RSS
 

Wygrał Robert a nie gej

01 gru

Muszę wszystkich entuzjastów zwycięstwa Roberta Biedronia zasmucić. Wybór geja na stanowisko prezydenta Słupska nie jest symbolem jakiejś wielkiej przemiany, o której trąbi część publicystek_ów. To osobisty sukces Roberta i wypadkowa kilku sprzyjających okoliczności.

Ja z Robertem podczas Parady Równości 2013

Ja z Robertem podczas Parady Równości 2013

Sytuacja jest, w pewnym sensie, podobna do tej z ostatnich wyborów parlamentarnych, gdy Robert Biedroń i Anna Grodzka dostali się do Sejmu. I już wszyscy ogłosili, że oto Polska przeszła wielką przemianę obyczajową, że wyoutowane osoby LGBT wchodzą już do Sejmu i nikomu ich orientacja czy identyfikacja płciowa nie przeszkadzają. Już wówczas mówiłam, że Robert i Ania mieli jednak dużo szczęścia. Powiedzmy sobie bowiem szczerze, że cały Twój Ruch (wtedy chyba jeszcze Ruch Palikota, prawda?) miał duże szczęście. Całe ugrupowanie „jechało” na sprzeciwie wobec systemu i stagnacji na „stołkach”, na nazwisku lidera-performera, na „powiewie świeżości”, na idei włączania działaczek_y społecznych do głównego nurtu polityki, na pewnym zmęczeniu już konfliktem PO vs. PiS. Jak słabe były to podstawy do poparcia, widać dziś wyraźnie. Twój Ruch w zasadzie nie ma w chwili obecnej szans na wejście do Sejmu w przyszłej kadencji. Zdaje sobie z tego sprawę zarówno Ania, która ostentacyjnie przeszła do Zielonych (nota bebe, oni też szans na wejście do Sejmu nie mają przecież…) ale i Robert, który postanowił spróbować sił w polityce samorządowej.

Rację mają ci, którzy mówią, że kampania Roberta – opierająca się na kontakcie bezpośrednim, rozmowach, spacerach, spotkaniach, debatach – była dobrym posunięciem. Gdyby taką samą kampanię zastosował obecny, odbierany jako „oderwany od ludzi” prezydent Słupska, byłaby ona sztuczna (to tak jak HGW w Warszawie – wszyscy wiedzą, że po wyborach nie będzie się nadal spotykać z ludźmi, tylko zamknie się w Ratuszu, jak zwykle). A Robert nie ma w Słupsku złej reputacji, nie musiał się obawiać, że jego zachowanie będzie odebrane jako nieautentyczne. Dodatkowo – i to chcę mocno podkreślić – Robert dużo zyskuje w rozmowie bezpośredniej. Jest ciepły, uważny, zabawny, wyrozumiały. Sprawia wrażenie osoby naprawdę zainteresowanej rozmową, nie udaje, że zna się na wszystkim ale i potrafi dowodzić swego. Jego medialny obraz jest może inny, ale te spotkania z mieszkankami_ńcami zdecydowanie musiały mu pomóc.

No właśnie, media. Robert jest politykiem-celebrytą. Przecież wszyscy wiemy, że spośród 460 dostępnych członkiń_ów Parlamentu, do mediów zapraszana jest tylko pewna grupa. Ta grupa, która albo jest formalnie ważna, albo ciekawa, albo kontrowersyjna. Robert spełniał wszystkie trzy przesłanki, więc nic dziwnego, że jest na szczycie najlepiej rozpoznawalnych posłów w tej kadencji. To, bez wątpienia, ułatwiło mu kandydowanie w Słupsku. Nie od dziś jest jasne, że rozpoznawalność sprawia, że łatwiej się przebić. Zwłaszcza osobie, która – jak Robert – zainwestowała w swoją kampanię bardzo mało żywej gotówki, za to wiele czasu i pracy.

Te media sprawiają także, że choć Robert jest gejem, to jego „gejowskość” nie przeszkadza w byciu kandydatem. Bo to jest taka „gejowskość oswojona”. Robert nie pokazuje się zazwyczaj ze swoim partnerem. A jednocześnie na Paradzie Równości rok rocznie jest w garniturze, obok innych, starających się zachować wizerunek „męża stanu” w kolorowym tłumie. Jest oswojony też pod tym względem, że nie jest osobą mówiącą w kółko tylko o środowisku LGBT. To ważne dla statystycznego wyborcy – by nie widział w kandydacie zacietrzewienia, nachalnego uporu czy też monotematyczności. Robert wydaje się być jednak bardziej zróżnicowany. A, dodatkowo, nawet ci najbardziej skrajni przeciwnicy muszą przyznać, że nie jest Robert tym gejem-widmem, który uprawia seks na ulicy a do krzaków zaciąga młodych chłopców, by ich uwieść i „promować” wśród nich homoseksualizm. W tym właśnie sensie jest gejem oswojonym. Na geja „dzikiego”, „nieoswojonego” czy też takiego, o którym nie wiadomo, jaki jest, głosowanoby zdecydowanie mniej chętnie.

No i na koniec nie bez znaczenia jest kwestia elektoratu negatywnego. Sam Robert sprytnie ograniczył swój, poprzez symboliczne niewłączenie do kampanii Janusza Palikota. Jak bowiem wiadomo, wzbudza on bardzo skrajne emocje, więc mógłby zaszkodzić pokojowej, pro-obywatelskiej, spokojnej i „ludzkiej” kampanii Roberta Biedronia. Z drugiej strony – negatywny elektorat obecnie sprawującego władzę był chyba dość mocno zdecydowany, by wyrazić swój sprzeciw wobec poczynań obecnej władzy. I to się udało.

Fakt, że Robert jest wyoutowanym gejem miał więc w tych wyborach niewielkie znaczenie. Nie ma sensu doszukiwać się w tym jakiejś jaskółki zmiany. Polska pozostaje homofobicznym zaściankiem. Inna rzecz, że dalsza działalność Roberta Biedronia może pozytywnie wpłynąć na otwarcie się ludzi – choćby i tylko w samym Słupsku. Nie od dziś bowiem wiadomo, że osobiste poznanie wyoutowanego geja najbardziej, najszybciej i najskuteczniej obala stereotypy, jakie żyją w głowach ludzi. Jest więc szansa, że dobre rządzenie Biedronia może stać się zalążkiem myślenia o prezydentach-gejach, jako o dbających o swoje miasta i miasteczka. To jednak zdecydowanie pieśń przyszłości.

Robertowi, oczywiście, serdecznie i szczerze gratuluję! Słupsk chętnie odwiedzę, bo to jednak w zasadzie okolice mojego rodzinnego Goleniowa (bliższe w każdym razie niż Warszawa…). I trzymam kciuki, żeby udało mu się zrealizować ambitny plan, z jakim miałam okazję zresztą się dość szczegółowo zapoznać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to z porno-skandalami było

29 paź

Jutro na Uniwersytecie Warszawskim odbędzie się konferencja „Porne graphos. Pornografia w perspektywie nauk społecznych i humanistycznych”. Niestety, jak większość wydarzeń Queer UW, wywołała jakieś dziwne zamieszanie. A wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu…

pornegraphos_stronaPewno większość osób zainteresowana jakkolwiek działalnością Queer UW lub moją pamięta „PornoDzień”, czyli nasz pomysł na seminarium, jaki pojawił się w naszych głowach dobre kilka miesięcy temu. Pomysł był prosty: pogadać o pornografii naukowo, obejrzeć jakiś performance na video i wysłuchać komentarza naukowca plus zorganizować jakieś warsztaty. Skoro na UW działają organizacje studenckie, których zadaniem jest animizowanie życia naukowego, kulturalnego, sportowego i artystycznego, to nikt nie widział w tym niczego złego. Nikt z nas, ma się rozumieć. Bo że mówienie o pornografii niektórych może drażnić, to jasne. Wszak żyjemy w kraju, w którym niektóre kioski były oprotestowywane, bo sprzedawały gazety erotyczne i pornograficzne… Ale mniejsza. Protestami nigdy się nie przejmujemy, bo po co?

Zazwyczaj pomysł na organizację wydarzenia rodzi się na naszych comiesięcznych spotkaniach koła. Nie inaczej było i tym razem. Postanowiliśmy zaprosić ekspertki i ekspertów od tego tematu. Jak robimy zwykle. Zaprezentować miał się Jakub Dymek, Paulina Kitlas, Jacek Kochanowski, Agnieszka Weseli i moja skromna osoba. O performance grupy Suka Off opowiedzieć miał Tomasz Basiuk. Po ustaleniu programu, chcieliśmy znaleźć salę. Rozmawialiśmy z dyrektorką ISNS UW prof. Małgorzatą Fuszarą na ten temat. Nie podobała się jej nazwa, dodaliśmy do niej rozwinięcie. I już, już miała podpisać papierek-podanie, gdy pojawiła się cała zawierucha. I okazało się, że problemem jest to, że ZA WCZEŚNIE zapowiedzieliśmy wydarzenie jako organizowane na UW. Że najpierw musi być podpis a dopiero potem można to ogłaszać. Rektor UW wezwał, tfu, zaprosił nas na rozmowę. Był opiekun koła, była Prezes koła, byłam ja. Był Rektor, była Prorektor ds. studenckich i była rzecznik prasowa. No i poważna rozmowa. Na chwilkę zdjęli naszą stronę. Okazało się, że trzeba ustalić procedurę do zgłaszania wydarzeń. Nikt nigdy nie powiedział o odwołaniu wydarzenia – mowa była o przełożeniu na nieokreśloną przyszłość.

Oczywiście rzecznik prasowa UW, Anna Korzekwa, ma zawsze swoją opinię. Prawda jest taka, że ona mnie po prostu nie lubi. I nie ma w tym nic złego, ale jednak jest to tłem całej sprawy. Rzecznik prasowa UW mnie po prostu fizycznie nie lubi. Podejrzewam, że to z powodu moich komentarzy na temat jej pracy, do której mam stosunek… dość krytyczny, żeby powiedzieć delikatnie. A że zdanie mogę mieć, jak każdy człowiek, to inna sprawa. To, że jestem po pięcioletnich studiach z dziennikarstwa i komunikacji społecznej, pracuję w mediach od drugiej klasy liceum oraz aktualnie zarabiam głównie z bycia PR-owcem, to dodatkowe argumenty, które mogą świadczyć o tym, że wiem, o czym mówię, gdy oceniam jej pracę. I tyle.

Minął jakiś czas, wydarzyły się inne pozornie-nie-powiązane rzeczy, ale jedno było ważne: pojawiła się procedura. Że mamy przygotować wydarzenie, zapewnić jego naukowy charakter (np. poprzez Komitet Naukowy, który zatwierdzi wszystko od tej strony) i z takim programem przyjść, żeby znaleźć miejsce na UW. Tak umówiliśmy się z dyrekcją ISNS UW. Procedura ma to do siebie, że jakkolwiek by nie była pojebana, to ja ją przejdę. Uprę się, przeczołgam, ale dam radę. I tak samo było tym razem.
Problemem, jaki się pojawił, był fakt zmiany Dyrekcji ISNS UW w momencie, gdy zgłaszaliśmy się z prośbą o salę. Pojawiły się niewielkie tarcia, ale ostatecznie udało się. Mamy salę. I tu podziękowania dla p.o. Dyrektor ISNS UW prof. Fatygi, która wykazała się dla nas pewnym zrozumieniem.

Oczywiście, tym razem też nie obeszło się bez rozmów z Rektorem UW. Jako że nie było nic do zarzucenia, to rozmowy zakończyły się właściwie niczym. Ich treści nie będę przytaczać, bo w mojej skromnej opinii, urągałoby to nie tylko elegancji i taktowi, ale przede wszystkim byłoby naprawdę smutne.

Konferencja się więc odbędzie. Pod inną nazwą, choć w sumie z racji długości trwania, teraz jest to bardziej dzień niż wówczas ;) Tym niemniej zależało nam na tym, by pokazać, że poszliśmy jeszcze dalej. Już nie seminarium naukowe ale cała konferencja. Będą goście z Poznania, Gdańska, Krakowa itd. Zapowiada się bardzo ciekawie.

I znów rzecznik prasowa UW musi powiedzieć coś od siebie. „Konferencja nie budzi zastrzeżeń, a nad programem i referatami czuwa rada naukowa złożona z pracowników kilku uczelni” – i to jest okej. Ale oczywiście dodać musi: „pozostaje nam ufać, że zadbają oni o akademicki charakter wydarzenia”. „Pozostaje ufać nam”?! Poważnie? Mówimy o dr. hab. Tomaszu Basiuku (UW), dr. n. med. Andrzeju Depce (WUM), dr. hab. Jacku Kochanowskim (UW), dr. n. med. Robercie Kowalczyku (Krakowska Akademia im. Frycza Modrzewskiego) i dr hab. Monice Płatek (UW). I naprawdę właściwym określeniem jest „pozostaje ufać”?

A protesty? Tak, dotarła do nas informacja o tym, że ktoś chce protestować przeciw konferencji. Kto? Fundacja Pomocnicy Królowej Różańca Świętego. Sprawdziłam ich, oczywiście. Fundacja powstała w lipcu 2013 i działa w Poznaniu. W skład jej zarządu wchodzą Marek Woś (rocznik ’77), Agnieszka Woś (rocznik ’70) oraz Aurelia Woś (rocznik ’48). Nie wiem czy Marek i Agnieszka są rodzeństwem czy małżeństwem, ale zgaduję, że Aurelia jest matką Marka. A fundatorem fundacji jest ten właśnie Marek Woś. Czyli rodzina założyła sobie fundację.
A w jakim celu? Ach! By upowszechniać wiedzę o różańcu i nowennie pompejańskiej – to po pierwsze. Po drugie: by upowszechniać wiedzę na temat niebezpieczeństw jakimi są okultyzm, spirytyzm i ezoteryzm. I ostatnie: działalność charytatywna i oświatowa szczególnie wśród więźniów i ich rodzin.
Fundacja działa. Dotychczas wydaje kwartalnik „Królowa Różańca Świętego” i prowadzi stronę egzorcyzmy.katolik.pl (i jej obcojęzyczne wersje). Udało się jej także przekazać 300 książek o nawróceniu, wierze i różańcu świętym więźniom. O, tyle.

Organizatorzy protestu są tak leniwi, że nawet nie sprawdzili tego, że ISNS UW nie jest powiązany z konferencją i wysyłają tam jakieś maile. A dodatkowo nie sprawdzili tego, że władze Instytutu zmieniły się w ciągu ostatnich miesięcy i wysyłają te maile do niewłaściwych osób… No to co ja mam na takie protesty powiedzieć? No co? :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dwa Miesiące Bez Alkoholu

25 wrz

Do 1 października trwają w moim życiu Dwa Miesiące Bez Alkoholu. Pierwsze takie ever. Zawsze pytacie mnie: po co się tak męczysz? Ano mam swoje powody.

Ja i wódka

Ja i wódka

Po pierwsze: wcale się nie męczę. Zakładanie, że wytrzymanie dwóch miesięcy bez alkoholu jest dla mnie jakąś męczarnią i wyrzeczeniem, jest błędne. Wiecie, że lubię alkohol, ale nie na tyle, żeby mieć problem z jego niepiciem. Przynajmniej na razie ;) Tak więc to chcę wyjaśnić na samym początku: to nie jest „męczenie się”. Jasne, jest to pewne wyrzeczenie. Wynika ono, co wiele razy Wam podkreślam, z faktu braku dobrych imprez w Warszawie. Gdy w stolicy były miejsca, gdzie można było poddać się muzyce i dać jej się nieść przez wiele godzin, nie potrzeba było alkoholu. I tak bawiłam się przez wiele, wiele lat. Aż nadszedł krach, dobre imprezy poszły w zapomnienie i zostało nam upajanie się wódką. Ale to inna historia.

Miesiąc Bez Alkoholu to kultywowana przeze mnie doroczna tradycja. Staram się spędzić choć jeden miesiąc całkiem na trzeźwo. Zasadniczo po to, by sprawdzić, czy jeszcze potrafię. Jestem z rodziny, w której zdarzały się problemy z nadużywaniem alkoholu (zresztą kto w Polsce nie jest?), więc obawiam się, że mogę mieć genetyczne skłonności do tego, by nadużywać lub uzależnić się od alkoholu. Miesiąc to dla mnie czas, gdy mogę przekonać się, jak to ze mną jest. I bardzo lubię, jak w czasie takiego Miesiąca znajdzie się zawsze ktoś, kto namawia mnie na drinka czy dwa słowami: „nikomu nie powiem”. To nie chodzi o mówienie innym. W trakcie Miesiąca Bez Alkoholu nie chodzi o to, żeby pokazać innym, że nie piję. Chodzi o mnie. O udowodnienie sobie, że potrafię nie pić przez ten czas.

Oczywiście, w miarę upływu czasu, do powodu – nazwijmy go – ideologicznego, doszły inne.
Po pierwsze: dietetyczny. Nie ukrywam, że wódka ma dużo, dużo kalorii. Zwłaszcza jak pije się jej tyle, co piję ja. Za kołnierz nie wylewam, to fakt. Wieczorny drink to dla mnie tradycja. Jeden, dwa, czy trzy… Kiedyś stresowałem się tym, ale wówczas jeden z wykładowców Uniwersytetu Warszawskiego uspokajał mnie: „nie martw się – w Polsce cała klasa średnia tak pije”. No więc cóż… skoro aspiruję, to mam za swoje ;) Poza tym, czego nie sposób nie zauważyć, w ostatnim czasie przytyło mi się trochę, więc staram się jednak uważać na kalorie. A 40 ml wódki to około 100 kcal. Żadna impreza nie kończy się na 40 ml wódki, prawda?
Po drugie: finansowy. Imprezowanie jest kosztowne. Zdałam sobie ostatnio z tego sprawę – wszak obchodziłam swoją tysięczną imprezę w stolicy. Załóżmy, że na każdej imprezie wydaję średnio 100 zł. To oznacza, że w ciągu tych lat w Warszawie, udało mi się przeimprezować sto tysięcy złotych. To niemało, prawda? A i to przy założeniu, że średnia wydana przeze mnie kwota to 100 peelenów na noc… Jak prawdziwe jest to założenie, ciężko powiedzieć. Zdarzały się imprezy, na których wydawałam 0 zł, a i takie, gdzie liczby były wielokrotnością stówki. Do tego dochodzą wszystkie „okołoimprezowe” wydatki. Taksówki, zniszczone buty, zgubione okulary, skradzione telefony, koszty leczenia angin i przeziębień… I tak dalej, i tak dalej.
Po trzecie: zdrowotny. Związany z dietetycznym. No bo jednak alkohol osłabia odporność, prawda? A ja mam tendencję do łapania angin. W klubach zaś szkło myte jest… no, różnie ;) Więc wystarczy jeden czy dwa szoty z niedomytego kieliszka i migdałki załatwione. Poza tym, skoro staram się biegać i jeździć na rowerze oraz nie jeść po 17:00, to jednak nie pasuje do tego upijanie się, prawda?

To wszystko decyduje o tym, że ja decyduję się na Miesiąc Bez Alkohlu.
Dwa Miesiące Bez Alkoholu to jednak nowość.

I muszę przyznać, że wyglądają one też nieco inaczej. Przede wszystkim, z racji tego, że zaliczyłam już Miesiąc Bez Alkoholu w tym roku, to pozwalam sobie na więcej. W trakcie tych Dwóch Miesięcy, zdarzyły się trzy bardzo wyjątkowe okazje, kiedy nie mogłam sobie odpuścić. Co do zasady bowiem, w trakcie Miesiąca Bez Alkoholu namawiacie mnie na picie, bo są urodziny, imieniny, parapektówka czy inna okazja. Bez urazy, ale to za mało. Urodziny, imieniny i parapektówka będą także za rok, za dwa i za lat pięć. Ale w trakcie Dwóch Miesięcy zdarzyło się coś, co nie powtarza się tak często. Po pierwsze: moja najprawdopodobniej ostatnia wizyta we Władysławowie w restauracji Marcinka. Oto bowiem okazuje się, że najpewniej więcej już nie będę miała okazji być tam kelnerką/barmanką. Po kilku latach zabawa się skończyła. Więc pożegnania nadszedł czas w tym roku. Okazja nie do powtórzenia za rok, dwa czy pięć. Drugą okazją był mój powrót na przegląd teatralny Bramat w moim rodzinnym mieście. Jakieś 10 lat temu rozstałem się z tym wydarzeniem, z którym związana byłam przez kilka lat od strony dziennikarskiej najbliżej jak się da. W tym roku przypomniano sobie o mnie, dyrektor artystyczny zaprosił mnie do odtworzenia tego, co działo się te 10 lat temu. Okazja nie do powtórzenia… No i ostatnie wydarzenie: #1000party. Tutaj nie ma wątpliwości, że musiałam się napić. Z tego powodu załatwiłem sobie nawet dyspensę od biskupa – żeby podkreślić, że to naprawdę wyjątkowe wydarzenie, planowane od bardzo dawna i wyczekiwane przeze mnie.

Tak więc te Dwa Miesiące Bez Alkoholu są jednak trochę inne. I nie ukrywam, że tym razem powód był głównie finansowy. Tak się bowiem złożyło, że jakiś czas przed rozpoczęciem, miałam nieplanowane spore wydatki. I spowodowało to konieczność znacznego wykorzystania kredytu odnawialnego, jaki mam przy koncie bankowym. Więc jedynym sposobem na odbicie się, jaki wpadł mi do głowy, było jednak oszczędzenie na piciu… Bo jednak wydawane przeze mnie na alkohol i imprezy miesięcznie kwoty są spore. Dwa Miesiące wydawały się dobrym sposobem. I nawet, gdy folgowałam sobie w wymienionych sytuacjach, to wydatki moje były zerowe lub prawie zerowe. I przyznam, że co do zasady: sprawdziło się, udało się. Ale…
Pojawia się małe „ale”, oczywiście. Bo #1000party za darmo się nie zrobiło. Od takich drobnostek jak wydrukowanie zaproszeń, czy plastikowych kubków z logotypem imprezy, to jednak koszta, koszta. I po zsumowaniu małych kwot, wyszło na to, że jednak ostateczny wynik Dwóch Miesięcy Bez Alkoholu nie będzie taki pozytywny. Nic to jednak, nie poddaję się i wierzę, że dzięki pewnym innym działaniom, wyjdę na swoje.

1 października kończą się moje Dwa Miesiące Bez Alkoholu. To znaczy, że najbliższy weekend przede mną jeszcze na trzeźwo. A potem… potem pewno powoli wejdę w swój stały rytm. I tak, jak znam życie, do maja. Bo wówczas znów zacznę Miesiąc Bez Alkoholu. Do czego i was zachęcam.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

1000 imprez i 10 lat w Warszawie

17 wrz

Dokładnie dziś mija 10 lat od momentu mojego wprowadzenia się do Warszawy. Nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się tu, gdzie dziś się znajdę i bardzo cieszę się ze wszystkiego, co udało mi się w tym czasie zrobić. W zasadzie jestem z siebie dumna.

#1000party

#1000party

Przez te 120 miesięcy, 3.652 dni, 87.648 godzin, 5.258.880 minut cały czas coś się dzieje. Czasem mam wrażenie, że moje życie nigdy nie staje w miejscu. Ale to dobrze. Choć, gdy tak o tym pomyśleć, to wydaje się to niemożliwe – najpewniej więc wybiórcza pamięć przetrzymuje wspomnienia tych momentów, w których „coś się dzieje”, by zapomnieć o tych, które nie były wypełnione wydarzeniami. W ten sposób wydaje mi się, że nie zmarnowałem ani jednej z ponad 5,25 mln minut danych mi w Warszawie.

Pamiętam, że decyzja o wyprowadzce do stolicy była oczywistą oczywistością. Tylko tutaj złożyłam papiery na studia, tylko tutaj chciałam mieszkać. Czemu? Warszawa oczarowała mnie podczas mojej pierwszej w niej wizyty z wycieczką klasową. Co prawda byłem wówczas jeszcze gówniarzem (miałem chyba 14 czy 15 lat…) z małego miasteczka, który pierwszy raz odwiedzał metropolię (no bo Szczecin, Kraków czy Poznań metropoliami dla mnie nie były) i był nią zachwycony. Musicie bowiem wiedzieć, że to, co kochałam od zawsze i kocham nadal, to pośpiech. Lubię, gdy dużo rzeczy dzieje się na raz, gdy panuje lekki chaos. I tak wówczas jawiła mi się Warszawa. Stado biegnących, nie patrzących na siebie, wiecznie śpieszących się ludzi. Tym mnie urzekła stolica. Bo ani ona piękna, ani poukładana, ani do opanowania.

Mój przyjazd był więc oczywisty. Bywałem w Warszawie wcześniej – odwiedzałem Iwonkę, która studia rozpoczęła rok wcześniej. Myślę, że w sumie przewaletowałem u niej w akademiku (na piętrze damskim!) jakiś miesiąc. Pani w recepcji już mnie znała i dawała mi klucz, jakbym normalnie i legalnie tam mieszkała. No i miłość! Miałem miłość przecież – wielkie uczucie do Piotrka, z którym byliśmy w „związku na odległość”. To dla niego głównie wpadałem do Warszawy tak często. Aż rzucił mnie jakoś dzień przed czy też w same walentynki… Taka smutna, nieopowiedziana historia.

Na kilka miesięcy przed wyjazdem do Warszawy poznałem w Szczecinie Przemka. Śmieszna w sumie opowieść. On miał wówczas 26 lat – ja ledwo 18. Dla mnie to było dziwne, bo przecież wiecie, że od zawsze podobają mi się chłopcy młodsi. Ale on, przyznać mu to muszę, wyglądał dość młodo. No i co ciekawe, dla niego to także była pierwsza homoerotyczna relacja, bo wcześniej był hetero. I tak weszliśmy w związek, o którym wiedzieliśmy, że ma datę końcową. Że mój wyjazd do stolicy zakończy sprawę. Tym niemniej, cieszyliśmy się z każdej chwili.

Aż nadszedł ten dzień. 17 września 2004. Już wiedziałam, że jestem przyjęta na studia – socjologia czekała na mnie – i znalazłam mieszkanie. Razem z Iwoną i jej dziewczyną Anką. Wynajęliśmy dwa pokoje w mieszkaniu na Imielinie. Niestety, mieszkanie razem z właścicielem (policjant – pozdrawiam go dzisiaj!) – dopiero po jakimś czasie nauczyliśmy się, że to jest złe rozwiązanie. Dobrym dla mnie zaś było to, że udało mi się zamieszkać z kimś, kto już w Warszawie był i choć trochę ją ogarniał. Za to chyba nigdy Iwonce nie podziękowałam. Dziękuję więc dziś – lepiej po 10 latach niż nigdy.

Pierwszy rok w Warszawie był dla mnie dobry. Odpoczywałam. Oj, bardzo. Potrzebowałem tego po latach hiperaktywności w rodzinnym mieście. Wcześniej byłem naczelnym gazety szkolnej, szefem szkolnego samorządu, dziennikarzem w lokalnej gazecie, prowadzącym w lokalnej telewizji kablowej, aktywistą PCK, członkiem aktywu bibliotecznego… I tak dalej, i tak dalej. To wszystko było super, ale potrzebowałam trochę odsapnąć. Poza tym właśnie wówczas zdałem sobie sprawę z tego, że moje wszystkie dotychczasowe osiągnięcia nie mają już znaczenia. Że zaczynam od nowa, od zera. Trochę to było przerażające, nie ma co ukrywać. Wytarte dotychczas ścieżki, znajome twarze i wyrobiona opinia sprawiały, że w domu rodzinnym wszystko przychodziło mi już z łatwością. A tutaj musiałam się wszystkiego nauczyć. No i nauczyć innych siebie. Dać się odkryć.
Dziś wszystkim zaczynającym studia w Warszawie mówię: nie popełniajcie mojego błędu, nie marnujcie czasu, od razu startujcie. Ale wiem, że sama dobrze zrobiłam, dając sobie czas na ogarnięcie się. Może dla was wydawać się to dziwne, ale dla mnie pewną rzeczą do ogarnięcia musiała być nawet komunikacja miejska i z niej korzystanie – wszak wcześniej nie robiłem tego nigdy! Dla osób mieszkających w dużych miastach, to naturalna czynność. Dla mnie – było to jednak coś dość nowego – co prawda łatwego, ale dobrze symbolizującego, jak wiele rzeczy musiało się w moim życiu zmienić.

W mieszkaniu na Imielinie wytrzymaliśmy niecałe dwa miesiące. A może nie tyle my wytrzymaliśmy, co właściciel mieszkania wytrzymał. Odkrył dość szybko, że Iwona wcale nie jest moją dziewczyną, tylko że sypia z Anką. A do mnie wpadło raz czy dwa kilku „wizualnie homoseksualnych” chłopców. (Och! Nie mogę zapomnieć o przełomowej dla mnie seksualnie wizycie Mirka z Kołobrzegu, którego ciepło pozdrawiam!) Wywalił nas z mieszkania. Oficjalnie, rozwiązał z nami umowę najmu, bo… za głośno bekamy.

Przeprowadzka poszła sprawnie. Zamieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu przy ul. Etiudy Rewolucyjnej u tzw. Babci Haliny. Właścicielka mieszkania (tym razem już nie mieszkająca z nami!) to wiekowa staruszka, która miała ciepłe serce i dlatego w żartach nazywaliśmy ją Babcią Haliną. Mieszkanie było śmieszne. Widać w nim było, że od czasu PRL niewiele się w nim działo, jeśli idzie o meble i wyposażenie. Nie przeszkadzało nam to za bardzo, bo cieszyło nas, że wreszcie jesteśmy sami – bez właściciela. To było najważniejsze. Nie musieliśmy się już kryć z tym, że Iwona mieszka z Anką a nie ze mną. Było nam dobrze na naszym 11 piętrze.

Oczywiście, przyjazd do Warszawy oznaczał także rozpoczęcie imprezowego życia. Wcześniej, w domu rodzinnym, było ono dość mocno ograniczone. Powodów było wiele. Po pierwsze: byłem gruby. Ale tak naprawdę, poważnie gruby. Teraz też mówię, że jestem, ale i tak jestem szczuplejszy niż wówczas. Podkreślam, że przed przyjazdem do Warszawy schudłem 27,5 kg. Dokładnie tyle. Więc możecie sobie wyobrazić, jak źle musiało być wcześniej ;) Waga i fakt bycia grubasem jednak człowieka blokują, uniemożliwiają pewne rzeczy. Poza tym: nie piłem w ogóle alkoholu. A znajomi od dobrych kilku lat regularnie piwkowali albo się po prostu upijali. Więc wiadomo, że moje towarzystwo było nie zawsze jakoś specjalnie istotne. Jasne, byłam gwiazdą socjometryczną, znaną w mieście osobą i w ogóle, ale jednak wiadomo, jak to jest. Nie bez znaczenia było moje zabieganie – ono nie dawało wiele czasu na zabawę. Na sam koniec został fakt, że już w liceum wiedziałem, że nie jestem hetero i nie przeszkadzało mi to jakoś za bardzo – oczywiście, że był to fakt ukrywany przed innymi (poza nielicznymi wyjątkami – choć dziś wiem, że bardzo wiele osób się domyślało…), co utrudniało odnalezienie się na hetero-imprezach. Dlatego na gejowskie potupanki jeździć trzeba było do Szczecina. Niby 30 km, ale z nadopiekuńczą matką i to wydawało się czasem trudne. Jasne, udawało się, ale nie było to zbyt intensywne ani częste.

Warszawa zmieniła perspektywę. Teraz zaczęło się imprezowanie. Tydzień w tydzień. Prawie zawsze z Maćkiem i Tomkiem (znanymi wówczas pod wspólną nazwą Napaleni – ale to długa historia, nie na dziś…). Prawie zawsze samochodem. Prawie zawsze na tej samej trasie klubowej. Najpierw Paradise (przy stadionie Skry, przy Wawelskiej 5), potem Kokon (na Starym Mieście, przy Brzozowej 37) no i na koniec Utopia (przy Jasnej 1). Oczywiście, nie od razu Utopia dołączyła do tego grona, ale dość szybko udało się nam tam jako tako zadomowić. Oczywiście, że nie piłem alkoholu. Nie było takiej potrzeby. Do dziś uważam, że najlepsze imprezy to te, na których jest tak dobrze, że wcale pić nie trzeba, żeby dać się porwać zabawie. Inna sprawa, że dziś takich imprez już prawie nie ma…

W historii mojego imprezowego życia w Warszawie kilka miejsc zapisało sobie szczególne miejsce w mojej pamięci i w moim sercu. Paradise to słynny, naprawdę śmieszny klub zorganizowany w hali. Latem na ogródku można było kupić kiełbaski, zaś zimą w środku było tak chłodno, że właściciele stawiali dwie wielkie dmuchawy na parkiecie, żeby ogrzać teren. Na parkiet zresztą nie wolno było wchodzić ze szkłem (bo mokro i ślisko byłoby zaraz na tej posadzce). Pamiętam jakieś detale, szczegóły z tego miejsca – wiem, jak wyglądał rozkład sali, jakie obowiązywały stroje, jak grali dje. To była dyskoteka a nie klub. To zresztą czasy, gdy w Warszawie dopiero rodziły się kluby, wcześniej były tylko dyskoteki. I właśnie Paradise było taką pierwszą dyskoteką gejowską z prawdziwego zdarzenia.
Potem pojawił się na horyzoncie Kokon. Nie mylić z krakowskim Coconem ;) Często złośliwie nazywany „gorszą Utopią”. Bo styl klubu był podobny – była selekcja, było wytworne wnętrze, było lekko snobistycznie. Muzycznie klub także starał się nadążać za Jasną 1 – z większymi lub mniejszymi sukcesami. W Kokonie bywaliśmy regularnie. Raz nawet udało mi się spędzić tam sylwestra. Tak więc związek z miejscem zdecydowanie był. Pamiętam zresztą, że ten sylwester zakończył się poznaniem chłopca, z którym całowaliśmy się jak szaleni w toalecie klubu. Potem nawet spał u mnie z raz czy dwa. Ale potem przestał się odzywać. Dziś widujemy się czasem w klubach i zawsze serdecznie się witamy.
Legendą pewną był bez wątpienia BarbieBar. To miejsce, które nie miało prawa się utrzymać na powierzchni. Przynajmniej z mojej perspektywy. Bardzo młody tłum nie mógł, jak mi się wydaje, zapewnić przetrwania. Za mało przynosili kasy, za dużo wypijali „pod ministerstwem” przed wejściem do klubu. Ale cośmy się tam wyszaleli, to nasze. Niby byłam tam Meblem (tak nazywano oficjalnie stałych bywalców), ale z racji tego, że nie piłam jeszcze wówczas prawie w ogóle alkoholu – nie należałam do towarzystwa Mebli. Cechą charakterystyczną tego miejsca było to, że nikt nie przejmował się tam etykietką pod tytułem „orientacja psychoseksualna”. Nie miało znaczenia, czy jesteś gejem, lesbijką, hetero czy bi. Wszyscy kochali tam wszystkich. A czasem i kochali się ze wszystkimi. Żartem obrosła już sytuacja, że pewne było, iż pojawienie się w jednym tygodniu osoby z mononukleozą (była to wówczas popularna przypadłość), gwarantowało, że tydzień później kilkanaście kolejnych osób, zarażonych nią, nie pojawi się w BarbieBarze. Pijackie całowanie się ze wszystkimi dokoła, tańczący na barze młodzi chłopcy, którzy zaskakująco bardzo chętnie pokazywali swoje brzuchy fotografom… To wszystko w połączeniu ze świetną muzyką (pozdrowienia dla dja Andesha, Mmikimausa i Lucasa) sprawiało, że każda impreza w BarbieBarze była szalonym doświadczeniem. Wejściem w jakąś bajkową rzeczywistość, która nie wiadomo skąd się nagle w centrum Warszawy znalazła.
O Utopii mogłabym pisać i pisać. To miejsce kształtowało mnie muzycznie, obyczajowo i społecznie – tak jak kształtowało całą Warszawę (i warszafkę, ma się rozumieć) przez wiele lat. Szczytowe, jak się zdaje, lata jej działalności przypadły na rok 2009 i 2010. Idealnie, bo właśnie w tym momencie muzyka house, która była od zawsze znakiem rozpoznawalnym miejsca, święciła największe triumfy – a zarazem nie trafiła jeszcze do mainstreamu, jak to ma dziś miejsce. Piękny wystrój, szalone imprezy, dzikie tłumy, wredny selekcjoner, obserwująca wszystko Królowa, specyficzne reguły, zasady, normy, aura tajemniczości, absolutnie wyjątkowi goście muzyczni… to wszystko i szereg innych czynników składały się na absolutną unikalność tego miejsca. Dlatego napisałam o niej pracę naukową. Dlatego też tak ważne dla mnie było to miejsce. Utopia była mekką, ale była też domem, była wychowawcą ale i przyjacielem. To wszystko na raz jest nie do opisania. Choć pewną próbę podjąłem po zamknięciu tego miejsca – zarówno na queer.pl jak i na tym blo. Nie mogę jednak nie wspomnieć o niej dzisiaj – gdy staram się podsumować krótko te 10 lat spędzonych w stolicy. Zniknięcie jej z Jasnej 1 było jednym z najsmutniejszych dni w historii mojego mieszkania tutaj oraz w historii clubbingu w Polsce. I wiem, co mówię. Wszak przeżyłam już w stolicy 1000 imprez.
A po jej zamknięciu pojawił się Glam (no, powstał chwilkę przed zamknięciem, ale popularność zyskał zaraz po tym wydarzeniu). Na początku zapowiadało się ciekawie. Nieco mrocznie, ale z kolorowym, błyskającym korytarzem. Muzycznie słabo, bo super-popowo, za to ciekawie wyglądała klientela (w sensie, że dużo młodych). Nastał wreszcie taki moment, że nie za bardzo jest alternatywa dla Glamu. Nie ma już gejowskich miejsc bez dark-roomów innych niż to. Poza tym i samo miejsce ewoluowało w czasie – stało się synonimem szalonej (nie koniecznie pozytywnie) zabawy, ale i miejscem, gdzie można dostać w twarz od lesbijki… Połączenie przepychającego się, palącego wszędzie tłumu z pijackimi uniesieniami miłosnymi osiemnastolatków wyginających wychudzone ciała na parkiecie. Zarazem jednak, chcąc nie chcąc, zadomowiłem się tam i teraz jestem już nie tylko jak mebel w BarbieBarze, ale i czasem stoję za barem, obsługując ludzi, gdy barmani akurat mają przerwę a ja dobry humor…
Oczywiście, były także inne miejsca – mniej istotne, mniej uczęszczane przeze mnie i moich bliskich – Galeria, 9ine, Capitol, De Lite, Bank, Confashion, Paprotka, Cinnamon, Discrete, Zoo, Room13 i dziesiątki innych, pomniejszych. Wszystkie one sprawiły, że moje życie przez ostatnie 10 lat było imprezą. I wymieniam tylko miejsca w Warszawie, choć wiadomo, że przez 1000 imprez, udało mi się także zaliczyć inne miasta. Berlin, Paryż, Budapeszt, Kijów, Oslo, Malmo, Kopenhaga, Londyn, Dublin, Montreal, Kolonia, Bruksela, Barcelona, Szczecin, Kraków, Łódź, Toruń, Lublin… – by wymienić te, które w tej chwili pamiętam. One wszystkie złożyły się na to, jaką jestem dziś osobą.

***

Ktoś powiedziałby: to dziwne, że aż tak przeżywasz imprezy.
Być może. Ale pamiętajcie, że np. to właśnie imprezowanie jest głównym miejscem topienia przeze mnie kasy. Jest też jedyną stałą rzeczą w moim życiu. Zmieniają się ludzie, którzy są koło mnie, zmieniają się postacie, jakie pojawiają się drugoplanowo, zmienia się sposób zarobkowania przeze mnie kasy i zmienia się mój status społeczny oraz moja waga. Nie zmienia się jedno – impreza. Ona jest wieczna, bo bez względu na czasy ludzie będą chcieli oddawać się hedonistycznej uciesze skakania w rytm basów.

Pamiętam taką sytuację, gdy moja przyjaciółka Gacek (złego słowa o niej nie powiem) spotykała się z pewnym chłopcem. Całkiem chyba zresztą przystojnym. Nie był on jednak fanem klubów, bo uważał je za siedlisko zła. I w którymś momencie, gdy znajomość mojej przyjaciółki zacieśniała się z nim bardziej, on postawił ultimatum: albo ja, albo impreza. Moja przyjaciółka, choć nie zawsze rozsądna, tym razem postąpiła prawidłowo. Wybrała to, co zapewnia jej większą stabilność, większą pewność trwania. Wybrała imprezę.

Najdłuższa zorganizowana przeze mnie impreza trwała 54 godziny. Druga w kolejności – która wyszła nieplanowana „na spontanie” – jakieś 32 godziny. Najwięcej w swoim mieszkaniu gościłam 37 osób jednej nocy. Najmniej wydałam na całonocną imprezę 0 zł. Te wszystkie jednak rekordy nie mają dziś znaczenia. Prawda jest taka, że wielu imprez nie pamiętam już po latach dokładnie – przebijają się z nich jakieś fragmenty, wyrywki, krótkie sytuacje, czy charakterystyczne wydarzenia. Ale cała impreza blednie i zlewa się z innymi, tworząc za to wspomnienie jednego, nieustającego, pulsującego, kolorowego ciągu imprezowego.

I na koniec jeszcze: oczywiście, że nocami dzieje się najwięcej niewłaściwych rzeczy. Ale kto powiedział, że noc jest od spania? „Nie, nie, proszę państwa, noc jest właśnie od niszczenia sobie życia. Od analiz, tego co było już i tak zanalizowane milion razy. Od wymyślania dialogów, na które i tak nigdy się nie odważymy. Noc jest od tworzenia wielkich planów, których i tak nie będziemy pamiętać rano. Noc jest od bólu głowy do mdłości, od wyśnionych miłości.” (Éric-Emmanuel Schmitt)

***

W piątek spotkam się z kilkudziesięcioma osobami, które przez te lata przewinęły się przez moje imprezy. Będzie to niewielki wycinek tych, którzy współtworzyli moje życie. Część z nich zniknęła całkiem. Część nie chce mieć ze mną kontaktu, a część się tego kontaktu wstydzi. Trudno, bo ja nie żałuję żadnej z tych znajomości. Cieszę się, że poznałem tak wspaniałych ludzi – nawet jeśli czasem dziś nie pamiętam już nawet jak się poznaliśmy, albo jak mają na imię…
Spotkamy się w Glam, bo chcę w ten sposób pokazać symbolicznie, jak zmienił się nasz świat przez ostatnie 10 lat. Świat imprez w Warszawie, ale i ogólnie życie w Warszawie. Nie bez znaczenia jest to, że większość tych osób, to środowiska LGBTQIA – najbliższe mi w ciągu minionych 1000 imprez świat LGBTQIA zmienił się także. Wydarzenie pod nazwą #1000party ma być delikatną tylko próbą podsumowania tego, co się zadziało ale i celebracji nadchodzących wydarzeń. Moim małym podziękowaniem dla (nie)obecnych i wyrazem nadziei, że zostaną ze mną jeszcze choć przez chwilkę.
Na specjalnie wygrodzonej przestrzeni będziemy mieć bifor, jakiego jeszcze nie przeżyliśmy. Około 1:30 przegroda zniknie i połączymy się z resztą osób przybywających do klubu. Bo przecież zawsze tak jest, że nadchodzi moment naszego przybycia, dołączenia, wmieszania się.
Chcę, żeby ten wieczór był jakoś wyjątkowy – stąd nietypowe miejsce biforowania, stąd papierowe zaproszenia, które goście otrzymali pocztą, stąd inne drobne niespodzianki (takie jak kubki z logo #1000party, okolicznościowe naklejki, set muzyczny, zdjęcia, pokaz slajdów i inne), stąd welcome drink dla każdej wchodzącej na #1000party osoby. Chcę też w ten sposób pokazać Wam, że jesteście dla mnie ważnymi osobami, że bez Was nie byłoby mnie tutaj w takiej postaci, w jakiej jestem.

***

Impreza jest moim życiem. Co do tego nie ma wątpliwości. Ale tylko dzięki znajomym, przyjaciołom i gościom, którzy przez te 10 lat przewinęli się przez moje życie, jest to najlepsza impreza, jaką mogłam sobie wymarzyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dlaczego nie obleję się kubłem wody z lodem

29 sie

Zostałam nominowana do #ALSIceBucketChallenge. O akcji, polegającej przede wszystkim na oblaniu się lodowatą wodą, wiedzą już chyba wszyscy. Z USA przywędrowała ona do Polski i zatacza tutaj coraz szersze kręgi.

Wiadro z lodem

Wiadro z lodem

Idea stojąca za zabawą jest prosta. Chodzi o zwórcenie uwagi na poważny problem zdrowotny, jakim jest stwardnienie zanikowe boczne. To „nieuleczalna, postępująca choroba neurodegeneracyjna, która prowadzi do niszczenia komórek rogów przednich rdzenia kręgowego, jąder nerwów czaszkowych rdzenia przedłużonego oraz neuronów drogi piramidowej, czyli wybiórczego uszkodzenia obwodowego (dolnego) i ośrodkowego (górnego) neuronu ruchowego” (wikipedia.pl). Ciężka, naprawdę straszna choroba, o której mówi się nadal za mało. Oblanie się lodowatą wodą ma pomóc nam wyobrazić sobie, jak czuje się osoba nią dotknięta: traci czucie stopniowo w całym ciele (podobnie jak porażone zimną wodą komórki nerwowe naszego ciała oblanego wodą). Czyli: jest zabawnie, ale stojąca za tym idea jest cenna i ważna. Na stwardnienie boczne zanikowe choruje od 2 do 4 na 100.000 osób w całej populacji.

Zabawa dawno już wymknęła się spod kontroli. Prawda jest taka, że dla wielu oblewających się wodą osób, jest to po prostu wyzwanie-zadanie. Zapominają o tym, że u początków tej akcji: (a) osoba, która się nie oblała, musiała przekazać jakąś-tam kwotę na fundację, od której wziął się pomysł oraz (b) nawet osoby, które się oblały, przekazywały jakąś dotację na rzecz walki z chorobą. Tak naprawdę jest to więc pokazowy sposób zwrócenia uwagi na to, że wspiera się finansowo jakąś kampanię.

To, że potem część osób postanowiła przekazywać kasę na inne fundacje i stowarzyszenia (w zamian lub łącznie ze wsparciem głównej idei), to już inna sprawa. Geneaologia idei jest jednak jasna. I finansowa. Podkreślam to, bo mam wrażenie, że większość durnowatych filmików w sieci nie przełożyła się, niestety, na wsparcie słusznej idei.

#ALSIceBucketChallenge dotarła wreszcie i do mnie. Dzięki Pawłowi, który mnie nominował, mogę powiedzieć, dlaczego NIE wesprę kampanii i dlaczego uważam, że nie warto.

Paweł nominuje mnie do #ALSIceBucketChallenge

Paweł nominuje mnie do #ALSIceBucketChallenge

Stwardnienie zanikowe boczne, to choroba typowo ludzka. Nie występuje u zwierząt. A, jak doskonale wiemy, cały w zasadzie przemysł farmaceutyczny opiera się na testowaniu rozwiązań na zwierzętach. Jeśli coś działa na nich (najczęściej: na szczurach), to jest duża szansa, że będzie działać u człowieka. Dopiero po fazie testów na zwierzętach (najczęściej!) przechodzi się do testowania leków na ludziach. Nie inaczej jest w przypadku stwardnienia zanikowego bocznego. Tutaj także dokonuje się szeregu testów na zwierzętach, by – taka jest nadzieja – znaleźć wreszcie lek na tę straszną chorobę.

O czym jednak się często zapomina, to fakt, że u zwierząt trzeba sztucznie wywołać chorobę podobną do stwardnienia zanikowego bocznego, ponieważ jest to – co podkreślałam – choroba typowo ludzka. Badacze podkreślają, że nawet sztucznie wywoływana podobna do stwardnienia zanikowego bocznego choroba zwierzęca tylko w niewielkim stopniu przypomina właściwe ludzkie schorzenie. Co więcej, ilość pieniędzy, jaką przeznacza się na wywoływanie pseudo-choroby u zwierząt jest ogromna i stanowi wielką część zebranych funduszy (zwraca na to uwagę m.in. neurolożka Aysha Akhtar tutaj). Dekady badań i okrutnych eksperymentów na zwierzętach nie pozwoliły nam odkryć lekarstwa na chorobę. Ba! Nie pozwoliły nawet znaleźć kuracji, która powstrzymałaby jej rozwój. Mówiąc krótko: są nieskuteczne i niepotrzebnie okrutne. Żeby zacytować Akhatar: stare powiedzenie mówi – jeśli stoisz w dołku, przestań kopać.

Dlatego właśnie nie wesprę amerykańskiej fundacji i nie zdecyduję się przekazać pieniędzy na podobne polskie organizacje, zajmujące się poszukiwaniem leków na stwardnienie zanikowe boczne. Ani nie obleję się wodą.

(Dodatkowo warto zwrócić uwagę na OGROMNE ilości marnowanej w ten sposób wody pitnej… Ale to superważny temat, który zasługiwałby na osobny tekst.)

Żeby jednak nie było, że jestem sknerą i tak dalej, przekazuję 500 zł na Fundację Wolontariat Równości. Cel szczytny, służący także osobom z niepełnosprawnością jak i zwierzętom zarazem. I dlatego wolę przelać kasę na to konto.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm