeszcze 450 zł za konferencje, które mnie czekają w ciągu tygodnia… Nieźle, nieźle.

Po drodze do firmy, z którą współpracuję, odebrałam wizytówki, które zresztą dla nich zaprojektowałam i zamówiłam. Z nimi przyjechałam do biura, posiedziałam godzinkę i musiałam lecieć na korki. To już końcówka sezonu korkowego. Coraz poważniej myślę o tym, żeby na korki postawić od września, bo to jednak jest coś, co umiem i lubię robić i co daje kasę niezłą (niewiele jest miejsc, gdzie płacą 40-50 zł za godzinę…). Ale to zobaczymy. Wieczorem, jak zawsze, badanie mediów i pisanie pracy zleconej. Czasem mam już naprawdę dość… Ale nie poddaję się, bo to kasa-kasa! A mi będzie takowa potrzebna. Raz, że na moje potrzeby różne tam, a dwa, że na wesele brata. No i cały czas – mówcie co chcecie – mam w głowie ten wyjazd do Tajlandii. Sprawdziliśmy. Noclegi tanie jak barszcz, prostytutki za 15 zł… żyć, nie umierać! To na razie dość odległe, ale kto wie, kto wie… Może zrobię coś, co sprawi, że mi się uda, że znajdę czas i że odłożę kasę. Najdroższe w tym wszystkim, to przelot.

Środa okazała się mało intensywna, na szczęście. Spędziłam swoje 7 godzin w firmie, z którą współpracuję, zaczęłam przygotowywać się poważnie na konferencje. Dobry referat wymaga, wiadomo, prezentacji :) Więc się za nią wzięłam. I w sumie dobrze, bo podczas przygotowywania, trochę zmieniłam plan prezentacji. Najważniejsze jednak było, bym wieczorem w domu dokończyła dwie prace, które jakiś czas temu podjęłam i które musiały być zrobione na dziś. Udało się. Co prawda siedziałam nad nimi do 2 w nocy, ale są, poszły, wysłane.
Tak sobie też policzyłam, że został nieco ponad miesiąc na spotkanie z komisją w sprawie tego grantu od Ernst&Young. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Muszę niedługo przygotować prezentację także.

W czwartek znów rano zapierdol w domu. Musiałam się spakować na wyjazd, dokończyć prezentację i wysłać do organizatorów a potem do firmy współpracującej wpaść jeszcze. Jechałam na zajęcia i okazało się, że nie zdążę. W sensie, że spóźnię się. I mimo mojej początkowej determinacji, by dać radę, zdążyć i w ogóle, poddałam się. Poszłam na dobry obiad do Krzyśka. Dołączył do mnie m.in. Seweryn. Pogadaliśmy. Okazało się, że gdyby nie ja, to nie wiedziałby, że jest dzisiaj pierwsze posiedzenie Komisji Wyborczej Doktorantów, do której został wybrany… Fajnie, że mu o tym nie powiedziano. W kolejnych dniach (wyprzedzam fakty) okazało się, że pracownica biura, która wysyłała zawiadomienia o posiedzeniu, błędnie wpisała jego adres. Poczta jednak, na którą wysyłała maile, wysyła zwrotki z niedostarczenia. Skoro zatem dostała taką zwrotkę, to czemu nie poprawiła tego adresu za drugim razem (wysyłała bowiem dwa maile z zawiadomieniem). Dziwne to i podejrzane. Ja wiem, że Seweryna szefostwo doktorantów nie lubi, ale to już zagrywka nie fair. A jeśli to naprawdę niefrasobliwość zatrudnionej tam dziewczyny… no cóż, jeśli nie radzi sobie z obsługą poczty e-mail, to chyba znak, że nie powinna pracować w jakimkolwiek biurze.

Zjadłam obiad i poszłam na spotkanie w sprawie SocjoSzkoły. Lada dzień będzie zestawienie wyników – będziemy wiedzieć kto co kiedy i gdzie. W sensie, że poznamy nazwiska 15 zwycięzców. Ja sama przeczytałam także wszystkie nadesłane eseje, oceniłam i teraz czekam na to jakich ocen dokonali inni. Potem ogłoszenie wyników i w czerwcu przyjazd dzieciaczków. Będzie śmiesznie – lubię takie rzeczy, bo dzieciaczki są zawsze zabawne. Zresztą to już po pracach widać – dzieci piszą trudne słowa, żeby to dobrze brzmiało, a używają ich źle. Nie pamiętam teraz konkretnych rzeczy, ale było czasem śmiesznie.
Potem dopiero było zabawnie. Poszłam na posiedzenie Komisji Wyborczej Doktorantów UW, gdzie zjawił się także Seweryn. On, jako członek, miał zamiar startować na Przewodniczącego tejże komisji. Przygotował program, szkoda że nie udało się prezentacji pokazać i strony internetowej. Bo Seweryn poważnie się zaangażował i nawet stronę przygotował internetową już! Ja wiem, nadgorliwość… Ale w tej sytuacji musi to robić, bo przecież szef doktorantów ma tam swoich ludzi i jest – w przeciwieństwie do Seweryna – nieosamotniony. Kiepska sprawa. Ale to, co się działo, dopiero pokazać miało, jak jest kiepsko.
Po 1. gdy zebrało się już quorum (4 osoby z 7 członków), nie zaczęto posiedzenia. Czemu? Bo czekamy – jak powiedział przewodniczący zarządu samorządu doktorantów – na kandydata na przewodniczącego komisji… Oczywiście, kandydatów zgłasza się podczas posiedzenia a nie wcześniej, więc zapytałam o co chodzi. Zmieszał się, stwierdził, że do niego zadzwoni… Ostatecznie: czekaliśmy. Złamanie przepisów.
Po 2. zaczęła się debata nad kandydaturami – Seweryn contra ten od szefa doktorantów. Prezentacja, co przyznał nawet ów szef – wypadła na korzyść Seweryna. Konkretnie, dobre pomysły, z wizją. A tamten… no, że on chce przeprowadzić wybory i w ogóle… Tragedia. Pytania do kandydatów. Nie mogłam sobie darować. Zapytałam Seweryna – to taki hermetyczny samorządowo studencki żart – czy podoła, zaś tego drugiego czy zamierza mieć stronę internetową komisji oraz czego się najbardziej obawia, że sobie z tym nie poradzi. Strony w zasadzie nie chce, ale jak Seweryn mu odda swoją, to weźmie. A boi się, że zostanie sam, bo inni nie będą mieć czasu i będzie wszędzie robił wybory. Potem zaczęła się jatka. Głos zabrał przewodniczący samorządu doktorantów. I mówi, że chce opinię o Sewerynie powiedzieć. Już bez szczegółów, ale powiem, że – moim zdaniem – pomówił go i powiadał pod jego adresem zdania szkalujące i oczerniające. I dodam, że pierwszy raz w życiu coś takiego mówię. Ale byłam naprawdę w szoku. Wszedł na temat magisterki Seweryna – że była pisania byle jak, że ma złe wnioski, że jest niepoprawna metodologicznie, że urąga tytułowi pracy magisterskiej na UW i że Seweryn nie powinien być doktorantem. Tragedia. Poza tym mówił, że Sewerynowi nie ufa, bo on cały czas kłamie i takie tam. No, nie będę przytaczać całości, ale to było na maksa żenujące. Oczywiście, referował także do mnie, ale dopiero później. I powiedział, że nie będzie pracować w komisji, której szefem będzie Seweryn.
Po 3. Ja powiedziałam, że ocenę prac dyplomowych zostawiam jednak promotorowi, recenzentowi i komisji egzaminacyjnej a nie doktorantom, bo jednak trzeba mieć legitymizację do czynienia ocen… Powiedziałam też, że osobiste animozje nie powinny mieć wpływu na to, co się dzieje służbowo. Oraz że rozmowa na temat tego co kto zrobił w samorządzie studentów (szef doktorantów do tego referował) jest żenująca i nie na miejscu. Bo tak było. Zrobiło się megazamieszanie, ludzie się wkurzyli, że jakieś dziwne tematy są poruszane, że ich czas się marnuje, że nie wiadomo o co chodzi (większość z nich jest nieumoczona w sprawy samorządu studenckiego). I w ogóle całość była żenująca.
Po 4. Głosowanie przeprowadzone skrajnie nieprawidłowo. Komisja skrutacyjna tworzona przez ludzi nie będących członkami Komisji (tak być nie może), tryb głosowania… No, generalnie skandal. Gdy Seweryn o tym powiedział, szef doktorantów stwierdził, że jak się nie podoba to ja mogę skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego złożyć. No cóż, nie zamierzam a poza tym takimi sprawami się WSA nie zajmuje oczywiście. Całość uważam natomiast za skandal i żenadę. Tak poważnie.
Potem jeszcze kolejne awantury przy wyborze zastępcy przewodniczącego, żenujące sytuacje… Nie będę opisywać, bo słów szkoda. Ale widzę, że to będzie ciężka walka. Doktoranci wychodzą generalnie z założenia, że mają to w dupie, szef doktorantów realizuje chore ambicje kosztem tego tumiwisizmu, zgarnia co się da i działa według zasady „dziel i rządź” przez co wszystko wygląda jak farsa. Tragedia, naprawdę.
Muszę to teraz powiedzieć oficjalnie: uważam, że Przewodniczący Zarządu Samorządu Doktorantów UW jest niekompetenty, niekulturalny, nierzeczowy i niegrzeczny. Uważam, że skrajnie źle i niewłaściwie poprowadził posiedzenie Komisji i że taki styl pracy dyskwalifikuje go w moich oczach na jego stanowisku oraz że przynosi wstyd wszystkim doktorantom na Uniwersytecie Warszawskim. I wiem, że z racji swojego przewrażliwienia na swoim punkcie może podać mnie za te słowa do sądu. Co dowiedzie tylko tego, że moje negatywne zdanie na jego temat jest zasadne.

Prosto z posiedzenia poszłam na pociąg do Krakowa.
Grześ odebrał mnie, dzielnie czekając na lekko spóźniony Express InterCity. Miałam zakupiony w internecie bilet, który ważny jest tylko z dowodem tożsamości. A ja, oczywiście, dowodu nie wzięłam. Kurwa mać. Pan konduktor uległ jednak mojemu czarowi i zgodził się mnie mimo wszystko puścić. Dzięki :) Inaczej musiałaby kupić od niego bilet a tamten internetowy zwracać jako niewykorzystany… Dużo pierdolenia. Niespodzianka sezonu – spotkałam dyrektora Centrum Myśli Jana Pawła II. Udawał, że mnie nie poznaje, ale widziałam po nim, że wie. I ja też poznałam i wiedziałam. Na tyle go to zestresowało, że zmienił wagon :) Słusznie. Po tym, jaką mi krzywdę zrobił, powinien się stresować i wstydzić przede wszystkim.
Z Grzesiem tylko chwilkę pogadaliśmy w domu, nawet nie pamiętam czy jakiegoś drinka wypiliśmy czy nie i zaraz spać poszliśmy… Poranek był za to intensywny. Pysznie grzesiowe śniadanie, a potem podróż na uczelnię. Zaliczyliśmy po drodze instytut Grzesia, gdzie zajął sobie miejsce w kolejce – a potem trafiliśmy do Instytutu Socjologii UJ. Bardzo miło, sympatycznie. Doskonałe oznakowanie terenu – to się chwali. Bo z takich drobnostek właśnie potem tworzy się obraz całego wydarzenia. Na miejscu ładna teczka, długopis, notes, program, wszystko co trzeba. A potem poznałam prowadzącą sesję. Zapytała mnie czy ma mi mówić na pan czy na pani, czy ma mnie przedstawić Jej Perfekcyjność oraz poinformowała mnie, że w teczce mam zaświadczenia o uczestnictwie z dwiema formami gramatycznymi. I muszę przyznać, że to była bardzo miła i bardzo pozytywna niespodzianka. W sensie, że tak do tego organizatorzy podeszli. Chwalić im to należy i podkreślać, że nie ograniczają ich jakieś bzdurne semantyczne sprawy, tylko otwarci są na człowieka jako takiego.
Wysłuchałam dwóch sesji, zanim nadeszła pora na moją część. Jeden z doktorantów mówił o socjologii, jako nauce o wszystkim. Ciekawy referat, dużo francuskich odniesień… No ale przede wszystkim i chłopiec ładny, i „z dużą swadą”, jak zauważył obecny tam pan doktor, powiedziany referat. Jestem na tak. Generalnie na sali dominowały osoby wyglądające jak kobiety przez cały w zasadzie czas.
Mój referat chyba dobrze przyjęty. Bardzo długa dyskusja (powstrzymująca uczestników przed pójściem na obiad), dużo pytań, ciekawe uwagi. Odpowiedź na pytanie: „Czy grozi nam pedalska rewolucja?” brzmi oczywiście „nie”. Z wielu powodów. Za główny uznaję brak impaktu „Queers read this”, ale może o tym pisać tutaj nie będę ;) Będzie publikacja pokonferencyjna, to tam mam nadzieję zmieścić pewne rzeczy.

Grześ mnie odebrał i poszliśmy na pizzę do Dominium w Galerii Krakowskiej. Chcieliśmy na Rynku, ale zamknięte na czas remontu tam mają. Zjedliśmy, kupiliśmy różne rzeczy (mam nowy pędzel do pudru!!!) i pojechaliśmy do domu. Krótki sen (godzinka) i zaraz trzeba było szykować imprezę.
Do Grzesia wpadł Arek, heteropara i lesbijka. Arek – piękny chłopiec, pracownik Kokonu – mam nadzieję, że wpadnie do Warszawy niedługo. Dostał ode mnie serię komplementów zasłużonych i chyba wreszcie się trochę speszył, gdy zaproponowałam, żebyśmy wszyscy z balkonu weszli do mieszkania, bo tam jest za ciemno i nie mogę go podziwiać. Heteropara śmieszna. Myślałam, że małżeństwo, ale okazuje się, że nie :) Łukasz i Ewa. Łukasz wygląda ponoć jak 15letnia ciota, więc zapuszcza owłosienie na twarzy, żeby się trochę postarzyć. Dzięki temu wygląda na lat 21. A ma 28. Skandal. Ewa sympatyczna, miła. Lesbijka wpadła już lekko dziabnięta, a potem – razem ze wszystkimi – się jeszcze bardziej dziabnęła. Posiedzieliśmy, coś tam się powygłupialiśmy i zaraz trzeba było ruszać w świat.
Zaliczyliśmy najpierw Laf. To klub lesbijsko-gejowski (w takiej kolejności) i to widać. Grześ chwalił, że tydzień temu było rewelacyjnie i lepiej niż tego dnia. I rzeczywiście, było okej, ale bez szału. Taki jeden przepiękny chłopiec się z jakąś dziewczyną bawił… Ale był prześliczny po prostu. I jak doskonale się ruszał! Moje zainteresowanie Arkiem spadło, gdy zobaczyłam, że wychodzi z wc podcierając nos. A potem i tak zniknął ze starowyglądającym człowiekiem w garniturze. A myśmy szaleli dalej – Grześ miał ciotodramę z chłopcem, którego chce wyrwać i go zostawiliśmy. Zwartą pięcioosobową grupą dotarliśmy do Taawy. Tam zaś – niespodzianka – grał Tennesse. Boże, jak on dobrze wymiatał! Ludzie na parkiecie już umarli i większość siedziała i odpoczywała. Ale nie my – myśmy szaleli na maksa. Grał doskonale. I muszę to powiedzieć: nie jest tajemnicą, że doceniając talent Tennesse’go, nie lubię za bardzo gatunków jakie zazwyczaj gra. Przyznaję się. Ale tym razem zagrał totalnie inaczej. Bosko. Aż – gdy wychodziliśmy po jakimś czasie z klubu – biłam mu brawo pod didżejką. Żeby wiedział, że naprawdę mi się podobało.
Dotarliśmy na końcu – już tylko z Grzesiem – do Divy. Ludzi może nie za wiele, ale jeszcze ładnie grali. Dochodziła 5, a w Krakowie to bardzo, bardzo późno. Poskakaliśmy więc, ale że Grześ usypiał, zbieraliśmy się do domu. Monky wpadł do Divy posiedzieć chwilkę. Zamieniliśmy ze dwa słowa, ale zaraz trzeba było iść. Grześ w domu padł.

Tradycją staje się nasze jedzenie w KFC przed moim odjazdem z Krakowa. Nie inaczej było i tym razem. Zjedliśmy i ruszyłam ku stolicy. Chwilkę pospałam, ale pisałam też niniejszą blotkę :)
W domu niespodzianka – dotarł telefon. Samsung SGH Z370. Wiem, że to stary model i że taki miałam. Ale on już nie działa po kąpieli wodnej i chciałam nowy/stary. Kupiłam na allegro za 100 zł i mam. Wydaje się, że działa okej. Wypakowałam się tylko dlatego, że spodziewałam się gości jakiś. Wpadła Kalinka, której przekazywałam od Grzesia dokumenty. Chwilę potem wpadła fotografka i zaraz trzeba było być gotowym do drogi dalszej. Wpadł Marcin z Loczkami ze swoim znajomym. I razem ruszyliśmy do mojej przyjaciółki Gacek (złego słowa o niej nie powiem).

Gdy byłam w Krakowie, Gacek bawił się w Utopii. I napisał mi SMSa, że nie potrafi się bawić beze mnie. To była najmilsza rzecz, jaką od niego kiedykolwiek usłyszałam. Ale to się wpisuje też w to, co powiedziała mi niedawno Alicja. Że jak przyjechała do Warszawy, to mnie bardzo, bardzo nie lubiła. Że uważała mnie za chuja złamanego i w ogóle. Ale teraz już nie wyobraża sobie imprezy beze mnie. To miłe.
I ta właśnie Alicja miała urodziny. Posiedzieliśmy chwilkę, posłuchaliśmy dobrej muzyki (głównie setu Hugo, który kiedyś ekskluzywnie dla mnie na F-SP przygotował!) i zaraz ruszać trzeba było. Mówcie, co chcecie, ale chodzenie w sukience po Warszawie nadal czasem mnie stresuje. Zwłaszcza, że ludzi coraz więcej. Ale nie poddaję się. Tak jak mam zamiar podczas EuroPride iść dumna z tego, że jestem trans, tak chodzę dumna kiedy się da. Doszliśmy do Utopii – tam mały incydent przed wejściem, ale w środku – wspaniała impreza! Grał Hugo, więc wiadomo. Fotografka, za zgodą Królowej, trochę mnie w klubie popstrykała, ale po godzinie zniknęła. A my dalej szaleliśmy! Impreza była cudna, choć musiałam uważać na to, co się dzieje – bo przecież w niedzielę wyjazd do Wrocławia. Dlatego około 6 byłam już w domu.
Znów podróż mnie czeka.

* * *

Siedem lat. Tyle ma ten blo. Ja wiem, że początku nie można już odtworzyć z powodu różnych zawieruch, zamieszań i kłopotów. Niemniej, siedem lat, to siedem lat. Pisanie sprawia mi przyjemność. Chociaż, muszę to przyznać i przypomnieć, nie raz sprawiało mi też kłopoty. Stypendium JP2, Rewal, rodzina, liceum, Patryk, Anatol, rada wydziału… Wiele różnych miejsc, wiele różnych rzeczy sprawiło, że jest, jak jest. Pisać nie przestanę, za bardzo mnie to terapeutycznie ogarnia. Wam za to dziękuję za czytanie. Chociaż, odkąd jest blox i fotoblo, to mniej ludzi tutaj zagląda (bo i coraz dłuższe blotki piszę, wiem), to nadal jest duże grono ludzi bywających tutaj regularnie. I im przede wszystkim chcę dziękować. Że wam się chce :)
Wiem, że część z was czyta blo wyszukując tylko swoje imię w blotce. Wam też dziękuję.
Dziś już specjalnego świętowania nie będzie, zaraz jadę na konferencję naukową do Wrocławia. Ale jak sobie pomyślę o tej drodze, jaką przebyłam od 30 maja 2003 do dziś to aż mnie ogarnia zdumienie. Tyle się wydarzyło, tyle się zmieniło… Takie wynurzenia jednakże to nuda, wiem :) Przecież to tylko moje życie.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm