RSS
 

Notki z tagiem ‘choroba’

Parada Równości, agresywny sąsiad, sprawa w sądzie i chora noga

24 cze
Parada Równości 2013

Parada Równości 2013

Boże, jak dobrze, że już po Paradzie Równości. Jak bogów kocham, to co roku najszczęśliwszy czas. Nie ma setek maili, dziesiątek telefonów i niezadowolonych ludzi. Bo coś poszło nie tak.

Koszulki powinny być sprzedawane wcześniej. Artyści powinni być zabukowani wcześniej. Do klubów trzeba było chodzić z propozycją pojawienia się w mapce paradowej a nie maila wysyłać. Wolontariat spoza Warszawy też chce się włączyć a nie ma jak. Polsat News zaprasza. Ratusz dzielnicy Ursynów domaga się wyjaśnień. Pani dyrektor nie chce przyjąć trenerki. Policja zaprasza na spotkanie, obecność obowiązkowa. Fotograf nie wie, jak ma to zrobić. Baner się drukuje. Grafik chce więcej pieniędzy. Czy nie możemy ruszyć wcześniej z Paradą? Dzień Dobry TVN chce być na platformie z Dodą.
Ja wiem. Macie racje. Powinno być wcześniej. Powinnam jeździć. Wolontariat powinien mieć szansę. Do Polsat News też wpadnę. Mail do Ratusza wysłany. Do pani dyrektor zadzwonię znów. Na spotkaniu z policją będę. Fotografowi wyjaśnię. Baner odbiorę. Z grafikiem się dogadam. Nie możemy ruszyć wcześniej. Nie będzie Dody.

Ja naprawdę wiem, że powinno być lepiej (choć NAPRAWDĘ uważam, że w tym roku wyszło bardzo przyzwoicie), ale będę to powtarzać do znudzenia: Paradę Równości robią dwie osoby a jej budżet na tydzień przed wydarzeniem wynosił 1107 zł. Oraz poza samą Paradą Równości robiłam też z Łukaszem Tydzień Równości dla Ursynowa oraz Proste Równanie z Michałem G. Po prostu więcej nie jestem w stanie zrobić. I koniec tematu. Też mnie to boli, ale uczę się cały czas mówić: „nie mogę robić wszystkiego”. I gdy ktoś chce mnie zapytać czy wysłałam koszulki sprzedane na allegro.pl odpowiadam: nie, bo nie mogę robić wszystkiego. W tym czasie weryfikuję wpisy naukowczyń i naukowców pod listem otwartym. Sprawdzam, czy na pewno są to autentyczne osoby a nie ktoś podszywający się. A chwilę później załatwiam dalszą dystrybucję mapek-przewodników Parady Równości. A potem wstawiam na facebooka informację o czterech kolejnych wydarzeniach towarzyszących Parady Równości. A potem odbieram telefon i wyjaśniam pani, że owszem, będą dzieci na Paradzie Równości. I tak cały czas.

Musicie wiedzieć, że miesiąc przed Paradą jest masakra. To jest praca co najmniej 8 godzin na dobę. A ja przecież na tym nic nie zarabiam i żeby normalnie przeżyć, muszę swoje normalne zarobkowe rzeczy wykonywać. Tak więc Paradę Równości robi się po godzinach. Łukasz miał ciut łatwiej, bo miał formalnie wolne w pracy i mógł zająć się tylko Paradą. Albo wyjazdem do Hiszpanii (czy gdzieś tam), bo dwa tygodnie przed wydarzeniem na kilka dni wybył. On ma tę łatwość, że może usnąć, gdy coś jest niezałatwione. Ja tak nie mam, siedzę aż będzie gotowe. Dlatego dziennikarzy nie dziwiło, że maile z informacjami prasowymi ode mnie dostawali o 2 albo o 3 w nocy. Po prostu wówczas miałam czas, żeby zająć się takimi drobnostkami…

Niech o moim poświęceniu świadczy fakt, że na dwa tygodnie przed Paradą Równości w dni robocze NIE piłam w ogóle alkoholu. Byłam na tyle zmęczona, że jeden drink mnie kładł do łóżka, więc nie mogłam.

Bo ja wiem, że oficjalnie nazywam się „rzecznik prasowy”, ale prawda jest taka, że robię pierdyliard innych rzeczy. Takie jak te wymienione powyżej też. Koordynuję drukarnie, zbieram faktury, potem nas rozliczam. Też. Pierwsze autentyczne działania na rzecz Parady robi się we wrześniu-październiku. Najpierw jest spokojnie. Jedno spotkanie miesięcznie, dwa-trzy maile tygodniowo. Luz. A potem jest coraz gorzej. Aż do dnia Parady Równości, kiedy – po całym dniu zapieprzania w piątek idę na imprezę, wstaję po 3 godzinach, jadę od jednej telewizji do drugiej, by w ostatniej chwili dotrzeć na samą Paradę Równości, przejść 5 km, zorganizować potem bifor u siebie (dzwoniąc w międzyczasie na policję z powodu dresa-sąsiada, który ostatnio odpierdala) i by znów iść na imprezę afterową ostatecznie. Ale nie po to, by później spać, bo w niedzielę o 10:40 w Tok FM już muszę być.

Po co to robię? Ej, nie wiem.
Jeden z powodów jest taki, że mam syndrom „zrobię to najlepiej”. Że czasem nie potrafię delegować uprawnień, nie mam zaufania do wiedzy i kompetencji innych osób. Muszę sam zrobić. To oczywiście niedobre podejście. Z powodu moich doświadczeń w pracy z ludźmi na zasadach wolontariatu czy też społecznikowskiej pracy wiem, że nie zawsze jest dobrym zaufanie innym. Ale cóż, naprawdę czasem muszę.

Drugi powód jest taki, że chcę, żeby Parada Równości była taka, żebym ja chciała na nią przychodzić. W sensie, żebym czuła, że jest to „moja” Parada Równości, że nie mam problemu z pojawieniem się na niej i że wszystko podczas wydarzenia jest dokładnie tak, żeby mi odpowiadało. Wiecie, żeby czuć, że nie idę tam na siłę, albo „że wypada” albo coś takiego. Mam więc wpływ na to, żeby wyglądała tak, jak ja chcę. Jak każda osoba w komitecie organizacyjnym. Oczywiście, ponieważ czasem trzeba iść na kompromisy a poza tym nie wszystko da się zrobić od razu, to jeszcze nie jest całkowicie „moja” Parada Równości. Ale robię, co w mojej mocy, żeby taką się stawała. Powoli, powoli. Nie od razu Rzym zbudowano.

Po trzecie, robię to, bo wiem, że nikt inny aktualnie tego nie zrobi. To nie jest tak, że jest dziesięcioro chętnych na moje miejsce, że ludzie się palą do roboty. Absolutnie nie. Pracy jest tak dużo, że nikt nie chce się tego podjąć. Ja wiem, że obecność z mediach – z racji rzecznictwa prasowego – może wydawać się interesująca, ale to jest wisienka na torcie. Większość z Was nie wie, że prawie wszystkie informacje, które idą w mediach, są kopią tego, co ja napiszę i wyślę do mediów. Nie wiecie też, że w zasadzie co dwa-trzy dni przed Paradą Równości takie informacje rozsyłane są do setek dziennikarzy i dziennikarek. Pochwalę się, że w tym roku dwa razy mnie pochwalono za wysłaną informację. A to wybitnie rzadkość.

Rozliczenie Parady Równości jest w zasadzie też na mojej głowie. Co prawda jest księgowa, która woluntarystycznie nam pomaga, ale ogarnięcie tego, przygotowanie umów, rachunków, przelewów itd. jest na mojej głowie. A że to niełatwe, to Wam opowiem.
Podstawowe konto Fundacji Wolontariat Równości zostało założone w BOŚ Banku. Nie wiem dlaczego, nie miałam na to wpływu. Ale okej, co mi za różnica? Okazało się, że jest różnica. Raz chciałam sprawdzić czy wszystko na rachunku okej – wszak jako członkini Zarządu jestem za to współodpowiedzialna. Poszłam do oddziału BOŚ Banku, odczekałam swoje i udało mi się dostać do „okienka”. Tam okazało się, że o ile mają moje dane i w ogóle, to jest jakiś bałagan po ich stronie i nie mają mnie podpiętej do Fundacji. Co prawda przepraszali, wyjaśniali i naprawiali, ale już mnie to lekko zdenerwowało.
Kolejna sprawa: zlecenie przelewu w „okienku” kosztuje… 16 zł. Tak, szesnaście. Tyle zapłaciliśmy za przelanie 300 zł osobie, która wygrała w konkursie na najlepsze hasło Parady Równości 2013. Tak więc stwierdziłam, że to sporo. I chciałam wreszcie móc dokonywać operacji przez Internet. Okazuje się, że oni używają tokenów. Czyli takich małych urządzeń, które generują ciągi cyfr potrzebne do potwierdzania operacji. Straszny przeżytek (chyba wszyscy inni już mają potwierdzenia SMSowe…) ale okej. Łukasz zgubił nasz stary token (ja go nawet na oczy nie wiedziałam…) więc poszedł po nowy. I dostał, wszystko super. Do malutkiego urządzenia dołączona była trzystronicowa instrukcja obsługi. I to już mnie zaniepokoiło. Trzy strony instrukcji do czegoś takiego. Okazało się, że tokena nie da się włączyć. No nie da się i już. Zdenerwowałam się i ZNÓW musiałam pójść do oddziału. Tam czterech panów próbowało, ale nie dali rady. Wzięli kolejny token i kolejny, i kolejny, i kolejny… I już chcieli stwierdzić, że cała partia jest zepsuta, gdy jednemu z nich udało się szósty token włączyć. Przypadkiem. Bo w instrukcji było źle napisane i włącza się je inaczej. No, ale okej, działa.
W domu próbuję zlecić przelewy. To nie takie proste. Najpierw przelew się przygotowuje (kod z tokena), potem się go zatwierdza (kod z tokena) a potem się go przekazuje do realizacji do banku (kod z tokena). Ostatniej operacji wykonać nie mogę. Nie wiem czemu. Idę ZNÓW do oddziału. Pani nie może mi pomóc, bo tylko pan obok ma możliwość dostępu… No dobra, więc idę do pana. On sprawdza, weryfikuje, przelogowuje się… Nie daje rady. Ale prosi mnie o wysłanie pewnej informacji mailem i obiecuje, że sprawdzi i da znać. Mhm, jasne. Maila wysłałam ze 2 godziny później. Może 3. Nie oddzwonił do dziś a ja nadal nie mogę wykonywać operacji przez Internet.
Wkurwiłam się. Złożyłam wniosek w mBanku o założenie konta. Po 15 min dostałam maila, że w wybranym przeze mnie oddziale Multibanku czekają dokumenty do podpisania. Poszłam rano. W oddziale była pani recepcja, zaprowadziła mnie do mojej doradczyni, ta zaproponowała mi kawę i podała przygotowane dokumenty. Podpisanie zajęło 8 min (kserowała coś tam). A konto już było aktywne. Nie muszę się do niego osobno logować – wchodzę jak na swoje konto osobiste i już. SMSami potwierdzane są operacje. W przeciwieństwie do BOŚ Banku, który przy zakładaniu wymagał obecności CAŁEGO ZARZĄDU, tu wystarczył mój podpis – bo w KRS mamy, że każda osoba z zarządu może reprezentować Fundację. Żeby było łatwiej. No i w mBanku łatwiej, rzeczywiście, było.
Poszłam do BOŚ Banku jeszcze dwa razy. Żeby przelać pieniądze z rachunku na nowy w mBanku. 16 zł. I pytam co zrobić, żeby zamknąć rachunek. Pan mówi, że nie wie czy wystarczy moja dyspozycja czy musi znów cały zarząd się zjawiać. Ale stwierdził, że lepiej, żeby cały. Więc pytam go: na jakiej regulaminowej podstawie. On, że nie wie. Ale że sprawdzi i zaraz do mnie zadzwoni. Zostawiłam mu numer. Nie zadzwonił do dziś.
Tak więc BOŚ Bank to najgorszy po Banku Zachodnim WBK bank w Polsce. Potwierdzam, mogę to zeznać w sądzie i nigdy więcej nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. A! Żeby było śmieszniej! Gdy przelewam kasę z konta Fundacji w BOŚ Banku, to w nadawcy przelewu nie ma nazwy i adresu fundacji tylko są moje dane z dowodu :) Tak jakby to było moje prywatne konto. Super, co nie?

Tak więc powoli, powoli wychodzę z Parady Równości.

Muszę zająć się rzeczami, na które przez nią nie miałam czasu. W tym: jednym dużym zleceniem, które podratuje moje finanse bardzo, bardzo. Coraz bliżej mi do tego, by wyjść z kredytów wszelkich w mBanku i być znów wolnym finansowo człowiekiem! Radość serce me ogarnia, bo nie spodziewałam się, że tak dobrze będzie.

***

Jutro mam sprawę w sądzie. Będą rozpatrywać moje zażalenie na decyzję prokuratora o umorzeniu śledztwa w sprawie Bitwy Pod Melino. Chcę, żeby obejrzeli więcej nagrań i w ten sposób ustalili tożsamość sprawców. Trochę się to przeciąga i mam obawy, czy te nagrania jeszcze są dostępne, jeszcze istnieją w ogóle… No, ale niech to sprawdzą sami. Trzymajcie kciuki, bo ja się nie poddaję tak łatwo.

Ale ostatnio co innego mi doskwiera. Sąsiad-dres. Dwukrotnie już podczas imprez u mnie walił w drzwi mojego mieszkania czymś dużym (jakiś kij czy drąg…?). Oczywiście, wezwałam wówczas policję. Domyślam się, że impreza mu przeszkadzała, ale to mnie nie obchodzi. Nikt nie będzie walił w moje drzwi.
Ostatnio spotkałam go na klatce schodowej. Wyzywał mnie i pchnął/uderzył. A to już trochę za dużo. Oczywiście, nauczona doświadczeniem stałam tak, żeby kamera wszystko złapała. Straszył mnie, żebym policji na niego nie nasyłała. No to się zdziwi. Dziś jeszcze jestem umówiona na telefon z dzielnicowym – mamy się umówić na jakiś dzień w tym tygodniu, żeby pogadać. Nikt mnie nie będzie straszyć. Zamierzam zajść mu za skórę jeszcze bardziej. Oczywiście, że się boję. Tylko głupcy się nie boją. Zamówiłam gaz pieprzowy w razie czego. Ale nie zamierzam dać się zastraszyć. Jestem Jej Perfekcyjność, na bogów!
Najgorsze jest to, że wiem, że najskuteczniejszym działaniem w jego przypadku byłoby po prostu namówienie kilku osób, żeby spuściły mu wpierdol… Bo tylko takie argumenty do niego od razu przemówią. No, ale to nie w moim stylu. Jestem przeciw przemocy i mam zamiar z nią wygrać pokojowo. Tym niemniej, trochę to potrwa. I pewno nie będzie przyjemnie. Ale też sobie myślę, że jako osoba publiczna w społecznościach LGBT, jestem to winna: szczerość, że mnie też spotykają prześladowania ze względu na to, kim jestem. I że chcę trochę dać przykład, żeby nigdy nie odpuszczać takich rzeczy. Nie można czekać, aż zdarzy się tragedia.

***

I na koniec jeszcze słów kilka o moim zdrowiu. Bo wiecie być może, że jestem na antybiotyku. I to już ponad 30 dni. Będę jeszcze kolejne dwadzieścia-kilka. Nie, nie, to nic strasznego. Ale walka trwa. Chodzi o moją stopę. Jakiś już czas temu ugryzła ją jakaś meszka czy coś. I tam się coś złego porobiło. Nie dość, że reakcja alergiczna, to jeszcze jakieś zakażeniowe sprawy. Nic fajnego. Wysoka gorączka, wielka opuchlizna, swędzenie, ból… No nie polecam. Ale udało się to jakoś opanować i aktualnie trwa terapia. Noga jest nadal lekko opuchnięta (choć to jest NIC w porównaniu z tym, co było na samym początku!) i próbujemy z tym walczyć. Jestem na doksycyklinie – badania wskazują, że do 60 dni można ją brać. Tak twierdzi przynajmniej mój chirurg. I żeby nie było – nie idę do pierwszego lepszego „lek. med.” tylko do „dr n. med.”! Poza antybiotykiem biorę też inne leki. Rano pięć tabletek, wieczorem cztery. No i bez wątpienia trochę to jeszcze potrwa, ale jest nadzieja, że wszystko się dobrze zakończy. Tak więc trzymajcie kciuki :) I uważajcie na małe latające gówna.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It’s only gay when you swallow

05 mar

No dobra, już piszę. Miałam początkowo prawie tydzień temu napisać, ale prawda jest taka… że niewiele się od tamtej pory wydarzyło. Wszystko przez moje zdrowie. Czy też jego zły stan. Albo brak. No, mówiąc krótko, nie jest dobrze. Siedzę w domu (leżę?) i trochę zdycham. Co prawda jest ZDECYDOWANIE lepiej niż było tydzień temu, ale jednak…

Więc teraz będzie o moich problemach ze zdrowiem. Zaczęło się ponad 4 (cztery!!!) tygodnie temu. Grypa. Wiadomo, zdarza się, jest długa zima. Grypa grypą, poleżałam, pochorowałam, fajnie. I wszystko powinno się w tym momencie skończyć. Ale nie, nie może być tak łatwo. Dostałam jakiejś wysypki. Choroby skóry się zawsze źle kojarzą, bo od razu widzimy oczami wyobraźni obrzydliwe zmiany ropne, których nawet myśl o dotknięciu obrzydza nas na maksa. No i kojarzy się to z brudem. W sensie, że skóra chora, bo ktoś nie ogarnia higieny. Takie skojarzenia nasuwają się i mnie, więc możecie sobie dodatkowo wyobrazić jak strasznie przeżywałam pojawienie się wysypki.
Pani doktor dermatolog zdiagnozowała to jako opryszczkę (już chyba o tym pisałam?), więc wirus. Więc nie da się za bardzo nic zrobić i trzeba czekać, aż osłabiony organizm zbierze siły i się ogarnie jakoś. Czekam, czekam i czekam a to tak średnio przechodzi. Pominę może szczegóły dotyczące tego skąd wysypka dokąd mi się przeniosła ale generalnie jakieś dzianie było. Pani doktor upierała się, że to opryszczkowe zmiany i jakieś średnio skuteczne objawowe leki mi przepisywała. Średnio.
A potem zrobiło się jeszcze gorzej. Bo angina mnie naszła. Ni z tego, ni z owego. Mocna, naprawdę mocna. Znów wizyty u lekarzy (dokładnie zaraz to opiszę), kolejne leki, antybiotyki. Więc zdycham z powodu anginy i z powodu wysypki, która z wirusowej zrobiła się, zdaniem dermatolog, bakteryjna a potem w ogóle stwierdziła, że to już tylko moje drapanie powoduje, że cokolwiek mam jeszcze. I że – tym mnie wkurzyła – muszę zmienić proszek. To taka wymówka. Jak się nie ma na co zwalić, to się mówi: zmień proszek. Bardzo zabawne.
Ponieważ jednak mój organizm jakoś tam sobie radzi z tym wszystkim i ogarnia się chyba powoli, odczekam kilka dni i jeśli mi całkiem nie przejdzie, idę do jakiegoś innego dermatologa. Wkurwia mnie po prostu już to, że od kilku TYGODNI nie mogę normalnie funkcjonować i wieczorem zamiast skupić się na jakiejś pracy, ja siedzę i smaruję się, łykam leki, biorę tabletki i ogarniam się w sposób, który jest absolutnie nieproduktywny.

Zaczynam więc jeszcze w lutym. 21 lutego dokładnie. Poranek, jak zawsze, w zaprzyjaźnionej firmie. Krótko jednak, bo potem umówiłam się z Marcinem na kawę. Takim Marcinem, co go tutaj jeszcze nie było. Młody jest, przyznaję. Ale to przecież na plus. Jakiś czas już coś tam czasem korespondujemy sobie na Facebook, wcześniej na innastrona.pl. Miły, mądry, sympatyczny i ładny chłopiec. Więc czemu się na kawę nie umówić? Jego jedyny minus jest taki, że mieszka poza Warszawą, więc trudno go łapać w tygodniu i umawiać się na takie kawy częściej, ale to i tak pieśń przyszłości, więc na razie się tym nie zajmuję.
Niemniej, do naszego pierwszego spotkania doszło. Było bardzo miło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poopowiadał mi trochę, chociaż prawda jest taka, że wyjątkowo ja więcej mówiłam. Aż mi się to nie podobało, sama się publicznie karciłam i powiedziałam mu, że tak być nie może. Bo jasne, ja mogę mówić bez przerwy (wiadomka) ale kilka lat temu nauczyłam się tego nie robić. I chcę z tego korzystać. Dlatego muszę zmusić go, żeby następnym razem to on zdominował spotkanie. O ile oczywiście będzie następny raz. Co prawda umówiliśmy się tak ogólnie wówczas na kolejne widzenie, ale… tak, zdrowie. I nic z tego nie wyszło ostatecznie. Szkoda.
A wisienką na torcie niech będzie fakt, że umówiłem się z nim na spotkanie we W Biegu Cafe przy pl. Zbawiciela. Czyli tam, gdzie pracuje D. Tak, ten D. I tak, zrobiłem to specjalnie. I wiem, że to niskie i małe, ale nic na to nie poradzę. Ludzie robią takie rzeczy. A ja się tego nie wstydzę.

Udało mi się dotrzeć na UW i jakieś tam papiery dostarczyć, ale już na zajęcia pójść… nie za bardzo. Nie wiem czemu. Po prostu taka była emocja. Poza tym chyba trochę bym się spóźniła. A w drodze na UW widziałam po raz pierwszy koksowniki wystawione na zewnątrz. To nawet zabawne, że ogrodzili je barierkami z ostrzeżeniem, że w środku jest gorąco. No bo przecież o to chodzi. Ale inicjatywa ogrzewania ludzi w ten sposób – zacna, godna pochwały. Chociaż jak tak z Marcinem szliśmy sobie do Centrum, to widok ten trochę mi się kojarzył z filmami z lat 70. XX wieku i radziecką Rosją. Zabawne w sumie, że tradycyjne metody okazują się skuteczne w XXI wieku także.

Wtorek rozpoczął się od wizyty u dermatologa. Kontrola po tygodniu. Udało mi się kasę odzyskać za poprzednią wizytę – dotarł faks od mamy z odpowiednimi dokumentami ubezpieczeniowymi. Więc jest okej, 55 zł z powrotem w kieszeni. Ale to nic, bo i tak tę kasę lada moment na leki muszę wydać. Taki lajf. Pani dermatolog nie wydawała się zaniepokojona moimi objawami. Raczej ze spokojem je przyjęła. Mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest, jak swędzi. Nieprzyjemnie i bardzo dyskomfortowo bez względu na to, co się robi.

Potem dyżur w zaprzyjaźnionej firmie a na koniec… Wizyta w mBanku. Tak, w jednym z ich centrów. Po co? No, pani wymęczyła mnie o tę kartę kredytową, to poszłam po nią. Wiem, że za bardzo jej nie potrzebuję. A już na pewno nie takiej na 10 tys. zł (minimalna kwota przy Visa Gold), ale ma jeden plus, który sprawia, że warto. Obniża o 3 proc. oprocentowanie mojego kredytu odnawialnego (czyli debetu na koncie), a to już coś. I jest za darmo. Więc nie ma co marudzić, tylko wzięłam.
Śmiesznie, bo długo szukałam tego mBanku. A już na miejscu spotkałam Mikołaja, z którym kiedyś studiowaliśmy razem. Miłe spotkanie. Pogadaliśmy sobie chwilkę. Dziwnie tak czasem można trafić w jakimś miejscu na kogoś, kogo się zna z dawnych w sumie czasów.

Finałem dnia było posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Po drodze wpadłam do Gacka na chwilkę krótką, bo Pola chora zdycha. Pogadaliśmy, ale zaraz przyszła Kasiaspyrka i zaczęła robić jakiś racuchy czy coś, więc ja spierdalałam na UW. Posiedzenie PS UW momentami śmieszne, częściej smutne. Najzabawniejsze, że dużą część wystąpień stanowiły odniesienia do mojej „działalności medialnej”, czyli moich wystąpień w mediach. Widzę, że to jest coś, na co członkowie i członkinie ZSS UW są bardzo wrażliwi. I śledzą je z dużą uwagą. To, oczywiście, miłe ale zupełnie niepotrzebne. Tak samo jak sugerowanie, że działam na niekorzyść Samorządu Studentów UW. Wręcz, co ważne, wydaje mi się, że mnie to trochę obraża. I dlatego w pewnym momencie powiedziałam głośno i wyraźnie: jeśli ktoś uważa, że działam na niekorzyść SS UW a tym samym urągam godności studenta UW, to jest przewidziana w takiej sytuacji odpowiednia droga – skierowanie sprawy do Komisji Dyscyplinarnej ds. Studentów i Doktorantów UW, która rozpatrzy i zadecyduje czy rzeczywiście tak jest. Wiadomo, że nikt mnie nie poda, bo nie ma powodów najmniejszych. A czcze gadanie i głupie insynuacje na mnie nie działają. Dlatego się nie przejmuję, tylko robię swoje. Uwierzcie jednak, że wiele jeszcze przed Wami, drodzy członkowie ZSS UW.
Ważnym punktem obrad była prezentacja założeń Raportu Studenckiego 2011. Marta Michalska zaprezentowała, co miała i okazało się, że choć jeszcze w sobotę podczas roboczego spotkania z Pauliną przedstawialiśmy wyniki pracy Queer UW nad naszą częścią raportu, to 4 dni później tej części już w Raporcie nie ma. Nie będę się na razie do tego odnosić, bo nie mam potrzeby. Wiadomo, że ZSS UW nas wychujał i zrobił to w sposób nie tyle nieładny, to bardzo chamski. W nieoficjalnych rozmowach przyznali (nie mi!), że nie poinformowali mnie wcześniej o tej decyzji, bo… obawiali się obecności mediów na posiedzeniu Parlamentu Studentów UW. A potem cały czas podkreślali, że mediów się nie boją, że naciski mediów nic dla nich nie znaczą… Tia, jasne. Tylko srają po gaciach na myśl o tym, że GW się zjawi na posiedzeniu. Bardzo logicznie.
Ale nie stresuję się, ja swoje robię i jeszcze, gdy nadejdzie moment, pokażę co potrafię. A na razie, cicho-sza. Zabawa trwa. A całość, mam takie wrażenie, ma w dużym stopniu podłoże personale. Kontra-ja.

W środę rano prowadziłam pierwsze warsztaty dziennikarskie dla chętnych studentów i studentek UW. Przyszło nie za wiele osób (6?) co jest okej (8.00 rano robi swoje), ale nie jest okej, że nie zjawiły się osoby, które tak o te warsztaty walczyły i za nimi optowały. To mi się nie spodobało i mam zamiar na ten temat z nimi rozmawiać. Same zajęcia chyba wyszły nieźle. Zmusiłem ich, żeby rano się trochę rozruszali, pochodzili, coś zrobili, pomyśleli… Jak warsztaty, to warsztaty. Ja jestem w miarę zadowolona.

Potem zajęcia (wykład! Poszłam na wykład!) i wizyta u fryzjera (nareszcie!). I przed południem wróciłem do domu, odpocząć. Zdrowie nie daje wytchnienia, cały czas coś. To naprawdę stresujące i męczące. Tym bardziej, że wieczorem musiałam się wybrać znów na UW. Ważne spotkanie – komitet naukowy konferencji i komitet organizacyjny konferencji razem wzięte. Fajne spotkanie, tak wyszło, że ja w sumie prowadziłam je jakoś. No, niech będzie.
Są pewne decyzje, są pewne niewiadome. Plus jest taki, że Zarząd Samorządu Studentów UW podjął decyzję o udostępnieniu nam sali 200 na czas konferencji. To mnie cieszy, bo – prawdę mówiąc – myślałam, że odmówią. Nie będę Was zadręczać szczegółami, ale generalnie jest sporo do ogarnięcia, najgorzej jest, ma się rozumieć, z kasą. Ale damy radę jakoś. Na razie nie myślimy o pieniądzach na publikację, ale w przyszłości trzeba będzie też o to zawalczyć. Ale to potem, po konferencji, po wszystkim. Spotkanie udane, miłe i dość konkretne w ostateczności.

A zaraz stamtąd Łukasz podwiózł mnie na Bemowo, gdzie mieliśmy spotkanie grupy logistycznej Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2011. Może ja nie do końca logistyką się zajmuję, ale ważny był mój udział a propos Komitetu Honorowego Parady i w ogóle. Spotkanie długie, męczące, ale konkretne w sumie. Udało się nam pewne rzeczy ustalić, dopiąć i postanowić. M.in. to, że pojadę do Berlina. Ponieważ cały marzec to weekendowe wypady kilku osób do Niemiec, gdzie z tamtymi organizatorami parad będziemy rozmawiać. I żebym ja też raz pojechała, do Berlina. No okej, lubię to miasto, chętnie. Przy okazji znów się tam pobawię, wiec jestem na tak.

Czwartek spokojny, z zakończeniem miłym. Adam wpadł. Mieliśmy ciche dni od czasu naszego ostatniego spotkania. W ogóle mam wrażenie, że coś się nie-tak dzieje w tej relacji. Nie potrafię powiedzieć co i dlaczego. Nie wiem. Ale coś wyraźnie jest nie tak. Wizyta Adama zresztą też średnio, moim zdaniem, udana. Miał wpaść, żebyśmy rozmówili sytuację a skończyło się na pieprzeniu głupot, zajmowaniu się duperelami i Adama SMSowaniem i facebookowaniem. Potem na ten temat mieliśmy długą wymianę wiadomości na Facebook. Kto co kiedy i gdzie. Bez sensu trochę. W sensie, że przez Facebook bez sensu. Bo ja, owszem, jestem za rozmówieniem wszystkiego, ale na żywo.
W piątek czułam się już naprawdę podle. Źle. Angina, to było oczywiste, bo przy łykaniu śliny czułam setki szpilek wbijających mi się w gardle. Najgorsza była perspektywa tego dnia – wyjazd do Łodzi. Zanim jednak to nastąpiło, miałam spotkanie w urzędzie dzielnicy Ursynów. Chodzi o pewne wydarzenie, które Queer UW miałoby dla dzielnicy zorganizować. Ja jestem na tak, potem się okaże, że QUW też. Więc fajnie, zapowiada się pracowity ale i fajny czas. Z dobrymi efektami, mam nadzieję. Czerwiec będzie megazajęty. Na razie bez szczegółów, bo trwa ustalanie, ale nie jest to rzecz do ogarnięcia „na już”.

Prosto z urzędu Łukasz zawiózł mnie na dworzec centralny. Pociąg do Łodzi. Jechałem tam jako „plan awaryjny” firmy, z którą współpracuję. Mimo anginy. Skoro bowiem ja jestem plan awaryjny, to nie mogę już wystawić ich w takiej sytuacji. Pojechałam, taxi do teatru, w którym musiałam się zjawić. Okazało się, co zabawne znów, że osobą odpowiedzialną za to ze strony klienta jest… moja koleżanka ze studiów. Znów: świat jest mały. Ostatecznie wszystko się udało. Bez większych wpadek. Ludzi w miarę było, więc nie narzekam.
Na całe wydarzenie zaprosiłam też swoją znajomą Gośkę. A jej córka była hostessą :) Więc sami swoi, wszystko w rodzinie. Początkowo mój plan był taki, żeby prosto z teatru iść na jakąś imprezę. Ale… to było zanim angina mnie zmiotła. Było naprawdę, naprawdę źle. Gardło mnie dobijało. Więc tylko do Gośki się dostałem i padłem spać. Rano nie mogłem mówić. Ale tak dosłownie. Migdały miałam tak powiększone, że nie mogłam wydać z siebie dźwięku. Jakoś się zmusiłam do rozgrzania gardła i umówienia się na wizytę do lekarza. Chuj, że sobota. Muszę. 120 zł.

Dotarłam do Warszawy jakoś w południe. Przed 14.00 byłam już u doktora. Antybiotyk, zwolnienie, opierdol na koniec :) Ale przynajmniej wiem, że coś mi pomoże. Więc poszłam spać.

Wieczorem miałam w planach urodziny Kejt, ale szans nie było. Ból, temperatura, brak mowy i… oczywiście, nadal wysypka i swędzenie. Więc wyobraźcie sobie jak zdychałam na maksa. Wieczorem, po moim SMSie, odwiedził mnie Filip. Miło, że tak reaguje na moje prośby :) A potem – to niespodzianka w sumie – pojawił się niezastąpiony Marcinek. Z zupą-kremem z porów. On chorował na anginy kilka lat, więc wie, co dobre i co się da zjeść w tym stanie. Chcę publicznie tutaj mu oficjalnie podziękować, że zawsze się zjawia. Zawsze kiedy zdycham w łóżku z jakiegoś powodu, on przybywa, pociesza, rozśmiesza, zabawia, opowiada, gotuje, kuruje, kupuje, przynosi… Aż mi głupio czasem, naprawdę. Bez słowa mojej nawet sugestii, że byłoby miło, gdyby się zjawił…

W niedzielę kolejne odwiedziny. Tym razem Adaś, który poszedł mi nawet małe zakupy zrobić a potem moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem). Fajnie, że ktoś wpada, posiedzi, a ja mam się komu wyżali i ponarzekać na to, jak mi źle. Dla mnie to – wstyd się przyznać – ważne. Lubię opowiadać innym jak to mi źle, to mi pomaga. Zawsze w dzieciństwie mama pytała mnie: „Ale po co mówisz mi znów, że ci źle? Przecież wiem, że cię boli. Pomaga ci to?” A ja odpowiadałam: „No tak. Właśnie pomaga.” I wtedy słuchała dalej.

I tak mijały mi te dni. Ja leżę i zdycham (nawet do komputera starałam się nie podchodzić!) a inni mnie odwiedzają. W przerwach śpię i czytam Girarda, który mnie wkurza :) Produktywność: zero. Możliwość skupienia się na czymś: zero. Tragedia.
W poniedziałek odwiedził mnie najpierw Filip, który prosto ze szkoły do mnie przyszedł i po drodze chinkę jakąś zaliczył, racząc mnie w ten sposób obiadem. A potem Adaś wpadł, ale znów to spotkanie wyszło nie-tak. Może to jest tak, że już nie będzie tak, jak kiedyś i to jest ok?
Jakby tego było mało, tego dnia Tomeczek się wyprowadził ode mnie. 28 lutego. Zostawił jeszcze kilka mebli, za zgodą Michała no i wciąż nie oddał mi kasy, na którą – nie ukrywam – czekam. Więc wszystko takie w zawieszeniu. Tę dobę mieszkałem sam. Po raz pierwszy od dawna. Bo Michał 1 marca też wybrał godzinę na wprowadzkę nienajlepszą. Jakoś koło 22 czy coś. Wcześniej więc odwiedziłam przychodnię. Udało mi się zaliczyć mojego lekarza poz (przedłużenie antybiotyku, kontrola w poniedziałek konieczna) oraz dermatologa (bakteryjny charakter wysypki, antybiotyk do smarowania, wizyta w piątek, jeśli swędzenie nie przejdzie).
A wieczorem – zamieszanie wprowadzkowe. Znów razem, śmiesznie wyszło to wszystko.

Środa spędzona w domu… Zdychanie, ciąg dalszy. Ale wzięłam się za ogarnianie. Maile powysyłane, wiadomości napisane, coś tam załatwione, jakieś wyceny, prezentacje, propozycje… coś już muszę robić, bo raz, że oszaleję a dwa, że zaległości mnie potem dobiją.
Rozrywką większą był czwartek, bo to Tłusty. Kupiłam, co trzeba i do dzieła! Zrobiłam faworki. Ludzie poumawiani mieli wpaść i je zjeść. Wpaść, wpadli. Ze zjedzeniem było gorzej. Najpierw o 16.00 pojawiała się Kasia Ewa, Paweł i Marcinek. Nielicznie, ale miło. Kasia zrobiła masakrycznie pyszne ciasto! Przepyszny jabłecznik! Zostawiła je potem dla innych gości, którzy się na noc zapowiedzieli. Strasznie fajnie, że są jeszcze ludzie, którym się chce :)

Potem spotkanie Queer UW. Najchętniej bym je odwołała, ale nie da się. Za dużo rzeczy do zrobienia. I terminy nas gonią. Więc, chcąc nie chcąc, musiałam ruszyć dupkę z domu. Na UW. Najpierw godzinne spotkanie komitetu organizacyjnego konferencji „Strategie queer” i podział obowiązków koordynacyjnych a potem już samo spotkanie Queer UW. Poszło nieźle w sumie. Chociaż, przyznać muszę, dobrze byłoby, gdyby było nas więcej na tym spotkaniu. Omówione, co miało być. Decyzje zapadły, dzieje się.
Szybki powrót do domu. Bo tutaj goście! Ze mną Ewa i Paulina od razu pojechały.

A wieczorem wpadli Gacek, Filip, Kuba Po Prostu, Tomeczek, Paweł, Pola, Adam Ł… Fajnie, fajnie. Tłoczno, zabawnie, śmiesznie. Oczywiście mama mnie potem opierdalała przez telefon, że nie powinnam przebywać z innymi ludźmi tyle, bo jestem osłabiona i ich zarazki mogą mnie dobić. Pewno ma racji trochę. No, ale co ja na to poradzę, że uwielbiam ludzi? :)
Filip został na noc.

Piątek spędzony w domu. Umieralnia się tutaj robi powoli :) Wpadłam do dermatolog, bo swędzenie nie minęło. Obejrzała, stwierdziła, że to teraz już głównie mechaniczne uszkodzenia. W sensie, że od drapania. I przepisała coś łagodzącego, z czego odczytaniem w aptece pan miał potem problemy. Więcej do tej pani nie pójdę. Jeśli do poniedziałku-wtorku nie zauważę znaczącej poprawy, umawiam się gdzieś prywatnie. Bo tej pani szanse się wyczerpały.
Wpadł Filip wieczorem przed wyjściem do klubu. Lekko próbował mnie namówić, ale wiedział, że to skazane na niepowodzenie przedsięwzięcie, więc nie wysilał się za bardzo. I dobrze. Ja naprawdę chcę wyzdrowieć. Mam dość, mam dość. Jak pomyślę, że miałabym spędzić jeszcze jeden tydzień w łóżku z bolącym gardłem i wysypką, to mam dość. Dlatego Filip sam poszedł do klubu. Spotka tam na pewno znajomych, o to się nie boję. Wychodził w nienajlepszym humorze, bo znów złapał ten swój humor, którego nie lubię u niego. Ale nie będę w szczegóły wchodzić.

Sobota mija spokojnie. Siedzę, piszę, coś tam ogarniam od rana. Nadal chora. O 17.00 na UW mam wybory do Rady Wydziału Filozofii i Socjologii UW z ramienia doktorantów. Muszę się więc tam pofatygować.

Mówiłam, że to długie nie-pisanie nie wydłuży blotki? Co tu pisać, skoro głównie śpię i umieram…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Choroba jasna, dieta proteinowa, przenosiny krzyża i wspomnienie o Gabie

02 sie

Chorowanie to dziwny stan. Mnie dopadł w najmniej oczekiwanym momencie. Od środy leżałam w łóżku. Chociaż, w zasadzie to było to poniekąd oczekiwane. I nie mówię tutaj o odchrząkiwaniu, które musiałem uskuteczniać w weekend poprzedzający chorobę (a które trochę mnie dziwiło, ale nie martwiło) ale o wtorkowym wieczorze. Włączyłam Olę i weszłam na Skype, zobaczyć co się dzieje. Dostępny pojawił się pewien 17letni Mateusz, który jest jednym z ulubieńców Oli. Bardzo ładny chłopiec ze specyficznymi potrzebami (chce mówić do Oli mamo i być przez nią cieleśnie karany). I gdy już ów Mateusz miał włączyć kamerkę i pokazać Oli, co dzisiaj robi… znudziło mnie to i stwierdziłam, że idę spać. A była dopiero chwila po północy…
I rano okazało się, że nic dziwnego. Że mój stan jest kiepski. Wzięło mnie tak totalne osłabienie, że – przyrzekam – ledwo wstałam z łóżka. Totalny bezwład a do tego ból w każdym mięśniu ciała (w takich chwilach człowiek sobie przypomina, że ma mięśnie!). Tragedia. Tym bardziej, że przede mną ważne zadanie do zrealizowania w ramach współpracy z firmą eventową. Musiałam zaliczyć jedną zaprzyjaźnioną drukarnię a potem dojechać do pewnej firmy. Ledwo żywa szłam potem ze 2 km dosłownie, żeby nie czekać na jakiś środek transportu kołowego. Było bardzo, bardzo źle. Gdy wracałam, byłam na tyle słaba, że zadzwoniłam do mamy i wyjaśniłam jej sprawę (najbardziej niepokoiło mnie to, że miałam w nocy straszne dreszcze i że sikałam – bo ja całą noc zazwyczaj przesypiam bez wstawania) oraz zapowiedziałam, że zaraz usiądę i nie wstanę z ziemi.

Jakoś jednak dotarłam do domu. I w zasadzie dla mnie dzień się w ten sposób skończył. Potem już tylko spałem. Nie wiem czy 15 czy 17 godzin tej doby przespałem. To było autentycznie straszne. Najzwyczajniej w świecie było mi ciężko psychicznie spać aż tyle. Normalnie przecież śpię po 4-5 godzin na dobę. Tragedia.
Ale wiem, że organizm tego musiał potrzebować. I dlatego poddałam się temu obezwładniającemu uczuciu i ubezwłasnowolniającej potrzebie. Spałam.

Następny dzień miał przynieść poprawę. Nie zrobił tego. Osłabienie co prawda trochę zmalało, ale ból mięśni zwalczany No-Spą dawał się nadal we znaki. Wybrałam się do lekarza. Doktora D przyjęła mnie jak zawsze słowami „proszę czekać”, gdy chciałam wejść. Ale to norma. Potem było lepiej. Zbadała, obejrzała. Długo węzły chłonne sprawdzała i chyba nic dziwnego, bo lekko powiększone były. I zdecydowała się na antybiotyk. Czy na dwa w sumie. Duomox i bioparox. Bioparox oczywiście znam i nie przepadam. Duomox chyba kiedyś miałam przyjemność, ale kto to pamięta. Ostatni raz brałam antybiotyki… nie wiem, może 7 lat temu? Dawno, w każdym razie. Tym bardziej stwierdziłam, że nie ma się co stresować i bez wyrzutów sumienia mogę kupić i brać.
No i spać. Bo znów cały dzień w łóżku spędziłam, prawie cały czas śpiąc. Ja wiem, że niektórym całodniowe leżenie w łóżku może wydać się fajne. I w sumie ja też odpoczywałam tak po prostu, nie tylko chorobowo. Bo przecież, gdyby nie choroba, nie pozwoliłabym sobie na tyle bezproduktywnego czasu, prawda? Byłam sama w domu, bo Piotr gdzieś-tam u siebie a Michał wyjechał do Poznania. Więc perspektywa leżenia ze złym samopoczuciem, z temperaturą, totalnym osłabieniem i zdiagnozowanym zapaleniem gardła (typu nieanginowego) nie była zbyt radosna. Toteż i spanie łatwiej mi przychodziło. Myślałam sobie: „źle, że śpię aż tyle, ale co innego mi zostaje?”. I taka prawda.

Z odsieczą przyszła Paulina. Zrobiła dla mnie rosołek i przywiozła mi go do domu. Złota dziewczyna! Zagrzała, zrobiła makaron i podała. Klarowny rosołek, jak wiadomo, jest wartością samą w sobie. Bo smaczny, zdrowy i klarowny. Jest nie tylko wyrazem troski czy zainteresowania stanem drugiej osoby (czy też jego poprawą) ale popisem kulinarnej precyzji. Nieklarowny rosół zrobi każdy. Zupę z kostki też. Ale dobry, prawdziwy i klarowny rosół, to już sztuka. I Paulinie się ona udała. A skorzystałam na tym ja. Dziękuję za uwagę.
Ku mojej ogromnej radości, odwiedził mnie też Marcinek. Dawno się nie widzieliśmy, bo on dużo w rozjazdach. Głównie na jakiś działkach, nad morzem i w tym podobnych okolicznościach przyrody. Daleko. Piszę co prawda do niego, ale on do mnie – co oczywiste – mniej. Dlatego, gdy zapowiedział, że wpadnie, ucieszyłam się. Od razu ostrzegałam moich gości, przywykłych do tego, że zawsze jest u mnie alkohol, że tym razem pustki w tej materii i że ich nie poczęstuję. Nie przejęli się. Marcinek przyniósł pół litra, które potem dzielnie z Pauliną zrobili. Poznali się lepiej, Paulina kilka razy powtarzała, że Marcinek jest bardzo ładnym chłopcem. Jakby ktokolwiek z obecnych tego nie wiedział. Wdaliśmy się w długą dyskusję na temat klasy pochodzenia Marcinka. Ja się upieram, że jest średnia-wyższa, a Paulina, że średnia-średnia. Taka dyskusja akademicka trochę. Zgoda zapanowała tylko wobec tego, że i ja i ona jesteśmy z ludowej. Pochodzenie klasowe nie mogło więc wpływać na rozbieżność w naszej ocenie dotyczącej klasopochodzenia Marcinka.

To była bardzo dobra wizyta. Natchnęła mnie do tego, by na wizyty namówić także innych. Bo skoro czekają mnie kolejne dni w łóżku (doktora D wypisała mi nawet zwolnienie do środy!) a nie mam za bardzo siły, żeby siedzieć i film oglądać, to niech mnie inni odwiedzają!

Plan był zupełnie inny. W piątek wyjechać miałam do Łodzi. Wieczorem dołączyć do mnie miał Damian.be. Wcześniej zamierzałam spotkać się z łódzkimi znajomymi. Część z nich będzie potem niedostępna, potem mnie nie będzie i nasze ewentualne spotkanie się przesunie znacznie. Ale choroba sprawiła, że ostatecznie zostałam w domu. Chociaż, przyznać muszę, w piątek koło południa zaczęłam odczuwać zbawienne skutki antybiotyku. Przeszedł mi ten straszny ból gardła, który sprawiał, że każde połknięcie śliny było bólem.

I udało się. W piątek pierwszą osobą, która do mnie wpadła, był Filip. No, taki widok na początek dnia (chociaż wstałam o 6, a on się po 11 zjawił), to sama radość w sercu. Dużo radości i przyjemności sprawił mi swoją obecnością. Nie tylko tym, że widok porażająco przyjemny dla oka i umysłu, ale także rozmową, w której – co lubię najbardziej – zadaję tylko pytania. Takie proste. Ale często też, mam wrażenie, takie, których ludzie nie chcą sobie zadawać. I nie mam na myśli konkretnie Filipa ale w ogóle moją skłonność wobec wszystkich ludzi. Bo ja lubię zapytać „a skąd to wiesz?” albo „czy inni też tak uważają?” i czasem to wystarczy. Filip pójść musiał, bo kolejne aktywności i pasywności dnia go czekały, łącznie ze spotkaniem ze swoim Łukaszem. Którego nie chciałam pozdrowić, bo on nie odwiedził mnie w trudnym dla mnie czasie ;)

Potem wpadł Sebastian-Arek. Zapowiadany od dawna, bo w przededniu swojego wylotu do Genewy. Co ja mówię wylotu… przeprowadzki, przenosin. Dostał tam dobrą pracę i tłumaczył mi (i sobie?) dlaczego jedzie, chociaż nie chce jechać. Wyszło, że to kwestia chorych ambicji – sam je tak nazwał. I że jedzie mimo tego, że w zasadzie chyba nie ma na to ochoty. Miał za to ochotę na pornografię. Nie za bardzo byłam przekonana do tego, by mu nagrywać w tym stanie… ale ostatecznie przekonał mnie. I dostał coś-tam. Niech ma w tej całej Genewie jakąś pamiątkę po starej transetce. Tym bardziej, że 24 września minie 6 lat od naszego pierwszego spotkania live. Umówiliśmy się o 20.30 pod Empikiem przy Nowym Świecie. Stał dokładnie na rogu, pamiętam to. E-znaliśmy się zaś jeszcze wcześniej. Ze dwa lata wcześniej? Jakoś tak. Więc pamiątka w Genewie się należała, prawda?

Kolejna wizyta to Kaktus. Lekko spóźniony i – jak zawsze ostatnio – zabiegany. A i tak jak tylko wpadł do mieszkania, to nie witając się wleciał do wanny, bo stwierdził, że nie czuje się świeżo i nie chce tak ze mną rozmawiać. Potem wyszedł – jak zawsze – bez wycierania się, założył na siebie ubrania i dopiero wtedy cmoknął mnie na przywitania. Zależało mi na tej wizycie z kilku powodów. Po pierwsze – bo lubię Kaktusa bardzo. Po drugie – bo odsunęła się przez niego w czasie nasza wizyta w Berlinie. Bo rzucił pracę. Dokładnie tego samego dnia, gdy wyszedł ode mnie po afterze pijany. Eh… Więc wstępnie przerzucamy to na wrzesień. I chcę się tego terminu trzymać, naprawdę. Niech szuka pracy i niech ogarnia, bo musimy to przeżyć :) Weekend w Berlinie – tak, tak, tak!

Ostatnią wizytą dnia były odwiedziny mojej przyjaciółki Gacek z niespodziewanym towarzystwem Kuby B. Zaskoczyli mnie, że się we dwójkę zjawili. Potem wyszło na jaw, że Kuba dodatkowo swojemu b.s.p.s. niczego nie powiedział. W przeciwieństwie do Gacka, który w tej kwestii wykazał się dużą uczciwością. Kuba musiał potem trochę szybciej się zmyć, więc Gacek siedział ze mną dalej. Siedział, siedział i ostatecznie na wyjście namówił. Eh, ja głupia. Impreza jest moim życiem. Zapewniał, że mi transport do klubu i z powrotem zapewnia, więc uległam. Wiem, jestem słaba.

Ubrałam się w byle co i pojechałam na tę nieszczęsną imprezę :) Mówię nieszczęsną, choć było bardzo dobrze. Upewniłam się jeszcze przed wyjściem, że jeśli źle się poczuję, to w Utopii mi herbatę zrobią. I pewna tego ruszyłam. Było bardzo miło, przyznać muszę. Ludzi sporo, muzycznie bardzo ładnie. Nie bawiłam się może na maksa, ale to dlatego, że nie chciałam się forsować i pocić. Potem wyjście na zewnątrz mogłoby mnie zabić. Wolałam nie ryzykować. I dlatego tylko pod koniec – gdy już wytrzymać nie mogłam – poskakałam sobie trochę. Ale trochę.
Był też Gab. W zasadzie nie odnotowałabym jego obecności, gdyby nie wybryk, jakiego się dopuścił. Gdy akurat stał na wprost mnie w pewnej odległości i nikt nas w zasadzie nie rozdzielał, spojrzał na mnie i wystawił język machając lekko głową na boki z miną „głupi jesteś i jesteś u pani”. Strasznie mnie to rozbawiło. W sensie, że ten bezwstyd, jaki ma w sobie. Po co to się tak rzucać w oczy? I to jeszcze osobie, która dość dokładnie rzeczywistość obserwuje. Bo na trzeźwo przecież byłam. Ja się dziwię Gabowi, naprawdę. Bo – pozwólcie, że przypomnę tę sytuację – on zasrał mojej przyjaciółce łazienkę, gdy wpadł do niej na numerek po imprezie pewnego dnia. Najpierw się zbliżyli do siebie w klubie, jakieś tam obciąganie w utopijnej toalecie (nienawidzę osobiście, jak ktoś zajmuje z tego powodu WC!), potem nad ranem postanowili wpaść do Gacka. I Gab poszedł do toalety, nie wracał długo. Moja przyjaciółka usnęła, ale gdy wrócił i ją obudził, przeleciała go dwa razy. I wszystko okej, fajnie. Ale gdy rano wstała, żeby się ogarnąć (Gaba już dawno nie było), znalazła w łazience meganiespodziankę. Zasrany był kibel, zlew, wanna, wszystko. Widok tragiczny i przerażający. Od tej pory sranie nazywamy gabieniem a kibel gab-roomem. Potem jeszcze raz pijany i naćpany Gab zaczepiał mnie w Utopii słowami „słyszałem, że masz żółtaczkę”, bo chciał mi dopiec. Niestety dla niego, ja nie miałam, ale tydzień później on z tym schorzeniem wylądował w szpitalu. To było wówczas, gdy żółtaczka, którą się geje przez lizanie odbytu zarażali, szalała po Warszawie.
A teraz przyszedł, bezwstydnie i jeszcze mi język pokazuje. Dlatego mi się to śmieszne wydało.

Poza tym znajomi się zjawili. Był Daniel z zaświatów, który pół nocy ni gratulował, ale sama do końca nie wiem czego. Był też Rafał Michał, co wzbudzał zainteresowanie wszystkich jako świeże mięso dobrze ubrane i korzystanie wyglądające. No i kilka innych, też ciekawych osób. Ale najważniejsze, że impreza była dobra. I gdy już się zbierałam do wyjścia, Chrust wychodził z klubu. I zaproponował, że mnie podrzuci. Przystanęłam na to. Tym bardziej, że przy okazji odebrałam od niego swój napis „whatever”, który woził w bagażniku.

Sobota była już spokojniejsza. W sensie, że wizyt domowych zero. Piotr za to wrócił po południu, z lekka nie w humorze. Domyślam się, że to z powodu mojego maila w sprawie wypowiedzenia umowy najmu. W sensie, że z informacją, że musi się wyprowadzić. Powinnam mu to osobiście powiedzieć, ale 1) zależało mi na tym, żeby było to przed 1 sierpnia, 2) miało mnie nie być, bo Łódź. Ostatecznie wyszło, jak wyszło. Nie mieliśmy okazji pogadać. On i chyba ochoty na to nie miał, a i ja szczególnie się nie palę do dyskusji z nim, bo i po co? Miałam ważniejszą sprawę. Ukrycie pozostałości po pryszczu przed imprezą. Jako-tako mi się to udało. Radosna i szczęśliwa (bo nie wyobrażałam sobie odpuszczania sobotniej imprezy w jakimkolwiek planie), ruszyłam na spotkanie z moją przyjaciółką Gacek.
Oto bowiem b4 zaproponował nam Burges. To się rzadko zdarza. Dokładnie, ostatnio zdarzyło się rok temu. Więc doceniamy i się zjawiamy. Dość wcześnie chciał zacząć, ale my dotarliśmy po 22. Posiedzieliśmy trochę, coś tam podjedliśmy (wiem, wiem, nie powinnam o tej porze!) i zaraz przyszło się zbierać. A że się podwózka trafiła z tego całego Tarchomina (to jest koniec świata!), to tym szczęśliwsi byliśmy. W centrum udaliśmy się do mojej przyjaciółki Gacek na chwilkę posiedzieć. Dołączyli do nas Maciej z Kamilem a potem jeszcze Adam. I tak zgromadzeni ruszyliśmy na Jasną 1.

Impreza bardzo udana. Dobry set Moondeckowej – to jakby rehabilitacja po ubiegłotygodniowym a Nobis, jak zawsze, doskonale. Ludzi strasznie dużo, więc i gorąco w środku. Ja chora, więc nie mogłam wychodzić się wietrzyć na tę okoliczność przed Utopię. Chujowo wyszło, ale trudno. Jak się chce imprezować mimo wszystko, to się ma. I nadal podtrzymałam w ten sposób swój status: nigdy nie opuściłam imprezy, będąc w Warszawie. Nie powstrzymała mnie jeszcze nigdy choroba. Chociaż – powiem nie zapeszając – gdybym w sobotę czuła się tak, jak pierwszego dnia leżenia w łóżku, to nie byłoby najmniejszej szansy, żebym była w stanie podnieść się, o pójściu do klubu nie mówiąc.
I słusznie, że poszłam. Było dobrze, ja czułam się okej. Wszystko fajnie. Jedyne, co przeszkadzało, to efekt uboczny brania Duomoxu. On powoduje wzmożone działanie jelit, że się tak delikatnie wyrażę. I oczywiście nawpierdalałam się węgla wcześniej, ale nieprzyjemne uczucie w brzuchu zostaje. Jasne, że chciałabym poskakać dłużej, ale wyszłam z założenia, że nie ma co szaleć. Dość wcześnie wróciłem do domu. I znów miałem szczęście spotkać Chrusta wychodzącego z klubu i oferującego mi podwózkę. Słodko z jego strony. A w mojej ulubionej korporacji znienawidzą mnie za odwoływanie taksówek ;)

Spałam dość długo. Niedziela przez to okazała się być na pierwszy rzut oka dość nieproduktywna. To jednak nieprawda. Dopiero bowiem w niedzielę miałem siłę zająć się tym, co normalnie należy do moich zajęć. Czyli planowaniem, ogarnianiem. Michał wrócił wieczorem, więc dodatkowo zamknęliśmy sprawę naszego wyjazdu do Londynu. Zarezerwowaliśmy hostel, kupiliśmy bilety na autobus z lotniska do centrum i z powrotem. Więc w zasadzie takie „stałe koszta” mamy ogarnięte. Nawet nieźle nas ulokowałam. Do największych klubów gejowskich mamy pieszo kilkanaście minutek. Więc fajnie.
Trochę zaczyna mnie powoli przerażać ten wyjazd. W sensie, że nigdy nie jechałam ot tak, gdzieś. Zawsze albo to był wyjazd grupą (wycieczka), albo w ramach jakiejś innej inicjatywy (seminarium naukowe) albo chociaż do kogoś (Berlin i Kaktus). A tutaj to taki po prostu wyjazd, za który biorę pełną odpowiedzialność. Zobaczymy, jak to będzie. To znaczy nie! Wiem, że będzie cudnie!
To sierpień. We wrześniu musi mi wypalić wyjazd do Berlina z Kaktusem. Plus, oczywiście, Zjazd Socjologiczny w Krakowie. A w październiku pod koniec chcę z moją przyjaciółką Gacek do Amsterdamu się wybrać. Tak wstępnie planujemy, ale ja się napaliłam. Bo w Rotterdamie w tym czasie będzie już Kaceprek, więc i jego można odwiedzić!

Wkurzyłam się. I mam ostatecznie podjętą decyzję: przechodzę na dietę proteinową. Tak, wiem o niej wszystko. A najważniejsze, że wiem, że jest skuteczna i bardzo trudna. W sensie, że uciążliwa. Ale jestem zdesperowana. Zdałam sobie sprawę, że dwa lata temu ważyłam 10 kg mniej. Tak, dziesięć kilogramów. Więc mam dość. Jak tylko skończę terapię antybiotykową i dojdę do siebie, zaczynam dietę. Podejrzewam, że gdzieś w następną środę, bo do czwartku mam jeszcze brać leki. Potem muszę mieć chwilę na odnowienie swojej flory, fauny i czego tam jeszcze. A potem zacznę chudnąć, biaczes!

Jutro będę zaś na przenosinach krzyża. Uważam, że to absolutnie absurdalnie megaważne wydarzenie w historii Polski po 1989 roku. Naprawdę.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kocham Justynkę. Mihał nie ma ręki.

30 kwi

Napisanie blo to dziś priorytet. Bo już – znów – minęło tyle czasu, że szkoda gadać. Dlatego mam postanowienie, że nie wyjdę z domu, dopóki nie skończę. A że piątek, to wiadomo, że wyjść chcę. Zacznijmy zatem od rzeczy już nudnych i banalnych – tak, nadal krwawię. Wiem, wiem, to już brzmi aż niewiarygodnie, ale jednak tak jest. Pani doktor też była zdziwiona, ale do tego dotrę. Sąd Administracyjny w zasadzie codziennie już coś do mnie wysyła. To aż śmieszne się robi, że ten sam pan listonosz z kolczykiem i wąsami codziennie dzwoni do drzwi i ma coś dla mnie z WSA. Ale o tym też zaraz. No i idzie długi weekend podczas którego mam tyle roboty, że nie chcę o tym nawet myśleć. I na samą myśl już mi się nie chce. Ale po kolei…

Zaczynam więc 22 kwietnia w czwartek. Najważniejsza rzecz: wizyta u pani promotor. Po przeczytaniu zleconych przez nią chyba 5 książek, miałam się zjawić i coś opowiedzieć. No i fakt, że coś udało mi się powiedzieć. Ale w zasadzie chyba się trochę rozczarowała. Bo ona jednak miała nadzieję, że perspektywa psychoanalityczna wyda mi się na tyle interesująca, że jej ulegnę i popłynę z nią. A ja nadal nie jestem przekonany. No i teraz mam miesiąc na to, by określić „stabilny grunt”, czyli te miejsca i te obszary, które nie są dla mnie wątpliwościami, tylko są czymś pewnym. Wbrew pozorom, to bardzo trudne wyzwanie. I teraz będę się na tym skupiać, ale… mam oczywiście na to bardzo ograniczony czas. I to mnie wkurza. Bo chciałabym poświęcić się bardziej nauce, naprawdę. Wydaje mi się, że nic nie daje mi tyle radości, co to właśnie. I dlatego czekam na wyniki grantów Ernst&Young. Wiem, że może nie mam jakiś wielkich szans, ale jednak w duszy marzę, że się uda. I raz, że to będzie megafajne wyzwanie, supersprawa i duży fan a do tego – dałoby mi to możliwość życia przez pół roku z nauki. Marzenie. Trzymajcie kciuki 20 maja (ogłoszenie listy skróconej) a potem – jeśli się znajdę na liście – 1 lipca, bo wówczas ostateczne wyniki są.

Wracając do spraw bardziej bieżących i o wiele bardziej realnych – przeprowadzka redakcji. A w zasadzie wyprowadzka. Zaangażowałam się w to, bo w zasadzie jestem ostatnią osobą tak sztywno związaną z wydawcą (jeśli umowę o dzieło można nazwać związaniem…). Więc wypada. A poza tym, przy pakowaniu udało mi się kilka fajnych rzeczy znaleźć i dostać – m.in. trzy archiwalne mocno już płyty Girls Aloud, Blue i Westlife. Starocie, ale takie, które są mi bliskie. Plus dostałam lampkę na biurko (jeszcze jej nie mam w domu).
To, co mnie cieszy, to że wydawca ostatecznie zrobiła porządek z KRS i że podjęła decyzję o dalszym wydawaniu gazety. Bo przecież mogła tego nie robić. Ponieważ po maju mamy przerwę do września, to w tym czasie na pewno nie będziemy mieć siedziby jako takiej. No bo i po co? Oczywiście, oznacza to także pewien problem dla mnie – nie ma gazety, nie ma kasy :) Nie jest jednak tak źle. Ostatecznie dogadałam się z wydawcą, że za opiekę nad witrynami internetowymi będę dostawać pewną kasę (niewielką, żeby nie było wątpliwości) a dodatkowo… No właśnie, to chyba najciekawsza rzecz. Zaproponowała mi współpracę ze swoimi znajomymi, którzy mają firmę eventową. Że miałabym tam przez jakiś czas popróbować swoich sił. Myślałem nad tym, myślałem i zgodziłem się iść na rozmowę. Ale to zaraz.

W piątek udało mi się wyskoczyć do fryzjera (nareszcie!) i to jeszcze ze zmianą godziny przybycia w ostatniej chwili. Cieszę się, że stylista fryzur nie pyta mnie, co ma mi zrobić, bo już wie, co ja lubię. Lubię coś fajnego, coś trochę inaczej niż ostatnio i żeby krótkie boki były. No i to się mu udaje. Przyznać też muszę, że ma sprawne ręce i szybciutko to załatwia. No i że cały czas coś zmienia w tym swoim zakładzie. Dlatego jak się zjawiam raz na miesiąc, Afera Fryzjera wygląda za każdym razem inaczej. To też ciekawe doświadczenie w sumie :)

Także w piątek miałam okazję być… obrońcą. Jeden znajomy działacz poprosił mnie o to, bym mu w ten sposób pomogła. Bo ma sprawę mieć. Najpierw jest przesłuchanie przed Rzecznikąm Dyscyplinarną. To taka osoba, która decyduje, czy sprawę kieruje dalej czy umarza. Podobna jest więc jej rola do prokuratora. Obwiniony siedzi, odpowiada na jej pytania a ona protokołuje. Ja też mogę zadawać pytania. I powiem tak: poszło, moim zdaniem, nieźle. W sensie, że miałam wrażenie, że rzecznika nie wie naprawdę, czy kierować sprawę dalej czy nie. Więc dobra nasza. Gdyby nie ja, obwiniony pewno nie miałby wielu możliwości, by powiedzieć ważne dla siebie rzeczy. A tak – dzięki naszej linii obrony – coś tam więcej powiedział. Sprawa w sumie jest dość zabawna, bo sposób sformułowania oskarżenia absolutnie uniemożliwia skazanie go. Gorzej, gdy się je trochę zmieni – wówczas może się okazać, że jest ono prawdziwe i należy się zastanowić nad tym, czy zasługuje to na karę. Moim zdaniem – nie. Żeby było śmieszniej, Cała sprawa dotyczy zajęć u doktorantki, która organizowała ten mój ostatni wyjazd do Oświęcimia! Świat jest mały.
Generalnie jestem teraz umocowany do reprezentowania go, do otrzymywania wszelkich informacji w sprawie i do uczestniczenia w kolejnych stadiach postępowania, jeśli takie nastąpią. Przesłuchanie w ogóle odbyło się na terenie ogrodów BUW, gdzie Wydział Prawa i Administracji UW ma swoje baraki. Inaczej tego nazwać nie można :) To takie budynku złożone z jakiejś blachy czy czegoś takiego. Śmiesznie to wygląda, nie wiem jak funkcjonuje na co dzień, ale na pewno nie jest to najbardziej reprezentatywna część UW ;)
Było śmiesznie, chociaż widziałam, że momentami obwiniony się denerwował. Zobaczymy, co będzie dalej. Żeby było śmieszniej, to powiem, że po raz pierwszy w znanej nam (nie za daleko sięgającej więc w przeszłość) historii postępowania dyscyplinarnego, obwiniony już na tym etapie korzystał z obrońcy. Wiadomo, że ja jestem fanem eksplorowania nowych przestrzeni różnych regulaminów. Więc cieszę się, że przypadło mi w udziale penetrowanie tych obszarów Regulaminu Studiów na UW.

Najważniejszą jednak rzeczą w piątek było przybycie mojego nowego komputerka. Dziś już mogę powiedzieć, że nazwałam go Justyna. Nie pytajcie czemu, tak wyszło. Ale może być. Mówię do niego „Justynko, no coś ty…” albo „Justynko, no czadu, czadu!” W zasadzie wszystko udało mi się ustawić. Ze starego dysku odzyskałam w zasadzie wszystko. No, poza jednym pornolem. Wciąż nie wiem też czy stary dysk będzie się nadawać do użytku – nie mam czasu, żeby się tym zająć na poważnie, a jednak to sporo czasu wymaga. Nie mam jednak ciśnienia, bo Justynka kryje w sobie 1TB :) Ma tez inne rzeczy, jak trzyrdzeniowy procesor, wspaniałą płytę główną i takie tam. Bez problemu poszła instalacja i przyznaję też, że Windows 7 daje radę. Że jest okej. Do kilku rzeczy trzeba się przyzwyczaić, ale generalnie jest cacy. Już udało mi się zacząć nadrabianie porno-zaległości i mam kilka nowych rzeczy. Całe szczęście, bo ileż można bez nowej pornografii żyć?!
Kocham moją Justynkę. I nikt mnie nigdy nie przekona, że laptopy są lepsze. Może poręczniejsze, może mobilniejsze, ale nie lepsze.

Wszystko to nie przeszkodziło oczywiście niewielkiemu spotkaniu b4owemu u mnie. Niewielkiemu, wpadli Adam, Gacek i Kuba. Czuć było, że wszyscy wyposzczeni po długiej przerwie chcą się bawić. I tak też było. Postanowiliśmy zaliczyć trochę clubbingu i stąd odwiedziliśmy różne miejsca. Ja chciałam do Obiektu Znalezionego i taki był plan. Ale, jak to zwykle z nimi bywa, plan się zmienić musiał. Bo się uparli, żeby jechać na otwarcie nowego klubu gay-friendly. Glam? Jak on się nazywał? Nieważne. Ja byłam na nie. Udało mi się osiągnąć zapewnienie, że jak będzie kiepsko po 20 minutach to wychodzimy. Na szczęście moja przyjaciółka dużo szybciej zauważyła, że jest źle. Mało ludzi, muzyka średnia, nuda. Więc wyszliśmy. Choć, jedną rzecz trzeba przyznać – z zewnątrz nie można się domyślić, że tam jest klub. A poza tym mają takie jedno przejście fajne. I to by było na tyle.
W Obiekcie okazało się, że ludzi jest w chuj. Ale okazało się też, że to skrajny off. W sensie, że nie ten mainstreamowy, jaki jesteśmy w stanie znieść (jako plastikowi ludzie ze sztucznego świata), tylko skrajny off. To oznaczało, że nam się średnio podobało. A Adamowi najbardziej nie. Ja lubię czasem nowe doznania, ale bez przesady. Musieliśmy wyjść wcześniej niż planowaliśmy, bo chłopcy umarliby (zwłaszcza po tym jak ich jakaś pani podrywała). Spotkaliśmy za to na miejscu Kaktusa, który był tak meganajebany, że szkoda gadać. A potem się okazało, że ta dziewczyna, z którą się całował, to jego b.s.p.s. Ale dziw, że pamiętał, że mnie spotkał ;) Bo stan był naprawdę kiepski.
Ostatecznie, przez McD, trafiliśmy do Utopii. Musieliśmy chwilkę posiedzieć w świątyni konsumpcji, bo była młoda godzina. W Utopii impreza okazała się baaaardzo udana. Wyposzczeni także inni, nie tylko my. Więc w chuj i ciut ciut ich było. Ładni, brzydcy, młodzi, starzy, wszyscy. Potrzebne im było szaleństwo po tym, co się działo. Więc szaleli. Ja też. Do 6.30. Oczywiście, bez kropli alkoholu. Mam trzeźwy miesiąc, więc mi się udaje wytrzymać w postanowieniu nie-picia przez 30 dni. I jestem w sumie z tego dumna, bo – wierzcie mi – nie zawsze się da wytrzymać imprezę zupełnie bez alkoholu. Tym razem szalałam do 6.30. Podobało mi się to, że gdy ludzie opadają z sił pod koniec, ja wciąż mam energię do skakania. Raz, że wypoczęta, dwa, że bez alkoholu czy też innych używek (kofeiny nie liczę!) a trzy, że inni śmiesznie wyglądają gdy gapią się na mnie jak na starego ćpuna. Lubię to.

Sobota, jak zawsze, spędzona przy komputerze. Tym razem jednak nie napisaniu a na konfigurowaniu go. Walka z Justynką ;) A w zasadzie nie taka nawet walka, co współpraca. I Justynka daje radę. Mówiłam już, że ją kocham? Gonił mnie czas, bo raz, że pocztę chciałam już mieć normalną (MS Outlook rządzi! Nie lubię MS Windows Mail Live, czy jak to się tam nazywa) a dwa, że obiecałam, że jednej organizacji złożę gazetę… Że jestem jej członkiem ;) To tym bardziej trzeba było, prawda?
Nie zmienia to jednak faktu, że jest sobota – jest impreza. B4 u mojej przyjaciółki Gacek. Znów mały, bo znów się okazuje, że ludzie nie dają rady. Tym razem jednak do nas Tomeczek i Paweł dołączyli. Posiedzieli, pogadali i dołączyli do nas jeszcze goście z Białegostoku. W sensie, że Adrian przyprowadził swojego b.s.p.s. i znajomego maturzystę. Maturzysta ów miał być kartą przetargową dla mnie, żebym się nimi zaopiekowała. Podoba mi się takie podejście. Raz, że wiadomo, co lubię. Dwa, że myśli się o kontaktach ze mną ekonomicznie. Trzy, że maturzystów traktuje się lekko przedmiotowo ;) Inna sprawa, że on też o tym wiedział i się bał. W sensie, że nie wiem czego się spodziewał, ale robił im awanturę, że traktują go przedmiotowo właśnie i że wydają go wilkom na pożarcie. Czyli mi. Że ja jestem te wilki ;) Bez obaw, przecież krzywdy mu nie zrobię. Nie do końca się w mój gust wpasował, choć brzydki nie był. Nawet Adaś potem myślał, żeby go ogarnąć, ale… no, nie wyszło mu. Maturzysta był generalnie wystraszony. Podobnie jak b.s.p.s. Adriana. I dobrze, tak powinno być za pierwszym razem w Utopii.
Impreza zaś była super! Hugo pięknie grał. Licky go potem uzupełniał. Świetny set, naprawdę. Tym bardziej, że Hugo zagrał „Goddess” mojej przyjaciółki Tary McDonald. Udało mi się też poznać pięknego Marcina z loczkami jak owieczka ;) Śmieszny taki, słodki. Myślałam, że jest jeszcze młodszy niż jest. Ale nie, ma 21 lat. Rozsądny wiek.
I wszyscy, którzy myślą, że w sobotę bawiłam się krócej, są w błędzie. No, dla ścisłości, to wyjść musiałam z 15 minut wcześniej niż dobę temu, ale to dlatego, że o 12.00 musiałam być na nogach. I byłam! Co więcej, godzinę później w redakcji miałam megafizyczną pracę. Noszenie mebli, te sprawy. Najcięższe, przyznaję, nie ja nosiłam. Ale tak czy owak – wysiłek fizyczny po dwóch dniach imprezowania! Może schudnę dzięki temu?

No właśnie, to kolejna ważna sprawa. Policzyłam to. Spożywam dziennie 1400-1600 kcal. Naprawdę. I czy ktoś może mi powiedzieć czemu ja nie chudnę? Przecież ruszam się sporo, chodzę, czasem biegam rano (niestety, nie każdego dnia), nie jem dużo… No wkurwia mnie to. Ja wiem, że sport by mi się przydał, ale 1) nie lubię chudnąć od sportu, 2) nie mam czasu. Więc czy ktoś mi powie o co chodzi?

Przyznaję się, że w poniedziałek odpuściłam sobie zajęcia. Już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale nie poszłam. No co, mogę chyba czasem? Po 1. jestem doktorantką, więc bez przesady, a po 2. nikt nie robi na tych zajęciach listy ;) I w zasadzie to trochę czekam na wakacje już. Nie to, żebym odpoczywała wówczas tak bardzo, ale chociaż część obowiązków mi odpadnie. I będą się działy inne, ciekawe rzeczy. Więc dlatego. Bo lata nienawidzę.
W poniedziałek mnie za to Wojewódzki Sąd Administracyjny zaskoczył. Przysłał mi zawiadomienie, że otrzymał odpowiedź na moją skargę. Najśmieszniejsze, że 1) dostał ją 15 dni po terminie, 2) nie od osoby, na którą jest skarga :) Strasznie mnie to rozbawiło. Przewodniczący Zarządu Samorządu Doktorantów przekazał sprawę Rektorze UW i ona (ręką swojego radcy) mi odpisała. Śmieszne, naprawdę. Oczywiście od razu wystosowałam „oświadczenie strony” do WSA. Żeby wytłumaczyć im, że chyba komuś coś się pojebało ;) Bo oczywiście Przewodniczący chce uniknąć odpowiedzialności za swoje naruszenia prawa. I ja to rozumiem i ma do tego prawo. Ale ja się nie dam tak łatwo. Swoją drogą – z ciekawostek – Przewodniczący ów, mieszkający i urodzony chyba nawet w Warszawie, został właśnie (jak twierdzą lokalne media: po znajomości) członkiem Rady Nadzorczej miejskiej spółki komunikacyjnej… w Inowrocławiu :) To też mnie bawi strasznie. 1,6 tys. zł co miesiąc za nic. Bo przecież nie musi nawet do tego Inowrocławia jeździć. A nawet jakby raz czy dwa miesięcznie pojechał, to i tak się opłaca. Też tak chcę! Jakby czytał to jakiś prezydent/burmistrz miasta i nie miał chętnych na takie stanowisko, to ja ma wszystkie odpowiednie kwalifikacje. Zapiszcie sobie adres: jejperfekcyjnosc[małpka]jejperfekcyjnosc.pl – ja się na pewno zgodzę. I będę przyjeżdżać trzy razy miesięcznie! Obiecuję!

Kolejnego dnia też dostałam pismo z sądu administracyjnego. Tym razem, że wyznaczono datę rozprawy! Ale to w tej wcześniejszej sprawie – Walne Zebranie Samorządu Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW vs. Decyzja Rektory UW. Na 16 czerwca ;) Nie ma to jak wczesna informacja. Ale dobrze, dobrze, przyda się, bo tego dnia trwa SocjoSzkoła i muszę mieć to na uwadze.
Ciekawe, co udało się urodzić. Nie muszę mówić, że Rektora nadal twierdzi, że Walne nie ma prawa reprezentować studentów (to prawda) a ja cały czas podkreślam, że Walne reprezentuje siebie a do tego ma prawo. Zobaczymy, co sąd powie. Generalnie, wyrok nie ma dużego znaczenia. W sensie praktycznym niczego nie zmieni. Jeśli WSA uzna, że mam rację – a tak jest – to Rektora UW będzie musiała dokonać jednak ponownego rozpatrzenia sprawy (o to chodziło we wniosku, który umorzyła, co ja zaskarżyłam). I jak będzie rozpatrywać, to może: uznać, że mam rację we wniosku (praktycznie niczego to nie zmieni), uznać, że nie mam racji (praktycznie niczego to nie zmieni). Dawniej zmieniałoby, ale już minęło trochę czasu i dlatego był sens walki, ale tyle się od tamtej pory zmieniło (decyzja było z września 2009…), że już nie zmieni. Oczywiście, od decyzji Rektory UW przysługuje prawo… wniesienia skargi do WSA :) Jeśli będzie bzdurna, to się nad tym zastanowię.

We wtorek także ważna część wyprowadzki. Już większość rzeczy poszła. Znów noszenie, sport, wysiłek. Doceniam sama siebie! :) A na deser: korki. Wiadomo, żywa gotówka się przyda. Potem składanie gazety, o którą mnie proszono.

W środę byłam na rozmowie. Nie o pracę – w sprawie współpracy. Wydawca zaproponowała, żebym porozmawiała z jej znajomymi na temat tego, czy im się nie przydam przez wakacje. Więc czemu nie. Rozmowa miła, dość konkretna, choć było też kilka typowo HRowych pytań („Kim będziesz za 3 lata?”, „Twoja największa wada?”, „Jak radzisz sobie z niesubordynacją podwładnych?”), ale chyba ogólne wrażenie okej. Dostałam zadanie domowe. Nie wiem kiedy je zrobię… Mam czas do wtorku, ale taki zapierdol do tego czasu, że nie wiem, naprawdę. Długi weekend powinien być co tydzień, żebym miała czas na takie duperele.
Znów w redakcji potem miałam być, ale zrezygnowaliśmy z tego, bo rozmowa długo trwała i nie było czasu na to. Może to i dobrze. Psychicznie szykowałam się na wieczór. Nadzwyczajnie posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Ważna rzecz, prawda?
Okazuje się, że Nowa Koalicja nie potrafi nawet dobrze ściemniać. Jak już chcą udawać, że coś robią legalnego, to udawanie musi być kompletne, całościowe. Nie można po kawałku, bo to zawsze wyjdzie. Uwaga, będzie teraz zamieszanie.
Posiedzenie nadzwyczajne może odbyć się na wniosek m.in. Zarządu Samorządu Studentów UW. I Marszałek Parlamentu Studentów UW poinformował tydzień wcześniej, że ma taki wniosek i że zwołuje. No spoko, może. Ale co się okazuje? Że w księdze korespondencji nie ma śladu na wpłynięciu takiego wniosku. W sensie, że on go wcale nie ma. Więc już podczas posiedzenia pytam czy może mi go pokazać. Trwają poszukiwania. Ponoć jest „w sali 106, ale sala jest zamknięta i nie ma klucza”. No, już wygląda nieciekawie. Ale klucz się znalazł. Gorzej z wnioskiem, bo go nie ma. Znajdzie się ponoć. Taki wniosek, skoro składa go ZSS UW – musi być w formie uchwały napisany. Więc pytam kiedy uchwałę podjęto. W poniedziałek przed środą, gdy ogłosił wszystko Marszałek. No okej, wygląda nieźle. Ale po posiedzeniu ZSS UW ma tydzień na uzupełnienie dokumentów (uchwały i protokoły). Minęło 9 dni i ani jednego dokumentu nie ma. Złamanie regulaminu, to na marginesie. Gorzej, że skoro nie ma żadnego dokumentu, to jak to się stało, że jest kopia uchwały, którą ponoć ma Marszałek? To udało się im przygotować? I to w dwa dni? A innych rzeczy już nie? Trwa posiedzenie, a ja dopytuję się o uchwałę z wnioskiem. Przerwa ogłoszona. Wszyscy „ważni” z Nowej Koalicji idą do biura i organizują „poszukiwania”. W mojej opinii: drukują uchwałę, tworzoną na poczekaniu. Reszta mnie zagaduje, bo oczywiście stoję 1,5-2 metry od nich. Coś gadają, rozśmieszają mnie – jak małe dziecko u dentysty ;) Drukowanie trwa i przynoszą mi po jakimś czasie uchwałę. Bez pieczątki wpłynięcia, bez niczego. W sensie, że taką uchwałę to ja sobie mogę w 5 minut wydrukować. A dowodu po tym, że istniała wcześniej – nadal nie ma. Co gorsza, okazuje się, że są już dokumenty z KOLEJNEGO posiedzenia ZSS UW, a z tego nadal nie ma. Dziwne, prawda? Tym bardziej, że uchwały podjęte na tym KOLEJNYM mają numer jakby pochodziły z poprzedniego (numer posiedzenia 19 zamiast 20) skreślone i ręcznie zamienione na 20 z dopiskiem „błąd w druku”. Wszystkie poszlaki wskazują na to, że posiedzenia o którym mowa w cale nie było. I że tworzy się teraz dokumenty „jakby ono było”. Fałszuje, antydatuje. I dlatego – ponieważ mam dość mocne dowody – będę działać. Nie pozwolę, żeby łamano prawo.
A Nowa Koalicja jest naiwna, jeśli sądzi, że ja takich rzeczy nie wyłapię. Przecież ja znajdę brakujący przecinek, jeśli trzeba. A tutaj szycie jest naprawdę grubymi nićmi. Nie szanują przeciwnika, szkoda. Pożałują.

Co nie zmienia faktu, że jestem megadumna z klubu opozycyjnego, którego jestem sympatykiem. To najlepsza opozycja na świecie i mam nadzieję, że nie odpuszczą i nie będą patrzeć bezczynnie jak jawnie łamane jest prawo. A z ciekawostek – pewien student Wydziału Prawa i Administracji przedstawił ostatnio fakturę samorządowi za jakąś tam imprezę dla studentów, w której… wpisał swój numer konta. Oczywiście, wychwycili to i teraz chłopiec ma przejebane. Dyscyplinarna i Prokurator. Ludzie to, przepraszam, debile.

Wczoraj ostatni raz w redakcji. Jeszcze trochę śmieci zostało, ale chyba już nie będę potrzebna przy pakowaniu tego. Tym bardziej, że mam zamknięcie gazety na głowie. Plus setki innych spraw. Jak na przykład napisanie referatów pokonferencyjnych. Kurwa, muszę, bo bez tego nie będzie publikacji. A być musi. Zgłosiłam też zainteresowanie pewnym projektem badawczym a propos wyborów i obecności kandydatów w TV. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Po redakcji – zajęcia na UW. Wpadłam, bo muszę jednak czasem. A te czwartkowe notorycznie opuszczałam… Będę mieć chyba zresztą przez to problem z zaliczeniem. No ale nic, nie zapeszam na razie. Najważniejsze, że na dziennikarstwie sprawę wyprostowałam i raczej bez problemu zaliczę.

Potem spotkanie z Il. Jak zawsze, wyszło na to, że jestem ten najgorszy, bo nie ja zainicjowałam. U Il mnóstwo złych rzeczy, więc szkoda gadać. U mnie chyba nie tak źle. Przecież mam spłacony kredyt! To najważniejsze :) Chociaż, jak mi dochody wakacyjne spadną znacząco, to zobaczymy, co się wydarzy… Miło ją znów zobaczyć. Schudła :( Ja wiem, że to przez stresy i takie tam, ale ja też chcę! Inni mogą, a ja nie :( Siedzieliśmy w mainstreamowi offowym Nowym Wspaniałym Świecie. A po spotkaniu leciałam do kina na „Dobre serce”. Zabrałam Kaktusa. A na miejscu spotkaliśmy Damiana.be z Kacprem. Kaktus przyniósł mi trzy tulipany, więc wyglądaliśmy jak na gejowskiej randce. Śmieszne to, bo ja na randce ostatni raz byłam 5 lat temu a on ma dziewczynę ;) Więc zabawnie. A film wart zobaczenia! Koniecznie! Rzadko aż tak mi się coś podoba, ale tym razem warto. Potem spacer z Muranowa do Centrum i powrót do domu, do pracy.

Piątek spokojny. Poszłam rano na Debaty Oksfordzkie, w których startował Marcinek z bratem i jego b.s.p.s. Nie wygrali, co mnie dziwi. Mieli – moim zdaniem – lepszy temat i na pewno retorycznie lepiej wyszli. Gorzej, że trafili opcję taką, która życiowo większości jurorów nie odpowiada i dlatego mogli głosować przeciwko im. No nic, trudno. Nie udało się. Cieszę się za to, że – mam nadzieję – jakoś tam wsparłam Marcinka swoją obecnością. A skoro o chłopcach mowa, to ciekawskim powiem, że Anatol się nie odezwał.
Potem zaliczyłam zakupy w Carrefourze i tak mi dzień mija. Na pisaniu, znów.

W tytule pojawia się informacja, że Mihał nie ma ręki. Zaiste, tak jest. Dzisiaj stwierdził, że nigdy o tym na blo nie pisałam i że czas to zrobić. Oto stało się. Mihał nie ma ręki. A ja mam 22 tys. znaków na blo i kończę pisanie ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Doda(j) mnie i będzie zamieszanie

26 paź

Środa w redakcji minęła szybko. Bo skoro mam posiedzenie Rady Wydziału o 15:00, to się wcześniej zmywam. W ogóle z tą redakcją to jest tak, że jakoś pod koniec tygodnia wyszło na jaw, że nie jest dobrze. Że jest chwilowo źle nawet. Wydawca postanowiła do końca roku wyjść z długów. Nie będę zdradzać szczegółów, bo mi nie wolno, ale oznacza to, że musimy jakoś zaoszczędzić kilkadziesiąt tysięcy złotych. Liczy się więc każda złotówka i wydawca dała nam to do zrozumienia. Mam minimalizować koszt tekstów do nowego numeru gazety. A poza tym się zastanawia wydawca czy kogoś nie zwolnić. Nie, mnie na pewno nie – prawda jest taka, że beze mnie sobie nie poradzi. I nie chodzi tylko o to, że ja robię za kilka osób (bo znam się na wielu potrzebnych jej rzeczach…) ale także dlatego, że nie miałaby mnie kim zastąpić. Nieważne. Ważne, że jeśli naprawdę kogoś zwolni, to ja będę miała więcej pracy. A tego byśmy nie chcieli, prawda? No więc generalnie odwodzę Kaśkę od tego, ale nie wiem czy mi się uda. Widzę, że jest zdeterminowana, żeby Nowy Rok zacząć z czystym kontem. Nawet to rozumiem – z jednej strony, ale i widzę jakie to będzie miało konsekwencje dla wydawnictwa, dla magazynu i dla mnie. Nienajprzyjemniejsze.
No, ale to na marginesie. Wiem, że dla wydawcy jestem cenna, więc się nie przejmuję tak bardzo sobą. Ja dam radę, gorzej z innymi. Polecą.

Na Radzie Wydziału ciekawie. Okazało się, że dziekan uwzględnił pismo moje i jednego z przedstawicieli studenckich – w protokole z poprzedniego posiedzenia dokładnie opisano wszystkie nieprawidłowości, całe zamieszanie i tym podobne sprawy. Wszystko tak, jak prosiliśmy. Więc jednak nasz głos coś znaczy. Nie zdążyłam tylko poprawić tego, że w protokole nazwano mnie „przedstawiciel studentów”. A przecież ja się jakoś nazywam, nie? Następnym razem o to powalczę – choć czasem mam wrażenie, że to walka z wiatrakami. Wiem, że oni studentów uważają za zbędny element rady – tak przynajmniej jest na WDiNP UW.
Ponieważ trwało kolokwium habilitacyjne, w którym i tak studenci nie mogą głosu zabierać – poszłam pokserować materiały na posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Wróciłam – wciąż trwało. Więc jeszcze na obiad wyskoczyłam do Krzyśka. Też zdążyłam. Przyznać muszę, że naprawdę się rozciągnęło tym razem to posiedzenie. Prawie do końca wytrwałam. Pomijam, że niektórzy przedstawiciele studentów zjawili się tylko, podpisali listę obecności i wyszli. Nieładnie, muszę przyznać.
Ostatnie 10 minut musiałam sobie darować, bo poleciałam na posiedzenie Parlamentu Studentów UW. Mówili, że nie zbiorę quorum, że nie dam rady. I co? I okazało się, że mogę! Że się udało. Jasne, nie było łatwo, walka była do końca, ale ostatecznie zebraliśmy ile trzeba. To duże osiągnięcie, bo generalnie pod koniec kadencji ludziom się już nie chce, nie ma ich już lub myślą o kolejnych wyborach. Więc cieszę się tym bardziej, że w tym roku jest generalny kryzys samorządności na UW.

Co mi osobiście się udało na tym posiedzeniu? Po pierwsze – na wniosek komisji wyborczej unieważniono posiedzenie Walnego Zgromadzenia Studentów Instytutu Dziennikarstwa UW i uchwalony na nim Regulamin. Pamiętajcie, że oni uchwalają go, by 1) ukrócić sprawę JP vs. Rektora, 2) nie dopuścić do wydania wyroku przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w tej sprawie, 3) utrudnić mi na przyszłość zmianę Regulaminu ponowną. A że całkowicie źle zwołali, co trzeba było zwołać, to organ kontrolny złożył odpowiedni wniosek i poszło. Przegłosowane, choć atmosfera była gorąca. Przedstawiciel dziennikarstwa się wkurzył, to jasne. Myślał, że już mu się udało dwa dni temu wszystko załatwić ostatecznie a tutaj taka niespodzianka.
Potem – ponieważ unieważniliśmy to, co zostało zrobione – postanowiliśmy unieważnić dotychczas obowiązujący Regulamin Samorządu na dziennikarstwie, jako niezgodny z prawem. To, że takowym jest, wiadomo od dawna – m.in. dlatego ja go zmienić chciałam w czerwcu 2008, m.in. dlatego właśnie Rektora UW napisała do samorządu na dziennikarstwie, żeby coś zrobili z tym i dlatego właśnie dwa dni wcześniej odbyło się to nielegalne posiedzenie, które miało go zmienić. Nie wyszło im – więc musiał się tym zająć Parlament Studentów UW. Poszło, przegłosowane.
Sytuacja teraz jest taka: dziennikarstwo dołączyło do większości jednostek, które swojego regulaminu nie mają. I to jest okej. To 1) ułatwia mój potencjalny start w wyborach, 2) zmianę Regulaminu w przyszłości. Ich wersja wprowadzić ma utrudnienie – wymóg zebrania większej ilości podpisów pod wnioskiem o zmianę. Radość moja była wielka, bo okazało się, że muszą wykazać się nie lada sprawnością, żeby teraz mi zaszkodzić. W sumie jednak się wykazali pewną. Dzień później złożyli kolejny wniosek o Walne Zebranie Studentów – tym razem zgodnie z prawem i przepisami. Więc mają dużą szansę na to, że zmienią Regulamin. Ale! Ale zrobią to PO obwieszczeniu wyborów, co oznacza, że odbędą się one według starych reguł ogólnych obowiązujących na UW. One zaś ułatwiają mi potencjalny start.
Muszę zatem porozmawiać z przewodniczącym samorządu na dziennikarstwie. Niech wie, co teraz się stanie.

Posiedzenie przebiegło sprawnie, jestem zadowolona. Jasne, mogłoby być lepiej i życzylibyśmy sobie, żeby tak było… Ale c’mon, nie oczekujmy za wiele.
Czwartek był dniem szalonym, bo tempo rzeczy, jakie się działy w redakcji zaskoczyło nawet mnie. Cały czas coś, nowe bodźce. Maile, telefony, sprawy, zaskoczenia. Udało się to jednak jakoś ogarnąć i nie było tak źle. Zaraz p wyjściu z redakcji pojechałam do Carrefoura. Zakupy na F-SP zrobić. Kupiłam trochę wódeczki, trochę softów i składniki na ciasto. Zapomniałam oczywiście o kubeczkach plastikowych, z którymi zawsze jest ten sam problem – jest ich za mało ;)

W domu zajęłam się ogarnianiem spraw na studia. Jako, że prowadzić mam zajęcia dla doktorantów w poniedziałek – musiałam zaproponować teksty jakieś na ten dzień. Udało się znaleźć coś, co zadowoliło moją promotor a i mi się ciekawe wydało. Poszło więc, choć przyznam się szczerze, że trzydziestokilkustronicowy tekst po angielsku przeczytałam dopiero w drodze na zajęciach. Wcześniej go, że tak powiem, przeskanowałam (tak się ponoć teraz mówi). Zajęłam się też F-SP. Udało mi się skończyć film z Kamilem „Hołd”. To dla mnie ważna praca, bo: 1) Kamil to ładny chłopiec, który wystąpił w samych majtkach, 2) po raz pierwszy zrobiłam coś w formie video, 3) jestem dość zadowolona z efektu, 4) w ten sposób chcę oddać hołd młodemu chłopięcemu ciału, 5) dawno nie miałam okazji się tak wyżyć artystycznie, 6) chcę zaskoczyć znajomych czymś nowym. Wydaje mi się, że to, co zrobiłam jest nawet fajne. I choć zajęło mi to sporo czasu z powodu niewielkiej wprawy, to jest okej. Następnym razem – o ile będzie takowy – wypróbuję może bardziej zaawansowany program do obróbki.
We wszelkich tego typu pracach, performance’ach i wydarzeniach wydaje mi się istotniejszym od samego efektu i tego, co powstaje sam moment twórczy. To znaczy akt przekroczenia siebie w jakiś sposób – raz, że przeze mnie, ale przede wszystkim – przez innych. A to Pasywa chodzącego bez koszulki po Utopii, a to Kamila w majtkach na mojej macie do ćwiczeń (z której, na marginesie, ostatnio nie mam czasu skorzystać…). I właśnie ten moment przekroczenia samego/samej siebie wydaje mi się istotniejszy od efektu końcowego. Ten zaś jest bardziej efektowny ;)

Poszłam spać zła na siebie, że tak niewiele zrobiłam… Za to w piątek wstałam nabuzowana energią na cały dzień. Potrzebowałam jej. Szkoda tylko, że zdrowie nadal niewłaściwe. W sensie, że nadal mnie to przeziębienie cholerne męczy. Katar i kaszel. Bez temperatury, więc się martwię, bo nie wiem co to. Odkrywam na nowo pseudoefedrynę, której maleinian daje ukojenie, bo wysusza śluzówkę pięknie.
Wróciłam z redakcji dość szybko, żeby się wziąć za fizyczne przygotowanie domu i sprzętu do F-SP oraz za… pisanie, ma się rozumieć. Kolejne 10 stron jakiejś pracy zleconej. I tak piszę, i piszę, i piszę… Znów mam dość. A najgorsze, że wiem, że co najmniej do połowy stycznia nie mogę przestać pisać. Kurwa mać. Szkoda gadać, naprawdę. Każdy weekend mam zajęty przez wylewanie na papier jakiś głupot. Co najmniej 10 stron tygodniowo. Do połowy stycznia da mi to jakieś 120 stron jak nie więcej.
Zaleją nas słowa i litery, zobaczycie.

Wieczorem – szykowanie na imprezę. Postanowiłam się dziabnąć tej nocy. Bo jak nie mam kiedy, to chociaż dzisiaj mogę. Plan był dobry i udało mi się go zrealizować. Lekko pijana dotarłam do domu jakoś koło 7 czy 8. Choć impreza była jak zwykle przed-wielko-wydarzeniowa (czyli bez szaleństw i bez megatłumów), to jednak miło mi się siedziało, bo rozmawiałam z Karolem i z Marcinem. No dobra, trochę ich swatałam, ale co – nie wolno mi? Oni też nie narzekali raczej na to.
Ostatecznie jednak zabrakło czasu na to, by dzieło zostało dokonane. Skończyła się impreza i trzeba było iść do domu. Co gorsza jednak – trzeba było zaraz wstawać. Musiałam jechać do Gacka zrobić ciasto przecież. I tak, koło 14 czy jakoś tak byłam u niego ze składnikami i z ubraniami na niedzielę rano. Zgodnie z planem bowiem, po sobocie miałam spać u niego.
Robienie ciasta poszło sprawnie. Przy okazji pomogliśmy się ubrać Kasispyrce na wieczór. Dobry plan to podstawa. W realizacji mojego pomógł mi… Maciej Bieacz, który zjawił się u Gacka ze swoim b.s.p.s.em. I uwaga, to będzie szok – ten po raz pierwszy w życiu się ze mną przywitał! Tak, tak, też byłam w szoku. Nie tylko powiedział „cześć”, ale nawet rękę podał. Więc na pewno chodziło przywitanie ze mną i na pewno mi się nie wydawało. Jestem w szoku, naprawdę.
Wróciłam do domu i rozpoczęła się walka ze zmęczeniem, ze zniechęceniem Michała i z mieszkaniem. Walka o to, by na F-SP było wyjątkowo. W miarę się to chyba udało.

Goście, jak zawsze, schodzili się albo za wcześnie albo po czasie. Ale generalnie udało mi się 20tkę zebrać na czas. Pobawili się, poskakali. Muszę przyznać, że dla przykładu Tomeczek, Karol czy Grześ ze swoim b.s.p.s.em zaskoczyli mnie na maksa swoim strojem! Doceniam to – zapamiętajcie! Ja zapamiętam i się odwdzięczę. Rozczarowało mnie także kilka osób. Burges, Krzyś i Kacper, którzy w ostatniej chwili swoje przyjście odwołali. Nie po to załatwiam wszystko z dużym wyprzedzeniem, żeby potem w ostatniej chwili ktoś mówił, że jednak nie może. To po co potwierdzać? Nieładnie, oj nieładnie.
Muzyka się podobała. Ciasto raczej smakowało. Film z Kamilem dostał brawa (Kamil nie zgadza się, żebym go w sieci dla wszystkich ludzi udostępniła…). Była policja, a jakże – ale już się zająłem nimi. Nie omieszkałam ich spisać, wiadomo. Oczywiście, że byli w szoku, gdy transetkę zobaczyli. I zachowywali się średnio grzecznie. Ale łorewa mnie to, bo załatwiłam ich.

A o 1:00 już w Utopii byliśmy. Piękny tunel przygotowany przed wejściem – naprawdę cudny. Jakaś kamera mnie zaczepiła (ktoś widział jak wypadłam?) i można było zacząć się bawić. Philippe Lemot grał cudnie. Wyglądał, jak zawsze, przepięknie. Uwielbiam go. I nienawidzę zarazem, bo wygląda tak dobrze mimo swoich już lat. Był rzeczywiście ze swoim chłopcem. I ten, choć niebrzydki, to jednak od Philippe’a mniej korzystny. Pogadałam z nimi, gdy potem wychodzili z klubu. Występ Crystal Waters – porywający. Klub skakał na całego, wszyscy szaleli. Było pięknie, masywnie, mocno, intensywnie. Bardzo mi się podobało. Tancerzy miała bardzo ciekawych :) Szkoda, że tak krótko śpiewała… z drugiej strony – ona znana najbardziej jest z jakiś 4 kawałków, więc i nie ma co na siłę przedłużać. A na deser: David Vandetta. Z szalejącym skrzypkiem, który nie bał się mimo swojej nienajmniejszej wagi wejść na didżejkę. Dj zagrał bardzo po swojemu. Zaczął ładnie, house’owo by potem stopniowo w swoje ulubione dziwne rejony muzyczne docierać. Mnie już wtedy nie było. Dlaczego wyszłam?
Ano teraz następuje historia z Dodą, na którą wszyscy czekają. Zaczyna się jednak od tego, że Karol i Kacperek mieli się ku sobie. Rozmawiali, siedzieli razem, spędzali czas. Nawet do WC chcieli iść razem, ale weszłam z nimi i im popsułam wszystko. Wiem, wiem – specjalnie. To jeden z istotnych elementów. Drugi to fakt, że ponieważ miałam na sobie strój uważany powszechnie za kobiecy, zaczepiało mnie dużo osób. Ktoś sobie fotkę zrobić chciał, ktoś coś tam gadał. Normalne. I, jak zwykle, kobiety mnie łapały za części garderoby i ciała. Za rękę, za bluzkę, za włosy. Dotykały, głaskały, uśmiechały się, coś tam gadały. Nie, nie wiem po co. Tak mają. Z powodu tłoku wiele osób mnie drinkiem oblało i w ogóle trzeba było znosić te wszystkie nieprzyjemności, które się wiążą z takimi nocami jak ta.
W którymś momencie wracałam z WC do chłopców leżących na kanapie w VIPie. Wchodzę sobie i czuję, że mnie jakaś kobieta łapie za korale. Normalka. Ale co się okazuje? Że mi te korale zerwała. Wkurwiłam się, bo to już przegięcie. Co więc robię? To, co zwykle, jak mnie ktoś łapie za cokolwiek. Też łapię – albo za ubranie, albo za włosy. Tym razem, ponieważ stałam a kobieta siedziała, za włosy. I idę dalej do chłopców. Rzuca się na mnie jej koleżanka. Odciągają ją znajomi i podlatuje do mnie fryzjer, nazwijmy go T. No więc T. próbuje mnie siłą wypchnąć z kanapy i kierować w stroję wyjścia. Ma szał w oczach. Ja mówię do niego spokojnym tonem: „Ale coś Ty? Przestań…” Wtedy uświadamiam sobie, że złamałam swoją podstawową zasadę: nie reagować agresją na ludzi pijanych i/lub zaćpanych. No nic, trudno, akcja się toczy szybko. T. mnie bawi, bo sięga mi do cycków i nie ma szans, żeby mnie siłą zepchnął. Puszcza mnie a zamiast niego podlatuje znów koleżanka. Ja siedzę już obok Kacperka – Karol odszedł. Ona próbuje się na mnie rzucić, coś krzyczy. O kwiatach, o przepraszaniu. Trzymam ją za ręce, bo widzę, że chce mi krzywdę zrobić – ja siedzę unieruchomiona jej ciężarem, ona rzuca się nade mną. Mówię do niej spokojnie: „Nie chcę z tobą rozmawiać.” Powtarzam to jak mantrę kilka razy, dość głośno, żeby dotarło do niej. Ludzie w VIPie obserwują sytuację. Nagle widzę, że ktoś podbiega z boku i… zrywa mi perukę z głowy, rzucając ją gdzieś na podłogę.
Teraz, dla porównania, wyobraźcie sobie, że na środku parkietu ktoś wam spodnie zdejmuje i widać Wasze majtki. Tak się poczułam. Na szczęście odeszła rzucająca się na mnie kobieta. Jestem w szoku i proszę Kacperka, żeby podał mi włosy. Ten, niczym gentelman, sięga po nie bez słowa. Zakładam je i siedzę powtarzając (trochę dla dramatycznego efektu): „Jezus, ale szok…” I takie tam. Wiem, że gdybym wcześniej krzyknęła „ochrona”, to mogłabym uniknąć sytuacji. Bo to fryzjera T. a nie mnie wyprowadzali kilka razy z klubu za niewłaściwe zachowanie… Potem Kacperek mi mówi, że tą, która zerwała mi korale a potem zdjęła perukę była właśnie Doda. Przy okazji cała akcja zniszczyła mi torebkę (zerwana rączka) i bluzkę (zerwany szew). Sprawa o tyle dziwna, że od tego momentu oni siedzą po jednej stronie łóżka, po drugiej my i nie reagujemy już na siebie. Ja naprawdę nie wiedziałam, że to Doda, nie zwróciłam uwagi. Generalnie, nie ma to znaczenia. Nie powinnam była pozwolić sobie na taką scenę. Powinnam była od razu po rzuceniu się na mnie oddalić się w bezpieczne miejsce. I dlatego chciałam przeprosić wszystkich świadków jak i uczestników. To wszystko nie powinno było się zjawić. Może i moja reakcja była za ostra, ale też i chyba wyładowałam w ten sposób negatywne emocje kilkunastu osób, które mnie już tej nocy dotykały, macały i takie tam. Generalnie: przepraszam.
Co nie zmienia faktu, że moje białe plastikowe korale z targowiska Banacha za 12 zł są zniszczone.

Niektórych może dziwić brak Adama w tych historiach. Nagle się rozpłynął, co nie? Ale taka prawda, zniknął. Nagle przestał się odzywać, przychodzić, zjawiać, pisać. Po prostu się rozpłynął. Jasne, widuję go, ale widzę też, że ma nowych znajomych, z którymi spędza czas, biforuje, bawi się. Może i tak musiało już być, że chciał się uwolnić od starej transetki. Trudno. Albo – i dobrze. Wszedł w środowisko i musi się w nim teraz wyszaleć. To jest jego czas :)

Po wyjściu z imprezy pojechałam do Kasispyrki. Ostatecznie spałam u niej na górze a nie u mojej przyjaciółki Gacek, jak było planowane. Wpadł do niego barman na seks, więc nie było dla mnie miejsca.
Gdy wstałam rano, byłam świadkiem jak dziewczyny ogarniają swoją meganajebaną koleżankę, która na Nowym Świecie nie wiedziała gdzie jest… Ale pomijając to wszystko – niedziela była przemiłym dniem. Kasiaspyrka zrobiła nareszcie obiecany dawno już gulasz z sarniny. Boże, jakie pyszne! Uczta jakich mało! Kasiaspyrka się naprawdę postarała i trzeba to docenić.
Potem kolejna miła niespodzianka – wracam do domu a okazuje się, że Mihał już większość posprzątał. Nie tak ot sobie, tylko aby zatrzeć złe wrażenie, jakie mnie czekało, gdy mi przekazywał istotną informację. Nieważne. Ważne, że miałam mniej roboty i mogłam się wziąć… za pisanie.

A w nocy przygotowałam się na poniedziałkowe zajęcia. W sensie, że nadrukowałam, co mi potrzebne. Bo czytać już nie miałam czasu ani siły. W drodze na pierwsze zajęcia przeczytałem to, co miałem tam wygłosić i poszło mi – nie zaskoczę – bardzo dobrze. Potem krótki wypad do redakcji, gdzie dość spokojnie tym razem (i całkiem niezły kotlecik faszerowany na obiad zamówiony…) i znów na UW. Tym razem na socjologię. Szybkie czytanie tekstów na filozofię nauki, na której kartkówki z tekstów są za każdym razem na początku. A potem czytanie materiałów, które sam wybrałem dla studentów na drugie zajęcia plus tych, które chciałem wykorzystać jako deskę ratunkową, gdyby rozmowa nie szła. Ale poszła jakoś. Inaczej niż chciałem i planowałem, ale się udało.
Zaliczone i zatwierdzone :) Do domu wróciłem po 21. Składanie gazety, pisanie blo, wysyłanie maili do Parlamentu Studentów UW, pisanie uchwał i protokołów z głosowań – tym się zajmowałem. Ciężkie życie.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm