RSS
 

Notki z tagiem ‘dieta’

Dwa Miesiące Bez Alkoholu

25 wrz

Do 1 października trwają w moim życiu Dwa Miesiące Bez Alkoholu. Pierwsze takie ever. Zawsze pytacie mnie: po co się tak męczysz? Ano mam swoje powody.

Ja i wódka

Ja i wódka

Po pierwsze: wcale się nie męczę. Zakładanie, że wytrzymanie dwóch miesięcy bez alkoholu jest dla mnie jakąś męczarnią i wyrzeczeniem, jest błędne. Wiecie, że lubię alkohol, ale nie na tyle, żeby mieć problem z jego niepiciem. Przynajmniej na razie ;) Tak więc to chcę wyjaśnić na samym początku: to nie jest „męczenie się”. Jasne, jest to pewne wyrzeczenie. Wynika ono, co wiele razy Wam podkreślam, z faktu braku dobrych imprez w Warszawie. Gdy w stolicy były miejsca, gdzie można było poddać się muzyce i dać jej się nieść przez wiele godzin, nie potrzeba było alkoholu. I tak bawiłam się przez wiele, wiele lat. Aż nadszedł krach, dobre imprezy poszły w zapomnienie i zostało nam upajanie się wódką. Ale to inna historia.

Miesiąc Bez Alkoholu to kultywowana przeze mnie doroczna tradycja. Staram się spędzić choć jeden miesiąc całkiem na trzeźwo. Zasadniczo po to, by sprawdzić, czy jeszcze potrafię. Jestem z rodziny, w której zdarzały się problemy z nadużywaniem alkoholu (zresztą kto w Polsce nie jest?), więc obawiam się, że mogę mieć genetyczne skłonności do tego, by nadużywać lub uzależnić się od alkoholu. Miesiąc to dla mnie czas, gdy mogę przekonać się, jak to ze mną jest. I bardzo lubię, jak w czasie takiego Miesiąca znajdzie się zawsze ktoś, kto namawia mnie na drinka czy dwa słowami: „nikomu nie powiem”. To nie chodzi o mówienie innym. W trakcie Miesiąca Bez Alkoholu nie chodzi o to, żeby pokazać innym, że nie piję. Chodzi o mnie. O udowodnienie sobie, że potrafię nie pić przez ten czas.

Oczywiście, w miarę upływu czasu, do powodu – nazwijmy go – ideologicznego, doszły inne.
Po pierwsze: dietetyczny. Nie ukrywam, że wódka ma dużo, dużo kalorii. Zwłaszcza jak pije się jej tyle, co piję ja. Za kołnierz nie wylewam, to fakt. Wieczorny drink to dla mnie tradycja. Jeden, dwa, czy trzy… Kiedyś stresowałem się tym, ale wówczas jeden z wykładowców Uniwersytetu Warszawskiego uspokajał mnie: „nie martw się – w Polsce cała klasa średnia tak pije”. No więc cóż… skoro aspiruję, to mam za swoje ;) Poza tym, czego nie sposób nie zauważyć, w ostatnim czasie przytyło mi się trochę, więc staram się jednak uważać na kalorie. A 40 ml wódki to około 100 kcal. Żadna impreza nie kończy się na 40 ml wódki, prawda?
Po drugie: finansowy. Imprezowanie jest kosztowne. Zdałam sobie ostatnio z tego sprawę – wszak obchodziłam swoją tysięczną imprezę w stolicy. Załóżmy, że na każdej imprezie wydaję średnio 100 zł. To oznacza, że w ciągu tych lat w Warszawie, udało mi się przeimprezować sto tysięcy złotych. To niemało, prawda? A i to przy założeniu, że średnia wydana przeze mnie kwota to 100 peelenów na noc… Jak prawdziwe jest to założenie, ciężko powiedzieć. Zdarzały się imprezy, na których wydawałam 0 zł, a i takie, gdzie liczby były wielokrotnością stówki. Do tego dochodzą wszystkie „okołoimprezowe” wydatki. Taksówki, zniszczone buty, zgubione okulary, skradzione telefony, koszty leczenia angin i przeziębień… I tak dalej, i tak dalej.
Po trzecie: zdrowotny. Związany z dietetycznym. No bo jednak alkohol osłabia odporność, prawda? A ja mam tendencję do łapania angin. W klubach zaś szkło myte jest… no, różnie ;) Więc wystarczy jeden czy dwa szoty z niedomytego kieliszka i migdałki załatwione. Poza tym, skoro staram się biegać i jeździć na rowerze oraz nie jeść po 17:00, to jednak nie pasuje do tego upijanie się, prawda?

To wszystko decyduje o tym, że ja decyduję się na Miesiąc Bez Alkohlu.
Dwa Miesiące Bez Alkoholu to jednak nowość.

I muszę przyznać, że wyglądają one też nieco inaczej. Przede wszystkim, z racji tego, że zaliczyłam już Miesiąc Bez Alkoholu w tym roku, to pozwalam sobie na więcej. W trakcie tych Dwóch Miesięcy, zdarzyły się trzy bardzo wyjątkowe okazje, kiedy nie mogłam sobie odpuścić. Co do zasady bowiem, w trakcie Miesiąca Bez Alkoholu namawiacie mnie na picie, bo są urodziny, imieniny, parapektówka czy inna okazja. Bez urazy, ale to za mało. Urodziny, imieniny i parapektówka będą także za rok, za dwa i za lat pięć. Ale w trakcie Dwóch Miesięcy zdarzyło się coś, co nie powtarza się tak często. Po pierwsze: moja najprawdopodobniej ostatnia wizyta we Władysławowie w restauracji Marcinka. Oto bowiem okazuje się, że najpewniej więcej już nie będę miała okazji być tam kelnerką/barmanką. Po kilku latach zabawa się skończyła. Więc pożegnania nadszedł czas w tym roku. Okazja nie do powtórzenia za rok, dwa czy pięć. Drugą okazją był mój powrót na przegląd teatralny Bramat w moim rodzinnym mieście. Jakieś 10 lat temu rozstałem się z tym wydarzeniem, z którym związana byłam przez kilka lat od strony dziennikarskiej najbliżej jak się da. W tym roku przypomniano sobie o mnie, dyrektor artystyczny zaprosił mnie do odtworzenia tego, co działo się te 10 lat temu. Okazja nie do powtórzenia… No i ostatnie wydarzenie: #1000party. Tutaj nie ma wątpliwości, że musiałam się napić. Z tego powodu załatwiłem sobie nawet dyspensę od biskupa – żeby podkreślić, że to naprawdę wyjątkowe wydarzenie, planowane od bardzo dawna i wyczekiwane przeze mnie.

Tak więc te Dwa Miesiące Bez Alkoholu są jednak trochę inne. I nie ukrywam, że tym razem powód był głównie finansowy. Tak się bowiem złożyło, że jakiś czas przed rozpoczęciem, miałam nieplanowane spore wydatki. I spowodowało to konieczność znacznego wykorzystania kredytu odnawialnego, jaki mam przy koncie bankowym. Więc jedynym sposobem na odbicie się, jaki wpadł mi do głowy, było jednak oszczędzenie na piciu… Bo jednak wydawane przeze mnie na alkohol i imprezy miesięcznie kwoty są spore. Dwa Miesiące wydawały się dobrym sposobem. I nawet, gdy folgowałam sobie w wymienionych sytuacjach, to wydatki moje były zerowe lub prawie zerowe. I przyznam, że co do zasady: sprawdziło się, udało się. Ale…
Pojawia się małe „ale”, oczywiście. Bo #1000party za darmo się nie zrobiło. Od takich drobnostek jak wydrukowanie zaproszeń, czy plastikowych kubków z logotypem imprezy, to jednak koszta, koszta. I po zsumowaniu małych kwot, wyszło na to, że jednak ostateczny wynik Dwóch Miesięcy Bez Alkoholu nie będzie taki pozytywny. Nic to jednak, nie poddaję się i wierzę, że dzięki pewnym innym działaniom, wyjdę na swoje.

1 października kończą się moje Dwa Miesiące Bez Alkoholu. To znaczy, że najbliższy weekend przede mną jeszcze na trzeźwo. A potem… potem pewno powoli wejdę w swój stały rytm. I tak, jak znam życie, do maja. Bo wówczas znów zacznę Miesiąc Bez Alkoholu. Do czego i was zachęcam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na diecie jestem. Znów

14 wrz

 

Taka nie będę... (fotomontaż wysłany przez znajomego na facebooku)

Taka nie będę... (fotomontaż wysłany przez znajomego na facebooku)

 

To nie jest tak, że ja lubię się odchudzać. Nie lubię, nawet bardzo czasami. Każda dieta oznacza bowiem nie tylko ilościowe, jakościowe lub ilościowo-jakościowe ograniczenie jedzenia ale na dodatek przymus drastycznego zmniejszenia ilości spożywanego alkoholu.

W swoim życiu przeszedłem bardzo, bardzo, bardzo wiele diet. Zwłaszcza w okresie, gdy miałam 15-18 lat. To był czas, gdy stwierdziłem, że zacznę się odchudzać. Bo, czego może nie wiecie, byłem wówczas bardzo gruby. Moja rekordowa waga w tym okresie wynosiła 98,5 kg (jakieś pół roku przed ukończeniem liceum). To dużo. Miałem nie tyle nadwagę, co zaczynałem być otyły. W sumie – teraz, gdy o tym myślę – może lepiej było żreć dalej i tyć, bo otyłych można leczyć operacyjnym zmniejszaniem żołądka a to na pewno zmniejszyłoby moje problemy z wagą… No, ale trudno. Wzięłam się za siebie i w ciągu pół roku zrzuciłem wówczas ponad 27 kg.

Oczywiście, to było już jakiś czas temu. Od tego czasu moja waga waha się. Raz rośnie, raz spada. Rośnie nie tylko dlatego, że pozwalam sobie na różne jedzeniowe przyjemności, które niosą za sobą konsekwencje, ale także z powodu alkoholu. Każda porcja whisky ma ok. 110 kcal (wódka bardzo podobnie). Do tego dochodzi ok. 100 kcal w szklance coli. W sumie ponad 200 kcal w jednym napoju. A ile takich drinków potrafię wypić w ciągu jednej nocy? Na biforze ze 3-4, czasem 5. W klubie kolejne 4-5. Mamy więc spokojnie od 7 do 10 drinków po 200 kcal każdy. To nam daje 1400-2000 kcal w ciągu jednej nocy. A jak ciocia JP wpadnie w cug imprezowy, to potrafi takich nocy zaliczyć kilka w tygodniu… Nawet zastąpienie coli jej bezcukrowym odpowiednikiem oznacza spadek ilości przyjmowanych w ten sposób kalorii jedynie o połowę (czyli do 1000 kcal na noc). A więc też za dużo. Wiem o tym, zdaję sobie z tego sprawę. A że po alkoholu czasem ma się gastrofazę, to nie muszę chyba dodawać?

Diety jakie przechodziłem w życiu były różne. Pomijam te z okresu, gdy miałam 15-18 lat, bo to było szaleństwo, które nie na wiele się zdawało. Najpopularniejszą ostatnio dietą była, oczywiście, białkowa. Zwana też dietą dra Dukana. Been there, done that. To naprawdę skuteczna dieta. Naprawdę dobra – w sensie, że skuteczna. Zrzuca się szybko i zgodnie z planem. Jej problem polega na tym, że jest nie-najtańsza oraz że dość monotonna. A przez to trudna. Nie miałam z tym problemu, bo gdy zaczynam dietę na poważnie, moja motywacja jest na tyle duża, że daję radę bez problemu. Plusem diety białkowej jest także nieograniczona możliwość spożywania dozwolonych produktów. Mówiąc krótko: można żreć do woli. Niemniej jednak, zdaję sobie sprawę także z tego, że to bardzo wyjaławiająca dieta. Taka, która nie służy zdrowiu. Nie jest zbilansowana, może szkodzić nerkom i nie tylko.

Dlatego teraz zdecydowałem się na bardzo zrównoważoną dietę – tzw. dieta 1500 kcal. Pewno wszyscy słyszeli o diecie 1000 kcal, ale ja wiem, że to dla mnie poziom nieosiągalny. Nie będę w stanie funkcjonować poprawie jedząc jedynie 1000 kcal dziennie. Tzn. teraz, póki wrzesień, pewno dałbym radę, ale dieta do końca września się nie skończy i potem będzie trudniej, bo wrócę do w miarę normalnego życia codziennego. Tak więc zdecydowałam się na 1500 kcal. Na razie, na próbę, przez 2 tygodnie. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Zakłada się, że w tym czasie powinnam zrzucić ok. 2 kg. Wydaje się, że to niewiele, ale uwierzcie mi – zauważę to. Znam swoje ciało na tyle dobrze, że każde pół kilograma zauważam. Dlatego nawet się nie ważyłem przed początkiem diety. Za bardzo się boję. Na wagę wejdę po 2 tygodniach, żeby ocenić, ile jeszcze muszę zrzucić. Bo zakładam, że dieta efekt przyniesie.

Jest rozpisana na 5 posiłków dziennie (zdrowo: śniadanie, II śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja). Nie wolno, oczywiście, jeść zbyt późno (2 godziny przed snem), ważne jest regularne odżywianie a rozpisana jest bardzo racjonalnie – są dobre proporcje węglowodanów, tłuszczów i białka. Takie zdrowe proporcje. Więc wiem, że mi nie zaszkodzi. Istotne jest, ma się rozumieć, ograniczenie spożycia alkoholu. W moim przypadku niemożliwe raczej, więc po prostu drastycznie ograniczam jego spożycie. Zaczęłam tydzień przed dietą. Teraz piję max 3 razy w tygodniu (przez ostatnie miesiące piłam 6-7 razy w tygodniu) oraz staram się nie szaleć z ilością (poza minionym piątkiem, kiedy byłam na imprezie pierwszy raz od miesiąca!). Być może jeszcze mocniej ograniczę picie – to zależy od efektów aktualnej diety.

Dieta 1500 kcal ma ten plus, że są gotowe zestawy na cały dzień do znalezienia w sieci. Nie trzeba liczyć ile co ma – wystarczy stosować się do tego, co ktoś zapisał. Plusem jej jest także duże zróżnicowanie. Są w niej warzywa, owoce, nabiał, trochę pieczywa nawet… Oczywiście, w proponowanych jadłospisach są też rzeczy, których nie jadam, nie lubię albo nie chcę jeść (np. kiwi, którego nienawidzę; sok wielowarzywny, który wywołuje u mnie wymioty albo pumpernikiel, za którym nie przepadam), ale wówczas mam chwilkę, żeby znaleźć zastępnik jakiś i z niewielką poprawką menu jest idealne!

Mój metabolizm zawsze był słaby i zawsze miałam z nim problemy. Na diecie jestem dopiero 4 dni, więc dam sobie trochę czasu jeszcze, ale jeśli za 3-4 dni się nie poprawi, to mam zamiar wspomóc się jakimiś delikatnymi tabletkami. Najpewniej ziołowymi jakimiś. Kiedyś brałam, trochę pomagały. Na razie czekam jeszcze, daję chwilę organizmowi na przestawienie się.

Oczywiście, najpewniej będzie także, że po jakiś 2-3 miesiącach odchudzania (przy widocznych, tak zakładam, efektach!) poluzuję sobie rygor i będę w stanie znów jeść trochę niedobrych dla ciała rzeczy. Znów przytyję. Potem przejdę na dietę. Potem przytyję… I tak dalej, i tak dalej… Moja waga się waha i muszę do tego przywyknąć. Ale nadal mnie to denerwuje. Wolałabym mieć taki metabolizm jak inni, którzy jedzą co i ile i kiedy chcą a nadal noszą rozmiar S. Zazdroszczę, tak szczerze.

Finanse nie pomagają. Mam teraz nie najłatwiejszą sytuację a diety kosztują. Był czas, kiedy jadałam niezdrowo, bo tak było taniej. Więc sami widzicie, że nie jest różowo.

Aha! I NIGDY ale to PRZENIGDY nie mówcie „kochanego ciała nigdy za wiele”. To najgłupszy tekst na świecie. Oczywiście, że czasem za wiele! Wcale nie pocieszacie tym osoby tyjącej/odchudzającej się a co najwyżej powodujecie u niej większego wkurwa. Osoby grube – wiem, bo byłem nią przez wiele-naście lat – nie lubią swojego ciała. Czasem nienawidzą. Gardzą nim. Zazdroszczą szczupłym. Są zdenerwowane, gdy nie mogą schudnąć. I nawet jak są już chude, to NIGDY nie przestaną czuć się grubo. Nigdy. Ktoś, kto nie miał dużej nadwagi NIGDY tego nie zrozumie. Naprawdę, nigdy. Więc uwierzcie mi, że nie pomagacie, gdy coś takiego mówicie.

Podobnie, jak wówczas, gdy mówicie mi: „nie, no coś ty, nic nie przytyłeś” albo „no coś ty, wcale nie jesteś gruby”. Jestem. Zawsze już będę. Choćbym i ważyła 50 kg, we mnie, w mojej głowie, zawsze będę już grubą świnią, która nienawidzi swojego ciała. Nic tego nie zmieni. Poza tym NAPRAWDĘ znam swoje ciało na tyle, że wiem, kiedy tyję. Widzę, gdy przybędzie mi pół kilograma i cycki powiększają się nieznacznie. Nie potrzebuję wagi, żeby określić ile ważę, ile tyję i ile chudnę. To obsesja, jaką duża część grubych (lub eksgrubych) osób będzie mieć do końca życia. Pogódźcie się z tym.

A żeby udowodnić Wam, że tyję, mam taką niespodziankę: kilka zdjęć moich zestawionych chronologicznie. Pierwsze z nich pochodzi jakoś z 2007 roku, ostatnie zaś sprzed tygodnia czy dwóch.

 

Kliknij, aby powiększyć

Kliknij, aby powiększyć

 

 

Dla ciekawskich: przykładowe menu na jeden dzień (u mnie będzie to dzień 14. diety) – poniżej.

Śniadanie (450 kcal):
Sardynka w pomidorach (100 g), pumpernikiel 2 kromki, sałata, seler naciowy (50 g), cykoria (100 g), sok pomarańczowy

Drugie śniadanie (112 kcal):
Jogurt naturalny 2% tłuszczu (100 g), płatki żytnie (5 g), płatki jęczmienne (5 g), kiwi (50 g)

Obiad (525 kcal):
Zupa ogórkowa (250 g), naleśniki z serem 2 sztuki (160 g), truskawki (160 g)

Podwieczorek (112 kcal):
Chleb chrupki pełnoziarnisty, szynka wołowa 1 plasterek, szok wielowarzywny (250 g)

Kolacja (300 kcal):
Chili bezmięsne: fasola czerwona sucha (60 g), cebula 100 g, pomidor (130 g), papryka zielona (100 g), koncentrat pomidorowy (10 g), przyprawy

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chwilowy powrót Utopii, ocalony napis, Eva Mendes i Wayne’s Coffee

15 sie

Zaskoczyła nas Utopia, nie ma co! Nas jak nas – raczej na plus i radośnie. Gorzej z tymi, co już się chcieli koronować po jej zamknięciu przy Jasnej 1. A są tacy – bo jak tylko padła informacja, że Utopia z Jasnej 1 musi się wynieść, to się rozdzwoniły telefony, wypełniły skrzynki mailowe i różne takie. Wszyscy nagle zainteresowali się djami i barmanami z Utopii. Nic dziwnego, są dobrzy. A tu proszę, taki psikus! Udało się wynegocjować jeszcze dwa tygodnie imprez przy Jasnej. I to oznacza, że cztery aftery po zamknięciu muszą się odbyć, jak przystało na jeden z najlepszych klubów w tej części Europy. Ale o tym zaraz.

W środę wybrałam się do kina. Rzadko chodzę na pokazy prasowe, bo zazwyczaj nie mam czasu. Coś mam zawsze wówczas na głowie. Ale nie tym razem. Udało mi się tak poukładać, że dało radę się wybrać na „Złego Porucznika”. Film Wernera Herzoga z Nicolasem Cagem, Evą Mendes i Walem Kilemerem. To już dużo mówi. Chociaż, jak to bywa z amerykańskimi produkcjami – nigdy nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Pierwsza rzecz: film jest dość długi, bo trwa dobre dwie godziny. Ale – i mówię to z całą odpowiedzialnością – nie czuć tego w ogóle w kinie. Nicolas Cage w tytułowej roli dał z siebie wszystko. Skacze, jeździ, pije, pali, ćpa, ratuje życie, rujnuje życie… Historia rozpoczyna się tuż po przejściu przez Nowy Orlean huraganu Katrina i opowiada o człowieku, któremu jeden skok do wody zmienił całe życie. Dostał awans, ale dostał także strasznych bólów pleców. I tu jest pies pogrzebany. Jako porucznik zaczyna nie tylko śledzić morderców czarnoskórej rodziny ale także wykradać narkotyki z policyjnego magazynu. I idzie mu to całkiem nieźle. Jak zwykle jednak, do czasu. Zaczepia prostytutki, okrada ludzi złapanych na posiadaniu najmniejszej nawet ilości narkotyków (z tychże narkotyków) a dodatkowo zastrasza klientów swojej dziewczyny-prostytutki. Ostatecznie wplątuje się w sytuację bez wyjścia, gdy zaczyna grać na dwa, trzy… on chyba sam nie wie na ile frontów. A taka gra nie może skończyć się inaczej jak tylko prawdziwą masakrą w dosłownym tego słowa znaczeniu. I marszem dziwnych zwierząt, które w narkotycznych wizjach policjanta muszą się czasem pojawić.
Dobra obsada aktorska – genialny Cage, za słabo wykorzystany Val Kilmer, piękna Eva Mendes czy też słynny raper Xzibit w roli „tego złego” Big Fate’a. Odjechane obrazy w czasie narkotycznych tripów głównego bohatera Terence’a McDonagha i naprawdę ciekawa fabuła sprawiają, że wszystko ogląda się po prostu dobrze. I nie jest to zwykła historia o policjancie, który się stacza. Nie jest to nawet zwykła historia, choć reżyser pogrywa sobie z nami nieźle, gdy naśmiewa się z koncepcji klamry kompozycyjnej otwierającej i zamykającej dzieło. Tak naprawdę to film o… no właśnie, trudno wskazać jeden element, o którym mówiłby „Zły porucznik”. A może tak naprawdę ma nie mówić o niczym? To wie już tylko Werner Herzog, którego talent reżyserski objawia się w tym filmie w najlepszym wydaniu. Cała fabuła nie jest smutna. Nie jest w zasadzie też wesoła (choć zdarzyło mi się kilka razy uśmiechnąć). Jest taka jak życie – wielokolorowa. Albo w wielu odcieniach szarości, jak kto woli. Dlatego „Złego porucznika” mogę polecić z czystym sumieniem.

Potem dyżur w firmie zaprzyjaźnionej, do której – to już ostatecznie potwierdzone – udało mi się ściągnąć Rafała. Czyli takiego jednego pederastę, którego w zasadzie słabo znam, uważam za atrakcyjnego i tyle. Od poniedziałku będzie siedział… dokładnie naprzeciwko mnie. To też spore zaskoczenie, bo początkowo myślałam, że będzie dwa piętra nade mną. Okazało się jednak, że to nie tak. No i w sumie okej. Chłopak wydaje mi się okej i mam nadzieję, że da radę. Chociaż podpadł mi w ten weekend. Zapowiadał bowiem, że raczej wpadnie na b4 do mnie w piątek. A wiecie, że ja nie lubię jak ktoś potwierdza lub sygnalizuje przybycie a potem nagle, bez ostrzeżenia, się nie zjawia. Nie lubię tego bardzo. Prawie tak samo jak braku reakcji na zaproszenie ode mnie tudzież na klikaniu w zaproszeniu na odpowiedź „Może”. Że może to ja wiem przed wysłaniem zaproszenia! Po to je wysyłam, żeby wiedzieć Tak czy Nie. No, ale nie o tym teraz miało być :)
Więc w zaprzyjaźnionej firmie aktualnie zajmuje się głównie robieniem stron internetowych. Ja wiem, nie wiedzieliście może, że to potrafię… ale owszem, potrafię. Nie jestem może jakiś top-web-master-of-the-world, ale coś tam, coś tam potrafię ogarnąć. I ogarniam. Zamysł jest taki, że mam się wdrożyć w produkcję niemalże masową, żeby za jakiś czas mieć gotowe około 20 stron. Ale to powoli, bo jednak przygotowanie każdej chwilkę mi zajmuje.

Po tej chwilce miałam spotkania w Wayne’s Coffee. Jedno – z Abiektem, drugie – z Hugo. Takie tam, jak zawsze, ciotohistorie. Pogadać chciałam z jednym i z drugim o różnych rzeczach. Oczywiście, co było do przewidzenia, musiało się coś stać. I właśnie w tym momencie gruchnęło, że Utopia działa jeszcze dwa weekendy. Więc było to tematem numer jeden, jak łatwo się domyślić ;)
To, czego obawiałam się najbardziej, to że odezwą się znowu ci, co mówili, że to tylko chwyt marketingowy. Bo takie głosy pojawiły się już w sobotę, jak ogłoszono zamknięcie Jasnej 1. A to przykre dla mnie, bo wyobraźcie sobie, jak czuć musieli się najbliżsi Michaela Jacksona, gdy po jego śmierci ktoś mówił, że to tylko chwyt marketingowy. Ja wiem, że może porównanie z rodziną jest za mocne, ale jednak… Na szczęście jednak raczej pozytywnie reagowali wszyscy na to. No i jak siedziałam z Hugo, to się rozdzwoniły telefony – wszyscy chcieli mi powiedzieć lub zapytać się czy to prawda. Tak, to prawda. Tak, wiem ;)
Potem jeszcze zaszliśmy z Hugo do Utopii zobaczyć co się dzieje i pogadać sobie. I odzyskałam napis „UTOP!A FOREVER” za co Maciusiowi dziękuję! Zapomniałam o nim po zamknieniowej imprezie i bałam się, że go stracę na zawsze. Ale jest! Ocalał! :)

A pod sam wieczór odwiedziłam moją przyjaciółkę Gacek. Bo ona w szale pakowania i w szale byłego :) Z jednej strony ma bowiem jechać na tygodniowe wakacje w Afryce a z drugiej strony – jedzie tam z facetem, z którym się rozstała dość nieładnie ze dwa dni wcześniej. Więc sytuacja niełatwa. Muszę ją wspierać.
Pakowanie szło jej jako tako, tym bardziej, że cały czas coś ją rozpraszało. A to ja, a to telefon, a to Facebook, a to Kasiaspyrka… Ja cieszę się, że ostatecznie oddałam mu spodnie, które od niego na wesele brata pożyczyłam. Odebrałam je z pralni nareszcie i mogłam mu dać. Z podziękowaniem, ma się rozumieć!
Do domu wróciłam wyjątkowo późno, jak na wakacje.

Dużo śpię ostatnio. Nie wiem czy męczy mnie pogoda (jest ZA GORĄCO!) czy też dieta. Bo – musicie wiedzieć – dieta białkowa jest bardzo skuteczna, ale bardzo trudna i obciążająca dla organizmu. Nie tylko dlatego, że musi poradzić sobie z wyjątkowo wysokobiałkowym jedzeniem, ale też dlatego, że dostarcza mu się generalnie mniej jedzenia. Dla przykładu, bo wyjątkowo policzyłam, mogę powiedzieć, że w dniu, w którym piszę tego blo, zjadłam dokładnie: 350 g uda kurczaka gotowanego, 1 opakowanie tuńczyka w sosie własnym i 2 jaja na twardo. Oznacza to dostarczenie organizmowi 869 kcal, 117,25 g białka, 29,37 g tłuszczu i tylko 0,36 g węglowodanów! Czyli genialnie!
Na diecie jestem od wtorku wieczorem i chyba widzę pierwsze jej efekty. Generalnie, to w sprawie diety (ale chyba nie tylko?) wpadł do mnie Marcinek w czwartek po południu. Bo jego mama była/jest na tej samej a Marcinek lubi kuchnię i tak kombinował jakby mi tu pomóc. Mówił różne rzeczy, opowiadał, doradzał… Ale miałam takie momenty – gdy mówił rzeczy, które wiem – że po prostu chciałam na niego patrzeć i słuchać jego głosu. Śmieszne takie. Jak na filmach, gdy ktoś odpływa, podczas mówienia drugiej osoby i w zasadzie nie słyszy, co ona mówi. Kojarzycie? Trochę tak się czułam wówczas. Nie to, żeby mnie nudził czy coś. Ale po prostu chciałem się nacieszyć jego byciem. Rzadko się widujemy i – jak już kiedyś sugerowałam – pewno tak już będzie coraz bardziej. Więc łapię, za przeproszeniem, okruchy tego, co pozostało. Wiem, wiem, brzmi kiepsko i patetycznie. Ale nie potrafię chyba inaczej tego oddać.
A największym prezentem od Marcinka był oczywiście chłodnik. Zrobiony tak, że w zasadzie pod moją dietę podchodził. Poza kilkoma gramami ogórka, które ostatecznie nie zaważyły na odrzuceniu tej potrawy. Było to miłe urozmaicenie między serkami wiejskimi, jajami i piersią kurczaka, które jadam na co dzień aktualnie.
Muszę schudnąć 10 kg. Wiem, że mam prawidłową wagę, ale źle się czuję z tym, jak wyglądam. Jak schudnę 10 kg to nadal będę mieć dobrą wagę, ale czuć się będę lepiej ze sobą. Pamiętam, że dwa lata temu, gdy te 10 kg mniej ważyłam, czułam się dobrze. I do tego chcę dojść. Wiem, że nie będzie łatwo, bo łatwiej się zrzuca jak się ma nadwagę a nie jak się waży prawidłowo. Ale ok., dam radę. Poza tym, ja lubię swoje cycki, ale już mi się znudziło, że są duże. Chcę je mniejsze.

W czwartek odebrałam też list polecony z UW… To decyzja o nieprzyjęciu na studia w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. To ostatecznie kończy moje starania o dostanie się na tę jednostkę w tym roku. Zobaczymy, co będzie za rok. Nie wykluczam.

Piątek był dziwny. Raz, że gorący – to akurat nie dziwne, tylko złe. Ale zaspałam. Miałam iść do kina na prasowy pokaz „Nieustraszonych” czy czegoś takiego… Ale zaspałam. To zmęczenie daje mi się we znaki naprawdę, bo spałam w sumie sporo. Nie wiem za bardzo co zrobić z tym. W sensie, że diety przerwać nie chcę, pogody zmienić nie mogę… Więc nie wiem. Jakieś pomysły? Od razu mówię: tak, biorę witaminy. W dużych ilościach.
Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie (kolejna strona prawie gotowa!) i można było powoli na wieczór się szykować. Niby miał być b4 u mnie, ale od razu było wiadomo, że za wiele z tego nie wyjdzie. Gacek w podróży, inni też wyjechani, ktoś tam zajęty, ktoś tam w pracy… No takie wakacyjne klimaty. I tak generalnie uważam, że w tym roku w wakacje jest super, jeśli o imprezy idzie. Bo zazwyczaj bywało naprawdę chujowo, a teraz się sporo dzieje. Więc nie narzekam. Poza tym jednak Adam, Paweł i jego Kudłacz wpadli. Wcześniej zaś odwiedził mnie na pół godzinki Kaktus i próbowałam go namówić na ogarnięcie wyjazdu do Berlina… Więc coś się działo. Posiedzieliśmy, oni popili i zaraz można było na Jasną 1 ruszać.

Impreza zapowiadała się dziwnie. Marnie – mówiąc inaczej. Ludzi początkowo bardzo mało, ale na szczęście się zeszli! I to jak! Były tłumy momentami. Mnóstwo znajomych. Takich dalszych, ale jednak. Poza tym – co chcę powiedzieć – te ostatnie imprezy ośmielają ludzi. Coraz więcej ich do mnie podchodzi, wita się, przedstawia, coś tam miłego mówi: a to, że czyta blo, a to że wspiera walkę o odblokowanie na Facebooku… Strasznie to fajne. Szkoda, że dopiero na koniec tak się dzieje, ale rozumiem, że ludzie chcą wykorzystać okazję. Ja najbardziej się cieszę, że ośmiela to też mnie :) I dzięki temu zagaduję nieśmiało do tego przepięknego Pawła niskiego, co zawsze w czapeczce i rozwalonej koszulce przychodzi i skacze na pufach pod monitorem. Jest tak słodki, że szok :) No i ten piękny czarnowłosy… on też sam do mnie coś tam zagaduje – to miłe! Mam nadzieję, że uda się nam chwilkę chociaż pogadać. W końcu tyle miesięcy go podziwiam! Jest dobrze.
Muzycznie było najpierw okej, a pod koniec – super. Po raz pierwszy w Utopii zagrano Swedish House Mafię i ich „One”. W wersji bez Pharrella, ale liczy się! Zesrałam się prawie jak to usłyszałam. Tym bardziej, że po Sinie się tego nie spodziewałam. Zaskoczył mnie bardzo, bardzo pozytywnie.
Znajomi też zaskoczyli. Kamilek Parker skaczący jak za dawnych dobrych czasów. Jakbym go znów w Barbie Bar widziała. Ta radość, ta energia! To dowód na to, że nie starzejemy! Że możemy nadal! Wystarczy tylko chcieć. Kamil wyraźnie chciał.
Dużo się poza tym działo dobrego. Była jakaś miłość, było jakieś dzianie. Nawet chciałam, jak za starych dobrych czasów, żeby o niczym nie zapomnieć, notować sobie hasłowo w telefonie co się ważnego dzieje, żeby potem to uwiecznić i móc wracać wspomnieniami dzięki blo. Ale ostatecznie tego nie zrobiłam. Może w nowej Utopii.
Oczywiście, wyszłam z klubu ostatnia. Nie może być inaczej. Skoro ktoś odważył się nazwać mnie ikoną tego klubu (niezasłużenie, moim zdaniem, ale bardzo jestem z tego powodu wdzięczna), to muszę się starać. Tym bardziej, że z racji diety proteinowej… Nie mogę pić niczego poza wodą. No, lampkę wina na tydzień. Ale to na sobotę sobie zostawiłam.

Sobota minęła dość szybko. I gorąco. Z domu się nie ruszałam. Zawsze staram się przeczekać najgorszą pogodę :) Zajęłam się trochę facebookiem. Bo wciąż jestem zablokowana! Skandal. Facebook odpisał dwa razy. Raz, że prosi o szczegółowe wyjaśnienia po angielsku a potem, że ma swoje „zasady autentyczności imion” i że muszę je spełniać. W zasadzie je spełniam. Zależy co to znaczy „prawdziwe imię i nazwisko”. Jeśli jest to imię i nazwisko używane na co dzień, pod którym znają mnie ludzie, to się zgadza. Większość ludzi zna mnie jako jej Perfekcyjność. W chwili obecnej ponad 720 osób jest fanem strony „Odblokujcie Jej Perfekcyjność” na Facebook.com. Oni potwierdzają, że wiedzą kim jestem i że jestem tym, kim jestem. Więc mam nadzieję, że Facebook ulegnie. Tym bardziej, że uległ Katarynie (wspierało ją ostatecznie ponad 1,5 tys. osób, po tym jak o sprawie napisały gazety i portale) i uległ kilku innym osobom. Jak byście znali tego typu historie, podeślijcie mi je, proszę, na maila :) Mogą się przydać!
Mam po cichu taką nadzieję, że do środy uda się sprawę załatwić.

A wieczorem… no w sumie miał być b4, ale wyszedł skandal. Dzień wcześniej dzwonił do mnie Paweł od Tomeczka i wyjaśniał, że nie wpadną w piątek, bo ledwo żyją, ale że jutro będą. I że jutro Tomeczek ma urodziny. Żartowaliśmy, że pięćdziesiąte i żeby na torcie tylu świeczek nie zapalali, bo zanim zdmuchnie, to zaleją woskiem cały tort. I wszystko fajnie.
Dzwoni do mnie Paweł w sobotę i pyta czy do nich wpadam… Jak to do nich? Oni do mnie chyba? Nie, u nich są urodziny Tomeczka i będą „jacyś ludzie”. Y… No nie, bo ja zaprosiłam przecież do siebie ich już dawno a poza tym innych też. Więc oni nie przyszli. Skandal jakiś. Bo w sumie – jakby na to nie patrzeć – mnie nikt na urodziny Tomka nie zapraszał. Czuję się trochę niedobrze z tym.

W Utopii piękna impreza choć… Muszę przyznać, że muzycznie mi nie podeszło. Miałam jakiegoś wkurwa. Na Adama, że stoi i ma minę jakby mu wszyscy matkę widelcem zgwałcili, na ludzi, że jest ich tak dużo i są tacy pijani, na pogodę, że jest tak gorąco, na znajomych 17latków, że znów ćpają, na wszystko generalnie. Wypiłam lampkę wina. I dużo wody. Aż się skończyła nad ranem w Utopii…
Z Utopią to jest tak – chyba nie można się nie zgodzić – że ona uzależnia. I to mocno na wiele sposobów. I jak jakiś nastolatek przyjdzie tam bez odpowiedniej opieki osoby, która to wie… to ma przejebane. Wsiąknie, umrze. Wielu takich było. Dziś ich nie ma, stoczyli się, zaginęli po drodze. Dlatego mi tak zależy na tym, żeby jednak z kimś młodzi wchodzi po raz pierwszy. Inaczej większość z nich przepadnie. A mi szkoda ładnych chłopców, co przepadają. Po prostu mi szkoda.
Więc, choć impreza była dobra, to pod koniec już mi nawet Duddeck przeszkadzał przez większość czasu ze swoim repertuarem. No i miał jedną duuuużą wtopę techniczną ;) Ale to na marginesie.

 
Był też Marcinek. I Anatol. Że będzie, wiedziałam. Pół dnia to czułam, przyrzekam. I zastanawiałam się jak zareagować. Ostatnio, gdy się zjawił (jak zwykle z Tym Drugim), nie przywitałam się z nim i ostentacyjnie go zignorowałam (równie ostentacyjnie witając się na jego oczach z Tym Drugim). Tym razem jednak postanowiłam inaczej. Że jednak się przywitam. Tamten brak miał dać mu poczucie bycia ignorowanym – tak jak swego czasu zignorował mnie. A poza tym – co zawsze powtarzam i co jest moją wadą chyba – nie potrafię być długo zła na ładnych chłopców. Po prostu nie potrafię. A Anatol… no cóż, wyglądał bardzo korzystnie. Jak zwykle. Zniknął mi dość szybko, a szkoda. Bo chciałam go zapytać. Tak, tak – uprzedzając Wasze pytania i komentarze – nadal mam do niego wielką słabość i często myślę o nim, i nie wiem czemu, i wiem, że jestem głupia, i wiem, że to nie w moim stylu, ok?
Marcinek – skoro już o ładnych chłopcach mowa – miał się nie upijać, ale zrobił to. Przed przyjazdem do Utopii a tam już tylko się dobił. I zniknął bez słowa, co mu później wypomniałam. Mam wrażenie, że nigdy razem nie bawiliśmy się przy Jasnej 1. Jasne, widywaliśmy się tam, chyba nawet – on tak twierdzi, ja nie pamiętam – zdarzyło się nam tam przybyć razem, ale chyba nigdy się razem nie bawiliśmy. On bawi się z innymi. Albo może inaczej. Nie wiem. Pamiętam, że raz – nie przyszedł wtedy ze mną – siedział jakiś taki osamotniony, smutny i lekko pijany i tego wieczoru chwilę czasu spędziliśmy razem. Ale tylko wtedy. A tak to chyba jakoś nie sięgam pamięcią po takie wydarzenia.
Z klubu wyszłam późno/wcześnie. Prawie ostatnia. Maciej Bieacz jechał służbową taxi, więc podrzucił mnie do domu. Wahałam się chwilę, ale co mi tam.

W niedzielę wstałam dość późno. Tak jak wspominałam – jestem osłabiona dietą i pogodą i dużo śpię. Zjadłam coś tam, posiedziałam, poogarniałam i po burzy stwierdziłam, że chcę iść na spacer. Damian.be także wyraził taką wolę i poszliśmy. Po Krakowskim, po Nowym Świecie, po Starym Mieście. Oczywiście, że pod krzyżem byliśmy. A tam się robi coraz zabawniej moim zdaniem. Krzyż wygląda jak radioaktywny odpad albo jak dzieło sztuki, które wszyscy chcą dostać, a do którego nie wolno się zbliżać. Dwie barierki, policja, straż miejska, bor… Śmiesznie, naprawdę. I niekończące się dyskusje, w kółko o tym samym, z powtarzanymi w kółko argumentami i odpowiedziami. Nudne.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kontynuujmy podróż – jest dieta, będzie b4!

10 sie

Ponieważ całą poprzednią blotkę poświęciłam tylko Utopii, czas byłoby napisać o innych rzeczach, które – mimo wszystko – dzieją się wkoło mnie. Ja wiem, czas powinien był stanąć, zwolnić albo cokolwiek w związku z tym, że nie ma już Jasnej 1, ale tak się nie stało. A co za tym idzie: nie zatrzymał się też blo.

W zasadzie to dla ścisłości należałoby powiedzieć, że zatrzymał się… 2 sierpnia. Bo wtedy ostatni raz coś pisałam. Z rzeczy najważniejszych więc: Facebook.com mnie znów zablokował. To się już nudne staje. Domyślam się, że stało się to z automatu. W momencie, gdy kliknie dużo ludzi u was w ikonkę „Zgłoś profil” czy jakoś tak, to Facebook z automatu blokuje. A jak ktoś chce coś z tym zrobić i się odblokować, to dopiero wówczas człowiek siada nad tym i coś ogarnia. Czemu niby nagle dużo osób miałoby mnie zgłosić do zablokowania? Proste. Odezwałam się raz czy dwa pochlebnie na temat akcji z krzyżem z puszek po Lechu w komentarzach do tego wydarzenia. W samym zaś wydarzeniu pod koniec znalazło się bardzo dużo katolików-obrońców, którzy podkreślali, że pod krzyżem są fanatycy, ale nie ma sensu ich naśladować i robić czegoś tak samo złego/głupiego jak oni. (To, swoją drogą, ciekawa retoryka. Oni mogą walczyć, nam „nie wypada”. Podobnie komentują czasem mój tekst o tym, co mają geje i lesbijki wspólnego z krzyżem, ale o tym zaraz.) No i najpewniej ci katolicy-obrońcy, chcąc dać mi nauczkę, zgłaszali mój profil. Ciężko powiedzieć ile dla facebooka potrzeba zgłoszeń, żeby kogoś zablokował. Oficjalny powód – bo wyskakuje link, jak chce się człowiek zalogować, odsyłający do odpowiedniego działu pomocy – to fake-name. Czyli, że nie nazywam się Jej Perfekcyjność. To w zasadzie dość skomplikowana kwestia. Co to znaczy, czy tak się nazywam? Potwierdzam, w dokumentach tak nie mam (chociaż chciałabym, ale nie mogę). Czy to oznacza, że tak się nazywam, czy że tak mnie nazwano? Ja nazywam się Jej Perfekcyjność, bo pod tym imieniem funkcjonuję już ładnych kilka lat, używam go kiedy tylko mogę (podczas głosowania w wyborach na prezydenta RP nie mogłam, wiadomo). Państwo nie uznaje tego mojego imienia, ale pytanie brzmi: od kiedy Facebook tak się przejmuje tym, co uznaje państwo? Czy to nie Facebook przypadkiem walczy z kilkoma reżimami, które chcą go blokować, bo tak ich prawo nakazuje? Więc bez przesady z tą praworządnością Facebooka. Regulamin mówi wyraźnie, że podać trzeba swoje prawdziwe imię (Facebook users provide their real names and information, and we need your help to keep it that way.) Nie definiuje jednak, co to znaczy prawdziwe imię. Podkreślam przy tym, że Bloggerka Kataryna istnieje i nikt nie twierdzi, że podaje nieprawdziwe imię. Tak się bowiem naprawdę nazywa. Różnica między mną a nią jest jednak taka, że ja swojego imienia używam także na co dzień, a ona nazwała się Kataryna w sieci, by na żywo nikt jej nie kojarzył z tą postacią. Pozwolę sobie zatem na porównanie, że jestem bardziej od niej prawdziwa ze swoim imieniem.
Najgorsze jest czekanie, aż Facebook się zajmie sprawą (ma ich pewno codziennie mnóstwo) oraz obawa o to, że znów mi stronę skasują i nie będę mogła normalnie funkcjonować, tylko od początku trzeba będzie znów znajomych zbierać. Już raz to przechodziłam i cieszyłam się, że dobijam do 300, dzięki czemu mam szansę zbliżyć się do 440 osób, które miałam zanim mnie skasowali za pierwszym razem. Wkurwia mnie to trochę. Ale za to! Powstała na Facebooku grupa „Odblokujcie Jej Perfekcyjność”, dzięki której wiem, że są ludzie, którzy mnie wspierają w tej walce. I to niemało ludzi. W ciągu ledwo 3 czy 4 dni zebrało się ich już ponad ćwierć tysiąca. I cały czas przybywa. Super! Może to będzie w walce z Facebookiem argument, że ja naprawdę istnieję, naprawdę jestem i naprawdę używam tego imienia na co dzień. A więc jest ono moim prawdziwym.

To chyba przyspieszy moje starania o coś, co dawno chciałam zrobić. Mam taki plan, żeby znaleźć państwo, w którym łatwo zmienić można imię na dowolne (niczym w USA) i w którym można łatwo zostać obywatelem. Plan jest taki: dostaję obywatelstwo, zmieniam tam imię, automatycznie uznają je w Polsce. I poszło. Znacie może jakiś taki kraj? Akurat USA byłoby zajebiste, ale tutaj nie dostanę obywatelstwa. Poza tym – nie ma problemu, mogę potem zrzec się obywatelstwa tego kraju, jeśli taka jest potrzeba po wszystkim :) Wystarczy mi ono tylko na czas zmiany imienia.

Co do Facebooka, to jeszcze może tylko podkreślę, że fajnie, że powstała już strona „Utopia forever”, gdzie można wyrazić swoje poparcie dla Jasnej 1. Ale trwają już poszukiwania nowej lokalizacji i – uwierzcie mi – są już konkretne propozycje. Zobaczymy, jak to będzie i kiedy to będzie.

A wracając do codzienności… We wtorek ledwo, ale udało mi się dotrzeć pod krzyż. O 13.00 zaczynał się tam rozreklamowany na Facebooku piknik pod „Gdzie-Jest-Krzyż” krzyżem. Lekko spóźniona, ale dotarłam. Przeniesienia krzyża, jak wiecie, nie było. A ja się zastanawiam.
Czy ktoś mi może wyjaśnić, co się stało pod Pałacem Prezydenckim? Co dzisiaj tam zaszło? Bo ja, będąc na miejscu i znając doskonale tło historyczno-polityczne tego zajścia, nadal tego nie rozumiem. Czego spodziewała się władza i strony uzgadniające przeniesienie krzyża? Że nie będzie oporu, że nie będzie zamieszek? Że nagle „obrońcy krzyża” powiedzą: „Nie, no spoko, możecie go sobie wziąć”? Szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski stwierdził, że „nie chce narażać harcerzy i księży”. Słusznie są jego chęci. Czemu jednak osiąga ten cel ulegając terrorystom a nie walcząc z nimi? Przecież – to wiedzą szefowie administracji wszystkich chyba krajów na świecie – z łamiącymi prawo terrorystami się nie dyskutuje i nie przystaje na ich warunki. Bo to oznacza tylko, że mogą być coraz większe. I pewno będą. Dlaczego więc Michałowski uległ?
Dlaczego, gdy manifestują górnicy lub pielęgniarki, to nikt się nie obawia użycia siły i nie martwi się o narażanie kogokolwiek? Dlaczego, gdy fani i fanatycy Legii demolują Warszawę, to nikt nie martwi się o to, czy będą na coś narażeni, gdy wkroczy policja? Dlaczego podczas kontrmanifestacji NOPu podczas Parad Równości nie mówi się o narażaniu skrajnie prawicowych bojówek i policji używa się bez wahania? Czym te sytuacje różnią się od dzisiejszych zajść pod krzyżem? Tfu, nie pod krzyżem a pod Pałacem Prezydenckim! Czemu nagle nie chce się kogoś narażać i ulega się żądaniom grupy ekstremistów?

Słusznie pyta Kazimiera Szczuka w programie „Rozmowa bardzo polityczna”: Czy każdy może sieknąć krzyż i jest on nieusuwalny? Czy postawienie gdziekolwiek dwóch zbitych desek (niepoświęconych przecież!) czyni to miejsce wyjątkowym, nieobjętym prawem? W chwili, gdy tłum ekstremistów okazał się dyktować warunki władzy państwowej, nie chodzi już nawet o dyskusję nad tym gdzie jest miejsce krzyża w przestrzeni publicznej. Jasne, debata taka jest potrzebna. Mamy krzyż w Sejmie, mamy kaplicę w Pałacu Prezydenckim, mamy krzyże w szkołach. O tym powinno się rozmawiać, jeśli jest taka potrzeba – a wydaje się w chwili obecnej, że jest. Jednakże warszawskie zajścia z dzisiaj z godziny 13.00 zmuszają nas do zastanowienia się nad tym, jaka jest realna władza państwa polskiego. Podjęto bowiem decyzję o usunięciu elementu małej architektury (postawionej nielegalnie, bo bez pozwoleń) z terenu przylegającego do Pałacu Prezydenckiego i zarządzanego przez Kancelarię Prezydenta. Decyzję dodatkowo wspierały organizacje odpowiedzialne za ustawienie krzyża oraz kościół rzymskokatolicki, do którego – w zasadzie nie wiadomo dlaczego nie do jakiegoś protestanckiego – zwrócono się w tej kwestii o radę. A tu się nagle okazuje, że kilkuset ludzi może decyzję władz czterdziestomilionowego państwa zmienić w ciągu pół godziny. Czuję bezbronność Rzeczypospolitej Polskiej większą niż w momencie utraty najwyższych władz państwowych pod Smoleńskiem. Autentycznie się boję, że nic i nikt w tym kraju nie jest w stanie mnie obronić. Dziś o 13.00 Rzeczpospolita Polska okazała się totalnie bezbronnym państwem o sile mniejszej niż kilkuset nieuzbrojonych ludzi.
Max Weber w swojej pracy „Polityka jako zawód i powołanie” uważał, że istota bycia państwem zawiera się w posiadaniu przez to państwo monopolu do legalnego używania siły. O podmiocie mówimy jako o państwie wtedy i tak długo, dopóki jego administracja jako jedyna utrzymuje prawo i monopol do legalnego używania siły oraz wymuszania przez użycie siły porządku. Dziś o 13.00 pod Pałacem Prezydenckim udowodniono, że policja, jako siła porządkowa Rzeczypospolitej Polskiej nie posiada takiej siły.

Sam piknik był śmieszny. Ludzi w chuja, mnóstwo pedalstwa, ładny chłopiec się ścielę gęsto. Spotkałam kilku znajomych pedałów i z nimi spędziłam czas. Było sporo emocji. Krzyki, przepychanki. Grzegorz z jednej z większych ogólnopolskich gazet krzyczał „Więcej krzyży”, gdy przechodzili obok niego ekstremiści, to zaczęli się rzucać. Ja zapowiedziałam, że przyniosę na kolejny termin przeniesienia transparent z napisem „Wielkie, Soczyste Kutasy”. Zamarzę tylko literkę „t”, żeby nie było, że obraza moralności publicznej. Strasznie się wkurzyłam. Rozmawiałam w trakcie wszystkiego przez telefon z Tadkiem, który dzwonił i chyba aż się przestraszył jak usłyszał, gdy w trakcie rozmowy z nim musiałam z jakimś panem wdać się w utarczkę słowną. Ostrzegał mnie, żebym uważała, bo mi wpierdolą. Nic takiego się nie stało, oczywiście. Dla żartu powtarzałem, że wokół mnie jest aura świętości i nikt mnie nie ruszy ;) Rozśmieszałam też, jak zawsze, swoim pierdoleniem do telefonu wszystkich dokoła. Niech mają z tego jakiś fan, prawda?
Było gorąco, trochę nudno. I smutno, tak generalnie. Bo krzyża pod Pałacem nie powinno być. Skoro zaś już o gejach pod krzyżem mowa…

Krzyż to symbol kilku wyznań zarejestrowanych w Polsce. Jest najbardziej znanym symbolem chrześcijańskim, znakiem doskonale kojarzonym, który jakieś 2 tys. lat temu zmienił znaczenie z symbolu poniżenia i upodlenia na symbol zwycięstwa i życia wiecznego. To dość elementarna wiedza, która jednak przyda się, jeśli chcemy znaleźć odpowiedź na to, dlaczego krzyż harcerski ma znaczenie dla gejów i lesbijek.
Po pierwsze – co najbardziej oczywiste – poza tym, że jesteśmy obywatelami RP, wiele osób LGBTQ jest wyznawcami różnych wyznań chrześcijańskich. Od najpopularniejszego rzymskiego katolicyzmu, przez augsburski ewangelicyzm i ewangelików reformowanych aż do najmniejszych – kościoła adwentystów dnia siódmego, chrześcijan dnia siódmego czy wolnego kościoła reformowanego. Krzyż jest więc zapewne dla wielu z nas czymś ważnym, z czym wiążemy pewną część swojej tożsamości.
Po drugie – walka o krzyż toczy się w przestrzeni publicznej, a więc także takiej, co do której my mamy prawo zabierać głos i chcieć współdecydować o jej kształcie. W przestrzeni publicznej, w której aktualnie doszło do zawłaszczenia nie tylko symbolu chrześcijańskiego ale także do zawłaszczenia pewnej fizycznej przestrzeni, która znajduje się w jednym z najważniejszych dla polskiej demokracji miejscu, czyli tuż przed Pałacem Prezydenckim. Jednych może to wkurzać, innym być obojętne. Warszawiakom może dodatkowo trochę utrudniać życie (choć do zmian tras autobusów i zamknięcia odcinków dróg spowodowanych manifestacjami chyba wszyscy tu prędzej czy później przywyknąć muszą).
Po trzecie – i co najważniejsze – walka toczy się o symbol. To o tyle istotne, że – pozwolę sobie przypomnieć – o obecność naszego symbolu w przestrzeni publicznej musieliśmy sami walczyć podczas EuroPride w Warszawie. Zrywana znad wejścia do PrideHouse’u tęczowa flaga stała się miernikiem tego, jak bardzo osoby LGBTQ mogą być obecne w przestrzeni miejskiej. Podobnie o swój symbol walczą ekstremiści pod Pałacem Prezydenckim. Czy nie można na nich spojrzeć, jak na mniejszość, która chce znaleźć dla siebie miejsce w przestrzeni miejskiej? Jak na mniejszość, która – podobnie jak osoby LGBTQ – ma swoje poglądy, z którymi większość społeczeństwa się nie zgadza, a które są dla niej bardzo ważne? Jak na mniejszość, która chce zmienić coś, co zawarte jest w konstytucji RP (zasada rozdziału państwa i religii), podobnie jak mniejszość LGBTQ (definicja małżeństwa)?

Może okazać się, że ekstremiści spod Pałacu Prezydenckiego mają więcej wspólnego z ruchem LGBTQ niż nam się wydaje… Oczywiście, są też istotne różnice. Łamanie prawa, stawianie czynnego oporu, ustawienie tzw. małej architektury w przestrzeni publicznej bez wymaganej zgody, organizowanie nielegalnego zgromadzenia publicznego, zaśmiecanie itd. Różnica – dość istotna – polega także na tym, jak traktuje się ekstremistów. Szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski stwierdził, że „nie chce narażać harcerzy i księży”. Nie ekstremistów, którzy łamią prawo, a kapłanów i właścicieli krzyża. Słusznie, że nie chce ich narażać. Ale dlaczego, gdy manifestują górnicy lub pielęgniarki, to nikt się nie obawia użycia siły i nie martwi się o narażanie kogokolwiek? Dlaczego, gdy fani i fanatycy Legii demolują Warszawę, to nikt nie martwi się o to, czy będą na coś narażeni, gdy wkroczy policja? Dlaczego podczas kontrmanifestacji NOPu podczas Parad Równości nie mówi się o narażaniu skrajnie prawicowych bojówek i policji używa się bez wahania? Czym te sytuacje różnią się od zajść pod krzyżem? Dlaczego nie odciąć dostępu ludziom do miejsc publicznych, w których bawią się fani Legii, niszcząc, co popadnie? Dlaczego nie usunąć manifestujących w Paradzie Równości, gdy NOPowcy chcą poszaleć na ulicy? Dlaczego w końcu nie zamknąć dużej przestrzeni na potrzeby tysięcy górników, którzy mają ochotę palić opony na środku Marszałkowskiej albo niszczyć wystawy sklepowe? Oczywiście po to, by nikogo nie łamiącego prawa nie narażać na niebezpieczeństwo.
I tu jest pies pogrzebany. Ekstremiści wywalczyli sobie taką pozycję w dyskursie, które pozwala im dyktować warunki. To oni zadecydują, kiedy krzyż zniknie z Krakowskiego Przedmieścia, to oni będą decydować o tym, kto może do niego podejść a kto nie. To oni wreszcie wybiorą księży, którzy będą mogli krzyż ostatecznie zabrać. Oczywiście, w terminie przez nich wskazanym.
Może te nieprzyjemne wydarzenia, ukazujące słabość państwa polskiego i bezradność całej siły, jaką posiada Rzeczpospolita Polska wobec kilkuset nieuzbrojonych kobiet i mężczyzn w dojrzałym już wieku, powinna być dla nas lekcją? Może nie jesteśmy w stanie wywalczyć sobie miejsca w przestrzeni publicznej inaczej, jak poprzez zachowania ekstremalne? Miejsca i posłuchu. Może też potrzebujemy bojówek, które – za milczącą zgodą tych, od których oczekuje się reakcji – zrobią za nas czarną robotę i będą dyktować warunki?
Nie będzie to może eleganckie, nie zawsze legalne, czasem nieprzyjemne a często i szokujące, ale czyż w polityce nie chodzi o osiągnięty cel a nie drogę do niego? Czyż nie powinna być to lekcja dla nas? Ostatecznie jednak, mimo kilku poturbowanych osób, kilku wycieńczonych wysoką temperaturą i wielogodzinnym staniem na słońcu, cel został osiągnięty. Krzyż pozostał. 1:0 dla ekstremistów.

Od dawna optuję za tym, żeby dopuścić do powstania skrajnych bojówek gejowskich, lesbijskich czy jakichkolwiek queerowych. Żeby zacząć naprawdę walczyć a nie tylko „szukać akceptacji” czy „promować tolerancję”. W takich chwilach jak ta, gdy widzę, że inni naprawdę potrafią walczyć o swoje, stojąc ramię w ramię, dzień w dzień, noc w noc i narażając siebie dla dobra sprawy – uważam, że ruch LGBTQ strasznie dużo stracił na tym, że nigdy nie zrozumiał waleczności słowa queer.

To był więc strasznie męczący wtorek. Środa okazała się bardziej relaksacyjna, choć także zaskakująca. Umówiłam się na spotkanie z Hugo. Dawno się nie widzieliśmy, więc chciałam to nadrobić. Pogadaliśmy, poopowiadaliśmy. Ot, takie tam. Hugo na diecie! Piszę o tym tylko dlatego, żeby docenić, że działa (przejście na dietę to nie jest łatwa decyzja) oraz dlatego, że sama też zaczęłam właśnie takową! Ale o tym za chwilkę ;)
Wieczorem za to zobaczyłam się z Arkiem z Krakowa. Zaskakujące to w sumie spotkanie, ale wynikające z tego, że nie miał z kim spędzić wieczoru. A ja przecież często dla wielu osób jestem ostatnią deską ratunku. Tym bardziej, że Arek – z racji mojej wysokiej oceny jego urody – mógł w ciemno walić do mnie w tej sprawie i wiedzieć, że ruszę dupę z domu dla niego. Tak też się stało. Umówiliśmy się jakoś koło 22.00 czy coś. Nie za bardzo mieliśmy co robić, więc poszliśmy pod krzyż. Jak zwykle, spotkałam tam znajomych. I – jak zwykle – były tłumy ludzi. To jest niesamowite. Bo tam stoją nie tylko „obrońcy” ale także ci, którzy chcą usunięcia i po prostu gapie. A każdego wieczoru kasa z naszych podatków marnowana jest na policję, która tam stoi i każdego wieczoru robi dokładnie to samo. O 22.00 zwraca uwagę, że jest cisza i że nie można krzyczeć. Potem zaczyna się awantura. Potem się uspokaja. Potem kłótnia „obrońców” z ludźmi chcącymi przeniesienia krzyża. I tak cały czas to samo. Każdego wieczoru. A ludzi jest dużo, bo spokojnie ze 2 setki. Najzabawniejszy napis? „Krzyż jest fajny (ale lepsza byłaby fontanna)”. Mistrzostwo!
Potem Arek chciał iść na piwo. Za bardzo nie było gdzie, to myślę sobie… do Utopii. Ale że postanowili się zamknąć przed północą, to nie za bardzo daliśmy radę. Za to spotkaliśmy wychodzącego Burgesa i Oliviera. Nie wiem co ich tam wspólnie sprowadzało, ale potem z nami się do Lemona udali. Tam Arek dostał wymarzone piwo. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy – nie ukrywam, że ja głównie z Arkiem. Chciałam się – za przeproszeniem –nacieszyć jego obecnością, bo przecież nie widuję go za często. Potem pokazałam mu jeszcze jak się w Warszawie SKMką jeździ. To był jego pierwszy raz. Ze mną! :)

W czwartek miałam iść na pokaz prasowy „Step Up 3D”, ale nie udało mi się. Wszystko przez pogodę. Bo zapowiadało się na deszcz. Zabrałam Tomeczka i Pawła na pizzę. O tak, po prostu. Pogadaliśmy trochę o naszym wspólnym niedługo zamieszkaniu, ale bez szczegółów bardzo konkretnych. Jest jeszcze czas. Zjedliśmy bardzo dobre pizze a potem… postanowiliśmy pójść do mojej przyjaciółki Gacek. Odebraliśmy go z pracy i razem z nim przeszliśmy się do niego do domu. Żeby było zabawniej, chłopcy stwierdzili, że jakieś pół litra możnaby kupić. I kupili. A potem te pół litra zniknęło ;) Wieczór, jak wieczór.
Poszliśmy pod krzyż. Dla odmiany. Znów było mnóstwo ludzi, znów było mnóstwo zamieszania. Znów były emocje. Tym ludziom to się nie znudzi? Jak pisze TVN24.pl: „Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, taka akcja służb bezpieczeństwa kosztuje nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Każda kolejna demonstracja to także dodatkowe koszty dla służb sprzątających miasto.”

Piątek jaki był, każdy wie. Mały b4 u Gacka – już wtedy wiedziałam co się dzieje, więc i b4 nie był za radosny. Mieliśmy gdzieś tam iść przed Utopią, ale nam się plany zupełnie wysypały. W samej Utopii postanowiłam robić jak najwięcej zdjęć. Żeby uwiecznić to miejsce na swoim fotoblo oraz – co chyba ważniejsze – w swojej pamięci. Strasznie trudno było mi pogodzić się, że to ostatni piątek przy Jasnej 1. Tym bardziej, że w zasadzie zdecydowana większość obecnych nie wiedziała o tym. I bawili się jak gdyby nigdy nic. Ja poszalałam sobie. Nawet pozwoliłam sobie na alkohol. No bo bez przesady, takie rzeczy nie dzieją się codziennie. Tu działa się historia!
Po imprezie okazało się, że mnie ciągną na jakiś after. Ja jestem za afterami zawsze, więc poszłam. Głównie – nie ma co ukrywać – dla ładnego Huberta i tego drugiego… którego imienia nie pamiętam, bo on mi potem zniknął. A Hubert nie.
Dotarliśmy na Mokotów, momentami siejąc zgorszenie i oburzenie (moim zdaniem: przesadzone), kupując po drodze alkohol, rozwalając butelkę ze Spritem (okazuje się, że plastikowa butelka może łatwo pęknąć!) i zatrzymując się na jedzenie w podziemiu. Jeśli dobrze kojarzę, ja nie jadłam. Na Mokotowie zaś impreza na całego. Trochę za cicho muzyka jak dla mnie, ale nie czepiam się. Było bardzo miło. Tym bardziej, że potem Hubert zamknął się ze mną w pokoju i wdał się w bardzo sympatyczną konwersację. Wszystko fajnie, wszystko miło, ale nadszedł taki moment, że czułam, że zaczynam spać. I w tym momencie musiałam wyjść i dotrzeć do domu. Ostatecznie impreza się dla mnie jakoś koło 13 skończyła. Czy coś takiego.

A już o 15 z minutami wydzwaniała do mnie moja przyjaciółka Gacek. Umówiliśmy się, że idziemy szukać dla mnie woalki na wieczór. Pijana, padnięta, ledwo żywa i zmęczona… szukałam. Miałam ochotę w ogóle zrobić jakieś zakupy, ale – z powodu mojego stanu – skupiłam się tylko na woalce. Ostatecznie udało się! Znaleźliśmy ją na Chmielnej (po uprzednim przeszukaniu Złotych Kutasów i podziemi w Centrum). I zadowolona mogłam wrócić do domu wytrzeźwieć do końca i szykować się na wieczór.
Ten weekend mi się posypał. Miałem plany co do prac różnych, które muszę zrobić… Ale nie dało się. Musiała wygrać impreza. Musiała wygrać Utopia. W ostatniej chwili zrobiłem transparent „UTOP!A FOREVER” i dzielnie dzierżyłem go potem w klubie. B4 u mnie, który oficjalnie miał być z okazji zablokowania mi konta na Facebooku, zmienił swoje przeznaczenie. To był b4 dla Utopii.
Co się działo potem – już pisałam. To była bardzo szalona noc, podczas której piłam szampana, skakałam na didżejce, weszłam na bar pierwszy raz w życiu i poszalałam do samego końca. Z parkietu z Tomeczkiem, Pawłem i Adamem zeszliśmy ostatni o 9:16.

Skutecznie udało mi się w niedzielę odganiać od siebie myśli o tym, co będzie teraz. Zajęłam się zaplanowaniem diety. Bo z tą dietą to jest tak… zaczęłam ją niby zanim byłam ostatnio chora, ale z powodu choroby oraz generalnie, musiałam ją zarzucić. W tzw. międzyczasie przyjrzałam się sobie dokładnie i okazało się, że jakieś 2 lata temu ważyłam jakieś 10 kg mniej. Dziesięć kilogramów. Wyobraźcie sobie dziesięć kilogramowych opakowań cukru albo mąki. Właśnie ta wizualizacja zmobilizowała mnie ostatecznie do tego, żeby wziąć się za dietę proteinową. Która – bardzo skuteczna – jest bardzo trudna. Moja desperacja jednak była wielka. Dałam sobie jeszcze 2-3 dni, żeby po antybiotykach dojść do siebie, bo proteinówka obciąża organizm. I we wtorek po południu zaczęło się.

Dlaczego w poniedziałek nie byłam pod krzyżem? Odpowiedź jest prosta. Ponieważ mój weekend się totalnie wysypał, a miałem plany co do tego, co mam w trakcie jego trwania zrobić, musiałem to skończyć kiedyś. Jedna duża praca miała dead-line w poniedziałek wieczorem i w momencie, gdy pod krzyżem przy Pałacu Prezydenckim były tysiące ludzi, ja siedziałam i pisałam różne mądre rzeczy ;) Czasem, niestety muszę. Za to dzisiaj postanowiłam, że robię w piątek b4. To będzie nasz pierwszy weekend bez Jasnej 1… I w sumie możnaby się podłamać czy coś… Ale nie! Nie poddamy się!
Dwa ważne cytaty:
- So the "thumpa thumpa" continues. It always will. No matter what happens. No matter who’s president. As our lady of Disco, the divine Miss Gloria Gaynor has always sung to us: "We will survive". ("Queer as folk")
- The trick is to keep moving forward. To let go the fear and the regrets that slow us down and keep us from enjoying the journey that will be over too soon. ("Gotowe na wszystko")
Więc kontynuujmy tę podróż!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dietetycznie wątpliwy

01 lut

Zlikwidowali mi fotoblo. To chyba jedno z najważniejszych wydarzeń minionych 12 miesięcy. Dla mnie, ma się rozumieć. Tworzony przez ponad 3 lata, przestał nagle istnieć. Jasne, ostrzegali na jakieś dwa tygodnie przed. Ale też i obiecywali, że przeniosą na „inną komercyjną platformę” tych, którzy będą chcieli. Ja chciałam. I co? I gówno. Niczego nie przenieśli. Oczywiście, byłam na to gotowa – w tym sensie, że na jakiś tydzień przed likwidacją zaczęłam prowadzić już równolegle drugiego fotoblo. Ale tak czy owak, sprawa wydaje mi się co najmniej nieładna. Play ma bardzo dużego minusa. I liczę na wyjaśnienia z ich strony, ma się rozumieć.

Poniedziałek zaczął się nietypowo. Paweł napisał gdzieś na Facebooku, że wstaje coraz później, coraz później je śniadania i niestety, jada je sam. Pomyślałam, że zaczepnie napiszę, że jeśli do mnie wpadnie, to możemy razem zjeść śniadanie. I że przy okazji może po drodze świeże bułki kupić czy coś. No i Paweł rzeczywiście stwierdził, że wpadnie. Zaprosiłam go do siebie, zapowiedziałam, że mogę przygotować jakieś niskokaloryczne pożywienie, ale okazało się, że to było mu nie na rękę. Zdziwił się, gdy wpadł o 10:00, że ja jadłam śniadanie już (byłam na nogach od „przed 7”…) ale też i uparł się, że wychodzimy. Nie wiedziałam gdzie – do Jeff’s. No okej, fakt, że jakoś nigdy nie miałam okazji tam być. Wiem, że to nie tak daleko, ale jakoś nie mam specjalnej miłości do amerykańskiego żarcia w pseudoamerykańskich lokalach. Ale namówił.
To było chyba największe śniadanie, jakie w życiu zjadłam. Nie będę tego nawet opisywać, bo nie ma sensu – jajka, bekony, placuszki, chleb… Bardzo tanio, jak się okazało – a to też plus. No generalnie: wszystko pyszne i smacznie przygotowane. Ale jaka to była bomba kaloryczna! Nie muszę chyba tłumaczyć, że nijak się to ma do mojej diety? W ogóle ten tydzień był takim, gdy pofolgowałam sobie trochę. I to mi się nie podoba.

Paweł podrzucił mnie potem do redakcji, gdzie spędziłam kilka uroczych godzin. Było strasznie zimno tego dnia. Pamiętam, że wracałem do domu i strasznie zależało mi na tym, żeby rąk z kieszeni nie wyjmować. Ale zgodnie z umową, zadzwoniłam do mamy koło 16:00. Nie mogła rozmawiać, więc kwadrans później znów miałam spróbować. W międzyczasie odwiedziłem pocztę, gdzie znów coś odebrałem czy wysłałem do Sądu. Nie pamiętam, prawdę mówiąc. Ale generalnie: mam tak rozbudowaną korespondencję z WSA w Warszawie, że założyłem sobie osobną teczkę na to. Mam nadzieję, że oni też.
Potem: rozmowa z mamą. Nic w sumie nadzwyczajnego. Taka rozmowa, jakich wiele bywało w przeszłości. Co tam u Ciebie. Jak żyjesz. Jak zdrowie. Jak szkoła. Jak gazeta. Jak jak… Nic, zwykła wymiana zdań. Jedyna rzecz, która dotyczyć mogła tego, co się stało – „Arek wie o tobie.” Już nie chciałam się czepiać, że nie lubię tego sformułowania. Mam nie pisać o rodzinie, taka prośba. Więc nie piszę w zasadzie. Jedna rzecz, o której wspomnieć muszę – mama ostrzegła mnie, że brat ostatecznie postanowił ze swoją b.s.p.s. się ożenić w lipcu i że będzie mnie najpewniej na świadka prosił.
Zaraz do tego wrócę.

Wieczór spędziłam pracowicie, bo jakieś-tam tematy i terminy mnie gonią, wiadomo. Jak zawsze. Za to dość wcześnie spać poszłam chyba. Prawdę mówiąc, nie pamiętam za bardzo jakoś tego wieczoru. Znaczy, że działo się albo coś tak ważnego, że mi teraz umyka, albo tak mało istotnego, że nie pamiętam o tym.
Wtorek pamiętam lepiej. Poranne zakupy w Carrefourze, jak zwykle. Wtorki, żeby było śmieszniej, są generalnie złym dniem na zakupy, bo trwa wówczas Dzień Seniora czy jakoś tak. I że starzy ludzie mają możliwość odebrania jakiejś zniżki w bonach, które po zakupach dostają. Więc, wiadomo, to utrudnia poruszanie się i zwiększa liczbę geriatrii w sklepie. Trudno. Ale radę zawsze dajemy, bo z kolei dla mnie wtorek jest chyba najlepszym dniem. Chociaż też zastanawiam się, czemu nie możemy, jak normalni ludzie, chodzić do Carrefoura w weekend. Jak do świątyni. Mihał zapytany o to odparł, że nie jesteśmy po prostu normalni.

Infantylne wydaje mi się to, co piszę. Nie wiem czemu.

Po dyżurze w redakcji pognałam do Instytutu Socjologii na zebranie naukowe mojego zakładu. Brzmi to z kolei poważnie, prawda? Niestety, korki spowodowały, że musiałam wyjść przed końcem. Gdyby nie to, że i po korkach coś miałam, to jakoś bym to ogarnęła. Ale nie tym razem. Dość ciekawy był referat doktorantki z PANu. Ale streszczać nie będę. Choć, nie powiem, podczas tego, co mówiła, stwierdziłam, że może i dobrym pomysłem byłoby jakieś krótkie abstrakty z takich zebrań naukowych publikować. Bo jednak czasem naprawdę ciekawe rzeczy tam padają. I może kogoś jeszcze to zainteresuje.
Na korki dotarłam spóźniona 30 min, zgodnie z planem i informacją przekazaną wcześniej uczniowi. Poćwiczyliśmy znów czytanie ze zrozumieniem. On nadal z tym walczy. Ale idzie mu coraz lepiej – czytaliśmy jakieś dwie legendy. Jedna o warszawskiej syrence a druga o jakimś dziwnym czymś z wyspy na M. Nie pamiętam szczegółów, bo przypadkiem na tę legendę trafiłam :)
Z korków pognałam na spotkanie w sprawie kwartalnika Instytutu Socjologii UW. Na Mokotowie znów, w mieszkaniu pani dyrektor. Okazało się, że: 1. nie było mnie na ważnej liście mailingowej, 2. nie za wiele wiadomo o koncepcji tej strony, którą mam się zajmować (ale to chyba w sumie dobrze), 3. niewiele dzisiaj na ten temat powiemy. Co nie zmienia faktu, że całe spotkanie trwało strasznie długo. I całe szczęście, że po tym jak wypchnęliśmy z zaspy samochód pana naczelnego, to podwiózł mnie do centrum. Wysiadłam, bo akurat tramwaj jechał i do domu szczęśliwie dotarłam.

Środa była dla mnie ważnym dniem. Oto bowiem uzyskałam swój ostatni wpis z w-fu! Po raz ostatni w życiu poszłam do Studium Wychowania Fizycznego UW, gdzie miła pani magister, po pewnych poszukiwaniach, nie znalazłszy niczego konkretnego, wpisała mi „zw. lek.” w indeks i na karcie egzaminacyjnej. Jestem ustawiona. To oznacza także, że po raz pierwszy zaliczę jakiś etap studiów na dziennikarstwie nie warunkowo! Dotychczas bowiem, jako że mi się całe zaliczenie wychowania fizycznego przesunęło o jakieś półtora roku, każdy kolejny semestr formalnie zaliczałem warunkowo. Teraz będzie inaczej – zaliczę normalnie!
Myślałam, że w ogóle będzie fajnie, że wszystko mi się uda… Ale się nie udało. Dałem indeks Asi, która dla mnie pisze, żeby załatwiła mi dwa brakujące wpisy – z praktyk i ze specjalizacji… Ale się nie udało. Pani redaktor od specjalizacji zażyczyła sobie, żebym się osobiście zjawiła. No już nie mam co robić… Eh, no trudno. Wpadnę tam i zrobię rozpierdówę, nie ma wyjścia.
Po dyżurze w redakcji i krótkim odpoczynku w domu, pojechałam do kina. Na przedpremierową „Absolwentkę” w Cinema City Arkadia. Zabrałam ze sobą moją przyjaciółkę Gacek, jej b.s.p.s. Kubę i Adama. Nie Adasia, tylko Adama. Nie wiem w sumie jak ich odróżniać tutaj na blo… Choć z drugiej strony – Adaś się coraz rzadziej pojawia, więc może i problem lekko wirtualny jest.
Sam film… no, amerykańska komedia romantyczna. Wiele mówi, prawda? Taki dla odmóżdżeni się, ale przyjemny. W sensie, że jak na swój gatunek – dobry. Za to my – źli. W kinie robiliśmy rozpierdol na maksa. Hałas, harmider, szmery, dyskusje, śmiech – tak, to my. W sumie raz na jakiś czas można. A to się zawsze tak kończy, jak usiądę obok Gacka. To jednak sprawiło, że cała wizyta w kinie była jeszcze przyjemniejsza niż mogła być bez tego. Za to gdy wracaliśmy, to się porobiło. Wsiedliśmy w tramwaj 17, coby na Centralny łatwo dojechać. Tylko, że on skręcił. A potem znów. A potem znów. I wracał w stronę Arkadii. Było to, co by nie mówić, bez sensu. Więc razem ze zdezorientowanymi ludźmi, wysiedliśmy gdzieś po drodze. W taką zimę jak trwająca, nie było to miłe.

Czwartek szybko minął w redakcji, bo prace na ukończeniu i trzebaby się brać za kolejny numer. Ale jakoś nie mam na razie do tego głowy. Trochę mnie ta zima rozleniwia z jednej strony, trochę za mała ilość obowiązków – z drugiej, trochę marazm w wydawnictwie… Tak jakoś. Nie, nie poddaję się – walczę nadal. Ale jednak muszę zacząć oglądać pięknych chłopców na ulicach a nie tylko na zdjęciach, to będzie działać na mnie zdecydowanie napędzająco.
No właśnie… skoro o ładnych chłopcach mowa. W czwartek skorzystałam z zaproszenia Adriana i wyszłam z nim na kawę. Kim jest Adrian? To chłopiec, licencjant, który u Jacka Kochanowskiego pisze pracę o heteronormatywności. Nie wiem dokładnie co chce napisać, ale ten obszar. Mnie znalazł jakoś na innejstronie.pl już jakiś czas temu. Ostatecznie zaprosił mnie na spotkanie. I powiem szczerze, że dawno już się tak dobrze nie bawiłam. Inteligentna rozmowa z ładnym młodzieńcem – tak, chcę zostać wykładowcą uniwersyteckim. Kawa przeciągnęła się na tyle, że chyba jakąś kolację jeszcze z nim zjadłam. I okej, czasem mam wrażenie, że przyjmuję postawę mentorską, co mi się nie podoba we mnie, ale generalnie: było bardzo sympatycznie.

Piątek nadszedł nieoczekiwanie. Zaczął się Wielki Remont Mojego Mieszkania (WRMM). W piątek zaplanowaliśmy dla Piotra malowanie łazienki. Dał nawet radę. Może bez rewelacji i bez jakiegoś entuzjazmu szczególnego, ale jest odmalowane. W sobotę, w ramach WRMM ja pomalowałam kuchnię i korytarz. A w niedzielę WRMM zakończył się malowaniem pokoi. Było przy tym roboty co nie miara. Dużo nerwów, trochę wpadek, strasznie dużo męczenia się… Czyli prawidłowo. Przecież tak duży remont nie może przejść spokojnie, prawda? I może nie widać tak na pierwszy rzut oka efektów końcowych, ale my – jako osoby mieszkające tutaj na co dzień – widzimy to wyraźnie. Jest ładniej, czyściej. Jestem strasznie zadowolona! :)

Wieczorem – teatr. Nareszcie udało mi się dotrzeć na Pragę na Otwocką 14. Spektakl „Król Kier znów na wylocie” opowiada historię Żydówki w czasie i po II wojnie światowej. Towarzyszył mi Adam, którego w ostatniej chwili zaprosiłam, bo i Pasyw – który miał iść ze mną – w ostatniej chwili się wycofał, tłumacząc się przełożonym terminem egzaminu. Daliśmy radę jakoś z Adamem i dotarliśmy na miejsce. Znów nie było łatwo, bo nagle po drodze pan motorniczy oznajmił przez swoje małe okienko, żebyśmy myśleli o przesiadce, bo on zjeżdża do zajezdni. Mimo, że winien normalnie jechać według rozkładu. Cały czas kłody po nogi…
Samo przedstawienie ciekawe. Lubię teatr współczesny. Niedosłowny, chaotyczny, nieposkładany, nieprosty. To jest w nim fajne – nie tylko dać może katharsis, ale dodatkowo zmusza do ciągłej uwagi. Oczywiście, pozwala też snobować się tym, którzy posiadają odpowiednie kompetencje do jego odbioru i rozumienia, ale to inna sprawa. Wyjście oceniam bardzo pozytywnie. Aktorki grające to chyba naprawdę Żydówki, co dodawało pewnej egzotycznej autentyczności całości. No i pan jeden, gdy zdjął koszulkę… okazał się być bardzo, bardzo atrakcyjny od szyi do pasa. To cenne także.

No a potem była impreza. Wpadłam do mojej przyjaciółki Gacek na chwilkę. U niego: dużo kobiet, Whitney i brak Kuby. Postanowił nie iść nigdzie. My nie mogliśmy sobie na takie postanowienie pozwolić. Już nie pamiętam czemu ustaliliśmy, że z moją przyjaciółką sobie folgujemy, jeśli o alkohol idzie… Ale zrobiliśmy to. Poszliśmy też do Opery, żeby dziewczyny się trochę rozerwały. I muszę przyznać, że naprawdę to jest tak, że obcy faceci podchodzą i im drinka proponują! Szok, ja nigdy w to nie wierzyłam. U gejów to chyba tak nie działa, co? Albo przynajmniej nie tak mocno, bo jedną z naszych to naprawdę kilku w ciągu pół godziny zagadało. Ona ma faceta, więc kultywując heteronormie postanowiła im odmawiać. Co nie zmienia faktu, że dla mnie ta cała sytuacja była szokująca.
Przenieśliśmy się do Utopii. I tam nareszcie porządny kop energii! Hugo grał, więc na parkiecie działy się cuda. Było dobrze. Dużo ludzi było, generalnie. Widać, że noc cieplejsza niż tydzień wcześniej ;) Atmosfera była, generalnie, bardzo pozytywna. Miłą niespodzianką było zjawienie się… Anatola! Okazało się, że do siostry wpadł, chciał mi zrobić niespodziankę i się nie zapowiedział. Przyznaję, to fajnie, że mogłam go zobaczyć. Ale że nie powiedział, że będzie, to mnie początkowo jakoś rozczarowało. W sensie: przecież mógł z nami b4ować, czy coś… No, nieważne. Ważne, że się mogłam nim nacieszyć. Poszaleliśmy trochę na parkiecie, miło było. Dość długo siedziałam, ale ostatecznie kiedyś do domu iść trzeba.

Spać poszedłem jakoś po 7, wstałem chwilkę po 12. Żeby malować w ramach WRMM! Mało snu? Nie szkodzi, jestem cyborgiem. Śpię tylko z przyzwoitości, nie z potrzeby ;)

A sobota w ogóle była atrakcji pełna. Bo umówiona byłam na wywiad z zastępcą redaktora naczelnego „attitude”. Dla osób „spoza środowiska” – to taki prestiżowy gejowski magazyn life-style’owy z Wielkiej Brytanii. Co robili dziennikarze „attitude” w Polsce, to inna sprawa. Dla mnie ważne było, że muszę tę rozmowę zrobić. Adrian mi towarzyszył, bo potem miał ze mną imprezować.
W Czarnym Kocie to się odbywało. Okazało się, że trafiliśmy do paszczy lwa – śmietanka medialno-klubowa gejowskiej Warszawy się zebrała na kolacji z nimi. Miło, ale nie wiedziałam, że będzie aż tak poważnie to wszystko potraktowane… Zjadłam coś i wzięłam się do roboty. Wywiad był nagrywany, pewno jego fragmenty będą w sieci. Rozmowa trwała z pół godziny. Rozbawiał mnie najbardziej Ernest, który przybył tam Utopię reprezentować. Jak zawsze, zachowywał się tak, jak on. Odważnie, chamsko, przebojowo, otwarcie. I dobrze, bo momentami nadęcie było nie do zniesienia. Sama rozmowa przebiegała miło i sympatycznie. Daniel, bo tak ma na imię ów zastępca naczelnego, powiedział mi po niej, że zaskoczyło go pozytywnie moje przygotowanie (bo wiedziałam m.in. kiedy zaczął pracę w „attitude”), że bardzo dobrze mówię po angielsku (dobrze czasem porozmawiać w języku obcym) i że dobrze przeprowadzam wywiady, bo uwodzę rozmówcę, żeby ten zdradzał mi jakieś szczegóły (akurat jednej rzeczy mi nie zdradził, więc ja jestem średnio zadowolona). Bardzo miło mi się z nim(i) rozmawiało i fajnie. Teraz muszę to opracować i zapisać… A to kolejne godziny roboty.

Miałam potem jechać do domu a stamtąd do Whitney. Ale się nie dało. Pojechaliśmy do centrum a stamtąd do Gacka. Taksówki już czekały, trafiliśmy do WH na Mokotów. Whitney przygotowała niespodziankę – zgrała wszystkie fotki z fotoblo, jako że to ostatnia noc jego istnienia, i wyświetlała je losowo jako wizualizację do muzyki. To sympatyczny gest, a i pośmiać się było z czego. Albo z kogo ;) Sympatycznie, naprawdę.
Potem się do Utopii przenieśliśmy. Nie wszyscy, bo część w jakimś Nine ugrzęzła, czego nie rozumiem. My się dobrze bawiliśmy przy Jasnej 1. Doskonała muzyka – Hugo, Licky i Monky. Więc superzabawa była w planie i plan ten został w 100 proc. zrealizowany. Szalałam do rana mimo planowanego malowania w ramach WRMM. Do końca wytrwał ze mną tylko Adrian. Nic dziwnego, pierwszy raz w klubie gejowskim. Dobrze trafił, prawda? Odwdzięczył mi się towarzystwem na porannym OBŻARSTWIE (ale naprawdę wielkim obżarstwie) w McD. To było straszne – z perspektywy czasu. Bo oczywiście wówczas mi smakowało i było cudnie błogo. Ale muszę się naprawdę kontrolować. Mówiłam, że ten tydzień był dietetycznie wątpliwy…

W niedzielę malowanie poszło ładnie. O 17:00 mój pokój był zrobiony. Ok., w mieszkaniu czuć trochę farbę i tak będzie jakiś czas. Z powodu zimy nie można aż tak bardzo wietrzyć pomieszczeń, prawda? Ale i tak dajemy radę. No i WRMM zakończony sukcesem.
Zadzwonił brat. Zaproponował mi, żebym jego świadkiem została. Nie muszę mówić, że to zły pomysł, prawda? Tłumaczyłem to też jemu, ale nie chciał przyjąć do wiadomości. Ustaliliśmy, że on pomyśli nad tym i ja także. Ale ja nie mam co myśleć. Wiem, że to jest bardzo zły pomysł.

Poniedziałek zaczął się jakoś tak za wcześnie… Zamiast odpocząć, wyspać się (bo, przyznaję, że zima mnie naprawdę męczy i powoduje, że jakoś bardziej niż zwykle spać mi się chce), zaplanowaliśmy z Mihałem Carrefourowanie. Plan się udał, ma się rozumieć. Potem do redakcji wpadłam na chwilkę, żeby porządek zrobić i zaplanować pracę swoją na najbliższe dni. Swoją i innych.
Wpadłam do domu, zjadłam jakiś pseudoobiad i wieczorem ruszyłam do Galerii. Teatr Faktoria Milorda wystawiał monodram „S.D.”. Grał Bastian i muszę przyznać, że nieźle to wyszło wszystko. Razem z gumową lalką dał radę. Ludziom się podobało, choć premiera zgromadziła mniej osób niż poprzednie. Aktualność i osadzenie w realiach współczesnej homoWarszawy to mocne elementy spektaklu. No i to wymieszanie fikcji z rzeczywistością – to jest atrakcyjne, ale i dla Bastiana już charakterystyczne. Dobrze oceniam spektakl. Adrianowi też się podobał.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm