RSS
 

Notki z tagiem ‘filip’

This summer’s gonna hurt… Czyli 19 miesięcy z Filipem

01 wrz
To chyba moje ulubione nasze wspólne zdjęcie

To chyba moje ulubione nasze wspólne zdjęcie

Rozstaliśmy się z Filipem. Formalnie chyba mogę powiedzieć, że on mnie rzucił. Chociaż, jak to zwykle bywa, to nie takie proste i oczywiste.

O Filipie mało pisałam na Facebooku, na fotoblo, (na blogu w ogóle mało piszę od jakiegoś czasu) czy Twitterze. Są też powody takiej sytuacji. Ale to może zacznę, jak zawsze, od samego początku. Czyli od stycznia 2014. Jakoś w okolicach Trzech Króli byłam na imprezie w Glamiku. Późno nad ranem zobaczyłam na pustoszejącym szybko parkiecie ładnego chłopca. Spodobał mi się a jako że trzeźwa nie byłam, to zebrałam się na odwagę i zaczęłam tańczyć obok niego. Jego przyjaciel – jak się potem dowiedziałem – zachęcił go, by na moje próby odpowiedział. No i jakoś tak poszło. Tak zaczęła się dziewiętnastomiesięczna historia moja i Filipa.
Nie tej nocy, tylko kolejnej, znów skończyliśmy razem. Całowaliśmy się pół nocy. W klubie. Pod Palmą. U mnie w domu. Bo wpadł nawet na noc – co, jak potem przyznał, zdarzało mu się w zasadzie nigdy. Przez całą noc grali nam w kółko Arctic Mokeys „Do I Wanna Know”. Całą noc. To taka trochę nasza piosenka – obu nam chyba kojarzy się z początkiem znajomości.

Chwilę później była u mnie w Melinie impreza na Trzech Króli, na której poznał dużą część moich znajomych. A oni jego. Chyba zaakceptowali – a to jednak miłe. Były wypady prawie co weekend. Była randka 15 stycznia (poszedł ze mną do fryzjera i do Znajomych Znajomych), potem kolejna 24 stycznia, kolejna kilka dni później… Jakoś tak intensywnie się zaczęło. Ale to dobrze – oraz wiadomo, że zawsze się tak zaczyna. Były jakieś zbliżenia cielesne ale, oczywiście, bez uprawiania seksu.

Były kolejne imprezy – rocznica Bitwy pod Melino, wizyta w Łodzi, mnóstwo imprez, noclegów, spotkań. Bardzo dobrze nam ten czas mijał. Powoli wszyscy znajomi się przyzwyczaili, że ktoś taki, jak Filip jest cały czas ze mną. Albo prawie cały czas.
Jedyną osobą, która – jak się okazało – miała problem z tą relacją, była jego mama. To, co trzeba wiedzieć, żeby zrozumieć co, jak i dlaczego, to fakt, że Filip mieszkał wówczas w domu rodzinnym. Jest w dość bliskiej relacji ze swoją mamą – co często mu powtarzałam: za bliskiej jak na jego wiek, moim zdaniem – więc ona dość mocno śledzi to, co się w jego życiu dzieje. No i żeby nie było – ona nie ma problemu z tym, kim on jest. Miała bardziej problem z tym, kim ja jestem (albo kim nie jestem?) i z tym, że prowadzę bardzo publiczne życie, o którym wszyscy wiedzą wszystko. A jej to nie odpowiada – także z powodu miejsca, w którym pracuje, a w którym, jak rozumiem, obawiała się, że może jej to zaszkodzić. Taka przepychanka między nami trwała kilka miesięcy. Dobre kilka miesięcy. Ona zakładała jakieś profile w różnych serwisach, zadawała pytania na Ask.fm, drążyła, męczyła. Nie przeszkadzało mi to – rozumiem, że nie wszyscy muszą za mną przepadać i nie przeszkadza mi to. Bardziej przeszkadzało to Filipowi, który musiał to znosić w domu na co dzień. Dlatego też, dbając o jego dobro i komfort, nie pojawiał się zbyt często na zdjęciach na fotoblo czy na facebooku. Właśnie dlatego. Do tego stopnia, że obiecałem mu kiedyś, że do któregoś-tam dnia w ogóle się nie pojawi ale potem nie może mnie już o to prosić. Przystał na to. Miesiące mijały a jego mama ostatecznie chyba jakoś się pogodziła z tym faktem. Nawet po Świętach, gdy Filip zawiózł do domu ciasto zrobione przeze mnie, znalazła mój numer telefonu w sieci i napisała ładnego SMSa z podziękowaniem. To miłe. Niedawno nawet, jakoś z miesiąc czy dwa temu, dostałam od niej prezent – ten tęczowy talerz, który czasem na zdjęciach mojej diety możecie oglądać.
(Oraz wiem, że za całą tę blotkę znów mnie znienawidzi…)

Jezu, jak tak teraz przeglądam zdjęcia sprzed tych kilkunastu miesięcy, żeby odtworzyć chronologię, to powala mnie ilość wspólnie spędzonego czasu. Początkowo głównie w weekendy. Filip mieszkał bowiem daleko na prawym brzegu Wisły (naprawdę daleko!) i w ciągu dnia niełatwo było się nam spotkać. Tym bardziej, że u mnie rozpędu nabierały przygotowania do czerwcowych wydarzeń równościowych. Moim zdaniem: wciąż za mało czasu spędzaliśmy razem. Ale ja jestem pod tym względem zachłanna z racji tego, że od lat nie byłam w takiej relacji. Zdawałam sobie z tego sprawę i dlatego naciskałam tylko delikatnie.

Planowaliśmy wspólny wyjazd na wakacje. Do Władysławowa, gdzie wiedziałam, że jak co roku, będę pracować u Marcinka przez jakiś niedługi czas. Filip w tym czasie mógłby odpocząć od pisania pracy magisterskiej i w ogóle. Planował, że po obronie zrobi prawo jazdy, że rzuci palenie, że się wyprowadzi od rodziców. Ta obrona była takim magicznym punktem zwrotnym. Czekałam na nią bardzo, nie ukrywam. Ale też i widziałam, że Filipowi nie idzie, że traci motywację. Nie było samo napisanie dla niego problemem – ale wiem, jak to jest, gdy coś się odkłada na potem i to coś wisi nad głową. Starałam się go mobilizować: namawiać, zakładaliśmy się, inne takie. Ale szło opornie.

Mamy z tego czasu mało zdjęć. W sieci mało, bo na komórce coś tam jeszcze bym znalazła. Bardzo lubię takie nasze zdjęcie z 7 maja 2014 – leżymy w łóżku, widać nawet nie połowy naszych twarzy, niewyspani, poczochrani, bez makijażu a ja bez okularów. Niby nic ale jednak naprawdę dobre były te chwile i dobrze, że choć tak mogę je zapamiętać.

W maju słynne moje pijaństwo z Łukaszem, po którym Filip jakoś odwiózł mnie do domu (a ludzie w tramwaju mi miejsca ustępowali, gdy widzieli, w jakim jestem stanie około 19:00…); wizyta wspólna w Sopocie (na najmniejszym łóżku na świecie!) z grupą moich znajomych… Dużo moich wyjazdów i zajęć ale zawsze czas na spotkanie się z Filipem. No i nadszedł czerwiec. Kumulacja wszystkiego, wiadomo. Filip po raz pierwszy na oficjalnych wydarzeniach ze mną jako osoba towarzysząca – m.in. na rozdaniu Tęczowej Pszczoły 2014. Choć, to muszę przyznać, zawsze martwiło mnie, że bardzo nie lubił publicznie w jakikolwiek sposób okazywać mi uczuć. Bez trzymania za rękę, przytulania czy nawet całusa na dzień dobry. No, chyba że byliśmy w jakiś miejscach „gejowskich”. Wówczas się to nieco zmieniało. A jak był wypity to, wiadomo, tym bardziej. Osobiście stoję na stanowisku, że w 2014 czy 2015 należy to robić. Należy próbować pokazywać się publicznie. Wiadomo, że czasem komuś się to nie spodoba, czy ktoś źle na nas spojrzy. Ale co z tego? Inaczej świata nie zmienimy. No ale nie pozostawało mi nic innego, jak szanować jego opinię i nie naciskać na to za mocno.

Śmieszne – dziś z perspektywy – jest to, że kilka miesięcy po poznaniu Filipa, postanowiłam kupić prezerwatywy i lubrykant. Pierwszy raz od… boże, nie wiem, 9 lat? Było mi tak dobrze z Filipem, że stwierdziłam, że na pewno chcę z nim przerwać trwający blisko dekadę celibat. Sami rozumiecie, że to jednak dla mnie ważne wydarzenie, prawda?
Dziś mogę powiedzieć: nie doszło do tego. Mimo tego, że temat poruszałam wiele razy. Ale do tego jeszcze wrócę.

Parada Równości 2014 była wspaniała. Wszystko się udało. Filipek się trochę najebał z Kamilem (przyjaciel wówczas jeszcze) ale w miarę się trzymał. Do czasu. Podczas Plaży Równości w La Playa przyłapałam go jak całował się z – nomen omen – moim znajomym Białorusinem. Oczywiście, nic wówczas nie zrobiłam. Ale od następnego dnia mieliśmy awanturę. Chociaż nie, czekajcie, nie awanturę. Ze mną nie da się awanturować. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której stoję i coś wykrzykuję na kogoś. Takie kłótnie nie są produktywne. A ja uważam, że z kłótni musi wyjść coś produktywnego, coś na plus. Nie interesują mnie pyskówki, nie mam 13 lat. To zresztą jakiś czas później, podczas jednej z rozmów – prowadzonych zresztą z nami przez Paulinę – był zarzut Filipa wobec mnie. Że brakuje mu właśnie takiego tłuczenia talerzy. A ja zawsze uważam, że nie ma to sensu. Że kłótnia wtedy jest dobra, kiedy prowadzona jest w pewien konkretny sposób: z zastosowaniem skutecznych metod komunikacji. Kiedy formułujemy komunikat: „Czuję <emocja A> kiedy ty robisz <czynność B>”. Klasyka, której nikt nas nie uczy – a szkoda. Ja wymuszałam na Filipie stosowanie tej konstrukcji. I dzięki temu nasze kłótnie nigdy nie były awanturami.
Po tej wpadce Filipa nie wydarzyło się nic złego. Rozmówiliśmy to, on przeprosił. Ot, rozumiem – któż z nas nie robił kiedyś głupich rzeczy po pijaku.

Lipiec zleciał na zabawie i odreagowywaniu. Dużo podróży, jak zawsze. W sierpniu wyjechałam do Władysławowa do Marcinka. Filip, mimo obietnic, nie przyjechał – na szczęście Adaś zdecydował się pojechać i zająć miejsce w wynajętym przez nas pokoju. Te wakacje były dla nas trudne. Filip przechodził jakąś fazę depresyjną, jakiś dziwny moment załamania – nie miał ochoty na nic, na spotkania ze mną, na wychodzenie. Okazało się, że w jakiś sposób po kilku miesiącach dopadł do zły nastrój spowodowany… rozstaniem z byłym chłopakiem. Nie była to dla mnie, przyznaję, emocjonalnie łatwa chwila. Ale postanowiłam nie poddawać się i wspierać go w tych momentach. Rozumiem, że czasem żałoba dociera do nas późno. No i udało się. Jakoś z tego wyszedł.
Mniej więcej też w tym momencie zaproponowałam mu pewną zmianę w naszym życiu. Dotychczas bowiem „spotykaliśmy się ekskluzywnie”. To znaczy, że spotykamy się tylko ze sobą. Ale nie jesteśmy razem. Więc pomyślałam, że czas pchnąć – po ponad pół roku – sprawy do przodu. I zaproponowałam mu, żebyśmy zostali parą. Ale propozycji mojej nie przyjął. Tym niemniej nie oznaczało to, że nie chce nadal się ze mną spotykać. Chce. Ale nie chce iść dalej. Zaakceptowałam to, oczywiście, bo jakie miałam wyjście? Wszak jest mi z nim dobrze. Może i na kolejny krok przyjdzie czas.

Miesiące mijały. Nasze życie toczyło się dalej. Nie bez problemów, oczywiście. Jakieś pijackie kłótnie w klubach były chyba tym, co mi najbardziej nie odpowiadało a co wynika z mojej zazdrości. Mam z nią problem i wynika ona z niskiej samooceny jeśli idzie o moją atrakcyjność fizyczną. Wiem o tym, staram się nad tym pracować, mówiłam o tym Filipowi i miałam nadzieję, że chwilowe załamania mi wybaczy. Wybaczał. Nadal uważałam, że za mało rzeczy robimy razem – regularnie razem imprezujemy i wyjeżdżamy ale jakoś brakowało mi wyjść do kina, do muzeum czy coś takiego. Czasem zaprosiłam go na kolację do siebie czy gdzieś na miasto (Warsaw Restaurant Weekend!) ale nadal mi mało. Oczywiście, znacie mnie, ja nie mam problemu z komunikowaniem swoich potrzeb, emocji czy oczekiwań. Takie rozmowy czasem mieliśmy ale nie zawsze przynosiły one zadowalające efekty. No ale w związku – w każdej relacji – nigdy nie jest tak, że oczekiwania są spełnione w stu procentach. Przecież na tym polega relacja – żeby jednak iść na kompromisy, szukać miejsc wspólnych, punktów przecięcia. Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego nie oczekiwałam wypełnienia ich całkowicie.

Pojechaliśmy też razem do Wrocławia, gdzie poznaliśmy braci S. Oboje zresztą jesteśmy nimi zauroczeni – w sensie, że są tak słodcy, że ciężko ich nie lubić. Były kolejne weekendy, wieczory, dni… Nie powiem, że sielskie życie, bo nigdy takie nie jest, prawda? :) W którymś momencie Filip przeprowadził się. Co prawda nie jakoś oszałamiająco blisko centrum ale dla mnie ważniejsze było, że nie mieszka już w rodzicami – że nie będzie w tak bliskiej relacji z nimi. W tym czasie jego matka chyba powoli zaczynała się do mnie przekonywać – tak mi się wydaje. W każdym razie do samego końca naszej relacji z Filipem to właśnie on stał na drodze naszego poznania. Zarówno ja jak i ona mówiliśmy mu wiele razy, że chcemy się poznać wreszcie. On nie chciał.

Inna sprawa, że Filip w którymś momencie zauważył, że jestem jego matką. W sensie psychoanalitycznym, oczywiście. Że zachowuję się i wywołuję w nim takie same emocje, jak ona. Dla mnie nie było w tym nic szokującego. Przecież wszyscy spotykamy się i żyjemy z naszymi ojcami/matkami. Dziś, z perspektywy, mogę śmiało powiedzieć, że Filip był moim ojcem. Nieobecny, nieokazujący czułości w wystarczającym stopniu, ograniczający kontakt ze sobą… Był dokładnie jak mój ojciec. I chyba tylko dlatego, że widziałam relację mojego taty z moją mamą (bardzo niewzorcowa relacja!) to uważałam, że to, jak wygląda nasz związek jest okej i że da się z tego jeszcze coś z czasem mocniejszego wykrzesać.

W grudniu Filip wreszcie zaprosił mnie do swojego nowego mieszkania. Do swojego pokoju. Wynajmował go u znajomego (nie znałam wcześniej), do którego potem dołączył nasz wspólny kolega. Jako że Filip nie lubi sytuacji konfliktowych i trudnych rozmów, nie układało mu się mieszkanie z nimi. Miał do nich pewne zastrzeżenia, których nie potrafił im przekazać. I to na przyszłość uwaga do wszystkich: nigdy nie trzymajcie tego w sobie. Bo to po prostu Was zniszczy, Waszą relacje, Waszą znajomość. Tak było w tym przypadku. Niedługo wytrzymał z nimi (trzy miesiące?). Oczywiście, wyrazić to trzeba w odpowiedni sposób. Proponuję metodą, o której już pisałam: „Ja czuję <emocja X>, kiedy ty robisz <czynność Y>”.
No ale w każdym razie. Zaprosił mnie. Nawet nocowałam u niego. Dla mnie to duże wydarzenie, bo pierwszy raz w prawie już rocznej znajomości. Były też Mikołajki i Święta, więc że akurat 6 XII byłam u niego (z Gackiem), to dostał ode mnie prezent. W ogóle myślę, że sporo prezentów dostawał ode mnie. Z każdego w zasadzie mojego zagranicznego wyjazdu coś przywoziłam. Koszulkę, czapkę, jakieś inne ubranie. Na urodziny, na Święta, na Wielkanoc… Często, jak sądzę. Piszę też o tym dlatego, że Filip nigdy nie dał mi żadnego prezentu. W ciągu 19 miesięcy nigdy nic. Nawet rozmawialiśmy o tym kiedyś (jak mówiłam: nie mam problemu z wyrażaniem własnych potrzeb) ale nic się nie zmieniło.

Nadal byłam zazdrosna o niego. Nic na to nie poradzę. Gdy widzę, jak w klubie tańczy koło kogoś, o kim wiem, że może mu się podobać, to nie jest to dla mnie przyjemne. Tym bardziej, że po wypiciu Filip ma tendencję do celowego zachowywania się w sposób bardziej wyzywający. Popisowym jego numerem jest oczywiście zdejmowanie koszulki. Ale i poza tym inne rzeczy – czasem może niezauważalne dla osoby, która go nie zna – robi. Rozmawialiśmy o tym wiele razy i w którymś momencie udało mi się go namówić do tego, żeby koszulki jednak publicznie nie zdejmował.
Ja wiem, że to mój problem, że jestem zazdrosna. I walczę z tym. Nawet nie wiecie ile razy w klubie powstrzymywałam się, żeby zareagować… Ile razy powstrzymywałam się, żeby zapytać do kogo właśnie pisze wiadomości na facebooku, żeby zrobić mu wyrzut z tego, jak się zachowuje. Tym bardziej, że czułość między nami była rzadkością. Fluktuowała, oczywiście – czasem wzrostowo – ale jednak generalnie spadała jej ilość. Czasem śmiałam się z siebie, że jestem jak żona alkoholika, która czeka aż nadejdzie ten dzień i mąż będzie trzeźwy – i te chwile wystarczają na to, żeby relacja przetrwała. Tak ja czekałam na te dni, gdy Filip miał ochotę na czułości, na bliskość. (Tak, tutaj też spotykałam się z moim ojcem…)

Minęła nasza rocznica w styczniu, minęły walentynki w lutym, tłusty czwartek… Oczywiście, nie muszę dodawać, że aby mieć pewność, że Filip coś przygotuje np. na walentynki, muszę go o to prosić i przypominać kilka razy, że obiecał coś zrobić… To trochę jak z prezentami: nie za bardzo przejmował się dawaniem.
Niedługo potem załatwiłam mu zlecenie w tym samym miejscu, w którym ja realizuję swoje najważniejsze zlecenie. To miejsce ZDECYDOWANIE bliżej jego domu (znów wrócił do mamy – wyprowadził się z mieszkania byłego już znajomego pod jego nieobecność, żeby nie doszło do sytuacji niekomfortowo-konfliktowej), wymagająca od niego mniejszej liczby godzin za te same pieniądze i bardziej kreatywna niż poprzednia. Tak więc zadowolony. Ja też, bo mam możliwość widywania go codziennie. Co prawda oddzielam życie osobiste od zarobkowego ale jednak to miłe. Tym bardziej, że w biurze wszyscy wiedzą, że się spotykamy i cała firma jest z tym ok – to też daje pewne poczucie komfortu.

Żeby już nie kontynuować tego wyliczania kolejnych miesięcy, imprez i spotkań – generalnie było jako tako. Moim celem w którymś momencie było spotykanie się przynajmniej raz w tygodniu poza weekendem. A to spacer, a to kino, cokolwiek. Byleby spotykać się tak o, po prostu, poza weekendem, na trzeźwo.

* * *

Kluczowy wydaje się być chyba sierpień 2015. Czułam, że coś jest jakby nie tak. Niby w sumie nic wielkiego ale jednak znam się trochę na ludziach – że tak nieskromnie powiem. Oczywiście, próbowałam o tym rozmawiać – Filip twierdził, że jest okej. Choć ja miałem wrażenie, że nasze i tak rzadkie kontakty jakoś się osłabiły. Jasne, moje wyjazdy nie ułatwiają sprawy ale mimo wszystko. Wciąż nalegałam na nasze spotkania. Dlatego wyjazd do Pragi wspólny. Dlatego namówiłam go na wyjazd na urodziny Kasi.

18 sierpnia około 15:00 napisałam na facebooku: „This summer’s gonna hurt?” To był ten moment, kiedy byłam pewna, że to wszystko nie skończy się dobrze.

thissummer

Do Szczecina dotarliśmy w piątek wieczorem. Plan był taki, że idziemy na imprezę i zwiedzić szczecińskie kluby (zwane tutaj OD ZAWSZE „pedałowniami”) a potem rano jedziemy do Kasi. Zostawiliśmy rzeczy w przechowalni bagażu (co nie było takie proste, bo dworzec kolejowy w przebudowie a na autobusowym pan Stasiu otwierał dla nas specjalnie całą halę główną, zamkniętą już o tej porze na cztery spusty) i poszliśmy w noc. Bawiliśmy się w klubach (o tym to powinna być osobna blotka…) do rana. Bardzo, bardzo dużo wypiliśmy. Jakoś tak wyszło, że rozłączyliśmy się i z klubu wyszliśmy oddzielnie. Nie pierwszy raz. Gdy zorientowałam się, co się stało, poszłam na dworzec. Jako że ja miałam nasz kluczyk, zabrałam wszystkie rzeczy i kierowałam się na dworzec kolejowy. Dzwoniłam, oczywiście, do Filipa – ale poczułam, że jego plecak wibruje i przypomniałam sobie, że zostawił w nim telefon. Nie zostało mi nic innego, jak jakoś dotrzeć do Kasi. Filip dotarł (prawdę mówiąc: nie wiem jakim cudem, bo to był jego pierwszy raz w Szczecinie…) jakiś czas później.

I tu zrobiłam coś, z czego nie jestem dumna. Zajrzałam do telefonu Filipa. Po pierwsze: wiedziałam, że to się źle skończy – bo ZAWSZE tak się kończy zaglądanie do czyjegoś telefonu (zapamiętajcie! ZAWSZE!). Ale też i znów odezwała się we mnie moja odwieczna potrzeba posiadania racji za wszelką cenę. Chciałam mieć pewność, że mam rację. Po drugie: byłam zbyt pijana, żeby cokolwiek ogarniać i wyciągać wnioski z przeczytanych wiadomości. Zrobiłam więc printscreeny, które wysłałam sobie na telefon a które potem, na trzeźwo, potwierdziły moje przeczucia. Filip ma romans.

Impreza u Kasi – wspaniała! Filip już nie pił tego dnia. A ja, owszem, a ja tak. Bawiliśmy się do rana. Wspaniały poczęstunek, mnóstwo wódki, nieskrępowana zabawa – z tańcem na trawie, grillem, głośną muzyką, śpiewaniem polskich szlagierów… Było bardzo, bardzo zabawnie. Filip poszedł spać wcześnie. Ja położyłam się później.

W niedzielę mieliśmy wracać z Maciejem – samochodem. Filip powiedział jednak, że z racji tego, że poniedziałek ma też wolny w pracy, umówił się z koleżanką z Poznania (rodzinne strony), że jeszcze do niej wpadnie. I dlatego nie będzie jechać z nami. Poszedł na autobus. Nie wiedziałam czy mówi prawdę. Był jakiś nie w sosie, więc pomyślałam, że może naprawdę potrzebuje odpocząć od nas. A może i nie. Nie miałam czasu się tym zajmować – wszak impreza u Kasi trwała dalej!
Wróciliśmy samochodem szczęśliwie – rozmawiając o różnych, krępujących tematach, o których zwykle nie mamy odwagi rozmawiać. Warto było stworzyć takie bezpieczne miejsce.

W poniedziałek rano napisałam do Filipa po przebudzeniu „Żyjesz?” – tak zaczepnie, żeby wiedzieć, co się dzieje. Napisał, że tak. Że może się przeziębił. I że wcale nie był u koleżanki, tylko nie chciał z nami pijanymi wracać samochodem (kierowca był trzeźwy!), więc wrócił pociągiem do Warszawy. I tutaj wszystkie klocki ułożyły się w całość. Puzzle stały się gotowym obrazkiem. Wszystko się wyjaśniło. Zrozumiałam pewne ich rozmowy. Zapytałam więc: „A Bartek wpadł do ciebie?” – wymieniając imię tego, z którym ma romans. „Jaki Bartek?”. Odpowiedziałam, podając nazwisko. Napisał, że owszem, wracał do Warszawy z Bartkiem, bo on akurat z rodzinnego Szczecina jechał do chłopaka do Warszawy. Na co odpisałam: „Filip, ja wiem o Bartku”.
Ach, żeby nie było – potem potwierdziłam, że w czasie, gdy pisałam te SMSy, Bartek był z nim.

* * *

To, że uprawiał z nim seks aż tak bardzo nie bolało. Zabolało bardziej to, że zaczynało się coś między nimi tlić. To widać w SMSach, w wiadomościach. To nie są wiadomości osób, które umawiają się na numerek. To nie są SMSy ludzi, którzy po prostu chcą dokonać skoku w bok ze swoich relacji. Nie, tam było więcej. Gwoździem do trumny była jedna z rozmów Filipa na Grindr. Rozmowa z – UWAGA! – 18 sierpnia (Dokładnie wtedy zamieściłam ten wpis na facebooku!) Ktoś tam go zaczepia i wypytuje. Na co on pisze, że tak w zasadzie, to się z kimś spotyka trochę. I opisuje Bartka. Nie, nie mnie. Bartka.

* * *

Zdrada nie oznacza od razu końca związku. Jestem za stara i za gruba, żeby tak myśleć. Dlatego spotkaliśmy się tego dnia wieczorem. Rozmowa była dość treściwa. Znów: spokojna. Ostatecznie rozchodziliśmy się z wnioskiem, że Filip ma dzień-dwa na przemyślenie, jak chce odzyskać moje zaufanie. A jak wymyśli, to ja pomyślę nad jego propozycją i podejmę decyzję czy mi to odpowiada. Chodziło też o to, żeby pomyślał, czego chce. Powiedział jednak, że nie chce być z nim, a chce być ze mną. To uspokajające. Przeprosił też.
Na sam koniec powiedziałam, że podstawowym, absolutnie niepodważalnym, koniecznym i nienegocjowalnym warunkiem jest, oczywiście, że zerwie kontakt z nim.

Spotkanie zaproponował dopiero w piątek (czyli cztery dni później). A pamiętajcie, że codziennie mijamy się w biurze. Poszliśmy na kawę. Długo, długo opowiadał o tym, o czym myślał ostatnio. O naszej relacji, o tym, co się stało. O tym, że jestem jego matką. O tym, że nie powinnam czytać jego korespondencji. O tym, że nie powinien był. O tym, że nie wie czemu. O tym, że w ostatnich tygodniach nie wie, co się z nim dzieje. O tym, że trudno mu zawsze przychodzi podejmowanie decyzji. O wielu rzeczach. Ja milczałam, chciałam, żeby wszystko wysłowił.
Potem odniosłam się do kilku jego słów. M.in. do tego, że czuł przy mnie jakąś presję związaną ze swoim wyglądem – bo często podkreślam, jak bardzo lubię młodych chłopców a on już taki młody nie jest. Więc, jak już mówiłam mu wiele razy, tak powiem po raz ostatni: Filip mi się bardzo podoba cały, niczego bym w nim nie zmieniła jeśli idzie o wygląd. Więc do kilku takich uwag się odniosłam. A potem zapytałam: „czy zerwałeś kontakt z Bartkiem?” Zaczął zdanie: „Napisałem do niego wiadomość, że…” „Nie, nie, nie. Jeszcze raz. Zadałem inne pytanie: czy zerwałeś kontakt z Bartkiem?” „No nie…”
I to była odpowiedź. Nie wybrał naszej relacji. Wybrał tamtą relację. Podziękowałam mu za te 19 miesięcy. Powiedziałam – szczerze – że było to dla mnie wyjątkowe i ważne doświadczenie. Oraz że mam taką słabość, że bliskie relacje traktuję zerojedynkowo. Albo są albo ich w ogóle nie ma. I dlatego nasz kontakt się urwie, skończy. I dlatego on musi zacząć szukać nowej pracy. Potem jeszcze przyznał mi się, że raz kiedyś – dawno w sumie – zajrzał do mojego telefonu. Ja do czegoś-tam też się przyznałam. Posiedziałam chwilę, kontemplując krytycznie dla niego niezręczną sytuację (nic nie poradzę, że lubię takie chwile!) i podałam mu rękę na pożegnanie.

* * *

Generalnie, nie ukrywam, emocjonalnie raczej ślizgam się po życiu. Nie wchodzę w głębokie uczucia – świadomie. To mój wybór sprzed wielu już lat i co do zasady: odpowiada mi on. Ale tego wieczoru miałam okazję poczuć to mocniej, zintensyfikować tę emocję. Tak rzadko mam okazję płakać (ostatni raz – nie licząc wzruszenia powodowanego dobrą muzyką w klubie – zdarzyło mi się to w Auschwitz dobre 5 chyba lat temu), więc stwierdziłam, że chcę tym razem. Odpowiednia muzyka i kilka innych rzeczy pozwoliły mi wreszcie na to. Popłakałem się.

Miałam rację. This summer’s gonna hurt like a motherfucker.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Apartamenty z Hummerem, upadająca samorządność i kłopoty z pasywami

05 lip
Znów dużo do napisania, bo tak się jakoś stało, że nie ogarniałam blo przez dłuższy czas… Nic to jednak, właśnie siedzę w pociągu do domu rodzinnego, co oznacza, że będę mieć teraz kilka dni na tło, żeby jednak się tym zając i ogarnąć. Więc zacznijmy od pierwszych dni po Paradzie Równości…
To błogosławiony dla mnie okres, nareszcie bez tysięcy telefonów, setek maili i tak dalej. Oczywiście, rozpętała się dyskusja czy Parada była sukcesem czy nie. Mnie też o to pytali. Ja uważam, że była. Z kilku punktów widzenia. Raz, że udało się zebrać sporą liczbę ludzi (choć zaraz Wojtek Szot powie, ze Wyborczej udało się zebrać tylko 23 tys. podpisów pod apelem do Marszałka Schetyny o zajęcie się projektem ustawy o związkach partnerskich i że taka liczba jest porażka), dwa że Paradę zrobiła w tym roku banda zapaleńców, którzy dotychczas tego nie robili (choć byli wśród nas ludzie z jakimiś przygodami przy organizacji dawnych Parad) a trzy, że w zasadzie wszystko poszło zgodnie z planem. Miasteczko Równości było pomysłem fajnym, którego nie udało się zorganizować jak należy. Za rok będzie lepiej. Mnie oczywiście zastanawia jak to jest, że w Tel Avivie idzie w Paradzie 100 tys. ludzi a u nas tylko 5… i oczywiście nie wiem czemu. Przyczyn widzę wiele. Ot, choćby sam fakt, że nie wiadomo czym tak do końca Parada ma być. Czy radosną czy waleczną manifestacją. I pytanie odwieczne o to, jakie ma być hasło Parady, jej cele oraz kto ma o tym decydować… Imprezy paradowe i paradopodobne przyciągają ludzi w innych miastach dlatego, że są huczne, radosne, kolorowe, wyzwlone i wesołe. Dopóki tak nie będzie w Warszawie, nie mamy co liczyć na tłumy. Jasne, że będą tacy i takie którym taka forma się podobać nie będzie, bedą narzekać na komercjalizację Parady i takie tam. Moim jednak zdaniem tylko takie podejście może sprawić, że będzie nas wiecej. Oraz podkreślam to zawsze: tak, zabawa może mieć charakter wystąpienia politycznego. To, że banda ciot, lesb i transów bawi się na środku Marszałkowskiej jest pokazaniem środkowego palca przeciwnikom osób LGBTQ i w tym sensie ma charakter polityczny.
W poniedziałek po weekendzie odwiedził mnie Robert. Miał zły humor i chciał spędzić z kimś chwilkę. No więc Melina jest miejscem jak najbardziej wskazanym. Dostał drynk, dostał pizzę, zadowolony wrócił do domu. A ja, nie ukrywam, też się cieszę z jego obecności u mnie.
Zresztą takie “powracanie do normalności” trwało u mnie kilka dni. We wtorek rano nareszcie znalazłam czas na zakupy w Carrefour (coś jeść trzeba!) a po południu umówiłam się na dwa spotkania. Jedno z Mateuszem – zdecydowanie o charakterze towarzyskim (kawa, spacer, luźna rozmowa o różnych duperelach) i drugie z Dzymitrym. To nowa postać na blo ;) I najpewniej jednorazowa. To znajomy Grzesia z Krakowa, który mieszka teraz… w sumie to nie wiem gdzie, bo cały czas zmienia miejsce zamieszkania. Tak czy owak pochodzi ze Wschodu, studiuje na Zachodzie i przygotowuje jakieś badanie na temat – jak rozumiem – drag queens w krajach postkomunistycznych. A więc i w Polsce. Ze mną spotkał się jako z osobą, która może dać kontakty do drag queen w Polsce (no, w sumie mogę) oraz “ekspertem” od środowiska LGBTQ w Polsce. Zawsze bawi mnie nazywanie mnie specjalistką czy też ekspertem w jakiś sprawach, bo w zasadzie jedyną rzeczą, w której ja określiłabym siebie ekspertką jest clubbing. No i ładni chłopcy. No i samorządność studencka. No i może jeszcze pojęcie tożsamości w socjologii (i trochę psychologii). Nic więcej nie przychodzi mi do głowy w zasadzie. Ale oczywiście na rozmowę z Dzymitrym się zgodziłam z chęcią, żeby pomóc. Dałam kontakty, coś poopowiadałam… Plus jest taki, że widziałam drag queen show w Kijowie dwa razy, więc chociaż o tyle mam porównanie międzynarodowe ze Wschodem. A to już coś dla niego. Spotkanie miłe zresztą, w języku polskim i angielskim. A że był z koleżanką, to jeszcze po białorusku czy tam po rosyjsku wymieniali z rzadka jakieś uwagi. Sam Dzymitry bardzo pozytywny. Mieliśmy się umówić na spotkanie w weekend, co by z nami poimprezował… Ale nie udało się, bo – korzystając z kontaktu ode mnie – wybrał się do Łodzi na spotkanie z tamtejszym światem drag queen.
Środa była dość zajęta. Najpierw poranna wizyta u dentysty. Jak zwykle w sumie… Niemniej, zbliżamy się do końca. Potem trochę biegania, umawiania się… Udało mi się też tego dnia odzyskać 4 tys. zł, które pewna firma była mi winna. To duży sukces! :) Tzn. ja wiem, że oni mi oddadzą, tylko kwestia tego kiedy. Na razie pożycza mi mBank. I dziękuję mu za to (oraz polecam Wam! naprawdę!).
Część kasy musiałam oddać właścicielom mieszkania tego samego dnia zresztą ;) A wieczorem wybrałam się do offowego Planu B, gdzie Maciej Bieacz przygotował dla bliskich znajomych spotkanie z okazji urodzin. To nie oficjalne party, bo takowe będzie w weekend któryś, ale takie spotkanie “na kawę”. Sympatycznie dość, choć z racji tego, że Plan B jest dość hipsterskim miejscem, to dziwnie się tam czasem czuliśmy. Ja specjalnie chciałam się dostosować i założyłam najbardziej offowe ubranie jakie miałam, ale i tak mam wrażenie, że odstawaliśmy od tłumu. No, trudno. Zahaczyłam też po raz pierwszy o Charlotte. Nie powiem, żeby dupę urywało. Ot, kanapkarnia. Ja wiem, że grzeszę mówiąc w ten sposób… ale tam nic specjalnego nie było. No, może poza tym, że tam ładni chłopcy pracują – spotkaliśmy Michała S. – ale w sumie to się wszędzie dzisiaj zdarza. Stoję więc na stanowisku, że nic specjalnego.
W czwartek udało mi się dotrzeć do okulisty. Muszę raz na jakiś czas wzrok kontrolować jednak. Skontrolowałam i… wszystko ok! W sensie, że wada mi się nie pogłębia i jest nieźle. Pan doktor nauk medycznych sprawdził mi też ciśnienie w oku (obrzydliwe badanie, w którym maszynka pluje trzy razy do każdego oka strumieniem powietrza!) i jestem zdrowa ;) To jakieś pocieszenie, nie?
Tego dnia także odwiedziłam Radio Kampus. Zaprosili mnie, żeby pogadać o Paradzie Równości i o Queer UW. Miło wyszło wszystko. Podczas programu jednak moją uwagę przyciągał młodzieniec, z którym prowadzący się zjawił w studio. Młody siedział co prawda obok realizatora a nie z nami, ale przez szkło mogłam go obserwować. I gapiłam się bez przerwy, bo był zjawiskowo piękny! Blondynek z ciut dłuższą grzywką, ma się rozumieć. Tak, wiem, jestem nudna. A program chyba ciekawy. Co prawda nadal muszę czasem powalczyć o upodmiotowienie mnie jako Jej Perfekcyjność, ale idzie mi to coraz łatwiej. Wychodzę też z założenia, że jednak jak ktoś mnie gdzieś zaprasza to zna mnie choć troszkę i wie, że to dla mnie kwestia ważna.
Czasem zastanawiam się, czy gdybym nazwała się Justyna a nie Jej, to czy byłoby to łatwiejsze. Jak sądzicie?
Prosto z radia pobiegłam do Instytutu Socjologii UW na spotkanie w sprawie działalności Komisji Rekrutacyjnych w tym roku. Jako że znów mam zaszczyt zasiadać w jednej z nich, chciałam posłuchać, dowiedzieć się oraz umówić z całą Komisją swoją na wszystko, co potrzebne. I wszystko fajnie poszło. Zmieniły się zasady rekrutacji na studia zaoczne II stopnia. Teraz nie ma już rozmowy kwalifikacyjnej – przyjmujemy na podstawie dokumentów. Trochę szkoda, trochę fajnie. Nadal podkreślam, że zasady rekrutacji powinny wynikać z wizji tego, czym ma być Instytut Socjologii UW – czy maszynką do robienia osób z wyższym wykształceniem socjologicznym czy też elitarną jednostką, która będzie zbierać tylko najlepszych. Dopóki Instytut Socjologii UW nie wybierze jednej drogi, wszystkie zasady rekrutacji, wszystkie programy studiów i tak dalej mogą być niespójne i powodować pewne problemy i frustracje. Ale to już nie do mnie należy decyzja…
Tego samego dnia wróciłam jeszcze na UW wieczorem na spotkanie Queer UW.
Własnie. Queer UW przechodzi pierwszy mały kryzys. Nie wiem do końca z czego on wynika, ale nie można udawać, ze go nie ma. Wydaje mi się, ze źle zrobiło nam pojawienie się w organizacji Agaty i Moniki. I komentarze takie słyszę cały czas w prywatnych rozmowach na ich temat z pozostałymi osobami z Queer UW. Niby nic się nie dzieje ale dziewczyny tak niefajnie weszły w tryby jakoś tam już działającej maszyny, że nie sposób tego nie zauważyć… Atmosfera się popsuła, jest coraz trudniej. Dwie osoby wyłączyły się z pracy w QUW przez to, kolejne co chwilę mi donoszą o swoich wahaniach w tej sprawie… Nie wiem za bardzo co robić, bo to jednak niełatwe zadanie, by wszystkich jakoś zadowolić. Podczas spotkania odczytałam (na prośbę autorki!) list, który skierowała do nas jedna ze znanych profesorek, która współpracowała z nami przy okazji konferencji naukowej a w którym stwierdza, że zasady funkcjonowania organizacji są złe, ja jestem zła, mam swoją “świtę” w Queer UW i że patrirachalnie zarządzana organizacja ma na celu jedynie wypromowanie mojej osoby i że ona żałuje, że się w to zaangażowała. Emocjonalna, transfobiczna (to chyba boli najbardziej, bo pochodzi ze strony osoby, która uchodzi za autorytet w kwestiach queer theory) wiadomość wywołała wśród osób na sali raczej uśmiechy. Bo można wszystko powiedzieć, wyrazić każdą opinię ale w odpowiedniej formie.
Dyskusja nad sytuacją w Queer UW była trudna. Ja nie ukrywam, że od samego początku wiedziałam, że dwie nowe dziewczyny namieszają w organizacji, ale nie było powodu ani sposobu, by do tego nie dopuścić. Przypuszczałam też, że po konferencji ich działalność tutaj osłabnie, bo traktują Queer UW jedynie jako środek do osiągnięcia celu jakim jest doktorat. Do takiej oceny mam prawo i mam nadzieję, że okaże się prawdziwa. Bo wcześniej wszystko ładnie działało i mam nadzieję, że działać będzie dalej. Jeszcze tylko publikacja nieszczęsna, nad którą przyjdzie nam popracować… Ale to już końcówka. A pomysły na nowy rok działalności mam, jak najbardziej! Więc wierzę, że po tym kryzysie jakoś się podniesiemy i damy radę.
Spotkanie się przeciągnęło i przez to spóźniłam się na podsumowujące Paradę Równości spotkanie w Le Garage. Na szczęście na większości byłam. I na szczęście postanowiono o odsunięciu w czasie rozpatrywania planów co do dalszej naszej współpracy. Wszyscy potrzebują odpoczynku po tym i mi na sam dźwięk nazwy Parada Równości robi się już niedobrze. Więc ta decyzja była dobra. A ja musiałam już lecieć dalej na kolejne spotkanie…
Tym razem w klubie Galeria. Spotkanie – powiedzmy – biznesowe, więc za wiele zdradzać nie będę. Ale mogę zdradzić, że trwało to wszystko do “nad ranem” i że trochę się najebałam ;) Oj, bo wiecie jak to jest… Polacy i Polki ponoć bez wódki dogadać się nie potrafią ;)
W piątek zobaczłam się z Pawłem Kaktusem. Spotkanie po latach. On teraz unika miejsc, gdzie alkohol się leje… Musi z racji terapii. Rozumiem to i wspieram go. Choć żałuję, że się nie widujemy przez to. On teraz mieszka z Kubą Po Prostu przy pl. Trzech Krzyży. Lokalizacja zajebista, czynsz – z powodu “zawirowań” – bardzo, bardzo niski. Czego chcieć więcej? Ja bym tam niezłą biforownię zrobiła ;) Znacie mnie.
Miło było go nie tylko zobaczyć, ale i dowiedzieć się, że u niego dobrze a idzie ku jeszcze lepszemu. Wspieram to! No i musimy pomyśleć nad jakimś wspólnym projektem naukowym. Wiecie, takie badanie socjologiczno-fizyczne czy też fizyczno-socjologiczne może być innowacyjne. A więc jest szansa na kasę ;) Tak, jestem interesowna. Ale ja potrzebuję pieniędzy! Muszę żyć jakoś :)
Wieczorem udaliśmy się na urodziny Mateusza W. (muszę ich oznaczać, bo Mateuszów ci u nas dostatek ostatnio – a wszyscy pasywni). Co prawda to na Bemowie, ale Maciej Bieacz nas zawiózł autem. Szukaliśmy po drodze ode mnie (z Ochoty przez Śródmieście na Bemowo!) apteki 24 h i… nie znaleźliśmy! A ja chciałam jakąś smecktę czy coś, bo mój żołądek nie czuł się za dobrze. Nie to, że coś było nie tak, ale jednak coś tam… wiecie, jak to jest? Lepiej na wszelki wypadek. Ale nie było apteki i musiałam sobie jakoś bez tego poradzić.
Urodziny zabawne. Ludzie w zasadzie nieznani (poza tym, że spora część zna “dość blisko” Mateusza W.) ale jakoś tam się dogadaliśmy. Niemniej, szybko się zmyliśmy. I do Glam pojechaliśmy. A tam całkiem sympatyczny wieczór! Dużo młodych ładnych chłopców, a więc tego, co transy lubią najbardziej ;) Sporo też dawno-nie-widzianych znajomych (z Whitney Houston na czele!), więc i wódki sporo poszło. Podobało mi się, jak Whitney – gdy chciałam jej fotkę na fotoblo zrobić – złapała jakąś pierwszą lepszą dziewczynę przechodzącą obok, żeby nie stać na zdjęciu samotnie. Potem jeszcze postawiła mi szota i stwierdziła, że musimy szybko wypić, żeby ona poszła i żeby nikt nas nie kojarzył ze sobą – dla mojego dobra, ma się rozumieć ;)
W sobotę organizowałam bifor u mojej przyjaciółki. Chciałam zaprosić młodych chłopców i to zrobiłam. Tristan, niestety, przyprowadził dwoch chłopców i dodatkowo jakieś kobiety. Więc więcej raczej już go zapraszać nie będziemy. Sami rozumiecie… Ja za to Pasywki przyprowadziłam. Zabawnie dość. Damian.be i jeden z Pasywków mają nadal emocje. A drugi Pasywek miał być nie tylko miłym towarzystwem w czasie wieczoru ale dodatkowo małą zemsteczką na Mocarze. Zemsteczka za Bartka, wiadomka. A Mateusz się nadawał do tej roli, bo zadręczał jeszcze nie tak dawno Mocara SMSami i wiadomościami na facebooku (zablokował go wszędzie, gdzie się dało), lecz ostatnio udało mu się odciąć od niego… do tego wieczoru :)
Mocar docenił. Powiedział, że plan był dobry. Lubię gdy przeciwnik – mimo tego, że właśnie się na nim odgrywam – potrafi wznieść się ponad to i przyznać, że mi się udała zemsteczka. Plus za to.
Przenieśliśmy się do Glam, gdzie znów sporo wypiłam. Nie na tyle jednak, by nie zjeść potem kebaba z Michałem w drodze do domu! W klubie było wszystko fajnie, poza panem, który na żywo “śpiewał”. Bardzo, bardzo na nie. Robił jedynie okrzyki w stylu “komon!”, “jea!”, “mh!”. Bardzo kiepskie to było. Jestem na nie całkowicie. Dobrze, że miał występ krótki, bo mógłby wszystkich odstraszyć z parkietu. Na szczęście noc skończyła się dobrze dla wszystkich.
Niedziela nie była spokojna. Udałam się na UW na spotkanie klubu parlamentarnego Evolucja, na które mnie zaproszono (bo członkiem nie jestem). Spotkanie z jednej strony fajne, a z drugiej smutne. Nie będę wdawać się w szczegóły, coby Nowej Koalicji nie ułatwiać zadania (tak, wiem że to czytacie). Niemniej, moim zdaniem, rok akademicki 2011/2012 będzie decydujący. Zadecyduje się być albo nie być Evolucji. Jeśli nie wydarzy się coś, co znacząco zmieni siły w Parlamencie Studentów UW, to obawiam się, że za rok po Evo zostaną wspomnienia. I piszę to trochę też po to, by jednak do pracy ludzi zmobilizować.
Wracałam ze spotkania Nowym Światem i zadzwoniłem sobie do mojej przyjaciółki Gacek, żeby zapytać czy żyje po weekendzie… a ta zaprosiła mnie na obiad, który właśnie jedli. Miło, bo Mocar go zrobił i smacznie podał. Posiedziałam, pogadałam, pośmialiśmy się z minionych nocy, pożartowaliśmy z ludzi… Standard.
W poniedziałek wybrałam się do zaprzyjaźnionej firmy. Posiedziałam, pogadaliśmy, ustalaliśmy jakieś rzeczy, trochę im tam ponaprawiałam jakieś duperele… Ale czas gonił, chciałam wpaść na UW, bo tam inauguracja SocjoSzkoły. W tym roku nie udało mi się jakoś specjalnie w to włączyć (inne rzeczy na głowie…), ale wspieram projekt i mam nadzieję, że za rok pójdzie mi lepiej włączanie się w przedsięwzięcie. Chyba, że będą protesty!
Okazuje się bowiem, że z powodu prowadzenia przeze mnie zajęć z licealistami w ramach warsztatów socjologicznych, które UW robi (promując Instytut Socjologii UW przy okazji), Stowarzyszenie Piotra Skargi wysyłało protesty do Mazowieckiego Kuratorium Oświaty :) Nie mam siły do nich, co za banda debili ;) Bez urazy, ale naprawdę trzeba być lekko niepewnym psychicznie, żeby pisać skargę dlatego, że zajęcia prowadzi osoba, która – ich zdaniem – posiada nieuporządkowane życie seksualne i choruje na świerzb (akurat wtedy nie miałam). Zabawne jest też to, że czytają mojego blo, więc mam nadzieję, że i to przeczytają. Przy okazji dodam, że jak każdy protest oszołomów, także i ten okazał się całkowicie nieskuteczny. Prowadziłam homoseksualną propagandę w płońskim liceum, gwałciłam dzieci oraz zjadałam potem ich szczątki, żeby nie zostawić śladów.
Ciekawe, czy będą protestować jak będę kwestować na ulicy na rzecz katolickiej Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia? Napiszą do Prymasa w tej sprawie?
W poniedziałek spotkałam się jeszcze z Mateuszem O. Wpadł ot, tak na kolację. Zrobiłam ją i chyba niezła wyszła nawet. Nasza rozmowa trudna, bo on nie mógł się otworzyć, ale gdy powiedział wreszcie to, co wiedziałam, że powie, emocje opadły. I mógł wracać do domu. A mnie to coraz bardziej przekonuje, że ta znajomość nie zaspokoi potrzeb i nadziei, jakie ja w niej pokładałam a więc najpewniej trzeba będzie ją skończyć.
Wtorek w większości poświęciłem na pisanie (jakoś trzeba zarabiać…) poza tym na UW wpadłem na chwilkę zobaczyć się z moją promotor i wziąć wpisy ze dwa. Spotkać mi się udało, ale wpis tylko jeden uzyskałam… Niemniej, cieszę się z atmosfery spotkania z promotor, bo mam wrażenie, że było inne niż wcześniej. Konferencja jednak wiele nam dała. Może to tylko moje wrażenie, ale podbudowuje mnie to. Opowiedziałam jej też o moich planach a propos doktoratu i chyba jest zadowolona. Jeśli, oczywiście, uda mi się plan zrealizować…
Koniec roku szkolnego jest ważnym momentem w kalendarzu. Co prawda może i mnie mniej już osobiście obchodzi kiedy się dany rok kończy, ale… nie do końca. Bo przecież gros moich znajomych to ludzie bardzo młodzi, którzy nadal chodzą do gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych. Czasem wręcz bawi mnie, jak widzę na facebooku statusy “dostałem się do liceum!” albo “jednak będę w drugiej klasie!”, “no, to za rok matura!” i im podobne. Bawi w tym sensie, że pamiętam, jak nie tak dawno ja mogłabym coś podobnego napisać. Tylko, że wtedy nie było za bardzo u nas facebooka. A w zasadzie był… ale to już nie ma znaczenia.
Ważne jest to, że z okazji zakończenia roku szkolnego zaprosiłam do siebie Mateusza O. Żeby przyszedł, pokazał świadectwo i się pochwalił. Chociaż, jak sam twierdzi, nie ma w tym roku czym. No, niech będzie. Ja tam oceniać nie będę. Uważam, że każdy ma jakieś ambicje i jeśli je zaspokaja, to znaczy, że ma się czym chwalić. Przy okazji oczywiście nasuwa się pytanie czy ja mam się czym pochwalić w mijającym roku akademickim? No, pomijając fakt, że z zimowej sesji zaliczyłam jeden przedmiot a w letniej jeszcze ani jednego, to nie za bardzo… wydawałoby się. Ale tak nie jest. Wiem, że nie podchodziłam do egzaminów nie dlatego, że nie potrafię, że się boję czy też że mi się nie chciało, ale dlatego, że moją ambicją było w owym czasie co innego. Proste. Poza tym, nie zapominajmy, że moje studia doktoranckie (w przeciwieństwie do filologii polskiej) zmuszą mnie nie tylko do zaliczania zajęć, ale także do innej działalności. Z której zresztą muszę się “spowiadać”. I to też zrobiłam.
Jak więc mój miniony rok akademicki wyglądał?
- W minionym roku akademickim opublikowałem pracę "Śmierć prezydenta. Analiza momentu dyskursywnego w ogólnopolskich dziennikach drukowanych" w tomie "Katastrofa smoleńska. Reakcje społeczne, polityczne i medialne" pod redakcją Piotra Glińskiego i Jacka Wasilewskiego. Książkę wydało Wydawnictwo IFiS PAN. Praca jest sprawozdaniem z badania dyskursu medialnego w dniu śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz w dwóch kolejnych dniach na podstawie ogólnopolskich dzienników drukowanych.
- Jestem także współautorem książki "Przemilczane, przemilczani. Raport z badań nad sytuacją osób LGBTQ na Uniwersytecie Warszawskim", w którym znajdują się teksty zarówno przeze mnie napisane jak i takie, których współautorem jestem. Książkę wydało Queer UW.
- Przyjęto do druku moją pracę "Dewiant wkracza na uczelnię. Krótka historia obecności osób homoseksualnych w polskiej myśli społecznej", która ukaże się w tomie "Polska socjologia wczoraj i dziś. Materiały ze studencko-doktoranckiej konferencji naukowej" nakładem AGH w Krakowie. Książka ukazać ma się jesienią.
- Przyjęto do druku tekst, którego jestem współautorem (wraz z Ewą i Pauliną) pt. "Narracja Auschwitz-Birkenau jako dominująca interpretacja Holocaustu". Praca ukaże się w tomie "Kultura Pamięci XX wieku w Polsce i w Niemczech" oraz niemieckojęzycznym tłumaczeniu "Erinnerungskultur des 20. Jahrhunderts in Polen und Deutschland". Wydawcą będzie Muzeum Powstania Warszawskiego. Książka ukazać ma się przed końcem roku.
- W tym roku ukazać ma się także publikacja po konferencji "Kontrowersje Dyskursywne: Pomiędzy Wiedzą Specjalistyczną a Praktyką Społeczną", w której ukaże się mój tekst "Nie jesteśmy chorzy. Walka osób transseksualnych o depatologizację w ramach kampanii Stop Trans Pathologization 2012". Wydawcą jest KUL.
Wygłosiłam referaty: “Nie jesteśmy chorzy. Walka osób transseksualnych o depatologizację w ramach kampanii Stop Trans Pathologization 2012" na konferencji "Kontrowersje dyskursywne. Między wiedzą specjalistyczną a praktyką społeczną", która odbyła się w dniach 18-19 listopada 2010 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, "Przychodzi lesbijka/gej/trans do lekarza. Queerowanie służby zdrowia – problemy, strategie, perspektywy" podczas konferencji "Strategie queer. Kulturowa i społeczna sytuacja osób nieheteroseksualnych i transpłciowych w perspektywie interdyscyplinarnej", która odbyła się w dniach 3-4 czerwca 2011 na Uniwersytecie Warszawskim.
Uczestniczyłam w kilku wyjazdach zagranicznych:
- W dniach 30 września – 3 października reprezentowałem Polskę podczas 3rd European Transgender Council, której tegorocznym hasłem było "Embracing Diversity. Stretching Boundaries. Demanding Rights". Czterodniowe wydarzenie skupiało naukowców, prawników i aktywistów działających w obszarze spraw osób transpłciowych.
- W minionym roku akademickim uczestniczyłem także w wyjeździe naukowym "It’s T Time! Embracing Diversity", który odbył się w Kijowie w dniach 13-18 października. Organizatorem wydarzenia była Rada Europy oraz International Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender and Queer Youth and Student Organisation. Wzięło w nim udział ok. 30 osób z całej Europy. Aktywnymi metodami w trakcie tygodnia wypracowywano rozwiązania dotyczące osób transpłciowych.
- W dniach 28 listopada – 5 grudnia uczestniczyłam w study session zorganizowanej w Strasburgu przez Radę Europy i IGLYO pod hasłem "LGBTQI Young People on the Doorstep of Health Care: Understanding Obstacles and Increasing Access". 
To nie koniec.
- Byłem przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego ogólnopolskiej konferencji naukowej "Strategie queer. Kulturowa i społeczna sytuacja osób nieheteroseksualnych i transpłciowych w perspektywie interdyscyplinarnej". W dwudniowej konferencji wzięło udział ponad 30 osób z całej Polski. Przewidziana jest publikacja pokonferencyjna (zima 2011). Wystąpieniom przysłuchiwało się łącznie ponad 110 osób a kolejne 40 śledziło ją w specjalnej transmisji on-line. Nagrania video z wystąpień ukażą się także w internecie.
- Koordynowałem i współuczestniczyłem w badaniach nad sytuacją osób LGBTQ studiujących na Uniwersytecie Warszawskim, które posłużyły potem do stworzenia publikacji "Przemilczane, przemilczani". Książka dostępna jest w wersji drukowanej oraz w formie e-booka. Eksploracyjne badanie było unikalnym w skali kraju oraz Europy Środkowo-Wschodniej przedsięwzięciem.
- Koordynowałem organizację Tygodnia Równości na Ursynowie. W trakcie szeregu wydarzeń (pokazy filmowe, wystawa, prelekcje, dyskusje i wykłady) udział wzięli m.in. prof. Ireneusz Krzemiński, prof. Małgorzata Fuszara, dr Agnieszka Graff, dr Bożena Keff i inni.
- W semestrze letnim prowadziłem co dwa tygodnie w Instytucie Socjologii bezpłatne Warsztaty Dziennikarskie dla studentów i studentek UW w ramach Koła Naukowego Socjologicznego Warsztatu Dziennikarskiego. Projekt będzie kontynuowany także w przyszłym roku.
- Zostałem wybrany na Prezesa trzech kół naukowych na Uniwersytecie Warszawskim: Queer UW, Koła Naukowego Socjologicznego Warsztatu Dziennikarskiego oraz "Gazeta Studencka" – Praktyczna Szkoła Dziennikarstwa.
- Włączyłem się w promocję Instytutu Socjologii UW poprzez prowadzenie warsztatów dla licealistów "Socjologia – zawód czy powołanie?" w podwarszawskich szkołach średnich.
- Zostałem wybrany na członka Rady Doktorantów Instytutu Socjologii oraz na członka Rady Wydziału Socjologii i Filozofii UW.
- Pozostaję redaktorem naczelnym magazynu studentów Instytutu Socjologii UW "Niusy".
- W październiku 2010 obroniłem tytuł magistra na kierunku dziennikarstwo w Instytucie Dziennikarstwa UW oraz rozpocząłem studia II stopnia na kierunku filologia polska na Wydziale Polonistyki UW. Przygotowuję pracę magisterską pod roboczym tytułem "Tworząc język queer" pod kierunkiem prof. dr hab. Stanisława Dubisza.
- Powołano mnie do Komisji rekrutacyjnej na studia II stopnia (zaoczne) w Instytucie Socjologii UW.
Czyli coś tam jednak zrobiłam. I fakt, że nie mam aktualnie zaliczonej sesji i roku na moich trzecich studiach… no mało mnie martwi :) Poza tym wiem, że dam radę. A jak nie… to też przeżyję jakoś. Jestem Jej Perfekcyjność, nie takie rzeczy robiłam!
A co do spotkania z Mateuszem O. (bo od tego zaczęłam!), to wyszło całkiem fajnie. Niemniej, to było nasze raczej ostatnie spotkanie w ten sposób zorganizowane. Wydaje mi się, że dość jasno i od jakiegoś czasu dawałam do zrozumienia Mateuszowi, że jednak chciałabym, żeby ta relacja nabrała innego charakteru. On tego nie chce, nie zrozumiał albo nie interesuje go to. Więc nie ma sensu, żebym i ja się męczyła dalej. Dlatego też zaproszenie na weekendową imprezę, jako że już poszło, jest ostatnim, jakie ode mnie dostał. Nie ma sensu.
No i jeszcze a propos zaliczania, to tego dnia (przed jak i po spotkaniu z Mateuszem) odwiedziłam UW, żeby dostać jakieś wpisy do indeksu. Czyli nie jest ze mną aż tak źle, prawda?
Na UW zresztą potem jeszcze zostałam. Najpierw: spotkanie z dyrektorem Instytutu Socjologii UW na temat zmian w zasadach funkcjonowania doktorantów. Bo jest pomysł, żeby doktoranci za darmo prowadzili zajęcia – nie tylko ci, co dostają stypendia, ale wszyscy. I choć z jednej strony to fajne, bo przecież prowadzenie zajęć samo w sobie jest fajne, ciekawe i w ogóle, daje dodatkowo doświadczenie, uczy wiele… ale z drugiej strony: inni dostają za to kasę, więc może jednak nie jest to do końca fair, żebyśmy my nie dostawali, prawda? No i doktoranci chcą, żeby płacić a dyrekcja będzie się przed płaceniem wzbraniać. Wiadomo. Konkluzji za wiele nie ma z tej dyskusji – może poza tym, że jest szansa na współprowadzenie zajęć albo na to, żeby w inny sposób zaliczać te praktyki dydaktyczne. Z systemowego punktu widzenia największym plusem będzie na pewno to, że nikt nie będzie mógł zostać doktorem nie mając doświadczenia w prowadzeniu jakiś zajęć, co dotychczas jest możliwe.
Moje zajęcia zaś chyba są już zaklepane na 100 proc. Mówię chyba, bo do mnie dokument żaden oficjalny nie dotarł, ale widzę, że jak wół na stronie www widnieje, że w semestrze letnim przyszłego roku akademickiego prowadzę translatorium. No i fajnie. Strasznie się cieszę i jeśli okaże się, że rzeczywiście stanie się tak, to będę najszczęśliwszą transą na świecie :) Nie muszę chyba mówić, że zajęcia będą w klimacie queerowym i że zapraszam wszystkich i wszystkie, których to interesuje, a którzy są na UW, bo zajęcia będą miały status ogólnouniwersyteckich, więc “z zewnątrz” będzie można się zapisać.
Ze spotkania z dytrektorem musiałam uciec na posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Bardzo smutne posiedzenie. Frekwencja zatrważająco niska – co świadczy oczywiście o braku kompetencji Marszałka, żeby ludzi zebrać albo żeby tak zorganizować posiedzenie, by wszystkim pasował termin i by się stawili liczniej… Świadczy też o ignorowaniu potrzeb opozycji, która akurat tego dnia stawić się nie mogła i której prawie nie było. Świadczy dodatkowo także o tym, że złą decyzją jest likwidowanie Konwentu Seniorów i nie korzystanie z możliwości jakie daje i z jego doradczej funkcji. Świadczy też o spadku zaangażowania ludzi w ogóle w działalność samorządową. Nie chcę się chwalić, ale gdy ja organizowałam posiedzenie Parlamentu Studentów UW w czerwcu, to frekwencja na nim była, mieliśmy kworum i można było podjąć decyzje w sprawach, w których decyzje były podejmowane. Posiedzenie smutne było także dlatego, że po raz kolejny Marszałek wykazał się absolutnym brakiem kompetencji do prowadzenia posiedzenia. I już nie mówię o kwestiach formalnych (bo jestem formalistą) i jego nieznajomości przepisów dotyczących tego, jak należy posiedzenie prowadzić, czy też takich “udogodnień”, które za moich czasów były standardem jak wyświetlanie porządku obrad na rzutniku za plecami Prezydium Parlamentu Studentów UW… ale chodzi o całkowity brak szacunku do mówców, zwłaszcza mówców i mówczyń opozycji, o niegrzeczne zachowanie wobec nich, o nierówne traktowanie mówców i mówczyń, w końcu o wyrażaną co chwilę stronniczość i pogardę zarazem dla osób, które reprezentują inny pogląd. Przekonanie Marszałka o tym, jaką jest wspaniałą osobą oraz jakimi debilami są wszyscy inni jest nie tyle złe, co smutne po prostu. Bo nikt z posłów i posłanek koalicji nie reaguje. Wyraźnie im to na rękę i nie przejmują się tym, że demokracja wyraża się przede wszystkim w szacunku dla poglądów mniejszości. Czy też w zwykłej pokorze i świadomości, że może jednak nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów i warto czasem posłuchać, co inni mają do powiedzenia na ten temat, bo może zauważą coś, czego my nie zauważyliśmy. To jest smutne.
Nie chcę stawiać siebie w pozycji lepszej od innych, ale z racji stażu i pełnionej przeze mnie funkcji w Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW liczyłam na to, że jednak wobec mnie Marszałek nie będzie zachowywał się w ten sposób. Ale zrobił to. Dobrze, jeśli naprawdę chce, to ja mogę wyczerpać wszelkie formalne możliwości w czasie trwania posiedzenia do tego, by zrealizować swoje cele, wypowiedzieć swoje zdanie i zabrać głos tyle razy, ile będę chcieć, stosując odpowiednie kruczki i zabiegi formalne. Nie ma sprawy. Tylko po co?
A czy warto, żebym głos zabierała? Nie wiem ilu formalnie teraz jest parlamentarzystów i ile parlamentarzystek. Niemniej, jestem przekonana, że 90 proc. z nich nie przeczytałao projektu Regulaminu Parlamentu Studentów UW, który miał być dyskutowany i głosowany na tym posiedzeniu. Ja przeczytałam. Miałam uwagi. Chciałam się nimi podzielić. Chciałam zwrócić uwagę m.in. na to, że Marszałek może zwołać posiedzenie np. na 21 marca, przenieść je potem na 1 marca, poinformować o tym wszystkich 14 marca i będzie to zgodne z prawem (choć sprzeczne z logiką i zasadami demokracji). Szkoda, że Marszałek nie chciał tego posłuchać. Tzn. ja to oczywiście powiedziałam, ale nikt nie słuchał.
Szkoda też dlatego, że pewno jestem jedną z ostatnich i niewielu już osób, które czytają projekty protokołów z posiedzeń przygotowywane przez Marszałka i zgłaszających poprawki do nich. Szkoda, że chociaż tego tak po ludzku nie docenił.
Jednak po spotkaniu grupy parlamentarzystów i parlamentarzystek z Evolucji, których od zawsze wspieram i zbieram w niedzielę poprzedzającą posiedzenie Parlamentu Studentów UW widzę, że może nie być łatwo to zmienić. Zapaleńców jest coraz mniej. Ludzie mają inne sprawy, a idee są dla nich coraz mniej ważne. Podobnie w sumie jak posłowie i posłanki aktualnej koalicji, którzy sprawiają wrażenie, że zależy im tylko na wpisaniu potem pewnych rzeczy do CV, co ma im pomóc w walce w innych sytuacjach – politycznych czy zawodowych. Szkoda, szkoda. Kiedyś Parlament Studentów UW był miejscem, gdzie rzeczywiście coś się działo, gdzie ludzie mieli możliwość dyskutowania o sprawach ważnych, gdzie spierały się idee a nie interesy.
Po posiedzeniu Parlamentu Studentów UW udałam się do Galerii. Tam spotkanie o chrakterze – nazwijmy to – biznesowym. Atmosfera miła, trochę konkretów. Mam nadzieję, że sprawa ta zamknie się niedługo i będę mogła zdradzić jej szczegóły :)
Ponieważ ten wieczór to wigilia Bożego Ciała, to więcej osób mogło coś zrobić, wyjść, ruszyć się. A więc namówiłam moją przyjaciółkę Gacek na ruszenie dupska z domu. Damian.be też był w Galerii. Niespodziewanie zjawił się też jego dobry znajomy z Łodzi – Łukasz. Ja też miałam okazję go poznać podczas ostatniego pobytu w tym mieście. Bardzo ładny, męski, z tatuażami, wokalista zespołu rockowego… No wiecie, taki facet przez duże F. Ale tam jakaś negatywna lekko emocja była między nim a Damianem.be (za to moja przyjaciółka miała bardzo pozytywną!) i ostatecznie nie czekaliśmy na tańczących tej nocy chłopców w Galerii tylko przenieśliśmy się dalej. Do końca nie wiedzieliśmy gdzie. W sensie, że do Cudu Nad Wisłą, bo to dość nowe, offowe miejsce. I fajnie, że tam można się wybrać, ale jak nareszcie udało się nam dotrzeć i zobaczyliśmy kolejkę do wejścia, to zrezygnowaliśmy. Właśnie tak bowiem wyobrażam sobie kolejkę z czasów PRL. Dwa kilometry ludzi stoją i czekają. Nie, nie, ja czekać nie będę. Gdybym jeszcze miała pewność, że wejdę i umrę z wrażenia, to może bym się odważyła… ale nie w przypadku, gdy widzę to, co widzę. Że tam w środku (można mówić o CnW, że jest się “w środku”?) nie ma nic takiego, co sprawi, że umrę. Więc nie.
Wycofaliśmy się. Ponieważ było blisko do Gacka, wybraliśmy się do niego. Po drodze kupiliśmy wódkę jakąś czy coś i tak sobie usiedliśmy. Mocar zaraz przyszedł ze swoją szefową, która niniejszym dowiedziała się, że Mocar jest pedałem. Siedzimy, siedzimy i czegoś jakoś nam brakuje. Rozrywki. A ja w kontakcie byłam w Robertem, więc udało się nam ustalić, że jest w Zwiąż Mnie i że zaraz pracę kończy.
Tak, pojechaliśmy do niego. Tak, przeze mnie. Tak, dla niego. Ja, Damian.be i Tomeczek. Bo Gacek już najebany padł spać… Na miejscu okazało się, że impreza rzeczywiście się kończy. Natomiast jeszcze z Robertem coś wypiliśmy i zajmowaliśmy się ogarnianiem a) umierającego już Tomeczka (usnął na schodach…) oraz b) zaginionego w akcji telefonu Damiana.be. Udało się nam i Tomeczka ogarnąć i telefon odzyskać (Volfra Taxi okazała się uczciwa!). Posiedzieliśmy jeszcze trochę a jak Robert skończył pracę, ruszyliśmy dalej! Do Glam! No bo skoro noc ma być szalona, to niech będzie. Tomeczka odstawiliśmy pod domem a sami na Żurawiej wylądowaliśmy. Tam spotkała nas niespodzianka. Dwie grające lesbijki po dwóch utworach… skończyły! Ludzi sporo jeszcze w klubie, pląsają sobie na parkiecie, drynki zamawiają a one kończą! No co za szok. Z podsłuchanej ich romowy z barmanem wywnioskowałam, że one mają zapłacone tyle-a-tyle i nie obchodzi je, co się dalej dzieje z klubem. Żenada i dziecinada. Totalny brak profesjonalizmu. Moim skromnym zdaniem, powinien to być ich ostatni występ z tym klubie. A dodatkowo powinnam powiedzieć wszystkim znajomym właścicielom klubów, że one nie. Że zdecydowanie nie.
Co mnie zaskoczyło, to że ludzie nadal siedzieli! :) Bez muzyki, pogrążeni w rozmowach, podrywach, flirtach i własnych sprawach… nadal siedzieli! To dość zabawne, ale zarazem świadczące o tym, że a) mają dużą potrzebę zabawy, wyjścia z domu, imprezy, b) naprawdę źle że te didżejki wyszły.
Niemniej, po jeszcze jednym drynku my też wyszliśmy. Do mnie. To znaczy Damian.be nie, ale ja z Robertem owszem. I u mnie też piliśmy. Żeby jednak nie było wątpliwości – Robert nie spał u mnie.
Boże Ciało, wiadomo, spędzone w domu. Nawet za dużo roboty nie miałam. I nawet za pisanie blo się wziąć miałam, ale… no, sami wiecie jak to jest. Jak jest wolne, to się czasem po prostu nie chce nic robić. I choć w sumie mam wakacje od jakiegoś czasu, a więc i wolne od jakiegoś czasu, to mogłabym tak codziennie mówić, ale jednak dzień wolny dla wszystkich jest rozleniwiający bardziej niż inne dni :)
A wieczorem: spotkanie z Pauliną i Ewą. Swoją drogą, okazało się, że Ewie się tak samo bardzo nie chciało iść na nie, jak mnie. Dobrze jednak, że poszliśmy, bo było bardzo sympatycznie. Paulina jak zwykle zrobiła dobre przekąski w postaci surowych warzyw oraz sosu jogurtowo-czosnkowego i kilku innych. Zrobiła też jakieś serowe niespodzianki. Miło wyszło, miło. A gadaliśmy, jak zawsze o Auschwitz (naukowo jak i towarzysko) oraz o Queer UW i wydarzeniach sprzed kilku dni.
Gdy już się zaś najebałyśmy, śpiewałyśmy piosenki Edyty Górniak. I zabijcie mnie, nie wiem dlaczego.
Niespodziewanie nadszedł weekend właściwy. Piątek. A tutaj wielka niespodzianka: impreza w apartamencie. Jak to się stało, że zaprosiłam znajomych do wielkiego apartamentu na Nowym Świecie? Ano tak, że pojawił się ktoś, kto chce za niego zapłacić. Bez wchodzenia w szczegóły… Arek, który mieszka na co dzień w Szwajcarii a który jest moim znajomym przyjechał na weekend do Warszawy. I ponieważ tak czy owak wynajmował apartament, to skorzystaliśmy z tego i tam imprezę zrobiliśmy. Na początku nie było łatwo. Przestrzeń duża a nas aż nie tak wielu i trudno było te metry kwadratowe jakoś ograć. W sensie, że zazwyczaj jesteśmy na nieco mniejszych przestrzeniach i to znajomych, więc wiadomo, jak się w tych murach zachować. A tutaj nie za bardzo. Ale po kilku drynk okazało się, że dajemy radę ;) Było fajnie. Na tyle, że wyszłam raz z moją przyjaciółką zapalić a przy okazji miała mi pokazać stojącego na Nowym Świecie chłopca, który się jej podobał.
Chłopca nie spotkaliśmy, ale jakąś grupkę przechodniów zaczepiliśmy. Dwóch chłopców i dwie dziewczyny. Zaczepiliśmy je pytaniem “czy jesteście hipsterami?” i powiedzieli, że nie. Znaczy, że są. Więc od słowa do słowa i zaprosiliśmy ich do środka, do aparatmentu. Arka nieco to przeraziło, ale uspokoiłam jego niepokój ;) Jeden z chłopców był trochę jednak hetero ale ten drugi zupełnie nie. Wojtek. Co śmieszne, nikt nie wziął do niego kontaktu, podczas gdy się wszyscy jego urodą (słusznie) zachwycali! Teraz, gdy piszę te słowa, wiem co to za Wojtek, ale odkryliśmy to dopiero po 10 dniach od tej imprezy! Gdy wypiliśmy już większość alkoholu postanowiliśmy się zbierać. (Mateusz został, najebany i zrzygany w moim łóżku…) Za namową Arka, który chciał zobaczyć Hunters stwierdziłam, że wejdę tam, zostawię go z Gackiem czy tam innymi ludźmi i pójdę do Glam. I dobrze, że weszłam. Może i to był piątek, może i byłam najebana lekko ale w środku zobaczyłam masakrę. 4 osoby na krzyż. Naprawdę, nie więcej. Masakra.
Doszłam do baru na chilloucie, gdzie stał Gacek i wyszłam od razu. Do Glam.
A tam impreza w porządku. W sensie, że w stylu Glam ;) Dopiero potem się dowiedziałam, że Tomeczka do Glam nie wpuścili, bo był… zbyt najebany a Michał po wejściu na schody Glam zrzygał się tam i wyszedł z klubu. Trochę masakra :)
Ja zaś bawiłam się dobrze! Na pełnej kurwie! Ponieważ nocować miałam w apartamencie, to wracałam z Glam z Gackiem, coby on mnie po drodze do siebie odprowadził. Zahaczyliśmy, nie inaczej, o kebaba. A potem Gacek wszedł ze mną do apartamentu. Ja, generalnie, położyłam się spać do Mateusza (ogarnęłam zarzygane miejsca…) a Gacek… no właśnie. Od Arka wyszedł z pokoju Kuba Po Prostu i ktoś jeszcze. Ktoś jeszcze (nie wiem kto to…) wyszedł a Gacek do nich wszedł i spali razem we trójkę trochę. Ja usnęłam obok Mateusza. Trudno.
W sobotę poszłam na hipsterskie śniadanie z moją przyjaciółką do Sketch. Tam obsługiwał nas jeden lekko przegięty ale bardzo miły pan. Opierdoliłyśmy po Sketchburgerze i tak się zaczął mój dzień. Odebrałam od Gacka mojego iPada zostawionego tam w środę podczas picia z okazji wigilii Bożego Ciała. Wyglądałam pewno dość śmiesznie w muszce, koszuli i bluzeczce oraz lekko rozwianych włosach… Wróciłam do domu lekko się ogarnąć.
Wieczorem bowiem: impreza urodzinowa Macieja Bieacz. Ponieważ to mogą być jego ostatnie urodziny w życiu, postanowiłam się na nich zjawić jednak. Kiedyś byliśmy prawie przyjaciółmi, więc wypada, co nie? Tym bardziej, że impreza u Gacka w Ordynacka Palace Residence, więc chcę wpaść. Ludzi sporo, choć trochę dziwni momentami dla mnie. Zwłaszcza znajome Adama (tego, co go Maciek podrywa ostatnio), ale daliśmy radę. I owszem, się lekko najebaliśmy. Potem odwieczny dylemat “kto gdzie idzie”. Ja od razu mówiłam, że w Hunters moja noga nie postanie, więc odpadło. Poszedł m.in. Gacek, który potem nagrywał mi się na video, że było w klubie totalne gówno i że więcej tam nie pójdzie. Ja wiem, że kiedyś już tak na temat Toro mówił i słowa nie dotrzymał… niemniej, świadczy to nie najlepiej o jakims miejscu, jeśli ma sytuację podobną do Toro ;)
Tak czy owak – impreza trwała w najlepsze. O tyle dziwnie się dla mnie skończyła, że w apartamencie wylądował ze mną (jakkolwiek dwuznacznie lub nawet jednoznacznie nie zabrzmi) jakiś chłopiec, którego imienia nie znałam za bardzo nawet w momencie, gdy wychodził. Okazało się zresztą, że znałam (Michał), tylko pewna nie byłam. I nie wiem czemu poszedł ze mną, prawdę mówiąc. Spał koło mnie a rano mnie obudził i wyszedł. Dziwnie jakoś tak. Sama czasem się zastanawiam po co ja takie rzeczy robię…
Tym bardziej, że… w środę (a więc kilka dni później) moja dermatolog powiedziała mi, że znów mam świerzb (zaraz do tego dojdę) i tegoż Michała zaraziłam. Znajomi żartują, że dlatego musiałam znów zachorować, że nie przekazałam choroby dalej poprzednim razem i teraz musiałam, żeby mieć pewność, że wyzdrowieję… No, niech będzie.
Dzień spędziłam w zasadzie z Arkiem. Poszliśmy na śniadanie do Fridy na Nowym Świecie. A że tam podawali jakiś dobry drynk z truskawek… no to wypiliśmy jeden. A potem drugi. A potem trzeci. A potem poszliśmy po Filipa, który gdzieś tam koleżankę odprowadzał. A potem wypiliśmy jeszcze jednego. Spotkaliśmy też Gacka i Macieja, więc z nimi na Krakowskie Przedmieście się wybraliśmy, żeby zobaczyć Warsaw Fashion Week czy coś takiego. Ale nic się nie działo, poza tym, że Arek chciał ze mną za rękę chodzić. No więc chodziliśmy.
Wieczorem wylądowaliśmy znów w Royal Route Residence. Z wódką. Ponieważ Arek chciał, zaprosiłam do nas także Kenny’ego. No i oni sobie coś tam razem w pokoju robili a ja rozmawiałam z Filipem. I zauważyłam, że to już naprawdę koniec naszej znajomości. Od czasu gdy sypiał z Grzegorzem nie poprawiło się nic. Skoro on nie widzi nic złego w tym, że nie odzywa się do mnie przez 7 a nawet 10 dni i udaje, że nadal jest tak jak było… to nie mamy o czym rozmawiać. Po prostu.
Do domu z sobotniej imprezy wróciłam w poniedziałek koło 13.00. Nie pamiętam już na czym mi ten dzień zleciał, ale pamiętam, że umówiłam się z Robertem na wtorkowy poranek. Bo on wyjechał z siostrą gdzieś nad morze ale chciał pilnie wrócić. Nie wiem czemu. Mówił, że się po prostu tam źle czuje. Sprawdziłam mu transport i nocnym autobusem wrócił stamtąd do Warszawy. Był na miejscu koło 6.00. A ja odebrałam go z dworca. I zaprosiłam na śniadanie. Jasne, że się nie wyspałam. Ale chciałam go zobaczyć.
To był dopiero początek intensywnego dnia. Postanowiłam się w końcu na UW wybrać i ogarnąć nowe ubezpieczenie zdrowotne, jakie będę mieć dzięki Uniwersytetowi. Dotychczas płaciłam 32 zł do PZU Życie a teraz będzie 56 zł. Więcej, no ale rozumiem, że nie udało się im inaczej wynegocjować. Trudno. Dla mnie ważne jest, żeby jednak mieć to, bo okazuje się, że oszczędzam. Poza tym – wystarczy jedna wizyta u lekarza na dwa miesiące, żeby mi się opłacało. Więc spoko, na pewno zaraz złapię jakiś syfilis czy inne gówno, więc spoko. Ogarnęłam też ostatecznie kwestię konferencji naukowej. Wyobraźcie sobie bowiem, że ona nadal nierozliczona… No, ale nic to. UW ogarnia. Dadzą radę. Pani, która się tym zajmuje – pełnomocnik kwesotra – jest zajebiście miła i pomocna. Dzięki bogu za takich ludzi! Ja oczywiście płaszczę się przed nią, udaję najmniejszego robak i chodzący brak wiedzy… ale i bez tego czuję, że ma taką naturę, że ogarnęłaby mnie ramieniem i przytuliła.
Potem spotkanie z Marcinem. Dawno się nie widzieliśmy. Co więcej, ostatnio widzieć się mieliśmy jakieś 6 tyg. temu w piątek w przededniu jego urodzin. Miałam mu dać prezent. Ale że wyszło nam spotkanie na dwa dni przed tym terminem tak jakoś spontanicznie, to odwołał to piątkowe. I prezent czekał do dziś. Dostał go, to najważniejsze (tak, była to książka i filmy porno). Samo spotkanie miłe. Odkryłam, że jednak miejsca mniej formalne – czyli nie kawiarnie – sprzyjają wymianie myśli między nami. Mam takie wrażenie, że moment, gdy siedzieliśmy naprzeciw Żurawiej 4 na murku pod jakąś instytucją, która była za nami, był najfajniejszy w tym wszystkim. Więc może następnym razem będę od razu proponować tego typu spotkania. Na murku.
Fajnie było go znów zobaczyć.
A pod wieczór wpadł do mnie Kuba. Jeden z Pasywków. Ponieważ ostatnio Mateusz pokazywał mi swoje świadectwo, tym razem padło na niego. Przyniósł, lekko wygniecione. Dostał ode mnie oczywście jakiś posiłek (już nie pamiętam, co to było dokładnie) i pogadaliśmy trochę. Głównie o tym jak sobie w szkole radzi. Skądinąd wiem, że ma tam problemy z racji tego, że jest przegiętą ciotą. Ale wiem też, że sobie radzi oraz że są sposoby formalne, by sobie radzić. I powiedziałam mu – a powtarzam to teraz – że w tym zakresie na moją pomoc może oczywiście liczyć. Przecież jestem jebaną formalistką! :)
Następny dzień był dla mnie bardzo ważny. Nie powiem, że stresujący, bo to nieprawda… Ale był o tyle ważny, że o 9:00 miałam egzamin wstępny na studia II stopnia w Ośrodku Studiów Amerykańskich. Złożyłam tutaj papiery też na I stopień, więc jest szansa, że chociaż tutaj się dostanę. I nie będę ukrywać, że a) zależy mi na II stopniu (na razie jestem na liście rezerwowej), b) jeśli dostanę się na oba, to wybieram II, c) jeśli dostanę się na I stopień, to sobie przez rok pochodzę na co ciekawsze zajęcia i tyle – pewno nie będę tego kontynuować, bo oznaczałoby to, że rok po obronie doktoratu będę bronić licencjat… Ale nigdy nie wiadomo jak się życie potoczy ;)
Sam egzamin – wydaje mi się, że prostszy niż rok temu, ale może ja się nie znam… A może mi teraz szczęście sprzyjało (wtedy na rezerwowej nie byłam). Zobaczymy, za kilka dni ma się sprawa rozjaśnić. Z oboma stopniami.
Prosto z Wydziału Zarządzania (tam miał miejsce egzamin) pojechałam do dentysty. To moja ostatnia, ósma chyba wizyta u niego w tym cyklu. Udało mi się wyleczyć w zasadzie wszystko. Do mojej decyzji pozostają “ósemki”, ale nimi zajmę się za jakiś czas. Generalnie wydałam na stomatologa jakieś 1,5 tys. zł. Z dwudziestoprocentową zniżką, ma się rozumieć. No cóż, ale generalnie moje zdrowie w tym roku mnie kosztuje…
Potem jeszcze wizyta u dermatologa. Tak, mam świerzb. Nie, to nie ten sam co poprzednio. Minęło za dużo czasu od poprzedniego leczenia, żeby była możliwość samo-zarażenia… Co oznacza, że znów mnie ktoś zaraził. Fajnie, nie? Podejrzewam, że tym razem wiem kto… w sensie, że to nosiciel ukryty. Ma, ale sam nie ma objawów i zaraża innych, bo nie chce – wbrew mojej poradzie – poddać się leczeniu mimo braku objawów. Pamiętajcie, na przyszłość, że brak objawów gdy ktoś bliski Wam ma świerzb nie zwalnia Was z konieczności leczenia. Wprost przeciwnie, musicie to zrobić dla dobra swojego, tej osoby i innych dokoła. Dziękuję za uwagę.
Oczywiście, tego dnia zdobyłam InfectoScab i jestem już zdrowa. Przez to też wieczorem nie poszłam na urodziny barmanki Glamowej. Miałam, chciałam, planowałam… ale jednak leczenie świerzbu jest ważniejsze ;)
Czwatek minął mi na pracy przy komputerze. No, niestety, czasami trzeba. Niemniej, praca ta przynosić powinna efekty. A ja podliczyłam dziś ile mam “wirtualnych” pieniędzy. To znaczy takich, które powinnam mieć lub które będę mieć lada moment, bądź też takich, które pożyczyłam komuś. I wyszło mi 5150+880+300+400+1400+1400=10790 zł. Tak, ponad dziesięć tysięcy gdzieś tam krążących, które nie mogą do mnie dotrzeć. Mam nadzieję, że większość do końca lipca do mnie trafi. Mój kochany mBank ma do mnie zaufanie i na kartę kredytową mi z chęcią pozwala wiele rzeczy brać, ale ja chcę moje pieniądze oraz chcę zlikwidować kartę kredytową! :) Oddajcie mi kasę! ;)
Arek, który tydzień wcześniej w weekend szalał w Warszawie, postanowił wrócić. Przez tydzień był u siebie w Bydgoszczy rodzinnej a teraz znów chciał w Warszawie poimprezować. Ponieważ wcześniej tego nie planował, nie ogarnął sobie apartamentu a te okazały się być zajęte czy coś tam. Więc spał u mnie. W piątek zabrałam go na bifor na Grochów do znajomych Michała. To nie była dobra decyzja. Wszystko fajnie, wszystko sympatycznie… Ale jednak to nie moje towarzystwo. Za mało młodych ludzi, za dużo kobiet… Doceniam, że dobry alkohol i ładne wnętrze, ale to zdecydowanie za mało. Sam Michał jednak mówił potem, że to nie była najlepsza czwórka, jaką tam miał. Trudno więc, stało się.
Pojechaliśmy więc czem prędzej dalej. Do Toro. Arek rzadko bywa, więc nie miałam nic przeciwko i podjęłam to ryzyko. Tam okazało się, że ludzi nie za wiele i się nie dzieje dużo… Dobrze, że występowała Monika Jarosińska. Ostatni mój z nią kontakt wspominam źle. Ten natomiast bardzo korzystnie. Uratowała imprezę, poważnie. Inaczej nie wiem czy dałabym radę. Ma ładny głos, niezły kontakt z publicznością. Dobrze nagłośniona… nie, no było naprawdę fajnie.
A potem Arek spotkał Nicol. Czyli dawniej Jordana. I się zgadali, że wychodzimy z Toro i jedziemy gdzieś-tam. Ja nie chciałam gdzieś-tam, więc powiedziałam, że obok jest kebab na pl. Konstytucji i że ja tam chcę, to go zjem. I zjadłam sobie, co mi poprawiło nastrój, ale i mój stan fizyczny.
Arek chciał jechać po spotkaniu z Jordanem do mnie, żeby się przebrać czy coś tam. No więc jeszcze o Melinę zahaczyliśmy zanim do Glam dotarliśmy. Udało się jednak i ja zadowolona oddałam się zabawie. Arek jednak stwierdził, że nie da rady. W sensie, że tam palą, że jest duszno (fakt, coś im się zjebało i było tak gorąco jak jeszcze nigdy w historii!) i on musiał wyjść. Wrócił sobie do Toro. A ja bawiłam się dalej w Glam. Awantur i rewelacji nie było, więc wróciłam do domu z Michałem jakoś. W domu jeszcze usmażyłam nam rano (bez tłuszczu!) fileta z uda kurczaka z sosem cayene i czerwoną fasolką.
Arek wrócił jakoś, ale caaaaałą sobotę miał z głowy. Umierał, mówiąc krótko. A to niedobrze, bo w sobotę zaplanowana była impreza w Melinie. I to na pełnej kurwie, bo w limuzyną Hammera wożącą nas potem po klubach. A Arek naprawdę umierał. Przybył na ratunek Tomeczek, który miał pomóc załatwić Arkowi coś, co postawi go na nogi. Ale nie załatwił. Zjedliśmy kebaba, próbowaliśmy różnych soków, drynków, czegokolwiek… Nic nie pomagało. Dlatego jak na minibifor przybyli ludzie, to zastali Arka tak jak zastali. Zdychającego. Ale mimo wszystko postanowiliśmy bawić się dalej. Limuzyna zamówiona, zapłacona… Trzeba na pełnej kurwie dać radę! I po biforze u mnie rzeczywiście limuzyna podjechała. Wpakowaliśmy się w nią i ruszyliśmy w podróż! Zapłacone było za godzinę i tyle zamierzaliśmy wykorzystać. Najpierw – by dojechać do klubu Zoo. To nie było łatwe, bo nie wszędzie limuzyna da radę wjechać. Ostatecznie jednak Mazowiecką zdobyliśmy, zakorkowaliśmy i do Majkiego wskoczyliśmy na jego urodziny. Ludzi już trochę było. On ucieszył się na mój widok, zaprosił nas wszystkich na welcome drinki, przedstawił mnie mamie swojego faceta… no, działo się, działo. Jak na kilkanaście minut, które byliśmy w klubie, to naprawdę sporo się wydarzyło. Ale fajnie, pozytywnie.
Szybko wyskoczyliśmy (Gacek z Martyną zostali) i pojechaliśmy dalej. Część chciała wysiąść przy Hunters a część, w tym ja, pojechała dalej, do Glam. Pan był na tyle uprzejmy, że zgodził się przekroczyć czas o jakieś 3 minuty i nas dowieźć na miejsce ;) No, chociaż tyle.
Śmieszne było to, że Arek zaprosił Daniela Cz. i Kamila ChupaChups. W sensie, że to są ludzie, z którymi ja już nie mam kontaktu i jakoś tak nie rozmawiam raczej. Tak więc musieliśmy jakoś przez ten jeden wieczór działać razem, jak dawniej. I udało się. Oni trafili z Arkiem do Hunters, ale wyszli po pół godziny. Ja trafiłam do Glam i wyszłam nad ranem. Poznałam aż trzech ładnych chłopców. Oraz zrobiłam scenę Robertowi. Taką lekką ciotodramę. Już wyjaśniliśmy sobie co i jak ale w klubie nie było tak wesoło. Musiałam też kolejne 100 zł pożyczyć Damianowi.be, który kartę kredytową zgubił czy tam zniszczył… No, generalnie nie miał kasy ;)
Gacek z Kocykiem przyszli potem z Zoo i Huntersa do Glam (to takie miejsce, gdzie coraz częściej kończą się imprezy). Ale już długo z nimi nie siedziałam tylko do domu pojechałam. I to śmiesznie, bo odwiózł mnie David (ze swoim pięknym chłopcem!). Ale że David pijany, to zamówił pana, który prowadził samochód Davida. Dobra instytucja. A pan śmieszny, bo osiemnastolatek zestresowany tym, że wiezie transa i bandę ciot w drogim aucie ;) Było śmiesznie. A Davidowi dziękuję za transport!
W niedzielę… bawimy się dalej! Arek wynajął na jedną noc apartament na Nowym Świecie i chciał pogadać ze mną. Wpadłam więc i gadaliśmy sobie. A wieczorem Michaś przyjeżdżał z Władysławowa. Więc odebrałam go z dworca (przecież ja go do Władka wysłałam!) i pojechaliśmy do Arka znów. Siedzieliśmy ostatecznie całą noc. Ale całą. Do 7 rano jeśli mnie pamięć nie myli. Rozmowy, rozmowy, muzyka (dużo chóru chłopięcego, trochę popu, na koniec też house’u), pizza nocą, podryw i takie tam. Skończyło się tak, że ja sama wypiłam 0,7 l wódki (oni nie pili, woleli mocniejsze rzeczy) i spaliśmy w tym apartamencie do 12.00. Dwadzieścia minut później byłam już u fryzjera (specjalnie dla mnie wcześniej przyszedł do pracy, więc nie mogłam się spóźnić i dlatego z Chmielnej 1/3 na Chmielną 122 jechałam taxi…). Potem spacerowałam sobie z Michasiem. Jedliśmy śniadanie/obiad/posiłek w Złotych Kutasach. (dialog dnia: “Na co masz ochotę?”, “Na to, na co chcesz mnie zaprosić”). Trochę pogadaliśmy, ale i jemu śpieszno było do Krakowa. Więc odprowadziłam go na dworzec, gdzie zapomocą biletomatu, bez kolejki, patrząc na OLBRZYMIĄ kolejkę w kasach holu głównego, kupił sobie bilet na podróż. I pojechał.
A ja wróciłam do domu się ogarnąć. I spakować na wyjazd! Wszystko trwało nie za długo, bo okazało się, że Arek – zmęczony nocą i zmuszony czekać aż do 18:00 na samolot do Zurichu – wynajął apartament, który od 18:00 do 11:00 był dostępny ale pusty. 80 m kwadratowych o wysokim standardzie. Więc ja go zajęłam. I zorganizowałem tam spotkanie ze znajomymi, którzy chcieli mnie zobaczyć przed wyjazdem. Wpadł Gacek, Kasiaspyrka, Robert. Michał nie chciał wpadać, bo “jutro muszę wyjść z domu, więc dziś nie będę wychodzić”. Wypiliśmy coś, pogadaliśmy, pojedliśmy… Potem został tylko Robert i mogliśmy spokojnie pogadać o weekendzie minionym i nie tylko. Nie chciał jednak korzystać z dwułóżkowej sypialni na Nowym Świecie (przez ścianę z moją sypialnią), bo wiedział, że musiałby wstać ze mną najpóźniej o 7:00. Przecież mam rano pociąg do domu rodzinnego.
Więc o 7:20 stałam już na dworcu, czekając na pociąg Express InterCity Bolesław Prus, który szczęśliwie dowiózł mnie na Pomorze Zachodnie. Tak zaczyna się mój tygodniowy pobyt tutaj oraz tutaj jest moment, o którym opowiadam w pierwszym akapicie tej blotki.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzeżączka, świerzb i inne takie ciotodramy. Czy trauma nigdy się nie kończy?

21 maj

To chyba rekord jeśli idzie o blo nie-pisanie. Pocieszające jest to, że nie tracicie nadziei i, jak wskazują statystyki, nadal codziennie na duzyformat.blog.pl zaglądacie. Dziękuje Wam za to. Tym bardziej, że lada dzień obchodzić będę ósme urodziny blo! Osiem lat!
A to niepisanie ma swoje uzasadnienie, naprawdę. Pisanie zaczynam siedząc nad morzem, we Władysławowie u Marcinka. Musiałam wyjechać z Warszawy, bo byłam blisko załamania nerwowego i zdrowotnego w ogóle. Naprawdę, tak źle. Więc niech to też trochę tłumaczy moją długą nieobecność na blo, ok?

Tradycyjnie jednak, po kolei. Wypada zacząć tam, gdzie się skończyło. A ja skończyłam na dzień przed świętami Zmartwychwstania Pańskiego. Spędziłem je w domu rodzinnym. Było spokojnie, bo moja rodzina się coraz bardziej dzieli. W tym sensie, że wszyscy zaczynają zakładać własne rodziny i nie mają już czasu spotykać się w gronie kilkunastu osób, jak to bywało dawniej. Ale ja się cieszę. Dla mnie to też na rękę. Generalnie jednak rzuciłam pomysł, że skoro tak to wygląda, to może za rok do mnie do Warszawy mama, babcia i brat z żoną i dzieckiem wpadną. Generalnie po początkowym "chyba żartujesz" pojawiła się chwila zastanowienia, że pomysł wcale nie jest taki szalony. Sama nie wiem, zobaczymy. Ja w zasadzie nie mam nic do ukrycia przed rodziną (tak jak przed wszystkimi) więc czemu nie. Święta minęły z atmosferze całkiem ok. W trakcie pobytu w domu udało mi się spotkać z Gackiem i jego znajomymi z naszego rodzinnego miasta. Poszliśmy do pubu popularnego, gdzie najdroższy drink kosztował… 16 zł :) Czyli że mieszkanie w mniejszym mieście ma swoje plusy! Do Szczecina jednak nie pojechaliśmy. Zabrakło czasu i ochoty. Święta były dla mnie także czasem przerwy w piciu alkoholu. Mam na myśli piątek i sobotę. Bo potem już nie.

Jednak powrót do Warszawy ucieszył. Duże miasta dają mi więcej energii, więcej pozytywnych emocji. Wolę je.
I żeby nie było tak łatwo, jeszcze w dzień mojego powrotu odwiedzili mnie pierwsi goście. Wpadł Kuba Po Prostu i Adam Ł. Razem z jakaś koleżanką ale ona chyba tylko dla ściemy z nimi chodziła. Bo chłopcy mają emocję i to widać. No dobrze, dobrze, niech próbują. Powiedzieli, popili i poszli. A urok Meliny polega właśnie na tym, że gęby nie wiadomo co zrobić, gdzie pójść czy z kim się napić, to się właśnie do niej wpada. A tutaj zawsze coś się dzieje.

Środa po powrocie była już bardzo zaplanowanym dniem. Raz, że dentysta. Dwa, że dermatolog. Trzy, że wre praca nad Tygodniem Równości na Ursynowie. Straszna z tym jeba, za przeproszeniem. Ale udało mi się spotkać z dziewczyną, która udostępni swoje prace na wystawę. Wszystko nieźle idzie, więc mam nadzieję, że wystawa się uda. Oczywiście, jak na instytucje publiczną przystało, jest masa obostrzeń, że nie może być gołych cycków, penisów i takich tam. Wiadomo. Na tym jednak też polega pewna trudność przy organizacji tego. Ale uda się, wierzę w to.
Wieczorem mówiłam się z Dawidem. Tak, tym Dawidem. Chciałam pogadać. Ostatecznie średnio to wyszło. Niby rozmawiamy a widać, że nie. Niby jemy razem kebaba a jednak widać, że krążymy wokół tematu. To chyba moja wina. Generalnie chciałam mu powiedzieć, że nie chcę z nim powtarzać tej samej historii, która zawsze się dzieje. Ale chyba mi nie wyszło. Trudno. Nadrobiłam to potem smsami czy tam na facebooku, już nie pamiętam. Grunt, że wie.

Czwartek to przede wszystkim pisanie pracy zleconej (kiedyś trzeba!) oraz… Dla odmiany praca nad Tygodniem Równości na Ursynowie. Dopiero wieczorem mogłam się odprężyć. Wpadli Pola, Gacek i Damian.be. Ot, tak, napić się ze mną. Fajnie, że Melina jakoś tak żyje cały czas i że coś się dzieje każdego dnia, prawda? Dołączył do nas potem też Robert. Dobrze, że mieszka blisko. I jak już wszyscy się zebrali i poszli, zapowiedział się Filip ze Stasiem. Stasiem, czyli bratem Pawła mojego ostatniego byłego. Zabawne to. Wypiłam z nimi jeszcze trochę a potem poszliśmy spać. Stasiek i Filip spali u mnie też. To w sumie jakoś tam osiągnięcie tego, co chciałam osiągnąć. Może to głupie ale jak dowiedziałam się już jaaaakiś czas temu, że brat tego słynnego Pawła jest też lachociągiem, to wymyśliłem, że on kiedyś też mus u mnie spać. Żeby historia zatoczyła pewne koło. No i spał.

Piątek był dniem kolejnym, gdy nie odchodziłam od komputera. Trudno, no. Taki los. Dopiero po południu wybrałam się na spotkanie Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. Obgadaliśmy w City co trzeba a potem dalej do pracy. Wieczorem wpadł do mnie Filip. Czwórki w zasadzie nie było. Razem siedzieliśmy i razem do Glam pojechaliśmy. Śmiesznie na miejscu, bo spotkałam sporo takich znajomych "słabych" a więc takich, co ich za często nie widuję. I tak poznałam ze sobą kilka osób a potem zaczęła się miłość. Jak śpiewa Ceelo Green "love of my life – this Saturday and every other Saturday for the rest of m life". Takich miłości bedą mieli jeszcze wiele.
Filip się trochę sponiewierał i poszedł do domu. A ja bawiłam się dalej. I do domu wróciłam z Mateuszem. Tym Mateuszem, co zakochany jest w Mocarzu. Ja ich poznałam (znów okazuje się, że jestem niezłą swatką) ale teraz Mocarz już nie chce a Mateusz chce. Generalnie to nie miało znaczenia. On pojechał do mnie. Po jakimś czasie położyliśmy się spać ale nie trwało to długo… Młody był cały czas na jakiś prochach i nie mógł spać. Wstał, ubrał się i wyszedł.

W sobotę miałam zaplanowany wyjazd do Łodzi. Nikt poza Damianem.be nie wyraził zaintersowania spędzeniem tam nocy, więc się tam we dwoje wybraliśmy. Dotarliśmy do celu pociągiem i na pełnej kurwie poszliśmy na mały spacer. Ostatecznie dotarliśmy do Manufactury. Tam zakupiliśmy sobie trochę alkoholu, który… Spożyliśmy w parku! Tak, tak, piłam w parku. Lekko już pod wpływem doszliśmy na Piotrkowską. Dużo już się tam działo. Tłumy ludzi, sporo imprez. Poszliśmy do Bedroomu. No, nareszcie się trochę wyrobili. Dodali świateł, ludzie się dobrze bawili, muzyka była bardzo w porządku. Potem do tego dodali skrzypce na żywo. Tylko po co z efektem echo??? Tego nie wiem do dziś. Przez to zaś skrzypce cały efekt traciły. Szkoda, szkoda… W Bedroomie dotarł do nas kolega Damiana. Bardzo, bardzo przystojny facet. Wokalista grupy rockowej czy coś. Ostry :) Chwilkę jeszcze postaliśmy, ale że to echo nas wkurwiało, to się do Narraganset przenieśliśmy. Tam nic się nie zmienia ;) Nadal tani alkohol, przyśpieszona muzyka, dużo młodych dresików i dark room. I chyba za tę przewidywalność lubię Narra :)
Poskakaliśmy sobie trochę ale nad ranem musieliśmy się zbierać.

Pospaliśmy w pociągu powrotnym ale potem… Damian spał u mnie. W piątek bowiem zostawił kurtkę a w niej klucz od domu w Glamowej szatni. W sobotę, by jechać do Łodzi, musiał z mieszkania przez okno wyjść, bo jego współlokatorka wyjechała i nie miałby jak drzwi zamknąć… Dał radę. W niedzielę wieczorem wybrał się do Glam i klucz z kurtką odzyskał na szczęście. Ale jaki był stres! :) Zanim od nas wyszedł, zjadł z nami tradycyjną już dla nas w zasadzie niedzielną pizzę.

W poniedziałek p południu umówiona byłam na rozmowę z jakąś zagraniczną dziennikarką. Zajęło nam to sporo czasu, ale rozmowa ciekawie chyba wyszła. Co mnie zszokowało, to że ona to pisze na… Studia! Postanowiła zająć się osobami LGBTQ w Europie Środkowo-Wschodniej i dlatego jeździ tutaj i rozmawia, patrzy i bada. Ona studiuje dziennikarstwo. Jako osoba, która skończyła dziennikarstwo na UW wiem, że tutaj się takich rzeczy nie robi. Przede wszystkim dlatego, że te studia można skończyć bez napisania jakiegokolwiek tekstu. A jeśli już nawet ktoś coś pisze to a) coś łatwego, b) coś nudnego i c) coś po polsku. Ona tworzy tekst anglojęzyczny (w Danii studiuje) co dodatkowo otwiera przed nią nowe możliwości. Eh, Polska…
Długi weekend trwa, więc w poniedziałek zebraliśmy się u Gacka na małej czwórce. Sporo nas było. Pola, Filip, Mocar, Rafał z chłopakiem, Damian i jeszcze kilka osób ze stałego składu. Miło, miło. Coś tam wypiliśmy i… Do Galerii ruszyliśmy. Daaaaawno nas tam nie było. Ludzi trochę się na miejscu zebrało. Więc i my chwilkę poskakaliśmy. Było miło, były jakieś emocje… No i spać trzeźwa nie poszłam.

Cały długi weekend miałam dość mocno obładowany pracą pisemną nad różnymi rzeczami. Plus był taki, że od zajmującego mi cały czas wolny Tygodnia Równości mogłam odpocząć, bo w długi weekend nie działają instytucje i nie koniecznie wypada dzwonić do fejmów. No, chociaż tyle.
W ciągu dnia zobaczyłam się z Robertem (w przerwie pracy nad jakaś pracą pisemną). Może to nie było bardzo romantyczne, ale spacer nasz zakończyliśmy z McD na kawie :) Nie liczy się miejsce a towarzystwo, prawda? Lubię spędzać z nim czas. Nawet, przyznaję się, kosztem tego, że nie napiszę czegoś, co jest akurat u mnie "na tapecie" do zrobienia. Są rzeczy ważne i ważniejsze :)
Potem na szybko zorganizowało mi się spotkanie z Marcinem. Na szybko, bo w sumie na piątek byliśmy umówieni… Okazało się, że muszę traktować to spotkanie jako wypełnienie planu na nadchodzący piątek, bo Marcin nie chce się ze mną w ów piątek widzieć… Szkoda, szkoda. Bo miałam plan a propos piątku konkretny. Niemniej, spotkanie udane. I nadal zaskakuje mnie jego trzymanie mnie na dystans. Mam jednak wrażenie, że robi tak ze wszystkimi, nie tylko ze mną. I dojdę do powodu takiej zachowawczej pozycji z jego strony. Bo chcę. Spotkanie śmieszne, jak zawsze z nim. Bo wiem, że on mnie jako tako sympatią darzy a jednak cały czas stara się za wszelką cenę tego nie okazywać. I to jego silenie się na mocną złośliwość z jego strony jest zabawne. I za to go też lubię.

Wieczór to nie koniec spotkań. Do Michała wpadła Karolina, do mnie Robert. Była więc pizza, było picie wódki. Powiedzieliśmy trochę, nie powiem. Zabawnie było. Tym bardziej, że potem Michał usnął, Robert poszedł do domu a Karolina siedziała zapatrzona w monitor komputera, oglądała fotki ładnych facetów :) Zabawne to w sumie.

Następnego dnia o 8.00 byłam na UW i dzielnie poprowadziłam warsztaty swoje. Cały czas staram się wytłumaczyć wszystkim, że ja nie miewam kaca, że doskonale przyswajam alkohol… W tym sensie takie picie wieczorem czy w nocy w niczym mi nie przeszkadza. Prosto po warsztatach miałam jakiś wywiad. Dziewczyna pokaże prace dyplomową i potrzebowała tego. Nie ma sprawy, ja chętnie pomogę. Rozmowa dotyczyła głownie makijażu. Musiałam ją jednak szybko skończyć, bo stomatolog czekał. Kolejne sto-dziesiąt zł wydane. Co tydzień, po kolei naprawia mi co trzeba i zgarnia za to niezłą kasę. Potem dermatolog. Miałam co prawda dopiero za tydzień znów się zjawić, ale pomyślałam, że nie zaszkodzi spróbować. Pomysł pani doktor jest taki, że generalnie odstawiam leki i patrzymy co się dzieje. Więc może już się coś dzieje? No, nie do końca. Jeszcze jednak tydzień muszę wytrzymać. Choć generalnie ma ze trzy tezy, co to może być. Nazw nie będę wymieniać, bo nie wszystkie nawet dziś pamiętam. Ale pamiętam, że życzyła mi, żeby to był świerzb, bo to choroba z tych wszystkich podejrzewanych najłatwiejsza do wyleczenia i taka najbardziej pospolita. No więc, niech będzie.

Czwartek był bardzo, bardzo robotliwym dniem. Z jednej strony lubię takie, z drugiej jednak czuję, że ostatnio mam tylko takie… Wiec sami rozumiecie, że to po prostu męczące. Gdy opisuję to wszystko, pomijam takie drobne wydarzenia, które de facto organizują mi ostatnio czas – telefony w sprawie Parady, telefony w sprawie Tygodnia, telefony w sprawie konferencji naukowej Strategie queer oraz setki maili w tych sprawach, na które wszyscy chcą odpowiedzi już-już. To zajmuje mi, niestety, aktualnie najwięcej czasu. W czwartek dodatkowo musiałam się wybrać na UW, żeby ogarnąć sprawę konta d wpłat dla uczestników konferencji. To nie takie łatwe, jak się okazuje, wybrać i wskazać miejsce, gdzie ludzie zostawią swoją kasę. No, ale udało się jakoś. Potem szybko na spotkanie z Przewodniczącą Komisji Finansowej Zarządu Samorządu Studentów UW, która wyjaśnić mi miała z jakich powodów wniosek o dofinansowanie konferencji Queer UW został nisko oceniony i w konsekwencji nie otrzymał dofinansowania. Próbowała to tłumaczyć m.in. niejasnością pewnych rzeczy, podczas gdy wszystko było w polu "uwagi" wyjaśnione… Nie będę się teraz nad tym rozwodzić niemniej zamierzam ze szczególną uwagą i starannością przyglądać się teraz wszystkim wnioskom o dofinansowanie z tzw. drugiego filaru. Co do tego wszyscy mogą być więcej jak pewni.
Kolejne spotkanie tego popołudnia dotyczyło wystawy znów na Tydzień Równości. Kolejna osoba zgodziła się pokazać swoje prace. I super! Będzie to się jakoś trzymać :) Co prawda nadal nie wszystko jest zrobione, ale damy radę. A na deser: burzliwe spotkanie Komitetu Organizacyjnego Konferencji Naukowej Strategie Queer. To naprawdę poważna sprawa, b dwie doktorantki podczas tegoż spotkania prawie się pożarły o to, ja ma wyglądać konferencja. Niby to głupoty, ale one będą decydować o tym, jak wyglądać będą te dwa dni i jak odbiorą je ludzie. Siedzieliśmy jakieś 3 godziny nad tym.
A potem wróciłam do domu i jeszcze miałam się zając napisaniem kilku stron pracy… Nie miałam siły, poszłam spać. Stwierdziłem, że wstanę wcześnie rano i dokończę. Tak też się stało. Obudziłam się jakoś o 5 a o 7.30 wszystko było gotowe. Jestem pracoholikiem ;)

Najbardziej chyba nie lubię takiej pracy, która składa się z wielu niewidocznych potem elementów, bez których całość nie zadziała, ale które są upierdliwe. Mam na myśli np. preparowanie jakiś ofert, planów, projektów… Wiadomo, że bez nich końcowy efekt jest nieosiągalny, ale same one służą tylko jako tymczasowe narzędzie w drodze do tego efektu i potem są zbędne. I właśnie takim sprawom poświęciłam cały piątek. Dzień jakby go nie było a wieczorem człowiek jest padnięty… Nawet dziś nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie robiłam, ale Michał, który rzucił studia i siedzi cały czas w domu mi świadkiem, że bez przerwy ktoś dzwoni albo ja gdzieś dzwonię. Ale tak dosłownie bez przerwy – odkładam telefon, zaczynam pisać maila w sprawie, o której przez telefon rozmawialiśmy i nagle dzwoni kto inny. I tak w kółko.
Dobrze, że noc była udana. Dobra impreza w Glam. Spędziłem ją, może wstyd się przyznać, ale w dużej mierze na rozmowie z Bartkie. Tym, co jest z Anatolem. Tym, co odwołał spotkanie nasze pierwsze podając głupi fałszywy powód :) Rozmowa miła a to się nieczęsto zdarza. Bartek jest jednak niegłupi, stąd dobre wrażenie. Za to Filip mnie trochę wkurzył. Bo jeszcze nie tak dawno temu mówił mi, że jestem oto jedyną osobą, z która jest tak blisko a w trakcie imprezy całuje się nagle na parkiecie z… Grzegorzem. Tak, tym samym Grzegorzem, który ponoć na zabój i do końca życia kocha Marcinka (a kiedyś kochał i mnie). Oczywiście, Filp może całować się z kim chce i sypiać z kim chce, ale czemu akurat z Grzegorzem? Ja wiem, że on ma łatwość uwodzenia ludzi. Obserwuję to od dawna, ale też i mówię o tym znajomym. Stąd zaskoczenie tym, co Filip zrobił.
Miłą za to niespodzianką był telefon od Roberta jakoś o 4 nad ranem. Wtedy pracę kończył i się odezwał. Miłe to ;) Muzycznie noc też była nie najgorsza – "Judas" leciał zaledwie jakieś siedem razy… Nie ma to jak nowość od Lady Gagi. Najbardziej zaskakujące było dla mnie zakończenie tej nocy. Oto bowiem jakiś dla mnie nowopoznany gej spoza Warszawy, który całował się zresztą z Karoliną od Michała jechał rano do domu i my go we trójkę na dworzec odprowadzaliśmy. Czemu? Nie wiem w sumie. Wiem, że McŚniadanie zaliczyliśmy i w sumie mu pomogliśmy, bo na bilet by mu zabrakło… No i do dziś nie wiemy ja miał na imię oraz czemu miał zakrwawione usta.

Wiem natomiast, że sobotnia impreza poszła trochę niezgodnie z planem. Niby wszystko okej, niby dzieje się dobrze, ale… Miałam rano zjawić się w SuperStacji, żeby o Dniu Paris opowiedzieć i się nie udało. Wina jest moja. Plan miał bowiem jedną wadę – za wcześnie wróciłam do domu. I zamiast na szybko się szykować do TV, postanowiłam odpocząć. No i stało się. Tak, usnęłam. Obudziłam się o 7.45. A skoro miałam być w studio o 7.50, to szans najmniejszych nie było. Trudno.

Zanim jednak wylądowałam w Glam, trafiłam do… Hunters. Oficjalnie klub stał się tej nocy klubem gejowskim, więc postanowiłam zajrzeć. Jasna 1 to dla mnie specjalne miejsce, więc chcę wiedzieć co się tam dzieje. Pierwszy szok przeżyłam przy wejściu. Pierwszy raz w życiu musiałam zapłacić, żeby wejść na Jasną. Nic to jednak, wchodzę. W środku… No, wystrój rzeczywiście się zmienił, ale to już na zdjęciach miałam okazję widzieć. Muzycznie było bardzo średnio. Coś tam grali, coś tam pitu-pitu ale emocji brak. Nie tylko u mnie. Wszyscy jacyś ospali byli. Przeszłam się tu i ówdzie. Do WC zaszłam i… jakieś panie zwracały mi uwagę, że stoję w kolejce do damskiego kibla… No, ale ok. Drogo w tym Hunters. Za colę light z wódką dałam 21 zł. Okej, fajnie że znajome gęby się pojawiły i że wszyscy udawali, że jest jak dawniej. Ale nie jest. Wytrzymałam tam z pół godziny, może godzinę. I poszłam do Glam. Przy Żurawiej 22 przynajmniej nie próbują udawać i są jacy są. I za to ich cenię. Oraz za duże ilości młodych chłopców. Ale to wiadomo.

Międzynarodowy Dzień Paris Hilton przebiegł prawie że zgodnie z planem. Prawie, bo dość dramatyczny był jego początek. Zabiegają byłam przez cały tydzień i nie miałam kiedy zająć się drukiem plakatów. Ostatecznie musiałam to wiec robić bezpośrednio przed manifestacją. Pośpiech był straszny, walka z czasem i nerwy. Na szczęście Copy General działa 24 godziny na dobę i idzie to dość szybko, więc się udało. Mało kto liczy ile mnie ten dzień kosztuje, ale na druk plakatów prawie 200 zł poszło. Nic to jednak, robię to z własnej woli i na własną prośbę. Pretensje mogę mieć tylko do siebie. Za rok spróbuje zarejestrować zbiórkę publiczną to będę mogła pod pałacem wystawić kapelusz i do niego legalnie kasę zbierać :) Manifestacja przebiegła pokojowo. Policja była, Straż Miejska była, BOR był. No i media były. W sumie chyba dobrze, że robię to w niedzielę, bo to taki dzień, kiedy nic specjalnego się nie dzieje i mogę liczyć na obecność PAPu i innych. Szkoda tylko, że ludzi nie przybywa. Było nas ostatecznie mniej więcej tyle, co rok temu. Kony się jak zwykle spóźnił ze swoimi lalkami. Ale dotarł, to też ważne. No i wszystkie media przybyłe napisały/powiedziały potem o nas. Czyli jest ok. Nowością byli manifestujący po drugiej stronie ulicy Slidarni 2010. Nie obawiałam się ich, bo jednak pod Pałacem jest policji zawsze sporo i gdyby ktoś chciał coś tam szaleć, to by zareagowali. Zresztą nasza obecność im też nie przeszkadzała i śpiewali dalej swoje "dziesiątego kwietnia roku dziesiątego". Gapie woleli naszą manifestację, zdecydowanie. Dobrze, że udało mi się załatwić megafon na ten dzień. Bez tego by nas zakrzyczeli.
No i najważniejsze – stawiennictwo znajomych. Zapowiedziało się wielu a ostatecznie frekwencja ich była zaskakująco niska. Nieładnie nieładnie. Nie lubię jak się mnie oszukuje tudzież do wiatru wystawia. Jedno jest pewne – będę pamiętać o tych, co tego dnia zawiedli…

Wieczorem umówiona byłam z Ewą i Pauliną na picie. Pierwszy raz odwiedziliśmy Paulinę w jej nowym miejscu. Oraz poznaliśmy współlokatora Mateusza. I rzeczywiście, trochę alkoholu poszło. Trzeźwa do domu nie wróciłam. Było zabawnie mimo tego, że czasem śmiejemy się z tych samych żartów przez drugi już rok… Bo to wszystko życiowe wspomnienia i stąd taka autentyczna reakcja.

Poniedziałek to ostatnio mój najbardziej znienawidzony dzień tygodnia. Bo mam wrażenie, że tego dnia wszyscy chcą się ze mną skontaktować. To właśnie w poniedziałek dostaję najwięcej maili, odbieram najwięcej telefonów… I to jest naprawdę męczące. Stąd poniedziałkom mówię nie.
Dodatkowo w ten konkretny poniedziałek przyszło m prezentować na seminarium magisterskim "lekturę istotną dla mojego tematu pracy". Pisać będę o queerowaniu języka w książkach naukowych. Tekst a w zasadzie teksty znalazłam na pół godziny przed wyjściem z domu na zajęcia… Fakt, że są niezłe ale to, że wcześniej nie miałam kiedy się tym zając trochę mnie przeraża. I oczywiście prezentacja wypadła dobrze. Profesor zadowolony, współuczestniczki zaskoczone… Więc jest ok. Kolejna moja prezentacja już za dwa tygodnie. Tym razem będę chyba mówić o planie pracy czy coś takiego…
Wieczorem kolejne spotkanie Komitetu Organizacyjnego Parady Równości. Spotkania są coraz częstsze ale i coraz więcej pilnych spraw do omówienia. Najważniejsze, że wszystko idzie do przodu. Mimo krytyki ze strony niewielkiej części społeczności LGBTQ mam pewność, że Parada pójdzie w tym roku i że będzie udana. Jest już 10 platform zgłoszonych, jest sporo zamieszania. Znoszę na razie pokornie wszystkie obelgi, wyzwiska, komentarze i krytyki kierowane w moją stronę. Dla dobra Parady Równości nie odpowiadam na nie. Pewno po 11 czerwca dam upust swoim emocjom. Albo i nie. Może marsz pomoże mi się na tyle wyżyć, że mi przejdzie to wszystko. Mogę na razie powiedzieć tylko, że gdyby jakąkolwiek osobę trans nazwano "chłopaczkiem przebierającym się w damskie ciuszki" to zareagowałabym ostro. Tym bardziej, że słowa te pochodziły od lesbijki, która dla wielu osób jest jakąś tam ikonką. Po mnie jednak to spływa.

We wtorek zajmowałem się rzeczami, które przynoszą mi dochód. Z czegoś żyć trzeba, prawda? Parada i Tydzień Równości mnie nie wyżywią :) oczywiście moje próby zajęcia się czymś innym były cały czas przerywane… Telefony nie przestają dzwonić. Wiem, że narzekam a że sama tego chciałam… No ale co na to poradzę, że ilośc pracy nad Tygodniem Równości była nie do przewidzenia…
Po południu – wywiad. Tym razem dla innastrona.pl. To dość ciekawe, bo ten portal uchodzi za nieprzyjazny Paradzie, ergo nieprzyjazny mi. Rozmowa dość długa, chyba ciekawa. Samo nagranie trwało z 1,5 godziny a potem jeszcze gadaliśmy z godzinę po wyłączeniu nagrywania… Wyszło, co wyszło. Wywiad na stronie dość krótki, suchy. No, ale ja za niego nie odpowiadam, prawda? Jasne, autoryzowałam go, ale przecież nie będę pisać za dziennikarza. Mam swoje wywiady, nimi się zajmuję.
Dłużej jednak rozmawiać nie mogłam, bo ludzie czekali na mnie pod kinem Wisła. Robiliśmy sobie wyjście na przedpremierowy pokaz "Bejbis". Część zaproszeń była do wygrania na jejperfekcyjnosc.blox.pl a część rozdałam znajomym. Największym zaskoczeniem dla mnie było pojawienie się Bartka. Ale zzaskoczeniem pozytywnym. I to rzutem na taśmę mu się udało w sumie, bo już wchodzić mieliśmy, gdy wpadł do kina.
Film… No, średni. Płaski, powiedziałabym. Fabuła średnia, bohaterki nudne i płaskie własnie. Takie tam, nie koniecznie warto iść. Zresztą zanim weszliśmy, staliśmy przed kinem rozmyślając czy chcemy w ogóle się wybrać na to czy olewamy, idziemy na kebaba i mamy to w dupie. Ostatecznie poszliśmy.

W środę znów zajęłam się pisaniem pracy. W przerwie wyskoczyłam do dentysty i dermatologa. U dentysty spoko (tyle że znów wydałam kupę kasy) a u dermatologa… Pani doktor ostatecznie zdiagnozowała u mnie świerzb. I to bardzo dobra wiadomość. Dała mi receptę na infectoscab, który w ciagu 8 godzin od posmarowania uwalnia organizm od pasożyta. Najgosze, że inni też powinni się podleczyć. Najlepiej novoscabem. 3 dni bez mycia ale leczy. Michałowi kupiłam. Filipa ostrzegłam. Grzegorza, z którym ostatnio sypia Filip, przy najbliższej okazji także. I generalnie do publicznej wiadomości podałam. Bo choć świerzb przenosi się głownie podczas kontaktu bezpośredniego i dłuższego niż np. podanie dłoni, to czasem do zarażenia dojść może w drodze kontaktu pośredniego. A przecież przez cztery miesiące gości miałam wielu. I dowiedziałam się przypadkiem, że jeden z gości jakieś dwa miesiące temu miał zdiagnozowany świerzb. Czemu, ja się pytam, czemu nie powiedział? Ja wiem, że dla niektórych to jest choroba wstydliwa. Choć w sumie nie wiem czemu. Ja wiem, że niefajnie się przyznać, że się coś złapało… Ale na Boga! Skoro to jest choroba zakaźna, to mówcie o tym! Dzięki takiej informacji chorowałabym dwa miesiące krócej a dodatkowo inni by nie byli wystawieni na możliwość zarażenia! Stąd ja o tym mówię i zachęcam innych do mówienia.

Oczywiście świerzb to także konieczność odświerzbienia mieszkania. Świerzbowiec poza organizmem człowieka żyje 2-3 dni. Larwy mogą przetrwać do 2 tygodni. Stąd całe ubranie noszone w ciągu 2 tygodni od dziś należy poddać kwarantannie dwutygodniowej. Co się da, wygotować. Resztę wyprać w wysokiej temperaturze. Jak się da, wszystko.
Receptę odebrałem w środę, lek kupiłem w czwartek (musieli zamówić) a w piątek poszłam do internisty. Tak, kolejny lekarz. Oto bowiem zauważyłam, że z cewki moczowej coś mi, za przeproszeniem, cieknie. Oraz piecze. To dość zabawne, bo to w zasadzie objawy typowe dla rzeżączki. Takie też było pierwsze podejrzenie lekarki. Niemniej, rzeżączka przenosi się przede wszystkim drogą płciową, co wykluczałoby mnie z kręgu podejrzanych. Nie ma jednak tak łatwo! "Przede wszystkim" nie oznacza wyłącznie! Pewna, relatywnie niewielka część zakażeń odbywa się drogą pośrednią. A że moja odporność ostatnio w zasadzie nie istnieje… Lekarka twierdzi, że to nadal sterydy są winne. Mniejsza o powód, ważny jest efekt. A ten jest taki, że zrobiono mi wymaz z cewki (próbnik wprowadzić trzeba do cewki moczowej! wyobraźcie sobie ten ból!) i dostałam antybiotyk. Pomaga, owszem. Ale jestem ciekawa co to jest. Rzeżączka jest o tyle prawdopodobna, że jedna z osób sypiających u mnie niedawno dość często oraz jej aktualny kochanek też ją mają, jak mnie poinformowali.
I znów nawołuję: dzielcie się takimi informacjami ze światem. Choroba to nic wstydliwego. Zdarza się każdemu. Więc nie bójcie się, nie wstydźcie, informujcie, żeby inni mogli się leczyć.

Urodziny Glam były główną atrakcją weekendu. W piątek czwórka u Gacka. Zanim pojechaliśmy do Glam, namówiłam część ludzi, żeby się ze mną do Le Garage wybrali. To nowy lokal gejowsko-lesbijski, który powstał "na gruzach" Rasko. Miejsce do którego raczej chodzić nie będziemy, ale raz, że otwarcie, więc można zobaczyć (i się pokazać, co dla Gacka ważne) a dwa, że… Robert zaczął tam pracować. I chciałam go zobaczyć :) Nie będę przecież ukrywać, co nie?
Oj, lubię go. Dość mocno go lubię. I przyznać muszę, że spędzamy razem trochę czasu razem. A to wieczorne wyjście na pizzę (on jadł! ja nie!), a to spacer po południu po Ochocie (to jego dzielnia od urodzenia, zwiedziliśmy ją ze wszystkich już stron) a to znów spacer do 2 nad ranem, gdy wstać muszę. 5.50 rano… Nie narzekam, ma się rozumieć! Bardzo się cieszę z tego powodu.
No i w tym Le Garage całkiem znośnie. Rzeczywiście, ładnych chłopców tam nie uświadczyliśmy, występy drag queen trwały w nieskończoność a brzydkie kobiety wystraszyły Polę (bo ją podrywały) ale było ok. Dało się wytrzymać.
Potem Glam. Gacek chodził dumny ze swojej plakietki "Nie wstydzę się Jezusa" i pokazywał ją wszystkim, zwłaszcza gdy wlewał w siebie kolejne drynk. Ja nie piję od środy – mam miesiąc bez alkoholu. Gdy piszę te słowa, zbliża się drugi weekend bez picia (czy też w zadzie trwa od wczoraj). No i dieta białkowej. Przez sterydy i przez chwilowy brak umiaru w jedzeniu i piciu zdarzyło mi się przytyć trochę. Muszę to zrzucić, tym bardziej, że idzie Parada i Paweł mi znów jakiś szalony strój szykuje. Już się boję, bo opowiadał mniej więcej jak to ma wyglądać. Nic z tego nie rozumiem, ale już wiem, że będzie szał.
W Glam w piątek też trochę szału było. Jednak wszyscy szykowali się na sobotę. Gwiazdą miał być wytatuowany od stóp do głów model z teledysku Lady Gagi. I był. Szybko się najebał i tyle go było. Dla mnie, między Bogiem a prawdą, żadna to atrakcja. Ja skupiałam się na ładnych chłopcach. A tych, nie powiem, było sporo. Był też Anatol, który mnie zaczepiał po pijaku (bo ja się do niego nie odzywam po tym, jak potwierdził przyjście na koncert Hurts na moje zaproszenie a potem bez słowa się nie zjawił). Był Bartek, który dobrze wyglądał. Był Ten Drugi z pięknym chłopcem. Był Sebastian z Patrykiem (Patryk pokazał brzuch i dlatego mimo ścięcia włosów nadal go ubóstwiam)… Było, było tego. A najważniejsze dla mnie… była niezła muzyka. Jak na Glam wręcz fenomenalna :) A tak obiektywnie, całkiem niezła. Wydarzeniem było oczywiście pojawienie się… Królowej! Tak, tak, nawiedziła Glam. Potem ponoć jeszcze poszła do Toro. Ale muszę powiedzieć szczerze, że zszokowała wszystkich. Wyglądała dobrze i chyba dobrze się czuła w klubie. Co prawda w Glam długo nie wytrzymała, ale rozumiem, że pierwsza wizyta tam bywa szokująca. Pamiętam po sobie. Krótko, bo krótko ale kilka zdań wymieniliśmy.
I, podkreślam, wszystko na trzeźwo znoszę :)

Niedziela była dość spokojna. Pracę przerwały mi dwie rzeczy. Pierwszą z nich był deszczowy spacer z Robertem. Nie pamiętam już czy wcześniej się umawialiśmy. Chyba nie. A może i tak? W każdym razie jakoś tak wyszło, że poszliśmy na długi spacer znów po Ochocie. Doszliśmy aż do pl. Zbawiciela, gdzie szybką kawę wypiliśmy. Potem padało już na tyle mocno, że trzeba było nam się przesiąść do autobusu.
W domu siedziałem może 15 minut. Zaraz przyjechał po mnie samochód. To dziennikarze TOK FM, którzy ze mną rozmowę robili tej nocy. Od 23.00 można było mnie posłuchać. Głównie o Paradzie i o Queer UW, ale – jak zawsze – jakieś poboczne wątki się też pojawiły. Generalnie godzina w studio minęła błyskawicznie. Tak to jest zawsze – na tym polega magia radia. Swoją drogą, dawno mnie w żadnym nie było. Przypomniałem sobie stare dobre czasy wakacyjne w Rewalu… Ale to na marginesie.
Dużo potem do mnie pozytywnych komentarzy dotarło. Dziękuję za nie wszystkie. Miło, że chciało się Wam o 23.00 słuchać. No i że chciało się Wam napisać/zadzwonić/skomentować coś – bo to zawsze jest najtrudniejsza rzecz. Dzięki.

Poniedziałek był, dla odmiany, znów meczący. Od samego rana telefony, ciśnienie, presja, stres… Eh, szkoda gadać. Dobrze, że miałam pretekst, żeby ruszyć się z domu. Wieczorem spotkanie Queer UW w sprawie konferencji Strategie queer. Burzliwe może nie było, ale jednak przyznać trzeba, że dynamiczne. W sumie pierwszy raz robimy konferencję, więc stres tym większy. Ale dajemy radę. Trochę mnie denerwuje, że jakoś tak wyszło, że ten Tydzień Równości na Ursynowie niby Queer UW robi a tak naprawdę to tylko ja na razie nad nim pracuję. Za poniedziałkowe spotkanie dało mi natchnienie. Bo brakowało nam jednej osoby i QUW wymyśliło. Omena Mensah. I udało się :) Teraz mogę już to powiedzieć, udało się.
Potem znów Parada Równości… Już w zasadzie powoli tradycją staje się nasze widywanie się o 20.00 w poniedziałki. Niedobrze, niedobrze… Dobrze, że już tak mało zostało. Prawdę mówiąc, chcę mieć to już za sobą. Coraz bardziej. Jasne, to fajna przygoda, wszystko fajnie i strasznie się cieszę, że przypadło mi to wszystko w udziale, bo to doświadczenie once-in-a-lifetime. I wiem, jak słusznie zauważyli w TOK FM, że sukces lub porażka Parady Równości 2011 będą mieć moją gębę, moją twarz. Tak, wiem. Nie przeszkadza mi to. Przynajmniej będę mieć coś w CV – dowód tego, że się starałam, że chciałam. Bez względu na wynik.

Po spotkaniu miałam rozmowę z Filipem. Pierwszą chyba w naszej historii tak poważną. Naprawdę. Szkoda tylko, że już chyba na nią za późno. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy… Ale jak zauważyłam, że Filip cały czas chce na SMSa odpisać (wiadomo do kogo) i nawet udaje, że do WC idzie, żeby nie robić tego na moich oczach, to już miałam pewność, że to sensu nie ma za bardzo. Więc nie przedłużałam.

We wtorek byłam u fryzjera. Rano pisanie, potem wyskoczyć musiałam na UW na chwilkę (jak się okazało – niepotrzebnie trochę…) a po drodze jeszcze „zaliczyłam” rozmowę z Radiem Eska na temat Międzynarodowego Dnia Walki z Homofobią. Przez to wszystko ledwo dałam radę do tego dryzjera, ale udało się. I może dam mu się przekonać do nowej fryzury. Jeszcze nie mam sto procent przekonania w sobie, ale na razie trzymam się tego uczesania, które mi zaproponował (chwalcie je!).
Jeszcze później spotkałam się z Hugo i Perełką. W zasadzie nie planowaliśmy tego wcześniej, ale jakoś tak od SMSa do SMSa i wyszło. Kaweczka w Wayne’s Coffee jest zawsze wskazana. Spotkać się z nim lubię, bo mam wrażenie, że są naprawdę jednymi z niewielu ludzi w Warszawie, którzy rozumieją clubbing. Nie to, że jakoś go praktykują, bo raczej nie, ale za to rozumieją.

Wieczorem znów widzenie z Robertem. Spacer zaczęliśmy późno, bo jakoś koło 22.00. Przez to on, głodny, wylądował w pizzerii i o 23.00 zjadł Dominium. Ja, mogę być dumna, nie jadłam nic. Dieta białkowa! :) Potem łaziliśmy jeszcze dłuższy czas… Jakoś przed 2.00 byłam w domu. Późno, wiem, bo wstać chciałam jakoś koło 5.50. I wstałem!
Co robiliśmy podczas spaceru? Nic. Rozmawialiśmy, chodziliśmy. Nie powiem, że zwiedzaliśmy Ochotę, bo to dość trudne w nocy… Niemniej, Robert pokazał mi przy okazji kilka swoich miejsc także. I generalnie po prostu miło spędziliśmy czas. Znów.

Środa zadecydowała o wszystkim. Rano o 8.00 prowadziłem warsztaty dziennikarskie na UW. Swoją drogą, ciekawostka! Jest bardzo duża szansa, że w semestrze letnim roku akademickiego 2011/2012 poprowadzę własne translatorium w Instytucie Socjologii UW dla studentów i studentek II stopnia! Jakby co, już teraz zapraszam. Będziemy zajmować się tekstami radykalnymi – w szczególności „Queers Read This”. Ale to za jakiś czas. W tę środę miałam swoje zwykłe, tradycyjne dziennikarskie spotkanie. Za rok też chyba je poprowadzę. ECTSów za to nie ma, ale obiecuję, że Was czegoś nauczę.
W ciągu dnia jeszcze tylko krótkie widzenie z wydawcą a potem… z Robertem. Znów. Krótsze tym razem. Mały spacer w stronę Rakowca a potem na Halę Banacha, gdzie kupiłam pierwsze warzywa zaczynające drugą fazę diety. A Robert znów mógł jeść coś słodkiego i wyglądać nadal tak szczupło. Chlip, chlip, nigdy nie schudnę :(
No nic to, wieczorem w domu ogarniałam na szybko, co się dało, żeby się spakować.

W sumie to można chyba powiedzieć, że trochę nie wytrzymałam psychicznie. Presja czasu i nadmiar obowiązków, które się nagromadziły sprawiły, że musiałam uciec. Bardzo musiałam. Pewno wiecie, że jestem osobą silną psychicznie i na co dzień nie zdarza mi się nie dawać rady. Bez problemu radzę sobie ze wszystkimi zadaniami i staram się realizować wszystkie oczekiwania. I daję radę. Teraz jednak było już chyba za dużo. Musiałam uciec. I to nie chodzi tylko o Paradę czy o Tydzień. Do tego doszło kilka prac zleconych, studia jedne, studia drugie, redakcja, Queer UW, warsztaty, imprezy, życie towarzyskie, ale i choroby, i jeszcze zmiany w kilku moich bliskich i jakoś tam ważnych relacjach (może nawet ich zakończenie). Złożyło się to na sytuację, w której miałam problemy z ogarnięciem wszystkiego.
Wyjazd do Marcinka do Władysławowa był chyba idealnym pomysłem. Sama podróż do niego, która trwała w zasadzie całą noc dała mi czas na odpoczynek i przede wszystkim wyspanie się. Bo ostatnio sypiam po 4 godziny na dobę. Jasne, mogę tak przez jakiś czas ale to nie ułatwia ogarnięcia natłoku spraw. Sen w pociągu TLK jadącym do Gdyni przez dobre 8 godzin był zbawienny. Potem godzina oczekiwania w Gdyni i godzina podróży do Władka. Genialne było to, że ani razu nie pomyślałam w tym czasie o tych wszystkich rzeczach zostawionych w stolicy. Naprawdę, ani przez chwilkę.
Marcinek wyszedł po mnie na dworzec. Wolnym krokiem zmierzaliśmy do pokoju, który nam wynajął. On co prawda ma działkę niedaleko Władka, ale tymczasowy brak transportu sprawił, że i on się zatrzymuje w Family Inn, i mnie tam ulokował. Miejsce ładne, pokój duży, łazienka w porządku. Zresztą nawet gdyby było inaczej to przez dwa dni bym wytrzymała, prawda?
Przez te dwa dni w zasadzie nic nie robiłam. Chodziłam, spałam (dużo!), jadłam (tak blisko diety białkowej jak to możliwe), rozmawiałam z Marcinem, poznałam Piotrka (on mu pomaga) i generalnie nic poza tym. Chodziłam bez telefonu, wysłałem może ze 3 maile. Totalne odłączenie się od tego, co chciałam zostawić na kilka dni za sobą. Idealnie. Jestem Marcinkowi za to dozgonnie wdzięczna. No i życzę mu powodzenia z jego restauracją! Pamiętajcie, że jeśli będziecie we Władysławowie, musicie zajść do miejsca, które nazywa się Ryba Piła. Macie absolutną pewność, że będzie niedrogo, bardzo smacznie i świeżo. Odwiedzić musicie! :)
Co prawda teraz jeszcze lokal jest nieskończony, ale już widać, że będzie fajnie w środku. A Marcin dba :) O mnie też zadbał, bo zmusił mnie do pójścia na plażę… Ja nie przepadam, ale udało mu się. Piątek wieczorem powiedzieliśmy na plaży i delektowaliśmy się, mimo chłodu, zachodem słońca.

A z innej beczki…
Bagielska, autorka "Obsoletek" twierdzi, że żałoby nie da się nigdy przepracować do końca. Ona coś o tym wie, bo pisze jako matka, która urodziła martwe dziecko (można umrzeć i być martwym zanim się narodzimy? czy nie ma w tym jakiejś sprzeczności logicznej? a może ta sprzeczność oddawać ma to, że wydanie na świat martwego płodu też jest jakoś-tam niezgodne z zasadami logiki?). Idąc jednak dalej tym tokiem rozumowania, możnaby stwierdzić, że nigdy nie potrafimy rozstać się z obiektem. Że nasza żałoba jest wieczna. Bargielska zauważa, że nigdy nie mamy pewności, że wspomnienie nagle nie wróci, że jakieś małe wydarzenie przywoła traumę i wspomnienie obiektu, którego dotyczy żałoba.
Konsekwencje takiego założenia idą jednak dużo dalej. Oznaczają bowiem m.in. że nigdy nie zapomnimy naszych rozstań z ludźmi, że każda poznana przez nas osoba jest w nas do końca życia, do końca naszych dni. I że do końca życia gromadziły negatywne doświadczenia związane z innymi ludźmi, którzy nas ranią (świadomie lub nie). No i to oznaczałoby, że wszelkie próby pogodzenia się z rozstaniem czy uporania się z "byłymi" są spisane na straty od samego początku. Możnaby kontynuować wyliczenie konsekwencji takiego podejścia. Lepiej jednak rozważyć, czy ono rzeczywiście jest słuszne. Czy trauma nigdy się nie kończy?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Otto, PIT i niespodziewane spotkania (z pożyczką w tle)

20 mar

Zacznę tam, gdzie ostatnio skończyłam. Sobota, 17.00, wybory uzupełniające do Rady Wydziału Filozofii i Socjologii UW z grona doktorantów i doktorantek. Zjawiam się na czas. Wraz ze mną – jeszcze jeden doktorant Instytutu Socjologii, Wojtek. Nikt więcej. Jest człowiek z Komisji Wyborczej Doktorantów UW. Procedujemy. Rozpoczyna zgłaszanie kandydatur. Wojtek zgłasza mnie. Ja wyrażam zgodę. Wojtek tworzy Komisję Skrutacyjną. Przychodzi po chwili jeszcze nasza koleżanka, ale że nie ma legitymacji doktoranckiej (okazuje się tak w ogóle po kilku dniach, że ją zgubiła), więc nie może zagłosować. No, trudno. Procedujemy. Bierzemy kartki, wpisujemy na nich nazwisko kandydata, którego popieramy. Oddano głosy 2. W tym głosy ważne: 2. W tym głosy na mnie: 2. 100 proc! Lepiej niż na Białorusi ;)
Śmieszne te wybory. Ale pokazują kilka rzeczy. 1. Ludzie mają to w dupie. I mam tutaj na myśli zarówno doktorantów i doktorantki WFiS (z filozofii nikt się nie pojawił przecież) ale i Komisję Wyborczą Doktorantów UW, która – przewidując najpewniej taką „frekwencję”, ustaliła termin wyborów na sobotę na 17.00. Nie wiem na ile powtarzanie w kółko, że „i tak nikt nie przyjdzie” jest prawdą a na ile samospełniającą się przepowiednią. Skoro ustalamy taki termin, to nie dziwmy się, że nikt nie przychodzi, prawda? A po 2. Widać wyraźnie, że Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW nie jest prestiżowym „stołkiem”. Nic dziwnego. Rzeczywiście, w przypadku tego wydziału nie jest to organ bardzo aktywny. Po co więc do niego poszłam? Raz, że ktoś musi a ja się znam i nadaję. Dwa, że jednak czasem tam się dzieje coś ciekawego. Trzy, że chcę się jak najbardziej wiązać z Wydziałem i Instytutem. Cztery, że czasem można posłuchać ciekawych kolokwiów habilitacyjnych. A co do wiązania się z Instytutem… kilka dni później delegowano mnie z ramienia doktorantów do Komisji rekrutacyjnej na studia II stopnia zaoczne. Będę znów w wakacje dzieci przesłuchiwać z Komisją. Zapraszam Was w ogóle do startowania! :)

A jak wracałam z koleżanką, co nie miała legitymacji, zaszliśmy na pocztę (coś tam wysyłałam też) i do Cofe Heaven. Spotkała mnie tam miła niespodzianka. Chłopiec, co mnie obsługiwał (ładny, gładko zaczesany na grzecznego ucznia, szczupły, niewysoki) narysował mi serduszko na kubku, w którym mi kawę podał. Megasłodkie to. I miłe. Od razu się człowiekowi humor poprawia. Jeśli to czyta (kto wie?), to pozdrawiam go ciepło!

W sobotę wieczorem nie wytrzymałam. Musiałam wyjść z domu. Postanowiłam, że mimo wszystko, mimo choroby (czułam się już zdecydowanie lepiej!) idę do klubu. Zaplanowałam wszystko dokładnie. Żeby się nie narażać na przeziębienie i pogorszenie – oczywiście podróż taxi. Poza tym o 1 wsiadłam w taxi a o 4 już wracałam. Czas wymierzony, żeby nie za długo, żeby się nie wystawiać na zarazki innych osób. I wszystko poszło zgodnie z planem.
Wpadłam do Glam i od razu masa znajomych jakiś ludzi. I nowe twarze też. Cieszę się, że dane mi było zobaczyć Patryka i Sebastiana. Oj bo ja ich lubię. Może nie znamy się jakoś szczególnie dobrze, ale doceniam ich poczucie humoru oraz – co oczywiste – urodę. Są piękni.
Impreza była okej. Marcin właściciel namawiał mnie jak zawsze na picie. Mocar wypominał mi 10 zł, które jestem mu winna (przecież oddam!) a ja poznawałam jakiegoś nowego kolegę z Irlandii. Miło jest móc znów live po angielsku pogadać, naprawdę. A i kolega sympatyczny, choć urody przeciętnej. Chwilkę potańczyłam, ale zaraz trzeba było się zbierać. Zdrowie przede wszystkim!

Nie wspominając o tym, że Manifa! W niedzielę przecież trzeba się pojawić! Zimno było jak cholera. Michał nie poszedł, nie wiem czemu. Ludzi jakoś może i sporo, ale nie wyglądało to aż tak majestatycznie jak zwykle. To chyba pogoda, naprawdę. Tym bardziej, że po drodze nas jakaś śnieżyca złapała. A ja chora. Więc się wycofałam gdzieś na wysokości pl. Trzech Krzyży i dalej nie szłam. To byłoby bez sensu i niebezpieczne trochę nawet. Filip był ze mną. To jego pierwsza manifestacja publiczna w Warszawie. Podobało mu się, choć było dość spokojnie i nie za wiele się działo. Prawda jest taka, że nie doszedł pod Sejm, gdzie oczywiście czekała banda miłych chłopców i dziewcząt z organizacji prawicowych. Ale tutaj też czynniki pogodowy dał o sobie znać. No i pamiętajmy, że podczas Manif są spokojniejsi niż podczas Parad Równości. Ale co tam, niech sobie stoją i krzyczą, co chcą. Mają prawo.
Manifa mi się podobała, mimo wszystko. Bębniarze dopisali, bardzo ich lubię! Zawsze ubolewam nad tym, że poza lesbijkami, środowisko LGBTQ jest marnie reprezentowane na Manifie. Jasne, były transy i to miłe, kilkoro pedałów też spotkałam… ale nadal, to jakoś za mało. Zważywszy na to, jak nas zawsze feministki popierały podczas Parad… to najprostszy i może najbardziej prymitywny argument z możliwych, ale najzwyczajniej należy się im to, żebyśmy pojawiali się na Manifach! Zasługują na naszą wdzięczność i stawiennictwo. Dawniej wymówką było to, że Utopia. Że impreza się kończy o 7 czy 8, to ciężko wstać na 12 i iść w marszu. Teraz nie ma Utopii, więc argument odpada. Ale ciot nie było.

Wieczorem, w ramach relaksu i zdrowienia, zamówiłam pizzę. Boże, nawet nie wiecie, jakie to zajebiste uczucie, móc nareszcie zjeść coś, co nie rozpływa się w ustach i od czego nie boli Was gardło podczas łykania. Delektowałam się tą pizzą na maksa. Oglądaliśmy z Michałem „Incepcję”. W sumie to ja bardziej oglądałam, bo on widział wcześniej. Ja nie. Film dobry, przyznaję. Jest zaskakujący i oczywiście na maksa gra na efektach specjalnych, ale sama fabuła i pomysł – podobają mi się. I wspieram ten film oraz polecam. Mi się tytuł nie podobał, dlatego do kina nie poszłam (no co, każdy powód jest dobry!) ale teraz nadrobiłam.

W poniedziałek rano, dla odmiany, wizyta u lekarza. Kontrola u mojej pani doktor podstawowej opieki zdrowotnej. Diagnoza: jestem zdrowa! Zaniepokojenie: nadal lekko powiększone migdałki. Czyli że angina poszła się jebać, ale nadal coś jest nie tak. No, wiem, że jest. Jestem cała w swędzącej wysypce! Na wszelki wypadek dała mi skierowanie na badanie krwi. Poprosiłam, żeby mi dała zwolnienie następnego dnia, to to ogarnę sobie. Dała.
Wróciłam do domu wziąć ostatni antybiotyk. Filip wpadł i zrobił jedzenie. Lubi gotować u/dla mnie. Miłe to w sumie. Piwo nawet kupił do obiadu! Więc posiedzieliśmy razem sobie, zjedliśmy i potem trzeba było się zbierać. Na posiedzenie Parlamentu Studentów UW, ma się rozumieć. Bo gdzież indziej mogę spędzać noce, jeśli nie na UW? Posiedzenie ważne, bo na nim dyskusja o zmianach w Regulaminach. Zmiany poważne, niektóre głupie. Co ciekawe, były skandale! Na sali zebrało się 4 byłych Marszałków i kilkoro wicemarszałków. To się rzadko zdarza. Były awantury, były wyzwiska, było wykluczanie z posiedzenia, było wzywanie Straży Akademickiej… No, generalnie było źle. Poziom, jaki mi się nigdy nie zdarzył podczas gdy ja prowadziłam posiedzenia. Ale rozumiem, że Nowa Koalicja (nadal ich tak nazywam) sobie sama ze sobą nie radzi. Trudno. Wiele razy zabierałam głos, ma się rozumieć. Co mnie zaskoczyło najbardziej? Na sam koniec posiedzenia Marszałek zabrał głos i powiedział, że dopiero dziś dojrzał do tego, żeby docenić jakość moich wypowiedzi i merytoryczność tego, co robię. Dla takich momentów warto to robić. Bo ja wiem, że większość myśli, że ja po prostu zadymy robię. A to nie tak. Ja to robię dlatego, że są pewne wartości – także w działalności samorządowej – które są dla mnie ważne od lat. Dla których od VI klasy szkoły podstawowej walczę na szczeblach najpierw samorządu szkolnego, teraz – samorządu studenckiego i doktoranckiego. I nadal będę to robić. A nikt nie wie, ile czasu zamierzam studiować przecież ;)
Po posiedzeniu: wyjście na wódkę. Wszyscy Evo poszli do Bistro. Więc i ja. Ale na chwilkę i ostrożnie, bo rano badanie krwi przecież! Mam być na czczo! Wróciłam taxi, bo stwierdziłam, że jestem po chorobie i się nie będę nocnym tłuc.

Rano: badanie. Generalnie wszystko w wynikach wyszło okej. Więc nie jest źle. Zaskoczyły mnie białe krwinki, bo myślałam, że jednak wysypka może być chociaż w części alergiczna i że wtedy powinny być podwyższone. Ale nie.
Wróciłam do domu i do roboty. Niestety, czas lżejszego traktowania się skończył. Czas zacząć myśleć o powrocie do normalności. Po prawie 2 tygodniach to niełatwe. Więc po całym dniu spędzonym przy komputerze na zarabianiu pieniędzy, psychicznie szykowałam się na wyzwania „normalnych dni”. I zaczęło się.
W środę rano warsztaty dziennikarskie by JP. O dziwo, ludzie nadal przychodzą. Więc jest dobrze, jest miło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy… Nadal ja dużo mówię, ale bez obaw, to się zmieni. Na razie chcę, żeby się oswoili ze sobą i ze mną. Potem będę działać inaczej. Zadania domowe są po to, żeby się do ciężkiej pracy przyzwyczaili. Mam bowiem nadzieję, że spośród tam zgromadzonych uda mi się ogarnąć ludzi ciekawych, fajnych, wartych uwagi. I że będę im płacić za jakiś czas za ich teksty. Naprawdę, chcę!
Po dyżurze w zaprzyjaźnionej firmie, wróciłam na UW. Wybory do organów Samorządu Doktorantów Instytutu Socjologii UW. Znów: uważam, że te wybory są bezprawne. Ale to inna sprawa. Wystartowało 6 osób na 6 miejsc. Przyszli też ludzie spoza kandydatów i obecnych członków (to wybory uzupełniające), więc jest ciekawie. Głosowało 13 osób. Dostałam – jak prawie wszyscy – 12 głosów. Dziękuję za nie! Obiecuję, że nie zawiodę!

Wieczorem wpadł do mnie Marcinek i Paulina. Pracowaliśmy nad badaniem, które aktualnie podsumowujemy. To będzie fajne coś, zobaczycie. Póki co jednak, trwa walka, bo widać wyraźnie, że z Pauliną stoimy na lekko jednak niezgodnych pozycjach w polu naukowym. Marcinek jest na jeszcze innej pozycji, ale raczej bliższej mojej. I tak się przepychamy. Ale to dobrze! To bardzo dobrze! Dzięki temu będzie łatwiej potem na krytykę odpowiadać! Ale, jak to czasem bywa… Od słowa do słowa, zaczęło się picie :) Paulina poszła, Marcinek został. Wódka się skończyła, kupiliśmy Jacka. Boże, jaki on jest dobry! I było szaleństwo, była miłość, była muzyka! Było miło.
Marcinek potem usnął na moim łóżku i musiałam sobie radzić jakoś na podłodze. Nie ma co ukrywać, trochę się skurwiliśmy. Na tyle, że Marcinek rano zdychał jak wstał przed południem. Ja, oczywiście, nie. Mój organizm dobrze toleruje alkohol. Jestem tolerancyjna, zawsze to powtarzałam!

Następny dzień, zgodnie z planem! Najpierw praca w domu (Marcinek spał), potem dyżur w firmie zaprzyjaźnionej a potem spotkanie Komitetu Organizacyjnego. Ponieważ zaprosiłam do siebie ludzi sporo na wieczór, na cebulową, musiałam z rana tę cebulową ogarnąć. To jednak trochę roboty jest. Gotowanie dla 10 lub więcej osób czegokolwiek jest zasadniczo wyzwaniem zawsze. Bez znaczenia, co się robi, roboty jest w chuj. Udało mi się to jednak jakoś ogarnąć. Z pomocą innych – Adam przyniósł plastikowe miseczki, Filip kupił grzanki. Jest dobrze, sytuacja opanowana. Wszyscy zjedli, zadowoleni. Posiedzieli, popili. Łukasz przyniósł własnoręcznie zrobione wafelki cytrynowe. Pycha!!! A Pola robiła na miejscu przysmak świętojański, świętokrzyski, świętojerski czy jak to się tam nazywa. Było fajnie. Wszyscy się najedli, pogadali. Tak powinno być. A na noc Łukasz z Filipem zostali. Ostatecznie się trochę najebaliśmy i poszliśmy spać wszyscy razem we 3 na moim półtoraosobowym łóżku. Miło.

W sobotę rano coś tam ogarniałam, ale ledwo. Wstałam o 8.00 a o 10.00 już był samochód po mnie. Musiałam się spakować BŁYSKAWICZNIE! To główny powód, dla którego do Berlina nie wzięłam ładnych ubrań.
Właśnie, Berlin. Po co jechałam do Berlina? Dla dobra Parady Równości 2011. Naprawdę. Uwierzcie mi, że podróż samochodem z Warszawy do Berlina w 4 osoby samochodem to nie wymarzony sposób na spędzenie piątku (a potem niedzieli na powrót). Jechał Łukasz P, Antarex i Paweł. No i ja.
Podróż była okej, bo rzeczywiście samochód mieliśmy niezły. No, nie zmienia to faktu, że kilka godzin w podróży zawsze jest męczące. Po drodze zaliczyliśmy z daleka Chrystusa ze Świebodzina (machaliśmy mu) i zajezdnię Nevada. Śmieszne miejsce, bardzo duże a w środku tylko kierowcy tirów i panie pracujące za barem. Ale jedzenie niezłe, więc nie narzekam.
Do Berlina dojechaliśmy koło… 20? Jakoś tak. Pokój mój i Jacka okazał się dość małą klitką z jednym łóżkiem. Ale co tam, damy radę. Nie przyjechałam tam spać czy też siedzieć w pokoju przecież! Za to właściciel pokoju, w którym spać mieli Łukasz i Paweł się nie zjawił. Więc poszliśmy do EBAB (Enjoy Bed And Breakfast), gdzie generalnie załatwiane były te pokoje. Miły czarny pan na miejscu nam pomógł i po jakimś tam czasie załatwił dla chłopców apartament w samym centrum Berlina, przystanek od Alexanderplatz. I to dosłownie apartament, bo pomieszczenie było wielkie, bardzo nowe, dobrze wyposażone i w ogóle. W porównaniu z naszą klitką, to było jak wejść do pałacu z chaty chłopskiej ;) Ale co tam!
Zaczęliśmy się ogarniać na noc. Paweł jest hetero i zmęczony, więc postanowił zostać w domu. Łukasz i Jacek chcieli do sauny. Więc poszli. A ja chciałam na imprezę. Posiadanie samochodu jest o tyle dobre, że nie trzeba się martwić o taxi czy inne takie. A że Jacek nie pije, mieliśmy kierowcę na każdą chwilę obecnego. Odwieźli mnie do Die Bushe. Moim zdaniem to jest House B, ale nie do końca ogarniam, bo te dwie nazwy się tam pojawiają… Więc nie wiem ostatecznie jak się nazywa. Nieważne. Ważne, jaka jest w środku impreza. Była okej. Ludzi ciut mało jednak, ale organizatorzy zadbali o wszystko tak czy owak. I to mi się podoba: ludzi nie ma za wiele, ale jednak impreza na bogato. Były dwie panie i dwóch panów, którzy robili swoje stripteasy, zabawiali publiczność i się z publicznością. Było naprawdę ciekawie, fajnie, profesjonalnie. Potem rozdawali zimne ognie i w pewnym momencie wszyscy zapalili (nie wiem po co, ale to nie ma znaczenia). Ludzi niewiele, picie tanie… więc się bawiłam okej. Ładnych chłopców widziałam 4, co jak na niewielką liczbę osób w klubie jednak było pewnym osiągnięciem. Wyskakałam się, posłuchałam lekko łupiącego house’u i disco.
Potem chłopcy mnie zabrali automobilem do pokoju.

Rano najważniejsza część pobytu. Spotkanie z Niemcami z CSD Berlin. To chyba jedna z większych parad w Europie, więc ich doświadczenie (kilkudziesięcioletnie!) w organizacji wydarzenia jest dla nas ważne. I nie była to, czego się obawiam jak słyszę „wymiana doświadczeń”, czcza gadka o niczym. Wręcz przeciwnie. Było bardzo konkretnie, była wymiana plików, ofiarowali nam sporo różnych rzeczy, kontakty o które nam chodziło… Mówiąc krótko: dali nam więcej niż chcieliśmy! Naprawdę, nie przesadzam. Udało się nam nawet dostać od nich badanie dotyczące wpływu parad na gospodarkę miasta. Jedno takie z 2001 roku już mamy, drugie – z 2010 – będzie gotowe w maju i wtedy mamy je dostać. Więc spotkanie bardzo, bardzo udane. Momentami schodziliśmy z tematu i oczywiście pytali o Fundację Równości (współpracowali z nimi a jeden z jej decydentów ma mieszkanie w Berlinie), ale od razu podkreślam, że niczego złego o nich nie mówiliśmy. Ja w ogóle uważam, że o poprzednich paradach, o poprzednich organizatorach czy też o osobach, które odmawiają udziału w przygotowaniach do Parady Równości 2011 nie ma sensu mówić źle. Nie jesteśmy od tego, by kogoś oceniać, tylko by zająć się przygotowaniem fajnego wydarzenia.
Potem zjedliśmy razem smaczny obiad i w ogóle było okej.

Chwila odpoczynku, zaraz zbliżał się wieczór… A więc impreza. Znów się powoziliśmy trochę i ostatecznie plan udało się nam zrealizować właściwie. Czyli, że Łukasz z Jackiem w saunie a ja z Pawłem próbowaliśmy dotrzeć do jakiś klubów, na których jemu zależało. Co się jednak okazało? Że jednego z tych klubów nie ma, drugi jest zamknięty a trzeci jest dziwny. I ostatecznie Paweł poszedł tam, gdzie my mieliśmy finalnie trafić. Do Goya. To duży klub z bardzo specyficznym, ładnym i prestiżowo wyglądającym wnętrzem. Ludzi w nim sporo, ale bez szaleństwa. Muzycznie okej, bo grał dj R.O.N.Y., którego znamy z Utopijnych popisów. Więc było okej. Mało młodych chłopców, większość to przedtrzydziestolatkowie, więc nie w mój deseń. Ale coś tam poskakać można było, więc nie narzekam. Zabiła mnie tylko pani na barze, bo mi powiedziała, że kartą mogę od 50 ojro płacić. No, c’mon! Od 50 ojro?!

Spałam tym razem w apartamencie. Muszę też od razu dodać i wyjaśnić, że nie płaciłam za cały ten wyjazd. Firma Gepon, która jest licencjobiorcą nazwy „Parada Równości” ma w warunkach licencji m.in. zapewnianie obsługi logistyczno-technicznej Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. I to właśnie ta firma pokrywała przejazd, kilka posiłków, nocleg. Takich wyjazdów w tym miesiącu będzie jeszcze kilka (chyba jeszcze 3) i za wszystkie płaci Gepon. Ja już raczej się nigdzie nie wybiorę – nie dam rady urwać kolejnego weekendu.

Odwiedziliśmy jeszcze Międzynarodowe Targi Turystyczne w Berlinie, które w niedzielę się kończyły. Na miejscu odwiedziliśmy najpierw jedyny tematyczny obszar tychże targów, czyli podróże LGBTQ. Chociaż prawda jest taka, że równie dobrze możnaby to miejsce nazwać „Gay Section”, bo cała w zasadzie oferta kierowana była do mężczyzn. Wszystkie obrończynie kobiet i walczące feministki mogą czuć się oburzone. Mnie to też trochę wkurzało… Ale cóż na to poradzimy? Przesąd jest taki, że geje się bawią a lesbijki siedzą w domu. Poza tym, ja już od dawna nie wierzę w emancypację przez ekonomię („Nasze różowe pieniądze nas wyemancypują!”), więc też i mniej się tym przejmuję. Może właśnie obecność tylko gejowskich ofert jest powodem do niepokoju dla samych gejów? Może tak bardzo wpisali się w system, że jest on już w stanie ich asymilować w ten sposób? A lesbijki są ostatnim bastionem oporu? A może znów lesbijki wyklucza się nawet spośród wykluczonych?
Spotkałam na targach Berenikę z Łodzi. Krótka rozmowa i zaraz musieliśmy jechać do Polski. W Warszawie byłam koło 22. To był ciężki weekend.

W poniedziałek musiałam jednak normalnie zacząć tydzień i ruszyć na całego. I zrobiłam to, ma się rozumieć. O 10.00 byłam w zaprzyjaźnionej firmie. Siedziałam ciut krócej niż zwykle, bo chciałam na UW załatwić ostatecznie coś formalnego. Na UW mam możliwość taniego kupienia sobie ubezpieczenia zdrowotnego i postanowiłam z tego skorzystać. Przy moich wszystkich ostatnich problemach zdrowotnych, byłabym w stanie jedną wizytą u pani dermatolog opłacić 4 miesiące ubezpieczenia tegoż i sobie chodzić do dermatologa ile chcę. Więc mi się opłaci na pewno. Załatwiłam, mam wszystko gotowe. Od 1 kwietnia będzie działać.
Poszłam na seminarium magisterskie, na którym znów się okazało, że nasz dziekan to dobry człowiek. Darował mi to, że mnie nie było ileś-tam czasu i w swojej wyrozumiałości nie denerwował się nawet, że nie mam opracowanych pomysłów na pracę magisterską, które – teoretycznie zgodnie z ustaleniami sprzed wielu tygodni – powinienem prezentować. Zrobił to ktoś inny.

Rozliczyłam się z PIT. Ostatecznie okazało się, że rzeczywiście jedna z firm zrobiła błąd i złego PIT-11 mi wysłała. Poradziłam sobie jakoś jednak, ogarnęłam to. Fiskus wisi mi ponad pół tysiąca. Przyda mi się. Pomyślałam, że może w ten sposób spłacę ten nieszczęsny kredyt studencki, który nadal gdzieś tam nade mną wisi. Zostało mi z tysiąc do zapłaty, więc w sam raz. Fajnie, że Bank Zachodni WBK się tym interesuje… Nigdy nie dostałem od nich żadnej najmniejszej nawet informacji, że cokolwiek jest do zapłaty. Nic a nic.
A co do PIT, to po jakimś czasie (ponad tydzień później) zadzwonił do mnie pan z Urzędu Skarbowego, że chce ode mnie faksem (tak, nie mailem a faksem!) moje PIT-11, bo coś mu się nie zgadza. No, spoko. Sprawdziłam to – miał rację, zrobiłam błąd. Zła rubryczka, ale poza tym wszystko okej. Łącznie z wartościami do zwrotu. Wszystko, wszystko poza tym się zgadza. Ale oczywiście zrobiłam korektę i zaraz wysłałam via internet. Co nie zmienia faktu, że pan się domaga PIT-11. Wysłałam mu. Niech spada.
Wieczorem wpadł Filip i spał u mnie.

Wtorek był dla mnie, jak się potem okazało, ważnym dniem. Oto bowiem udało mi się znaleźć Tego Lekarza. Doktor Otto z Profemed uratowała mnie. Wizyta u niej była dla mnie, oczywiście, dużym stresem. Ale musiałam zmienić dermatologa. Okazało się, że jest bardzo miła, empatyczna. Udało się jej to, co – moim zdaniem – jest najważniejsze i najtrudniejsze: zbudowała atmosferę bezpieczeństwa i zaufania. Przecież u lekarza obnażamy nasze problemy i obnażamy się fizycznie. Więc zawsze jest to stresujące. Zwłaszcza gdy ja się przy nikim nie rozbieram od jakiś 6 lat. Więc plus dla niej, że jej się to udało.
Wypisała mi dużo leków, dała dużo porad, dała numer komórki… Pogadaliśmy też tak na luzie o kilku rzeczach. W tym sensie była to bardzo fajna wizyta. No i już dwa-trzy dni później była poprawa widoczna.

W środę rano spotkałam się pod UW z… Grzegorzem. Wiem, zaskoczenie. Generalnie nie mamy żadnego kontaktu. Ale ostatnio się odezwał. Że kiedyś mówiłam, że gdyby potrzebował pomocy, to może się do mnie zwrócić. I rzeczywiście, kiedyś tak mówiłam. Więc się zwrócił. Z prośbą o pożyczkę. Kwota wielka nie jest, bo to 400 zł (ostatnio 200 zł też Filipowi pożyczałam…), ale ponieważ ja chwilowo nie mam płynności finansowej (zalegają mi z kasą dwie firmy i jeden wierzyciel), to pieniądze pożyczam od mBanku. Wypłaciłam w środę rano z karty kasę i dałam Grzegorzowi. Podpisaliśmy umowę. Teraz już tak robię, bo wiem, że jeśli idzie o kasę, to nie ma co się czaić. Więc tak wyglądało moje spotkanie z Grzegorzem. Umówiliśmy się pod UW, bo nie mieliśmy za bardzo kiedy indziej i gdzie indziej się spotkać, bo przecież on nie ma wstępu do mojego mieszkania…
A potem, zamiast iść na zajęcia, siedziałam i robiłam jedno zlecenie pisemne… Nie ma zmiłuj, praca cały czas, cały zasrany czas. Krótka wizyta w zaprzyjaźnionej firmie a potem działalność społeczna. Papiery Queer UW złożone, mogę starać się o dotację na rzecz Queer UW od Zarządu Samorządu Studentów UW. Jest okej, zobaczymy co z tego wyjdzie. Dwa dni później odpowiedni wniosek został przeze mnie złożony i czeka na rozpatrzenie. Będę informować ;)
Udało mi się NARESZCIE iść na zakupy do Carrefoura. Z Michałem, którego z domu wyciągnęłam na tę okoliczność. Gdy wracaliśmy obładowani jak ostatnie idiotki, zaszłam do apteki odebrać mój recepturowy krem zlecony przez dr Otto. W ten sposób mam już wszystko w domu, mogę łykać, smarować się, działać. I niech działa, bo nie wytrzymam!
Wieczorem wpadł Filip przez którego oglądaliśmy Magdę Gessler na VOD. Michał nie znał tego za bardzo (Hiszpania…), więc był trochę zainteresowany. I ostatecznie zobaczyliśmy aż trzy odcinki…

Czwartek, zgodnie z moim planem z początku semestru, winien być dla mnie dniem wolnym od stałych zobowiązań, żebym mogła w trakcie jego trwania ogarniać inne sprawy. I udało się! Zajęłam się pracą nad wykresami. Miałem je zrobić dzień wcześniej, ale mi się nie udało z powodu innych obowiązków. Więc teraz poszło. Wykresy piękne i gotowe (choć Marcinek, który je dostał, i tak je przerobił po swojemu) wysłane z niewielkim tylko opóźnieniem.
Wpadła Monika z piękną sukienką, którą chciała mi ofiarować. Suknia piękna naprawdę, szalona, czarno-pomarańczowa z długim trenem. Boska! Jedyny minus: ma rozmiar 36. Tak, 36. Więc ciut, ciut się w niej nie mieszczę. Ale nie ma to-tamto! Od razu poszłam do krawcowej obok domu i poprosiłam o poprawkę. Wszycie 1,5 cm materiału na długości 30 cm. I tyle. Za to, że to ekspresowa usługa, musiałam zapłacić aż 50 zł. Ale opłacało się, bo wszystko dobrze wyszło i suknia dzień później była piękna i gotowa i dobra na mnie.
A po południu spotkanie z Marcinem. Tym młodym. Miała być godzinna kaweczka, ale tak się dobrze rozmawiało, że zaszalał i został dwie godziny. Dla mnie to dobrze, bo przecież im dłużej, tym fajniej. Siedzieliśmy w Coffee Heaven przy pl. Zamkowym (to jego wybór), gdzie jest dużo mebli, dużo ludzi i dużo zamieszania. Ale nasze spotkanie chyba fajne. Mi się podobało. Szkoda tylko, że Marcin jest taki zamknięty. Nie tylko chyba na mnie, ale tak generalnie. Cały czas go namawiam, żeby się trochę otworzył. Może to kwestia wieku? Nie wiem. Ale wiem, że chcę go znów zobaczyć. I dlatego namówiłam go na to, żebyśmy wyznaczyli termin spotkania :)
Wieczorem wzięłam się za pisanie tego blo. Mija tydzień a ja nadal go nie skończyłam…

W piątek rano byłam gościem w TVN Style. Zaprosili mnie na nagranie programu o clubbingu. W sensie, że ponoć mają być właściciele klubów, selekcjonerzy i ja. Jako clubberka, jako jednodniowa selekcjonerka i jako osoba, która pisała pracę i zna się na rzeczy. Zgodziłam się. Na miejscu znów mnie pochwalono, że makeup jest w zasadzie gotów i że makeupistka nie ma co robić. Poprawiła lekko świecenie się przed wejściem na antenę i tyle.
Rozmowa miła, chociaż nie wydaje mi się, żeby była jakaś porywająca… Oczywiście, musiało się pojawić pytanie o kokainę. Kłamać nie będę narkotyki są w każdym klubie. W KAŻDYM. Nie ma klubów wolnych od narkotyków. To, czy jest to kokaina, amfetamina czy jeszcze co innego, to kwestia klubu konkretnego. Ale oczywiście, że wszędzie narkotyki są. Ale opowiadałam też o tym, jak Danielowej jedzenie przynosiliśmy, czy jak planowaliśmy ustawienie odpowiednie naszej grupy, żeby wszyscy mogli do klubu wejść. To były czasy…

Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie, odbiór sukienki od krawcowej i znów na miasto. Tym razem spotkanie z Patrykiem i Sebastianem. Ładni chłopcy, bardzo ładni. Do trzech razy sztuka z tym naszym spotkaniem, bo już dwa razy (z ich powodu!) trzeba było przekładać. Ale udało się, a to najważniejsze. Pogadaliśmy, wypiliśmy kawę. Ja się na nich mogłem napatrzeć, a to dla mnie też miłe przecież. Chociaż widzę, że oni mają jakieś tam między sobą problemy, to jednak są ładną parą. I życzę im najlepszego. A przede wszystkim tego, żeby się ze mną częściej widywali. Ja tam zawsze dla nich czas znajdę.
Co do spotkań-niespodzianek, to nie można pominąć spotkania z Dawidem. Tak, tym Dawidem. Tym samym, który chciał, żeby nie pojawiać się na blo i zamieniać jego imię na „D.”. Oczywiście przed spotkaniem uprzedziłam, że informacja o tym jednak się na blo znajdzie. Zdawał sobie z tego sprawę i nalegał tylko, żeby treść rozmowy nie znalazła tutaj swojego odzwierciedlenia. I w zasadzie nie mam nic przeciwko. Napiszę tylko, że powiedział jedną rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła. Bardzo niefajnie zaskoczyła, a która dotyczyła naszej znajomości z jej początków. Mogę chyba powiedzieć wręcz, że zabolało. I tyle. Po spotkaniu w Złotych, poszliśmy na spacer a potem jeszcze McD zaliczyliśmy.

No a potem czas na imprezę. B4 u Gacka liczny, bo się ludzie na jego urodziny zjeżdżają już. Mi to nie przeszkadza, chociaż cały czas podkreślam, że gdyby nie ja i moje towarzystwo, to cała ta nasza grupa by się niebezpiecznie posuwała wiekowo…
Nie obeszło się bez ciotodramy. Gacek powiedział Filipowi, że bardzo go lubi i w ogóle, ale gdyby nie ja, to nie byłoby go na tym b4ze. No i Filip miał potem rozkminę na ten temat i siedział smutny. A generalnie b4 miły, udany. Podobnie impreza w Glam późniejsza. Sporo ludzi, trochę ładnych chłopców. No a ja poznałam Dawida. Dawid to taki młody chłopiec w stylu gotycko-punkowym. Miły, nieletni, ładny. Pogadaliśmy trochę i widziałam, że dobrze sobie radzi w konwersacji ze mną (a to nie zawsze jest łatwe) oraz próbuje być lekko bezczelny w granicach rozmowy i gry towarzyskiej. Od słowa do słowa, od gestu do gestu, od tańca do tańca… Ostatecznie wylądował u mnie w domu. Filip też. Było miło, choć – w sumie nie wiem czemu – usnęłam ostatecznie na legowisku na podłodze z Dawidem. Wydaje mi się, że Filip zajął całe łóżko w ten sposób, że nie dało rady go ruszyć. Ciężko powiedzieć, bo alkoholu było sporo jeszcze rano… A co ciekawe, gdy weszliśmy do mieszkania, spotkaliśmy w drzwiach Michała też z dwójką nowych gości :) Nie ma to jak mieszkać na Ochocie!
Nad ranem/rano przenieśliśmy się do łóżka wszyscy już i spaliśmy we trójkę na moim półtoraosobowym w trzy osoby. To już się zdarzało.

Chłopcy wyszli jakoś po południu. Ale 5 minut po ich wyjściu zjawił się Marcinek. I tak after przerodził się w bifor niemal bez przerwy. Marcinek przyszedł w zasadzie popracować, ale… jak to zwykle bywa… Zamówiliśmy pizze. Było miło, ale zaraz trzeba było się ogarniać na imprezę!
Dawid wpadł do mnie koło 21. Ja już byłam w sukni. Szybkie szykowanie i zaraz przyjechała po nas taxi. Pojechaliśmy na urodziny Gacka. Tym razem moja przyjaciółka wynajęła apartament przy Grzybowskiej i tam nas umieściła. Było w sumie jakieś 40 osób. Ja zawsze mam obawy przed robieniem imprez, na których miesza się tak różne środowiska, jak to miało miejsce tutaj. I moje obawy okazały się słuszne. W sensie, że jednak nie było jednej imprezy, tylko kilka małych imprez. Ale nie szkodzi, było bardzo miło. W sukni wyglądałam dobrze, ludzie byli mili, jakaś tam muzyka grała… Nie ma co narzekać! Dużo wódki było, ale pod tym względem akurat się ograniczałam. W butach na obcasach nie wolno dużo pić! Naprawdę – nie! :)

Z urodzin przeniosłam się do Glam. Tam koncert dawała Paula, a obiecałam gaylife.pl, że napiszę im z tego relację. Antarex był z misją paradowo-równościową w Niemczech, więc ktoś musiał. No i udało mi się występ zobaczyć, a potem fotki z Paulą porobić. No a potem zaczęła się normalna impreza. Filip się najebywał, Dawid gdzieś zniknął. Więc i ja się bawiłam – poznałam kilku nowych ładnych chłopców. Wspieram to i lubię to. Każda noc powinna przynosić coś takiego. Ostatecznie, nie mogliśmy za długo siedzieć, więc z Filipem wróciłam do domu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s only gay when you swallow

05 mar

No dobra, już piszę. Miałam początkowo prawie tydzień temu napisać, ale prawda jest taka… że niewiele się od tamtej pory wydarzyło. Wszystko przez moje zdrowie. Czy też jego zły stan. Albo brak. No, mówiąc krótko, nie jest dobrze. Siedzę w domu (leżę?) i trochę zdycham. Co prawda jest ZDECYDOWANIE lepiej niż było tydzień temu, ale jednak…

Więc teraz będzie o moich problemach ze zdrowiem. Zaczęło się ponad 4 (cztery!!!) tygodnie temu. Grypa. Wiadomo, zdarza się, jest długa zima. Grypa grypą, poleżałam, pochorowałam, fajnie. I wszystko powinno się w tym momencie skończyć. Ale nie, nie może być tak łatwo. Dostałam jakiejś wysypki. Choroby skóry się zawsze źle kojarzą, bo od razu widzimy oczami wyobraźni obrzydliwe zmiany ropne, których nawet myśl o dotknięciu obrzydza nas na maksa. No i kojarzy się to z brudem. W sensie, że skóra chora, bo ktoś nie ogarnia higieny. Takie skojarzenia nasuwają się i mnie, więc możecie sobie dodatkowo wyobrazić jak strasznie przeżywałam pojawienie się wysypki.
Pani doktor dermatolog zdiagnozowała to jako opryszczkę (już chyba o tym pisałam?), więc wirus. Więc nie da się za bardzo nic zrobić i trzeba czekać, aż osłabiony organizm zbierze siły i się ogarnie jakoś. Czekam, czekam i czekam a to tak średnio przechodzi. Pominę może szczegóły dotyczące tego skąd wysypka dokąd mi się przeniosła ale generalnie jakieś dzianie było. Pani doktor upierała się, że to opryszczkowe zmiany i jakieś średnio skuteczne objawowe leki mi przepisywała. Średnio.
A potem zrobiło się jeszcze gorzej. Bo angina mnie naszła. Ni z tego, ni z owego. Mocna, naprawdę mocna. Znów wizyty u lekarzy (dokładnie zaraz to opiszę), kolejne leki, antybiotyki. Więc zdycham z powodu anginy i z powodu wysypki, która z wirusowej zrobiła się, zdaniem dermatolog, bakteryjna a potem w ogóle stwierdziła, że to już tylko moje drapanie powoduje, że cokolwiek mam jeszcze. I że – tym mnie wkurzyła – muszę zmienić proszek. To taka wymówka. Jak się nie ma na co zwalić, to się mówi: zmień proszek. Bardzo zabawne.
Ponieważ jednak mój organizm jakoś tam sobie radzi z tym wszystkim i ogarnia się chyba powoli, odczekam kilka dni i jeśli mi całkiem nie przejdzie, idę do jakiegoś innego dermatologa. Wkurwia mnie po prostu już to, że od kilku TYGODNI nie mogę normalnie funkcjonować i wieczorem zamiast skupić się na jakiejś pracy, ja siedzę i smaruję się, łykam leki, biorę tabletki i ogarniam się w sposób, który jest absolutnie nieproduktywny.

Zaczynam więc jeszcze w lutym. 21 lutego dokładnie. Poranek, jak zawsze, w zaprzyjaźnionej firmie. Krótko jednak, bo potem umówiłam się z Marcinem na kawę. Takim Marcinem, co go tutaj jeszcze nie było. Młody jest, przyznaję. Ale to przecież na plus. Jakiś czas już coś tam czasem korespondujemy sobie na Facebook, wcześniej na innastrona.pl. Miły, mądry, sympatyczny i ładny chłopiec. Więc czemu się na kawę nie umówić? Jego jedyny minus jest taki, że mieszka poza Warszawą, więc trudno go łapać w tygodniu i umawiać się na takie kawy częściej, ale to i tak pieśń przyszłości, więc na razie się tym nie zajmuję.
Niemniej, do naszego pierwszego spotkania doszło. Było bardzo miło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poopowiadał mi trochę, chociaż prawda jest taka, że wyjątkowo ja więcej mówiłam. Aż mi się to nie podobało, sama się publicznie karciłam i powiedziałam mu, że tak być nie może. Bo jasne, ja mogę mówić bez przerwy (wiadomka) ale kilka lat temu nauczyłam się tego nie robić. I chcę z tego korzystać. Dlatego muszę zmusić go, żeby następnym razem to on zdominował spotkanie. O ile oczywiście będzie następny raz. Co prawda umówiliśmy się tak ogólnie wówczas na kolejne widzenie, ale… tak, zdrowie. I nic z tego nie wyszło ostatecznie. Szkoda.
A wisienką na torcie niech będzie fakt, że umówiłem się z nim na spotkanie we W Biegu Cafe przy pl. Zbawiciela. Czyli tam, gdzie pracuje D. Tak, ten D. I tak, zrobiłem to specjalnie. I wiem, że to niskie i małe, ale nic na to nie poradzę. Ludzie robią takie rzeczy. A ja się tego nie wstydzę.

Udało mi się dotrzeć na UW i jakieś tam papiery dostarczyć, ale już na zajęcia pójść… nie za bardzo. Nie wiem czemu. Po prostu taka była emocja. Poza tym chyba trochę bym się spóźniła. A w drodze na UW widziałam po raz pierwszy koksowniki wystawione na zewnątrz. To nawet zabawne, że ogrodzili je barierkami z ostrzeżeniem, że w środku jest gorąco. No bo przecież o to chodzi. Ale inicjatywa ogrzewania ludzi w ten sposób – zacna, godna pochwały. Chociaż jak tak z Marcinem szliśmy sobie do Centrum, to widok ten trochę mi się kojarzył z filmami z lat 70. XX wieku i radziecką Rosją. Zabawne w sumie, że tradycyjne metody okazują się skuteczne w XXI wieku także.

Wtorek rozpoczął się od wizyty u dermatologa. Kontrola po tygodniu. Udało mi się kasę odzyskać za poprzednią wizytę – dotarł faks od mamy z odpowiednimi dokumentami ubezpieczeniowymi. Więc jest okej, 55 zł z powrotem w kieszeni. Ale to nic, bo i tak tę kasę lada moment na leki muszę wydać. Taki lajf. Pani dermatolog nie wydawała się zaniepokojona moimi objawami. Raczej ze spokojem je przyjęła. Mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest, jak swędzi. Nieprzyjemnie i bardzo dyskomfortowo bez względu na to, co się robi.

Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie a na koniec… Wizyta w mBanku. Tak, w jednym z ich centrów. Po co? No, pani wymęczyła mnie o tę kartę kredytową, to poszłam po nią. Wiem, że za bardzo jej nie potrzebuję. A już na pewno nie takiej na 10 tys. zł (minimalna kwota przy Visa Gold), ale ma jeden plus, który sprawia, że warto. Obniża o 3 proc. oprocentowanie mojego kredytu odnawialnego (czyli debetu na koncie), a to już coś. I jest za darmo. Więc nie ma co marudzić, tylko wzięłam.
Śmiesznie, bo długo szukałam tego mBanku. A już na miejscu spotkałam Mikołaja, z którym kiedyś studiowaliśmy razem. Miłe spotkanie. Pogadaliśmy sobie chwilkę. Dziwnie tak czasem można trafić w jakimś miejscu na kogoś, kogo się zna z dawnych w sumie czasów.

Finałem dnia było posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Po drodze wpadłam do Gacka na chwilkę krótką, bo Pola chora zdycha. Pogadaliśmy, ale zaraz przyszła Kasiaspyrka i zaczęła robić jakiś racuchy czy coś, więc ja spierdalałam na UW. Posiedzenie PS UW momentami śmieszne, częściej smutne. Najzabawniejsze, że dużą część wystąpień stanowiły odniesienia do mojej „działalności medialnej”, czyli moich wystąpień w mediach. Widzę, że to jest coś, na co członkowie i członkinie ZSS UW są bardzo wrażliwi. I śledzą je z dużą uwagą. To, oczywiście, miłe ale zupełnie niepotrzebne. Tak samo jak sugerowanie, że działam na niekorzyść Samorządu Studentów UW. Wręcz, co ważne, wydaje mi się, że mnie to trochę obraża. I dlatego w pewnym momencie powiedziałam głośno i wyraźnie: jeśli ktoś uważa, że działam na niekorzyść SS UW a tym samym urągam godności studenta UW, to jest przewidziana w takiej sytuacji odpowiednia droga – skierowanie sprawy do Komisji Dyscyplinarnej ds. Studentów i Doktorantów UW, która rozpatrzy i zadecyduje czy rzeczywiście tak jest. Wiadomo, że nikt mnie nie poda, bo nie ma powodów najmniejszych. A czcze gadanie i głupie insynuacje na mnie nie działają. Dlatego się nie przejmuję, tylko robię swoje. Uwierzcie jednak, że wiele jeszcze przed Wami, drodzy członkowie ZSS UW.
Ważnym punktem obrad była prezentacja założeń Raportu Studenckiego 2011. Marta Michalska zaprezentowała, co miała i okazało się, że choć jeszcze w sobotę podczas roboczego spotkania z Pauliną przedstawialiśmy wyniki pracy Queer UW nad naszą częścią raportu, to 4 dni później tej części już w Raporcie nie ma. Nie będę się na razie do tego odnosić, bo nie mam potrzeby. Wiadomo, że ZSS UW nas wychujał i zrobił to w sposób nie tyle nieładny, to bardzo chamski. W nieoficjalnych rozmowach przyznali (nie mi!), że nie poinformowali mnie wcześniej o tej decyzji, bo… obawiali się obecności mediów na posiedzeniu Parlamentu Studentów UW. A potem cały czas podkreślali, że mediów się nie boją, że naciski mediów nic dla nich nie znaczą… Tia, jasne. Tylko srają po gaciach na myśl o tym, że GW się zjawi na posiedzeniu. Bardzo logicznie.
Ale nie stresuję się, ja swoje robię i jeszcze, gdy nadejdzie moment, pokażę co potrafię. A na razie, cicho-sza. Zabawa trwa. A całość, mam takie wrażenie, ma w dużym stopniu podłoże personale. Kontra-ja.

W środę rano prowadziłam pierwsze warsztaty dziennikarskie dla chętnych studentów i studentek UW. Przyszło nie za wiele osób (6?) co jest okej (8.00 rano robi swoje), ale nie jest okej, że nie zjawiły się osoby, które tak o te warsztaty walczyły i za nimi optowały. To mi się nie spodobało i mam zamiar na ten temat z nimi rozmawiać. Same zajęcia chyba wyszły nieźle. Zmusiłem ich, żeby rano się trochę rozruszali, pochodzili, coś zrobili, pomyśleli… Jak warsztaty, to warsztaty. Ja jestem w miarę zadowolona.

Potem zajęcia (wykład! Poszłam na wykład!) i wizyta u fryzjera (nareszcie!). I przed południem wróciłem do domu, odpocząć. Zdrowie nie daje wytchnienia, cały czas coś. To naprawdę stresujące i męczące. Tym bardziej, że wieczorem musiałam się wybrać znów na UW. Ważne spotkanie – komitet naukowy konferencji i komitet organizacyjny konferencji razem wzięte. Fajne spotkanie, tak wyszło, że ja w sumie prowadziłam je jakoś. No, niech będzie.
Są pewne decyzje, są pewne niewiadome. Plus jest taki, że Zarząd Samorządu Studentów UW podjął decyzję o udostępnieniu nam sali 200 na czas konferencji. To mnie cieszy, bo – prawdę mówiąc – myślałam, że odmówią. Nie będę Was zadręczać szczegółami, ale generalnie jest sporo do ogarnięcia, najgorzej jest, ma się rozumieć, z kasą. Ale damy radę jakoś. Na razie nie myślimy o pieniądzach na publikację, ale w przyszłości trzeba będzie też o to zawalczyć. Ale to potem, po konferencji, po wszystkim. Spotkanie udane, miłe i dość konkretne w ostateczności.

A zaraz stamtąd Łukasz podwiózł mnie na Bemowo, gdzie mieliśmy spotkanie grupy logistycznej Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. Może ja nie do końca logistyką się zajmuję, ale ważny był mój udział a propos Komitetu Honorowego Parady i w ogóle. Spotkanie długie, męczące, ale konkretne w sumie. Udało się nam pewne rzeczy ustalić, dopiąć i postanowić. M.in. to, że pojadę do Berlina. Ponieważ cały marzec to weekendowe wypady kilku osób do Niemiec, gdzie z tamtymi organizatorami parad będziemy rozmawiać. I żebym ja też raz pojechała, do Berlina. No okej, lubię to miasto, chętnie. Przy okazji znów się tam pobawię, wiec jestem na tak.

Czwartek spokojny, z zakończeniem miłym. Adam wpadł. Mieliśmy ciche dni od czasu naszego ostatniego spotkania. W ogóle mam wrażenie, że coś się nie-tak dzieje w tej relacji. Nie potrafię powiedzieć co i dlaczego. Nie wiem. Ale coś wyraźnie jest nie tak. Wizyta Adama zresztą też średnio, moim zdaniem, udana. Miał wpaść, żebyśmy rozmówili sytuację a skończyło się na pieprzeniu głupot, zajmowaniu się duperelami i Adama SMSowaniem i facebookowaniem. Potem na ten temat mieliśmy długą wymianę wiadomości na Facebook. Kto co kiedy i gdzie. Bez sensu trochę. W sensie, że przez Facebook bez sensu. Bo ja, owszem, jestem za rozmówieniem wszystkiego, ale na żywo.
W piątek czułam się już naprawdę podle. Źle. Angina, to było oczywiste, bo przy łykaniu śliny czułam setki szpilek wbijających mi się w gardle. Najgorsza była perspektywa tego dnia – wyjazd do Łodzi. Zanim jednak to nastąpiło, miałam spotkanie w urzędzie dzielnicy Ursynów. Chodzi o pewne wydarzenie, które Queer UW miałoby dla dzielnicy zorganizować. Ja jestem na tak, potem się okaże, że QUW też. Więc fajnie, zapowiada się pracowity ale i fajny czas. Z dobrymi efektami, mam nadzieję. Czerwiec będzie megazajęty. Na razie bez szczegółów, bo trwa ustalanie, ale nie jest to rzecz do ogarnięcia „na już”.

Prosto z urzędu Łukasz zawiózł mnie na dworzec centralny. Pociąg do Łodzi. Jechałem tam jako „plan awaryjny” firmy, z którą współpracuję. Mimo anginy. Skoro bowiem ja jestem plan awaryjny, to nie mogę już wystawić ich w takiej sytuacji. Pojechałam, taxi do teatru, w którym musiałam się zjawić. Okazało się, co zabawne znów, że osobą odpowiedzialną za to ze strony klienta jest… moja koleżanka ze studiów. Znów: świat jest mały. Ostatecznie wszystko się udało. Bez większych wpadek. Ludzi w miarę było, więc nie narzekam.
Na całe wydarzenie zaprosiłam też swoją znajomą Gośkę. A jej córka była hostessą :) Więc sami swoi, wszystko w rodzinie. Początkowo mój plan był taki, żeby prosto z teatru iść na jakąś imprezę. Ale… to było zanim angina mnie zmiotła. Było naprawdę, naprawdę źle. Gardło mnie dobijało. Więc tylko do Gośki się dostałem i padłem spać. Rano nie mogłem mówić. Ale tak dosłownie. Migdały miałam tak powiększone, że nie mogłam wydać z siebie dźwięku. Jakoś się zmusiłam do rozgrzania gardła i umówienia się na wizytę do lekarza. Chuj, że sobota. Muszę. 120 zł.

Dotarłam do Warszawy jakoś w południe. Przed 14.00 byłam już u doktora. Antybiotyk, zwolnienie, opierdol na koniec :) Ale przynajmniej wiem, że coś mi pomoże. Więc poszłam spać.

Wieczorem miałam w planach urodziny Kejt, ale szans nie było. Ból, temperatura, brak mowy i… oczywiście, nadal wysypka i swędzenie. Więc wyobraźcie sobie jak zdychałam na maksa. Wieczorem, po moim SMSie, odwiedził mnie Filip. Miło, że tak reaguje na moje prośby :) A potem – to niespodzianka w sumie – pojawił się niezastąpiony Marcinek. Z zupą-kremem z porów. On chorował na anginy kilka lat, więc wie, co dobre i co się da zjeść w tym stanie. Chcę publicznie tutaj mu oficjalnie podziękować, że zawsze się zjawia. Zawsze kiedy zdycham w łóżku z jakiegoś powodu, on przybywa, pociesza, rozśmiesza, zabawia, opowiada, gotuje, kuruje, kupuje, przynosi… Aż mi głupio czasem, naprawdę. Bez słowa mojej nawet sugestii, że byłoby miło, gdyby się zjawił…

W niedzielę kolejne odwiedziny. Tym razem Adaś, który poszedł mi nawet małe zakupy zrobić a potem moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem). Fajnie, że ktoś wpada, posiedzi, a ja mam się komu wyżali i ponarzekać na to, jak mi źle. Dla mnie to – wstyd się przyznać – ważne. Lubię opowiadać innym jak to mi źle, to mi pomaga. Zawsze w dzieciństwie mama pytała mnie: „Ale po co mówisz mi znów, że ci źle? Przecież wiem, że cię boli. Pomaga ci to?” A ja odpowiadałam: „No tak. Właśnie pomaga.” I wtedy słuchała dalej.

I tak mijały mi te dni. Ja leżę i zdycham (nawet do komputera starałam się nie podchodzić!) a inni mnie odwiedzają. W przerwach śpię i czytam Girarda, który mnie wkurza :) Produktywność: zero. Możliwość skupienia się na czymś: zero. Tragedia.
W poniedziałek odwiedził mnie najpierw Filip, który prosto ze szkoły do mnie przyszedł i po drodze chinkę jakąś zaliczył, racząc mnie w ten sposób obiadem. A potem Adaś wpadł, ale znów to spotkanie wyszło nie-tak. Może to jest tak, że już nie będzie tak, jak kiedyś i to jest ok?
Jakby tego było mało, tego dnia Tomeczek się wyprowadził ode mnie. 28 lutego. Zostawił jeszcze kilka mebli, za zgodą Michała no i wciąż nie oddał mi kasy, na którą – nie ukrywam – czekam. Więc wszystko takie w zawieszeniu. Tę dobę mieszkałem sam. Po raz pierwszy od dawna. Bo Michał 1 marca też wybrał godzinę na wprowadzkę nienajlepszą. Jakoś koło 22 czy coś. Wcześniej więc odwiedziłam przychodnię. Udało mi się zaliczyć mojego lekarza poz (przedłużenie antybiotyku, kontrola w poniedziałek konieczna) oraz dermatologa (bakteryjny charakter wysypki, antybiotyk do smarowania, wizyta w piątek, jeśli swędzenie nie przejdzie).
A wieczorem – zamieszanie wprowadzkowe. Znów razem, śmiesznie wyszło to wszystko.

Środa spędzona w domu… Zdychanie, ciąg dalszy. Ale wzięłam się za ogarnianie. Maile powysyłane, wiadomości napisane, coś tam załatwione, jakieś wyceny, prezentacje, propozycje… coś już muszę robić, bo raz, że oszaleję a dwa, że zaległości mnie potem dobiją.
Rozrywką większą był czwartek, bo to Tłusty. Kupiłam, co trzeba i do dzieła! Zrobiłam faworki. Ludzie poumawiani mieli wpaść i je zjeść. Wpaść, wpadli. Ze zjedzeniem było gorzej. Najpierw o 16.00 pojawiała się Kasia Ewa, Paweł i Marcinek. Nielicznie, ale miło. Kasia zrobiła masakrycznie pyszne ciasto! Przepyszny jabłecznik! Zostawiła je potem dla innych gości, którzy się na noc zapowiedzieli. Strasznie fajnie, że są jeszcze ludzie, którym się chce :)

Potem spotkanie Queer UW. Najchętniej bym je odwołała, ale nie da się. Za dużo rzeczy do zrobienia. I terminy nas gonią. Więc, chcąc nie chcąc, musiałam ruszyć dupkę z domu. Na UW. Najpierw godzinne spotkanie komitetu organizacyjnego konferencji „Strategie queer” i podział obowiązków koordynacyjnych a potem już samo spotkanie Queer UW. Poszło nieźle w sumie. Chociaż, przyznać muszę, dobrze byłoby, gdyby było nas więcej na tym spotkaniu. Omówione, co miało być. Decyzje zapadły, dzieje się.
Szybki powrót do domu. Bo tutaj goście! Ze mną Ewa i Paulina od razu pojechały.

A wieczorem wpadli Gacek, Filip, Kuba Po Prostu, Tomeczek, Paweł, Pola, Adam Ł… Fajnie, fajnie. Tłoczno, zabawnie, śmiesznie. Oczywiście mama mnie potem opierdalała przez telefon, że nie powinnam przebywać z innymi ludźmi tyle, bo jestem osłabiona i ich zarazki mogą mnie dobić. Pewno ma racji trochę. No, ale co ja na to poradzę, że uwielbiam ludzi? :)
Filip został na noc.

Piątek spędzony w domu. Umieralnia się tutaj robi powoli :) Wpadłam do dermatolog, bo swędzenie nie minęło. Obejrzała, stwierdziła, że to teraz już głównie mechaniczne uszkodzenia. W sensie, że od drapania. I przepisała coś łagodzącego, z czego odczytaniem w aptece pan miał potem problemy. Więcej do tej pani nie pójdę. Jeśli do poniedziałku-wtorku nie zauważę znaczącej poprawy, umawiam się gdzieś prywatnie. Bo tej pani szanse się wyczerpały.
Wpadł Filip wieczorem przed wyjściem do klubu. Lekko próbował mnie namówić, ale wiedział, że to skazane na niepowodzenie przedsięwzięcie, więc nie wysilał się za bardzo. I dobrze. Ja naprawdę chcę wyzdrowieć. Mam dość, mam dość. Jak pomyślę, że miałabym spędzić jeszcze jeden tydzień w łóżku z bolącym gardłem i wysypką, to mam dość. Dlatego Filip sam poszedł do klubu. Spotka tam na pewno znajomych, o to się nie boję. Wychodził w nienajlepszym humorze, bo znów złapał ten swój humor, którego nie lubię u niego. Ale nie będę w szczegóły wchodzić.

Sobota mija spokojnie. Siedzę, piszę, coś tam ogarniam od rana. Nadal chora. O 17.00 na UW mam wybory do Rady Wydziału Filozofii i Socjologii UW z ramienia doktorantów. Muszę się więc tam pofatygować.

Mówiłam, że to długie nie-pisanie nie wydłuży blotki? Co tu pisać, skoro głównie śpię i umieram…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm