RSS
 

Notki z tagiem ‘ciotodrama’

Jak się tylko da

31 paź

Doda, Doda, Doda. Doda to, Doda tamto. Doda jest fajna, Doda jest głupia. Doda ma małego, Doda jest piękna. Wszyscy uparli się, żeby po sytuacji z pudelkiem pisać/mówić do mnie o Dodzie. A prawda jest taka, że ja mam w dupie Dodę. W sensie, że ani mnie ona ziębi, ani grzeje. No ok., przytrafiło mi się „poznać” ją w niezbyt miłych warunkach i w sytuacji niesprzyjającej, ale co z tego? Przecież napisałam to zaraz po felernym weekendzie a sprawa zrobiła się dopiero jak pudelek.pl i kozaczek.pl to skopiowali i obwieścili jako prawdę objawioną. Swoją drogą: nieładnie jest cytować bez podania źródła. I nie wystarczy „blog transwestyty” – to tak jakbym ja coś z „Faktu” cytowała i napisała, że to „z pewnej dużej gazety”. Już pomijam fakt, że nie jestem transwestytą. No i wciąż nadal i bez zmian chcę wiedzieć kto to zrobił :) W sensie, że komu zawdzięczam taką promocję. Bo że o sprawie wiedzą „wszyscy”, to chyba jasne? Znajome cioty, nieznajome cioty, znajomi z socjologii, nieznajomi z dziennikarstwa, studenci, doktoranci, wykładowcy. Kobiety, mężczyźni… Odezwały się do mnie dwie znajome, które od dawna milczały. Dodały mnie na fejsie osoby, które dotychczas walczyły z przyciskiem „Zostań fanem” na moim profilu. Zadzwoniło kilku gejów, którzy się dawno nie odzywali. Na gronie Parlamentu Studentów UW też poszło.
Nie powiem, początkowo to było zabawne, potem mniej. W sensie, że jestem spalona na mieście – nikt już nie powie: „o, to ta dobra transocjolog”, tylko będą mówić „ta, co się z Dodą pobiła”. Szkoda trochę. Ale nie narzekam tak całkiem, bo sytuacja ma oczywiście plusy. I nie chodzi tylko o to, że przez chwilę mi czytelnictwo blo i bloxa skoczyło (baaaaardzo znacząco) ani o to, że nagle mam na fejsie dwa razy więcej fanów. Lubię to, że mogę teraz ludzi trochę peszyć, gdy mówię – będąc przedstawianą komuś nowemu – „tak, to mnie pobiła Doda”. W sensie, że wychodzi na jaw od razu, że jestem trans(westytą?!). To dobrze. Trochę jak taki eksperyment etnometodologiczny. Jak zareagują? Co zrobią? Jak ułożą na nowo porządek interakcyjny? Śmieszne to.
Uważam też, cokolwiek by nie mówić, że wyszło z tego działanie na rzecz środowiska LGBTQ. I na moją rzecz także – bo ludzie zawsze solidaryzują się z ofiarą. Śmieszne jest to, że skoro o tym piszę, to znaczy, że zdaję sobie z tego sprawę i że ogłaszam to wkoło. I że jeśli ktoś rzeczywiście z tego powodu ze mną sympatyzował, to teraz może potraktować to jak moje wyrachowane działanie i zmienić zdanie na mój temat. A więc przez to, że mówię, że wiem, że jestem na lepszej pozycji – tracę ją. Ale to już nie ma znaczenia.
Przecież nie łaziłam obok znanej piosenkarki wkoło tylko po to, żeby mnie zaczepiła i żeby się z tego news dla mediów zrobił, prawda? Uwierzcie mi, że gdyby tak było, to zadbałabym o to, żeby wkoło byli przypadkiem fotografowie i bardziej znani ludzie niż ci, którzy to oglądali.

Dużo o tym piszę, bo ten temat jednak jakoś tam moje ostatnie dni dominował a przynajmniej poważnie naznaczał. Ale wracając do mojego normalnego porządku dnia i życia…
We wtorek ZNÓW nie byłam na zajęciach specjalizacyjnych. Generalnie, to ten rok akademicki na razie mija mi bez nich. Nie to, żebym cierpiała, ale muszę się tam zjawić, żeby jednak szanowna pani redaktor pełnomocnik zarządu do spraw mogła mi zaliczyć ten przedmiot, nie? W sumie to mi się wszystko komplikuje. O ile z seminarium dyplomowym sobie poradziłem, o tyle nie wiem co dalej. Miałem – w początkowych planach – wcześniej kończyć studia. Potem okazało się, że nie mogę, jeśli chcę się z Rektorą sądzić dalej. A że chciałem i chcę, to wiadomo. Teraz jednak sytuacja się jeszcze zmieniła (o czym zaraz) i nie będę się sądził. Mógłbym więc skończyć.
Ale też i zawarłam układ polityczny z moimi przeciwnikami – i przyznaję się do tego publicznie! – w sprawie wyborów w Instytucie Dziennikarstwa. W sensie, że chcę startować do Parlamentu Studentów UW. Więc nie mogę wcześniej kończyć.
Po co do PS UW znowu? A tak mi się zamarzyło jednak być dalej Marszałką PS UW. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że oto właśnie zostaliśmy wyruchani. Dosłownie niemalże: wy-ru-cha-ni. Oto bowiem mój klub Evolucja został porzucony przez swojego koalicjanta – DKP. Stała się rzecz, w którą nie chcieliśmy do końca uwierzyć od jakiegoś czasu, choć znaki na niebie i ziemi wydawały się oczywiste: DKP i opozycyjne dotychczas PKS weszli w układ i nic już tego nie zmieni. Evolucja przechodzi do opozycji. Co oznacza, że najpewniej nie pozwolą mi sprawować funkcji Marszałka. Choć, przyznajmy to, szło mi to dobrze i raczej nie ma na horyzoncie nikogo, kto mógłby temu zadaniu sprostać zamiast mnie. No, trudno. Jako jednak, że układ polityczny w Instytucie Dziennikarstwa zawarłam, to go będę się trzymać. Warunki są proste: grupa trzymająca Zarząd wystawia do PS UW tylko 1 kandydata (są dwa miejsca) a w zamian za to ja startuję tylko do PS UW (a nie do innych organów). Dla pewności podtrzymać udało mi się Regulamin, który daje mi szansę dostania się nawet do Zarządu Samorządu Studentów ID bez większego wysiłku. I, co oczywiste, jestem gotowa też na różne plany awaryjne. Mam jednak nadzieję, że nie będą one potrzebne i że słowo z obu stron dane, będzie dotrzymane.
Co nie zmienia faktu, że na szczeblu uniwersytetu zostaliśmy wy-ru-cha-ni. Problem nr 1: znaleźć się jakoś w nowej sytuacji i zrobić jak najwięcej dobrego dla studentów UW. Jasne, będzie trudniej, ale może właśnie o to chodzi?

Środa była dniem, który rozpoczął moje maratonowe bieganie. Z redakcji dość szybko wyszłam, bo pobiegłam na wręczenie Stypendiów Pomostowych. Od razu może dodam, że nie, nie jestem ich beneficjentką. Byłam jako przedstawiciel patrona medialnego. Jasne, szkoda, że mi nie dadzą ;) 500 zł miesięcznie drogą nie chodzi. Uroczystość – miła, sympatyczna. Dużo Bardzo Ważnych Prezesów, organizatorzy, młodzież lekko przestraszona, prezentacje, występy, bardzo sympatycznie. Potem poczęstunek, ale nie miałam czasu, niestety. Musiałam lecieć do Jureczka, żeby oddać mu rzutnik, który mi jakiś czas wcześniej pożyczył. Nie wolno za długo trzymać cudzych rzeczy, więc spieszno mi było do zwrotu. A Jureczek jest kochany, że tak się zgadza mi pomagać a do tego zawsze mi na maksa na rękę idzie. Ja to naprawdę widzę i doceniam, Jurku.

Potem szybki bieg na spotkanie z Marcinkiem. Oczywiście, jak zawsze, się dziwnie minęliśmy. Znów, mam wrażenie, z mojej winy. Muszę przestać kombinować tylko po prostu wiernie czekać na miejscu, gdzie się pierwotnie umawiamy. Wiernie, jak sucz.
Poszliśmy do jakiejś kawiarni pogadać. Ja zawsze staram się jak najmniej o sobie mówić, bo wiem, że Marcinek może poczytać jeśli coś go zainteresuje. Oczywiście, mogłabym godzinami opowiadać o tym, co mnie spotkało, co się dzieje, co myślę, co czuję. Ale nie chcę. Wolę słuchać jego. Nawet jak mi mówi o swoich problemach z doborem tematu pracy dyplomowej. To mnie też interesuje. A jeśli mogę pomóc, to tylko się cieszyć.
Jak zwykle, Marcinek zdjęć chciał uniknąć, ale – także jak zwykle – nie pozwoliłam na to. Za bardzo podziwiam jego urodę, żeby nie uwiecznić jej przy każdej okazji, która się nadarza.
Ale to nie koniec. Po opuszczeniu Miłości Życia pobiegłam na spotkanie redakcji. Dość spokojnie przyjęli moje pomysły – m.in. ten, że chcę zmienić regulamin naszej Uczelnianej Organizacji Studenckiej w sposób, który uczyni mnie jednoosobowym Zarządem :) Ja wiem, że to brzmi strasznie, ale to naprawdę praktyczniejsze rozwiązanie. Ustaliliśmy plan działania, ustaliliśmy co dalej… No i generalnie to było bardzo owocne spotkanie/ Aż mnie to zaskoczyło :)

W czwartek od Marcina w redakcji dostałam dużo nowych książek. Ponieważ już przeczytałem „Margot” Witkowskiego i „Śmierć Bunny’ego Munro” Nicka Cave’a, to mogę coś o nich powiedzieć. „Margot” mnie zaskoczyła. Pozytywnie, na szczęście. Okazuje się, że Witkowski fajnie pisze. Bawi się językiem, szaleje, „aszarabaszara kotlet” wchodzi do naszego domowego słownika. Więc naprawdę fajnie. Czyta się to jego dzieło dość sprawnie, szybko, fajnie. Choć nie jest wcale takie bardzo lekkie. Opis tej dyrektorki domu dziecka, która pragnie małej dziewczynki jest tak żywy, że aż mnie prawie przeraził. Za to obraz księdza-pedofila sprawił, że przed oczami miałam Witkowskiego podziwiającego młode męskie (nie koniecznie dziecięce) ciała. Takie tam skojarzenia. Więc książka na tak!
Nick Cave był dla mnie tajemnicą. Rockmen piszący książkę? Może być różnie. Okazało się jednak, że jest okej. Jeszcze zanim dobrnęłam do połowy powieści, Bunny Junior był moim ulubieńcem. Z tym swoim encyklopedycznym światem definicji… Słodko, naprawdę. Więc książka mi się podobała. Może nie jest najszybciej czytającą się książką w historii literatury, ale jest niezła. Pokręcona, to na pewno.

W czwartek z redakcji też dość szybko uciekłam – na Walne Zebranie Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW. Chyba po raz pierwszy udało się Zarządowi zwołać je bez łamania regulaminu. To sukces. Około 16 osób było, co jest też niezłym wynikiem. Tym bardziej, że z mojego powodu już 3 czy 4 raz zwoływali to walne. Była dyskusja, była walka słowna. Prowadzenie: bardzo marne. Ale to na marginesie. Jeszcze nie widziałam uchwał, które powinni już dostarczyć do centralnych władz samorządowych. Zobaczę, ocenię, może zadziałam. Dyskusję sprowokowałam ja. Najpierw na porządkiem obrad, potem nad Regulaminem głosowanym. Udało mi się przekonać ich, że potrzebne jest vacatio legis – bez tego zgłosiła bym regulamin do Rektory z wnioskiem o uchylenie. M.in. na tej podstawie uchyliła Regulamin przyjęty przez Walne, któremu ja przewodziłam. To vacatio legis spowodowało, że się ich plany poplątały.
Wybory komisja zarządziła już dawno na 9 listopada. Musi na jakieś 8-9 dni przed ogłosić je. Po obwieszczeniu trybu i tak dalej, nie można już nic zmieniać (to chyba jasne?). A Regulamin ma, dzięki mojej interwencji, wejść w życie PO tym dniu. Więc wybory, mimo wszystko, odbędą się według ordynacji lepszej dla mnie, ale i dla studentów UW. Ja co prawda zobowiązałam się nie startować do organów innych poza Parlamentu Studentów UW i słowa dotrzymam – ale to idealna okazja na oddolną inicjatywę, która zmiecie z powierzchni ID dotychczasową grupę trzymającą Zarząd. Szkoda jednak, że to dziennikarstwo – nikt tam tego po prostu nie zrobi.

A wieczorem jeszcze spotkanie doktorantów w sprawie konferencji naukowej, którą będziemy organizować. Myślałam, że płuca wypluję – tak mnie jakiś atak złapał. Mam cały czas wrażenie, że się nie wykrztusiłam porządnie po tym kilkunastodniowym przeziębieniu. I że czasem mnie męczy. A co do konferencji – weszłam w skład grupy inicjatywnej… Więc chcąc, nie chcąc – włączyłam się. Może to i dobrze? W sumie chyba powinnam, prawda?

W piątek za wiele się nie działo. Siedziałam sobie spokojnie w redakcji, dziubałam coś tam przy tekstach cudzych… I nic nie zwiastowało nadchodzącej tragedii. Poszła plota na pudelek.pl i musiałam zaraz do domu iść.
Wróciłam do domu… by przeżyć tę Dodę nieszczęsną, o której było na początku.

Zgodnie z zapowiedzią, nie b4ujemy. Nie robimy żadnych spotkań, rozgrzewek, biforów, starterów. Nie i już. W Utopii dodatkowo było dość krótko. Ludzie przed Halloween się zbierali, żeby się wyspać przed makijażami, fryzjerami, przebraniami, szaleństwem. Ale i tak było miło. Nowy dj Sin dał radę, zagrał całkiem w pytkę. Ku ogólnemu zaskoczeniu, zjawił się Damian.be z Łukaszem. No i, wiadomo, była ciotodrama. Bo a to Łukasz się ku Whitney miał, a to ku takiemu Robertowi… No, generalnie, szał ciał na parkiecie.
Było trochę ładnych chłopców, a to zawsze na plus działa, co nie?

[nie dam rady więcej w tym momencie napisać, a muszę już wstawić blo, więc dokończę… jak się tylko da]

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

31godzinna impreza. Tak, potrafię!

18 sie

11 sierpnia po raz pierwszy zjawiłam się w nowej redakcji. W sensie, że redakcja ta sama, ale w nowej siedzibie. Dostałam już swoje miejsce gotowe, pomogłam tylko ustawić Internet i mogłam się zacząć mościć na miejscu. A miejsca jest więcej niż było (co nie oznacza, że nie mogłoby być więcej, jak zawsze) i generalnie jest naprawdę okej i się robi coraz milej. Muszę się przyzwyczaić do kilku innych rzeczy. Przede wszystkim – toalety nowej i kuchni dziwnej. Ale dam radę. Wszyscy są lekko podekscytowani nową sytuacją, wszyscy są nieco wybici z rytmu, ale do tego rytmu trzeba szybko wrócić. Bo praca czeka. Mniej mnie, bardziej innych. Choć muszę też szczerze przyznać, z perspektywy tych kilku już dni tam przepracowanych, że jak dotąd się ani razu ani minuty nie nudziłem. W sensie, że jak zdarzało mi się nie robić czasem niczego w poprzednim miejscu, na poprzednim stanowisku, tak teraz nie miałem jeszcze takiej chwili. Jasne, czasem idę po kawę i nie robię w tym czasie nic konkretnego, ale nie miałem jeszcze tak, że siedziałem i w sumie nie miałem nic do roboty. Cały czas jest coś. Jednym z ważnych elementów jest nadzorowanie pracy innych osób – zwłaszcza Sz., który jako tako sobie na razie radzi. Jedyny minus to póki co, wydaje mi się, małe zaangażowanie. Emocjonalnie nie czuję, żeby był tym wszystkim żywotnie zainteresowany. Ale może to tylko moje wrażenie, albo stan przejściowy – zobaczymy.
Udało mi się też ostatecznie umówić na rozmowę z Dorotą Gardias. Oboje spóźnieni dotarliśmy do Złotych Kutasów. Ona jadła, piliśmy i opowiadała. Wkurza mnie to, że ona je ile się da i wygląda jakby ważyła 15 kg. Powiedziałam jej to ze 3 razy. Dorotę bowiem znam od dawna, musicie wiedzieć. Może nie jest jakąś moją bliską przyjaciółką, bo wiadomo, że ja się z kobietami raczej nie zadaję, ale… no nie mam jej niczego do zarzucenia. W sensie, że nie jest ani głupia, ani brzydka, ani nietajna. Dlatego cieszę się, że udało się nam ten wywiad załatwić. Pojechaliśmy potem do studia fotki jakieś pstryknąć. Minus jest taki, że ja płaciłam za taxi w dwie strony i odczułam to. Rozśmieszyło mnie, że panu dwa razy samochód zgasł, jak jechaliśmy z powrotem do centrum. Taki niby rajdowiec w okularach i rękawiczkach motorowych a tutaj taka wtopa… No cóż :) Ale za to nasza rozmowa wyszła super i cieszę się, że się udało. I mam nadzieję, że materiał fajny z tego wyjdzie.

We wtorek już normalnie, jak gdyby nigdy nic, poszłam rano do redakcji i udawałam, że się świetnie odnajduję w nowym miejscu. Swoją drogą, to też zaskakujące, ze tak szybko potrafimy się przestawić na nowe miejsce. Ja mam zresztą nadzieję, że uda się tak załatwić, że od września ja osobiście znów swoje miejsce zmienię na UW. Ale to na razie sfera planów i pobożnych życzeń. 
Tego między innymi dotyczyło spotkanie moje i Dominiki (przed tym spotkaniem: „pani doktor Dominiki”). Opowiedziałam jej o co chodzi, na czym polega pomysł, obiecałam przesłać jej coś niecoś… Pogadaliśmy, wymieniliśmy się opiniami, ideami. Mam nadzieję, że coś z tego fajnego wyjdzie. Bo ja bym chciał naprawdę dużo w związku z moją działalnością około naukową na UW zrobić. Dominika mi pomoże :)
Spotkanie miłe, w atmosferze otwartości, a to ważne. Ciut przydługie, dlatego potem biegłam na spotkanie dwuminutowe z Kejt. Odebrałem swój bilet na koncert Madonny nareszcie. Jakoś wcześniej się nie składało, więc i nie miałem go w domu. U Kejt był jednak bezpieczny – nie miałem się o co martwić. Ale że koncert zbliżał się nieubłaganie, to musiałem go dostać do ręki. Powodzeniem zakończyła się cała akcja przy pl. Trzech Krzyży i bilet znalazł się bezpiecznie w moich rękach.
A skoro o Madonnie mowa, to wieczorem Adam wpadł do mnie. Raz, że prosiłam go o pomoc przy mojej wciąż schodzącej skórze z pleców (na nogach sama sobie daję radę) a dwa, że obiecałam mu, że kiedyś na pewno obejrzymy jeszcze coś o niej u mnie. „I’m going to tell you a secret” to tytuł filmu dokumentalnego zza kulis jednej z tras koncertowych. Nie powiem, nawet fajny – poza kilkoma za długimi momentami, które nużyły. Ale generalnie – nie zmarnowany czas. Potem Adam zdzierał ze mnie skórę, która schodziła płatami wielkimi ze mnie i którą Adam dość skutecznie ze mnie zdejmował (za co jestem baaaardzo wdzięczna). Miło było, potem na noc został. On mógł spać do 12, ale ja następnego dnia znów o 7:50 wstałam. (Chociaż w sumie… to dość ludzka pora, nie?)

Zaczęło się nasze eksperymentowanie z nowym miejscem. Postanowiliśmy spróbować tamtejszych restauracji. Jest jakaś wietnamska czy coś tam. Zamawiamy jedzenie. Każdy się na coś zdecydował – 5 osób. I oczywiście, że ja mam dzwonić, bo jak pizzę zamawialiśmy, to zawsze ja dzwoniłam i że niby taka specjalistka jestem. No okej, dzwonię. Odbiera pani, co po polsku nie za bardzo potrafi… Ale się śmieją, że ja mam doświadczenie, bo rodzice części moich korepetytowanych też po polsku nie za bardzo… Bardzo śmieszne. Zamawiam, powtarzam, podaje numery, powtarzam, że 5 potraw. Po kilkunastu-dziesięciu minutach zjawia się mała Azjatka z plastikową skrzynką w której ma… 4 posiłki. Przeprasza i popierdala po zamówienie dla Sz. Dłuuugo jej nie ma, ale się zjawia. Sz. już naprawdę wkurzony, zastanawia się czy w ogóle to zamówienie wziąć, ale namawiamy go, żeby zjadł. Bierze, ale zwraca pani uwagę, że nasze łączne zamówienie obligowało ją do dostarczenia nam chipsów krabowych. Ona przeprasza i wychodzi. Zjawia się po jakimś-tam czasie z tymi chipsami. Jedzenie nie wszystkim smakowało – mój kurczak z bambusem i grzybami mun był okej. Duża porcja strasznie. Ale restauracja jest u nas spalona już. Odpada.
Wyszłam znów wcześniej z redakcji (codziennie to robię w sumie…), bo Adam zaproponował wyjście na „Mądrość i seks”. A że kiedyś-tam obiecałam, że pójdziemy, to się wybrałam pod to nieszczęsne kino Femina. Wkurzyłam się trochę. Bo mówię, że muszę po kasę iść do bankomatu a Adam przezywa, że ważniejsze, żeby on chipsy jakieś-tam kupił. I gdy tłumaczę, że nie – że jednak kasa na bilet dla mnie jest istotniejsza, to jakby nie słyszał. Generalnie, jakby nie słyszał. Wkurzyłam się, a żeby nie być niemiłą, nie odzywałam się za wiele. Prawie wcale.
Film okazał się słodko-pierdzącą opowieścią o niczym. O tym, że są happy endy na świecie. Ot, nic nadzwyczajnego. Jasne, kilka śmiesznych gagów, kilka scen ciekawych ale generalne wrażenie: łorewa. A szkoda w sumie. Okazuje się, że jako reżyser Madonna nie sprawdza się najlepiej. Wróciłam do domu i myślałam, że odpocznę, ale nie…
Kamil wrócił znad morza i uparł się, że do mnie wpadnie. Nie, nie bez celu. Chciał płytę CD z Exculsive Residents’ Night w Utopii. Miałam, owszem. Ale żeby godzinę po powrocie znad morza chcieć już być u mnie – aż mnie zaskoczył, przyznaję. Wpadł ciut później. Z Maćkiem, nierozłączni. Jechali potem do kasyna. Kamil bowiem znalazł ostatnio uciechę w wydawaniu kasy w takowych. Nie wiem, co w tym fajnego, ale skoro chce, niech się bawi.

W piątek w redakcji musiałam chwilę posiedzieć, by móc zająć się tym, co naprawdę ważne. Czyli znów Madonną (szaleństwo, nie?). Spotkałam się z Gackiem w centrum i pojechaliśmy do wypożyczalni strojów. Chciałam coś na weekend sobie znaleźć – na sobotę właściwie. Nie wiedziałem do końca co, ale ostatecznie natchnęło mnie na gorset. Był fajny, wzięłam, choć nie wiedziałam w sumie do czego mi on. Ale co mi tam.
Potem pojechaliśmy na lotnisko Bemowo. To niełatwa podróż, ale chcieliśmy zobaczyć co tam się dzieje i obczaić na kolejny dzień gdzie co i jak. Pojechaliśmy, byli tam ludzie, kręcili się. Nieliczni, ale jednak. Więc i my się zjawiliśmy i obserwowaliśmy. To, co przerażało, to ilość bramek i odległość do sceny. Pokręciliśmy się z Adamem, który do nas po drodze dołączył i już mniej więcej wiedzieliśmy: będzie ciężko. A ochrona nic nie wie.
Wróciłam do domu, ogarniałam się. Wpadł do mnie Marcinek. Mówił, że może z bratem i jego aktualną stałą partnerką seksualną wpadnie, ale ostatecznie sam się zjawił. Kamil zapowiadał też, że może będzie, ale jednak nie. Miałam więc Marcinka sam-na-sam dla siebie. Miłe to :) Mihał dołączył, bo szedł potem do U z nami. I to wszystko co potem się stało, to wina Mihała.
Bo on chciał się napić, a że tak rzadko to proponuje i że tak rzadko to robimy, to się bez chwili wahania zgodziłam. I to był błąd. Bo przecież miałam nie pić – mając na uwadze to, co mnie czeka. Ale nie, nie mogłam się opanować. Jak alkoholik prawie ;) Po prostu cieszyłam się, że się odważył. No, ale potem w Utopii też nie odmówiłam, niestety i ze dwa drinki wypiłam…
Zanim jednak o tym, to chcę zauważyć, że po raz – mam nadzieję – ostatni, udowadniałam, że nie mam penisa. Założyłam strój kąpielowy a la Madonna w „Hung up”. Żeby było megaciasno. Prawda jest taka, że chciałam tym strojem ostatecznie się skompromitować, pogrążyć. Pracowałam na nim trochę. Strój, dodatki, makijaż, peruka… Wszystko zajmuje czas. W sumie ponad godzinę, jeśli nie dwie spędziłam na tym wszystkim. Ubieranie, dobieranie, malowanie, czesanie… A wszystko na marne, bo i tak w klubie obecni się tylko i wyłącznie na moje krocze gapili. Szukali, ale nie znaleźli. Nawet ochroniarze utopijni chyba ostatecznie uwierzyli. Że „time goes by so slowly” i że nie mam. A jeśli ktoś jeszcze nie wierzy, nie moja sprawa.
Impreza udana, grał nieźle nawet. Więc tego się nie czepiam. Marcinek się tak dobrze i tak słodko bawił, że i mnie to w całkiem imprezowy nastrój wkręcało. I przez to zamiast o 4, wyszliśmy o 5:20. To był też błąd.
Pojechałam do domu się ogarniać.

No dobra, przyznaję, że początek koncertowego dnia nie był udany. Wróciłam do domu z Utopii lekko dziabnięta i poszłam się wykąpać. A że śpieszyć się nie musiałam jakoś specjalnie, to zaserwowałam sobie kąpiel zamiast prysznica. I to był błąd. Zmęczenie dało się we znaki. Usnęłam w wannie. Uwierzcie, to nic przyjemnego. I nie ma znaczenia, że trwało to tylko około 23 minut, naprawdę. Szyja trochę bolała (to się jeszcze dało przeżyć), ale ręce mi tak wysuszyło, że dłońmi ruszać nie mogłam. Telefon miałam w pokoju – i to też był błąd. Głos wyłączony, więc mogli sobie dzwonić do woli. I dzwonili. Muzyka grała bardzo głośno – miałam nadzieję, że to też zapobiegnie jakiejś tragedii. A Mihałowi się siku chciało, więc miał pilnować, żebym nie siedziała za długo. I co? I usnął przy tych wrzaskach z komputera.
Wyszłam z wanny, Adam już był w drodze do mnie, bardzo wkurzony. Odebrał mnie i pojechaliśmy. Już mocno spóźnieni względem planu. Gacek też coś kombinował i jechał z dziwnego miejsca. Generalnie Adam się prawie w ogóle słowem do mnie nie odezwał w drodze. Mocno wkurwiony – w sumie bez potrzeby. Mógł jechać sam przecież na teren lotniska…

Dotarliśmy szczęśliwie, ludzi już trochę było. Ale gazeta.pl i tak relacjonowała, że już od 7 była setka, więc nasze wcześniejsze przybycie de facto niewiele by zmieniło. Zajęliśmy miejsce. Chcieliśmy wejść kulturalnie wejściem, ale ochrona powiedziała że nie i że ci co w środku są, to są od wczoraj od 15:00. Ta, jasne. Tylko, że o tej porze to my tam byliśmy zwiedzać teren. Wkurwili nas i normalnie przez barierkę przeszliśmy. Pewno jak większość. Zaczęło się czekanie. Kocyki rozłożone, my też. Czekamy.
Ludzie powoli się schodzą, zaczyna nas przybywać. Generalnie jednak nie było na początku jakiś dzikich tłumów. Od samego jednak początku rzucają się w oczy dwie rzeczy – jest sporo fanów Madonny z jej fanklubu polskiego oraz jest dużo brzydkich ludzi. To drugie przeszkadza zwłaszcza Gackowi, który podkreśla to w relacjach na żywo na specjalnym blogu CzekajacNaMadonne.moblog.pl, który założyłam na potrzeby tego dnia. Pomyślałem, że to niezły pomysł, żeby na żywo relacjonować co się dzieje z perspektywy nie dziennikarskiej, ale uczestniczącej. I chyba plan był dobry, bo się okazało, że na mobloga tysiące ludzi weszło. Widzieli fotki, które pstrykałam, filmiki, które nagrywałam i opisy, które dodawałam. I dobrze. Nie ukrywam, że to trochę też dla zabicia czasu, bo przecież siedzenie nie jest zbyt rozrywkową czynnością.
Ludzi zaczyna przybywać, a mi się gęba nie zamyka. Cały czas z Gackiem i Adamem pierdolimy głupoty. Ale tak totalnie i bez przerwy. Oni się przeginają, poruszamy bardzo ważkie tematy, rozśmieszamy trochę w ten sposób ludzi dokoła. I o to też chodzi. Nie może być nudno, nie? Pewno dzisiaj nie powtórzyłabym ani jednego tekstu, z tych wypowiedzianych wówczas (bo to taki humor spontaniczno-sytuacyjny), ale był fan. I nie męczyło mnie to. Dołączyli do nas Maciej Bieacz Biurwa Jebana i Wojtek, jego niedoszły. To ten sam, co mnie nie lubi i nie chce mnie poznać. Rozbawiła mnie sytuacja, bo w zasadzie siedzieliśmy na jednym kocu (umownie, bo ja prawie w ogóle nie siedziałam – stałam cały czas), nikt nas sobie nie przedstawił i prawie się do siebie nie odzywaliśmy. Spodziewałam się, że tak będzie.

Ludzi zaczęło przybywać, koło 12:30 zaczęły zjeżdżać autobusy z fanami. Wyskoczyliśmy na ostatni i jedyny posiłek na BP. Zapiekanka czy coś tam – całkiem niezła, prawdę mówiąc. Picie, siku i tyle. Czas wracać na miejsce, bo powoli zaczyna się walka. Samodzielnie wywiązał się trzyosobowy zespół broniący dostępu do najbliższych wejściu sektorów oczekujących na wejście. Żeby nowoprzybyli ludzie nie mieli możliwości się przecisnąć do nas. I działał skutecznie. Raz tylko musiałam pomóc, jak jakiś stary dziad był niemiły. Podeszłam i mówię (nie zwracając uwagi na jego wypowiedzi): „Ależ pan niekulturalny… No naprawdę, nie spodziewałabym się… Żeby taki człowiek tak się zachowywał nieładnie… Nie no, naprawdę aż dziwi mnie to. Tak niesolidarnie, tak niegrzecznie… Aż nie wiem co powiedzieć”. Odkryłam, że takie zawstydzanie więcej daje niż argumentowanie. Jeszcze potem tej strategii użyję.
Ktoś puścił plotkę, że będą wpuszczać. Ludzie się zrywają i zaczyna się powoli walka. Ściskają się. Okazało się, że plotka była fałszywa – tylko po to, żeby nas ścisnąć i zrobić miejsce dla kolejnych ludzi w tych bramkach prowadzących do wejścia. Sprytnie. Potem jeszcze raz im się to udało.
Zrobiło się NAPRAWDĘ gorąco. Pierwsze zasłabnięcia, pierwsze omdlenia. Jest gorąco, ludzie są spoceni, zmęczeni, spragnieni. Nikt już nie wyjdzie z kolejki i od wielu godzin tego nie robił, bo walka o miejsce jest zawzięta. Atmosfera przyjazna – wspólne przykrywanie się narzutami, pledami, czymkolwiek, co jest pod ręką. Ale tak naprawdę wszyscy wiedzą, że to jest konkurencja, walka. W tłumie robi się ciasno – małe dzieci, kobiety, pedały, wszystko się miesza. Ktoś podaje whisky do picia. Nie ryzykujemy – w takiej temperaturze to pewny zgon. Przeklinam co chwilę głośno, ale odkrywam też, że najlepiej spędzić ten czas siedząc skulonym między nogami innych ludzi – tam jest chłodno i nie ma słońca. Zauważam, że są małe dzieci niedaleko. Mówię głośno: „boże, ja tak przeklinam przy małych dzieciach!”. Ich mama z uśmiechem, ale jednak porozumiewawczo kiwa do mnie głową. Po chwili stwierdzam: „A i chuj, dobrze. Niech wiedzą, że na świecie są też źli ludzie”.
Robi się naprawdę niebezpiecznie. Czuję się słabo.

Okazuje się, że zaraz naprawdę będą wpuszczać. Pan wyjaśnia przez megafon zasady. Nie ma szans, żeby ludzie dalej cokolwiek słyszeli. My słyszymy. Bramka, druga bramka, skanowanie, nie biegać. Takie tam. Nikt nie słucha, wszyscy chcą już biec. Otwierają bramki. My stoimy dość blisko, w pierwszej 50. Ruszamy do biegu. Nikt nie wie do końca co się teraz będzie działo.

W długich biegach najważniejsze jest stałe tempo. Wiem to i starałam się zastosować. Liczyłam w głowie: raz, dwa, wdech, wdech, raz, dwa, wydech, wydech. Stałe tempo, równy oddech. I udało się. Dobiegam do finału w pierwszej dziesiątce. Tak, ja – stara transetka z astmą i ze zwolnieniem z wychowania fizycznego. Ale to nie koniec. Przebiegliśmy jakieś 3,5-4 km. Zatrzymują nas 1,5-2 km od sceny, bo trwa tam próba. Stoimy w wężyku bramek, na szczęście ludzie nie napierają na siebie, bo co jakiś czas ustawione są oddzielające nas przegrody. Nie napierają w innych kwadratach – w naszym jest inaczej. Ponieważ jest pierwszy, nikt nie drgnie ani na milimetr, żeby nie stracić pozycji. Ze mną są Adam i Gacek. Adam ciut za mną, Gacek kawałek dalej. Podjeżdża manager Madonny, rozmawia z zagranicznymi fanami, którzy stale jeżdżą na koncerty. Argentyńczycy rozmawiają między sobą, że „to jest jak wojna”. Są przerażeni. „Nigdy więcej nie pojadę na koncert do Europy Wschodniej”. „Miałeś rację, rezygnujemy z Budapesztu.” Wszyscy kaszlą. I każą nam stać 1,5 godziny w pełnym słońcu. To okazuje się za dużo nawet dla mnie.
Gdy nas w końcu puszczają, ludzie są wykończeni, przegrzani, spoceni. Po prostu jest źle. Dlatego nie daję rady. Muszę zwolnić w trakcie i dać się wyprzedzić. Na szczęście Gackowi udaje się w miarę szybko dostać do środka. Wbiega i zajmuje miejsce w Golden Circle. Dobiegam chwilę za Adamem. Jesteśmy w drugim rzędzie. Lekko na prawo od środka krańca wybiegu. Jest bardzo dobrze. Koło nas – ładny chłopiec, którego od samego rana podziwiamy. Potem okaże się, że to Bartek. Z pięknymi niebieskimi oczami. Są koło nas także Tomek i Franek, których poznajemy po tym, jak Tomek idzie kupić wodę i pepsi dla kilku osób wkoło siebie. Także dla nas. Potem Gacek stwierdził, że się w Tomku zakochał i nie dawał mu spokoju. Okej, Tomek też nie pozostawał bez reakcji a Franek się wkurzał. Aż mi go trochę szkoda było, bo ja Gacka znam. I wiem, że on się zakochuje z taką częstotliwością, jak ja zmieniam Miłość Dnia na facebooku.

A potem zaczął grać Paul Oakenfold. Chociaż lubię go jako remiksera (ma kilka naprawdę dobrych dzieł na koncie), to jednak nie spisał się. Wypadł średnio. Już pomijam, że jego show ratował Jesus i tancerze, którzy bawili tłum. I jasne, znał Euro Top 20 i ładnie wybrał co trzeba… Ale nic zaskakującego, ciekawego… Nie wspominając o dwóch technicznych wpadkach! Dwóch! Jasne, popowe towarzystwo madonno-fanowe się dobrze bawiło, słysząc dance’owe i vocal house’owe hity, ale bez rewelacji dla mnie.
Oczekiwanie rosło i rosło, aż pojawiła się Ona.

Show robi wrażenie, to fakt. Naprawdę, będąc tak blisko jak my byliśmy – czułam jej fizyczną obecność. I chyba to zrobiło na mnie największe wrażenie. Bo że koncert będzie udany, wiedziałam od dawna. Nie jestem fanką tego albumu ani też jebniętą fanką Madonny. Okej, lubię ją, podziwiam, uważam, że miała świetny album „Confessions on a dance floor”. Ale to, że 4-5 metrów ode mnie była osoba, którą znałam dotychczas z przekazów medialnych, to robi wrażenie. Tak samo jak moment z Michaelem Jacksonem. Choć widziałam go na YouTube czy gdzieś tam, to jednak miażdży i się prawie popłakałam. Zmiażdżyły mnie też mashup z „Like a prayer” w roli głównej. Choć nie jestem fanką tej piosenki, to jednak ta wersja była naprawdę dobra. Ale naprawdę-naprawdę.
Koncert był męczący. Ada, koleżanka Bartusia, mdlała już pod koniec i nie miała siły. Nic dziwnego. Gorąco, głośno, duszno a dodatkowo wszyscy zmęczeni.
Madonna dała radę. Bezdyskusyjnie. Nie ma nawet czego opisywać, bo to jest tak oczywiste, że szkoda znaków (których i tak na sam opis wydarzeń około koncertowych zużyłam już ponad 9,5 tys!)

Zaraz po koncercie zaczęliśmy uciekać z terenu lotniska. Adam był nadal w transie (to jest niezwykłe, jak on wchodzi w dziwny stan na tego typu wydarzeniach – aż pokazywałam Gackowi, żeby go dokładnie obserwował ze zdziwieniem) i musiał po drodze jeszcze w sklepiku Madonny się zatrzymać i coś tam kupić.
Dotarliśmy na miejsce umówione z Tadeuszem i Burgesem. Chwilę potem dotarł Tadeusz i ruszyliśmy naprzeciw Burgesowi. Exodus ludzki trwał. Spotkaliśmy się z Burgesem, który zawiózł nas do Tadeusza. Tam wypiłam trochę wody i zaraz do domu pojechałam się przebrać. Wkurwiła mnie taxi, bo miała takie opóźnienie, że szkoda gadać. A wszystkim spieszno było do U, bo pojawiła się plotka, że Madonna się może zjawić. Ja wiem, niektórym może wydać się to mało prawdopodobne i na tyle dziwne, że od razu by zwątpili… Ale wszystko wskazywałoby na to, że naprawdę jest taka szansa. Powrót Królowej, ozdobienie VIPa, dj Enferno grający w klubie… Można było mieć nadzieję, że tak się stanie. Jednakże pisenkarka o godzinie 00:10 wyleciała z Polski. Niecałą godzinę po zakończeniu koncertu (szybko się uwinęła, nie ma co). Ja zaś na 2 dotarłam do U. Zabawa już trwała, choć Enferno jeszcze nie grał. Ludzi sporo, ale nie aż tyle co wczoraj. Widać było, że się ciotostwo po koncercie wykruszyło. Nic dziwnego. Ja oczywiście nie mogłam sobie odpuścić. Adam szybko się zmył – bo zmęczony, Gacek też – bo poszedł z Piotrem. Przy okazji tylko wspomnę, że Gacek przegrał ostatecznie zakład nasz. Nie tylko był wiele razy widziany z Piotrem (za każdym razem tłumaczy, że to przypadek), ale też i prawdopodobnie współżyje znów z nim. To drugie nie jest nawet tak ważne. Nasza umowa mówi o spotykaniu się. A ponieważ Gacek nie chce się przyznać do tego wszystkiego, rozstrzygnąć będzie musiał – zgodnie z naszą umową – Adam, którego ustaliliśmy polubownym sędzią.
Czułam się wyjątkowo dobrze. Starałam się pić słabe drinki, jeśli już w ogóle. Wzięłam też dwa paracetamole, bo po koncercie miałam (i mam nadal) obrzęknięte i spuchnięte kostki. Nie wiem w sumie od czego, ale z drugiej strony, policzyłam to potem i na nogach byłam 45 godzin bez przerwy, z czego 31 godzin na jakiejś imprezie. To chyba mój rekord. A ja nie lubię siedzieć ani leżeć – więc prawie cały ten czas trzydziestojednogodzinny stałam. Mam prawo być obolała, nie?
Gdy inni się wykruszyli, ja szalałam do tego, co grał Enferno. Dał radę, nie ma co. Ani chwili nudy. Nowości, starocie, mieszanka wybuchowa, ale bardzo dynamiczna. Nie zdenerwował mnie nawet pijany pan, który twierdził, że zajął miejsce na parkiecie dla kogoś. Tak, zajął miejsce, jak w kolejce do lekarza. Próbował mnie zepchnąć i w ogóle, ale opamiętał się. A ja się bawiłam nadal.
Niektórzy żartowali, że naspidowana musiałam być. Nic z tych rzeczy. Po prostu przekroczyłam w którymś momencie tę granicę zmęczenia, po której się już go nie czuje. W sensie, że organizm nie dawał już znać, że jest zmęczony, bo nie przynosiło to efektów. Poddał się a ja szaleć mogłam. Paracetamol też zrobił swoje, nie ukrywajmy. A jak do domu dotarłam (w taxi, w której pan mówił „poszłem”), to padłam od razu. I to tak na maksa.

Wstałam koło 13:30, ale tylko po to, żeby coś zjeść, ogarnąć fotoblo i pójść znów spać. Do wieczora, gdy mogłam chwilę pofunkcjonować normalnie. Ale nie za długo. Bo znów poszłam spać. Najbardziej dokuczał mi ból głowy i ból kostek. Nadal są spuchnięte i obolałe, ale powoli mi schodzi. No i opalenizna niechciana na szyi i na twarzy… To mnie denerwuje akurat, bo w tym roku nie za bardzo mam dobre doświadczenia ze słońcem. Moja wrogość wobec naszej gwiazdy się nasila.

W poniedziałek musiałam już znów normalnie funkcjonować. A to nieproste. Raz, że totalnie z rytmu wybita a dwa… że wciąż z bólem, obrzękiem, zaczerwienieniem i spuchnięciem kostek. Ale udało się. Mi się zawsze udaje. Generalnie cieszę się z tego, że wieczorem udało mi się nawet przysiąść do pracy zleconej. Zanim jednak to się stało – wyskoczyłam do wypożyczalni strojów oddać nieużywany gorset a dodatkowo wziąć coś na środę na imprezę urodzinową Marcinka, który chce nas jako starożytnych Greków/Rzymian/Greczynki/Rzymianki widzieć. Znalazłam coś odpowiedniego na 5 minut przed zamknięciem. Ta wypożyczalnia zaczyna na mnie nieźle zarabiać :) Ale z drugiej strony – mają tyyyle fajnych rzeczy, że aż grzech odmówić.
Potem jeszcze Carrefour zaliczyłam a jeszcze później (gdy pisałam pracę i blo), wpadł pan z Frisco.pl z naszymi zakupami. Odebrałam je i gdy skończyłam pisać: wzięłam się za rozmowę na GG. Z Radomirem, który wyznał, że 1) nie chce już do mnie mówić per Pan/Pani, 2) chciałby mnie pocałować, 3) jest teraz w USA. Ja wiem, że zdobywanie terenów niezdobytych przez innych jest dla niektórych warte emocji, jakie w to wkładają, ale bez przesady.
I tym zabawnym akceptem kończę, bo usypiam już.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Groźna jak Amy, pasywna jak Pasyw, zaburzona jak ja

16 cze

Środa zaczęła się rano. Szkoda, że dopiero tydzień później dowiedziałam się, że wydawca powiedziała, że w trakcie wakacji „można się trochę spóźniać” i wszyscy się zjawiają raczej przed 10 niż po 9 :) No, ale ja i tak jestem tam teraz koło 4,5 godziny dziennie, więc nie ma co przeginać. I tak nadal wychodzę kiedy chcę, robię co chcę i generalnie nikt mnie z niczym nie goni… Więc nie narzekam, nie narzekam!
Jak wróciłem do domu przed 15, to chłopcy byli oburzeni i pytali „Co ty robisz w domu?!” i generalnie prawie mnie z niego wygonili :) Ale tak, tak – nawet ta stara Jej Perfekcyjność ma wakacje i może czasem wrócić do domu wcześniej! Ha!
Tym bardziej, że na wieczór szykowała się impreza. Nie przeszkadzało mi to, że od kilku dni mam opryszczkę po raz pierwszy w życiu. Odpowiednie tuszowanie, suszenie, sranie w banię i jako tako człowiek wygląda. A najśmieszniejsze, że moja opryszczka została ochrzczona – na cześć tekstów z GayLife.pl – żółtaczką analną. Doszliśmy do wniosku, że ktoś mi wylizał nieznajomy odbyt i teraz mam za swoje ;) Śmiech śmiechem, ale teraz będę nosicielką do końca życia! To brzmi poważnie, nie?
Mimo wszystko wieczorem kilkoro pedałów do mnie wpadło. Jak mnie ktoś pyta czemu zapraszam Kubę Po Prostu i jego Daniela do siebie na bifory, chociaż mówiłam, że nie będę już tego raczej robić, to nie mam odpowiedzi. W zasadzie chyba tylko dlatego, że są ładnymi chłopcami. Ja wiem, to słaba wymówka, bo nie oni jedyni… Ale mam słabość do nich czasem. To się skończy. Oczyszczanie otoczenia trwa :)
Wpadł też Łukaszek, Whitney Houston, Adam i Grzegorz. Oglądaliśmy Baśka Blog – wiecie, od tej Baśki, co nas nauczyła mówić, że pies sra i szcza (z „Klatki B”). Było zabawnie, bo ona jest naprawdę mocno jebnięta. Gacka nie było, bo oficjalnie był w Poznaniu. W sumie: jego strata. Tym bardziej, że udało mi się częściowo pedalstwo namówić do podróży nocnym. Jak szliśmy z Centralnego, Whitney zauważyła wielki biały budynek blaszany przed PKiNem. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło i po co. Ale ta pobiegła od razu wciągać to, co białe, bo uznała, że to fabryka Białego Pana. Najgorsze było to, że drzwi były otwarte i weszła do środka :) Bałam się, że nie wyjdzie, ale dała radę.

W Utopii szaleństwo było. O dziwo, nie zaczęło się o 1, jak przewidywaliśmy, ale sobotnio – po 2. Tadeusz przyniósł okulary a la wczesna Lady Gaga i sobie fotki wszyscy w nich pstrykali. Ja się cieszę, że udało mi się ostatecznie zrobić sobie zdjęcie z Maciusiem w pozycji ja-pasywna i on-aktywny. To było jedno z moich życiowych marzeń i ostatecznie zostało spełnione.
Szybko się sporo ludzi zebrało. Jednak ta środa to był dobry pomysł, nie ma co. Widać, że ludzie nie mają co robić przed wielkim świętem Bożego Ciała i w poszukiwaniu boskich ciał się wybrali na Jasną 1. A ja musiałam przeżyć małą ciotodramę Adama, który nagle coś spoważniał, postanowił, że idzie do domu. A generalnie miał u mnie spać po wyjściu z U. Więc próbowałam go jakoś rozruszać. Ostatecznie się udało, ale nie wiem do tej pory o co mu chodziło.
Szczytem wszystkiego było pojawienie się Tomeczka i Pawła. Nie wiem z jakich zaświatów się wzięli, ale się pojawili. To było naprawdę coś zaskakującego. Plotka niosła, że umarli już dawno i nikt nie wchodzi do ich pokoju, bo się boi odkryć ciała. A jednak żyją. Co więcej – konsumują. To wyszło na jaw jak się posilaliśmy nad ranem w Luksorze (zajebista nazwa) przy Metro Centrum. Adaś, tamci dwaj, Łukasz i Pasyw. No i ja. Jedliśmy cheeseburgery. Chociaż o tej porze i w tym stanie, należałoby powiedzieć, że je wpierdalaliśmy. Ubrudziliśmy cały stół – bardziej niż był brudny. Ale bez wyrzutów sumienia, bo i tak się kleił. Za nami szedł jakiś chyba znajomy Łukasza stary i coś tam gadał, a ten na niego się wydzierał, żeby się odczepił. Ostatecznie, po przejściu z nami dobrych dwóch km, odszedł. To co się działo potem nie zaskoczyło nikogo, kto był na imprezie. Pasyw pojechał do Łukaszka. Tak, tak, dokładnie tak.

Adam spał u mnie. To zabawne, ale myślałam, że po tym jak się przyznam do tego, co się stało między nami, to plotki ucichną. Ale nie, tak się nie stało. Nadal są docinki – tego się spodziewałam, ale i plotki – co mnie zaskakuje. No więc po raz kolejny informuję oficjalnie: nie sypiam z Adamem (w sensie, że owszem – śpimy w jednym łóżku, ale nie śpimy ze sobą), nie całuję się z Adamem (chyba, że cmoknę go w czoło raz na tydzień). Ja wiem, że wszyscy myśleli, że po tym moim wyznaniu ja go od siebie albo siebie od niego odsunę. Tak się nie stało – dla postronnego obserwatora nic się nie zmieniło. Bo różnica dzieje się poza oczami ludzi w moim pokoju za zamkniętymi drzwiami. I dlatego pozostaje mi wierzyć na słowo. Skoro dotychczas wszyscy wierzyli, to co powoduje, że tak nagle nie chcą? To ciekawe z psychoanalitycznego punktu widzenia.
Do domu pojechał jakoś rano a potem wieczorem znów wpadł. Boże, jak padał deszcz niefajnie… Ale jak przestał, to się zebraliśmy i spotkaliśmy się w tramwaju w drodze do Centrum. Pochodziliśmy, podziwialiśmy pustą Warszawę. Fajny widok. Poszliśmy na Krakowskie, na Nowy Świat – taki sobie spacer po prostu. Niesamowite jest to, że poczułam wtedy, że mam wakacje. Że mogę tak beztrosko i bezkarnie spacerować. To miłe odkrycie. Potem wylądowaliśmy w McD. Zjedliśmy coś i ruszyliśmy do mnie. Postanowiliśmy zrobić sobie noc z horrorami. Ale nie wyszło, bo okazało się, że albo widzieliśmy to, co mamy albo nie mamy nic ciekawego ;) Skończyło się na „[REC]” i na „Wątpliwości”. Pierwszy to horror, drugi – zdecydowanie nie. Niemniej, to był miły wieczór. Zakończył się dość późno, więc i spaliśmy długo. Tym bardziej, że piątek mieliśmy całkiem wolny.

Adam pojechał do domu, a ja na debatę „Jak nas (nie)widzą tak nas piszą”. Przyznaję, że było średnio. Zabił mnie prowadzący na początku, który zaczął od bardzo banalnego pytania. Potem też średnio sobie radził. A debata jako tako się toczyła. Ania z Trans-fuzji znów się ze mną nie zgodziła co do roli Parady. Ale powiedziałam jej, że skoro ona sama chciała trochę prowokacyjnie powiedzieć w mediach o legitymacjach dla osób trans z dwoma zdjęciami, żeby móc coś szerzej o zjawisku powiedzieć, to czemu nie wykorzystać tak samo Parady? A wtedy musi być głośna, kontrowersyjna. Żeby wzbudzić zainteresowanie i dać szansę wypowiedzenia się. Musiałam zaprotestować, gdy powiedziano, że drag queen nie mają interesu w paradowaniu i płaci się im za to. Nie, nie, to nie tak. Oni też mają w tym swoją sprawę.
W międzyczasie sobie przypomniałam, że obiecałem na b4ze u siebie poczęstować czymś gości. Więc trzeba było ogarnąć szybko jedzenie jakieś i przygotować. Zrobiłam małe zakupki, by uzupełnić zapasy domowe i wzięłam się do roboty. Może nie jakieś najwymyślniejsze, ale jednak smaczne. Zjedli naleśniki z mięsem i warzywami albo z owocami i jogurtem. Chyba smakowało.
To nie był tłoczny b4, ale może i dobrze. Gacek, Pasyw (nie, nie pozabijali się), Whitney Houston, Adam i Tadeusz. Ot, takie małe towarzystwo. Pasyw i Gacek znów mają ciche dni, bo Gacek jak pies ogrodnika nie chce, żeby Pasyw z kimkolwiek się widywał, spotykał, ruchał. Nie chce też Natkiej, który jak się dowiedział o sprawie, to zareagował z zagranicy. Pozdrawiam cię, Natkiej. Cieszę się, że tak jak pozostali nie czytasz tego bloga. A, Patryka też pozdrowię. Bo tęsknię za nim i wciąż liczę na spotkanie z jego mamą i całą jego rodziną.

Mieliśmy iść gdzieś przed U, ale się nie dało. Te wszystkie stare cioty narzekają tylko i umierają. Więc zamiast iść do Saturatora, albo do HotLa, albo do Capitolu, albo gdziekolwiek indziej, siedzieliśmy u mnie dłużej. Trudno. Potem U.
A tam – widać, że Parada idzie. Z jednej strony sporo nowych twarzy, z drugiej – ludzi jakby mniej i wcześniej wychodzili. Chyba zawsze tak jest przed Paradą. Choć z drugiej strony – niewielu potem z nich widać na marszu. A szkoda. Noc była piękna. Damian.be się objawił po dłuuuugiej przerwie. Objawili się ci, co zapowiadali, że się nie objawią z powodu choroby… Jednak są rzeczy silniejsze niż wirusy i bakterie. Bartek był z nowym ładnym chłopcem, Maciuś szalał na barze… Generalnie: bardzo kolorowo. A mi Tadeusz pstrykał fotki z Adamem, które miały być w założeniu kontrowersyjne i demaskatorskie, ale chyba znów udowodniłam, że takie najzwyczajniej być nie mogą.
Udało się to wszystko ogarnąć i o ludzkiej porze do domu wrócić. Bez Adama, żeby nie było. W ogóle to muszę zauważyć, że mam problem z moją sztuczną opalenizną. Jest ładna, ale nierówna. Równa jest na początku, ale potem nierówno schodzi i nie wiem jak to powstrzymać. Ktoś ma jakieś rady? :)

No i nadszedł dzień paradowania. Dość bezproblemowo udało mi się dotrzeć na 13:00 z Mihałem na pl. Bankowy. Ludzi mało, to fakt. Ale i pogoda pod psem. Niektórzy mówią, że to przez długi weekend. Inni, że właśnie przez pogodę. Jeszcze inni, że przez słabą informację… Ja myślę, że wszystkiego po trochu. A pogoda była naprawdę podła. Padało, wiało, zimno… Tragedia. Tak jak nie pamiętam takiego chujowego czerwca, tak i takiej Parady nie pamiętam. Pod metrem się spotkałam z Adamem, Pasywem, Pepe i Gackiem. I dołączyliśmy wszyscy do tłumu maszerującego. Porobiłam fotek trochę, pobawiłam się… Ale generalnie zmarzłam i nie podobało mi się – z powodu pogody, zepsutego sprzętu muzycznego na pierwszej platformie i małej ilości ludzi. Dobrze, że marsz się odbył, że obyło się bez zakłóceń (kontrmanifestantów też było malutko), ale generalnie miałam nadzieję, że się uda lepiej.
Wiadomo nie od dziś, że zainteresowanie Paradami spada. Największe było, gdy była zakazana. Potem coraz mniej. Ciekawi mnie jak wyjdzie nam EuroPride 2010. Z jednej strony nie ma co marzyć o dzikich tłumach jakie były na poprzednich edycjach (ot, choćby w Madrycie 2 mln ludzi!), ale z drugiej strony… co ja bym dała za to, żeby nas się 100 tys. zebrało! Byłoby cudnie! Tylko pogoda MUSI być zdecydowanie inna niż w tym roku.
Szliśmy przy platformie Toro głównie, bo tam ładnie grali. I chłopcy ładni. Już pomijam znanych z widzenia (jak choćby Hare), ale także i nowi, nieznani. Starałam się opstrykać ich trochę – może się znajdą i odezwą ;) Tak bywało już przecież. Adam wykazał się czujnością i jednego z nich w ciągu 3 min na Fellow potem odnalazł. Byli też i tacy (i takie), co podchodzili, witali się, przedstawiali, fotki sobie robili, podniecali się… To miłe, ale w sumie nie wiem czy takie znów potrzebne :) 
Chciałam tylko powiedzieć, że mnie sprawa Litwy wyjątkowo dotknęła i zaniepokoiła. Tam właściwie zabroniono jakiejkolwiek działalności publicznej LGBTQ. To naprawdę straszne i poważnie mnie to ruszyło jakoś.

Parada oznacza zawsze także późniejsze imprezowanie. Nie inaczej było i w tę sobotę. Zebraliśmy się wszyscy u Gacka. Tomeczek z Pawłem, Whitney Houston, Tadeusz i ja. 
Już pomijam fakt, że Piotr miał na Paradzie ładnym chłopcom dać zaproszenie na b4 do siebie z mapką… I jak zwykle okazał się bardziej pasywny niż przypuszczaliśmy i dał dupy w tej sprawie. Może za rok spróbujemy? No i napalam się na zrobienie własnego transparentu z napisem „łorewa”. To byłoby coś. Ciekawe czy któreś z ciot odważyłyby się nieść go ze mną. Oczywiście, dzisiaj wszyscy powiedzą „tak, tak”. Ale za rok w lipcu będzie inaczej. Jak zawsze.
Po krótkim b4ze wpadliśmy do Toro, bo wiadomo, że tam tłumy pedalstwa. Adam szalał. Piotr szlajał się po darkroomach a Whitney nie chciała ogarnąć chłopca. Pasyw szukał, Tomeczek i Paweł pili zaś. Więc działo się jak zwykle. Muzycznie… no, ambitnie być nie mogło, wiadomo. Ale było okej, dało się znieść. Stałam sobie spokojnie i podziwiałam. Niech mi tylko ktoś powie, co tam robił 16letni Robert?! Że chłopiec ładny, to wiem i cieszę się, ale niech potem kluby nie udają, że pełnoletnich wpuszczają. Ja jestem jak najbardziej za nieletnimi w klubach :> Wiadomo. Ale po co ich odstraszać mówieniem, że nie wejdą? Zapraszajmy ich!

W Utopii – szaleństwo. Ernest postanowił zapchać klub. Tak zapowiedział i wprowadzał plan w życie. Pchał i pchał ludzi, robiło się nas coraz więcej… Na całe szczęście, VIP room wyjątkowo pusty jak na sobotę. I chwała za to, odpocząć można było tam. Adamowi był potrzeby odpoczynek. Ja wiem, że on będzie się upierał, że nie był pijany a zataczał się od kataru, ale ja pozostanę przy swojej wersji, związanej z alkoholem.
Szaleństwo było generalnie, bo muzycznie było genialnie! Pięknie, energetycznie, mocno! DJe dawali czadu! Chcę, żeby tak zawsze grali! Tak, tak, tak! Ubiegły weekend był nie-mój, a ten – idealnie wpisuje się w mój gust. Pięknie.
Dlatego szkoda, że dość wcześnie się zbierać musieliśmy. Adam jednak odpadł, a że spał u mnie, no to pojechaliśmy do domu. Co nie zmienia faktu, że czekam na więcej takich nocy!

Niedziela była fajna, spokojna. Miałam się wziąć za pisanie projektu pracy doktorskiej, a to niełatwe zadanie. I nie chodzi o to, że to trudna rzecz do napisania. To też. Ale jakoś miałam wyjątkową trudność z tym, żeby usiąść przed komputerem i zacząć. Co zazwyczaj mi się nie zdarza przecież. Chyba to przez to, że tak wiele zależy od tej pracy. Odkurzyłam mieszkanie. Umyłam podłogę. Walka była długa, ale ostatecznie usiadłam i coś napisałam. Gniot, wiem o tym. Ale wyszłam z założenia, że nie mogę tego odkładać już na później i lepiej cokolwiek napisać i na tym potem pracować niż zajmować się czym innym i udawać, że samo się napisze. Dzisiaj, gdy jestem po rozmowie z promotor mam trochę problem, bo jednak zbiła mnie z tropu. I nie chodzi o formę, to jasne, że jest do poprawy. Ale o merytorykę. Stwierdziła, że udowodnienie transgresyjności (czy w ogóle potencjału transgresyjnego) w rozmowie o kazirodczych zapędach jest na tyle karkołomne, że lepiej nie. Bo to jest perwersyjne po prostu i nie da się z tego transgresyjności wyciągnąć. Kurcze, niedobrze. Muszę przeformułować trochę to wszystko. Mam pewne myśli, ale muszę przetrawić.

W poniedziałek biegałam od rana. Dobrze, że sobie tak dyżur ustawiłam w redakcji – że mam na 12 i rano mogę pozałatwiać. Wpis z w-fu zwalniający (zaburzenia rozwoju psycho-seksualnego), potem bieg do promotor na Nowy Świat. Ustaliłam z nią, że da się w razie czego skończyć studia rok wcześniej. Jest dobrze.
Potem szybko na Warecką – popracować nad pomysłem na nowe czasopismo. Bo wydawnictwo tam myśli nad czymś. Projekt tajny przez poufny, więc na razie nic nie mogę powiedzieć. Podoba mi się średnio, ale może to jest okazja na jakiś wpis w CV i kilka zł? We’ll see.
No a potem w redakcji. Dopięte sprawy z warsztatami. Poszła oficjalna informacja, jest cena, jest nocleg, jest wszystko. Poszło i teraz pozostaje czekać na zgłoszenia. Co ciekawe, pierwsze przyszło bardzo, bardzo szybko. To chyba dobrze wróży, nie? :) No i ostatecznie niepełnoletni też mogą brać udział, jeśli rodzice wyrażą zgodę. A co nam tam.

Wieczorem Carrefour i odpoczynek. Znów jakoś wcześnie do domu wróciłam. Przed 21 na pewno!
W redakcji we wtorek znów byłam pierwsza. Eh, taka obowiązkowa. A w sumie zapowiadało się, że nie będzie nic do roboty i odpocznę sobie opierdalając się i pisząc bloga. Ale, jak zawsze, coś wyskoczyło. Nie mówiąc o tym, że i ja musiałam wyskoczyć właśnie na rozmowę w sprawie projektu pracy doktorskiej a potem jeszcze odebrać notatki z socjologii pornografii od Pauliny. A zaraz potem – na dyżur po wpis zaliczający praktyki, wszystko zaś zakończone wizytą u fryzjera. Nie lubię do niego chodzić. Nawet nieźle mnie obciął, ale robi to tak błyskawicznie, że mnie to denerwuje. Mój poprzedni drogi fryzjer robił to ponad godzinę zazwyczaj. A ten – 30 minut i po sprawie. Denerwuje mnie to. Wiem, że to irracjonalne, ale nie lubię.
A najwięcej energii zajęło mi dzisiaj ogarnięcie zaproszeń na wydarzenia nadchodzące. Jutro kino, potem Utopia, w piątek B4, potem Capitol a w sobotę kolejny B4. Na każdą imprezę inni trochę ludzie, czasem ograniczona ilość zaproszeń… Strasznie to męczące, żeby wszystko dobrze ogarnąć i babola nie jebnąć :)

Sama nie wierzę w to, co napiszę. Amy Winehouse mi grozi. Wysłała mi SMSa, w którym pisze, że coś tam wtrącam się w jej relacje ze znajomymi i że nie mogę. „Tak, to jest ostrzeżenie”. Nie, no ludzie, umarłam… Myślałem, że szczytem jest moment, w którym powiedziała, że nasze „pogorszenie stosunków” wynika z tego, że… ona ma więcej znajomych niż ja i ja jej zazdroszczę. Już to mnie położyło na łopatki. Ale teraz to jestem już przybita na maksa. Amy Winehouse mnie ostrzega przed samą sobą. Ja chyba coś mam jednak, że działam na policjantów i byłych policjantów. Nie lubią mnie najwyraźniej i średnio raz na kwartał któryś z nich musi mi grozić. Sytuacja mnie na tyle obezwładniła, że brak mi słów komentarza… Po prostu leżę.
Nie ma co, Amy ostatnio ma emocje na grożenie. Najpierw, że będzie ban dla Gacka i Pasywa. Potem Karolowi. A teraz mi. Nie wiem ilu ludziom po drodze ;) Czekam aż zagrozi Królowej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kylie, głupie studia, ciekawy doktorat i niekończąca się ciotodrama

09 cze

Chyba mam jakieś przesilenie letnie czy coś. Zaspałam we wtorek na zajęcia. Powinnam być o 9 w redakcji a o 9:45 na zajęciach. Obudziłam się właśnie koło 9:45 i na 11:15 byłam na UW. Pan powiedział, że teraz nie da mi wpisu. Poszłam więc do redakcji, lekko zmachana i generalnie nieogarnięta. Tam – nikt nic nie powiedział. To miłe, że tyle mi tam wolno i zarazem wiem, że nie mogę tego nadużywać. I staram się, naprawdę! Dlatego nie wzięłam kolejnego dnia wolnego i nie poszłam na debatę do Sejmu na temat Jana Pawła II, choć chciałam, bo Jose Casanova był!
O 13:00 znów zaatakowałam wykładowcę. Stwierdził po 1) że chodziłam na zajęcia (nie wiem skąd to wziął, skoro ponad połowę drugiego semestru mnie nie było, bo mi się nie chciało…), po 2) że praca, którą mu oddałam „nie spełnia wymogów pracy naukowej”, po 3) że nie wykorzystałam właściwie żadnej książki, którą mi polecił a po 4) że taka praca nie nadaje się do zaliczenia. No to teraz się przyznam, że z racji mojego totalnego olewania tegoż kursu jak i samego kierunku – ta praca to fragmenty pracy jakiejś doktorantki, której tekst znalazłem w sieci. Niechlubne, ale prawdziwe. Ten kurs to takie gówno, że mi się nawet nie chciało marnować czasu na napisanie 3 stron. A wiecie, że pisać lubię, umiem i nie mam z tym problemów… Generalnie pan stwierdził, że to nie powinno być zaliczone, ale że mi zalicza i tak. Nie ogarniam go. Chuj, ważne, że mam.

Wróciłam do redakcji. Tam – zamieszanie w związku z zamknięciem numeru. Bieganie, uzupełnianie, nerwy… Jakieś dziwne zamieszanie, prawdę mówiąc. A ja dodatkowo mam na głowie warsztaty. Tak, cały czas coś. Na szczęście udało się wszystko w rozsądnych godzinach zamknąć i spokojnie mogłam pognać na centralny, gdzie miałam się z Adasiem zobaczyć.
Kupiliśmy bilety. Namówił mnie na pośpieszny z Krakowa… No cóż, potem miałam tej decyzji długo żałować.
Wieczór spędziłam na przygotowywaniu się na posiedzenie Parlamentu Studentów UW i tym podobnych sprawach papierowo-formalno-jakiś-tam. Spokojnie, choć nie odpoczywając wcale.
Zimno się zaczęło robić.

W środę udało mi się dotrzeć bezproblemowo do redakcji. Jak zawsze, pierwsza! :) To miał być spokojny dzień, gdy siedzę sobie i pracuję nad swoimi sprawami… Ale się nie dało. Latania trochę było, niestety. No i było też śmiesznie, bo jakaś stara pani nam okna myła w redakcji. Bałem się, że spadnie, bo jakoś tak niepewnie stała… Ale dała radę! Złego licho nie rusza. No i tutaj apel do osób, które się na tym znają i chcą mi pomóc – potrzebuję, żeby mi ktoś okna umył… Są chętni? One nie są duże, naprawdę. Ale ja nigdy w życiu tego nie robiłam, bo nienawidzę tego. Zawsze brata przekupywałam, a w Warszawie Mihał pomagał w tej kwestii. No, ale teraz się zbuntował, powiedział męskie „nie” i koniec. I jest klapa. Tragedia w sensie. Ktoś może się zlituje nade mną? Jakoś się odwdzięczę. Mam wielką kolekcję porno i w ogóle… Ratunku?

Po redakcji wpadłam do domu, odpoczęłam trochę i zaraz trzeba było na UW wracać. Po drodze obdarowałam Justynę z Wayne’sa i jej ładnego kolegę z piękną dupką zaproszeniami do kina. A potem posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Słuchajcie, nie jest źle.
Po pierwsze – udało się nam całkiem nieźle zebrać. W sensie, że była ponad 1/3 studentów z ponad połowy jednostek. To oznacza, że mogliśmy podejmować uchwały i działać w pełni legalnie. I tutaj był myk pogrzebany (błąd frazeologiczny zamierzony).
Pamiętacie moją sprawę przed sądem administracyjnym? Ona trwa. 24 czerwca jest rozprawa. A Zarząd Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa chciał być sprytniejszy ode mnie. Pod koniec marca zwołali Walne Zebranie Studentów, które uchwaliło nowy Regulamin Samorządu Studentów na dziennikarstwie. Czyli chcieli zadziałać moją bronią z czerwca 2008. Niestety, nie potrafią. Zwołali je z pogwałceniem wszelkich możliwych procedur i wymogów formalnych. Ale to wszelkich-wszelkich. Po co to zrobili? Uchwalenie nowego Regulaminu spowodować miało, że sprawa przed WSA okaże się niezasadna – bo nie ma znaczenia, czy mi udało się w czerwcu wprowadzić nowy Regulamin, skoro jest już jeszcze nowszy. Sprytnie. Ale nie udało się.
Parlament Studentów, na wniosek organu kontrolującego posiedzenia Walnych Zebrań Studentów, czyli Uczelnianej Komisji Wyborczej Samorządu Studentów, podjął uchwałę, która uznała za nieważne całe posiedzenie i wszystkie jego decyzje. Wszystkie, bez wyjątku. Podstawa jest bardzo mocna i nikt tego nie cofnie, nie zmieni. Oczywiście, Zarząd Samorządu Studentów dziennikarstwa może znów zmienić Regulamin przed sprawą, ale… posiedzenie było 3 czerwca. Zajęcia kończą się oficjalnie 8 czerwca. A zwołanie Walnego Zebrania możliwe jest tylko w dniu, w którym są zajęcia w jednostce i musi być z tygodniowym wyprzedzeniem zrobione. Co oznacza de facto, że najwcześniej 8 października mogą je zwołać. Co oznacza, że 24 czerwca Wojewódzki Sąd Administracyjny zajmie się moją sprawą i rozsądzi.
Zarząd Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa znów, że tak się wyrażę, dał dupy.

A na samym posiedzeniu wysłuchaliśmy sprawozdań wielu organów i przedstawicieli. Chcieliśmy się dowiedzieć co i jak w mijającym roku im poszło i czy coś w ogóle dla studentów albo dla uczelni zrobili. No i wyszło, że jednak Sądy Koleżeńskie są potrzebne, bo wiele osób olało sprawę i możnaby ich ukarać właśnie skierowaniem sprawy do Sądu Koleżeńskiego, ale na UW one nie działają jeszcze właściwie wcale. A szkoda.

Wróciłem do domu, zgarniając po drodze Adama, który z „Antychrysta” wracał. Powiedział, że dno. U mnie się ogarnialiśmy, ja się pakowałam i koło północy czy tam pierwszej – poszliśmy spać.

Wstaliśmy bardzo rano. Ja koło 3, żeby spokojnie wziąć prysznic, umyć włosy, zrobić nam pyszne kanapeczki na drogę… Adam nieco później. Niemniej, o 4:35 byliśmy na dworcu centralnym a dziesięć minut później pociąg ruszał w drogę. I w tym momencie pożałowałam, że dałam się namówić Adasiowi na pośpieszny. O matko, jak ja żałowałam… On na początku też się podłamał – musieliśmy stać/siedzieć/kucać w korytarzu. Nigdy wcześniej w życiu mi się to nie zdarzyło, muszę przyznać. Więc zaskoczenie ogromne i nowe doświadczenie. Nie koniecznie takie, które chciałam mieć, ale przynajmniej towarzystwo doborowe. W sensie, że Adaś dla miłego spędzenia czasu, Ruda Pani, co się kręciła jakby bombę chciała podłożyć i Stara Baba, która czaiła się na wszystko, co Adam jadł. A jadł dużo – same słodycze, a nie moje pyszne kanapeczki!
Podróż mijała, Adaś przykucał na jakimś czymś dziwnym, ja stałam. On robił zdjęcia rzeczy dokoła i wszystkich mijanych widoków tak że w pewnym momencie pani stojąca obok ze starym pedałem sama zwróciła mu uwagę, że może teraz chce zrobić zdjęcie, bo coś tam niby ładnego za oknem widać…
Gdy minęło 2/3 podróży, zwolniły się miejsca. Udało się nam usiąść w przedziale. Lekko już zmęczeni, ale daliśmy radę. Zmusiłam się do spania, bo wiedziałam, że to mi się przyda później. Przedział nie był wcale takim lepszym rozwiązaniem niż korytarz. 8 osób stłoczonych w dziwnie małej przestrzeni. W tym dwie mega śmieszne panie, które dziwne rzeczy wygadywały – także o spuszczaniu. No, generalnie było nam wesoło, choć mi nie do śmiechu. Nie przywykłam jeździć takim czymś. I proszę mi tu nie mówić, że panienka fochuje, czy tam że dama nagle się wielka znalazła… To nie tak. Po prostu przywykłam już do innych warunków i ciężko mi zejść w dół z wymaganiami.

Do Gdyni udało się nam dotrzeć szczęśliwie. Wyszedł po nas Damian i zaprowadził nas do siebie. Rzeczywiście, nie było to daleko – to plus na noc. Na miejscu nawet mieszkania nie obejrzeliśmy, bo cały czas mieliśmy podkreślane, że jest bałagan, bo była impreza… Najdziwniejsza rzecz? Brak mydła w łazience i obecność gniazda ptaków… pod wanną. Ale nic to, spędziliśmy tam może z 10 minut i lecieliśmy dalej. Na SKM – bilet na koncert był także biletem komunikacji miejskiej tego dnia. To fajne rozwiązanie, warte naśladowania gdzie indziej.
Zgodnie ze wskazówkami, minęliśmy Zieleniak i dotarliśmy pod Stocznię. Tam na placu przed właśnie kończyła się msza. Ludzie biegali, księża wychodzili… A my czailiśmy się przy bramie. Po zaliczeniu McDonald’sa byliśmy megaobżarci i gotowi na wszystko. Była okolica 14:00. Wpuszczać mieli od 16:00. Zdziwiło nas, że jeszcze nikogo nie ma. Adam próbował wejść, ale go ochrona zatrzymała. Potem przyszły jeszcze jakieś trzy cioty i wykorzystaliśmy to, że nie ma ochrony przez chwilę… No i weszliśmy. Około 14:25 byliśmy już na błocie, gdzie miał być koncert. Nie chciałam podchodzić pod scenę jeszcze, żeby się w oczy nie rzucać. Choć prawda jest taka, że i tak nas wiele osób mijało i nikt nic nie mówił. Potem, gdy zebrało się kilkanaście osób – w tym dwa śliczne dziubaki z blond włosami, postanowiłem iść pod scenę. Nie ma co, lepiej my, niż ktokolwiek inny. No i koło 15:15 byliśmy w najlepszym miejscu na środku pod sceną. Czekanie się zaczęło. Pan producent koncertu filmował nas i rozmawiał z nami wszystkimi jak się udało nam wejść…
Potem przyszła ochrona i nas sprawdziła. W sensie, że bilety. A potem jeszcze raz. A potem pani ochrona powiedziała, że nic z tego, musimy wyjść poza teren – za barierkę. Karnie poszliśmy, ale od razu mówiłam, że musimy iść na końcu, żeby być na początku przy wpuszczaniu. Tłok był straszny, ludzie naciskali, dociskali, miażdżyli. Ale stałam dzielnie pierwsza. Padał deszcz. A potem grad.
Zaczęło się robić nudno, prawdę mówiąc. Minęła 16:00 a nas nie wpuszczano. Sektory zaczęły się zapełniać – tylko nasz (A) był pusty. Czekał na nas. W końcu przyszła decyzja – wpuszczać. No i poszło. Przede mną 5 czy 6 nastolatków (w tym jeden z blondwłosych dziubasków) dostało się na teren. Pan sprawdził mi bilet i puścił.
Biegłam. Boże, jak ja biegłam. Ochrona i ludzie w dalszych sektorach kibicowali. A ja biegłam niczym Forest Gump, niczym galopująca gazela, lekko unosząc się w powietrzu, przecinając je parasolką trzymaną w ręku. Skakałam po błocie (padał deszcz przed chwilą!), ujebałam sobie białego buta, ale biegłam. Bo mam zasadę, że jak coś robić, to na maksa, albo w ogóle. I co? I wyprzedziłam wszystkich. Pierwsza. Znów w tym samym, idealnym miejscu. Adam dobiegł po chwili.
Nie wspominałam jeszcze o Holenderce i jej ojcu. Było tam takie grube babsko w wieku lat na oko 17. Wredne, w bukietem kwiatów dla Kylie i myśląca, że jest najlepsza. Rozpychała się sprytną metodą pochylania się. Walczyła, krzyczała, przepychała się. Brodaty ojciec stał za nią murem i nie dał jej krzywdy zrobić. Awanturowała się od samego początku. Do samego końca.

Najpierw jednak czekało nas dłuuuugie czekanie. Jakieś Kombi, Tilt, Kora i tym podobne gwiazdy minionych 20 lat. No trudno, trzeba było wytrwać. Przy tym nie dać się zepchnąć z miejsca. Cicha walka trwała cały czas. Aż nadszedł czas Scorpionsów. Przypomniały mi się filmy o powracających gwiazdach rocka lat 80. Śmiesznie wyglądali najczęściej. Najgorzej, gdy wokalista postanowił kilkadziesiąt pałeczek do perkusji rozrzucić w publiczność. Tragedia. To naprawdę niebezpieczne było! A my staliśmy i czekaliśmy.
No i nareszcie nadeszła ta chwila. Pojawiła się Kylie. Widok mieliśmy idealny, co potwierdzają moje fotki z komórki i nagrania video. Kylie wyglądała bardzo dobrze, dużo się ruszała. Zmęczenie nie pozwoliło mi chyba cieszyć się całym koncertem tak bardzo, jak bym sobie tego życzyła… Niemniej, było naprawdę dobrze. Nie jestem jakąś jej wielką megafanką, ale było mi miło zobaczyć i posłuchać jej na żywo. Śpiewała live, miała zespół taneczny, chórek i instrumenty. Normalny, profesjonalny koncert. Zresztą prawda jest taka, że cały koncert robiły wizualizacje za nią. To one decydują o tym, że to takie niezwykłe show jest.
Całość skończyła się po 1. Boże, jak ja nie mogłam iść… Pachwiny mnie tak bolały, że nie mogłam na początku nawet kroku zrobić. Tragedia. Nigdy czegoś takiego nie miałam. Ale poza dwugodzinną przerwą w pociągu i postojem w McD, byłam na nogach cały czas od 3:00.
I jak ja zmarzłam! Boże, było z minus pięćset stopni tej nocy! Skandal!

Wpadliśmy na dworzec. Ludzie tłoczyli się przy SKMkach, więc postanowiliśmy coś zjeść (poprzedni posiłek miałam dobre 12 godzin wcześniej, przed 14:00). Z jedzeniem, mimo moich protestów, weszliśmy do SKM. Adaś zalał pół wagonu swoim wyciekającym sosem a potem ubrudził jeszcze siedzenie… No, ale daliśmy radę. Byłam zmęczona, usypiałam już. A po drodze z dworca do Damiana wyjebałam się na schodku pojedynczym ze zmęczenia… Ale upadłam z gracją, jak uczą na kursach – na dupkę, nie na ręce, wykonałam ze 3 obroty i nic mi się nie stało.
Gdy wstaliśmy rano, Damiana już nie było. Za to w pokoju jacyś ludzie byli. Jego współlokator Robert właśnie wychodził a jakaś heteropara się miziała na materacu nieopodal. Ale co mi tam. Zebraliśmy się, wykąpaliśmy i ruszyliśmy w podróż powrotną. Także pełną niespodzianek. Tym razem miejsce siedzące gwarantowała nam spółka PKP InterCity w swoim pociągu TLK. Nie było łatwo, ale miałam postanowienie, żeby całą podróż możliwie przespać. Siedzieliśmy w najstarszym przedziale w pociągu – gdy z niego wychodziliśmy, średnia wieku skakała do około 90 lat. Ale chuj, co tam. Naśmiewaliśmy się trochę z pana, co płuca wypluwał, pani z wąsami, pani, co miała tik i mnie smyrała czasem niechcący… No, daliśmy radę generalnie.

Wróciłam do domu, ogarnęłam się, wykąpałam (boże, jakie to było super!) i zaraz ruszać trzeba było na bifor do Gacka. Adam wpadł i razem pojechaliśmy na Ordynacką. Było tak zimno, że założyłem zimowy płaszcz. Naprawdę, zima! Środek czerwca dochodzi a na zewnątrz w nocy 3 stopnie Celsjusza! Niesamowite.
Obiecuję, że nie będę już robić fotek koleżankom Piotra. One potem je wstawiają i ucinają albo usuwają mój znak wodny. A to mi się nie podoba.
Dużo było planów na tę noc, ale ponieważ się późno zb4owaliśmy, to trzeba było z czegoś zrezygnować. Padło na urodziny Piekarni. A szkoda w sumie, bo tam muzycznie bywa chyba naprawdę fajnie. No i pojechaliśmy (bo zimno i deszcz pada…) do Centralnego Basenu Artystycznego. Jakaś impreza Aleksego, że niby urodziny Różowej Listy czy coś takiego. No, łorewa. Kasia ma parcie, ja też – więc z chęcią. Co się okazało na miejscu? Że ludzi sporo, choć bez szału. Że pięknych młodych i bardzo młodych chłopców pod dostatkiem (dzięki Ci, Panie!) i że muzycznie bardzo marnie. No to długo nie siedzieliśmy, bo nie szło wysiedzieć… A szkoda, bo naprawdę niektórzy bananowi chłopcy słodcy, że aż mi się nogi uginały. Plusem wielki miejsca jest też zakaz palenia w środku! Boże, jak super! No i generalnie ponieważ muzyka po chuju, to się zgarnęliśmy i wyszliśmy, bo nie ma co się męczyć. Nawet dla tabunów ładnych chłopców – ci bywają bowiem także gdzie indziej.

Było wcześnie dość, więc spokojnym krokiem się skierowaliśmy do Utopii. Grał Energy i nie narzekam już. Sporo ludzi, choć znajomych nie koniecznie. Sesja-sresja. Nie rozumiem tego. Co ma piątek w nocy do sesji, która jest dla zdecydowanej większości od poniedziałku do piątku jednak… Łorewa, ich strata. Ja muszę przyznać, że pozwoliłam sobie wypić trochę, bo stwierdziłam, że jutro nie będę mogła – staram się nie pić, gdy jestem w sukience lub spódnicy. Tak dla bezpieczeństwa własnego. Więc zabawa trwała na całego. Skakanie, szaleństwo. No i był też skandal. Bo, uwaga, uwaga, Piotr się znów z Damianem dogaduje. A Natkiejowi to przeszkadzało. I była walka, przepychanka, prawie wyrwane w WC drzwi… Ciotodrama z emocjami. Niepotrzebnymi, ale to inna sprawa. Generalnie zakończyło się na tym, że Gacek z bardzo wysuszonymi ustami poszedł ze mną i mnie na tramwaj poranny odprowadził. Ja świeże bułeczki kupiłam i jakąś kanapkię zjadłam w podziemiach z rana. Musiałam jechać i wytrzeźwieć :)

Spałam dość długo, ale w sumie nie miałam nic do roboty. Poza pisaniem pracy, za którą się ostatecznie nie wzięłam tego dnia. I za to miałem wkurwa na siebie potem. Ale tak mi się nie chciało… Czasem mogę chyba mieć odpoczynku trochę? Oczywiście, nie myślcie, że leżałam do góry dupą. Co to, to nie. Ogarnęłam pokój, coś tam dla redakcji przygotowałam, jakiś tekst napisałam… Nie było nic-nie-robienia. Co to, to nie. Nie wiem kiedy mi się najbliższy czas nic-nie-robienia zdarzy. Pewno jak do domu rodzinnego pojadę na początku sierpnia… Nie myślę o tym na razie.

Wieczorem się u mnie zb4owaliśmy. 
Kilka osób zaprosiłem i wpadły. Łukaszek, co jest słodkie. Whitney w lesie na jakimś weselu była, więc nie wpadła. Adam był, to oczywiste ostatnio. Wpadł też Piotr. No i się wprosił David. Ale ostatni raz mu na to pozwoliłem. Bez przesady, on mnie nigdy jeszcze do grona znajomych nie zaprosił nawet. Ja wiem, on chce być spoza środowiska i wtedy nie wypada Jej Perfekcyjności mieć w znajomych… Ale skoro się chce być spoza środowiska, to się nie przychodzi na imprezy do środowiska i się nie daje dupy w środowisku :) Proste!
Wpadł Pasyw MEGASPÓŹNIONY, bo zaspał… Myślałem, że go zabiję. Przyniósł zaproszenia do Capitolu od Amy dla moich gości i dla siebie. Ale co się okazało, że na swoje nibyVIPowskie chce wziąć nie Gacka a Natkieja. No to Piotr mu zabrał zaproszenie i ciotodrama. Tamten wyszedł i nie poszedł nigdzie ostatecznie. Cio-to-dra-ma.
Zaraz musieliśmy wychodzić. Deszcz napierdalał jak głupi. Coś strasznego. Więc pan taxi oczywiście stanął daleko od schodów. Zadzwoniłam na centralę jego i poprosiłam, żeby go przywołali do postawienia się bliżej o 10 metrów, bo nie będę bez kurtki popierdalać jak ta idiotka. Podjechał.
Zawiózł nas do Capitolu.

Ludzi w środku może nie było zatrważająco dużo – a wręcz na pewno nie, ale było sympatycznie. Okej, trochę się na mnie gapili, bo jestem starym transem w peruce, ale już robienie mi zdjęć jest przegięciem. Nawet jeśli uznać, że jestem celebrytką (a nie jestem przecież!), to wciąż jednak niegrzeczne. Dlatego jak mi ktoś chciał zrobić foto, to potem ja z aparatem z fleszem stawałam przed taką osobą i jej robiłam. Niech wie.
Śpiewała Ramona Rey. Nie jestem jej fanem, to nie tajemnica. Po prostu do mnie nie przemawia jej muzyka. Ludzie nieliczni bawili się wyśmienicie, ale generalnie z parkietu wygoniła. Gdy weszła DJka z UK zagrać… my chcieliśmy już iść. Miałam dość, choć Brytyjka zaczęła grać nieźle. Ale ja już miałem dość.

To generalnie była słaba noc i przez to też słaby weekend. I już nie chodzi o ciotodramy czy o to, że Łukaszek zgubił w taxi telefon koleżanki. Chodzi o to, że muzycznie było mi nie po drodze. W Utopii też. Ricardo i Tenessee to nie moja bajka (nie wiem ile razy to już na blogu pisałam…). Alec Sun Drae dała za to radę. Ma fajny głos i dobrze go wykorzystuje. Alec od 8 lat mieszka i pracuje w Londynie. I chyba nie będzie przesadą podkreślenie, że w jej wokalach słychać specyficzne londyńskie wyczucie muzyki house’owej. Dlatego też doskonale wpisała się w klimat Utopii i tribalowych dźwięków, jakie tej nocy serwowali dje Ricardo i Tenessee. To, co zaprezentowała gościom Utopii, to potężna dawka mocnego śpiewu wykonanego naprawdę żywiołowo. Alec skakała, tańczyła, nawiązywała kontakt z publicznością. Udało się jej nawet na scenę wciągnąć jednego z fanów – na co zresztą dość szybko zareagowała obsługa klubu, obawiająca się zbytniego spoufalenia się z artystką. Niemniej, szaleństwo trwało. Alec Sun Drae sprawiła, że spokojne z pozoru dźwięki stały się porywającymi utworami – znanymi hitami w nowych aranżacjach. Nikogo nie mogło zdziwić „Bad Habit” grane przy wakacyjnych dźwiękach house’owych hitów. Przez chwilę w Utopii – mimo szalejącego wiatru i deszczu na zewnątrz – zrobiło się plażowo. Swoje zrobiła także szalona fryzura i jeszcze bardziej ekscentryczny strój wokalistki, od której nie można było oderwać oczu ani na chwilę. Zmęczona, zmachana ale uśmiechnięta i radosna schodziła ze sceny żegnana brawami.
My z Adamem zmyliśmy się dość szybko. Mimo wszystko bowiem, dje grali nie pod moje tupanie :)

W niedzielę się ogarnęłam ładnie. Adasia do pracy wypchnęłam a sama spałam jakoś do 13. Potem wzięłam się za to pisanie nieszczęsne i nawet jako tako mi poszło. Więc to dobrze. Bo miałam w planach jeszcze debatę w UFIE na temat Parady Równości. To już za tydzień, więc czas na dyskusję dobry.
Poszłam – tam sporo działaczek i działaczy. Trans-fuzja, KPH, Lambda, Fundacja Równości i sama UFA. No i ludzie generalnie też tak z zewnątrz, choć mniej zdecydowanie. Widać, że ludzie nie do końca (lub część nawet bardzo) niezadowoleni są z tego, jak wygląda Parada. Ja w sumie nie mam za wiele jej do zarzucenia. Może poza tym, że za bardzo polityczna jest. Ona tak czy owak będzie odbierana politycznie i uważam, że nie ma sensu tego wzmacniać. Zamiast hasła „edukacja i związki partnerskie” ja bym dała „zabawa i wolny seks”. Raz, że prowokacyjnie a dwa, że bardziej mi to odpowiada. Mam w dupie związki partnerskie, bo mnie to nie dotyczy. Edukacja mnie też średnio obchodzi i wiem, że niewiele można zrobić, bo wiem że nauczycielkami zostają zazwyczaj dziewczyny z rodzin bez wyższego dotychczas wykształcenia w familii. I wiem, że one nie będą o gejostwie i lesbijstwie uczyły dobrze. Penalizacja mowy nienawiści? Spoko, tylko że mnie nikt nie wyzywa od jebanych transów tylko od pedałów co najwyżej. A więc to znów postulat bardziej gejowsko-lesbijski niż mój.
Ja chcę na Paradzie dobrze się bawić. Pokazać ludziom, że jestem. Potańczyć na Marszałkowskiej! Tak, tak – o to mi chodzi. Jeśli Parada miałaby mieć jakiś postulat, to dla mnie idealny jest z lat 90. z USA – „We’re here, we’re queer, get fucking use to it!” – taki postulat gniewu i wkurwienia. Pokazać, że mam ich w dupie. I manifest „Queer read this!” jako nasz manifest. Chcę pokazać społeczeństwu środkowy palec prawej dłoni. Chcę powiedzieć, że ja też mam ich w dupie. Nie dosłownie :) A w sumie i dosłownie mogę ich mieć. I że nie obchodzi mnie świętość rodziny, niepokalane poczęcie, porządek społeczny i becikowe. Obchodzi mnie promiskuityczny seks, zabawa, muzyka i rozrywka. I mam do tego wszystkiego prawo a nikomu nic do tego, co ja chcę ze swoim życiem robić. Moim celem podczas paradowania jest uzyskanie takiej sytuacji, gdy będę mogła wsiąść na przystanku na Ochocie w tramwaj i bez stresów, bez problemów, bez szykan i wyzywania dojadę na UW. Po to chcę paradować. Ponieważ jednak postulaty moje i całego środowiska trans (z którym się przecież jakoś szczególnie nie utożsamiam) zostały całkowicie pominięte, to nie wiem jak to dalej będzie.

Po debacie poszłam głosować. Pan z Komisji chciał byś zabawny, ale mu nie wyszło, więc go zlałam. Oddałam ważny głos, popisałam kartę, dopisałam co sądzę i dlaczego pedały górą. O. I zagłosowałam na Legierskiego. Może nie jest moim wymarzonym kandydatem, ale jest lachociągiem i chcę go w Europarlamencie.

W poniedziałek był skandal. Od rana skandal. Miałam iść na dyżur promotor swojej pogadać o tym jak mogę wcześniej studia skończyć (bo jeśli dostanę się na doktoranckie w IS, to chcę skończyć dziennikarstwo jak najszybciej!), ale… znów zaspałam! Skandal!
Spóźniłam się do redakcji 1,5 godziny i na 13:30 dotarłam. Skandal, skandal, skandal.
Nic dziwnego, że czas mi szybko zleciał :) Musiałam się ogarnąć, ogarnąć kilka spraw i spróbować wbić się w rytm, bo przecież w środę ostatni raz byłam. Jako tako mi to wyszło nawet. Ogarnęłam kilka rzeczy po Parlamencie Studentów nareszcie i wszystko zaczęło wracać do normalnego rytmu.
Potem na korki pojechałam. Ostatnie w tym roku szkolnym. Nie było łatwo, bo się okazało, że młody ma problemy wciąż z pewnymi rzeczami. Ale już teraz się deklarowali, że chcą od września znów. Więc jestem na tak, jak najbardziej! No i Carrefour jeszcze zaliczyłam, ma się rozumieć. Bo kiedyś trzeba – a jak Adam wpada, to mi wybrzydza czasem i muszę więcej jedzenia mieć ;)

Dzisiaj dzielnie wstałam na czas! Znów pierwsza w redakcji byłam. Miałam mieć spotkanie z dyrektorem dziennikarstwa, ale odwołali na godzinę przed. Umówili mnie w zastępstwie na chwilę później z jego zastępcą. Może być. W międzyczasie wpadłam na wykład na socjologię. Dr Nijakowski mówił o różnych reprezentacjach w pornografii – m.in. kazirodczej i zoofilskiej. To było dla mnie interesujące. I wiecie co… zatęskniłam za wykładami na socjologii. To był mój pierwszy jakikolwiek wykład od roku i chcę jeszcze. To absolutnie pewne, chcę! Wzięłam formularze jakieś-tam niezbędne przy rekrutacji na doktoranckie. Musi się udać, musi!
Wpadłam też dzisiaj na egzamin z „Etykiety językowej”. Nie wiem co to, nie byłam ani razu. Nie zdążyłam przeczytać skryptów, które mi wysłali dzień wcześniej studenci, bo już wszystkich odpytała i musiałam wejść. Ona lubi jak panowie są w garniturach a panie w garsonkach. No więc założyłam szare spodnie, koszulę i trampki. Więc ona mnie pyta na początku czemu jestem tak nieelegancko ubrany. No to odpowiadam, że jestem osobą trans i częściej noszę sukienki niż garnitury. Aha. No to proszę wylosować pytanie. Jakieś tam wylosowałam i odpowiedziałam coś-tam. Stwierdziła po 7 minutach, że nawet jak czegoś nie wiem, to mam niezwykłe wyczucie i ogładę i widać, że zostałem dobrze wychowany. I mam 5. Ok., łorewa.

Wróciłem do domu. Pogoda była tragiczna. Cały dzień megaduszno. Więc spodziewałem się ulewy i dlatego oraz z powodu zmęczenia tym stanem rzeczy, nie poszedłem na debatę do „Wyborczej” o pedałach. Ciekawie się zapowiadała, ale nie chciałem się męczyć. Za to na 21 na spotkanie do Złotych Kutasów się już wybrałem. Bo to ważne – propozycja zlecenia czegoś do napisania. Przyjęta. Do 10 września mam to do zrobienia. Dam radę.

Ponad 25 tys. znaków – rekord świata ;) Ktoś przebrnął? ;)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem przerażona

08 maj

Jestem przerażona. Ilość pracy i rzeczy, które będą się działy oraz które muszę zrobić w ciągu najbliższych, powiedzmy, 3 tygodni, przerasta mnie. Dlatego też nie miałam czasu na pisanie bloga. A jak nie mogę raz w tygodniu wygospodarować na to godzinki, to jest źle. Wznoście modlitwy w tej intencji. O modleniu się jeszcze zresztą dzisiaj napiszę.

Cała dzisiejsza bajka duzyformat.blog zaczyna się jeszcze w długi weekend. Dokładniej, 1 maja. Wieczorem, gdy już doszliśmy do siebie, postanowiliśmy iść na ABBA Live! Tak się złożyło, że miałam jakieś nieodebrane z konkursu zaproszenia, to postanowiłam iść, żeby się nie zmarnowało. Poszedł ze mną Mihał, Pasyw i Piotr. Przyznaję, że byłam średnio nastawiona. Raz, że nie jestem jakąś nie-wiadomo-jaką fanką Abby, a dwa że i mój stan po ciężkiej nocy nadal nie był na 100 proc. Ale dobrze zrobiłam idąc. Naprawdę było zajebiście.
Bardzo dobre show, dopracowane, fajnie pomyślane. Muzycznie – bez zastrzeżeń, dziewczyny dobrze śpiewały, zespół dobrze grał, wszystko cacy. Ładni tancerze, choć i tak ledwo ich widziałam. Usiedliśmy bowiem dość wysoko, spodziewając się, że może będzie trzeba się ewakuować w pewnym momencie. Nie trzeba jednak było. Najlepszym elementem wieczoru była taka mała gruba dziewczynka (może 5letnia?), która jakieś 4 rzędy przed nami tak wywijała, że nie można było nie patrzeć na nią. Muzyka jej nie przeszkadzała, rytm także nie. Ona miała swoją wizję tego, jak trzeba tańczyć – a to, co robiła jest nie do powtórzenia. Zajebista na maksa. Zresztą z przebojami Abby to jest tak, że nie można nie znać (gdy piszę te słowa, w secie w Radiu Glam słyszę remix „S.O.S.”…) i dlatego chyba wszystkim się podobało. Ludzi może nie było nie-wiadomo-ile, ale sporo się zebrało i szaleli pod koniec. Jedyne, co mi przeszkadzało, to kłótnia Pasywa i Piotra. Tak, kolejna. Tak, nadal. To się chyba nigdy nie skończy.

Po wszystkim wróciliśmy do domu się ogarnąć, przebrać i na imprezę szykować. Wpadliśmy potem do Piotra i mieliśmy iść do HotLa. Jednak okazało się, że wszyscy jesteśmy na nie, jeśli idzie o ten klub tej nocy. Poza tym niektórzy nadal byli zmęczeni, a dodatkowo Tomeczek robił Pawełkowi ciotodramę, bo się dowiedział, co się działo minionej nocy, gdy spał lub/i nie widział.
Za to dobrym pomysłem okazało się pójście na kebaba w centrum. Najadłam się nim tak, że do rana nie myślałam o jedzeniu. A że czasu było sporo, bo HotL odpadł, to spokojnie mogliśmy tę atrakcję zaliczyć.
W Utopii dobra noc. Choć weekendowo-majowa, to udana. Ludzi może nie było nie wiadomo ile, ale widać przyjezdnych i widać, że wszyscy już powoli latem zaczynają myśleć. Dobrze grali, dobrze się działo. Oczywiście, musiała być ciotodrama (Pasyw dowiedział się, że Piotr sypia z takim Karolem i poszło…), była dobra zabawa (Mihał i Jureczek szaleli pięknie), było trochę kłopotów (Amy czekała i czekała…) ale nic bardzo udana. Nie było aż takiego szaleństwa, jak 24 godziny wcześniej, ale może i dobrze. Nie zawsze trzeba przecież roznosić miejsce, w którym się aktualnie imprezuje, prawda? ;)
Gadałam z Piotrem selekcjonerem. Miałam sprawę i chyba się udało załatwić. A jak wracaliśmy rano, to na PKiN zobaczyłam wielką flagę Unii.

2 maja udało się – informacja o Międzynarodowym Dniu Paris Hilton poszła po mediach. Pisał o nas plotek.pl, a za nim mnóstwo innych mediów. Byliśmy na głównej Gazeta.pl, byliśmy w metrze, byliśmy na blogach, w serwisach jakiś dziwnych, wszędzie. Nawet ktoś zaczął już tworzyć akcję przeciw Dniu. Więc pięknie, na to tylko czekaliśmy.
Rano czekała na mnie jednak niespodzianka przykra. Wstaję, a prądu nie ma. Nie to, że korki wysiadły, bo ich włączenie niczego nie dało. Piotr coś zjebał. No i nic nie robi, bo nie wie co. Czasem naprawdę mam wrażenie, że mieszkanie z nami jest dla niego błogosławieństwem, bo inaczej zginąłby marnie np. właśnie w takiej sytuacji. I czeka aż my wstaniemy. Nic nie działa, więc on nie wie.
Ostatecznie znalazłam mu numery telefonu do elektryków jakiś – wezwał jednego, a potem pożyczyłam mu kartę, żeby poszedł kasę wypłacić na wynagrodzenie dla pana elektryka. 120 zł. Piotr coś zjebał z kontaktem i generalnie wyjebało wszystko ;) Nie wiem co by zrobił, gdyby nas nie było, jak boga kocham.
Odebrałam tego dnia gościa z dworca centralnego. Radomir przyjechał do mnie na kilka dni, na chwilkę. Skąd znam Radomira? Może to niektórych zdziwić, ale to mój uczeń. Z Rewala, ma się rozumieć. Jakiś czas temu wyszło, że jest pederastą no i dlatego jakiś-tam kontakt mamy. Nie lubię bowiem, jak chyba wszyscy wiedzą, bliższych kontaktów z heteroseksualistami, bo są dla mnie zazwyczaj nudni. A tutaj była szansa, że nudno nie będzie. Dodatkowo, Radomir to młody przystojny chłopiec, więc nic więcej nie trzeba.
Michał chciał odebrać go ze mną, bo oni ostatnio na Fejsbuku wymieniali wiadomości. Ale to byłby zły pomysł. Zaliczyliśmy Carrefour Express jeszcze, żebym miała z czego zrobić jedzenie na wieczór dla gości i pojechaliśmy do domu. Michał dość szybko zmonopolizował Radomira – o czym zresztą z gościem też rozmawiałam. I dobrze, niech się poznają. Ja tymczasem przygotowywałam jedzenie na wieczór. Sprosiłam do siebie – z okazji przyjazdu gościa oraz tak po prostu – kilkanaście osób. A dzień wcześniej rzuciłam, że zrobię zupę cebulową i naleśniki. Więc trzeba było działać. Skroiłam w sumie chyba 17 cebul. No, skoro spodziewać się mam kilkunastu osób, to tak trzeba. Kupiłam dla nich plastiki odpowiednie – nie tylko dlatego, że nie mam tylu zwykłych naczyń, ale przede wszystkim dlatego, żeby sobie roboty nie robić dodatkowej. Stałam w kuchni dobre dwie godziny, ale zupa wyszła bardzo dobra a naleśniki wszystkim smakowały. Zrobiłam je na piwie z farszem warzywnym. Nikt chyba nawet nie zwrócił uwagi, że obie potrawy były bezmięsne :) Wszyscy zjedli więc, wypili i poszli. Nie zjawił się Tomeczek z Pawłem i Amy Winehouse. Był za to Adaś, Pasyw, Kuba69, Kuba Po Prostu, Daniel, Grześ, Piotr, Michał, Radomir, Tadeusz… Sympatyczne towarzystwo.

Wygoniłam ich w końcu, bo chciałam jechać na Lolę Lou w Galerii. Namawiałam wszystkich, ale część się zmyła do Tadeusza. Sam występ w Galerii – bardzo udany. Lola się sprawdza w takim repertuarze. Ludzie się dobrze bawili, niektórzy coraz lepiej. Michał z Radomirem przytuleni, objęci… Potem Radomir całujący się z Adamem. Więc wzięłam go na chwilkę do VIP roomu tamtejszego, żebyśmy sobie pogadali. Ważne, że się dobrze bawili wszyscy. O to chodzi. Tylko i wyłącznie.
Poszliśmy sobie potem do Utopii pieszo. I słusznie. Tenessee grał, gdy wpadliśmy i całkiem nieźle znów, muszę przyznać. Ale dopiero jak Nobis się zjawił i przejął konsolę, zrobił się prawdziwy szał. Naprawdę, naprawdę. Tak, że ciężko było się nie ruszać. Nawet Piotr, który zazwyczaj czym innym się zajmuje, przyznał, że było dobrze. Superimpreza, kurwo! Pozytywne emocje, dużo takowych. Znów przytulanie, znów zabawa, znów szał. No i ładni chłopcy – ot, choćby dwaj od Pasywa, który zresztą też poszalał na parkiecie. Nie siedzieliśmy jednak za długo, Radomir chyba zmęczony po podróży dość szybko jak na nasze standardy zaczął odpływać. Może to i dobrze, bo niedziela zapowiadała się wymagająco, więc spanie się przydało.

Wstaliśmy i zaczęliśmy się ogarniać na manifestację. Dotarliśmy sprawnie na miejsce, wszystko pięknie. Ludzi na Krakowskim i na Nowym Świecie w chuja. Jednak 3 maja, jakieś tam stoiska powystawiane, jakieś akcje przy Zamku Królewskim… Idealna sceneria. My, pod Pałacem Prezydenckim zaczęliśmy się powoli szykować. Dołączyło nas w końcu kilkanaścioro i mała, ale słyszalna manifestacja się zaczęła. Krzyczeliśmy „Paris Hilton – szefem ONZ”, ludzie się zatrzymywali, media relacjonowały. Zdjęcia, nagrania, szał. Ale już całkiem szał się zrobił, gdy przyszedł lalkarz z mupetem Paris, jak obiecał. Ludzie robili zdjęcia, zatrzymywali się, pozowali, chcieli mieć pamiątkę. Bardzo fajnie to wyszło. Już pomijam fakt, że mój nauczyciel WOSu i historii z liceum się tam jakimś cudem zjawił 550 km od domu swego… Było miło, naprawdę. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Wszystko przebiegło bez problemu, bez jakiś zakłóceń, zgodnie z planem. Pół godzinki i po sprawie. A najśmieszniej, że w tym czasie w pałacu coś się chyba działo, ambasadorowie, jakieś wizyty, odwiedziny, duperele :) Amy nie przyszła.
Zaraz po manifestacji – kaweczka. Zebrało się nas kilka osób i W Biegu Cafe okupowaliśmy przez chwilę. Był z nami GayLife, więc mogliśmy spokojnie porozmawiać o innych rzeczach. Potem część szła do Tomeczka i Pawła, którzy na obiad zapraszali, ale ja musiałam powiedzieć „nie”, po tym jak spotkał mnie z ich strony afront. Nie przyszli do mnie w sobotę przecież.
To nie był koniec emocji tego dnia, bo po południu, gdy odpoczęliśmy chwilę w domu, postanowiliśmy iść na spacer. I rzeczywiście spacer był długi. Ale to dobrze, bo poruszać się nigdy nie jest za wiele. We trójkę przeszliśmy się spokojnie na ciekawej trasie wkoło Szczęśliwic, gdzieś przy centrach handlowych też… Generalnie odległość sporą pokonaliśmy. A wieczorem jeszcze sam-na-sam wzięłam Radomira, żeby pogadać. Pochodziliśmy wkoło bloków niedaleko, bo to już nie pora na dalekie wyprawy. Pogadaliśmy po raz pierwszy od jego przyjazdu tak naprawdę. Ja czułem, że ta rozmowa była dobra dla nas. Wyjaśniłem mu także pewne rzeczy.

W poniedziałek okazało się, że nie dotrzymałam obietnicy danej sobie. Nie poszłam na zajęcia jedne jedyne. Ale jestem usprawiedliwiona, bo pisałam zleconą pracę jedną i to dlatego! Radomir nas już opuszczał, bo jechał do jakiegoś tam hotelu, gdzie miał być na czas właściwego szkolenia, na które do stolicy przyjechał. Zresztą to się okazało nieprzeszkodą dla niego z Michałem – widzieli się znów jeszcze ze 2 razy jeśli dobrze liczę. Mimo tego, że to była prawie Falenica. Łorewa.
W redakcji zapierdol, a potem korki. Wiadomo, standard. Poniedziałek był jednak jeszcze dość bajtowy, jak się okazało. Prawdziwy hardcore zaczął się dzień później. Po pierwsze – musiałam ogarnąć sprawy związane z artykułem składającym się właściwie z wypowiedzi. To nieproste, uwierzcie. Ogarnięcie wszystkich, zmuszenie ich do odpowiedzi, zdobycie zdjęć i takich tam… Eh, szkoda gadać. Za to dzień później to ja znów się dla Onet.pl wypowiadałam jako socjolożka-specjalistka ;) Śmiesznie to potem wygląda, jak zacytowane moje słowa podpisują „komentuje socjolog”.
Za to we wtorek na zajęciach byłam. Ale że było nas mało, to się umówiliśmy, że powiemy prowadzącej, że musimy ponad 100 minut przed końcem tychże wyjść na uczelnię, bo „mamy spotkanie z promotor”. Tak, uwierzyła. Nie, spotkania nie było. Ale nudne zajęcia poszły w niepamięć, bo trwają łącznie 180 minut normalnie i zgodnie z planem. Plus jest taki, że obejrzałam na nich brytyjskie i amerykańskie wydanie „Elle”. I taki z nich pożytek.
Potem dyżur w redakcji – dużo zamieszania z powodu tego projektu wakacyjnych warsztatów naszych dla młodzieży pełnoletniej. Udało się nam spotkać tego dnia z przedstawicielami jednej z największych rozgłośni radiowych. Ostatecznie zgodzili się, weszli w to. Mamy ich, mamy ogólnopolskie radio młodzieżowe też. Teraz tylko warszawska telewizja i portal internetowy i już. Spotkanie było ciekawe, ale po nim jeszcze musiałam zostać na uczelni z powodu posiedzenia Konwentu Seniorów Parlamentu Studentów UW. Wiadomo, że będzie teraz ciężko nam pracować. W maju posiedzenie może jeszcze wyjdzie… Ale 3 czerwca będzie naprawdę hardcore’owo.
Przy okazji: skoro o czerwcu mowa, to może zdradzę już, że mam termin rozprawy sądowej na 24 czerwca wyznaczony. Zobaczymy :)

Po konwencie jeszcze z Michałem Carrefour zaliczyłam. Dość zmęczona dotarłam do domu, nie ukrywam, i… zajęłam się robotą. Eh, mało w redakcji zrobiłam, więc musiałam wieczorem. Wysłałam też 360 SMSów do parlamentarzystów z informacją o posiedzeniu.

Środa okazała się megadługa i megatrudna. Zaczęło się oczywiście w redakcji. Jakiś niebywały zapierdol, setki wiadomości, dziesiątki telefonów, uzgadnianie terminów, pisanie tekstu „na poczeniu” (termin: na dziś, niedotrzymany). Krótkie spotkanie w sprawie jednej pracy zleconej… A w redakcji praca twórcza, plus jakieś samorządowe duperele co chwilę… No dawno już tak nie było, że nie mogłam usiedzieć chwili, bo cały czas coś. Jednak wizyta naczelnego w redakcji i cały dzień z nim zawsze powodują zamieszanie… I jeszcze deszcz, który utrudniał poruszanie się – tym bardziej, że nie miałam nic poza bluzą jakąś. No, ale trudno – raz się żyje. Dobrze, że udało mi się jako tako teksty ogarnąć, to mnie naczelny nie zabije i nie będzie znów tak, że z powodu moich opóźnień jest awantura, bo gazeta nie może iść do druku :)))
Jedne korki miałam wczoraj, więc udało mi się wpaść do domu na obiadek nawet przed kolejnymi. To rzadkość, którą cenię, bo przecież właściwie wszystkie zajęcia z dzieciakami mam na Ochocie koło domu, więc to jak wypad do sklepu osiedlowego prawie. Dziewczyny dały radę – robiliśmy test gimnazjalny i poszło im nieźle nawet. A mi czas łatwo i przyjemnie zleciał.
I dobrze, bo czekał mnie miły wieczór w towarzystwie Adasia. Wpadł, w sumie bez jakiegoś szczególnego powodu. Ja chciałam go zobaczyć, żeby móc mu wybrać na urodziny filmy porno jakieś. Przyszedł, wybrał, dostał. I nie tylko to. A poza tym przyniósł wino musujące. Ja zmęczona po całym dniu, więc szybko mnie wzięło. Na tyle, że po wypiciu poszliśmy po jeszcze jedno (i po Redd’sa do tego). Oglądaliśmy „Dziesiąty krąg”, piliśmy, zjedliśmy pizzę… Bardzo sympatyczny wieczór, muszę przyznać.
A Adaś jest słodki, jak na maturzystę przystało. Więc wszystko w normie i zgodnie z jakimś-tam planem. Potem grzecznie spać poszliśmy, bo ja miałam pobudkę.

Poszłam na homofobiczną debatę na UKSW. W sumie nie chciałam chyba nawet, stąd wahałam się długo. Ale ostatecznie poszłam, bo mnie naczelny przekonał, że fajny materiał może z tego być. Miał rację. Zjawiłem się tam odpowiednio wcześniej – moja fotografa też. Przyjechałem taxi ostatecznie, bo ogarnianie w domu zajęło mi tyle czasu, że szkoda gadać. Ważne, że zdążyłam.
Ludzi jeszcze nie było za wiele, ale powoli się zaczynali zbierać. I słusznie, że się zjawiliśmy. Najpierw nie chcieli Wojtka z „Wyborczej” wpuścić. Znam go – słabo, ale jednak. Więc zaraz polecieliśmy wszyscy i pytaliśmy pana dlaczego nie chce go wpuścić. Ten się tam tłumaczył, ale Wojtek ostatecznie dostał się do środka. Przy okazji Marta Abramowicz wprowadziła znajomych, którzy też wejść nie chcieli. Usiedli więc wszyscy, z malutkimi flagami, albo z jedną dużą na kolanach. Taki performance „jesteśmy tu”. Zaczęła się konferencja. Studenci udawali poważnych – bo tak wypada. Pan z wydziału prawniczego nawet nieźle gadał, dopóki nie użył słowa „homoterror”. Ładne to nawet, homoterror. Dobrze jednak, że studenci próbują to jakoś rozegrać. Problem ich jest taki, że są zbyt rozemocjonowani, za mało się starają zachować spokój przy wypowiedziach. To zdradza ich intencje, zdradza ich po prostu.
Nadeszła pora zadawania pytań. Pierwszy zgłasza się Wojtek. Dają mu mikrofon, choć niechętnie. Mówi, mówi, ale mu przerywają, bo nie będą odpowiadać na jego pytania. Pani prowadząca mówi, że jak „Wyborcza” blokuje im usta, to oni im pokażą co to znaczy… No, bardzo chrześcijańsko w sumie. Więc ja zabrałam głos i pytam, czy to zasada „oko za oko” czy też tak objawia się „miłosierdzie wobec bliźniego”. Coś tam bełkocze, że „Wyborcza” niepotrzebnie się zjawiła. A zanim pan mi dał mikrofon, musiałam wykorzystać swoją legitymację prasową po raz pierwszy – pan inny obok mnie się zgłaszał, ale to mi dali dzięki temu głos. Nieufnie jednak, nawet mnie pan z fronda.tv filmował. Miło być gwiazdą także poza środowiskiem LGBTQ.
Ogólnie, konferencja śmieszna, nic konkretnego. A potem zaczął się wykład Camerona. Okej, on ma twarde dane, co do tego nie mam wątpliwości i tego nie podważam. Ale wnioski jakie z nich wyciąga są irracjonalne. Bo ja rozumiem, że 1/3 nadużyć seksualnych dokonywana jest w USA w rodzinach zastępczych homo. I to jest mocna dana. Szkoda tylko, że pan Cameron zapomniał o tym, że: 1) wśród homoseksualistów jest więcej mężczyzn niż kobiet, 2) częściej więc geje adoptują dzieci niż lesbijki, 3) ludzie chętniej zgłaszają nadużycia dokonywane na dzieciach przez mężczyzn niż przez kobiety, 4) ludzie chętniej zgłaszają nadużycia dokonywane w rodzinach homo niż hetero. Bezkrytyczne podejście do źródła danych powoduje, że on wyciąga wnioski, które nie są zgodne z prawdą.
Pomijam już fakt, że moim zdaniem nie jest celem człowieka w społeczeństwie „produkować więcej niż się konsumuje” (bo czy ja produkuję więcej niż konsumuję? A ty?). Pomijam też fakt, że pan Cameron nie wyjaśnił co to znaczy „homoseksualista”, a ja jestem ciekawa jak to rozumie.
Nie będę tutaj z każdym jego bzdurnym argumentem się rozprawiać, bo nie mam czasu ani ochoty. Ale nie dziwi mnie, że i psychologiczne i socjologiczne amerykańskie stowarzyszenia się od niego odcięły, skoro takie podstawowe błędy może mu wytknąć byle magister socjologii z Polski.

Potem wpadłam do domu na chwilkę coś zjeść. I do redakcji na jeszcze krótszą chwilkę – po komputer w sumie tylko, bo spędziłam tam może 7 minut… I korki od razu. Chemia, ale niełatwa, bo ona naprawdę się nie przygotowuje, a ja jej na pamięć wzorów nie wbiję przez godzinę w tygodniu. Ochrzaniłem ją, poćwiczyliśmy. A potem na drugie korki…
Więc w czwartek wieczorem padnięta popracowałam jeszcze chwilkę przy kompie z redakcji przytarganym i poszłam spać.

Piątek zaczął się znów intensywnie. Szybko rano do redakcji – spotkałam Karolinę po drodze i mnie podwiozła samochodem. Ale to jest już oficjalna wiadomość: szybciej jedzie się tramwajem i autobusami niż samochodem na Krakowskie Przedmieście. Zdecydowanie.
Nadrabiałam zaległości z kilku dni. Udało mi się dodzwonić do TVN Warszawa nareszcie… To naprawdę niełatwe! No, ale wciąż muszę wydzwaniać też prywatnie. Bo poza tym, że robię duży projekt dla redakcji na wakacje, to jeszcze mam F-SP 22 maja i jeszcze jedną imprezę ogarniam w dużym klubie, którą mam przyjemność reżyserować… Generalnie: w chuja roboty. No i szukam jeszcze jednego chłopca ładnego chętnego do półnagiego rozdawania truskawek w czekoladzie ;) Jeśli ktoś chętny, to musi się szybko dzisiaj-jutro zgłosić, bo w niedzielę dzwonię do kogoś, o kim myślę w tej roli (najlepiej się na gronie odezwać do mnie).
W trakcie dyżuru musiałam na Banacha wyskoczyć, bo z okazji Juwenaliów grali w siatkę studenci z pracownikami UW. Ja, jako „oficjel” tylko a nie jako grająca, oczywiście. Posiedziałam, pokibicowałam i spoko. Bardzo sympatycznie wyszło. Ponieważ się start opóźnił, nie wiem kto wygrał. Generalnie, na tym się dla mnie Juwenalia kończą. Myślałam o tym nawet ostatnio i prawda jest taka, że mnie takie typowo heteroseksualne zabawy nie bawią – może wartoby za rok zorganizować w ramach Juwenaliów (albo obok, jeśli się studenckie samorządy nie odważą…) Queeralia? Ją Orientalia, Akademikalia, Idealia… Nie mogą być juwenalia dla pedalstwa też zorganizowane? Poszłabym pewno, gdyby to odpowiednio dla nas przygotować. W sensie, że nie kiełbaski i piwo w plastikowych kubeczkach, tylko trochę co innego jednak :)

Po wyjściu z redakcji miałam mieć spotkanie z panią w bibliotece wydziałowej, bo jakaś pracownica chce walczyć z systemem i zająć się digitalizacją katalogu. Nie udało się spotkać, bo ją ktoś tam z władz wezwał. Więc z Tomeczkiem i Pawełkiem na szybką kawę poszłam, bo oni mieli dzień wolno-zakupowy. Pogadaliśmy chwilkę, ale wszyscy w biegu i w ogóle, więc nie było czasu na więcej. Gacek miał do nas dołączyć, ale już w domu szykował obiad dla mnie. Wprosiłam się na 17 i musiał coś zrobić ładnego. Przyznaję, że się postarał, bo nawet na parze coś tam próbował robić, więc jest okej.
No a potem do domku szybko, żeby się ogarniać przed wieczorem. I zaczęłam pisać bloga, ale to niełatwe, żeby wszystko ogarnąć. 20 tys. znaków. Przepraszam, nie da rady inaczej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm