Dawniej piłam mniej, to fakt. I w zasadzie nie wiem czemu piję teraz więcej. To nie jest tak, że potrzebuję wódki, żeby śmielszą być (to chyba oczywiste). Nie jest też tak, że chcę o czymś zapomnieć, mam jakąś traumę czy coś takiego. Nie potrzebuję alkoholu jako wymówki, że zrobię coś głupiego/szalonego. To robię dość często na trzeźwo.
Więc nie wiem czemu piję. Jasne, lubię to. Lubię ten stan, gdy brzydota świata nie przeszkadza, marna muzyka w klubie nie wkurwia, chłopcy dokoła są jeszcze ładniejsi i w głowie się delikatnie kręci. Lubię, bo nie ma co udawać, że jest inaczej. Przecież właśnie po to wynaleziono alkohol, prawda?
Lubię też się czasem sponiewierać. Tak całkiem. Żeby mi się film urwał. Żeby krzyczeć przy barze. Żeby wywrócić się w tańcu na znajomego. Bardzo rzadko mam możliwość aż takiego pofolgowania sobie (niestety), ale czasem to lubię. Dużym minusem dla mnie w sumie jest to, że nie miewam kaca. Takiego kaca, o jakim mi opowiadają inni. Ja raczej wstaję, piję szklankę wody i mogę żyć normalnie dalej. Nawet jeśli sen trwał tylko 3 czy 4 godziny a teraz muszę poprowadzić warsztaty dla grupy nastolatków. Mówię, że to minus dla mnie, bo może kac powstrzymywałby mnie skuteczniej przed piciem.
Doszło do tego, że w najbliższą niedzielę organizuję… AlkoOlimpiadę. Damian M., Marta K. i ja ścieramy się w konkurencji kto wypije więcej. Są już opracowane nawet zasady (m.in. szot co 15 minut, dodatkowy raz na godzinę, popijanie drynkiem i takie tam…) a także zestaw dopingu dozwolonego (np. woda, gazowane napoje bez cukru itp.) oraz zabronionego (m.in. jedzenie, spanie itd.). O ile sam pomysł jest w zasadzie zabawny o tyle jak na to spojrzeć z boku… boże, jak to się stało, że się umawiam na takie konkurencje. Tylko dlatego, że wiem, że mam szansę wygrać! Dziwne to wszystko.
Spotkałam się ostatnio z Kubutkiem. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach ale i na wódkę nam jakoś zeszło. Wiadomo, rzecz ważna. I tak od słowa do słowa zaproponowałam mu małą zabawę. Zabawę w nie-picie. Kto dłużej wytrzyma bez alkoholu. Ruszymy jakoś pod koniec stycznia – już po urodzinach fotobloga oraz po powrocie Kubutka skądś-tam. Chodzi o sprawdzenie czy potrafimy i jak długo. Wydaje mi się, że 4-6 tygodni powinno to potrwać, choć mam nadzieję, że wytrzymamy dłużej.
Kubutek podczas spotkania opowiadał mi oczywiście też o innych sprawach. A ja mam taki wniosek z dyskusji, że to wszystko nasza wina. Że piszemy sobie w głowie scenariusze naszego zachowania i potem je realizujemy. I gdy mówimy „Ja wiedziałem, że tak zareaguję, gdy to się stanie” to oznacza nie mniej, nie więcej jak właśnie to, że naprawdę wiedzieliśmy, bośmy sami to zaplanowali. Mamy w naszych głowach gotowe reakcje na różne sprawy. I wystarczy je zmienić, by zmieniło się nasze zachowanie. Wiem, wiem, to nie takie proste. Nie wystarczy powiedzieć sobie: „dobra, teraz będę reagować inaczej”, tylko trzeba dokonać w sobie autentycznej przemiany nastawienia. Jednakże sam fakt, że wiemy, że istnieją takie scenariusze i że my jesteśmy ich autorami, daje jednak nadzieję na to, że będzie lepiej, prawda?
Nie będzie natomiast lepiej na pewno jeśli idzie o imprezy w Warszawie. Wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej. Już nic się nie dzieje. Nie ma nawet udawanych „dużych imprez”. Nic a nic. Cisza na mieście. A jest w sumie już karnawał! To właśnie dlatego wylądowałam w Glam. I to trzy dni z rzędu… Wiem, wiem, co chcecie powiedzieć. Tak to krytykuję a potem tam idę. W czwartek przed Trzech Króli wylądowałam tam w zasadzie z własnej woli. Nic się nie działo, mało ludzi na mieście, ulice pustoszały. Więc pomyślałam, że to dobra okazja, żeby tam się wybrać. Pomysł okazał się o tyle dobry, że byłam świadkiem zawalania się Glamu. A dokładniej: korytarza. Tego świecącego, migającego tunelu, który kiedyś wydawał się być znakiem rozpoznawczym klubu. Już nie jest. Szkoda w sumie, bo to było coś, co – gdy jeszcze istniało i nie było zdewastowane – było fajnym pomysłem na to miejsce.
Ale i w Glam wiedzieli, że niewiele się tej nocy przydarzy. Ludzi było mało w sumie, bar otwarty tylko jeden… bez szału. Gorzej było w piątek. Tym razem Gacek mnie zmusił. Stwierdził, że nie może iść do żadnego heter-miejsca, bo ma dzisiaj potrzebę na imprezę z pedałami. Ja to rozumiem, więc uległam. I już mogłam pożałować. Raz, że znów za dużo wydałam kasy a dwa, że niewiele się działo w sumie. Gacek prawie poderwał jednego takiego ładnego chłopca, ale potem on mu uciekł. Sobota zaś była fatalnym już pomysłem. Byliśmy najpierw u Gasispyrki na niby-parapetówce i się okazało, że nikt nie chce ze mną do Toro jechać. Plan był wcześniej ustalony i był dobry – Toro. A tutaj się okazuje, że część chce jechać do Hunters (a tam nie bywam) a część do Glam. I musiałabym sama do Toro jechać a to nie jest najlepszy pomysł. Więc Glam, trudno.
W środku spotkała mnie sytuacja, jakiej jeszcze nie miałam. Pijana jakaś dziewczyna stwierdziła, że muszę z nią zatańczyć. Podziękowałam i powiedziałam, że nie, bo właśnie idę do baru. Kulturalnie, grzecznie. Ona stanęła mi na drodze i stwierdziła, że muszę z nią zatańczyć. Potem powiedziała, że jest oblana piwem i jak się nie zgodzę, to zaraz się na mnie rzuci, żebym i ja była mokra… To świadczyło o tym, że nie była aż tak pijana – ogarniała sytuację. Nie miałam jednak ochoty tańczyć z jakąś obcą, mokrą kobietą. Zaczęła na mnie napierać i się ze mną szarpać. Chora sytuacja. Nie wiedziałam, co zrobić, bo wkoło nikogo znajomego. Wycofałam się do bezpiecznej pozycji i ignorowałam ją. Byłam trochę zasłonięta barem. Mogłabym wezwać ochronę czy coś, ale to raczej niemożliwe bez przejścia koło niej. Nie da się też przez ten tłum uciec po prostu. Poza tym, no bez przesady, nie będę uciekać! Ja ją ignoruję, ona cały czas stoi koło mnie i gada o tym, że muszę z nią zatańczyć i że wówczas da mi spokój. Uczono mnie, że z szantażystami się nie negocjuje.
Podejście do baru było dobrym pomysłem. Gadając do mnie, dziewczyna zajęła się zlewaniem piw pozostawionych przy barze do jednego kufla, który potem zaczęła opróżniać. I poszła dalej, wzdłuż baru. I wówczas mogłam wyjść z części tanecznej klubu. Bogu dzięki. To była naprawdę nieprzyjemna sytuacja.
A picie zlewek po innych czy też w ogóle od innych – poza tym że jest obrzydliwe – jest naprawdę niebezpieczne. I nie rozumiem jak ludzie mogą to robić. Ja wiem, jest duszno, jest gorąco, chce się pić a kolejka za duża albo portfel pusty. Rozumiem to, naprawdę. No ale to się idzie do zlewu wody napić! Przecież nie wiecie kto to pił przed wami, co ma i czym możecie się zarazić. I ja nie żartuję, kiedy mówię to Wam, gdy chcecie ode mnie się napić. Ja naprawdę jestem zakaźna. Picie wody z kranu jest bezpieczniejsze. Ale – i to ważna uwaga – kran ten musi działać. A w Glam w sobotę nie działały łazienki znów. Bo wywaliło. I trzeba było sikać na zewnątrz plus plan z piciem wody z kranu nie działał…
Plusem wizyty w Glam było spotkanie Grzesia. W zasadzie dziwne, że to piszę, bo ostentacyjnie w zasadzie go ignorowałam i omijałam… Nie bez powodu. Wiedziałam, że to dobry pomysł na rozpoczęcie z nim rozmowy potem. Chodziło mi o to, by zobaczył, jak ja się czuję ignorowana przez niego. Plan wypalił. Odezwałam się potem SMSem. Potem on odpisał. I tak się potoczyło. Zadzwonił nawet do mnie w końcu, co mnie zaskoczyło, przyznaję. Generalnie jest na razie wstępny plan, że się zobaczyć mamy w tym tygodniu. Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale niech będzie. Spotkajmy się.
*
A cofając się nieco w czasie… Sylwestra spędziłam jak zwykle. Na seksczacie. Mówcie, co chcecie – dla mnie to już tradycja. Było miło. Oczywiście, miałam wino i było naprawdę sympatycznie. Jakkolwiek dla Was to dziwnie nie zabrzmi ;) Poszłam spać chyba jakoś koło 6, jeśli nie później. I, ma się rozumieć, poznałam wielu młodych chłopców tej nocy.
A potem zaczął się normalny tydzień. Najpierw posiedzenie komisji ds. Krajowych Ram Kwalifikacji. Strasznie ciężka robota. Spędziliśmy na tym chyba z 6 godzin. A potem jeszcze miałam dyżur swój w Instytucie Socjologii UW. Dobrze, że ktokolwiek na dyżur ów przyszedł, to przynajmniej na marne nie siedziałam. Lada moment zacznę zajęcia na Uniwersytecie Otwartym UW i właśnie w poniedziałki od 18 do 19:30 będą trwać. Ciekawe, jak to wyjdzie… Jeszcze są wolne miejsca, więc zapraszam jakby co! Na www.uo.uw.edu.pl znajdziecie komplet informacji. Zajęcia nazywają się „Płeć i gender. Interdyscyplinarne wprowadzenie do tematyki”.
W zasadzie każdego dnia mam jakąś taką akademicką rzecz. We wtorek: posiedzenie Rady Samorządu Doktorantów UW. Jako że delegatem Instytutu Socjologii UW jestem, to się zjawić musiałem. Wybory Przewodniczącego Zarządu Samorządu Doktorantów UW były dodatkowym powodem, by nie ominąć tegoż posiedzenia. Wybraliśmy obecnego przewodniczącego. Podczas krótkiej „debaty” z kandydatem zapytałem go m.in. o wypełnienie wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w zakresie udzielenia informacji publicznej oraz zwrotu kosztów postępowania sądowego. Obiecał, że się zajmie zwrotem. Zaś jeśli idzie o informacje, to wszelkie już mam i on więcej nie ma. W ten sposób potwierdza, że tych dokumentów brakuje. Ale to nie wina jego tylko byłego przewodniczącego. Podoba mi się natomiast to, że wyrywa się coraz skuteczniej spod skrzydeł swojego protektora i pozwala sobie nie dopuścić go do głosu. Dawniej na coś takiego sobie nie pozwalał. Ciekawe.
W środę – krótka sprawa – pierwsze posiedzenie Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW. Tak, jestem jego członkiem. Wybór przewodniczącego okazał się być o tyle zabawny, że spośród 5 osób będących członkami Sądu, aż 4 startowały na to miejsce. Wiadomo, że nikt nie uzyska bezwzględnej większości. Więc drugie głosowanie, w którym startują znów wszyscy. Ale tym razem żarty się skończyły i wygrał ten, który miał wygrać – namaszczony przez Nową Koalicję. I poszło.
W czwartek – spotkanie w sprawie Tygodnia Równości. Nasze plany wobec tego wydarzenia się krystalizują. Lada moment będziemy działać celem finiszowania etapu planowania i przejścia do realizacji. Póki co jednak, zebraliśmy się, by zacząć działać. Teraz bierzemy się za wycenę. Chcemy zobaczyć ile będzie nas to kosztować.
Piątek był wolny od spotkań akademickich, bo był generalnie wolnym dniem.
Udało mi się w tym tygodniu zobaczyć Marcinka. To nasze pierwsze widzenie się od bardzo dawna. On teraz zapracowany i zajęty planowaniem swojego nowego życia – życia w gastronomii. Niech się mu tam wiedzie, jeśli naprawdę to lubi. A mam wrażenie, że tak. Zawsze z wielką pasją opowiada o wszystkim, co związane z restauracją jego, restauracjami w ogóle i jedzeniem. Ja lubię jeść za to (widać to ewidentnie) i dzięki temu w tym temacie się dogadujemy.
Rozmawialiśmy też o jego studiach. Nie skacze z radości, ale to mnie nie dziwi. Jednak zaoczne studia to trochę inna specyfika, inaczej się na nich pracuje i żyje. On nie wiąże życia z nauką, więc i motywację ma inną niż ja miałam. Naprawdę to rozumiem.
Ważnym wydarzeniem dla mnie był wyjazd do sklepu na zakupy. Udało mi się zmusić się do tego po 14 miesiącach. Ja naprawdę nie lubię zakupów. Wypad do Factory Ursus okazał się jednak udany. Towarzyszył mi Michał, który doradzał i odradzał. Minusem jest to, że nie kupiłam spodni żadnych tak jak i bielizny. Ze spodniami jest o tyle problem, że jestem grubą świnią i w każdych wydaje mi się, że źle wyglądam. Wstrzymam się więc z zakupem. Nie wiem jak, ale jakoś wytrzymam do końca stycznia. Potem dieta. Tak na poważnie. Niemniej, zakupy udane. Mimo małej awantury z tępą kierowniczką Vero Mody.
*
Ostatnio jeden chłopiec podszedł do mnie i powiedział mi, że nasze spotkanie pierwszy raz było dla niego bardzo ważne. (A było to dobre kilka lat temu i działo się w Utopii.) Podeszłam wówczas do niego i jakoś tam zagadałam. Wzięłam go na VIPa, żeby tam pogadać na spokojnie. I gdy stanęliśmy przy barze, zadałam mu pierwsze pytanie: „No dobra, to teraz mi powiedz… Czemu taki ładny młody chłopiec jest tak strasznie zaćpany?” Zaczął oczywiście wówczas zaprzeczać, że nie, że wcale nie jest, że on nigdy w zasadzie… Powiedziałam mu wówczas, żeby jednak poszedł, bo nie chcę z nim rozmawiać.
I właśnie przypomniał mi tę historię i wyznał, że ona była dla niego ważna, bo teraz w zasadzie w ogóle nie ćpa już. Nie wiem na ile to prawda, ale miło było to usłyszeć.
Tagi: grześ, uniwersytet warszawski, uniwersytet otwarty, glam
Jej Perfekcyjność 2012-01-09 | 01:34:43
skomentuj (5)
Żeby napisać tę blotkę, musiałam zrobić sobie plan pracy. Wiem, że dawno nie pisałam i też mnie to wkurwia. Ale nic na to nie poradzę. Po prostu grudzień okazał się być dużo bardziej pracowity niż myślałam. Brakuje mi jednak tego nawyku pisania kilka razy w tygodniu, który miałam dawniej. Postanowienie noworoczne: spróbować znów go wyrobić. Obiecuję. A tym razem podejdę do sprawy ze sprytem – będę pisać tematycznie, zaznaczając na początku o czym mowa. Bo wiem, że będzie tego dużo a większość z Was interesuje tylko jedna dziedzina, więc Wam będzie łatwiej czytać a mnie będzie łatwiej pozbierać myśli do kupy i nie pominąć dużej porcji informacji. Jedziemy.
Działalność samorządowa
Zacznę od tego, że nie jestem Marszałkiem Parlamentu Studentów UW. W wyborach przegrałam co prawda nieznacznie, ale jednak. Moj kontrkandydat (Adrian) wygrał na tyle nieznacznie, że nieistniejąca formalnie ale faktycznie koalicja się trochę wystraszyła. I dobrze. Oczywiście, że jestem kandydatem lepszym, z większym doświadczeniem, większym zapałem i kompetencjami. Nie mówię takich rzeczy, gdy nie mam 100 proc. pewności, że tak jest. Adrian to świeżak. Wybrany z powodów politycznych i rozgrywek miedzy wydziałami (pochodzi z Wydziału Prawa i Administracji). Co więcej, w kuluarach zapowiedział już, że Marszałkiem chce być tylko do stycznia, żeby w CV wpisać sobie, że funkcję tę pełnił w latach 2011-2012. Smutne to w sumie. I oczywiste jest, że wystartuję, gdy on zrzeknie się tej funkcji. Popełnia masę głupich błędów, które dziwią z racji tego, że studiuje prawo. Na przykład przy głosowaniu aklamacyjnym pyta czy ktoś się wstrzymał. Totalnie bez sensu. Jest też całkowicie uzależniony od woli Przewodniczącego Zarządu Samorządu Studentów UW. Za każdym razem jak jest jakieś zamieszanie, nie wie co zrobić, to patrzy na Piotra, by ten wskazał mu co robić. To nawet zabawne. Ale w powiązaniu te wszystkie informacje dają dość smutny obraz jakości pracy całego Parlamentu Studentów UW. Ostatnio, bo miałam zły humor, poprosiłam go o kopie wszystkich uchwał, jakie podjął PS UW. Dostarczył mi je następnego dnia (stawiam, że miał przez to pracowitą noc...) ale już na pierwszy rzut oka widzę, że brakuje tam pewnych rzeczy. Po Świętach zajmę się tym dokładniej.
Nie ma łatwo opozycja (nieistniejąca formalnie ale faktycznie). W tym i ja. Przy głosowaniu jednej z ważniejszych rzeczy, czyli przedstawicieli studentów w Komisjach Senatu UW padła propozycja, by nie zadawać pytań kandydat(k)om. Dość szokujące, prawdę mówiąc. Ale koalicja, jak to koalicja, przegłosowała, co chciała. Więc w ramach protestu postanowiliśmy opuścić salę posiedzeń. Dzięki temu zerwano quorum i nie można było tych kandydatur przegłosować. To działanie skrajne, oburzające i opóźniające prace PS UW. Wiem to. Stąd i decyzja nie była łatwa do podjęcia i długo się nad nią zastanawialiśmy. To jednak był jedyny sposób, by pokazać, że mimo deklaracji koalicyjnych, nie słucha się głosu innych, nie szanuje się innych osób i że się na tło nie zgadzamy. Poskutkowało, bo raz że zaczęła się potem dyskusja na ten temat a dwa, że następnym razem już tego kroku nie powtórzono. Czyli udało się. Szkoda, że do tak oczywistych rzeczy musimy dochodzić tak drastycznymi metodami. Posiedzenia PS UW i tak trwają długo (kończą się o 2-3 nad ranem...). Ale są rzeczy ważniejsze od naszego czasu. Przynajmniej ja tak uważam. A argument „nie róbmy dyskusji tylko kończmy wcześniej” jest w moich oczach kompromitujący. Jak nie masz czasu, ok – wyjdź z sali i już. A ja nie podoba ci się, że czasem trzeba zarwać pół nocy, ok – zrezygnuj z mandatu posła. Proste. To najważniejszy organ samorządu studenckiego, więc nie ma tutaj czasu i miejsca na fuszerkę.
Się mi ciśnienie podniosło.
Moja działalność kwitnie jednak. Poza tym, że wybrano mnie na członkinię Odwoławczego Sądu Koleżeńskiego Samorządu Studentów UW (OSK SS UW), czyli organu, który nigdy w historii się nie zebrał, zostałam także delegowana do kilku innych rzeczy. Jako przedstawicielka studentów wylądowałam w Komisji Wyborczej Instytutu Ameryk i Europy UW, czyli organu, który w tym roku przeprowadzi wybory władz tegoż instytutu jak i np. dyrektora OSA UW. Działanie komisji mi się nie spodobało (próba bezprawnego podjęcia uchwały w trybie obiegowym), więc zaproponowano mi funkcję Przewodniczącej komisji. Nie zdarza się, by student/doktorant taką funkcję sprawował, więc dla przyzwoitości nie zgodziłam się (choć formalnie nic nie stoi na przeszkodzie). Zostałam wiceszefową. Zaszczytnie.
Z kolei Rada Instytutu Socjologii UW delegowała mnie na doktoranckiego członka Komisji Doktoranckiej IS UW. To ważne, bo chyba właśnie ten organ pracować będzie nad zmianą programu studiów zgodnie z wymogami Krajowych Ram Kwalifikacji. Do zajmowania się nimi w odniesieniu do studiów pierwszego i drugiego stopnia delegowała mnie zresztą Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW, umieszczając mnie w odpowiedniej komisji. Więc ja widać, działam.
Próbuję także robić coś bardziej odczuwalnego dla studentów/studentek. Stąd też moja próba podjęcia działalności w Komisji Kultury ZSS UW. Okazuje się, że to nie takie łatwe. Bo trzeba przejść rekrutację! Tak, tak, nie ma, że ten tego. Najpierw CV i list motywacyjny a potem jeszcze zadanie rekrutacyjne. Wszystko robię wzorowo i na czas. Zależy mi na tym, by w ramach Komisji zorganizować koncert dubstepowy i imprezę juwenaliową skierowaną do osób LGBTQ. Więc się staram bardzo. Na razie idzie mi chyba nieźle. Nawet na tzw. Czwartki z Kulturą przygotowałam propozycję pokazów filmowych o tematyce LGBTQ. Niech się dzieje.
No i Raport Studencki. W tym roku robi go Komisja Dydaktyczna ZSS UW. No, niech będzie. Mi w sumie bez różnicy, ale... no właśnie... Ale. Okazuje się, że nie da się tak łatwo. O ile uczestniczę dzielnie w pracach Komisji, wysyłam wszystko na czas, przychodzą na spotkania (na jednym mnie nie było) to jednak za mało. Dziś dotarła do mnie wiadomość, że jednak cześć dotycząca dyskryminacji wśród osób studiujących na UW nie znajdzie się w Raporcie. Podobnie jak jeszcze jednak część – na temat jedzenia. Szef komisji chce się skupić na kwestiach dydaktycznych i stąd inne odpadają.
Projekt badania jest naprawdę dobry. Nie da się do niego przyczepić, prawdę mówiąc. Część ilościowa, część jakościowa, kwotowo-losowy dobór próby i w ogóle konsultacje szerokie... Do niczego metodologicznie nie da się przyczepić.
Czemu więc w Raporcie nie będzie tej części? Chcę wierzyć, że fakt, iż szef Komisji (osoba odpowiedzialna za cały Raport) jest aktywnym działaczem Krucjaty Młodzi w Życiu Publicznym nie ma na to wpływu. Oraz że brał udział w proteście np. przeciw odmowie organizacji konferencji z pseudonaukowcem Cameronem i że to też nie ma wpływu...
Doktoranckość
Czas opowiedzieć coś niecoś o studiach III stopnia. Po pierwsze, mam za sobą kilka wyborów, które udało mi się skutecznie przeprowadzić jako członkowi Komisji Wyborczej Doktorantów UW. Poszło raczej łatwo, wszystko ogarnięte. Jedynie na Wydziale Geologii nie wyszło, bo... Nie pojawili się ludzie. No nic, trudno. Może za jakiś czas ponowimy. Przeprowadziłam też wybory m.in. w Instytucie Filozofii UW. Było o tyle śmiesznie, że oczywiście tylko filozofowie mogli zrobić sobie z takiego wydarzenia powód do filozoficznej zabawy. Pomijając fakt, że wszystko działo się na korytarzu (nie wskazali sali, więc przed dziekanatem się zebraliśmy), to dodatkowo mieli transparent i panowała tam atmosfera szczególnego zainteresowania samymi wyborami. Na transparencie napis: „ludzie, błogosław króla!". Nie od dziś panuje przekonanie, że aby być doktorem filozofii, trzeba jednak mieć nierówno pod sufitem... Ja jednak byłam pod wrażeniem całego zamieszania. Szkoda, że inni tak nie przeżywają swoich wyborów. Wspieram to!
Świadkiem wydarzenia był Marcinek, który akurat próbował się dostać do biblioteki wydziałowej przechodząc obok nas. Nie udało mu się, bo wymieniali w niej okna i była zamknięta.
Problemem jest oczywiście to, że nie ma przepisów regulujących kwestie wyboru przedstawicieli do rad jednostek niebędących wydziałami. Nie wiemy, kto ma nas reprezentować w radach instytutów itp. Nikt tego nie chce ruszać, bo to dodatkowa robota. Ale bez obaw, ja się tym po Świętach zajmę. Mam pewien pomysł i jest szansa, że Komisja go przyjmie. Wbrew pozorom, nie pracuje się z nimi tak źle. Co prawda sama przewodnicząca skarżyła mi się na niektórych z nich (pochodzących z tego samego klucza, co ona...) ale jakoś udaje się nam ten wózek pchać. I chyba żadnych protestów nie będzie, na szczęście. Regulamin, według którego działamy jest tak kiepski, że szkoda gadać. Daje możliwość złożenia protestu każdemu studentowi na każde wybory w pojedynkę. Nie ważne, czy to u niego w jednostce, czy był na nic itd. Co więcej, daje możliwość złożenia protestu na wybory, które przeprowadza sama Rada Samorządu Doktorantów UW do Komisji Rewizyjnej, która owej radzie podlega... Totalna głupota. No, ale jak już kiedyś wspominałam... przez współpracę w ramach samorządu doktoranckiego mam raczej niskie mniemanie o poziomie absolwentów Wydziału Prawa i Administracji UW a to jeden z nic jest autorem tegoż Regulaminu...
W tak zwanym międzyczasie mnie wybrano na członka Wydziałowej Rady Doktorantów Instytutu Socjologii UW (wiem, że jest sprzeczność w tej nazwie, skoro rada jest wydziałowa a jednak instytutu...). Zaszczyt olbrzymi, tym bardziej, że mnie na tych wyborach osobiście nie było (bom robiła wybory w innej jednostce w tym czasie...). Niemniej, udało się. Mieliśmy tez pierwsze już spotkania. Na pierwszym w ogóle wybrano mnie na Delegata do Rady Samorządu Doktorantów UW. Na tym mi zależało, bo mogę teraz formalnie zabierać tam głos i brać udział w głosowaniach. To ważne. Monopol, jaki tam panuje nie jest dobry. Tym bardziej, że jest to monopol „innym nie zależy, więc róbmy, co tam sobie chcemy". O nie, nie. Ja ta łatwo się nie dam.
Tak jak nie daje się Seweryn. Jego bezprawnie ciągnąca się sprawa przed Komisją Dyscyplinarną może wreszcie ujrzy koniec szczęśliwy. To, ile przepisów prawa złamano przy niej jest ciekawym przykładem tego ja działają prawnicy w Polsce. Bo to głównie oni decydują o tym, co się w owej komisji dzieje. Masakra. Nie mam czasu, miejsca, interesu ani zgody, by zdradzać szczegóły, ale powiem tylko, że gdy myślałam, że słabym ogniwem jest sekretarka komisji (którą przeniesiono na to stanowisko po serii skarg na jej niekompetencję w poprzednim miejscu pracy na UW...), byłam w błędzie. Ona doskonale wpisuje się w działania całej komisji, w tym osób, od których wymagać można kompetencji, prawnego obycia i w ogóle... Ale nie. Jest naprawdę, naprawdę źle. Najpewniej, jeśli tak wyglądały wszystkie sprawy na UW, łącznie z tymi, które zakończyły się wyrzuceniem ze studiów, to jest to poważna sprawa, którą każdy sąd administracyjny rozwiąże na niekorzyść uczelni. I wiem, co mówię.
Doktoranckość to także zajęcia. Na szczęście mam ich mało. W przyszłym semestrze muszę pochodzić na te, które za często opuszczałam w ubiegłym roku i w zasadzie będzie to koniec obowiązkowych zajęć na doktoracie. Ale trzeba jeszcze napisać ów doktorat. A z tym nie tak łatwo... Jeśli nie otworzę przewodu gdzieś do maja 2012 to mnie wyjebią ze studiów. Na razie nie ma nic napisane, ale jestem w momencie dla mnie przełomowym, który powinien zaowocować wkrótce czymś istotnym. Mam perspektywę performance studies, która wydaje mi się właściwa i płodna. Dlatego ważny był dla mnie niedawny wykład Jacka Kochanowskiego w Instytucie Teatralnym. Wiele miał mi dać i chyba dał. Dodatkowo książki, które mam i których wciąż mi przybywa – to ważna rzecz.
Do otwarcia przewodu potrzebuję minimum 22 stron tekstu, plus koncepcja dalszej pracy. I wierzę, że uda mi się na czas. Musi. Na razie nie mam deadline'u na gardle, więc sobie pozwalam na inne rzeczy. Ale gdy nadejdzie moment, usiądę i zrobię to.
Studiowanie
Przyznaję się bez bicia, że mało chodzę na zajęcia. Za mało. Nie będę się tłumaczyć z tego. Mam tylko nadzieję, że uda mi się sesję zdać. Trudny będzie najpewniej egzamin z History of Philosophy. Jeden ustny. Reszta do napisania, więc mam nadzieję dać radę. To wszystko oczywiście nie oznacza, że mnie na OSA UW nie ma. Wręcz przeciwnie – ostatnio na przykład poprowadziłam aukcję świąteczną. Nie było tego w planie. Miał to robić kto inny. Ale ów ktoś był na mocnym kacu i padło na mnie. Zgodziłam się, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że muszę to prowadzić... po angielsku. Jak jest po angielsku „po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, sprzedano!”? Eh, ale jakoś dałam radę i ponoć nie było tak źle... No nie wiem. Wiem, że wyszło jakoś i że wszystko udało się sprzedać.
W ogóle te wigilijne spotkania są teraz w masakrycznych ilościach organizowane. Ja sama zaliczyłam 8. Najhuczniejsza? Samorządowa! W sensie, że całego samorządu studenckiego. Raz, że w Piwnicy pod Harendą, dwa że z open barem. Szaleństwo się działo. Ja byłam po trudnym weekendzie i w trakcie ważnej pracy, więc nie szalałam. W ogóle na tych wigiliach się oszczędzam. Jakieś resztki diety chcę jednak zachować. Poza tym w tym roku nie dzielę się już opłatkiem. Tak jak rok temu w domu rodzinnym, tak i teraz nie chcę. Nie będę nadużywać rytuału religijnego, z którym poza faktem, że kiedyś go praktykowałam, nic mnie nie łączy. I ta jak rok temu rodzina to ciężko przyjęła, tak i w tym roku niektórzy byli zdziwieni. Ale nie przejmuję się tym.
No i niedługo będę prowadzić zajęcia!
Zgłosiłam dwie propozycje do Uniwersytetu Otwartego UW. Jedna to wstęp do queer, druga to podstawy gender/sex. Pierwsze, co mnie nie dziwi, odpadły. Spodziewałam się, dlatego zgłosiłam dwie propozycje. Druga przeszła. Zapisy na „Płeć i gender. Interdyscyplinarne wprowadzenie” trwają. Zapraszam was! Czego jednak się nie spodziewałam, to że jak napiszę na facebooku, że jedne moje zajęcia odrzucili, to zaraz się tym prasa zacznie interesować. Ponoć cztery godziny później rozdzwoniły się u nich telefony. No cóż... To nie moja wina. Niemniej, zapraszam na te zajęcia, które jednak będą!
A ja ktoś studiuje na UW, to zapraszam na moje translatorium „Radical texts” w drugim semestrze. Ponoć oguny są już zapełnione, ale studenci i studentki z Instytutu Socjologii UW na pewno mogą się niedługo zapisać.
Na koniec dwie ciekawostki. Pierwsza: nadal jestem formalnie studentką Wydziału Polonistyki UW. Ciekawe, kiedy mnie skreślą? Druga: od 1 stycznia 2012 doktoranci będą mieć zniżkę w PKP jak studenci – 51 proc. Fajnie! :)
Kołując
Czyli prowadząc koła naukowe. Wiele się dzieje. O niektórych rzeczach już w zasadzie powiedziałam. Badanie nt. dyskryminacji na UW miało być bowiem dziełem Queer UW. Nie wiem jak nam dalej to pójdzie. Wiem, że generalnie jest trochę zamieszania w kole, bo część osób nie może się w nim odnaleźć. Chcę im pomóc, ale dopóki samodzielnie nie przyjdą z tym do mnie, to nie chcę na siłę zmuszać. Więc czekam i zachęcam.
Ostatnio udało się nam współorganizować konferencję naukowa nt. strategii przeciwdziałania dyskryminacji w szkolnictwie wyższym. Temat ważny. Zaproszono mnie do wystąpienia z informacją na temat naszego ubiegłorocznego raportu. Nie ukrywam, że ten raport mnie już nie jara tak bardzo – za wiele razy już o nim mówiłam, żeby mnie ruszał. Staram się jednak wykrzesać z niego, co się da. Dlatego Adrian piszący o tym do naszego pokonferencyjnego tomu (po czerwcowej konfie) napisał tekst nieco inaczej – według mojego pomysłu porównania pewnych wyników. To możemy z tym dalej robić.
Czeka nas jeszcze w maju konferencja na temat queer w kulturach muzułmańskich. Zapowiada się ciekawie, bo to temat dla mnie zupełnie prawie obcy – chcę się nauczyć czegoś na ten temat. To dobra strategia – chcesz coś wiedzieć, zorganizuj konferencję na ten temat :) Będą fajni eksperci, liczę na wysoki poziom.
No i Queer UW też miało swoje spotkanie około noworoczne! Całkiem fajnie wyszło!
Ponieważ mam jeszcze jedno koło zajmujące się mediami i dziennikarstwem, zastanawiam się czy czegoś łączonego na styku z queer nie zrobić. Idea się rodzi powoli, ale się rodzi.
Ostatnio w zadzie te dwa tematy połączyłam. Zjazd Wolontariatu Równości w Warszawie – weekendowe wydarzenie, ponad 20 osób. Bardzo fajny pomysł. Udało mi się pomóc z cateringiem, więc się cieszyłam też z tego. Miałam w niedzielę poprowadzić zajęcia na temat „Wstęp do teorii queer”, żeby jednak osoby, które niewiele miały z nią do czynienia, mogły sobie jakoś to poukładać. Na dzień przed rozpoczęciem zjazdu (piątek) okazało się, że szkolenie z pierwszej pomocy wypadło i muszę poprowadzić warsztaty dziennikarskie dodatkowo w sobotę. Świetnie... Nie ukrywam, że mi to plany krzyżowało – raz, że imprezowe na piątkowy wieczór a dwa, że związane z zarobieniem kasy jakiejś poprzez pracę przed komputerkiem. Ale nie miałam wyjścia. Zgodziłam się.
Obudziłam się po dość szalonej nocy w Toro o 12:09. O 13:00 miałam zacząć prowadzić zajęcia, na które w zasadzie nie miałam materiałów. Ok, warsztaty takie prowadzę cały czas, ale jednak coś muszę mieć. Udało się. Przygotowałam się i dotarłam na 13:15. Była obsuwa, więc nie czekali na mnie. Idealnie. Poprowadziłam te warsztaty (łącznie 6 h) jak. Następnego dnia zajęcia z teorii queer (3-4 h). Facet, który na tym Zjeździe pracował dokładnie tyle samo czasu, robiąc swoje szkolenie z interpersonalnych umiejętności dostał kasę sporą (powiedzmy, że średnia krajowa w 2011 to 3366,11 zł i on zarobił więcej niż połowę) a ja... nic. Tak, zero. Wiem, wiem...
Na marginesie warto może dodać, że oficjalnie 21 listopada powstała Fundacja Wolontariat Równości, która ogarniać ma formalną stronę organizacji Parady Równości oraz, oczywiście, zajmować się wolontariatem podczas tejże. Stąd też ten zjazd, o którym mowa. Fundatorami są Paweł Kiepuszewski i Szymon Niemiec. Do Zarządu poza mną trafiła Marietta Wróblewska i Łukasz Pałucki, jako prezes tegoż. Nie będę rozpisywać się na temat idei całego przedsięwzięcia i uzasadnienia pomysłu powstania Fundacji, ale generalnie chodzi o to, że dzięki temu uda się nam ogarnąć pewne rzeczy, których jako nieformalny Komitet Organizacyjny (wciąż istniejący i wciąż decyzyjny) oraz jako firma Gepon (będąca przedsiębiorstwem a więc nieco innym typem podmiotu) nie udawało się nam załatwić. Na przykład ubezpieczenie wolontariuszy i wolontariuszek. Albo wnioskowanie o mikrogranty do miasta stołecznego. Teraz będzie po prostu łatwiej i przejrzyściej. Dodam, że statut zakazuje komukolwiek z władz fundacji pobierać jakiegokolwiek wynagrodzenia za pracę na jej rzecz. Żeby nie było.
Skoro o warsztatach dziennikarskich mowa, to niedługo kończą się moje semestralne (znów: darmowe) warsztaty w Instytucie Socjologii UW i w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Ruszą najpewniej kolejne – ale nie wiem, czy dwie grupy... Po prostu brakuje mi czasu i energii na to. Tym bardziej, że dojdą mi normalne zajęcia, które będę prowadzić i jeszcze takie, na które będę chodzić. Ale niemniej, zapraszam.
No i gazeta socjologów. Udało mi się wydać numer jeden w tym roku akademickim. Jest duża, duża szansa na kolejne. Żeby nie zapraszać, nie będę za wiele mówić, ale naprawdę zanosi się na to, że może być nieźle.
Kasa, kasa, kasa
Jak zwykle, jest z nią problem. Jest jej za mało. Dokonałam zabiegu restrukturyzacji zadłużenia. Ostatni tysiąc z kawałkiem kredytu studenckiego spłaciłam w Banku Zachodnim WBK poprzez zwiększony kredyt odnawialny w mBanku. Kiepsko, ale! Zaczynam się naprawdę ogarniać. Mój dochód jest mniejszy niż rok temu o tej porze. Tak o jedną trzecią prawie. A i tak udało mi się nie tylko nie wydać więcej niż zarabiam (co robiłam notorycznie przez ostatnie dwa lata) ale nawet zaoszczędziłam coś! Więc jestem z siebie bardzo, bardzo dumna.
Z dwóch planów, które brałam pod uwagę ostatnimi czasy zwycięża na razie plan ciułania i zbierania grosz do grosza. Wspomniane przed chwilą zajęcia w IS i UO mają mi w tym pomóc. Dzięki temu, że ogarniam inne tematy, udało mi się także załatwić sobie dodatkowy dochód powiedzmy, że raz na 6 tygodni w wysokości 400 zł. Nie majątek, ale jednak dodatkowe złotówki. Staram się też o dodatkowe zajęcie w jednym z portali, które nie zajmuje wiele czasu, wykonywane jest zdalnie i daje mi 900 zł miesięcznie. Tak więc nie poddaję się. Walka trwa.
A skoro o bankach mowa... BZ WBK i ja nie mamy już nic wspólnego ze sobą. Najgorszy z banków, z jakimi miałam dotychczas kontakt nie ma już mnie na liście swoich klientów. Nie ma też zgody na przetwarzanie moich danych osobowych. Po spłacie kredytu studenckiego wybrałam się tam coby zlikwidować założone przymusowo konto bankowe. Wypłaciłam posiadane tam 5,74 zł i złożyłam dyspozycję zamknięcia rachunku. Oraz dodatkową dyspozycję a propos moich danych osobowych. Nie chcę, by ta instytucja kiedykolwiek się do mnie odzywała. Pan zapytała mnie, co jest powodem zamknięcia rachunku. „Jestem bardzo niezadowolony z państwa usług.” „A czy możemy wiedzieć, co dokładniej się panu nie podoba i czy możemy to jakoś naprawić?” „Nie możecie. Nie podoba mi się, że załatwienie czegokolwiek tutaj trwa tak długo i wymaga tak dużo zachodu i formalności.” To koniec. Już nigdy nic z nimi nie chcę robić. I wam naprawdę z czystego serca odradzam.
Moje aktualne postanowienie: wyjść z długów w ciągu ok 24 miesięcy. Muszę odkładać miesięcznie ok 500-1000 złotych. Dam radę!
Chłopcy
No, coby nie mówić, to ważna część mojego życia. Może zacznę od ważnego wydarzenia ostatniego chronologicznie. Pat – nastolatek, którego w zasadzie trzeci raz poznałam. Ale tym razem całkiem w zadzie na trzeźwo i nareszcie mieliśmy czas i ochotę, żeby pogadać dłużej. Pat jest absolutnie pięknym chłopcem (wiem, że czasem mogę nadużywać tego określenia, ale tym razem to naprawdę szczere!). Takim trochę jak z obrazka malowanym. Miło nam się w Glam rozmawiało (o imprezowaniu w Glam za chwilę!) i generalnie on też trzeźwy, uśmiechnięty. I nawet sam zaproponował wymianę numerów telefonów. Trochę nam Adrian K. przeszkadzał, bo cały czas pijany podchodził i mnie męczył pytaniem czy już go nie lubię plus kilka innych osób – w tym jego znajomych także. Ale nam nie przeszkadzali. Rozmawialiśmy sobie w najlepsze.
W końcu jednak nadszedł poranek i musiał iść. Ja też. Napisałam mu potem dwa albo trzy SMSy w ciągu kilku dni. Nie odpisał nigdy. Dziwne to.
Kubutek jest też ostatnio ważną dla mnie osobą. Po rozstaniu trochę cierpi i staram się jakoś mu pomóc. Nie powiem, że złagodzić ból czy rozśmieszyć go, bo to nie jest cel (choć często go rozśmieszam, jestem w tym dobra i wychodzi mi to mimochodem oraz lubię jak się śmieje). Ale wiem, że to taki moment, że czasem musi pogadać, czasem musi się wygadać a czasem musi pomilczeć. Staram się. Choć wiem, że każda emocja musi się po prostu wy-żyć, wy-brzmieć. I tak będzie i tym razem.
To jest powód, dla którego chyba lubię towarzystwo młodych chłopców. Lubię widzieć jak się tego uczą. Daje mi to perwersyjną wprost przyjemność. Wiem, wiem, chore. Ale naprawdę tak jest. Gdy widzę ja kolejne życiowe wydarzenia sprawia, że się uczą i zmieniają, moje serce się jakoś dziwnie raduje.
Trochę tak samo jest z Kubutkiem. Tylko że on dodatkowo jest absolutnie przepiękny.
Za to z moją Miłością Życia trochę tracę kontakt. Marcinek znalazł jakąś pracę i spędza w niej pierdyliard godzin. Rozumiem, że nie musi i że chce. Nawet jednak nie mieliśmy czasu, by powiedział mi, o co dokładniej z tą pracą chodzi. Domyślam się też, że jak ma czas, to chce go spędzać ze swoim partnerem Michałem. To też zrozumiałe, dlatego staram się nie narzucać jakoś czy coś, tylko czasem delikatnie zaproponować jakieś spotkanie. Nie korzysta, to ok. Ale wie, że ja pamiętam. I cieszę się, że znalazł coś, co go tak dobrowolnie na maksa pochłania. To cudowne uczucie musi być.
A jak tak powoli podsumowuję mijający w zasadzie rok pod kątem chłopców, którzy jakoś się tam zapisali w mojej pamięci, to ma kilka myśli. Bo szkoda mi kilku znajomości, które się moim zdaniem dobrze zapowiadały/zaczynały.
Filip. Nie wiem jak to się stało, że się nam drogi rozeszły. To wyjątkowo nie było tak, że się symbolicznie zestarzał i postanowił odejść. To jeszcze nie ten moment. Nie było też tak, że ja już nie chciałam, żeby z nami się kręcił. Wręcz przeciwnie – było mi całkiem miło. Nie ukrywam, że nasza znajomość się pogłębiła z czasem na różnych płaszczyznach. Fizycznej także. Oczywiście, nie wyobrażajcie sobie za wiele. Dla mnie objęcie kogoś jest już pewnym naruszeniem normalnej „etykiety”. Niemniej, nie wiem czemu tak się stało. Myślę, że ważnym momentem, po którym już nic nie było tak samo było przespanie się Filipa z Grzesiem. Wiadomo, zabolało mnie to przede wszystkim z powodu tego, że ukrywał to przede mną. A ja od razu wiedziałam. Nieważne skąd. Stąd dziwne to było. Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce podczas jednej z nocy w Royal Residence Palace. Wpadł wówczas z Kennym, który miał zabawić (jakkolwiek to nie brzmi, to o to chodziło...) Arka. A ja gadałam z Filipem. Oraz piliśmy alkohol. I w zasadzie tyle.
Ostatnio Filipowi zdarzyło się kilka razy zadzwonić do mnie po pijaku. Raz na trzeźwo. I napisał ze trzy SMSy. Tyle. Jakoś tak dziwnie się to potoczyło.
Adaś. W zasadzie tutaj sytuacja jest jaśniejsza. I chyba nawet nie tegoroczna. Już nie pamiętam szczegółów. Ale pamiętam, że całkiem niedawno widziałam się z nim. Byliśmy nawet w kinie oraz doprowadziłam do swego rodzaju jego konfrontacji z Gackiem. Ale to trochę przypadkiem. W każdym razie tutaj sytuacja jest prosta – Adaś znalazł sobie chłopca. Teraz z nim mieszka nawet. Więc pewno miłość. I w zasadzie powinno mnie to cieszyć. Ale sami wiecie jak to jest. Szkoda mi tego, że mieliśmy fajną znajomość, która musiała się zakończyć. Tak, także dlatego, że po prostu nie polubiłam się z tą miłością jego.
Robert. To chyba z tych wszystkich znajomości najbardziej moja wina. Nauczyłam się bowiem, że jak ktoś ma inną niż ja wizję rozwoju relacji ze mną, to ja nie chcę się w to mieszać, uciekam. To właśnie było powodem zerwania znajomości z Robertem. Ja chciałam trochę czego innego niż on. Nie było sensu się męczyć. Jasne, było miło, sympatycznie i w ogóle. Nie ma co się nad tym rozwodzić. I pewno dobrze się stało, że tak się stało, jak się stało – by trawestować biblistę – ale jednak szkoda. Roberta chciałam poznać od czasu, gdy go pierwszy raz spotkałam na jakiejś debacie, gdzie był obecny, jako mocno nieletni członek KPH. Już wtedy go zauważyłam. I to, że po iluś tam latach udało mi się nareszcie do naszego poznania doprowadzić, to było naprawdę coś fajnego.
Z racji mojej specyficznej sytuacji towarzysko-matrymonialno-erotycznej (mówiąc wprost: nie rucham się) nie walczę nigdy o chłopców, o znajomość z nimi. Wiem, że proponowane przeze mnie rozwiązania towarzyskie są nietypowe, czasem kłopotliwe i że niekoniecznie chcę komuś w ten sposób utrudniać życie. Jak i utrudniać je przez to sobie. Dlatego nigdy nie podjęłam próby przekonania Roberta, że może nasze wizje gdzieś się spotykają.
Grześ. Nie ten Grześ od J. tylko Grzegorz od P. To w zasadzie krótka znajomość. Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, że on nie ma ochoty albo jeszcze nie potrafi. W sensie, że odzywa się to, com mówiła przed chwilką – że relacje ze mną są trudne, bo nietypowe. Nie chodzi tylko o to nie-ruchanie-się ale cały zestaw rożnych rzeczy, które się ze mną wiążą. I choć sam Grześ mówi, że jest chętny i lubi mnie i w ogóle, to jednak nic poza słowami na to nie wskazuje. Jako, że jest młody, dawałam mu rożne szanse kilka razy... ale jako że nie mam w zwyczaju robić tego w nieskończoność, to przestałam.
Mim tego, że jest bardzo ładny, sympatyczny, skromny, cichy i za bardzo niepewny siebie, to nic na siłę. Choć, oczywiście, szkoda.
Tomek. To w sumie zabawne, bo poznałam go, jako kolegę chłopca, którego chciałam poznać – Kamila. I do tego w Galerii. Ale okazało się, że Kamil jest jeszcze emocjonalnie za młody na poznanie mnie. W sensie, że w zaproszeniu do kina dopatrywał się wątków matrymonialnych. Nadejdzie na niego też czas. Co innego Tomek. Choć gra überromantycznego chłopca w smutnym stroju i smutną minką, to od razu zauważył, że ze znajomości ze mną może coś dla siebie wyciągnąć w zamian za prawie-nic. W sensie, że za samą tylko znajomość i jej podtrzymywanie. Dla mnie jest to jak najbardziej okej. Tak wygląda duża część moich relacji i dopóki jest to czysty dla obu stron układ, jestem szczęśliwa. Co więc poszło nie tak? Tomek przestał się starać. Ja rozumiem, że czasem może nie mieć czasu, czy mieć coś ważniejszego na głowie. Ale mi chodzi o minimum. Odezwanie się raz na dwa tygodnie. Przyjęcie choć jednego z trzech pod rząd składanych zaproszeń. Cokolwiek. Skoro jednak Tomek nie chce, to nie. Choć szkoda.
Michaś. Na koniec Michaś. Wiadomo który i w ogóle. To chyba jednak tak zawsze jest, że jak się z kimś zamieszka, to ze znajomych szybko stajemy się współlokatorami. Chcąc, nie chcąc, niestety. No i tak się stało z nami. Szanse na znajomość zaprzepaściliśmy tym, że pozwoliłam mu u nas zamieszkać na dwa miesiące. I to tak, że po wyprowadzce odezwał się trzy razy. Raz, by odpisać na mojego SMSa, dwa razy by ustalić odbiór rzeczy, która miała być prezentem dla mnie, ale którą po wyprowadzce chciał jednak zabrać. W tym pierwszym SMSie napisał, że pod koniec przyszłego miesiąca i tak chce mnie na kawę zaprosić. To było z 6 tygodni temu. Trochę mi przykro, nie powiem. Tym bardziej, że od momentu naszego pijackiego (z mojej strony) poznania, robiłam co w mojej mocy, by mu pomóc w rożnych sprawach. Ogarnęłam jego rekrutację, pomogłam dając możliwość łatwiejszego startu, znalazłam wakacyjną pracę, zapewniałam rozrywki, chodziłam z nim szukać pracy. W zasadzie moje intencje były dość czyste – chodziło m o to, by utrzymać znajomość.
Michaś jest jednak osobą świadomą siebie i swojej wartości. Wie kiedy i jak zagrać, by swój cel osiągnąć. Nie twierdzę, że to wyrachowane z jego strony – au contraire, uważam że często robi to nieświadomie. Niemniej, robi. W sumie wiedziałam to już dawno, niejako nie jestem zaskoczona. Ale jednak szkoda.
Imprezy
Jest trudno. Boże, naprawdę jest trudno... I gdy pytacie mnie „to kiedy będzie nowa Utopia?” a ja odpowiadam, że nie wiem, to nie kłamię. Naprawdę nie wiem. A gdy pytacie mnie „a czy ona w ogóle powstanie?” a ja odpowiadam wam, że nie wiem, to też nie kłamię. Naprawdę nie wiem. Mogę powtórzyć to, co powiedziała mi Królowa na wigilii w Sqandal Barze – ze w styczniu będą jakieś oficjalne informacje. Więc musimy czekać. Albo i nie.
Czekanie bowiem jest o tyle kłopotliwe, że trzeba sobie czas oczekiwania wypełnić. Z tym jest problem. Najpierw generalna refleksja. Z imprezowaniem w Warszawie jest coraz gorzej. Zaś uda mnie to. Nie tylko z czysto prywatnych względów, ale też bardziej altruistycznych. Jak sobie przypominam doskonałe noce spędzone w Barbie Barze czy w Utopii właśnie i myślę sobie, że jest teraz młode pokolenie, które nie miało okazji poznać tego typu miejsc i takich imprez (bo nigdzie aktualnie podobnych wydarzeń po prostu nie ma), to jest mi smutno. Bo to oznacza, że być może przejdą przez całe życie nie zaznając naprawdę dobrej imprezy. A to smutne.
W Warszawie nic się nie dzieje. Imprezy „duże” są popłuczynami dawnych tego typu wydarzeń. W tygodniu nie ma miejsc wartych odwiedzenia. W piątki dzieje się coraz mniej a większość special events dzieje się w soboty. Niedługo będzie tak, że naprawdę nie będzie sensu wychodzić z domu poza sobotą. Nie chcę żyć w takich czasach.
Nie, nie wiem czemu tak się dzieje. Nie mam odpowiedzi. Jedni mówią, że to kryzys gospodarczy daje się we znaki. Inni mówią, że zmieniają się sposoby konsumpcji czasu wolnego. Jeszcze inni, że dziś młodzież nie ta. Nie wiem, nie wiem czy któraś z tych odpowiedzi jest właściwa. Wiem tylko, że cierpię.
Gdzie więc bywam teraz na imprezach? Toro, Bank, de Lite, Galeria, Glam, 1500... Rożne różniste miejscówki. Wszystko byle tylko jakoś uciec od imprezowego marazmu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, Hunters się nie sprawdza. Heteryckie kluby padają jeden za drugim: ZOO, Piekarnia, Obiekt Znaleziony... Ważne, kultowe czasem kluby znikają. Nawet w hetero klubach ciężko się teraz bawić. Ja się jakoś w Banku odnajduję, bo to miejsce się stara, próbuje i ma aspiracje. Niestety, ludzie tam przychodzący są dość różni i czasem nieco przypadkowi, byle tylko jakoś zapełnić ładny acz wielki klub. Toro, wiadomo. To miejsce specyficzne, ale a) pewne, b) tanie, c) z nadzieją na spotkanie ładnego chłopca (choć akurat ostatnio spotkałam tam bohatera jednego z moich artykułów prasowych, który był strasznie nachalny i strasznie męczący...). De Lite się sprawdza na imprezach utopijnych (choć opłata dwudziestozłotowa na ostatniej z nich była zaskakująca i dość niepokojąca) a na heteryckich jest co najwyżej okej. Niemniej, ładne to miejsce i ciekawe. Sqandal Bar odwiedzam dość często jak na miejsce trudnodostępne z racji lokalizacji (Rynek Starego Miasta) – z powodu miłej atmosfery, sympatycznej obsługi i ciekawego podejścia do tematu. Chłopcy mają trudne zadanie, jeśli idzie o rozruszanie miejsca, dlatego cieszę się, że próbują coś zrobić. Wspieram to. Do Galerii trafiam zazwyczaj przypadkiem. I to przez Damiana.be najczęściej. Miejsce, moim zdaniem, umierające. Jeśli nie wydarzy się tam naprawdę szybko coś naprawdę wielkiego, to będzie im trudno cokolwiek ogarnąć. 1500 to dość offowa jak dla mnie inicjatywa. Jednak ponieważ grywają tam dubstepowo, to jestem na tak. I czasem chętnie odwiedzam. Jasne, to jeden z tych postindustrialnych, „brudnych” klubów, które pod przykrywką nie dbania o doczesność i budowania wizerunku miejsca-gdzie-dzieje-się-szaleństwo mogą pozwolić sobie na to, by wewnątrz było nieładnie i dosłownie brudno. Rozumiem to i akceptuję. Byle nie za często. No i Glam. Miejsce überlesbijskie. Samo w sobie mi to nie przeszkadza, niech się bawią gdzie chcą. Przeszkadza mi bardziej to, że Glam czasem usiłuje udawać, że tak nie jest. I dlatego organizuje pokaz mody męskiej początkujących projektantów i zaprasza artystki, które chciałyby być gejowskimi divami. I, moim zdaniem, widać efekty. Ludzi nadal jest tam sporo, ale mniej niż dotychczas. Młodzi chłopcy się zjawiają, ale uciekają szybko i jest ich generalnie mniej. Nie dziwi mnie to, naprawdę – gdy piszę te słowa, na facebookowym wydarzeniu sylwestrowym w Glam przybycie potwierdziło 43 chłopców i 65 dziewcząt. Ja wiem, że to nie oddaje tego ile osób przyjdzie itd. ale oddaje proporcje pewne. Więc Glam zahaczam bardzo sporadycznie i nie zmieni się to w najbliższym czasie.
Do ważnych imprez mijającego okresu warto zaliczyć kilka. 18 listopada się wybrałam ze znajomymi do Kamieniołomów na dubstepy ale... przy wejściu spotkaliśmy wychodzących ze środka Piotra i Mariusza, którzy nam totalnie odradzili wbijanie do środka. Więc się poddaliśmy i mimo mojej wielkiej ochoty, nie poszliśmy na dubstepy... Poszliśmy jednak dalej. Tym razem do Banku. To miejsce jest naprawdę ładne i warto je odwiedzać. Muzycznie tej nocy było średnio. Niby coś tam grali fajnego ale ludzi jak na lekarstwo i – jak to hetero – bawili się nudnawo. Nie zagrzaliśmy miejsca. Dalej, dalej, bo noc nas wzywa. Mnie denerwowało to, że więcej spacerujemy niż imprezujemy. A przez to trzeźwieję oraz mój dobry humor przy okazji ulatuje. Nastawienie, jakie miałam po biforze w Melinie zaczynało odpływać. Spacer zaprowadził nas w okolice Hunters. Przyznaję, byłam w takiej desperacji, że gotowa byłam wejść i tam. Gdy jednak podchodziliśmy do bramki, zobaczyliśmy jak selekcjoner wpuszczał jakiś brzydkich hetero. A to nam się nie podobało. Konspiracyjnym szeptem Gacek powtórzył kilka razy „uwaga, heteroparty!” i łukiem wejście minęliśmy. Desperacja się zwiększała. Nie wiedzieliśmy, co dalej zrobić. Prosiłam ich, żebyśmy zaszli do jakiegoś baru typu „wódka za 5 zł” czy jakoś tak. Ale oni nie chcieli. I uparli się na Glam. Ponieważ moja rozpacz była wielka, uległam. To była nasza pierwsza tam wizyta od czasu, gdy wprowadzili opłatę 5 zł. No ok, ja co prawda nie płacę ale idea jako taka mi się tak czy owak nie podoba. Nie wiem za co te 5 zł macie płacić. Nieważne. Wpadłam i od razu stanęłam przy barze pierwszym. Raz, że tam znajomi stoją a dwa, że miałam ogromną ochotę na drynk. Karolina i Marcin drażnią się ze mną, udając obrażonych za to, że nie przychodzę do Glam. Ok, ja rozumiem, to zabawne, często nam się zdarzały takie wygłupy. Ale po pewnym czasie zmęczyło mnie to. W sensie, że naprawdę chcę zamówić. A oni nic. Gacek stoi koło mnie i też nie może zamówić. Czekam jeszcze, i jeszcze... I się wkurzyłam. Bo żarty żartami, ale mi nie do śmiechu już. Zabrałam się i poszłam. I tak skończyła się jedna z najgorszych nocy w moim życiu.
Zupełnie inaczej było noc później. O, tak! Najpierw bifor-after u Kocykowej. Zabawnie w sumie, bo rzadko zdarzają się nam imprezy domówkowe, co do których wiemy, że nie będziemy nigdzie wychodzić do klubu. Tak było i tym razem. To znaczy ja z Damianem akurat mieliśmy nieco inne plany od pozostałych. Najpierw odwiedziliśmy mojego znajomego na urodzinowej, jeśli dobrze pamiętam, domówce a potem do Kocykowej się przedostaliśmy. Nie na długo jednak, bo tej nocy wybierałam się z nim do M25 na swoją pierwszą imprezę dubstepową. Gwiazdą nocy był brytyjski zespół Modestep, których odkryłam dla siebie przypadkiem a o którym jeszcze bardziej przypadkiem dowiedziałam się, że niecały tydzień po moim ich odkryciu mają koncert w Warszawie. Dzięki uprzejmości Krystiana Legierskiego weszliśmy jakoś na ten koncert i... To było COŚ! Jedna z trzech najlepszych nocy mojego życia. To, co Modestep zrobił podczas tego koncertu z całym klubem w tym i z nami, przechodzi ludzie pojęcie. W zasadzie nas zmiażdżyli. Co ja się naskakałam, co ja się napociłam, co ja się nabujałam... Boże! Dubstep rządzi! Absolutnie doskonała noc! Nie chciało nam się schodzić z parkietu. A chłopcy grali dłuuuuugo. I dobrze. Pokochałam to, co się tam działo. Chcę ich sprowadzić na juwenalia 2012. Zrobię co w mojej mocy, żeby tak się stało. A przy okazji, już po koncercie, zepsuły mi się okulary. A dokładniej – soczewka jedna... bo w tańcu już dużo spokojniejszym na dolnej sali, spadły mi i się ukruszyła. Duży to smuteczek, koszt 99 zł i trochę dyskomfortu zanim znalazłam czas na wymianę... ale dla tego koncertu – było absolutnie warto!
Utopijna impreza w de Lite wypadła – będę teraz szczera – dość średnio. Ludzi było sporo ale to już nie te tłumy co na początku. Miejsce jest fajne, muzyka była okej (przyznaję, że Pitu gra bardzo dobrze, ale miewał lepsze noce), wszystko jakieś takie jakby już bez ognia. I wie to chyba sama Królowa, która zapowiedziała, że więcej utopijnych wydarzeń nie chce tam robić. Chyba słusznie. Atrakcja, jaką było spotkanie się w utopijnej otoczce jest super, ale miejsce się już chyba przejadło – nie jest to wszak Utopia...
Ale za to dużym zaskoczeniem była impreza w Sqandal Barze. 3 grudnia zaprosił nas tam Grzegorz Okrent. Co ważne, nie była to impreza z logo czy nazwą Utopii tylko właśnie Grzegorza. Jakby Królowa postanowiła swoją własną markę trochę stworzyć. Ciekawe posunięcie, nie powiem. Ja się oczywiście zjawiłam. Towarzyszył mi Luke, którego tej nocy podrywać zaczął Maciej Bieacz. Na szczęście upił się dość szybko (stawiając, ma się rozumieć, także Luke'owi drynk) i zniknął. A sama impreza... szalona! Panowie tancerze – choć przypakowani, a więc zupełnie, ale to zupełnie nie w moim guście – pojawiali się po to, by się obnażyć. Kiczowata wręcz bita śmietana stała się idealnym pretekstem do tego, by chętni zlizali z ich ciała ją wraz z ich potem. Z rożnych części ciała. Ze wszystkich części ciała. Tak bezpruderyjne imprezy działy się w Utopii na samym początku je istnienia. Potem zniknęły. Wydaje się, że pojawienie się ich w Sqandal Barze to ciekawa, cenna i dobra idea. Więc wspieram to, choć – co chyba oczywiste – ja panów ani ręką ani inną częścią ciała nie dotykałam.
Nadal myślę nad sylwestrem. Od jakiś 5 lat nie byłam nigdzie. Denerwuje mnie to, że muszę tej nocy się wyjątkowo bawić, mieć wspomnienia kompromitujących wydarzeń, które trzy tygodnie później nadal się wspomina na spotkaniach ze znajomymi oraz to, że muszę zacząć zabawę o nieziemsko wczesnej godzinie, by północ jakoś wyjątkowo celebrować. O północy to ja lubię powoli na domówce myśleć o wyjściu do klubu. I to sprawia, że od lat spędzam sylwestra w domu. Oglądając jakiś film albo – częściej – siedząc na seksczacie. W tym roku zgodziłam się wstępnie iść na domówkę na Pradze ze znajomymi. Ale im bliżej, tym mniej mam ochotę. Tym bardziej, że niektórzy z przybywających tam mają spinkę imprezową. Niby taką pół-żartem, pół-serio ale jednak. Pomyślałam sobie, że gdybym jeszcze znalazła kogoś młodego i sympatycznego, z kim mogłabym pójść, to rozważę poważnie. Ale wczoraj osoba, której zaproponowałam, odmówiła. Więc chyba nie. Zastanawiam się tylko, co się będzie dziać w klubach w piątek przed sylwestrem. Czy będzie pusto czy też zacznie się przedwczesne świętowanie końca roku. Jak sądzicie?
Domowo i zdrowotnie
Blo piszę z domu rodzinnego. Przyjechałam tutaj wieczorem w czwartek przed Wigilią. Pobyt wstępnie zaplanowałem na tydzień. Wystarczy, by jakoś to przeżyć, nie znudzić się za bardzo i nie zmęczyć. A zarazem mieć pewność, że nie będę słyszeć narzekań, że na za krótko przyjeżdżam. Poza tym podróż kosztuje 124 zł w jedną stronę – musi mi się to jakoś kalkulować. Tym bardziej, że mam postanowienie, że do końca roku akademickiego nie jeżdżę nigdzie (poza domem rodzinnym) na własny koszt. Oszczędzanie.
Podróż nie mogła odbyć się bez niespodzianek. Moj supernowoczesny wagon (jeden z tych naprawdę najnowszych bezprzedziałowych) wysiadł. To znaczy: prąd tam wysiadł. Raz, że światło nie działało, dwa że wysiadło ogrzewanie. O ile pierwsze mi nie przeszkadzało, bo się źle czułam i spałam pierwsze dwie godziny o tyle przed Poznaniem zaczęło się robić nieco chłodno. Dobrze, że zima łagodna jest, bo inaczej byłoby naprawdę zimno. A pociąg wypełniony w ponad 100 proc. Na szczęście po Poznaniu nas przesadził konduktor do pierwszej klasy. Więc mogłam spać, czytać i jechać komfortowo. Święta w domu to tradycja. Ale i tutaj coraz słabiej się przestrzega zwyczajów. O ile w zasadzie nikomu nie przeszkadza, że się w Wigilię opłatkiem nie dzielę, o tyle nie ma już tradycyjnych 12 potraw, nie ma już śpiewania kolęd (choć i tak zazwyczaj śpiewała tylko babcia przy akompaniamencie pomruków wyrażających żenadę dla tego rytuału). Same świąteczne śniadania są przede wszystkim okazją do poplotkowania, załatwienia sobie recepty cichaczem (potrzebuję acyklowiru), wymienienia uwag na temat dylematów rodzinnych sąsiadów czy też po prostu napicia się i obżarcia. Picie zapewniła mi mama, posiadając nie wiadomo skąd litr dobrego wermutu. Reszta familii ugoszczonej u nas 25 grudnia delektowała się wódką. Ja do wódki przeszłam dopiero wieczorem u Gacka. I to dopiero, gdy się na chwilę whisky skończyła. Bo Gacek, Malesa, Troll i Marta przybyli do naszej rodzinnej miejscowości, by tutaj spędzić czas świąteczny. Miłe to. Spotkanie w ich gronie plus bandy tutejszych dawnych znajomych Gacka i mojego brata (choć jego samego nie było w tym towarzystwie) okazało się udane. Było śmiesznie. Skończyło się jakoś przed 7:00 i dlatego, wracając do domu, spotkałam mamę moją idącą do pracy (niektórzy muszą w Święta pracować).
Obżarstwo, którego się rok rocznie dopuszczam jest dla mnie fenomenem pewnym jednak. Co roku mówię sobie, że tym razem się powstrzymam. I co roku mi się nie udaje. Choć rozsądek nakazuje przestać, to jem dalej. Co prawda udaje mi się powstrzymać od wymiotowania w trakcie kolacji celem siedzenia kolejnej porcji (niektórzy z moich znajomych tak robią) ale to dlatego, że generalnie mam duży żołądek i potrafię dużo wpierdalać od czasu, gdy byłam grubą świnią.
W tym roku robiłam tylko ciasta. Trzy – piernik z powidłami i białą czekoladą, sernik gotowany oraz – to dla mnie nowość – ciasto miodowe z kaszą manną. Wszystko wyszło. Problemem, jak zawsze, jest brak miejsca w lodówce (a niektóre ciasta jednak muszą w niej postać, by uzyskały odpowiednią do spożycia postać). Ale nic to, udało się.
Święta to też prezenty. Od lat nie dostaję niczego specjalnego. Ot, perfumy średniej klasy, słodycze i jakiś większy banknot. Ale pobyt w domu to czas, gdy mogę mamę i tak naciągnąć na pewne rzeczy. Tym razem udało mi się na leki. A to wydatek 230 zł. W dniu bowiem wyjazdu z Warszawy udało mi się zaliczyć wizytę u fryzjera (należy chwalić nową fryzurę) oraz wizytę u dermatologa. Jakoś teraz mija rok od czasu, gdy zaraziłam się świerzbem. A konsekwencje odczuwam do dziś... Nadal biorę leki przeciwhistaminowe i to w sporych dawkach. Ponieważ osłabiona działaniem sterydów skóra zachowuje się nieco nienaturalnie, muszę nadal o nią dbać. Dodatkowym problemem jest moje wirusowe zakażenie. Z nim też walczę już dobre 4 miesiące jak nie więcej. Tym razem pan doktor przepisała mi maść, która kosztuje tygodniowo 30 zł. Mam jej używać 3 tygodnie, bo w tym czasie biorę jeszcze inne leki na to samo. Ale generalnie kuracja potrafi trwać do 16 tygodni (pól tysiąca zł). W zasadzie ta wirusówka nie jest czymś, co mi przeszkadza. Ale nieleczona może stanowić pewne zagrożenie dla zdrowia. Więc walczę. Ale mam nadzieję, że za jakieś dwa miesiące nie będę już myśleć ani o poświerzbowych komplikacjach ani zarażeniu wiruskiem.
A wracając do Świąt i prezentów... Dla moich chrześniaków kupiła za mnie mama (miałam oddać jej kasę ale z racji tego, że kupiła coś-tam mojemu bratu do nowego mieszkania, to stwierdziła, że nie muszę) a dla mamy kupiliśmy z bratem razem. Nic praktycznego. Wyjazd na trzy dni do malowniczo położonego hotelu z daleka od domu. Ponieważ mama rzadko jeździ i wiemy, że sama by się nie wybrała, to dorzuciliśmy je babcię, coby im raźniej było. Termin dość dowolny, ale pewno jakoś w kwietniu się wybiorą. Niech jadą, niech odpoczną. Bratu niczego nie kupiłam, bośmy ustalili, że sobie nie dajemy prezentów. Więc jestem zadowolona.
---
Podsumowując rok
Pomyślałam sobie, że czas na małe zestawienie. W sensie, że skoro rok się kończy, to może jakoś chcę go podsumować. Rok temu próbowałam zrobić coś takiego, ale mi nie wyszło. Teraz spróbuję ale tak krótko, bez zagłębiania się w poszczególne miesiące czy aspekty. Chcę powiedzieć jak dla mnie wyglądał 2011 rok.
Generalnie był to rok dobry. Mało kto wie, ale na jego początku wymyśliłam sobie, że będzie to rok, gdy będzie mnie dużo wszędzie. Wszędzie, a więc w mediach. Że będziecie czasem zastanawiać się, czy to aby nie przesada. I nie chodzi o jakieś parcie na szkło a bardziej o sprawdzenie jak skutecznie mogę się pojawiać w rożnych tego typu sytuacjach. I w zasadzie udało mi się. Jasne, mógło być więcej, ale wydaje mi się, że pod tym względem był to jak dla mnie rok rekordowy. Plan zrealizowany.
Był to rok dobry w zasadzie pod wszelkimi aspektami. Może poza finansowym i zdrowotnym. Świerzb i jego niewłaściwa diagnoza dały mi się we znaki, utrudniając mi wiele, wiele rzeczy i powodując skupienie uwagi na chorobie. To też jedna z przyczyn, które zadecydowały o tym, że finansowo mi się nie do końca udało wszystko. Odnotowałam znaczący spadek dochodów przy wzroście wydatków (lekarze i leki kosztują...). Zarazem jednak udało mi się wyleczyć zęby wszystkie, co wcale nie było takie łatwe. Sytuacja finansowa jest na tyle istotna, że zmusiła mnie do podjęcia pewnych planowych działań mających na celu jej istotną poprawę. Dam jednak chyba radę.
Naukowo i studencko rok także udany. Wiele zdziałałam, chyba potwierdziłam swoją opinię osoby, której bardzo zależy na wielu wartościach i zaczęłam się sprawdzać na nowych polach działalności. Szkoda trochę filologii polskiej, ale w połowie roku było jasne, że to już sprawa nie do uratowania. Amerykanistyka jest jednak czymś, co okazało się nie tak złym pomysłem. Nie wiem jak długo to pociągnę – nie wiem czy to skończę – ale na razie dobrze się tam bawię. I niech tak będzie.
Rzecznikowanie Paradzie Równości było dużym wyzwaniem. Długo się wahałam czy na pewno chcę się tego podjąć. Ostatecznie jednak chyba nie było tak źle. To, jak ogarniamy teraz kwestię Wolontariatu Równości i fundacji, świadczy o naszym rosnącym doświadczeniu w tym zakresie. Idzie nam coraz sprawniej i mamy coraz jaśniejsze cele szczegółowe. Mam więc i nadzieję, że skutkować to będzie jeszcze lepszą Paradą w 2012 roku.
Imprezowo rok był kiepski. To jednak niezależne ode mnie. Ja swoje robię – ogarniam to, co się dzieje, inicjuję i organizuję pewne rzeczy – nie mam sobie nic do zarzucenia. Melina działa, jest gościnna i użytkowana. Może ostatnio mniej, bo zima nie sprzyja ale generalnie jest. Jasne, gdyby kasy było więcej, to i Floor-Sitting Party dałoby radę zrobić. Póki co jednak... nie wiem kiedy się uda. Chęci i pomysły u mnie są. Gorzej z funduszami na ich realizację. Sama Warszawa bawi się coraz mniej i coraz gorzej. Dlatego cieszę się z wyjazdu do Paryża. W ogóle wakacje miałam udane. Paryż i Władysławowo to jasne punkty mijającego roku. Sopot był dużo słabszy ale nie z powodu towarzystwa czy planu a raczej z powodu obiektywnie kiepskich wydarzeń w czasie naszego tam pobytu. Zamierzam teraz znacząco ograniczyć wyjazdy (piszę to w pociągu ze Szczecina do Warszawy...) w ramach oszczędności. Będzie jednak dobrze.
Towarzysko rok był intensywny. I dość nietypowy jak na mnie. Dużo się działo, trochę poszalałam, trochę pokombinowałam... Nie powiem, nie mogę narzekać na nudę. Teraz jednak znów wydaje mi się, że czas na uspokojenie, powrót do jakiejś normalności. Takiej mojej normalności.
I w zasadzie chcę jeszcze podziękować niektórym osobom. Bo prawda jest taka, że ten rok, jak każdy inny, byłby nie do zniesienia gdyby nie kilka osób. Dziękuję moim najbliższym znajomym za to, że są ze mną mimo wszystko. Że nawet gdy mamy słabsze momenty, to tylko przez chwilę a potem znów jest dobrze. I wiecie o kim mowa, nie będę was z imienia wymieniać.
Dziękuję młodym chłopcom. Tym wszystkim którzy się pojawili lub pojawiają w moim życiu. Bez Was byłoby ono najpewniej nic nie warte, strasznie nudne i uciążliwe. Bądźcie dalej tacy, jacy jesteście i róbcie nadal to, co robicie. Dziękuję Was i pamiętajcie, że z chęcią Wam pomogę w razie czego.
Dziękuję też tym mniej lub bardziej anonimowym osobom, które mnie wspierają. Czy to na facebooku, czy to podchodząc do mnie po prostu w realu, czy to piszącym do mnie maile, czy też tym, którzy komentują mojego blo, fotoblo i inne. Oraz tym, którzy o mnie coś tam gdzieś komuś dobrze mówią. To naprawdę miłe i ważne, że ktoś mnie wspiera. Najpewniej jesteście w mniejszości ale może i tym bardziej się Wam należy :)
Dzięki. A jak ktoś dobrnął do końca tej blotki, to też dziękuję. Jesteście mocni!
Tagi: utopia, uw, michaś, uniwersytet warszawski, jej perfekcyjność, marcinek, pat, adaś, samorząd studentów, samorząd doktorantów
Jej Perfekcyjność 2011-12-30 | 00:46:46
skomentuj (4)
Mam w zasadzie miesiąc do opisania. Październik i listopad to miesiące niesprzyjające pisaniu blo. W tym sensie, że nie sprzyjają wyznaczaniu sobie kilku godzin pod rząd wolnych od pracy jakiejkolwiek.
Jednym z ważniejszych elementów minionego okresu był kryzys finansowy. Ale taki Kryzys przez wielkie K. Okazało się bowiem, że rzeczywiście wydaję więcej niż zarabiam. I to nie od dziś a od jakiś 2 lat, niestety. I przyszła kryska na Matyska. Mogłam, oczywiście, wybrnąć z tego tak ratunkowo i nawet próbowałam… Ale po kolei. Okazało się, że jeden z moich wierzycieli nie płaci mi znów na czas. Bardzo nie płaci na czas. A moi wierzyciele oczekują ode mnie regulowania należności na czas. Groziło mi w pewnym momencie nie tylko wyłączenie telefonu komórkowego czy też odłączenie internetu. Czyli że niewesoło, prawda? Najgorsze jest to, że mam świadomość, że ta kasa a) należy mi się za moją wykonaną pracę, b) dotrze do mnie lada dzień. Znam sytuację osoby, o której mowa i wiem, że niepłacenie nie wynika nigdy ze złej woli czy coś, ale z autentycznego braku na koncie. I dlatego czekam. Pomyślałam, że podniosę sobie limit na kredycie odnawialnym na koncie. Mogę bez problemu, wydawałoby się, w ciągu 15 minut czy coś. No ok., wypełniam wniosek on-line i następnego dnia dostaję SMSa i maila z informacją, że jest, że muszę tylko kliknąć, że akceptuję warunki i że wszystko jest okej a kasa znajdzie się na moim koncie. Moment był właściwy o tyle, że powoli kończyło mi się wszystko w lodówce do jedzenia, zbliżał się weekend i generalnie idealnie. Okazało się jednak, że w tzw. międzyczasie bank skapitalizował mi odsetki i pobrał mi kasę z konta w ten sposób, że byłam pod kreską. W sensie, że jakieś 15 zł poniżej zera. Niewiele, ale okazało się, że jest to przeszkoda w potwierdzeniu warunków zmiany wysokości zadłużenia. Więc musiałam pożyczyć te kilkanaście zł. Zrobiłam to. Ale wówczas okazało się, że jest jakiś problem. Wniosek niby zniknął u mnie na koncie, ale mBank nadal twierdził, że czeka na potwierdzenie. Zadzwoniłam do nich. Pani po analizie długiej stwierdziła, że nie wie co się dzieje, jest jakiś błąd i doradza mi rezygnację z tego wniosku i złożenie nowego… No dobra, dawać. Wszystko się wydarzyło, złożyłam nowy, identyczny wniosek i czekałam. Przyszło zaproszenie do kliknięcia potwierdzenia. Ale że był długi weekend pierwszolistopadowy, to się nie śpieszyłam. I gdy już chciałam kliknąć, okazało się, że to tylko trzy dni czeka na potwierdzenie. A potem trzeba czekać na kontakt telefoniczny i tak się potwierdza. Ale nikt nie dzwonił… Więc kilka dni spędziłam NAPRAWDĘ pod kreską. Uratowali mnie znajomi, stawiając mi w weekend coś w klubach, pożyczając mi jakieś niewielkie kwoty na 2-3 dni… Trochę wstyd. Tym bardziej, że – podkreślam – kasę zarobiłam, tylko jej nie dostałam. Więc trochę wkurw.
Miałam takie wahania nastrojów… Raz, że czas rzucić studia i „wygłupianie się” w kołach naukowych i samorządach na rzecz Prawdziwej Pracy w Korporacji, gdzie zarobię porządnie, gdzie będę po 8 godzinach dziennie wracać i zajmować się odpoczynkiem a nie pracą właściwą… A potem nadchodził moment: nie, nie jest tak źle. Tutaj dorobię, tutaj napiszę, tutaj u znajomego pomogę i się zsumuje do większej kwoty wszystko. Generalnie opcja druga wygrała, ale nie wiem na jak długo. W chwili słabości postanowiłam policzyć ile wydaję na co kasy. Wiadomo, że za dużo na imprezowanie. Spróbuję ograniczyć. Generalnie wyszło mi, że średnio miesięcznie wydaję o jakieś 360 zł za dużo względem tego, co zarabiam. Niby niewiele, ale w skali roku to się sumuje do ponad 4 tys. zł. A to już sporo, prawda? Więc muszę co najmniej o tyle zmniejszyć miesięczne wydatki. Tyle, żeby nie zwiększać długu. A żeby zacząć wychodzić z zaistniałego? No, sami sobie odpowiedzcie. Generalnie, czas się ogarnąć z lekka. Nie wykluczam też tego, że za jakiś czas – jakieś kilka miesięcy – zmienię jednak zdanie i postanowię rzucić studia, rzucić wszystko i zająć się korpopracą.
Ponieważ nie będę opisywać tutaj teraz wszystkiego chronologicznie (umarłabym od tego), to postaram się nieco bardziej problemowo. Może samorządowo na początek? A jakoś tak jestem po wczorajszym posiedzeniu Parlamentu Studentów UW i mam wiele, wiele przemyśleń. Zacznę od tego, że wygrałam wybory do tegoż Parlamentu. Uprawomocnią się w czwartek, protestów wyborczych się nie spodziewam. To oznacza, że zakończy się automatycznie moja blisko dwuletnia kadencja w Komisji Rewizyjnej Samorządu Studentów UW. Okres absolutnie ciekawy i porywający momentami. Udało mi się dotrzeć do miejsc i dokumentów, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Udało mi się jeszcze dokładniej przyjrzeć działalności samorządowej i odkryć nieznane mi dotychczas metody „ugrywania” dla siebie kasy samorządowej na boku. Udało mi się ostatecznie złapać za rękę tam, gdzie było to możliwe. Nie oszukujmy się, Komisja Rewizyjna działała kiepsko. Choć i tak nieźle, jak na możliwości tego organu. Jedyny naprawdę kontrolny organ samorządu ma niewielką realną możliwość działania, bardzo ograniczone zasoby (pięcioosobowy organ kontroluje siedmioosobowy zarząd, który ma komisje i członków sekcji oraz jeszcze liczniejszą komisję wyborczą). Nie narzekam, takie są realia. Dlatego poza skupianiem się na tym, co zostało mi narzucone przez komisję jako „moja sprawa”, zajmowałam się wieloma innymi. Za każdym razem, gdy okazywało się, że warto ingerować, robiłam to.
Jak na przykład w przypadku telewizji Uniwerek.TV. Tak, mamy coś takiego. 20 września postanowiłam zająć się kontrolą i przygotowałam zestawienie:
- telewizja istnieje już 16 miesięcy!
- pracuje w niej 136 osób (!!!)
- w sumie wypuścili 66 filmów
- przygotowują średnio miesięcznie nieco ponad 4 filmiki po ok. 7 min każdy (w sumie jakieś 28 min miesięcznie)
- mówiąc jeszcze inaczej: każda osoba będąca tam przygotowała w ciągu 16 miesięcy ok 3,5 min filmiku na głowę
- na facebooku mają 847 fanów (moja strona "Masz gdzie spać?" istnieje 2 miesiące i ma 644 fanów)
- na youtube.com śledzi ich 20 osób (mój prywatny kanał ma 43 osoby)
- łącznie ich filmiki wyświetlono 27,805 razy (moje 249,259 razy)
To pokazuje, że jest to projekt, który się nie udał, na który wyrzucono kasę, czas i zasoby. Albo kontrola zakupu słynnej już kanapy „z funkcją spania” za ponad 5 tys. zł. Ja wiem, że łatwo się wydaje nie swoje pieniądze, dlatego tym bardziej chcę je kontrolować. Uważam, że to mój obowiązek. Przygotowałam na podsumowanie minionego roku 14stronicowe podsumowanie swojej pracy. Wiem, że pozostali członkowie ograniczali się do kilku, kilkunastu zdań. Niech to też Wam powie jak działa komisja, w której większość ma koalicja rządząca (od czasu utraty statusu studenta przez Pawła jestem tam jedynym przedstawicielem nie-koalicyjnym).
Ale samorząd to też trwające wybory w jednostkach i zbliżające się „duże” wybory centralnych władz samorządu. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, nigdy ta polityka samorządowa mnie nie interesowała. Nie znam się na przekonywaniu ludzi do takich rzeczy, nigdy nikogo nie „wyrwałam” przeciwnemu ugrupowaniu, nigdy nigdzie nie robiłam „desantu” ze „swoich ludzi”. Nie bawi mnie to, nie interesuje. Nie mam na to czasu. Zajmuję się merytoryczną pracą. Nie ma dla mnie dużego znaczenia czy będę w grupie rządzącej czy opozycyjnej. Wydaje mi się, że po tylu latach dowiodłam, że tak czy owak mam pewne zasady czy wartości, których zawsze się trzymam. Pełna legalność, pełna przejrzystość i jawność procesów samorządowych to dla mnie priorytet. Nie sprawność, nie prędkość ale właśnie legalność i jawność. A wiem, że nie wszyscy mają takie samo zdanie. I nie ma dla mnie znaczenia czy będę w kolejnej kadencji posłem, czy będę marszałkiem, czy będę przewodniczącym czegoś. Wartości, które są mi bliskie, będę realizować nadal z takim samym uporem.
I gdy tak właśnie wczoraj po posiedzeniu Parlamentu Studentów UW przyszło mi stać w niewielkiej grupce osób rozmawiających na temat tego, co teraz będzie się dziać – w grupce osób przekonujących się nawzajem do przejścia na jedną ze stron tej walki – to zrobiło mi się smutno. Nie dlatego, że tak się dzieje, bo z opowieści co roku wiem, że takie walki mają miejsce „od zawsze” i na tym polega polityczność samorządu studenckiego. Smutno zrobiło mi się dlatego, że wiem, że grupa, z którą „od zawsze” się utożsamiałam zmieniła się nie do poznania. Z grupy osób, którym zależy na zmianie, na zachowaniu pewnych rzeczy i na pewnych wartościach, stali się bezideową zbieraniną osób, które walczą w imię zasady „oni już byli, oni już rządzili, teraz kurwa my”. A ja tego chyba nie chcę wspierać. Nie wiem co zrobię, nie wiem jak się zachowam. Wiem – i to chyba wszyscy wiedzą – że lepiej mieć mnie po swojej stronie niż naprzeciw siebie. Bo jak ja się uprę, to nie odpuszczę. A denerwuje mnie aktualnie kilka rzeczy. Że Komisja Rewizyjna ma roczną kadencję. Że Marszałek ma za mocną pozycję. Że raport o LGBTQ nie znalazł się w Raporcie Studenckim dla władz UW. Że nie potrafimy znaleźć sposobu na zaangażowanie nowych ludzi. Że nie zrealizowano wielu obietnic. Że żadna z grup nie ma programu konkretnego jak na razie. Że kilka osób gra za plecami innych „pod siebie”. Wkurwia mnie to. A jak przychodzi co do czego, to słyszę (pół-żartem, pół-serio, ma się rozumieć, ale jednak!) że „nie jesteś od wiedzenia, tylko od zapierdalania” (to cytat). Ja wiem od czego ja jestem. I ja będę zapierdalać tak czy owak. Więc ostrzegam. Będę zapierdalać tak czy owak.
Dlatego pomogłam zorganizować się osobom w dwóch jednostkach, dlatego pomogłam im stworzyć regulamin, dlatego odpowiadam na pytania i maile w różnych samorządowych sprawach. Dlatego piszę pisma. Dlatego zaglądam. Dlatego sprawdzam i czytam. Dlatego jako jedyna na posiedzeniu Parlamentu Studentów UW jestem w stanie zadać serię pytań po uważnej lekturze sprawozdania rocznego Zarządu.
No i Samorząd Doktorantów. Czekam na wyjaśnienie sprawy sądowego uzyskania klauzuli wykonalności wyroku (strasznie długo się to ciągnie, więc właśnie wysłałam w tej sprawie zapytanie) a w tym czasie… Z powodu niedopatrzenia jednych, braku chęci do pracy innych, mojemu zaangażowaniu i wiecznej obecności tam gdzie trzeba, wybrano mnie do Komisji Wyborczej Doktorantów UW oraz na kandydatkę do Komisji Senatu ds. budżetu i finansów UW. Taka jest generalna niechęć do pracy wszystkich w samorządach, że zgłaszają się tylko, gdy muszą. A ja chcę. Ja chce pokazać, że można. I chcę podziałać, pomóc, zmobilizować. Zgłosiłam się, wybrano mnie (co znaczące – otrzymałam najmniej głosów). Ja wiem, że mnie tam nie lubią. Nie mam nic przeciwko. Nigdy w działalności samorządowej nie zależało mi na sympatiach. To chyba zresztą widać. Nie chodzę na samorządowe imprezy uniwersyteckie ani prywatne. Po prostu mnie to nie bawi. Do zabawy mam inne towarzystwo.
Dalej – koła naukowe. Zacznę od Queer UW, bowiem poprzednie blo kończy się w przededniu kolejnego spotkania informacyjnego. I okazało się, że pomysł był słuszny. Każde takie spotkanie przyniosło 4-5 nowych osób. Może gdybyśmy mieli czas, energię i chęć na więcej, to w ogóle by nam ludzi przybyło w zastraszającej liczbie. A i wciąż piszą nowe i nowi, że chcą dołączyć. Ja wiem, że oni nie wszyscy zostaną, ale jednak jest nadzieja. Spotkania zaowocowały tym, żeśmy się spotkali i pogadali. Tak na poważnie, na spokojnie. Zajęło nam trochę czasu, ale tak zawsze jest na pierwszym spotkaniu.
Generalnie policzyłam to wszystko i wyszło nam, że jest nas ze 30 osób. To jest naprawdę dużo. Zobaczymy na ile się utrzyma ta liczba, ale wierzę, że źle nie będzie. Dlatego walczę o aktywizację. Jak poczują, że to fajna sprawa, to nie trzeba będzie dalej zachęcać. Na razie rozważamy mnóstwo opcji „co dalej” i zastanawiamy się jak to ugryźć. Ale mam wrażenie, że przed grudniem będziemy znali plan pracy na najbliższe miesiące. Podstawowa zmiana: dzielimy się na zespoły zadaniowe. W ramach tych zespołów pracujemy nad tym, co dalej a resztę tylko informujemy. Nie ma sensu, by każdy/każda zajmował/a się wszystkim.
A ja dzióbię teksty do publikacji pokonferencyjnej. Podzieliłyśmy się z dziewczynami tymi tekstami i sprawdzamy, redagujemy, dokonujemy pierwszej korekty. Jest całkiem nieźle. Musiałam także, co jasne, swój tekst poprawić zgodnie z propozycjami od innej redaktorki. Udało mi się. Obsuwa: 1 dzień. Nie jest źle. Oczywiście, nie ma tak łatwo. Nadal pracuję z Adrianem nad jego tekstem. Że nam zależy, to go dopracujemy. Ale będzie z nim trochę roboty. Sama jednak tego chciałam. W tak zwanym międzyczasie napisałam tekst do Rocznika Studenckiego Ruchu Naukowego – też o wynikach prac Queer UW. Więc coś się dzieje. Te wyniki, mam nadzieję, że nieco poszerzone, będą czymś o co nadal będę walczyć w ramach Raportu Studenckiego w tym roku. Nie odpuszczam. Trzeci rok z rzędu będą musieli się ze mną zmierzyć.
Inne moje koła też działają! Przede wszystkim: warsztaty. Strasznie, strasznie dużo jest z tym pracy mojej. Rok temu prowadziłam jedną grupę co dwa tygodnie. Teraz mam dwie grupy raz w tygodniu. Więc cztery razy więcej wszystkiego. Liczebność też większa, więc sami rozumiecie. Jest ciężko. Tym bardziej, że nie odpuszczam sobie imprezowania czy tam innych moich rzeczy.
Zastanawiałam się ile moja praca jest warta. W sensie, że ile normalnie się bierze za takie warsztaty. Myślę, że – tak po studencku – semestralny kurs dziennikarstwa winien kosztować ok. 180 zł (cena jak za kurs Uniwersytetu Otwartego UW). Ludzi na kursie mam w sumie w dwóch grupach jakieś 20-24 osoby (część zrezygnowała i nie powiedziała mi o tym, więc nie wiem ile zostało ostatecznie). 3600-4320 zł dochodu za te warsztaty. Wykładowcom w UO UW płaci się, oczywiście, mniej. Niemniej, myślę, że nawet gdybym zarabiała dodatkowo połowę tej kasy (1800-2160 zł) za semestr (miesięcznie jakieś 360-420 zł), to zupełnie inaczej by mi się pracowało. Nie to, że bez kasy pracuję gorzej. Ale bez kasy czasem szkoda mi poświęcić czas na dodatkowe przygotowanie, bo w tym czasie zarabiam. Sami rozumiecie.
Dlatego jak jeden ze znajomych zapytał mnie czy mogłabym poprowadzić kurs składu i łamania DTP (tak, znam się na tym całkiem dobrze), to powiedziałam, że mogę, ale już nie za darmo. 40 godzinny kurs DTP kosztuje „na mieście” średnio około 2000 zł netto. Sami rozumiecie… Kiedyś na czymś muszę zarabiać, bo nie dam rady inaczej i będę musiała rzucić wszystko.
I jeszcze jedno koło (tak, mam trzy koła naukowe!) – tym razem wydawanie gazety. Okazuje się, że jest niemała grupa chętnych, którzy i które chcą się tym zajmować. Nieźle, prawdę mówiąc. Złożony jest wniosek o dofinansowanie. Złożone są jakieś inne papiery. Generalnie, szykujemy się do dużego uderzenia i mam nadzieję, że nam to wyjdzie. Znów, żeby nie było, robię to za darmo.
Ma się rozumieć, że robienie tylu rzeczy za darmo musi się gdzieś odbijać, prawda? I odbija się. Na podstawowych moich obowiązkach – studiach doktoranckich i studiach amerykanistycznych. Niestety. Sporo opuszczam. Zwłaszcza przez ostatnie dwa tygodnie. Niedobrze, niedobrze, wiem. W tej sprawie będę pisać do wykładowców. W zasadzie do jednego tylko – tego od ćwiczeń. Bo obecność na wykładach nie jest przecież obowiązkowa, prawda? Co prawda niektórzy sprawdzają obecność, ale jak przyjdzie co do czego, będę walczyć ;) Na razie skupiam się na pisaniu do ćwiczeniowca. Nie chcę opuszczać, ale czasem muszę. A czasem myślę sobie, że strata nie jest wielka, bo przecież to są ćwiczenia z academic writing, czyli przygotowania nas do pisania prac naukowych/dyplomowych. Pozwolę sobie zauważyć, że podstawy, których się nas tam uczy, są mi znane. Jasne, doskonalenie się jest rzeczą ważną, ale bez przesady… Na razie do doskonalenia się nam daleko. Na razie są podstawy. I to mnie też, nie ukrywam, demobilizuje do chodzenia. Muszę jakoś walczyć.
Generalnie, przyznaję się, muszę ostatnio walczyć trochę z lenistwem. Mam wrażenie, że wynika to z tego, że nie mam celu. Brak mi jakiegoś jasno sprecyzowanego zadania. Bo ja lubię działać zadaniowo – wyznaczam sobie cel, osiągam, wyznaczam kolejny, osiągam itd. A aktualnie brak mi takowych. Jasne, doktorat. Ale to taki cel rozmyty, na który składa się kilka mniejszych – w tym: otwarcie przewodu do końca semestru. I to jest akurat do zrobienia. A inne rzeczy? No nijak. Brak mi celu trochę. A pracy sporo jest. Skoro się zobowiązałam, to robię. Znacie mnie, nie odpuszczam.
Do tego wszystkiego dochodzi Parada Równości. Wiem, wiem, trzeba było się nie angażować. Wczoraj poświęciłam jakieś 1,5 godziny przygotowując wpisy na stronę paradową. Potem kolejne 45 min odpowiadania na maile. Dziś znów maile i jeden nowy wpis (w sumie jakaś godzina). I tak codziennie coś mi uszczknie z czasu wolnego Parada Równości 2012. Do niedzieli otwarty mamy komitet organizacyjny, trwa konkurs na hasło (głosowaliście?), dużo drobnostek się dzieje. A to trzeba zarezerwować pl. Teatralny, a to napisać do ZTM. To znów spotkać się z pełnomoniką prezydenty m. st. Warszawy ds. równego traktowania, a to innym razem z wolontariuszami i wolontariuszkami. Cały czas coś. Nie ma tygodnia, żeby coś wkoło Parady Równości się nie działo. Jasne, dobrze, niech się dzieje. Ale rąk do pracy nam wciąż brakuje. W piątek mam mieć w tej sprawie spotkanie z koordynatorką Wolontariatu Równości, może uda się część pracy na wolontariuszy i wolontariuszki przełożyć, ale nie sądzę.
Po co to robię? Słyszę to pytanie gdzieś od czwartej klasy podstawówki, gdy zaczęłam pracować jako tzw. aktyw biblioteczny (czy dzisiaj coś takiego istnieje jeszcze?) i pomagałam pani Alinie (tak, pamiętam imię bibliotekarki z podstawówki!) przygotowywać wystawki, przedstawienia i takie tam. Moja pierwsza praca społeczna. Ona mnie ukształtowała w sumie w pewien sposób. Wydaje mi się, że kiedyś już na blo (a w życiu na pewno wiele razy) dziękowałam p. Alinie za to, co mi zrobiła. Za to, co ze mną zrobiła. Bo ona mnie nauczyła, żeby nie zadawać sobie tego pytania – po co to robię? Robię, bo chcę coś robić. Bo chcę zabić czas. Bo mam taką potrzebę. Bo jeśli nie ja, to kto. Bo wiem, że potrafię. Bo daje mi to przyjemność. Bo czerpię z tego satysfakcję. Bo nikt inny tego nie chce robić. Bo lubię pracę z ludźmi. Powodów są setki. Każdy tak samo zły. Robię to, bo tak.
Nie byłabym sobą, gdybym nie imprezowała. I to sporo. Wiadomo, impreza jest moim życiem. I czasem bawiłam się zupełnie bez kasy! Tak, tak, można i potrafię. Raz, że nie chodzę już do Glam. Odkąd wprowadzili opłatę 5 zł za wstęp, nie ma opcji. Warszawa od lat rozpieszczała klubowiczów i klubowiczki tym, że wszędzie do dobrych miejsc się za darmo wchodziło. Jasne, ja mogę czasem iść gdzieś, gdzie się za wejście płaci. Ale raz na jakiś czas. Generalnie uważam bowiem, że szanujące się miejsca nie biorą kasy za to, że kogoś wpuszczą. Jasne, wiem, że ta kasa jest im potrzebna, że czasem są to miejsca, gdzie ludzie piją jedno piwo całą noc a jakoś muszą się utrzymać. Albo że ta kasa za wstęp ma odstraszać pewną grupę ludzi. Wiem to wszystko, wiem. Ale d mnie to nie przemawia. Pochodzę z pokolenia i z czasów, gdy się nie płaciło. Za wejście do Utopii, za wejście do Barbie Baru, za wejście do Kokonu na Starym Mieście… To były dobre miejsca, dobre imprezy, szanujące się kluby. A ludzie i tak kasę zostawiali na barze.
Poza tym, gdy np. idę do Toro (gdzie ostatnio byłam chyba ze 3 razy), to wiem, że płacę te 15 zł za to, że mam do dyspozycji dark room. Ok., nie korzystam z niego, ale mam taką możliwość. Poza tym jest tam w miarę czysto. W Glam jest inaczej. Jest brudno. Wysiadają kible. Jest duży problem z klimą. Ludzie palą w środku wszędzie. I dopóki nie udajemy, że jest inaczej, jest ok. Ale te symboliczne 5 zł to jednak przesada. Trochę dla mnie przegięcie. Nie powiem, że nigdy już w Glam nie będę. Na pewno będę. Wpadnę raz na miesiąc czy dwa. Tak jak do innych miejsc, gdzie chcą ode mnie kasę za wejście. Niemniej, uważam ten krok za strzał w stopę. Oraz Glam dotarł do 18 miesięcy życia. Tyle statystycznie średnio żyją w Warszawie kluby. Czyżby początek końca?
W dniu, gdy piszę te słowa, pojawiła się kolejna zapowiedź imprezy utopijnej. Znów w de lite. Ale tym razem – co zaskoczyło wszystkich – wstęp jest płatny. Ja wiem, że w de lite się normalnie płaci za wejście, ale w Utopii oraz na utopijnych imprezach (gdziekolwiek by się nie odbywały) nigdy tego nie było. Ogromne zaskoczenie. Szok. Znajomi mówią, że nie pójdą. I nie chodzi o to, że nie stać ich na te zasrane 20 zł. Stać ich. Ale czują się nieco zdradzeni, że nagle muszą płacić za wstęp na imprezę utopijną.
Ja, nie ukrywam, też jestem w szoku. Rzeczywiście, zawsze uważałam za dobry zwyczaj – zresztą przez Utopię lansowany na samym początku te 10 lat temu! – że wejście na dobrą imprezę jest bezpłatne. Po prostu. Bo nie chodziło nigdy o zarabianie na tym nie wiadomo ile, tylko o wspólnotę i o zabawę. Nie wiem co powoduje tą zmianą, ale nie podoba mi się. I choć możnaby powiedzieć, że mnie to nie obchodzi, bo mam złotą kartę VIP i wejdę tak czy owak za darmo – ale obchodzi mnie. Jako że Utopii broniłam i bronię nadal oraz jestem jedną z ostatnich osób wierzących, że ona się odrodzi w innym miejscu, mam prawo chyba też wyrazić swoją opinię. I mówię: nie podoba mi się to. Pewno pójdę na to wydarzenie, ale uważam, że jest to zejście na drogę G Party, Candy Andy i innych Huntersów. A ten kierunek na pewno nie jest dobrym. Co zresztą widać po Hunters, gdzie dzieje się coraz mniej, ludzie coraz rzadziej przychodzą, dobra muzyka zdarza się wybitnie rzadko a wokół miejsca nie ma żadnej „otoczki”. Nie chciałabym, żeby to spotkało markę Utopia. Mam nadzieję, że ta opłata nie jest zejściem na złą drogę…
W tym tygodniu mam zamiar odwiedzić Kamieniołomy oraz M25. W obu miejscach jeszcze mnie nie było, więc coś nowego. Bo tak w ogóle to w dubstep ostatnio wchodzę. I to tak mocno. Lubię ten bród, ten przester jaki jest tam wszechobecny. Odpowiada mi to coraz bardziej. I zamierzam chwilkę się w tym popluskać. Może mi się znudzi. A może nie. Niemniej, obie imprezy w ten weekend są imprezami dubstepowymi.
Poza tym cały czas bifory, z rzadka aftery. Kilka imprez na trzeźwo, kilka na biednie. Ratują lub pogrążają znajomi, którzy mi cichaczem wódkę do drinków dolewają. Oczywiście, że za to dziękuję – tym niemniej, czasem naprawdę chcę nie pić alkoholu na imprezie. Nie wszyscy to rozumieją.
Udało mi się w de lite na imprezie utopijnej być nawet na trzeźwo! To dla mnie duże osiągnięcie, bo zazwyczaj niewiele ogarniałam ze szczegółów imprezowych tego miejsca ;) Teraz jest inaczej. I muszę przyznać, że mi się podobało. Nawet wybrałam się raz na heteroimprezę w de lite! I, co zabawne, okazało się, że na wejściu traktują mnie wyjątkowo. Stoję w tłumie i woła mnie nagle selekcjoner: „Jej Perfekcyjność, z kim jesteś?” Pokazuję znajomych (jeden już wszedł), dostaję opaski i wchodzimy górnym wejściem („dla VIPów”). Nie spodziewałam się, ale miło, miło. Impreza też była całkiem udana, choć zupełnie inaczej niż jak jest tam utopijnie. Zabawnie zupełnie to wygląda, jak się porówna, jak inne są te imprezy.
Zabawne mamy też ostatnio przeboje z taksówkarzami. Albo są chamami i mówią, że i tak niedługo zdechniemy. Ale są chamami i mówią, że chyba sobie żartujemy, że chcemy jechać taksówką z Ordynackiej na Konopnickiej. Nie, nie żartujemy. Oczywiście, że za każdym razem zapamiętuję numer taxi i dzwonię z reklamacją. Chyba nie sądzicie, że odpuszczam takie rzeczy? Nie, nie.
Tak jak nie odpuszczałam chłopcom przed moim blokiem. Już ich nie widujemy – smuteczek. Widać mój plan nękania ich policją i Strażą Miejską się powiódł i się gdzie indziej przenieśli. Wszystko mi jedno. Ważne, że moi goście czują się bezpieczniej wchodząc do Meliny.
Imprezowałam też trochę z Marcinkiem. A bardziej to chlałam, prawdę mówiąc. Łącznie z tym, że wracając zdarzało mi się usnąć w komunikacji miejskiej, zaliczyć pętlę czy też dwie. Oraz że nie pamiętam powrotu do domu i wykonywania pewnych zdjęć po drodze… takie tam pijackie zabawy. Przez to wszystko musiałam też ostatecznie zacząć się znów odzywać do Michała. Skoro są z Marcinem, to ciężko czasem tego uniknąć. Choć, nie ukrywam, skutecznie udawało mi się to na niektórych imprezach. Bo dla mnie nie ma krępujących sytuacji. W sensie, że takich, że zapada cisza i nie wiadomo, co powiedzieć albo ktoś o coś pyta a odpowiedzi nie ma. Nie krępuje mnie to. Wie o tym Paulina i też daje sobie radę w takich sytuacjach, stąd raz ją wzięłam ze sobą na najbardziej krępującą z takich domowych imprez. Jest dzielna, dała radę.
A ostatnio Marcinek przebił wszystko, przychodząc do mnie z grami planszowymi. Naprawdę, zrobił to. Miał wpaść „na komputer”, bo jego zalany w serwisie, a okazało się, że jednak chce też pograć… innym razem byliśmy na imprezie u Maćka Nowaka. W sensie, że nie tyle u niego w domu, co w lokalu (chyba „U Rzeźnika”?) i tam razem z kilkoma osobami się bawiliśmy. Było miło, chociaż nie wiem, co się ze mną działo jakoś od 2 do 4 ;)
Moje imprezowanie jest dość skrajne. W jeden weekend się upijam tak, że film mi się na chwilkę urywa, a innym razem nie piję nic. Może to też o to chodzi, żeby zaskakiwać znajomych? Nie zaskakuje jednak to, że jest Melina i że nadal tutaj się dzieje dużo. Oraz sąsiedzi już policji nie wzywają. Podejrzewam, że się poddali wiedząc, że to niczego nie zmieni.
Jestem uzależniona od pizzy. Ja i Michał. To oficjalna wiadomość. Nie możemy się powstrzymać i zmawiamy. Nie mamy kasy, wydajemy na to ostatnie złotówki z kart kredytowych ale zamawiamy. To chore już. I gdy już sobie obiecujemy, że nie zamówimy, nie wytrzymujemy i znów to robimy. Dwa dni pod rząd. Czasem trzy. Potem kilka dni przerwy i znów. Nie możemy przestać, jest to ewidentnie jakieś zaburzenie.
Ja mam taką teorię, że pizza zaspokaja u nas dwie potrzeby. Jedną jest potrzeba gryzienia. Bo my jemy głównie smażone warzywa, jajka i jogurty. A tego się pogryźć nie da za bardzo. Nie to, co pizza. A drugą rzeczą jest kwestia nawyku żywieniowego społecznego. Jak jest pizza, siadamy razem, oglądamy coś i rozmawiamy. I to w zasadzie jedyny taki moment, gdy rozmawiamy dłużej jakoś. Stąd czasem potrzebujemy tego.
I jest to chore. Jeśli teraz nie wytrzymamy do końca „czasu bez pizzy”, jaki sobie wyznaczyliśmy, idę na terapię. Poważnie.
Marcinek wymyślił ciekawą narrację. Jego zdaniem istnieje zależność między moją wagą a moim życiem emocjonalnym. Brzmi zbyt niekonkretnie. Chodzi o to, że zauważył korelację pomiędzy tym czasem, kiedy pozwalałam sobie na więcej w kwestii wchodzenia w relacje emocjonalnie bliskie z chłopcami a faktem, że wówczas byłam szczuplejsza. Jego zdaniem, gdy spada moja waga, rośnie moja pewność siebie i stąd wówczas jestem bardziej skłonna wykorzystywać ową pewność siebie w celu poznawania chłopców i bliższego z nimi zaprzyjaźniania się. Ciekawe, nie powiem. Nigdy tak o tym nie myślałam. Podoba mi się ta narracja. Jej wnioskiem końcowym jest w zasadzie myśl, że albo będę szczupła albo wierna postanowieniu o nie zbliżaniu się do chłopców.
***
Nie sposób nie napisać o 11 listopada. O Marszu Niepodległości, blokadzie, Kolorowej Niepodległej i zamieszkach. Po pierwsze i najważniejsze: jestem przeciwna jakiejkolwiek przemocy. Nie ma dla mnie uzasadnienia jej ideologiczne podłoże. Czy jest prawicowa, czy lewicowa, jestem przeciw. Argumenty siły nie mogą być używane w demokratycznej debacie. To jest jeden z powodów, dla których nie poszłam na Kolorową Niepodległą. Widziałam obrazki sprzed roku i wiem, że stosowana była wówczas przemoc. A ja jestem na nie. Obawiałam się, że w tym roku znów się pojawi i nie chciałam ryzykować. Nie tego, że dostanę wpierdol. Tego, że mnie ktoś posądzi o używanie czy akceptowanie używania przemocy.
Blokada Marszu Niepodległości była o tyle legalna, że nie stanowiła fizycznego, niezgodnego z prawem uniemożliwiania organizacji przemarszu. Po prostu organizatorzy wcześniej zarejestrowali i rozpoczęli na trasie później organizowanego marszu zgromadzenie publiczne. Musieliby albo rozgonić Kolorową Niepodległą albo zetrzeć się z nią fizycznie, żeby móc przejść planowaną trasą. Jasne, można powiedzieć, że jest to słabość naszego prawa, że można coś takiego zrobić. A ja uważam, że jest to siła naszego prawa – że można coś takiego zrobić. Na tym polega demokratyczna debata, na tym polega demokratyczny dyskurs. On toczyć się może także na ulicy. Dopóki, ma się rozumieć, jest legalny.
Nie będę wkraczać w to, kto jest winien czemu, choć wydaje mi się oczywistym, że uczestnicy i uczestniczki Marszu Niepodległości zachowywali się dużo bardziej agresywnie, poczynili o wiele więcej zniszczeń. Nie ma tłumaczenia, że ktoś podłączył się pod marsz. Regulamin Marszu Niepodległości mówi bowiem: „3.Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do weryfikacji transparentów, flag i tym podobnych. Służba Porządkowa może nakazać schowanie takich materiałów jeśli uzna, iż są niezgodne z celem zgromadzenia. Osoby niepodporządkowujące się, zostaną usunięte z manifestacji.” oraz dalej: „5.Organizatorzy mają prawo do usuwania z manifestacji osób, które zakłócają powagę Święta – w szczególności osób nietrzeźwych, agresywnych, wulgarnych, oraz wszelkiej maści prowokatorów.” Niech nie mówią więc, że nie mieli kontroli nad tym, co się tam działo. Mieli ponoć mieć jakieś służby porządkowe, które ogarniały całość. W tym – reagowały, gdy ktoś taki się pojawiał. Przecież gdy ktoś nie chce opuścić manifestacji, można poprosić o jego/jej usunięcie policję. Inaczej bowiem zakłóca legalną manifestację, co jest karalne. Nie przyjmuję więc argumentu, że organizatorzy nie wiedzieli, nie zauważyli, nie wiedzieli co zrobić.
Inna sprawa, że mam wrażenie, że w pewnym momencie naprawdę stracili kontrolę. Tak realnie. Zaprosili dużo ludzi, którzy nie szanują prawa i mają za swoje. Moim zdaniem, powinni ponieść konsekwencje i zostać pociągnięci m.in. do odpowiedzialności finansowej. Organizator każdej manifestacji ma obowiązek sprzątnąć po sobie. Mam wrażenie, że oni tego nie zrobili. Mówię o tym z perspektywy organizacji dwóch regularnych zgromadzeń publicznych: Międzynarodowego Dnia Paris Hilton oraz Parady Równości. My też musimy po sobie sprzątać. A jeśli coś zepsujemy, musimy to ogarnąć. A śmieci musimy sprzątnąć.
Wracając do Kolorowej Niepodległej zaś – rozumiem ideę odzyskiwania Święta Niepodległości z rąk ruchów faszyzujących. Rozumiem przejmowanie dyskursu. Rozumiem, naprawdę. Uważam tę ideę za słuszną. Ale sposób realizacji – już nie. Antifa „chroniąca” tłum poprzez oblewanie farbą zbliżających się agresywnych mężczyzn? Nie zgadzam się (choć pomysł zabawny w gruncie rzeczy). Rozumiem, że organizatorzy Kolorowej Niepodległej zrobili ten sam błąd – nie wyprosili z manifestacji osób, które nie powinny zachowywać się niewłaściwie. Trudno, ich wina. Choć odcinają się od przemocy, będą musieli ponieść konsekwencje nie reagowania na nią w trakcie zgromadzenia. Takie moje zdanie.
Za rok też nie pójdę na manifestację Kolorowej Niepodległej. To nie mój sposób działania, nie podoba mi się. Chcę, żeby jednak odzyskiwanie dyskursu narodowego odbywało się inaczej. Wydaje mi się, że dobrym pomysłem było odśpiewanie podczas Parady Równości 2011 hymnu narodowego. I zachowanie wygolonych panów pod pomnikiem było ewidentnym świadectwem na to, że ideologia narodowa jest dla nich jedynie przykrywką, sosem na ich prawdziwe potrzeby i oczekiwania. Oni chcą po prostu spuścić wpierdol komukolwiek. A skoro mogą to legitymizować jakąś ideologią, to robią to. Bo tak wygodniej i bezpieczniej. Za rok, mam nadzieję, także odśpiewamy Mazurka Dąbrowskiego.
Choć w Kolorowej Niepodległej było wiele osób, które szanuję i z którymi poglądami najczęściej się zgadzam, to jednak w tym konkretnym przypadku nie mogę tego zrobić. Nie po to walczyliśmy w 2004 i 2005 roku z prewencyjnym zakazem organizacji Parady Równości, żeby teraz kogoś prezencyjnie cenzurować. To nie powinno tak działać. Gdyby zgłoszony legalnie marsz zaczął w trakcie przebiegu robić rzeczy nielegalne lub głosić rzeczy nielegalne, wówczas można go rozwiązać i podjąć działania. Jasne, ryzykujemy, że jednak uda im się część nielegalnych okrzyków wznieść. Ale niewielka to cena za wolność wypowiedzi innych ludzi, prawda?
Z uwagą będę obserwować dyskusję nad zmianą ustawy o zgromadzeniach publicznych. Nie tylko dlatego, że dotyczy ona Parady Równości czy Międzynarodowego Dnia Paris Hilton. Przede wszystkim dlatego, że dotyczy KOLEJNEGO ograniczenia wolności wypowiedzi. Dokładnie tak samo jak zakazy – z którymi się nie zgadzam – które już obowiązują w polskim prawie. Powtórzę po raz kolejny – za Chantal Mouffe – wolność wypowiedzi w demokracji nie powinna być ograniczana. Nie zgadzam się na zakazy „mowy nienawiści”. Nie zgadzam się na zakaz wygłaszania kłamstwa oświęcimskiego. Nie zgadzam się na zakaz mówienia o pozytywnej pedofilii. Nie zgadzam się na ograniczanie wolności słowa. Bo prowadzi nas to wprost do sytuacji, gdy zakazy obejmą tak dużą sferę wypowiedzi, że WOLNO będzie powiedzieć tylko jedną rzecz, zgodną z jedną ideą. A to już faszyzm w czystej postaci. Wierzę, że głupie poglądy są na tyle głupie, że same się i mówiących kompromitują.
***
Skoro o datach mowa, to chcę na koniec przypomnieć Wam o 20 listopada. To Międzynarodowy Dzień Pamięci o Trans Ofiarach Przemocy.
Był 20 listopada 1999 r., gdy przyjaciele zamordowanej rok wcześniej zaangażowanej społecznie transseksualistki Rity Hester, spotkali się, by w blasku świec uczcić ją i wszystkie osoby trans, o których wiedzieli, że zginęły w ciągu ostatniego roku. Od tamtej pory 20 listopada jest Międzynarodowym Dniem Pamięci o Trans Ofiarach Przemocy (Transgender Day of Rembrance). Co roku lista wydłuża się o następne kilkanaście – kilkadziesiąt osób.
W zasadzie mogłoby mnie to nie obchodzić, bo przecież codziennie giną ludzie. Z głodu, z chłodu, ze starości, z biedy, w wypadkach… Ale to mnie obchodzi szczególnie. Ja też jestem osobą trans. Przypominam, że nie raz spotykałam się z dyskryminacją i przemocą. Może z przemocą na szczęście mniej, ale w tym roku dość blisko i mocno. I nadal – przyznaję się – odczuwam strach wychodząc z domu. Nie koniecznie w stroju powszechnie uważanym za kobiecy. Przecież wiecie, że codziennie się maluję, że miewam tzw. damską garderobę czasem na sobie. I dlatego się boję. Bo jest mi trudno być sobą.
W tym roku odeszli/odeszły: Idania Roberta Sevilla Raudales (Honduras, 29 listopada 2010 r.), Lorenza Alexis Alvarado Hernández (Honduras, 22 grudnia 2010 r.), Lady Óscar Martínez Salgado (Honduras, 22 grudnia 2010 r.), Reana ‘Cheo’ Bustamente (Honduras, 2 stycznia 2011 r.), Génesis Briget Makaligton (Honduras, 7 stycznia 2011 r.), Chrissie Bates (Stany Zjednoczone, 10 stycznia 2011 r.), Fergie Alice Ferg (Honduras, 18 stycznia 2011 r.), Tyra Trent (Stany Zjednoczone, 19 lutego 2011 r.), Priscila Brand?o (Brazylia, 2 marca 2011 r.), Marcal Camero Tye (Stany Zjednoczone, 8 marca 2011 r.), Shakira Harahap (Indonezja, 10 marca 2011 r.), Miss Nate Nate (lub Née) Eugene Davis (Stany Zjednoczone, 13 lipca 2011 r.), Lashai Mclean (Stany Zjednoczone, 20 lipca 2011 r.), Didem (Turcja, 31 lipca 2011 r.), Camila Guzman (Stany Zjednoczone, 1 sierpnia 2011 r.), Gaby (Meksyk, 8 sierpnia 2011 r.), Gaurav Gopalan (Stany Zjednoczone, 10 września 2011 r.), Ramazan Çetin (Turcja, 6 października 2011 r.), Shelley Hilliard (Stany Zjednoczone, 23 października 2011 r.) oraz Jessica Rollon (Włochy, 30 października 2011 r.).
Tagi: pizza, jej perfekcyjność, marcinek, samorząd studentów, parad równości
Jej Perfekcyjność 2011-11-17 | 18:49:55
skomentuj (0)
Tak generalnie to chcę zacząć od tego, że mieszkam w Warszawie już 7 lat. Trochę o tym na fotoblo napisałam, ale dopiero tutaj mogę się wyżyć ;) Bo Robert i Tristan przynieśli mi na imprezę rocznicową w Melinie prezent. „7 miłości na 7 lat w Warszawie”. Ozdobna mała papierowa torebka z kokardką a w środku 7 jaj. Na każdym z nich imię: Paweł B., Marcinek, Filip, Adam, Grześ, Anatol, Robert (‘objet petit a’). Moim zdaniem brakuje Dawida. Ale poza tym… tak, to bez wątpienia osoby ważne dla mnie w trakcie moich 7 lat w Warszawie. Oczywiście Paweł i Marcinek inaczej od pozostałych, ale jednak. Nie ma co udawać – z pozostałą piątką (szóstką z Dawidem licząc) weszłam w bardzo bliskie relacje emocjonalne, z których po jakimś czasie się wycofałam lub – częściej – które oni zakończyli. Anatol – nie wiem czemu. Grześ – bo taki jest. Adam – bo znalazł sobie chłopca. Filip – bo się znudził i wolał seks. Robert – bo oczekiwał czego innego. (Dawid – bo chciał czegoś innego oraz woli seks.) Nie, no nie mówię, że to źle. Za wszystkie momenty z nimi spędzone, jestem im absolutnie wdzięczna. I to wiedzą. Nie mam z nimi bliskich kontaktów teraz. Części z nich (Adam, Filip) nie mam nawet w znajomych na facebooku. Do większości z nich się w zasadzie nie odzywam. Nie dlatego, że ich nie lubię, mam im coś za złe czy jakoś tak. Nie, nie. Lubię ich, niczego nie mam im za złe (no, może poza jakimiś drobnostkami – jak w każdej znajomości się zdarza przecież!), życzę im jak najlepiej. Po prostu są jakoś tam zamkniętym rozdziałem, są skontenerowani, emocje do nich wszelkie wygasły (albo są na wygaśnięciu – Robert, Filip). Większość z nich nadal uważam za bardzo atrakcyjnych fizycznie. Większość z nich uważam za bardzo fajnych ludzi. O większości z nich w ogóle nie myślę – dopiero te jajka jakoś mnie do refleksji zmusiły. No, albo i nie do refleksji tylko do powspominania bardziej.
Dlaczego więc o nich piszę? Bo w sumie – o czym warto pamiętać – większość z nich w moim życiu pojawiła się stosunkowo niedawno. W ciągu ostatnich 1,5-2 lat. Więc w perspektywie tych 7 lat, które mają reprezentować – niedawno. Bo też i wrócić muszę do pomijanej dwójki – Pawła i Marcinka. Paweł to – dla niewtajemniczonych – mój ostatni były (jakkolwiek źle to nie brzmi). Ostatnia i jedyna osoba (!) dla której porzuciłam celibat. To było masakrycznie dawno temu. Ledwo ów celibat zaczęłam w styczniu czy lutym a w marcu się on pojawił (po pewnych perypetiach z Kacprem związanych – boże, jak to było dawno temu!!!). W dzień kobiet albo w przededniu tegoż, już nie pamiętam. Ale się pojawił. I tak od słowa do słowa, po jakimś czasie byliśmy parą. To było coś. Intensywne, mocne, trudne, nowe przeżycie. Pamiętam to do dziś. Paweł niewiele się zmienił od tamtej pory. Mam na myśli fizycznie – schudł, to fakt. Ale poza tym nadal wygląda jak wtedy, moim zdaniem. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Byliśmy razem bardzo krótko – 2 miesiące. Ale wie się działo w tym czasie. Pochodziliśmy z dwóch różnych światów, dwóch różnych środowisk. Bawiliśmy się inaczej, byliśmy innymi ludźmi (nadal jesteśmy – ja próbuję robić „karierę” w naukach społecznych a on rzucił studia i jest międzynarodowej sławy modelką), co innego nas kręciło… Ale naprawdę miło to wszystko wspominam. Nawet ten dzień, kiedy mnie rzucił. To było w Tchibo Cafe – jeszcze zanim zaczęli tam sprzedawać ręczniki i tostery. Pamiętam nawet stolik, przy którym siedzieliśmy, gdy mówił mi, że chyba musimy się rozstać. Strasznie to zabawne, bo ja rzadko wspominam. Rzadko mam na to czas i ochotę. Zazwyczaj zamknięte rozdziały zostawiam za sobą i lecę dalej.
Marcinek to jeszcze inna story. O matko, jak on mi się podobał od samego początku! Bóg na ziemi. Adonis wcielony. Apollo XXI wieku. Cud. Dzieło sztuki. Nasze pierwsze spotkanie zakończyło się tak, że znienawidził mnie jeszcze bardziej niż mnie nie lubił przed poznaniem – ostrzegali go przede mną. Nadal zresztą tak robią, prawda? Ostrzegają ludzi przede mną. Że jestem straszna, zdradliwa, kłamliwa, wredna i nie wiem jaka tam jeszcze. Jakkolwiek. On wtedy też miał o mnie takie zdanie. Nie starałam się go zmienić – generalnie nie zależy mi na tym, co ludzie o mnie myślą. Nie pamiętam też jak to się stało, że zdanie o mnie zmienił. Bo chyba zmienił, prawda? :) Nie pamiętam jak to się stało, że się poznaliśmy jakoś nareszcie poza cześć-cześć. To w sumie nie jest chyba nawet takie istotne. Zazwyczaj jest tak, że jak już ktoś mnie pozna, to już nie pała do mnie niechęcią. Ważny dla mnie był moment chwilę po „sprawie z Dodą”, kiedy moja mama się dowiedziała o wszystkim, o tym że jestem transem i mieliśmy trudny czas. Pamiętam taką kolację z Marcinkiem w pizzerii (chyba Marzano?) przy Świętokrzyskiej, jeśli pamiętam dobrze, kiedy stwierdził, że jestem jedną z najbliższych mu osób. Chyba nigdy już nie usłyszałam od niego niczego milszego.
No, w każdym razie – z Pawłem i z Marcinkiem to zupełnie inne historie. Z pozostałą piątką (szóstką), co by nie mówić – podobne. To schemat, który zawsze się powtarza. Poznaję kogoś, jest jakaś tam fascynacja świeżością, nowością, nową osobą, potem lepsze poznanie – miłe spędzanie czasu. Jasne, czasem ci chłopcy nocowali u mnie. I wiem, że są osoby, które nie wierzą w mój celibat. I wcale mi to nie przeszkadza. Swoją drogą mówienie „ci chłopcy nocowali u mnie” źle brzmi. Nie chcę, żebyście myśleli, że traktuję Was tak samo – taśmowo. Nie, nie. Po prostu tak się zdarzyło, że część z Was spała ze mną w jednym łóżku (Adam, Filip, Dawid, Anatol, Grześ). Stało się też tak, że część z Was spała ze mną wiele razy. A jeszcze pewna część spała ze mną nago czy coś w ten deseń (Adam, Filip). Każdy z Was jest dla mnie kimś innym i wyjątkowym. Nawet fizycznie się różnicie. No, może poza tym, żeście wszyscy szczupli tak, że Wam zazdroszczę.
A wracając… Zazwyczaj jest tak, że po tej fascynacji, po tym poznawaniu, nadchodzi czas, gdy poznajecie lepiej moich znajomych. I z nimi znikacie potem z mojego horyzontu (Filip – z Grzesiem, Grześ – z Marcinkiem) a czasem z kimś, kogo nie znam (Adam, Dawid). I dobrze. O to chodzi.
Nie wiem po co piszę to wszystko. Chyba dlatego, żeby sobie powspominać – to raz. Żeby jeszcze raz to skontenerować – to dwa. Ale też żebyście wiedzieli, że o Was bardzo dobrze myślę i bardzo jestem Wam wdzięczna (jeśli Was to obchodzi) – to trzy.
A przy okazji myślę sobie, że chodzi też o to, żeby jednak próbować zamknąć pewien okres w moim życiu. Okres, który nazwę – czasem rozprężenia – gdy pozwalałam sobie na za dużo. Jak na mnie, ma się rozumieć. I chcę już przestać. O czym już zresztą pisałam.
No i Pasyw! Nie mogę nie napisać o Pasywie! Damian Madox – osoba przez dłuuuugi czas bardzo mi bliska. Nie pamiętam, ale jestem raczej pewna, że musieliśmy spać razem w jednym łóżku. Pewno nie raz. To ten chłopiec, którego podczas koncertu Sonique w Utopii prowadziłam na smyczy. Boże mój, to było z 5 lat temu. Damian odszedł od nas (nie, nie umarł!) jakieś 2 lata temu. Wtedy wszyscy żartowali, że Adam będzie nowym Pasywem. O ile pasywny jest, o tyle nasza relacja była zupełnie inna.
Ale Pasyw! Przez kilka lat (chyba mogę tak powiedzieć) był najbliższą mi osobą. Taką, że na maksa. Że cokolwiek, to zawsze. Przyjacielem chyba. Ej, nawet nie wiecie jak się wzruszam pisząc to. Tak, tak! Uwaga, Jej Perfekcyjność się wzrusza! Ring the alarm! ;) Chcę żebyś wiedział, Pasyw, że miałam w życiu może jedną bliższą mi od Ciebie osobę – to była moja przyjaciółka Ewa.
Dobra, wystarczy! Koniec wspominek. Czas wrócić do rzeczywistości.
Oraz: zobaczcie, ile zamieszania może spowodować 7 jajek. 7,5 tys. znaków wspominania i dziękowania.
***
A wracając do życia… W piątek zwykła czwórka u Gacka. Taka naprawdę zwyczajna, wracamy powoli do naszego rytmu normalnego. Co prawda ludzi się trochę zeszło, ale to raczej znajomi jego niż moi. Niemniej, było miło. Mimo tego, że na trzeźwo postanowiłam znieść noc. Wypiłam jeden drynk dosłownie na miejscu. Postanowiłem, że nie chcę akurat teraz pić wódki. No co? Może i dziwne, ale zdarza mi się.
I Glam na trzeźwo udało mi się znieść. Nie powiem, żeby to była najlepsza noc mojego życia, bo nie była. To miejsce trudno się znosi bez procentów we krwi, nie będę ukrywać. Ludzi trochę było. Piątek wolę w Glam, bo jest niższa średnia wieku. A, jak wiadomo, to jest JEDYNA rzecz, która mnie do tego klubu przyciąga. Było na tyle do zniesienia, że siedziałam do samego w zasadzie końca imprezy. To też dlatego, że znam obsługę i się z nimi mogę pobawić jak mnie reszta nudzi. Oni są zawsze trzeźwi, więc to ułatwia sprawę.
Mało spałam, bo wstałam żeby na Festiwal Nauki się wybrać. W Instytucie Socjologii UW Michał Łuczewski miał wystąpienie na temat reakcji po-smoleńskich. Cenię go jako naukowca. Lubię go jako osobę. Chciałam posłuchać. Jego tez, podciągnięta pod teorię Girarda jest naprawdę ciekawa. Poznałem ją już trochę w Centrum Myśli Jana Pawła II, chodząc do niego na zajęcia, ale dopiero chyba na tym wykładzie udało mi się to usłyszeć w całości i zrozumieć do końca o co mu chodzi. Najsłabszym dla mnie punktem – przepraszam za to niezrozumiałe wtrącenie – jest moment, w którym plemię dokonuje wyboru kozła ofiarnego, tj. osoby, na którą zostanie zrzucona wina. Ale tylko to. Reszta jest jasna. Sam Michał podczas wykładu wywołał mnie do odpowiedzi, gdy pojawiły się kontrowersje pewne. Ale emocje były tak duże, że nie udało mi się przekrzyczeć ludzi. Nie jest to w moim stylu. Jak ktoś nie chce mnie słuchać, nie musi. Denerwowało mnie tylko, że przerywają Michałowi i nie dają mu dokończyć. Krytykowanie jakiejś tezy zanim się usłyszy ostateczne argumenty za i przeciw jest bez sensu. A to właśnie robiła publiczność. Szkoda, szkoda. Ja chciałam posłuchać Michała do końca i wówczas mogłam wyrazić swoją wątpliwość. Wydaje mi się, że debata akademicka wymaga jednak takiego minimum.
Po debacie wybrałam się do Gacka. Wiedział, że wpadnę do niego na jakiś obiad czy coś. Ale nie przygotował się jakoś specjalnie. A wręcz: w ogóle się nie przygotował. Więc na szybko Mocar coś dla mnie przygotował. A Gacek trochę zdychał po minionej nocy. I w ogóle czuł się i wyglądał nie najlepiej. Ja zjadłam, pośmiałam się z nimi – jak zwykle – i poszłam do domu szykować imprezę.
Moje „7 lat w Warszawie” okazało się całkiem udanym wydarzeniem. Ludzi sporo, choć zawsze może być więcej. Miło spędziliśmy ten czas. Hitem okazały się losowo ukazujące się zdjęcia z imprez i fotoblo, które się na ścianie wyświetlały. Wszyscy zadzierali głowy, żeby zobaczyć wspomnienia, jakie się na nich kryją. A te 7 lat w Warszawie – o czym w sumie trochę wyżej napisałam – to masa, ale absolutna masa wspomnień, wydarzeń, ludzi, których już w moim życiu nie ma (a mnie w ich!). Potem dopiero pomyślałam, że jednak miło byłoby na takiej rocznicowej imprezie zobaczyć osoby, których już nie ma wokół mnie, a które kiedyś były. Może na 10lecie zaproszę wszystkich „społecznie martwych”? Mam taką nadzieję.
Pojechałam – w przeciwieństwie do większości gości, którzy ode mnie wyszli – do Sqandal Baru. Z Gackiem, Damianem.be i jego Kubą. Było miło. Chyba głównie dlatego, że byłam lekko jednak dziabnięta, spotkałam Królową, ładnego barmana Krzysia oraz generalnie miałam dobry humor. Reszta bawiła się średnio, więc po wypiciu jednego czy dwóch Hennessy, zbieraliśmy się do wyjścia. Szkoda, że tak krótko. Było naprawdę fajnie, choć ludzi było w sumie niewiele, w porównaniu z tym, co widywałam tam wcześniej.
Przenieśliśmy się do Glam. Miałam ładne wejście, więc się cieszę. Miałam na sobie też bardzo ładne legginsy, więc na koniec imprezy siedziałam na barze, żeby je śmiało pokazać ;) Wiem, rzadko robię takie rzeczy, ale miałam humor na szaloną zabawę. Wracałam z Pawłem mieszkającym koło mnie. Wysiedliśmy z taxi jednak na tyle wcześnie, żeby kebaba zjeść i przejść się ze dwa przystanki do mnie. Poprosiłam go o odprowadzenie mnie pod blok, tym bardziej, że on mieszka nieco dalej. Zgodził się, to miłe z jego strony.
Niedziela minęła mi na pracy z komputerem. Dużo, dużo pisania. Ale trzeba, jeśli się chce coś zarobić, co nie?
Poniedziałek i wtorek były dość podobne. W sensie, że znów musiałam zająć się pisaniem jakiś rzeczy zleconych. Jedynym zaś urozmaiceniem środy była pompka do roweru, która dotarła. Nie wiem w sumie ile na tym rowerze w tym roku pojeździłam, ale cieszę się, że go mam. Uważam, że pomysł z zakupieniem go był naprawdę dobry. I cieszę się, że nadal jeszcze czasami mogę nim jeździć. Problem będzie niedługo, kiedy przyjdzie go schować na jakiś czas do piwnicy. Bo klucza do piwnicy chyba nie mamy. Chyba kiedyś gdzieś był, ale nikt nie wie gdzie jest. I czy na pewno był. Więc przyjdzie nam niezłe przejścia mieć z tym wszystkim… Na razie odsuwam w czasie ten moment, bo uważam, że nadal jeszcze bywa pogoda taka, że można na rower wsiadać. Okej, jest zimno, ale co z tego? Przecież nie muszę jeździć na nim w krótkich spodenkach, prawda? (tym bardziej, że takowych w ogóle nie noszę przecież) Więc czekamy na zimę. Albo i nie.
W czwartek wydarzyło się więcej. Udało mi się w zasadzie z dnia na dzień umówić do fryzjera. To jednak plus wakacji, że nie ma żadnych zajęć, któreby mnie na sztywno wmontowywały w jakieś ograniczenia czasowe. Chcę iść do fryzjera na 9:00 rano? Proszę bardzo! Chcę iść na 16:30? Nie ma sprawy. Eh, czasem żałuję, że zaczynam te kolejne studia, naprawdę.
Byłam też w zaprzyjaźnionej firmie (nie na rowerze, bo przez Trasę Łazienkowską nie da się za bardzo przejechać jakoś rozsądnie), oddałam rzutnik, który przetrzymałam jakiś czas… Ale śmieszne było to, że gdy dotarłam i zostawiałam, w środku zastałam szefa firmy rozmawiającego z gościem. A gościem tym była jedna znajoma-dawniej-z-widzenia ciota. Dla mnie z widzenia, dla znajomych chyba bliżej raczej. Zawsze mnie takie sytuacje bawią. Świat jest mały.
A na deser miłe spotkanie w kinie. Z miłymi ustaleniami. Wszystko fajnie poszło, jeszcze bilety do kina dostałam na dowolny seans :)
Karta! Dotarła karta do mnie! I to z funkcją PayWave. Czyli to samo co w Mastercardach PayPass. Że mogę bezstykowo płacić. Szkoda, że to jeszcze mało popularne. Wiem, że we wszystkich McDonald’sach można tak płacić, ale akurat tam mnie dawno nie było i raczej długo moja noga tam jeszcze nie postanie. Dieta, dieta, dieta! Niemniej, karta jest. I mogę nareszcie swobodnie gotówką obracać. Nie to, żebym miała jej w nadmiarze jakoś.. Ale jednak, coś tam mam przecież, za coś żyję :)
W piątek stała się też jedna smutna rzecz. Gacek miał jechać w sobotę na wieczór panieński do Poznania (przebrany za kobietę), więc się u niego zbiforowaliśmy dzień wcześniej, coby pożegnać go i powodzenia mu życzyć. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że… Gacek nie wyszedł potem do klubu. Stwierdził, że nie, że skoro jutro jedzie, to nie pójdzie. Masakra jakaś. Nie mogłam w to uwierzyć. Oczywiście, awanturę w tej sprawie zrobiłam potem, po kilku dniach, bez ludzi. Bo uważam to za zachowanie skandaliczne. Nie chodzi o to, że ja idę bez niego czy coś. No, przecież sobie poradzę. Ale chodzi o to, że nie wolno nie chodzić na imprezy. To skandaliczne zachowanie. Nigdy nie odmawiamy pójścia na imprezę! Niech dzień 23 września 2011 będzie zatem zapisany w kalendarzu jako przestroga.
My zaś wybraliśmy się do Glam. Było spokojnie, bo na sobotę zapowiedziano koncert Urszuli. Więc się ludzie raczej szykowali na kolejny dzień. Niemniej, było miło. Dość trzeźwo spędziłam tę noc, co nie zdarza mi się często. I też w zasadzie raz, że nie miałam ochoty się nakurwić jakoś specjalnie, a dwa że czekał mnie ciężki dzień!
Odebrałam w sobotę wcześnie (koło 12 jakoś?) z dworca centralnego Gośkę i Martę, czyli matkę i córkę, u których sypiam zawsze w Łodzi jak jestem. To ich pierwsza od dawna wspólna wizyta w Warszawie dłuższa niż tylko postój na stacji PKP. Więc fajnie, że skorzystały z mojej skromnej gościny i że mogliśmy razem spędzić trochę czasu. W ciągu dnia – spacery, jakaś kawa, obiad, ogród BUWu… takie tam sympatyczne rzeczy drobne. Dawno nie byłam na Starym Mieście w ciągu dnia – one, jako turystyki, zaliczyć chciały. Więc zaliczyliśmy. Było naprawdę zabawnie, choć spor spacerowaliśmy w sumie. A ja wyspana raczej średnio po powrocie do domu nad ranem ;) Wieczorem dziewczyny przebrały się u mnie i pojechały na „Les Miserables” do Romy. To zresztą był główny cel ich wizyty. Bilety ze dwa miesiące wcześniej rezerwowały… W sumie zabawnie było jak weszłyśmy do Meliny, pokazuję im całe mieszkanie, oprowadzam… i chcę wejść do pokoju Michałów a okazuje się, że Michał tam nadal jest! I to nie sam! A ja na pełnej kurwie otwieram i wchodzę. Śmiesznie. Dobrze, że nie wpadliśmy z pół godziny wcześniej ;)
Dziewczyny pojechały, ja ogarnęłam coś niecoś rzeczywistość, przebrałam się też i pojechaliśmy w noc. Najpierw do Sqandal Baru. Tam jakaś noc Hennessy chyba, więc śmiesznie. Porobiły sobie zdjęcia z półnagimi hostami, pośmiały się. Coś wypiliśmy, poznały managera, pogadały… Sympatycznie dość. Ale trzeba nam było spadać do Glam. Obiecałam, że 1) Gośce pokażę koncert Urszuli, 2) Marcie pokażę najbardziej oblegany klub gejowsko-lesbijski z Warszawie, 3) dla gaylife.pl zrobię rozmowę z Urszulą. Ostatecznie tylko trzeci punkt się nie udał, bo tam jakieś nieporozumienia z managerem gwiazdy były. Łorewa, nie zależało mi jakoś specjalnie. Gośka i Marta w klubie czuły się… średnio. Rozumiem to. Pamiętam swoje pierwsze wrażenia z Glamu. To nie jest łatwe przeżycie. Niemniej, posiedziały, poszły na zewnątrz (Gośka chciała zapalić) i… stwierdziły, że chcą do domu. A była jakoś 2:00! Ustaliłyśmy, że pojadą same (łóżka miały już gotowe!) a że ja wrócę rano i mi otworzą. Tak też się stało. Gdy wróciłam koło 6:00, nie czekałam nawet 20 sekund na otwarcie drzwi. Dzielne są!
W niedzielę wstały dość wcześnie. Ja też dałam radę. Wstałam, pojechaliśmy jeszcze na jakiś spacer i na dobre jedzenie. Tym razem Flow sprawdziliśmy. Było całkiem okej, ale Frida lepsza. Zdecydowanie. Musiałem się zerwać z kawy poobiedniej, żeby lecieć… na piknik. Marcinek palnął jakiś czas temu coś pół-żartem, pół-serio, włączyliśmy w to Paulinę i tak się to zaczęło. Zorganizowaliśmy piknik w Warszawie. Park Skaryszewski okazał się miejscem polecanym przez nich, ja przystałam na to. Nie znam parków w Warszawie w ogóle. Każdy coś tam ogarnął, przynieśliśmy coś i był piknik. Marcinek jest uzależniony od jedzenia, Paulina od trawy a ja od wódki. I to jest okej, żyjemy z tym dalej. Marcin tyje, Paulina potrzebuje a ja się najebuję. Bawiliśmy się chyba dobrze całkiem. Tym bardziej, że Marcinek – odpowiedzialny był za napoje – przyniósł tylko rzeczy z alkoholem. Więc nie było wyboru. Inna sprawa, że je sprytnie poprzelewał i tak dalej, więc nie było problemu z piciem. Niemniej, trzeźwa do domu nie wróciłam…
O ile poniedziałek był jeszcze w miarę spokojny (co nie znaczy, że nie pracowity!!!), bo spędziłam go prawie w całości na pisaniu to już wtorek był trudniejszy. Zaczęło się od inauguracji roku akademickiego dla studentów I stopnia w Instytucie Socjologii UW. Wpadłam na to, bo miałam nadzieję na ciekawy wykład inauguracyjny. Trochę się, niestety, zawiodłam. Było średnio. Sama uroczystość… jak bez roku, bez niespodzianek. No, może poza tym, że zawsze są nowi ludzie i miło na ich nieskażone zazwyczaj akademickimi negatywami twarze spojrzeć. Oczywiście, byli też ładni chłopcy. Nieliczni, ale jednak. Jeden zwłaszcza ładny, ale to na przyszłość. Podczas wręczania indeksów usłyszałam jak ma na imię. Wygooglałam go na facebooku i okazało się, że mamy dwójkę wspólnych znajomych (on i moje fake’owe konto) – samorządowca z socjologii i taką jedną ciotę-modelkę :) Więc wszystko jasne.
Potem jeszcze szybko do sekretariatu skoczyłam, złożyć ostatni podpis pod dokumentami rekrutacyjnymi (zakończyliśmy działalność!) i mogłam lecieć dalej – na spotkanie w sprawie Parady Równości.
Wtedy właśnie zapadły kluczowe decyzje. Że chcemy jednak powołać Fundację Wolontariusze Równości. Że trasa będzie zupełnie inna niż zwykle. Że pracujemy na całego już teraz. Że podajemy datę i godzinę. Że zbieramy Komitet Organizacyjny i Komitet Honorowy od nowa. I wiele, wiele innych. Planów mamy mnóstwo. Ja się obawiam, że nie wystarczy na nie czasu i energii. Że znów Parada Równości będzie robiona przez 3-4 osoby. Jasne, da się. Ale to zdecydowanie za mało, żeby wyszło z tego Coś Naprawdę Wielkiego. A plany takie właśnie są… Eh, no trudno. Będziemy próbować – to pewne.
Wracałam do domu (po drodze odbierając ulubione spodnie uratowane przed wyrzuceniem przez drogą krawcową osiedlową), bo wiedziałam, że czeka mnie telefon z Dzień Dobry TVN. Zaprosić mnie chcieli, więc najpierw rozmowa przez telefon. Zawsze tak jest. Miła rozmowa, konkretna. A potem… pisanie do nocy :)
W środę zaliczyłam rano Carrefour nareszcie (czasem nie mam czasu iść i zapasu jogurtów uzupełnić…), potem widziałam się z Jackiem Kochanowskim. Ważne dla mnie spotkanie. Naprawdę. Bo chyba udało mi się znaleźć pewną perspektywę, która może być tą, jaką przyjmę w doktoracie. Co prawda gadaliśmy przez tę godzinkę o wielu rzeczach, ale to był główny cel. Chyba mi się udało. A imię jego – performance studies.
Musiałam, po krótkiej wizycie w sprawie Parady Równości, wracać do domu do garów. Zaprosiłam Gasięsprykę na zupę cebulową. Obiecałam jej po tym, jak odwołałam przyjście do niej na dziczyznę przez możliwość pojawienia się Marcinka z osobą towarzyszącą. Zrobiłam cebulową (ponoć najlepszą na świecie) i naleśniki w różnych smakach na deser. Czy tam na drugie danie. Gasiaspyrka zadowolona :) Przyniosła mi w prezencie dyniowy dżem własnej produkcji. To strasznie miłe z jej strony – że jest taką panią domu w stylu „Desperate Housewives”. To w niej wszyscy cenimy, zdecydowanie. Mimo tego, że jej hobby to rozbijanie małżeństw (pierwsza sprawa sądowa bez rozwodu, kolejna za 3 miesiące).
Po Gasispyrce przyszła do mnie Paulina. Zaczęliśmy rozmawiać na temat Tygodnia Równości. Bo to czas myśleć jak to zrobić, co zaproponować, jak ulepszyć, jak się za to zabrać. Więc Paulina też się na zupę i naleśniki załapała :)
W czwartek rano – Dzień Dobry TVN. Wszystko fajnie, miło – spotkanie z Anią Grodzką (była drugim gościem, a spotkanie dotyczyło możliwości nieokreślania płci w australijskim paszporcie) to zawsze fajna rzecz. I w zasadzie podobałoby mi się do końca, gdyby nie to, że uparli się podpisywać mnie i mówić do mnie imieniem z dowodu. Ja wiem, wiem… to mój pierwszy raz w DDTVN, więc na razie im wybaczam. W Pytaniu Na Śniadanie TVP2 też mnie początkowo nie słuchali. A teraz już podpisują mnie właściwie. Powalczę o to i w TVN, bez obaw ;) Dobrze wyszłam chyba.
Cały dzień zapowiadał się intensywnie i taki też był. Znów musiałam do Instytutu Socjologii UW wpaść, żeby tylko jakieś dokumenty rekrutacyjne podpisać. Choć to miłe i zaszczytne być w komisji rekrutacyjnej, to jednak to wpadanie na 30 sekund jest dość zabawne czasem. Raz tylko nie udało mi się wpaść – nie ma mojego podpisu tylko pod jednym dokumentem (nie musi być). Więc myślę, że całkiem nieźle wywiązuję się z obowiązków.
Tego dnia na UW spędziłam potem jeszcze trochę czasu. Posiedzenie Uczelnianej Komisji Wyborczej Samorządu Studentów UW, która już za kilka dni ma stać się Komisją Wyborczą Samorządu Studentów UW, w związku z czym musi uchwalić nowy regulamin. A to mnie interesuje. Wpadłam, by zobaczyć, co wykombinowali. I słusznie, bo okazało się, że jest co poprawiać. Poza uwagami natury, że tak powiem, ideologicznej, było też kilka innych. Zdziwiło mnie, że poparł mnie w większości spraw aktualny Marszałek Parlamentu Studentów UW. Fakt, że kiedyś powiedział publicznie, że mnie bardzo ceni i w ogóle… ale rzadko się w sumie zgadzamy w kwestiach ideologiczno-samorządowych. Więc pozytywne zaskoczenie. Posiedzenie potrwało ze dwie godziny. Nie wszystko udało mi się przeforsować (nie jestem formalnie nawet członkiem komisji), ale i tak uważam, że jest lepiej niż było w projekcie.
A po posiedzeniu wpadłam do Gacka. Obiecał, że zrobi obiad. Oczywiście, nie zrobił. Jest starą grubą ciotą, więc mu się nie chciało :) Na szczęście Mocar uratował honor domu i coś na szybko przygotował. Coś bardzo kalorycznego w sumie… no, ale niech stracę. Głodna byłam po całym dniu latania, więc się zgodziłam i zjadłam, cokolwiek mi dali.
W domu wieczorem (pierwszy raz jechałam po ciemku rowerem!) miałam zająć się zarabianiem pieniędzy… Ale stało się coś nieprzewidywanego. Wpadł Marcinek, żeby odebrać blachę swoją do ciasta. Wpadł nie sam, bo ze znajomym, którego kojarzę z przeszłości oraz trochę z jego opowieści. Na żywo spotkanie. I namawiali, namawiali… i namówili. Na wódkę. A że to bardzo blisko, bo jakieś 400 m od mojego bloku, tym łatwiej było mnie przekonać. Poszłam z nimi pić. Ponieważ oni pić zaczęli już wcześniej, byli zdecydowanie bardziej pijani, gdy kończyliśmy. Zwłaszcza Bartek – ten znajomy Marcinka. Zrozumiałe. Poza tym piliśmy szotami, za czym nie przepadam w sumie. No, ale czego się nie robi od czasu do czasu.
Czy mówiłam już, że uwielbiam być młoda, nie mieć śmiertelnie poważnych zobowiązań i bawić się, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota?
Więc uwielbiam.
W piątek zaczęła się szkoła. Może nie do końca, ale do Ośrodka Studiów Amerykańskich UW (OSA UW) dotarłam. Szkolenie biblioteczne + spotkanie z dyrekcją. Fajna sprawa, bo takie spotkania ułatwiają odnalezienie się w rzeczywistości akademickiej. Może mnie to mniej potrzebne, ale zjawiłam się dzielnie, coby popatrzeć na nowych kolegów i nowe koleżanki. Chociaż, nie ukrywajmy – głównie na nowych kolegów. I coś tam wypatrzyłam, nie powiem. Jest kilku niegrzecznych i nie koniecznie ładnych chłopców. Jest kilku cichych i niebrzydkich. Jest kilka lekko egzaltowanych ciot. Są też chłopcy po prostu piękni i swojego piękna nieświadomi. A wiadomo, że to jest najbardziej pociągające…
Miło być na pierwszym roku.
Poza tym, że znów pół dnia przy komputerze spędziłam, wybrałam się na posiedzenie Komitetu Organizacyjnego Parady Równości 2012. Maszyna ruszyła. Parada Równości 2012 przejdzie trasą: Sejm RP – ul. Wiejska – Al. Ujazdowskie – ul. Książęca – ul. L. Kruczkowskiego – ul. Tamka – ul. Świętokrzyska – ul. Nowy Świat – ul. Krakowskie Przedmieście – ul. Miodowa – ul. Senatorska – pl. Teatralny. Plusem zmiany trasy ma być ominięcie trakcji tramwajowych, o co prosili przedstawiciele urzędów i biur miasta. Dzięki temu będzie nie tylko bezpieczniej, ale i będzie można przygotować platformy wyższe niż ubiegłoroczne. Przedstawiciele organizatorów są w kontakcie z policją i władzami miasta – pierwsze spotkania i ustalenia pozwoliły na szybkie ogłoszenie terminu i trasy Parady Równości 2012. Do końca roku zamknięty ma być skład Komitetu Honorowego Parady Równości 2012, do którego zaproszenia kierowane będą od poniedziałku. Ubiegłoroczny Komitet Honorowy liczył 24 osoby. Do końca miesiąca trwa konkurs na hasło Parady Równości. Bierzcie udział, bo do wygrania 500 zł! :)
Piątkowy wieczór zapowiadał się średnio. Nic się nie dzieje. Gacka nie ma, bo wyjechał do Szczecina na ślub. Michał zorganizował w pokoju obok b4. Mało ludzi potwierdziło przybycie, więc się obraził na świat i stwierdził, że więcej imprez robić nie będzie. No, trudno. Do mnie w ostatniej chwili wpadli Damian.be ze swoim Kubą. Zmusili mnie do picia wódki. Bo naprawdę nie chciałam. Tak, zdarza mi się, że nie chcę!
Trochę się pośmialiśmy i w ogóle, a potem ruszyliśmy do Glam. No, trudno. Tam też za wiele się nie działo. Jasne, było ze dwóch naprawdę ślicznych chłopców… ale to niewielka w sumie atrakcja. Przecież ładni chłopcy są na ulicach w tuzinach dostępni. Niemniej, podziwianie ich musiało mi wystarczyć za atrakcję wieczoru. Jasne, trochę się z Damianem.be i Kubą pokręciłam, ale oni coś nie za bardzo i szybko się zmyli. W takich chwilach jeszcze bardziej cenię znajomości z barmanami. Przynajmniej wiem, że na pewno będą na miejscu i że będą trzeźwi. Że będzie z kim pogadać, powygłupiać się czy coś. Zapamiętajcie: niedobrze jest podpaść barmanowi.
Sobota była nieco ciekawsza. W sensie, że wieczór. Bo w ciągu dnia po tygodniu pełnym pisania, pisania, pisania, postanowiłam odpocząć. Spałam, oglądałam „Gotowe na wszystko” i takie tam marnowanie czasu. Wieczorem Marcinek mnie zawołał na urodziny takiego Damiana w centrum. Wpadłam na chwilkę, bo jednak tego Damiana trochę znam a poza tym – czemu nie. Więc tam jakiegoś drynka chyba wypiłam ale zaraz chciałam się zbierać. Do Sqandal Baru. Okazało się, że tam sporo ludzi tego wieczoru. Było miło. Hennessy miał znów promocję, więc czegoś dobrego się napiłam. Tym razem jednak długo tam też nie mogłam siedzieć… Wybrałam się do Opery, gdzie Marcinek mnie już opuścił. Chciał do domu czy gdzieś tam. Ja się dobrze pobawiłam jeszcze, poskakałam chwilkę. Monky grał. Miałam na Operę przewidziany jakiś-tam czas i mniej więcej tyle tam spędziłam. Na barze nadal Kamilek (ten, co kiedyś w Utopii…) pracuje, więc nie musiałam na drynk długo czekać. Miło go zobaczyć i widzieć, że się nadal dobrze trzyma. Ma ten swój chłopięcy urok niezmiennie. Nie pakuje dalej, nie rozrasta się. I całe szczęście.
Pojechałam potem do Galerii. Teoretycznie na chwilkę, żeby Michasia odwiedzić w jego pracy. Ludzi malutko, Michaś lekko znudzony. Plusem byli dwaj ładni chłopcy. Jeden bardzo młody (Kamil), drugi już pełnoletni (Tomek). Przyjaciele. Śliczni, bez dwóch zdań. Rozmowa z nimi sprawiła, że zostałam dłużej i już nie jechałam dalej. Miałam chyba w planach Glam, ale darowałam sobie. Chłopcy sympatyczni bardzo.
Niedziela minęła na czytaniu, pisaniu jakiś pierdów… Ot, takie tam. Opierdalanie się, nie ma co udawać. No, ale od tego jest niedziela, prawda?
Tym bardziej, że czekałam na poniedziałek. Wracam do szkoły przecież! Rano inauguracja roku oficjalna. Jest Jej Magnificencja, jest Jego Ekscelencja, więc jest i Jej Perfekcyjność. Było miło, dość uroczyście. Potem miałam ponad godzinkę wolnego, spędziłam ją na rozmowie z Michałem G., działaczem samorządowym. W końcu jakoś trzeba samorząd na OSA UW ogarnąć, prawda? Nie zauważyłam jak ten czas minął i nadeszła pora pierwszych zajęć. Dobrze trafiłam wykład History of Philosophy prowadzi dość młody Amerykanin. Jest okej, ma fajny luz w sobie i widać to jak prowadzi zajęcia. Nie będę narzekać.
Potem pierwsze i jedyne ćwiczenia – Academic Writing. Zapowiada się to dość obiecująco. Widać, że kładą w OSA dużo nacisk na tę umiejętność. Zabawne, bo jak mieliśmy pierwsze zadanie podczas ćwiczeń (napisanie jednego akapitu na banalny temat), to prowadzący stwierdził, że mam doskonałe wyczucie akapitu w kontekście całego tekstu, że kompozycyjnie to dobrze brzmi. Gdyby wiedział ile ja w życiu już napisałam… Co prawda po polsku, ale jednak…
Wieczorem zaliczyłam jeszcze z Michasiem inaugurację roku w Collegium Civitas. Było okej. Sala za duszna na taką liczbę ludzi, ale widać, że CC coraz bardziej liczy się na rynku uczelni społecznych. Ja zjawiłam się tam głównie dla wykładu Baumana. Pomijając fakt, że ciężko było mi wytrzymać z powodu braku powietrza, to wykład był okej. Bez rewelacji. Widać było, że prof. Bauman ma wiele do powiedzenia a czasu mało i przez to wszystko takie niedopełnione jest, może trochę chaotyczne nawet (co w zasadzie u niego się chyba nie zdarza?). W każdym razie był to pierwszy mój kontakt z osobą, która radykalnie zmieniła moje życie. Ja właśnie dzięki niemu zrozumiałam co to jest postmodernizm i późna nowoczesność. I dzięki temu żyje mi się dużo, dużo łatwiej. Za to będę mu na pewno dozgonnie wdzięczna.
Potem było wino i skromny poczęstunek. Było miło, spotkałam kilkoro znajomych wykładowców, w tym ważną dla mnie osobę – pewną panią doktor z SGH, która pokazała mi analizę dyskursu. W sensie, że to u niej na zajęciach się nauczyłam tego i ona mnie zapaliła jakoś do tej metody. Potem przecież magisterkę w ten sposób pisałam jedną :) Więc jestem jej też wdzięczna.
W drodze do domu wyciągnęłam Michasia na zakupy do Carrefoura. I oczywiście było nie bez przygód. Urwała mi się torba w drodze do domu… Eh, szkoda gadać. Dobrze, że potem już nie musiałam nigdzie wychodzić i mogłam odpocząć oglądając „Gotowe…”.
Wtorek oznaczał trzy wykłady na OSA. Dzieciaki nie rozumieją, że sukces każdego wykładu zależy od otwartych okien. Ich liczba jest wprost proporcjonalna do możliwości wytrwania wykładu w ogóle. Więc na razie nie otwierają ich, ale się nauczą. Same zajęcia – niezłe w sumie. Miło słucha się rodowitych Anglosasów. Przyda mi się, bo to daje ciągły kontakt z językiem. W zasadzie amerykanistyka – choć to studia kulturoznawcze w zasadzie – to tak naprawdę studia okołofilologiczne przez ten język obcy. Dobre to jest. Minusem wtorku jest to, że zajęcia są na 8:00.
Popołudnie też zabiegane. Najpierw spotkanie w sprawie publikacji pokonferencyjnej. Dość miłe, choć zaczęło się od mojego dialogu z koleżanką M:
- Cześć!
- O, cześć Jej!
- Miło Cię widzieć po przerwie.
- Nom. Przytyłaś, rzeczywiście.
Ha, ha, bardzo śmieszne. Wiem. Ale potem już było lepiej i poszło gładko w zasadzie. Wszystko ogarnięte. Więc po spotkaniu zaliczyłam ISNS, gdzie Jacek Kochanowski zostawił dla mnie teksty bardzo ciekawe. Po naszym spotkaniu pracuję nad perspektywą doktoratu – więc dał mi rzeczy, które rzeczywiście mi się przydadzą. Performance studies. Brzmi okej, coraz bardziej się przekonuję. Czeka mnie przede wszystkim literatura metodologiczna. A to lubię.
Potem spotkanie Queer UW. Mało liczne, niestety. Ale mam nadzieję, że kolejne będą okej. Niemniej, ustalona strategia na rekrutację nowych osób. Plakaty, informacje, Facebook. Dość standardowo może, ale przy odpowiednim wykorzystaniu (a nie po prostu wykorzystaniu) można z tego wiele wyciągnąć. Więc będzie dobrze, mam nadzieję. Jakieś wstępne plany, dyskusje… coś zaczyna się dziać. Prawdę mówiąc, mam sporo energii i jestem gotowa na pracę, więc mam nadzieję, że rąk nam do niej przybędzie.
Środa minęła pod znakiem konferencji prasowej Parady Równości 2012. Wszystko podane: trasa, data. Jest dobrze. Ruszamy mocno z kopyta, to ważne. Bo rok temu popełniliśmy ten błąd, że za dużo czasu zajęły nam duperele. Teraz tak nie będzie. Jesteśmy na dobrej fali wznoszącej :)
Czwartek to dzień zajęć na OSA. Pierwsze dwa wykłady zapowiadały się okej. American Cinema nie może być nudne, prawda? A jednak. Było. Potem wstęp do antropologii i socjologii. Czyli w zasadzie mój temat, moja pasja. Ale… bardzo źle, bardzo źle. Zaskoczyło mnie to, bo na tle tych dwóch pierwszych (na American Cinema stwierdziłam, że idę spać i spałam na siedząco) wykład „History of US” okazał się naprawdę porywający. A to historia! No, trudno. Postanowione: na te dwa pierwsze chodzić na pewno nie będę. Trudno, niech się dzieje co chce. Poza tym na American Cinema pani prowadząca stwierdziła, że nie można używać komputerów i innych takich urządzeń. A ja notuję na iPadzie, więc tym bardziej odpada.
Po południu udaliśmy się z Łukaszem na spotkanie w Ratuszu. Miało być coś na temat strategii Warszawa Różnorodna, ale okazało się, że nie ma prezentacji żadnej tylko jest wręczenie podziękowań. Nuda. Nie na tym nam zależało. Wyszliśmy jak tylko się małe zamieszanie zrobiło.
W piątek spędziłam kilka owocnych godzin w nowej firmie, z którą współpracuję. No co? Jakoś dorabiać muszę!
A wieczorem – czwórka u Gacka. Spokojna w sumie. Choć zaczynam zauważać, że coraz mniej odpowiada mi towarzystwo tam. Nie to, że coś do nich mam. Nie, nie, są spoko. Ale ja chcę młodszych ludzi. Wolę słuchać o ich problemach z panią od matmy niż o tym jak się kłócą z szefową o podwyżkę. Rozumiecie, co mam na myśli? Wiem, że Gacek woli starszych konwersacje i to jest okej. Ale ja myślę o tym jak się powoli od tego uwalniać. Muszę znaleźć trochę inne towarzystwo. Problem jest taki, że mam wrażenie, że nadal tylko Melina i Ordynacka Palace Residence organizują bifory. A reszta dzieciaków się zbiera przypadkowo w 2-4 osobowych grupkach i potem do Glamu się przemieszcza. Nie podoba mi się to, zdecydowanie. Myślę nad tym. Zmienię to.
Bawiłam się w Glam. Znów to powiem: w piątki jest tam niska średnia wieku, która mi odpowiada. W soboty jest gorzej, dlatego w soboty nie muszę się tam zjawiać. Poskakałam dość długo. Wyszłam uboższa o za dużo kasy, jak zawsze. Żeby się dobić (i ponieważ trzeźwa nie byłam…) zaliczyłam jeszcze kebaba koło Glam. No, trudno, stało się. Był dobry w każdym razie.
W sobotę bifor też u Gacka. Tym razem urodzinowy. Paulina, z którą w zasadzie dzieli pokój (to jego była dziewczyna – tak, Gacek jest pedałem) obchodziła rocznicę przyjścia na świat. Skromna impreza w niewielkim gronie najbliższych znajomych. Było sympatycznie. Znów nie za bardzo miałam ochotę na picie, ale znów mnie zmusili. Nie wiem, czy moi znajomi nie rozumieją, ale jak mówię, że nie chcę, to myślą chyba, że żartuję albo z przekory tak mówię. Nie, nie z przekory. Mówię tak dlatego, że naprawdę nie chcę.
Stanowcza byłam jednak wobec tego, że nie chcę iść do Glam, tylko do Toro. Ja wiem, że Toro to nie najlepsze miejsce na świecie… ale czasem mam po prostu dość Glam. A alternatyw innych brak w zasadzie. Więc Toro. Problem polegał na tym, że tam było… no, średnio. Nawet jak na Toro było średnio. Więc po kilku drynkach stwierdziłam, że jednak do Glam na chwilkę wpadnę. Mea culpa, naprawdę. Nie chciałam, ale nie było wyjścia. Przynajmniej miałam pewność, że przy Żurawiej trochę więcej ludzi będzie.
Co do imprez… nic się nie dzieje. Naprawdę, jest źle. Nie ma gwiazd, nie ma wydarzeń. W kółko to samo. Dlatego ugrzęźliśmy w tych samych klubach co tydzień. Bo nie ma sensu iść gdzie indziej. Nic się nie dzieje. Jest to bardzo smutne. Dlatego, że październik zawsze był tradycyjnie miesiącem, gdy działo się bardzo wiele. Urodziny większości klubów. Narodziny wielu klubów. Życie, szaleństwo (jeszcze) braku obowiązków na studiach… A teraz? Posucha. Nic.
Jestem trochę podłamana.
A potem przyszła wyborcza niedziela. Oczywiście, że poszłam głosować. Nadal uważam, że to zaszczyt, że mogę uczestniczyć w procesie wyborczym. Cieszę się, że dane jest mi głosować. I korzystam z tego prawa najlepiej jak potrafię. Koło 20:00 Michał zmobilizował mnie do ruszenia dupy z domu nareszcie. To swoją drogą dość zabawne. Komisję wyborczą mamy po drugiej stronie ulicy. Dojście tam zajmuje nam jakieś 30 sekund. Plus 30 sekund na powrót i, powiedzmy, 2 min na miejscu. Ale musiałam się wykąpać, ładnie ubrać, umalować. No, wiadomo przecież. To odświętny dzień i uroczystość nie byle jaka.
Na miejscu spędziliśmy też więcej czasu jednak. Bo ja wzięłam wszystkie kolorowe długopisy i markery. Wiadomo, że wybory to dla mnie czas ekspresji. Karty wyborcze sumiennie pokreśliłam, pomazałam, dopisałam wiele rzeczy w różnych miejscach… Tak, jako wyborca, mam do tego prawo. I z tego prawa korzystam. Tak samo jak z prawa do dopisania Paris Hilton na karcie wyborczej w wyborach do Sejmu RP i Justynę Kociołek na karcie wyborczej w wyborach do Senatu RP. I zawsze Was do tego namawiam. Liczba głosów nieważnych w mojej obwodowej komisji wyborczej – 15. W komisji mojej mamy – 38. To znaczy, że tyle osób oddało głosy nieważne. Jasne, część niecelowo. Ale nie przesadzajmy. Dlatego uważam, że część z nich to akty politycznej ekspresji. Każdy nieważny głos to jak pokazanie środkowego palca wszystkim kandydującym. Uważam, że na to zasłużyli i zasłużyły. Bo choć uważam, że było kilka rozsądnych osób (Sendecka, Kalisz, Gadzinowski, Nowicka, Palikot i jeszcze kilkoro innych) to uważam, że żadne z nich na mój głos nie zasłużyło. I tyle. Namawiam Was, żebyście to samo zrobili przy kolejnych wyborach jeśli nie wiecie na kogo głosować.
I pamiętajcie, że dla mnie głosowanie to nie takie hej-siup. Ja muszę wystawić zaświadczenie mamie, że upoważniam ją do odebrania zaświadczenia mojego. Ona idzie z tym do Urzędu Miasta, odbiera tam dla mnie zaświadczenie o prawie do głosowania poza miejscem mieszkania, wysyła do mnie i dopiero z tym mogę iść głosować. Więc, jak widzicie, jest z tym trochę zabawy. Ale warto.
Kolejny poniedziałek, kolejne sprawy społeczne. Ja właśnie tak definiuję działalność społeczna. To jest wszystko to, co robisz za darmo, gdy twoi koledzy i koleżanki śpią, bo mogą. I tak właśnie było w poniedziałek. Rano wybrałam się na UW, żeby ogarnąć rzeczy plakatowe. Skoro mamy ruszyć w tym tygodniu i z warsztatami dziennikarskimi i ze spotkaniami na temat Queer UW, to trzeba działać. Wydrukowałam, co trzeba, porozwieszałam, porozdzielałam i mogłam jechać na zajęcia na OSA UW. Potem z kolei, już po zajęciach, zaliczyłam BUW. Skoro bowiem mam prowadzić translatorium w drugim semestrze w IS UW, to chciałam poczytać jeszcze więcej na ten temat. Mam dwie dobre książki, może coś polecę studentom i studentkom z tego. Wydaje się, że zadanie, jakie przed nami stoi, nie jest łatwe. Ale damy radę!
A na sam koniec miałam jeszcze spotkanie informacyjne na temat warsztatów dziennikarskich na socjologii. Miło, choć zawsze może być nas więcej ;) Niemniej, chętne i chętni są, więc mam nadzieję, że coś się z tego urodzi. Będę się starać, żeby tak się stało. Na razie były tylko wstępne informacje i teraz wybieranie terminu pasującego ludziom.
Podobnie pracowity był wtorek. Co prawda zaspałam i nie poszłam na zajęcia ostatecznie, ale czasu tego nie marnowałam. Pracowałam na rzecz Parady Równości. Skoro mamy zorganizować spotkanie na temat organizacji parad i marszy dla organizatorek i organizatorów z całej Polski, to trzeba to też przygotować, prawda? Poszły też mailingi w sprawie praktyk przy Wolontariacie Równości – sporo do samorządów, część do koordynatorów do spraw praktyk. Ja wiem, że wysyłam je nie z mojej skrzynki i dlatego nie są podpisane moim nazwiskiem. Ale to dobrze.
I właśnie dlatego mówię, że mam nadzieję, że przyszłorocznej Parady Równości nie będziemy znów robić w kilka osób. Bo niby zaangażowanych jest więcej, ale jak przychodzi co do czego, to i tak praca spada na nas. Mam nadzieję, że tak nie będzie. I że te maile to wyjątek… Niemniej, poszły. Ładne maile. Poszły też informacje w sprawie rekrutacji do Queer UW. Także do mediów LGBTQ. Mam nadzieję, że chociaż gdzieniegdzie się coś przebije do ludzi. I że się zjawią!
A tego dnia na spotkaniu organizacyjnym w sprawie warsztatów dziennikarskich w OSA… Masakra! 26 osób. Plus kilka, które pisało, że chce ale nie może teraz przyjść. Ale 26 to za dużo. Na szczęście dla mnie (bo już kombinowałam jak się części pozbyć w jakiś logiczny sposób), po zleceniu wykonania pierwszego zadania warsztatowego, zostało już tylko 17 osób. Czyli luz. Stawiam, że 2-3 osoby odpadną i będzie w ogóle super. Oraz drugie na szczęście dla mnie, został chłopiec, na którego obecności mi zależało :) Tak, tak, wiem że jestem okropna ;) Ale nic na to nie poradzę. Jest słodki.
A tak w ogóle to się na spotkanie spóźniłam, bo… nie jechałam rowerem. Okazuje się, że o ile dojazd na dwóch kółkach zajmuje mi jakieś 30-35 min, dojazd komunikacją miejską zajął ponad 50!
Prosto stamtąd pojechałam do Centrum. Na spotkanie z Marcinem. Niby fajnie, bo on się odezwał i zaproponował i w ogóle… Ale jakoś wyszło to niefajnie. On wyraźnie zmęczony, ja jako tako. Ale jakoś atmosfery nie było właściwej. Ostatnio mieliśmy małe nieporozumienie na facebooku, po którym ja się do niego długo nie odzywałam. Nie pasowało mi to, że traktuje mnie tak, jak traktował mnie na początku znajomości – z dystansem, chłodem, sarkazmem i nieuprzejmie. Wydaje mi się, że na to nie zasługuję. I rzeczywiście, Marcin stwierdził, że coś się zmieni. Szkoda tylko, że nam to spotkanie nie wyszło. Szkoda.
Środa znów dla Parady Równości. Najpierw spotkanie z Karoliną – bezcenne jest jej doświadczenie w kwestii szukania sponsorów i takich tam. A potem dziobanie, dziobanie, dziobanie… Uwierzcie, że Parada Równości to więcej pisania niż Wam się może wydawać. Pisanie, pisanie, pisanie. Już nigdy nie oderwę się od komputera. A ponieważ tak tego dnia pomyślałam, to wzięłam się za czytanie książki wieczorem. Czytam teraz w komunikacji miejskiej z iPada, w domu na papierze. Dwie różne, ma się rozumieć, rzeczy. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam czytać kilka rzeczy na raz. Zazwyczaj nie schodzę poniżej 4. I gdyby dodać jakieś teksty w magazynach, beletrystykę i inne, to wyjdzie koło 7 tekstów. Uwielbiam tak na raz je pochłaniać.
I tak się zastanawiam nad wyborami. Wiadomo już, że Robert Biedroń i Ania Grodzka wejdą do Sejmu. W zasadzie Ania mnie bardziej zaskoczyła. Ale na plus! Bo Robert jest dłużej na ekranach i w ogóle. No, nieważne. Ważne jakie będą tego konsekwencje. Że publicznego obrażania Ani można się spodziewać, to chyba jasne? Skoro mnie obrażają osoby ze środowiska publicznie, podważając moją tożsamość psychoseksualną, to i w Sejmie RP znajdą się tacy, co będą chcieli i chciały powiedzieć, że z Anią jest coś jednak nie tak. Ale wiem, że Anka jest na to gotowa.
Mówi się często o homonacjonalizmie. Czyli o takiej postawie, której elementem składowym jest hasło „głosuj na niego, bo to gej i w ten sposób wspierasz swoich”. To dość ciekawe zjawisko, ale zastanawiam się na ile było istotne w tej kampanii. Bo przecież cały czas się podkreśla, że głosuje się na specjalistów z dziedzin różnych i tak dalej. I że nie głosuje się na kobiety tylko dlatego, że są kobietami. Ale jednak parytet dla nich jest. Tylko dlatego, że są kobietami. Zastanawiam się czy skoro istnieje homonacjonalizm, to można mówić o kobietonacjonalizmie. Albo genderonacjonalizmie. Walczymy o miejsce dla kobiet, tylko dlatego że są kobietami (oraz oczywiście dlatego, że są wykluczone i niesprawiedliwie traktowane) a więc dlaczego nie głosować na gejów, tylko dlatego że są gejami (oraz oczywiście dlatego, że są wykluczeni i niesprawiedliwie traktowani)? Czy jest jakaś różnica? Moim zdaniem nie. Więc wspieranie parytetów a zarazem mówienie, że homonacjonalizm jest bezsensowny, jest niesprawiedliwe. Ale to tak w ogóle z boku temat :) Chcę go tylko rzucić, bo ostatnio nad tym myślałam chwilkę.
Muszę pisać częściej. Ale wiecie jak to jest… początek roku akademickiego zawsze jest trudny. Dużo, dużo się dzieje. I czuję, że jeszcze tydzień lub dwa będą takie. Niestety.
Tagi: uw, marcinek, instytut socjologii, glam, queer uw, środek studiów amerykańskich, uniwesytet warszawski
Jej Perfekcyjność 2011-10-12 | 23:13:10
skomentuj (3)

