Inspiruję się dwiema rzeczami: słynnym performancem z Pasywem na smyczy i zbliżającym się Euro2012


To się znowu stało. W sumie to nawet dość zabawne. Dysk twardy w Justynce siadł. To znaczy jeszcze trochę działa, da się z niego dane uratować w zdecydowanej większości, ale to jego ostatnie chwile. Żeby było śmieszniej – dwa tygodnie przed początkiem awarii dysk skończył dwa lata. Idealny timing, prawda? (na jednym z forów, na których konsultowałam kwestię dysku jeden z ekspertów stwierdził, że jak zobaczył wyniki testu dysku, to myślał, że sprzęt ma już co najmniej 5 lat…) Mam oczywiście iPada, na którym wiele rzeczy mogę zrobić, ale nie wszystko. Photoshopa tam nie mam, InDesigna też nie…
W zasadzie większość danych istotnych dla mnie mam zabezpieczonych. Może jakieś duperele mogą zniknąć, ale tym się nie przejmuję. Przejmuję się a) nieplanowanym wydatkiem rzędu 400-500 zł oraz b) całym dniem jebania się z nowym dyskiem. Zainstalowanie systemu, wszystkich programów, których używam oraz skopiowanie plików, które są dla mnie ważne to, jak nic, cały dzień grzebania w gównie. Eh, masakra. Na razie jednak czekam na kasę, za którą mogę sobie dysk taki kupić. Bo, oczywiście, przelewy na czas nigdy nie dochodzą. Już nie chcę tego nawet komentować, czy jakoś się tym zamartwiać. Traktuję to już jako stały element mojego życia – brak przelewów na czas, ich opóźnianie się dniami czy tygodniami. I powtarzam sobie, że to tylko jeszcze rok. Do czasu obrony doktoratu.

Żeby było śmieszniej, jest teraz absolutnie kluczowy moment dla mojego doktoratu – otwarcie przewodu. Z tygodniowym opóźnieniem udało mi się dostarczyć do mojej opiekunki pierwsze dwadzieścia-ileś stron pracy. Opóźnienie niecelowe, bo deadline mnie na maksa goni. Pochłania mnie jednak Parada Równości, Tydzień Równości, konferencja, która była i inne duperele… Mówię, że duperele, bo jednak doktorat jest najważniejszy.

I właśnie kiedy znalazłam czas na to, żeby się nieszczęsnym doktoratem zająć na poważnie… siadł mi dysk. Och, złośliwość rzeczy martwych. Więc piszę na laptopie Michała, którego używać mogę, gdy Michał jest w pracy. Szczęście w nieszczęściu, że w tym tygodniu pracuje (po raz pierwszy zresztą) na taką zmianę, co się o 22:00 kończy, więc wieczorem mogę spokojnie coś porobić. I dzięki temu udało mi się te ileś-dziesiąt stron skończyć. Największa moja obawa jest taka, że dostanę teraz maila „Niestety, wszystko jest do dupy. Zupełnie bez sensu. To się nie nadaje. Pozdrawiam”. Rozumiecie? Doktorat pisze się raz w życiu (zazwyczaj…) i przez to nigdy nie ma się pewności, czy jest okej czy też raczej nie. Nikt tego w sumie chyba nie wie…

Samo seks-czatowanie też zajmuje mi ostatnio mniej czasu. Szkoda, bo przecież to jest nadal coś, co mnie relaksuje. Niemniej, muszę przyznać, że z racji obowiązków (za które mi nikt nie płaci, nadal to podkreślam), mam mniej czasu na rozrywkę, spotkania ze znajomymi, oglądanie seriali i tym podobne. Cały czas powtarzam sobie jednak, że to sytuacja przejściowa. Że jak napiszę zasrany doktorat, obronię go, to moje życie będzie mogło się zmienić. Jasne, już teraz może, ale jednak jest to trudne. Staram się tak je dostosować, żeby pisanie doktoratu było możliwe i nieutrudnione za bardzo. Potem się okazuje jednak, że jest gabryliard innych spraw na głowie i się gubię w tym. A przelewów nie ma.

Czasu na rozrywkę brakuje, ale nie na otwarcie Utopii. Już w tę sobotę. Denerwuję się prawie, jakbym to ja klub otwierała ;) Na szczęście jednak tak nie jest. Jedyne, o co się martwię, to żeby dobrze tego dnia wyglądać i się świetnie bawić. Zamierzam, oczywiście, coś przygotować na tę noc, ale na razie niech to będzie niespodzianka. Niemniej, inspiruję się dwiema rzeczami: słynnym performancem z Pasywem na smyczy i zbliżającym się Euro2012. Brzmi ciekawie? :) Wszystko już w sobotę.
Właśnie dziś mam zamiar iść do sklepów i kupić kilka niezbędnych rzeczy dla siebie i osób, które mi pomagają. Tak oddala się perspektywa szybkiego zakupu dysku twardego dla Justynki.

Bezpośrednio przed otwarciem jest też w Melinie bifor! „the great Reunion”, bo tak się nazywa, jest okazją dla nas do spotkania się w radosnej atmosferze. Zdejmiemy baner Utopia Forever i weźmiemy go do klubu. Jest trochę szary – to oddaje blisko 2 lata czekania na otwarcie. Cały czas wisiał i dawał nadzieję, że to się wydarzy. Zdejmiemy też napis „Nie ma Utopii” z drzwi. Nie mogę się doczekać, prawdę mówiąc. Czuję, że to będzie udana noc tak w Melinie, jak i potem na Kredytowej. (Dziwnie mówić „na Kredytowej” a nie „na Jasnej”…) Mam już zaproszenie, które Królowa w sobotę wręczyła mi w Glamie. Miło, że zrobiła sobie takie tournee. I miło, że o mnie pamiętała. Mam jednak taką cichą nadzieję, że po biforze moi znajomi bez większego problemu wejdą jednak do Utopii. Tak dawniej bywało zawsze, więc mam nadzieję, że i tym razem tak będzie.

Nadal nie mogę wyjść z wrażenia, jak wszyscy zostali w konia zrobieni z terminem otwarcia. Poszła plotka, że 12 maja jest otwarcie. Glam przeniósł urodziny (sic!) o miesiąc, Hunters wydał tysiące na promocję jakiegoś-tam wydarzenia… A tutaj guzik! Okazało się, że to był tylko taki plan, żeby wszyscy przekonani byli, że to będzie jednak tydzień później. To strasznie zabawne.

Powoli zbliża się też Parada Równości 2012. Największy problem sprawia mi co? Zmierzenie się. Mam dziewczynę, która ma superfajny projekt dla mnie, ale potrzebuje moich wymiarów, żeby go zrobić. Raz, że nie mam miarki (ale to akurat do przeskoczenia problem) a dwa, że nie mam czasu, żeby na spokojnie się zmierzyć i podać jej to, czego potrzebuje. Wiem, wiem, wydaje się aż przesadzone, że nie mam na to czasu… ale naprawdę nie mam!

Parada Równości to dla mnie ciężka praca. Nie chcę się tu żalić jakoś, ale powiem tak: nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak mało osób przygotowuje to wydarzenie. Naprawdę, nie zdajecie sobie sprawy. Ja to wiem, smuci mnie to. A na dodatek martwi, bo im mniej nas, tym więcej pracy dla mnie. Wczoraj spotkaliśmy się z przedstawicielami ambasady USA i Szwecji. Mieliśmy też spotkanie z przedstawicielstwem Kampanii Przeciw Homofobii, co daje nadzieję na zakończenie chociaż tego małego insiderskiego konfliktu wewnątrz środowisk LGBT. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale na razie deklaracje są pozytywne z obu stron. Coś się zaczęło też dziać w kwestii Wolontariatu Równości, który długo, długo był tylko na papierze a teraz zaczyna ogarniać pewne drobnostki. I dobrze, bo to oznacza, że ja mam mniej drobnostek do ogarnięcia.

Ciekawostka. Na zgłoszeniu zgromadzenia publicznego zawsze ktoś się musi podpisać. W sensie, że organizatorem Parady Równości jest podmiot, który się nazywa Komitet Organizacyjny Parady Równości, ale musi być osoba fizyczna, przedstawiciel(ka). I w tym roku, zupełnie przypadkiem, wbrew wcześniejszym planom i w ogóle, taką przedstawicielką jestem ja. To oznacza, że ja odpowiadam za przebieg Parady Równości – beze mnie nie może się ona rozpocząć (to mnie legitymować będzie Policja na samym początku), ale i skończy się wówczas, kiedy ja wypowiem magiczne słowa: „rozwiązuję to zgromadzenie publiczne”. Wszystko przez to, że był 2 maja. Wtedy trzeba było zgłosić Paradę Równości, żeby wybrać najwcześniejszy, zgodny z prawem termin. A że w długi weekend części z nas nie było, to wyszło na to, że ja ogarniam, ja podpisuję. Poszło.

Oczywiście, jak zawsze, są narzekania. Że zostało tak mało do Parady a nadal nic nie wiadomo. Ale ja przepraszam, co jeszcze chcecie wiedzieć? Parada rusza 2 czerwca spod Sejmu. Trasa jest znana, godzina jest znana… Co jeszcze? Że nie wiadomo, co się dzieje poza Paradą Równości… No ale zrozumcie wreszcie, że inne rzeczy nie są organizowane przez nas. Robią to inne organizacje, inni ludzie. My jedynie formalnie zgadzamy się na użycie zastrzeżonej nazwy Parada Równości, gdy mówią o tych wydarzeniach. A reszta nie jest po naszej stronie. Naprawdę, uwierzcie, że ilość pracy, jaką wkładamy w ten event jest ogromna. Ja codziennie poświęcam średnio 2-3 godziny tylko na to. Codziennie, 7 dni w tygodniu. To jest 21 godzin w tygodniu. Pół etatu. I już naprawdę nie byłabym w stanie zrobić więcej. Tym bardziej, że przecież mam też inne sprawy na głowie.

Ot, choćby konferencję „Islam a queer”, którą organizowało Queer UW. Ogromny sukces! Ponad 140 osób wzięło w niej udział! Naprawdę się cieszę. I w zasadzie wszystko odbyło się bez większych komplikacji. Teraz tylko rozliczyć i sprawozdać formalnie wydarzenie i możemy zamknąć. Ktoś rzucił żartem, że za rok musimy iść jeszcze dalej na Wschód. To dość ciekawy pomysł w sumie, rozważam to. Potem za rok znów możnaby zrobić naszą, lokalno-queerową konferencję i znów będzie się dziać.

I żeby nie było, to napiszę coś o ładnych chłopcach. W zasadzie o dwóch. Jeden to Wojtek, którego poznałam tak, że spał u mnie. Osoba ciekawa, niegłupia. Szkoda, że ostatnio chorował i nie dane nam było się zobaczyć. Podobnie zresztą jak Grześ – który co prawda nie chorował, ale jakoś czasu dla mnie nie znalazł, bo mu padł telefon i się nie miał jak kontaktować ze mną… Czy coś takiego. W każdym razie Grześ jest zjawiskowej urody chłopcem, który na dodatek potrafi być naprawdę słodki. W zasadzie na razie tyle mogę powiedzieć. Mam wielką nadzieję, że za jakiś czas a) powiem więcej, b) powiem więcej miłych rzeczy, c) nadal będę chciała o nich mówić.

Jakoś tak moje życie ostatnimi czasy bardziej obraca się wokół UW niż wokół imprezy. Z jednej strony to niedobrze, bo przecież impreza jest moim życiem. Z drugiej – dobrze, bo doktorat jest teraz najważniejszy. A z trzeciej – wokół jakich imprez miało się obracać, co? Moje życie się zmieniło, bo i otoczenie się zmieniło. Ale teraz będzie inaczej. Musi być.

Niech no tylko dysk twardy kupię…

Tagi: komputer, utopia, uniwersytet warszawski, queer, doktorat, parada równości, queer uw, bifor
Jej Perfekcyjność 2012-05-16 | 01:49:41
skomentuj (0)



Siedemnastolatek w łóżku i sabotaż na całego


W zasadzie to było dziwne. Bo dawno u mnie nikt nie nocował. Jasne, jeszcze z rok, półtora temu zdarzało się to często, ale jakoś i ludzie dokoła się zmienili, i ja jakoś inaczej teraz podchodzę do pewnych rzeczy (no przecież świerzbem się nie zaraziłam przez powietrze!).
Byłam na imprezie w Glam w piątek. A w zasadzie to na małym clubbingu. Z Damianem.be i Gackiem najpierw się przy Ordynackiej zbiforowaliśmy krótko, by ruszyć w miasto. Zaczęło się od Space. Daaaaaawno, daaaawno nas tam nie było. Klub jest niezły, bardzo fajnie w środku, ale lokalizacja średnia, ludzi w środku też nie ma jakoś na tysiące… Szkoda, szkoda, bo potencjał jest wielki! No i czasem udaje im się zrobić coś takiego, jak zaproszenie Martijna Ten Veldena – to on był tej nocy gwiazdą na miejscu. Albo i nie był. Bośmy dotarli tam o ludzkiej porze jakiejś i siedzieliśmy do 2:00 prawie a jego nadal nie było… I nie wiadomo było, kiedy się zjawi. Śmiesznie dość. Ale za to muzycznie było super! Grała Moondeck i jakiś inny dj, ale wychodziło im to znakomicie! Naprawdę świetny set. Wyskakałam się więc, tym bardziej, że mało ludzi i parkiet był mój ;) Humor więc mi dopisywał! Ale skoro doszła 2:00, to trzeba było się zbierać dalej. Pojechaliśmy do Toro. Hasło „chodotoro” jest jednym z częściej powtarzanych ostatnio u nas. Piątki za piątkę, czyli promocja, jaką mają w piątkowe wieczory jest bardzo fajna i atrakcyjna. I chyba to jest jeden z głównych powodów, dla których tam chodzimy. Bo w soboty trudno nas tam zastać…
Ja jednak w Toro nie chciałam za długo być. W sensie, że fajnie, fajnie, poskaczemy, spotkamy znajomych ale ileż można…? I uciekłam z Damianem.be do Glam. Szliśmy (choć nalegał, żeby jechać taxi), bo moim zdaniem przewietrzenie się dobrze miało nam zrobić. Szliśmy torowiskiem tramwajowym, co było nielegalne, ale i dość śmieszne zarazem. Dotarliśmy na miejsce i okazało się, że ludzi nie ma za wiele. W ogóle ten weekend dla Glam był dość cienki (nie lubię niechronologicznie, ale dodam może, że Dżaga występowała w sobotę i było na jej występie 20 osób na krzyż…). No, ale ja nie o tym!
W piątek, jak to w piątek, jest więcej młodych chłopców, niż w sobotę. Nie inaczej było i tym razem. Bawiłem się dobrze, bo w dobrym towarzystwie wszędzie się można dobrze bawić, prawda? No, może nie zupełnie wszędzie, ale prawie. W każdym razie było ok.

No i, jak zwykle, poznałam kogoś. Nawet już nie pamiętam, jak dokładnie się to stało. Ale jakoś tak wyszło, że Wojtek i ja zostaliśmy sobie przedstawieni. Nawet pogadaliśmy chwilę. I od razu umówiliśmy się na poniedziałek na kawę. Śmiesznie w sumie, bo potem nie rozmawialiśmy, tylko się mijaliśmy i powtarzaliśmy: „Poniedziałek, 13:30, nie zapomnij!” (Żeby było śmieszniej, to się okazało w domu już, że wcale że nie 13:30, bo 14:30, bo wcześniej mam w UPC spotkanie w sprawie Tygodnia Równości)
Ale już pod sam koniec imprezy – ten moment lubię najbardziej, bo jest mało ludzi i można potańczyć spokojnie na parkiecie bez bycia oblanym, popchanym i podeptanym – Wojtek jakoś zaczął ze mną tańczyć. Tzn. ewidentnie inicjatywa była po jego stronie. Zabawne to było dla mnie, bo – nie ma się co oszukiwać – rzadko się zdarza, żeby ktoś nieznajomy w sumie tak śmiało do mnie się zbliżał. Więc bawiłam się z nim. Tańczyliśmy trochę. A potem on chciał usiąść. Więc siedzieliśmy na tych nieszczęsnych schodach w korytarzu, który kiedyś był ładny a teraz jest po prostu korytarzem. Tam schowani trochę byliśmy. Ale nie dla jego koleżanek, które nas znalazły bez problemu. W zasadzie tylko po to, by powiedzieć mu, że idą. On je odprowadził (miał ich numerek czy coś) i kazał mi czekać. Przybiegł szybko, rzeczywiście, mówiąc, że dzisiaj śpi u mnie. Skoro jego inicjatywność podobała mi się wcześniej, to sami rozumiecie, że nie mogłem się sprzeciwić takiemu postawieniu sprawy. Po prostu śpi u mnie i tyle.
Dochodziła jakoś 7:00, gdy się zbieraliśmy i dotarliśmy do Meliny. I rzeczywiście, spał u mnie. Ze mną w zasadzie. Jedna ważna rzecz: miałam go obudzić przed 10:00. Nie wiem dlaczego, ale bardzo mu na tym zależało. No dobrze zatem, jak zwykle musiałam wykazać się odpowiedzialnością za gości Meliny. I o 9:51 budzik zadzwonił a ja Wojtka zbudziłam. Nie było to trudne, bo – jak zapewne wiecie – łóżko mam małe i jednak niewiele trzeba, by drugą osobę obudzić.

W takich chwilach wszyscy pytają zawsze: „I co? Nic nie robiliście na łóżku razem?!” Inni mówią: „Tak, jasne, nic nie robiliście, już to widzę…” Dla mnie zaś istotniejsze od odpowiedzi na to pytanie (przecież powiem Wam prawdę na blo!) jest to, gdzie są granice mojego celibatu. Tak poważnie. Co to znaczy, że jestem w celibacie? Czy jak z kimś tańczę „erotycznie” (zbitka „ja” i „erotycznie” wywołuje u mnie w głowie jakąś dziwną wizję grubego transa wijącego się w pijackim samotnym tańcu na parkiecie i robi mi się niedobrze…), to łamię celibat? A czy jak idę z Wojtkiem przez Al. Jerozolimskie, trzymając go za rękę, to łamię celibat? A czy jak on śpi u mnie w łóżku (miał osobną kołdrę) ze mną, to czy łamię celibat? A czy jak trzymam na nim rękę, to łamię celibat? No a jeśli on kładzie się i śpi na mnie, to łamię celibat? I tak dalej, i tak dalej. W zasadzie, jako że celibat ów jest moim własnym wymysłem (w sensie, że nie jest narzucony przez jakąś instytucję czy prawo), to ja sama ustalam sobie zasady, prawda?

W tej konkretnej sytuacji, tej konkretnej nocy (a raczej tego poranka!) Wojtek był nadal inicjatywną w sumie osobą. I dużo inicjatywy wykazywał („Idę się wykąpać. Idziesz ze mną?” Oraz nie, nie poszłam!), więc nie będzie zaskoczeniem, że i do całowania doszło. No i widzimy się w poniedziałek.

***

O celibacie rozmawiał ze mną jeden reżyser z producentem. Bo chcą jakiś film zrobić dokumentalny na temat seksualności czy coś takiego. I wpadli do mnie, żeby pogadać o mnie i nie tylko. Prawdę mówiąc, wiele takich rozmów przeszłam już. Ze znajomymi. Z przyjaciółmi. Z nieznajomymi. Z przypadkowymi osobami. Wiele, wiele razy. Więc, nie ukrywam, nie są to już dla mnie jakoś szczególnie interesujące tematy. Ileż można w kółko opowiadać o tym samym? :) Niemniej, rozumiem, że dla innych może to być jakoś tam interesujące, nowe, czy coś w ten deseń. Więc opowiadam, słucham standardowych pytań, udzielam na nie tych samych, standardowych odpowiedzi… Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

***

Moim znajomym zawsze powtarzam: „wszyscy siedemnastolatkowie są tacy sami!” Myślą podobnie, działają podobnie, mają podobne wyobrażenie o świecie i podobne nastawienie do różnych spraw. Moje słowa są więc swego rodzaju ostrzeżeniem. Sam napisałem kiedyś na blo (ciekawe, czy dałoby się to znaleźć w archiwalnych wpisach?), że choć mam tę świadomość, to jednak zawsze pojawia się nadzieja, że ten jeden będzie na pewno inny, na pewno niestandardowy. I nigdy tak nie jest. Ale wiecie, jak to jest… 

Problemem jest w zasadzie nie tylko to, że siedemnastolatkowie (nie wiem, czemu akurat siedemnastki a nie szesnastki albo osiemnastki… tak jakoś się utarło!) są tacy sami, bo socjalizowani prawie identycznie ale że i ja działam trochę automatycznie, bo moja podświadomość nie pozwala mi pewnych rzeczy zmienić. Referuję teraz do Luke’a, bo z nim ostatnio miałem intensywny kontakt. No właśnie, miałem. Już nie mam. Trochę z własnej winy, trochę nie.
Może zacznę od łatwiejszego – czyli od winy jego. Są takie drobnostki, na które zwracam uwagę. W trakcie naszej wymiany smsów jakiś czas temu padło hasło, że wyśle mi swoje zdjęcie z wanny. A w trakcie świąt Wielkanocnych obiecał z kolei pokazanie brzucha za dziesięć dni od momentu rozmowy. Nieważne już jaki był kontekst i skąd te nietypowe pomysły się wzięły. Chodzi o to, że on się zgodził. I potem jeszcze jakiś czas o tym rozmawialiśmy i tematy te się pojawiały. Pół-żartem, pół-serio, ale jednak. Tylko że nic takiego się nie wydarzyło. I, oczywiście, są to tylko głupie przykłady błahostek, ale takich, z których znajomość się składa. Jak powiem komuś, że następnym razem przyniosę książkę, to ją przynoszę. Jak obiecuję Gackowi, że wpadnę do niego w niedzielę, żeby mu oddać marynarkę, to wpadam. Jasne, zdarza się, że jakieś obiektywne przeszkody się pojawiają, które powodują, że się nie da. I rozumiem, że uszkodzenie telefonu Luke’a było takim powodem i dlatego zdjęcia nie zobaczyłam. Nie mam o to pretensji. Pretensję mam raczej o to, że wypadek zdarzył się dobry tydzień od dnia zrobienia zdjęcia, a więc czasu na wysłanie go było wystarczająco, prawda? Takie właśnie olewanie to, moim zdaniem, Luke’owa część winy za obecną sytuację. No i technicznie to też jego wina, bo to w sumie on przestał się odzywać, pisać SMSy. Więc to też.

A moja część winy?
No właśnie… tutaj dochodzimy do sabotowania. Ja sabotuję swoje znajomości z młodymi chłopcami. Zdałam sobie z tego sprawę niedawno. Ba! Ta blotka jest takim właśnie sabotażowym dobiciem znajomości mojej z Luke’iem. Ale po kolei. Kiedyś już pisałem o tym, że młodzi poznani przeze mnie chłopcy są prędzej czy później (ale raczej prędzej) „odbijani” mi przez moich znajomych. Najczęściej przez Damiana.be, czasem Gacka. I mówiąc „odbijani” mam na myśli to, że ograniczają znajomość ze mną, bo angażują się w nieco inną w charakterze znajomość z jednym z moich znajomych. To dość stała zasada.
Natomiast niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że ja to robię. To znaczy, że ja podświadomie staram się, żeby tak się stało. Ja chcę, żeby oni „uciekali” ode mnie w te inne znajomości. Dlaczego? Po prostu zazwyczaj jest tak, że ja chcę docelowo znajomość pogłębiać, jakoś ją rozwijać i czasem nawet sprawić, żeby była bardziej intensywna na wielu polach. Oni zaś tego nie chcą. Żeby więc nie kończyć znajomości z mojej winy (bo po odrzuceniu mojej wizji znajomości tak musiałoby się dziać), działam tak, żeby to po ich stronie znalazła się wina. Żeby to oni ograniczyli kontakt, albo go zerwali. Dzięki temu ja mam czyste sumienie. I zawsze mogę powiedzieć: „to nie ja zerwałam znajomość, to ty”. I jest to prawda. To, czego w tym zdaniu nie ma, to właśnie prawda o moim sabotowaniu.
Znajomość z Luke’iem też zsabotowałam. Zresztą nie pierwszy raz, ale chcę się na teraźniejszości skupić. Najpierw zepsułam atmosferę w naszych smsach. Jak? Niewinnym wydawałoby się pytaniem: „Czy Ty masz jakieś emocje do X?” Zapytałam któregoś razu. Znałam w zasadzie odpowiedź. Ona jest twierdząca. Ale chciałem, żeby to powiedział. Raz, żeby znów zaczął o X myśleć, a dwa, żeby w naszej znajomości ów X zaczął wisieć w powietrzu cały czas. Potem jeszcze kilka innych tego typu działań i ostatecznie napisałam na facebooku pytanie o to, czy sabotowanie znajomości, które stają się bliskie jest ok. I on wiedział, że to o nim. No bo o kim innym w sumie?

W zasadzie pierwszy raz zdałem sobie sprawę z tego, że podświadomie niszczę te znajomości. Po co? No, wiadomo. Chodzi o to, żeby nie było na mnie. Żeby to nie była moja wina. Jasne, za każdym razem powoduje to, że znajomość się kończy/urywa, a więc w zasadzie coś niedobrego dla mnie. Bo przecież chciałabym nadal rozwijać te relacje. Ale ważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, gdy w tych relacjach nie jestem – mam pewność, że moje zainteresowanie i zaangażowanie nie spotka się z brakiem reakcji. Mam pewność, że wiem, co się będzie dziać. Moja potrzeba kontroli mojego życia jest zaspokojona – wiem, co się wydarzy, mam zachowaną kontrolę.

Do Luke’a odezwałam się po dwóch dniach chyba. Jako że dotarło do mnie, że robię to, co robię, powiedziałem mu o tym. W zasadzie było to trochę wyciągnięcie ręki. Miał przemyśleć i się odezwać. Miał.

***

Paulina będzie niezadowolona, że to wszystko napisałem. Bo we wtorek jest jej piknik urodzinowy i ona liczyła, że wówczas będę kontenerować w niej to wszystko. A tutaj, niespodzianka, wykorzystałam blo. Nie martw się jednak, Paulino! Nadal jesteś moim ulubionym kontenerem!


Tagi: wojtek, jej perfekcyjność, celibat, luke
Jej Perfekcyjność 2012-04-30 | 09:10:08
skomentuj (1)



Nie ma Utopii, będzie Utopia


Gdy latem dwa lata temu zamykano klub przy Jasnej 1, wszyscy mieli nadzieję, że za 2-3, no góra 4 miesiące spotkamy się znów. W nowym miejscu, ale ze starą ekipą. I że będzie jak dawniej. Nic takiego się nie stało. Minęły ósme urodziny klubu. Potem, ku rozpaczy wszystkich, dziewiąte. I nadal nie mieliśmy swojego miejsca. Niby zwykły klub, ale…

Clubbing w Warszawie zmienił się nie do poznania. Zamknięcie Utopii nie było, oczywiście, jedynym powodem, ale na pewno przyczyniło się do tego znacząco. Tak jak otwarcie Utopii prawie 10 lat temu w pewien sposób rozpoczęło clubbing w Polsce, tak jej zamknięcie zbiegło się w czasie z istotnymi przemianami w tym, jak się teraz ludzie bawią.
I nie chodzi o narzekania „za moich czasów…”, bo ja rozumiem, że zmienia się to, gdzie ludzie się bawią, jak się bawią i do jakiej muzyki. Niemniej jednak, wydawało się, że pewna ilość „zabawy” jest niezbędna, by Warszawa się wybawiła, by była szczęśliwa. I choć był czas, gdy część tej zabawy się realizowała w wystawnych klubach, potem część na domówkach (ale to był szał swego czasu…), by ostatecznie przenieść się do offowych klubów z brudnymi podłogami i hipsterami za barem, to jednak ilość tej zabawy pozostawała w miarę stała. Bośmy co prawda, jako środowisko imprezowe, zmieniali upodobania co do tego, jak chcemy tę zabawę realizować, ale nie zmieniało się to, że chcemy to robić. Do czasu.
Dziś jest inaczej. Dawniej cały tydzień miał swój „imprezowy rytm”. Wszyscy wiedzieli, że w poniedziałki bawić się można co najwyżej w Underground, bo reszta Warszawy nieczynna. We wtorki chodziło się do Barbie Baru, potem do Discrete. Środa była czasem karaoke w Galerii, podobnie zresztą jak niedziela. W czwartki chodziło się gdziekolwiek, bo już sporo klubów otwierało się z myślą o imprezujących studentach (czy ktoś jeszcze w ogóle pamięta, że czwartek był tradycyjnie dniem studenckich imprez w całej stolicy?!). No a piątek i sobota, wiadomo. Jasne, zawsze byli ludzie, którzy bawili się rzadko, albo bawili się tylko raz w tygodniu. Ale stała była liczebnie grupa, która szalała częściej, cały czas. Nie to, co dziś. Dziś jest inaczej.
Kiedy ostatni raz Warszawę odwiedził w klubach ktoś Naprawdę Znany? Okej, w miniony piątek w 1500 zagrał Tiga. Super, bardzo fajna gwiazda dużego formatu. Co prawda to dość mroczne już i głębokie dźwięki, ale marka jak się patrzy. A poza tym? Nie twierdzę, że jest łatwo. Pamiętam lata 2007-2008 (które ogóle były dobre dla muzyki house!), że dwie duże imprezy z Naprawdę Znanym Gościem z zagranicy w samej tylko Utopii były normą! Antoine Clamaran, Chris Ortega, Chris Willis, Farina & Benedetto z Akramem, Laurent Wolf i wielu, wielu innych. Wszyscy przewinęli się przez Utopię (nie wiem nawet czy nie w jednym roku, musiałabym sprawdzić). To stawiało poprzeczkę wysoko innym klubom, które starały się konkurować. I też zapraszały Naprawdę Znane Osoby.

Na zamknięciu Utopii skorzystała oczywiście G Party czy tam Candy Andy. Imprezy, które chciały być alternatywą dla utopijnych najpierw odbywały się w różnych miejscach, potem na dłużej zadomowiły się w The Nine (który już też nie istnieje). Oczywiście, że po zamknięciu Jasnej 1 wszyscy się do nich rzucili. Potrzebowali imprez i G Party im te imprezy zapewniało. I przyznać muszę, że patrząc na te wydarzenia, widać jak zmieniły się warszawskie imprezy klubowe. G Party też początkowo konkurować musiało z Utopią (i innymi), więc zapraszali Naprawdę Znane Osoby, robili duże imprezy. Fakt, niewiele mogę o nich powiedzieć, bo zdarzyło mi się na nich być dwa razy, z czego raz piętnaście minut. Ale wiem, kogo zapraszali, co się tam działo, jak komunikowali imprezy itd. Moi znajomi tam chodzili, mówili, co się dzieje. Więc wiem. Z czasem, im dalej było od zamknięcia Utopii, tym mniejszego kalibru goście się pojawiali. Ludzie i tak przychodzili, nie trzeba się starać. Nie ma konkurencji, są ludzie. A potem przyszedł czas na Hunters.

Nie cichną pytania „dlaczego zamknięto Utopię?”. Plotek jest wiele, pogłoski podają różne przyczyny. Jeśli sądzicie, że ja znam tę właściwą i prawdziwą, to się mylicie. Wiem tyle, co wszyscy. Że chodzi o czynsz, jaki znacząco podniesiono po zmianie dyrektora banku będącego właścicielem budynku. Tyle. Nie mam powodów, by w to nie wierzyć.
Oczywiście, zawsze wówczas pojawia się Hunters. Nie wiem, co mieli na myśli twórcy tego miejsca, gdy stwierdzili, że chcą otworzyć ładny, fajny klub przy Jasnej 1. Naprawdę, nie wiem. Może sądzili, że tak znany adres przyciągnie ludzi „z automatu”? Pewno trochę tak było – odwiedziłam Hunters ze dwa razy i widziałam na zdjęciach, kto tam się bawił. Bez wątpienia sporą grupą mogli być ci, którzy dawniej chcieli się tu dostać, ale im się nie udawało i teraz postanowili sobie odbić. To pewne. Przychodzili też młodsi stażem klubowicze, którzy nie rozumieją, że to nie adres tworzy miejsce, ale ludzie i muzyka. Myśleli, że zmienił się lekko wystrój, zmienił się właściciel, zmieniła się nazwa, a reszta pozostanie bez zmian. Nie, nic z tego. Poza tym Hunters od samego początku chciał być klubem hetero. Jego manager (czy tam współwłaściciel – nie jestem wtajemniczona w meandry własnościowe tego miejsca) był dawniej managerem w dwóch innych miejscach, więc jakieś tam doświadczenie miał. Ale nie gejowskie. Dlatego chciał stworzyć miejsce hetero.
Ale hetero bawią się inaczej. A utrzymanie wysokiego czynszu kosztuje. I tak się zaczął romans Huntersa z G Party. Och, jakież było przeżywanie… Najpierw jedna-dwie imprezy gościnne, a potem… no a potem poszło. Hunters stał się klubem gejowskim, dodali mu tęczowe elementy w logo i lekko zmienili charakter imprez. Jedna z dwóch imprez w Hunters, na której byłam, to ta, gdy G Party otwierało ponownie to miejsce – już jako markę gejowską. Chciałam zobaczyć znów miejsce, które dla mnie tyle znaczy ale i dowiedzieć się, jak wygląda teraz clubbing, który był taki dobry. Teraz już nie był. Było na tyle nudno, że stwierdziłam, że idę do Glam. Rozumiecie? Wolałam iść do Glam. To o czymś świadczy…

Swoją drogą… Glam też nieźle wyszedł na zamknięciu Utopii, prawda? Mieli szczęście. Gdy otworzyli się w maju 2010, byli konkurencją dla Galerii (która powoli zaczynała agonię), ale i pewnym uzupełnieniem jej oferty. Zwłaszcza dla lesbijek. Nie ma co ukrywać, że to niezagospodarowana nisza w Warszawie, którą Glam zapełnił (Kraków, a nawet Łódź miały/mają lesbijskie kluby już od dawna!). Po zamknięciu Utopii przejął także część tej klienteli. Nie ukrywam, że i ja po długim czasie się przekonałam. Nie tyle do miejsca, co do ludzi. Bardzo dużo tam młodych chłopców, więc sami rozumiecie… Nadal jednak uważam, że jako klub, to miejsce jest marne. I na miejscu właściciela obawiałabym się nadchodzącego momentu – otwarcie nowej Utopii już w maju. W sam raz na drugie urodziny Glam. Zresztą, żeby było śmiesznie, gwiazdą tych urodzin ma być Sonique. Ta sama, która chyba w 2007 gościła w Utopii. Historia kołem się toczy.

Na otwarcie nowej Utopii wszyscy czekali od dawna. Nie ma co udawać – część osób straciła nadzieję. Poddali się. I oddali się innym miejscom. Zapomnieli, że Utopia najbardziej na świecie ceni jednak lojalność. Mówiłam o tym kiedyś już. VIPem w Utopii byli nie tylko ludzie znani z mediów, celebryci, politycy, ale właśnie także zwykli ludzie będący lojalnymi klubowiczami.
Rozgrzewki przed otwarciem Utopii było sporo. Najpierw imprezy w Confashion. Pamiętam pierwszą, po kilku miesiącach od zamknięcia Jasnej 1. Och, jak było cudownie! Miłe spotkanie w towarzystwie tych wszystkich znanych i dawno nie widzianych twarzy! Doskonała muzyka, znów było pięknie. I pamiętam miny barmanów z Confashion, którzy przywykli, że o 3:00 klub jest już zamykany. Nie wówczas, gdy bawi się tam Utopia! Co to, to nie! Daliśmy czadu do 7 rano. Było cudnie. Jednakże nie ma co udawać, Confashion to miejsce nieutopijne (oni w ogóle działają jeszcze?). Słabe nagłośnienie, słaby VIP room… Nie, nie, to nie mogło się udać. Kolejne imprezy były coraz słabsze. Potrzeba było zrezygnować z tego. I dobrze, że po trzech czy czterech takich wydarzeniach ten pomysł upadł.
Potem nadeszła era De Lite. Plotka głosi, że było blisko, by tam właśnie powstała nowa Utopia. Ale plotek co do miejsca było wiele… pl. Bankowy i pl. Piłsudskiego to najczęściej powtarzane. Nieprawdziwe, dodajmy. Przy Konopnickiej powstało jednak De Lite. Klub bardzo ładny, ale w sumie chyba nie mający do końca przekonania, do kogo chce trafić. Byłam tam poza imprezami utopijnymi i… no, było zupełnie inaczej. Czasem nie tyle może znacząco gorzej, co ludzie bawiący się tam… to zdecydowanie inna klientela, na pewno nie taka, która potrafi do 7-8 się bawić przy dobrym house’ie. De Lite był fajny, zabawny… ale jednak to nie to. Jakoś zabrakło poczucia bycia „u siebie”. Nie ukrywam, że i muzycznie – mam wrażenie – to nie do końca to. Było, owszem, dostojnie, pięknie, ale za mało pierdolnięcia. A jednak utopijki lubią pierdolnięcie.

Nie można pominąć krótkiej przygody ze Sqandal Barem! To było ciekawe doświadczenie. Pierwsza impreza organizowana pod marką nie Utopii a Grzegorza Okrenta. Ciekawie się zapowiadało, nie powiem. Tym bardziej, że to impreza zupełnie inna – taka mniej więcej jak w latach 2003-2004 w Utopii. Na ostro, po męsku, megaseksualnie, bez ograniczeń. Dlatego przychodziłam tam, zobaczyć jak to się rozwinie. I gdy miała się odbyć kolejna z imprez – nagle ich zaprzestano. Domyślam się, że przygotowywanie nowej Utopii pożera jednak czas i energię. I brakuje jej na inne rzeczy.

***

O tym, dlaczego Utopia była i jest ważna, pisałam zaraz po jej zamknięciu. Teksty znajdziecie na blo oraz na innastrona.pl. Więc nie będę tego powtarzać.
Nie ukrywam, że nowa Utopia budzi u mnie lęk. Naprawdę. Bo nadzieja na jej otwarcie jakoś trzymała mnie przy imprezowym życiu. Na zasadzie „boże, jest chujowo, ale będzie lepiej, wytrzymaj!” I teraz moja nadzieja jest jedna: żeby naprawdę było lepiej. Nie ma co udawać, zmienił się clubbing w Warszawie, zmieniły się gusta klubowiczów, zmieniła się muzyka (kto w 2010 roku słuchał dubstepów?!), zmieniło się klubowe otoczenie w stolicy… A i ekipa Utopii mogła wypaść lekko z tego, co bieżące. Oby nie. Z zapowiedzi właścicieli wynika, że nowy klub będzie zupełnie inny od tego, co pamiętamy z Jasnej 1. Że będzie inaczej pod wieloma względami. Tego też się boję. Bo choć i moje imprezowanie się zmieniło, to jednak Utopię pamiętam doskonale, pamiętam jak dobrze tam było i mam stracha, że się nie przestawię na nowe. Że będę wciąż szukać tego, co było dawniej. A tego już na pewno nie będzie. Będzie inaczej.

Tak bardzo więc jak cieszę się, że Utopia powraca już w maju, tak boję się tego momentu.

Oraz, zgodnie z zapowiedzią, zdejmę wówczas wszystkie napisy „Nie ma Utopii” w Melinie oraz z drzwi wejściowych do mieszkania. Zdejmę też baner „Utopia forever”. I na pewno przyniosę go na re-otwarcie. Choć, przyznać muszę, poszarzał już. To doskonale obrazuje, jak długo przyszło nam czekać. Oby było teraz tylko lepiej.


Tagi: utopia, jej perfekcyjność, clubbing
Jej Perfekcyjność 2012-04-23 | 00:25:27
skomentuj (3)