RSS
 

Tego bloga już nie ma!

01 paź

blog

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

This summer’s gonna hurt… Czyli 19 miesięcy z Filipem

01 wrz
To chyba moje ulubione nasze wspólne zdjęcie

To chyba moje ulubione nasze wspólne zdjęcie

Rozstaliśmy się z Filipem. Formalnie chyba mogę powiedzieć, że on mnie rzucił. Chociaż, jak to zwykle bywa, to nie takie proste i oczywiste.

O Filipie mało pisałam na Facebooku, na fotoblo, (na blogu w ogóle mało piszę od jakiegoś czasu) czy Twitterze. Są też powody takiej sytuacji. Ale to może zacznę, jak zawsze, od samego początku. Czyli od stycznia 2014. Jakoś w okolicach Trzech Króli byłam na imprezie w Glamiku. Późno nad ranem zobaczyłam na pustoszejącym szybko parkiecie ładnego chłopca. Spodobał mi się a jako że trzeźwa nie byłam, to zebrałam się na odwagę i zaczęłam tańczyć obok niego. Jego przyjaciel – jak się potem dowiedziałem – zachęcił go, by na moje próby odpowiedział. No i jakoś tak poszło. Tak zaczęła się dziewiętnastomiesięczna historia moja i Filipa.
Nie tej nocy, tylko kolejnej, znów skończyliśmy razem. Całowaliśmy się pół nocy. W klubie. Pod Palmą. U mnie w domu. Bo wpadł nawet na noc – co, jak potem przyznał, zdarzało mu się w zasadzie nigdy. Przez całą noc grali nam w kółko Arctic Mokeys „Do I Wanna Know”. Całą noc. To taka trochę nasza piosenka – obu nam chyba kojarzy się z początkiem znajomości.

Chwilę później była u mnie w Melinie impreza na Trzech Króli, na której poznał dużą część moich znajomych. A oni jego. Chyba zaakceptowali – a to jednak miłe. Były wypady prawie co weekend. Była randka 15 stycznia (poszedł ze mną do fryzjera i do Znajomych Znajomych), potem kolejna 24 stycznia, kolejna kilka dni później… Jakoś tak intensywnie się zaczęło. Ale to dobrze – oraz wiadomo, że zawsze się tak zaczyna. Były jakieś zbliżenia cielesne ale, oczywiście, bez uprawiania seksu.

Były kolejne imprezy – rocznica Bitwy pod Melino, wizyta w Łodzi, mnóstwo imprez, noclegów, spotkań. Bardzo dobrze nam ten czas mijał. Powoli wszyscy znajomi się przyzwyczaili, że ktoś taki, jak Filip jest cały czas ze mną. Albo prawie cały czas.
Jedyną osobą, która – jak się okazało – miała problem z tą relacją, była jego mama. To, co trzeba wiedzieć, żeby zrozumieć co, jak i dlaczego, to fakt, że Filip mieszkał wówczas w domu rodzinnym. Jest w dość bliskiej relacji ze swoją mamą – co często mu powtarzałam: za bliskiej jak na jego wiek, moim zdaniem – więc ona dość mocno śledzi to, co się w jego życiu dzieje. No i żeby nie było – ona nie ma problemu z tym, kim on jest. Miała bardziej problem z tym, kim ja jestem (albo kim nie jestem?) i z tym, że prowadzę bardzo publiczne życie, o którym wszyscy wiedzą wszystko. A jej to nie odpowiada – także z powodu miejsca, w którym pracuje, a w którym, jak rozumiem, obawiała się, że może jej to zaszkodzić. Taka przepychanka między nami trwała kilka miesięcy. Dobre kilka miesięcy. Ona zakładała jakieś profile w różnych serwisach, zadawała pytania na Ask.fm, drążyła, męczyła. Nie przeszkadzało mi to – rozumiem, że nie wszyscy muszą za mną przepadać i nie przeszkadza mi to. Bardziej przeszkadzało to Filipowi, który musiał to znosić w domu na co dzień. Dlatego też, dbając o jego dobro i komfort, nie pojawiał się zbyt często na zdjęciach na fotoblo czy na facebooku. Właśnie dlatego. Do tego stopnia, że obiecałem mu kiedyś, że do któregoś-tam dnia w ogóle się nie pojawi ale potem nie może mnie już o to prosić. Przystał na to. Miesiące mijały a jego mama ostatecznie chyba jakoś się pogodziła z tym faktem. Nawet po Świętach, gdy Filip zawiózł do domu ciasto zrobione przeze mnie, znalazła mój numer telefonu w sieci i napisała ładnego SMSa z podziękowaniem. To miłe. Niedawno nawet, jakoś z miesiąc czy dwa temu, dostałam od niej prezent – ten tęczowy talerz, który czasem na zdjęciach mojej diety możecie oglądać.
(Oraz wiem, że za całą tę blotkę znów mnie znienawidzi…)

Jezu, jak tak teraz przeglądam zdjęcia sprzed tych kilkunastu miesięcy, żeby odtworzyć chronologię, to powala mnie ilość wspólnie spędzonego czasu. Początkowo głównie w weekendy. Filip mieszkał bowiem daleko na prawym brzegu Wisły (naprawdę daleko!) i w ciągu dnia niełatwo było się nam spotkać. Tym bardziej, że u mnie rozpędu nabierały przygotowania do czerwcowych wydarzeń równościowych. Moim zdaniem: wciąż za mało czasu spędzaliśmy razem. Ale ja jestem pod tym względem zachłanna z racji tego, że od lat nie byłam w takiej relacji. Zdawałam sobie z tego sprawę i dlatego naciskałam tylko delikatnie.

Planowaliśmy wspólny wyjazd na wakacje. Do Władysławowa, gdzie wiedziałam, że jak co roku, będę pracować u Marcinka przez jakiś niedługi czas. Filip w tym czasie mógłby odpocząć od pisania pracy magisterskiej i w ogóle. Planował, że po obronie zrobi prawo jazdy, że rzuci palenie, że się wyprowadzi od rodziców. Ta obrona była takim magicznym punktem zwrotnym. Czekałam na nią bardzo, nie ukrywam. Ale też i widziałam, że Filipowi nie idzie, że traci motywację. Nie było samo napisanie dla niego problemem – ale wiem, jak to jest, gdy coś się odkłada na potem i to coś wisi nad głową. Starałam się go mobilizować: namawiać, zakładaliśmy się, inne takie. Ale szło opornie.

Mamy z tego czasu mało zdjęć. W sieci mało, bo na komórce coś tam jeszcze bym znalazła. Bardzo lubię takie nasze zdjęcie z 7 maja 2014 – leżymy w łóżku, widać nawet nie połowy naszych twarzy, niewyspani, poczochrani, bez makijażu a ja bez okularów. Niby nic ale jednak naprawdę dobre były te chwile i dobrze, że choć tak mogę je zapamiętać.

W maju słynne moje pijaństwo z Łukaszem, po którym Filip jakoś odwiózł mnie do domu (a ludzie w tramwaju mi miejsca ustępowali, gdy widzieli, w jakim jestem stanie około 19:00…); wizyta wspólna w Sopocie (na najmniejszym łóżku na świecie!) z grupą moich znajomych… Dużo moich wyjazdów i zajęć ale zawsze czas na spotkanie się z Filipem. No i nadszedł czerwiec. Kumulacja wszystkiego, wiadomo. Filip po raz pierwszy na oficjalnych wydarzeniach ze mną jako osoba towarzysząca – m.in. na rozdaniu Tęczowej Pszczoły 2014. Choć, to muszę przyznać, zawsze martwiło mnie, że bardzo nie lubił publicznie w jakikolwiek sposób okazywać mi uczuć. Bez trzymania za rękę, przytulania czy nawet całusa na dzień dobry. No, chyba że byliśmy w jakiś miejscach „gejowskich”. Wówczas się to nieco zmieniało. A jak był wypity to, wiadomo, tym bardziej. Osobiście stoję na stanowisku, że w 2014 czy 2015 należy to robić. Należy próbować pokazywać się publicznie. Wiadomo, że czasem komuś się to nie spodoba, czy ktoś źle na nas spojrzy. Ale co z tego? Inaczej świata nie zmienimy. No ale nie pozostawało mi nic innego, jak szanować jego opinię i nie naciskać na to za mocno.

Śmieszne – dziś z perspektywy – jest to, że kilka miesięcy po poznaniu Filipa, postanowiłam kupić prezerwatywy i lubrykant. Pierwszy raz od… boże, nie wiem, 9 lat? Było mi tak dobrze z Filipem, że stwierdziłam, że na pewno chcę z nim przerwać trwający blisko dekadę celibat. Sami rozumiecie, że to jednak dla mnie ważne wydarzenie, prawda?
Dziś mogę powiedzieć: nie doszło do tego. Mimo tego, że temat poruszałam wiele razy. Ale do tego jeszcze wrócę.

Parada Równości 2014 była wspaniała. Wszystko się udało. Filipek się trochę najebał z Kamilem (przyjaciel wówczas jeszcze) ale w miarę się trzymał. Do czasu. Podczas Plaży Równości w La Playa przyłapałam go jak całował się z – nomen omen – moim znajomym Białorusinem. Oczywiście, nic wówczas nie zrobiłam. Ale od następnego dnia mieliśmy awanturę. Chociaż nie, czekajcie, nie awanturę. Ze mną nie da się awanturować. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której stoję i coś wykrzykuję na kogoś. Takie kłótnie nie są produktywne. A ja uważam, że z kłótni musi wyjść coś produktywnego, coś na plus. Nie interesują mnie pyskówki, nie mam 13 lat. To zresztą jakiś czas później, podczas jednej z rozmów – prowadzonych zresztą z nami przez Paulinę – był zarzut Filipa wobec mnie. Że brakuje mu właśnie takiego tłuczenia talerzy. A ja zawsze uważam, że nie ma to sensu. Że kłótnia wtedy jest dobra, kiedy prowadzona jest w pewien konkretny sposób: z zastosowaniem skutecznych metod komunikacji. Kiedy formułujemy komunikat: „Czuję <emocja A> kiedy ty robisz <czynność B>”. Klasyka, której nikt nas nie uczy – a szkoda. Ja wymuszałam na Filipie stosowanie tej konstrukcji. I dzięki temu nasze kłótnie nigdy nie były awanturami.
Po tej wpadce Filipa nie wydarzyło się nic złego. Rozmówiliśmy to, on przeprosił. Ot, rozumiem – któż z nas nie robił kiedyś głupich rzeczy po pijaku.

Lipiec zleciał na zabawie i odreagowywaniu. Dużo podróży, jak zawsze. W sierpniu wyjechałam do Władysławowa do Marcinka. Filip, mimo obietnic, nie przyjechał – na szczęście Adaś zdecydował się pojechać i zająć miejsce w wynajętym przez nas pokoju. Te wakacje były dla nas trudne. Filip przechodził jakąś fazę depresyjną, jakiś dziwny moment załamania – nie miał ochoty na nic, na spotkania ze mną, na wychodzenie. Okazało się, że w jakiś sposób po kilku miesiącach dopadł do zły nastrój spowodowany… rozstaniem z byłym chłopakiem. Nie była to dla mnie, przyznaję, emocjonalnie łatwa chwila. Ale postanowiłam nie poddawać się i wspierać go w tych momentach. Rozumiem, że czasem żałoba dociera do nas późno. No i udało się. Jakoś z tego wyszedł.
Mniej więcej też w tym momencie zaproponowałam mu pewną zmianę w naszym życiu. Dotychczas bowiem „spotykaliśmy się ekskluzywnie”. To znaczy, że spotykamy się tylko ze sobą. Ale nie jesteśmy razem. Więc pomyślałam, że czas pchnąć – po ponad pół roku – sprawy do przodu. I zaproponowałam mu, żebyśmy zostali parą. Ale propozycji mojej nie przyjął. Tym niemniej nie oznaczało to, że nie chce nadal się ze mną spotykać. Chce. Ale nie chce iść dalej. Zaakceptowałam to, oczywiście, bo jakie miałam wyjście? Wszak jest mi z nim dobrze. Może i na kolejny krok przyjdzie czas.

Miesiące mijały. Nasze życie toczyło się dalej. Nie bez problemów, oczywiście. Jakieś pijackie kłótnie w klubach były chyba tym, co mi najbardziej nie odpowiadało a co wynika z mojej zazdrości. Mam z nią problem i wynika ona z niskiej samooceny jeśli idzie o moją atrakcyjność fizyczną. Wiem o tym, staram się nad tym pracować, mówiłam o tym Filipowi i miałam nadzieję, że chwilowe załamania mi wybaczy. Wybaczał. Nadal uważałam, że za mało rzeczy robimy razem – regularnie razem imprezujemy i wyjeżdżamy ale jakoś brakowało mi wyjść do kina, do muzeum czy coś takiego. Czasem zaprosiłam go na kolację do siebie czy gdzieś na miasto (Warsaw Restaurant Weekend!) ale nadal mi mało. Oczywiście, znacie mnie, ja nie mam problemu z komunikowaniem swoich potrzeb, emocji czy oczekiwań. Takie rozmowy czasem mieliśmy ale nie zawsze przynosiły one zadowalające efekty. No ale w związku – w każdej relacji – nigdy nie jest tak, że oczekiwania są spełnione w stu procentach. Przecież na tym polega relacja – żeby jednak iść na kompromisy, szukać miejsc wspólnych, punktów przecięcia. Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego nie oczekiwałam wypełnienia ich całkowicie.

Pojechaliśmy też razem do Wrocławia, gdzie poznaliśmy braci S. Oboje zresztą jesteśmy nimi zauroczeni – w sensie, że są tak słodcy, że ciężko ich nie lubić. Były kolejne weekendy, wieczory, dni… Nie powiem, że sielskie życie, bo nigdy takie nie jest, prawda? :) W którymś momencie Filip przeprowadził się. Co prawda nie jakoś oszałamiająco blisko centrum ale dla mnie ważniejsze było, że nie mieszka już w rodzicami – że nie będzie w tak bliskiej relacji z nimi. W tym czasie jego matka chyba powoli zaczynała się do mnie przekonywać – tak mi się wydaje. W każdym razie do samego końca naszej relacji z Filipem to właśnie on stał na drodze naszego poznania. Zarówno ja jak i ona mówiliśmy mu wiele razy, że chcemy się poznać wreszcie. On nie chciał.

Inna sprawa, że Filip w którymś momencie zauważył, że jestem jego matką. W sensie psychoanalitycznym, oczywiście. Że zachowuję się i wywołuję w nim takie same emocje, jak ona. Dla mnie nie było w tym nic szokującego. Przecież wszyscy spotykamy się i żyjemy z naszymi ojcami/matkami. Dziś, z perspektywy, mogę śmiało powiedzieć, że Filip był moim ojcem. Nieobecny, nieokazujący czułości w wystarczającym stopniu, ograniczający kontakt ze sobą… Był dokładnie jak mój ojciec. I chyba tylko dlatego, że widziałam relację mojego taty z moją mamą (bardzo niewzorcowa relacja!) to uważałam, że to, jak wygląda nasz związek jest okej i że da się z tego jeszcze coś z czasem mocniejszego wykrzesać.

W grudniu Filip wreszcie zaprosił mnie do swojego nowego mieszkania. Do swojego pokoju. Wynajmował go u znajomego (nie znałam wcześniej), do którego potem dołączył nasz wspólny kolega. Jako że Filip nie lubi sytuacji konfliktowych i trudnych rozmów, nie układało mu się mieszkanie z nimi. Miał do nich pewne zastrzeżenia, których nie potrafił im przekazać. I to na przyszłość uwaga do wszystkich: nigdy nie trzymajcie tego w sobie. Bo to po prostu Was zniszczy, Waszą relacje, Waszą znajomość. Tak było w tym przypadku. Niedługo wytrzymał z nimi (trzy miesiące?). Oczywiście, wyrazić to trzeba w odpowiedni sposób. Proponuję metodą, o której już pisałam: „Ja czuję <emocja X>, kiedy ty robisz <czynność Y>”.
No ale w każdym razie. Zaprosił mnie. Nawet nocowałam u niego. Dla mnie to duże wydarzenie, bo pierwszy raz w prawie już rocznej znajomości. Były też Mikołajki i Święta, więc że akurat 6 XII byłam u niego (z Gackiem), to dostał ode mnie prezent. W ogóle myślę, że sporo prezentów dostawał ode mnie. Z każdego w zasadzie mojego zagranicznego wyjazdu coś przywoziłam. Koszulkę, czapkę, jakieś inne ubranie. Na urodziny, na Święta, na Wielkanoc… Często, jak sądzę. Piszę też o tym dlatego, że Filip nigdy nie dał mi żadnego prezentu. W ciągu 19 miesięcy nigdy nic. Nawet rozmawialiśmy o tym kiedyś (jak mówiłam: nie mam problemu z wyrażaniem własnych potrzeb) ale nic się nie zmieniło.

Nadal byłam zazdrosna o niego. Nic na to nie poradzę. Gdy widzę, jak w klubie tańczy koło kogoś, o kim wiem, że może mu się podobać, to nie jest to dla mnie przyjemne. Tym bardziej, że po wypiciu Filip ma tendencję do celowego zachowywania się w sposób bardziej wyzywający. Popisowym jego numerem jest oczywiście zdejmowanie koszulki. Ale i poza tym inne rzeczy – czasem może niezauważalne dla osoby, która go nie zna – robi. Rozmawialiśmy o tym wiele razy i w którymś momencie udało mi się go namówić do tego, żeby koszulki jednak publicznie nie zdejmował.
Ja wiem, że to mój problem, że jestem zazdrosna. I walczę z tym. Nawet nie wiecie ile razy w klubie powstrzymywałam się, żeby zareagować… Ile razy powstrzymywałam się, żeby zapytać do kogo właśnie pisze wiadomości na facebooku, żeby zrobić mu wyrzut z tego, jak się zachowuje. Tym bardziej, że czułość między nami była rzadkością. Fluktuowała, oczywiście – czasem wzrostowo – ale jednak generalnie spadała jej ilość. Czasem śmiałam się z siebie, że jestem jak żona alkoholika, która czeka aż nadejdzie ten dzień i mąż będzie trzeźwy – i te chwile wystarczają na to, żeby relacja przetrwała. Tak ja czekałam na te dni, gdy Filip miał ochotę na czułości, na bliskość. (Tak, tutaj też spotykałam się z moim ojcem…)

Minęła nasza rocznica w styczniu, minęły walentynki w lutym, tłusty czwartek… Oczywiście, nie muszę dodawać, że aby mieć pewność, że Filip coś przygotuje np. na walentynki, muszę go o to prosić i przypominać kilka razy, że obiecał coś zrobić… To trochę jak z prezentami: nie za bardzo przejmował się dawaniem.
Niedługo potem załatwiłam mu zlecenie w tym samym miejscu, w którym ja realizuję swoje najważniejsze zlecenie. To miejsce ZDECYDOWANIE bliżej jego domu (znów wrócił do mamy – wyprowadził się z mieszkania byłego już znajomego pod jego nieobecność, żeby nie doszło do sytuacji niekomfortowo-konfliktowej), wymagająca od niego mniejszej liczby godzin za te same pieniądze i bardziej kreatywna niż poprzednia. Tak więc zadowolony. Ja też, bo mam możliwość widywania go codziennie. Co prawda oddzielam życie osobiste od zarobkowego ale jednak to miłe. Tym bardziej, że w biurze wszyscy wiedzą, że się spotykamy i cała firma jest z tym ok – to też daje pewne poczucie komfortu.

Żeby już nie kontynuować tego wyliczania kolejnych miesięcy, imprez i spotkań – generalnie było jako tako. Moim celem w którymś momencie było spotykanie się przynajmniej raz w tygodniu poza weekendem. A to spacer, a to kino, cokolwiek. Byleby spotykać się tak o, po prostu, poza weekendem, na trzeźwo.

* * *

Kluczowy wydaje się być chyba sierpień 2015. Czułam, że coś jest jakby nie tak. Niby w sumie nic wielkiego ale jednak znam się trochę na ludziach – że tak nieskromnie powiem. Oczywiście, próbowałam o tym rozmawiać – Filip twierdził, że jest okej. Choć ja miałem wrażenie, że nasze i tak rzadkie kontakty jakoś się osłabiły. Jasne, moje wyjazdy nie ułatwiają sprawy ale mimo wszystko. Wciąż nalegałam na nasze spotkania. Dlatego wyjazd do Pragi wspólny. Dlatego namówiłam go na wyjazd na urodziny Kasi.

18 sierpnia około 15:00 napisałam na facebooku: „This summer’s gonna hurt?” To był ten moment, kiedy byłam pewna, że to wszystko nie skończy się dobrze.

thissummer

Do Szczecina dotarliśmy w piątek wieczorem. Plan był taki, że idziemy na imprezę i zwiedzić szczecińskie kluby (zwane tutaj OD ZAWSZE „pedałowniami”) a potem rano jedziemy do Kasi. Zostawiliśmy rzeczy w przechowalni bagażu (co nie było takie proste, bo dworzec kolejowy w przebudowie a na autobusowym pan Stasiu otwierał dla nas specjalnie całą halę główną, zamkniętą już o tej porze na cztery spusty) i poszliśmy w noc. Bawiliśmy się w klubach (o tym to powinna być osobna blotka…) do rana. Bardzo, bardzo dużo wypiliśmy. Jakoś tak wyszło, że rozłączyliśmy się i z klubu wyszliśmy oddzielnie. Nie pierwszy raz. Gdy zorientowałam się, co się stało, poszłam na dworzec. Jako że ja miałam nasz kluczyk, zabrałam wszystkie rzeczy i kierowałam się na dworzec kolejowy. Dzwoniłam, oczywiście, do Filipa – ale poczułam, że jego plecak wibruje i przypomniałam sobie, że zostawił w nim telefon. Nie zostało mi nic innego, jak jakoś dotrzeć do Kasi. Filip dotarł (prawdę mówiąc: nie wiem jakim cudem, bo to był jego pierwszy raz w Szczecinie…) jakiś czas później.

I tu zrobiłam coś, z czego nie jestem dumna. Zajrzałam do telefonu Filipa. Po pierwsze: wiedziałam, że to się źle skończy – bo ZAWSZE tak się kończy zaglądanie do czyjegoś telefonu (zapamiętajcie! ZAWSZE!). Ale też i znów odezwała się we mnie moja odwieczna potrzeba posiadania racji za wszelką cenę. Chciałam mieć pewność, że mam rację. Po drugie: byłam zbyt pijana, żeby cokolwiek ogarniać i wyciągać wnioski z przeczytanych wiadomości. Zrobiłam więc printscreeny, które wysłałam sobie na telefon a które potem, na trzeźwo, potwierdziły moje przeczucia. Filip ma romans.

Impreza u Kasi – wspaniała! Filip już nie pił tego dnia. A ja, owszem, a ja tak. Bawiliśmy się do rana. Wspaniały poczęstunek, mnóstwo wódki, nieskrępowana zabawa – z tańcem na trawie, grillem, głośną muzyką, śpiewaniem polskich szlagierów… Było bardzo, bardzo zabawnie. Filip poszedł spać wcześnie. Ja położyłam się później.

W niedzielę mieliśmy wracać z Maciejem – samochodem. Filip powiedział jednak, że z racji tego, że poniedziałek ma też wolny w pracy, umówił się z koleżanką z Poznania (rodzinne strony), że jeszcze do niej wpadnie. I dlatego nie będzie jechać z nami. Poszedł na autobus. Nie wiedziałam czy mówi prawdę. Był jakiś nie w sosie, więc pomyślałam, że może naprawdę potrzebuje odpocząć od nas. A może i nie. Nie miałam czasu się tym zajmować – wszak impreza u Kasi trwała dalej!
Wróciliśmy samochodem szczęśliwie – rozmawiając o różnych, krępujących tematach, o których zwykle nie mamy odwagi rozmawiać. Warto było stworzyć takie bezpieczne miejsce.

W poniedziałek rano napisałam do Filipa po przebudzeniu „Żyjesz?” – tak zaczepnie, żeby wiedzieć, co się dzieje. Napisał, że tak. Że może się przeziębił. I że wcale nie był u koleżanki, tylko nie chciał z nami pijanymi wracać samochodem (kierowca był trzeźwy!), więc wrócił pociągiem do Warszawy. I tutaj wszystkie klocki ułożyły się w całość. Puzzle stały się gotowym obrazkiem. Wszystko się wyjaśniło. Zrozumiałam pewne ich rozmowy. Zapytałam więc: „A Bartek wpadł do ciebie?” – wymieniając imię tego, z którym ma romans. „Jaki Bartek?”. Odpowiedziałam, podając nazwisko. Napisał, że owszem, wracał do Warszawy z Bartkiem, bo on akurat z rodzinnego Szczecina jechał do chłopaka do Warszawy. Na co odpisałam: „Filip, ja wiem o Bartku”.
Ach, żeby nie było – potem potwierdziłam, że w czasie, gdy pisałam te SMSy, Bartek był z nim.

* * *

To, że uprawiał z nim seks aż tak bardzo nie bolało. Zabolało bardziej to, że zaczynało się coś między nimi tlić. To widać w SMSach, w wiadomościach. To nie są wiadomości osób, które umawiają się na numerek. To nie są SMSy ludzi, którzy po prostu chcą dokonać skoku w bok ze swoich relacji. Nie, tam było więcej. Gwoździem do trumny była jedna z rozmów Filipa na Grindr. Rozmowa z – UWAGA! – 18 sierpnia (Dokładnie wtedy zamieściłam ten wpis na facebooku!) Ktoś tam go zaczepia i wypytuje. Na co on pisze, że tak w zasadzie, to się z kimś spotyka trochę. I opisuje Bartka. Nie, nie mnie. Bartka.

* * *

Zdrada nie oznacza od razu końca związku. Jestem za stara i za gruba, żeby tak myśleć. Dlatego spotkaliśmy się tego dnia wieczorem. Rozmowa była dość treściwa. Znów: spokojna. Ostatecznie rozchodziliśmy się z wnioskiem, że Filip ma dzień-dwa na przemyślenie, jak chce odzyskać moje zaufanie. A jak wymyśli, to ja pomyślę nad jego propozycją i podejmę decyzję czy mi to odpowiada. Chodziło też o to, żeby pomyślał, czego chce. Powiedział jednak, że nie chce być z nim, a chce być ze mną. To uspokajające. Przeprosił też.
Na sam koniec powiedziałam, że podstawowym, absolutnie niepodważalnym, koniecznym i nienegocjowalnym warunkiem jest, oczywiście, że zerwie kontakt z nim.

Spotkanie zaproponował dopiero w piątek (czyli cztery dni później). A pamiętajcie, że codziennie mijamy się w biurze. Poszliśmy na kawę. Długo, długo opowiadał o tym, o czym myślał ostatnio. O naszej relacji, o tym, co się stało. O tym, że jestem jego matką. O tym, że nie powinnam czytać jego korespondencji. O tym, że nie powinien był. O tym, że nie wie czemu. O tym, że w ostatnich tygodniach nie wie, co się z nim dzieje. O tym, że trudno mu zawsze przychodzi podejmowanie decyzji. O wielu rzeczach. Ja milczałam, chciałam, żeby wszystko wysłowił.
Potem odniosłam się do kilku jego słów. M.in. do tego, że czuł przy mnie jakąś presję związaną ze swoim wyglądem – bo często podkreślam, jak bardzo lubię młodych chłopców a on już taki młody nie jest. Więc, jak już mówiłam mu wiele razy, tak powiem po raz ostatni: Filip mi się bardzo podoba cały, niczego bym w nim nie zmieniła jeśli idzie o wygląd. Więc do kilku takich uwag się odniosłam. A potem zapytałam: „czy zerwałeś kontakt z Bartkiem?” Zaczął zdanie: „Napisałem do niego wiadomość, że…” „Nie, nie, nie. Jeszcze raz. Zadałem inne pytanie: czy zerwałeś kontakt z Bartkiem?” „No nie…”
I to była odpowiedź. Nie wybrał naszej relacji. Wybrał tamtą relację. Podziękowałam mu za te 19 miesięcy. Powiedziałam – szczerze – że było to dla mnie wyjątkowe i ważne doświadczenie. Oraz że mam taką słabość, że bliskie relacje traktuję zerojedynkowo. Albo są albo ich w ogóle nie ma. I dlatego nasz kontakt się urwie, skończy. I dlatego on musi zacząć szukać nowej pracy. Potem jeszcze przyznał mi się, że raz kiedyś – dawno w sumie – zajrzał do mojego telefonu. Ja do czegoś-tam też się przyznałam. Posiedziałam chwilę, kontemplując krytycznie dla niego niezręczną sytuację (nic nie poradzę, że lubię takie chwile!) i podałam mu rękę na pożegnanie.

* * *

Generalnie, nie ukrywam, emocjonalnie raczej ślizgam się po życiu. Nie wchodzę w głębokie uczucia – świadomie. To mój wybór sprzed wielu już lat i co do zasady: odpowiada mi on. Ale tego wieczoru miałam okazję poczuć to mocniej, zintensyfikować tę emocję. Tak rzadko mam okazję płakać (ostatni raz – nie licząc wzruszenia powodowanego dobrą muzyką w klubie – zdarzyło mi się to w Auschwitz dobre 5 chyba lat temu), więc stwierdziłam, że chcę tym razem. Odpowiednia muzyka i kilka innych rzeczy pozwoliły mi wreszcie na to. Popłakałem się.

Miałam rację. This summer’s gonna hurt like a motherfucker.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pijana

04 lut

Alkohol jest ważną częścią mojego życia. Chociaż, z drugiej strony, jest ważną częścią życia każdej osoby w Polsce. I nie ma co udawać, że jest inaczej.

pijanaZacznę może od tego, że moja przygoda z alkoholem zaczęła się dość późno. W sensie, że moje picie alkoholu, bo świadkiem picia byłam od najmłodszych lat. Wiadomo, Polska. Oczywiście, że u mnie w rodzinie także pojawiało się nadużywanie alkoholu i problemy z tego wynikające. Nie ma w naszym kraju rodziny, w której byłoby inaczej – co do tego nie mam wątpliwości. Ale jeśli chodzi o moje picie, zaczęło się dość późno. Z badań Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych z 2010 roku (czyli dość starych, ale nowszych nie chce mi się szukać) wynika, że w Polsce dzieci zaczynają pić mając lat 12. Najchętniej piją piwo, ale jak deklaruje 70 proc. gimnazjalistów, z zakupem wódki też nie mają problemu.
Nie ja. Pamiętacie pierwszą komunię świętą? Ja też do niej przystępowałam (zresztą byłam wówczas i długo potem dość mocno wierzącą osobą) i pamiętam, że składało się wówczas przysięgę, że do osiemnastego roku życia nie będzie się piło alkoholu. I to był powód. Dlatego nie piłam aż do osiemnastki. No, zdarzyło mi się wziąć łyka piwa od taty czy coś – żeby spróbować (nie smakowało mi), ale nic więcej.

Dziś piję sporo. I w zasadzie czasem poświęcam tej rozrywce chwilkę przemyśleń. Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy w Polsce, gdzie problemy alkoholowe są powszechne. A poza tym dlatego, że w mojej rodzinie one też się zdarzały. A więc mam genetyczne predyspozycje do nałogu. W pewnym sensie muszę więc „się pilnować”. Albo przynajmniej takie mam przekonanie.

O ile mam już swoje sposoby i metody na sprawdzenie tego, czy mam problem (słynny mój Miesiąc Bez Alkoholu, który robię co najmniej raz-dwa razy w roku), to są czasem wydarzenia, które mnie z błogiego stanu pewności wybijają. Tym razem chodzi o Małgorzatę Halber i jej książkę-wyznanie. Gośka, którą kojarzę z wielu, wielu programów, tekstów i materiałów dziennikarskich, jest alkoholiczką. Nie szokuje mnie to, co mówią niektórzy w takich sytuacjach: że to dziwne, że ona z dobrego domu i że nagle alkoholiczka. Wiem, że alkoholizm to choroba demokratyczna w sumie i dotyka różnych ludzi. Stąd gdzieś tam i moja obawa, że dotknąć może mnie.

Pamiętam początek mojego intensywniejszego picia w Warszawie. Bo wcześniej, żeby nie było wątpliwości (przez pierwsze kilka lat w stolicy) piłam stosunkowo mało – alkohol nie był mi potrzebny, bo wspaniałe imprezy od wtorku do soboty zapewniały mi pożądane emocje i doświadczenia. Ale gdy już zaczęłam mocniej pić, spytałam jednego ze znajomych doktorów (ale nie lekarza, tylko osobę z tytułem doktora), czy to nie za dużo – bo jakoś tam mnie to niepokoiło. On stwierdził, ze stoickim spokojem, że zupełnie nie mam się czym przejmować, bo w Polsce klasa średnia pije. To jej cecha charakterystyczna: pije. Wiadomo, że pije coś innego, niż klasa niższa – i to czyni ją także klasą średnią – ale pije. O ile ja chyba klasą średnią nadal nie jestem, to zrozumiałam, że mówi mi o pewnym wzorze kulturowym w ten sposób. Poczułam się, nie ukrywam, rozgrzeszona.

Nie możemy też zapominać o tle rozwoju pojęcia alkoholizmu. Współczesny dyskurs medyczny robi co w jego mocy, by zajmować jak najwięcej przestrzeni. Wszystko staje się zmedykalizowane. Zwykły płyn do kąpieli musi zawierać jakieś medyczne-nano-składniki, sądy podejmują decyzje tylko po konsultacji z ekspertem medycznym a różne nowe zachowania i zjawiska okazują się mieć nazwy medyczne. Coraz więcej różnych –izmów i fobii sprawia, że ciężko dziś mieć pewność, że jakiś nasz nawyk czy „dziwnostka” nie jest przypadkiem opisana już w podręcznikach medycyny. Szaleństwo to – a raczej jego świadomość – sprawiają, że mam do tego dystans. Rozumiem, że to nasz sposób na szukanie pewności i odpowiedzi w społeczeństwie ryzyka i świecie ryzyka. Dlatego nie biorę tego aż tak na poważnie.

Niepokój jednak czasem powraca. Wiadomo – po jakiejś imprezie, na której tracisz telefon czy też wracasz do domu koło 11:00, bo wcześniej przespałeś kilka godzin w tramwaju – jest pewien niepokój. Tym bardziej, że – jak zapewne wiecie – do wypicia drinka nie potrzebuję osoby towarzyszącej. Zdecydowana większość moich prac naukowych pisana była na lekkim rauszu. Uważam, że po 2-3 drinkach mam „lepszy flow” i sprawniej, łatwiej i bardziej gładko idzie mi pisanie. Zresztą mam dowody tego w postaci konkretnych prac naukowych. Nie mam też potrzeby szukania na siłę parterów do picia. Niektórzy tak robią: chcą się napić, więc na siłę szukają kogoś (a najlepiej jeszcze jakiejś okazji!) do wypicia. Ja nie mam takiej potrzeby oszukiwania siebie. Jak mam ochotę na drinka, to sobie go robię. Proste. Nigdy też tego nie ukrywam. Nigdy nie okłamałam nikogo w kwestii picia. Nie chowam alkoholu, nie kitram pustych butelek i nie pozbywam się ich ukradkiem. Nie. Gdy piję, to piję i nie wstydzę się tego.

Jasne, miewałam takie wspaniałe ciągi, że zdarzało mi się wypić coś przez 90 dni bez przerwy. Choć jednego drinka, choć lampkę wina, choć małego szota. Zazwyczaj było to, oczywiście, coś więcej. Ale to, co ratuje moją samoocenę w takiej sytuacji to fakt, że nigdy z powodu alkoholu nie zaniedbałam uczelni czy też zarabiania pieniędzy. Nigdy nie prowadziłam też zajęć po alkoholu. To są standardy, które sobie sama wyznaczam i których się trzymam.

I tu, znów, wrócę do Gośki Halber. Ona używa w swoich rozmowach (zresztą nie tylko ona) sformułowania „dobrze funkcjonujący alkoholik”. To pojęcie jest dla mnie mylące. Bez względu na to, czy ktoś jest z klasy niższej czy średniej, to jednak alkoholizm kojarzy mi się z tym, że człowiek taki ma zmniejszoną „użyteczność społeczną”. Zaniedbuje rodzinę, znajomości, pracę, szkołę, hobby. Bo alkoholizm (poza pewnymi skrajnymi sytuacjami somatycznymi) jest przede wszystkim chorobą społeczną. Skoro więc nie ma tych właśnie objawów „społecznych” – a więc ograniczenia aktywności człowieka w społeczeństwie – to, prawdę mówiąc, nie wiem, gdzie jest problem…

Inna sprawa to tłumienie emocji w alkoholu. Rozumiem, że niektórzy pić mogą, by nie czuć. Ale znów: ja nie mam z tym problemu. Spytajcie zwłaszcza Filipa, któremu regularnie (czasem kilka razy dziennie) komunikuję swoje różne emocje. Nie mam problemów z mówieniem o nich, nazywaniem ich i przeżywaniem. Lubię być wesoła, lubię być smutna, lubię być wkurwiona, lubię być w ekstatycznym nastroju. Lubię te wszystkie emocje i miewam je wszystkie. Alkohol nie jest dla mnie ucieczką od bólu istnienia czy coś takiego. Co najwyżej bywa ucieczką od kiepskich muzycznie imprez. W tym sensie muszę się zgodzić, że działa eskapistycznie.

***

Oczywiście, w sieci znajdziecie mnóstwo testów „czy grozi ci alkoholizm?”, „czy jesteś alkoholikiem?” i inne takie. Pewno zdarzyło się Wam robić je czasem, prawda? Mnie też się zdarzało. Ale mam świadomość, że wcale nie muszą być one akuratne. Podobają mi się te wprost przełożone z badań amerykańskich. Według nich, jeśli codziennie lub prawie codziennie wypijasz lampkę wina do obiadu, to grozi ci alkoholizm. Wiadomo, że do standardów np. francuskich mają się one nijak, prawda? Więc na tej podstawie możecie określić ich przydatność…

Ostatecznie jednak postanowiłam zrobić coś, co dawno już temu miałam w planach. Zajrzałem do klasyfikacji medycznej. Są dwie istotne dla nas – ICD-10, czyli międzynarodowa klasyfikacja chorób i jednostek nozologicznych (wersja 10) oraz DSM-IV, czyli amerykańska klasyfikacja chorób i schorzeń związanych z psychiką ludzką. Po prostu wreszcie wyszukałam tam alkoholizm. I mam odpowiedź.

ICD-10 pod kodem F 10.2 umieszcza „Zespół uzależnienia od alkoholu”. I pisze tak:
Ostateczne rozpoznanie uzależnienia wymaga stwierdzenia występowania co najmniej trzech z wymienionych poniżej objawów przez jakiś czas w okresie poprzedzającego roku.
[ „jakiś czas” – bardzo naukowe określenie… ]
a) Silna potrzeba lub przymus picia alkoholu.
[ nie posiadam… ]
b) Trudności w kontrolowaniu rozpoczęcia lub zakończenia picia lub ilości wypijanego alkoholu.
[ fakt, zdarza się – czasem impreza wymyka się spod kontroli. Z drugiej jednak strony – mam swoje Miesiące Bez Alkoholu i nie są one dla mnie problemem ]
c) Wystąpienie zespołu abstynencyjnego po odstawieniu lub zmniejszeniu dawki alkoholu, przejawiające się charakterystycznymi objawami alkoholowego zespołu abstynencyjnego lub przyjmowaniem tej samej (lub bardzo podobnej substancji) w celu zmniejszenia nasilenia lub uniknięcia objawów zespołu abstynencyjnego.
[ nie posiadam… ]
d) Objawy tolerancji, takiej jak zwiększanie dawki alkoholu w celu uzyskania efektów, które początkowo były wywołane przez dawki niższe (dobry przykład stanowią osoby uzależnione od alkoholu, które są w stanie wypić ilość alkoholu, jaka u osób nie przyzwyczajonych mogłaby spowodować utratę przytomności lub śmierć).
[ nie posiadam – choć fakt, że potrzebuję mniej niż dawniej alkoholu, żeby „urwał mi się film” ]
e) Narastające zaniedbywanie innych przyjemności lub zainteresowań z powodu picia alkoholu; zwiększona ilość czasu poświęcona zdobywaniu alkoholu, jego piciu lub odzyskiwaniu równowagi po wypiciu alkoholu.
[ o nie, absolutnie nie! ]
f) Kontynuowanie picia pomimo oczywistych dowodów na występowanie szkodliwych następstw, takich jak uszkodzenie wątroby na skutek intensywnego picia lub obniżenie nastroju następujące po okresach picia dużych ilości alkoholu. Należy dołożyć starań w celu ustalenia, czy osoba pijąca jest lub można się spodziewać, że będzie, świadoma natury swojego picia i zakresu jego szkodliwych skutków.
[ nie dotyczy ]

Mamy też DSM-IV. Ono także ma coś takiego, co nazywa się „uzależnienie od alkoholu”. Czytamy tam, że jest to:
Nieprawidłowy wzorzec picia prowadzący do klinicznie znaczącego uszkodzenia somatycznego lub zaburzeń psychicznych, manifestujący się przynajmniej trzema z poniższych objawów występujących w ostatnim roku:
– Częste picie alkoholu w większych ilościach i dłużej niż zakładano przed rozpoczęciem picia. Uporczywa chęć lub nieudane próby przerwania picia lub ograniczenia ilości wypijanego alkoholu.
[ już pisałam o tym powyżej ]
– Zespół abstynencyjny:
a) występowanie charakterystycznego zespołu abstynencyjnego po przerwaniu lub zredukowaniu intensywnego i długotrwałego picia. Zespół ten rozwija się w kilka godzin lub dni i manifestuje się przynajmniej 2 typowymi objawami abstynencyjnymi, które powodują znaczne upośledzenie funkcjonowania psychicznego lub społecznego, zawodowego itp. Objawy te związane są z ogólnie złym stanem somatycznym i nie powinny być związane z żadnym innym zaburzeniem psychicznym;
b) picie alkoholu lub przyjmowanie leków (np. barbituranów, bedozjazepin) lub innych substancji o działaniu podobnym do alkoholu;
[ nie dotyczy ]
– Wzrost tolerancji definiowany w dwójnasób:
a) potrzeba znacząco wyższych dawek do wywołania intoksykacji lub innego oczekiwanego efektu alkoholu;
b) wyraźne zmniejszone efekty działania alkoholu przy piciu tej samej dawki;
[ nie dotyczy ]
– Przeznaczenie znacznej ilości czasu na zdobycie alkoholu lub na dochodzenie do siebie po piciu.
[ nie dotyczy – dochodzę do siebie zawsze w ciągu sekund lub minut ]
– Znaczne zredukowanie aktywności społecznej, zawodowej i rekreacyjnej z powodu picia.
[ o, nie, nie! nie dotyczy ]
– Picie alkoholu mimo wiedzy, że nawracające problemy zdrowotne lub psychiczne są spowodowane lub zaostrzone przez picie alkoholu (np. picie mimo wiedzy, że alkohol zaostrza chorobę wrzodową)
[ nie dotyczy ]

***

Oczywiście, alkoholizm bywa dużym problemem w rodzinach, w związkach, w znajomościach. Nie jest jednak moim zmartwieniem. Wydaje mi się po prostu, że nie jestem alkoholikiem a zwykłym pijakiem.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Do usranej śmierci

24 sty

Impreza, jak zapewne wiecie, jest moim życiem. Nie potrafię żyć bez niej, bez klubów, bez zabawy. Czasem pytacie mnie dlaczego. I ostatnio nad tym trochę myślałam.

Tańczę z Michauke

Tańczę z Michauke

Wszystko przez rozmowę z Piotrkiem Rosołem dla pridemag.pl. Co prawda ta część o imprezach została skrócona znacząco, ale podczas samej – dość intymniej – rozmowy temat pojawił się mocno. I zmusił mnie do rozmyślań.

Myślę sobie, że ja z imprez czerpię energię do życia. Nie ma dla mnie nic lepszego niż zobaczyć i poczuć rozbawiony tłum. Pulsujący jednostajnie w rytm dudniącej muzyki, buchający ciepłem w twarz. Mieszanka zapachu perfum, potu, feromonów i różnych innych dzikich zapachów. Chaos na parkiecie, który jednak – po dłuższej analizie – przedstawia swoją chronologię i geografię.

Impreza jest dla mnie jednoznaczna z klubem. Nie znoszę pubów, nie przepadam za klubokawiarniami. Jest tam dla mnie za cicho, za spokojnie, za mało muzycznie. Potrzebuję mocnych bitów, głośnego wokalu i – najlepiej do tego – saksofonu lub skrzypiec na żywo. Dopiero wówczas czuję, że to jest to.
I nie ma znaczenia, czy klub jest „gejowski” czy nie. Jeśli jest dobra muzyka, dobra atmosfera, to bawię się zawsze dobrze. Obecność alkoholu nie jest kluczowa – ba! jest odwrotnie proporcjonalnie potrzebna do tego, jak dobra jest impreza sama w sobie.

Oczywiście, dziś mało imprez mnie już zaskakuje. Ponieważ zaliczyłam ich w życiu spokojnie ponad tysiąc, to widziałam chyba wszystko. Bijące się lesbijki, bijący się hetero-faceci, bijący się przegięci geje, seks na żywo na barze, seks na żywo w toalecie, połykacze ognia, huśtawka nad tłumem, drag queen, drag king, tancerze, tancerki, żywe zwierzęta, wybuchy fajerwerków i confetti, imprezy tematyczne, imprezy dla młodych, imprezy dla starych, imprezy house’owe, hip-hopowe, popowe, old-schoolowe, panowie biorący prysznic w kabinie na oczach wszystkich, grająca bez stanika djka, ludzie huśtający się na żyrandolu i na kuli dyskotekowej, ankieterzy w klubie, rozdawane za darmo papierosy, płyty, alkohole, tańczące na barze tłumy, spadający z baru na szklanki za nimi ludzie… Co tylko chcecie sobie wymyślić, widziałam to.

Stare, dobre czasy

Stare, dobre czasy

Dlatego impreza nie wzbudza we mnie już takiej ekscytacji, jak dawniej. To nieco inna emocja. Potrzeba podobna do uzależnienia – wiem, że bez tej energii, którą niejako wysysam z ludzi, na których patrzę i z którym się bawię, mogłabym nie przeżyć do następnego weekendu. Ba! Nie bez powodu „weekend zaczyna się we wtorek” w moim życiu. Dawniej, gdy klubowa Warszawa miała swoje najlepsze lata, właśnie od wtorku zaczynało się imprezowanie. Najpierw BarbieBar, w środę Utopia, w czwartek jeszcze-nie-karaoke w Galerii, potem tradycyjnie rozumiany weekend i na koniec w niedzielę, dla wytrwałych, Gastro Party w Underground. I choć wszystkie kluby różnią się od siebie – Utopia, Milch, De Lite, Kokon, Cocon, Narraganset, Kamienica, Bedroom, to2, Heavem, Androgine, Alter Ego, Queen, BarbieBar, Schwutz, Air i setki innych, które odwiedziłam – to jednak są takie same. I chyba za tę przewidywalność też je lubię. Ot, choćby fakt, że zawsze w gejowskim klubie zobaczyć można młodego, pijanego chłopca, klejącego się do jednak-zbyt-brzydkiego-faceta-którego-rano-będzie-żałować. Albo że w dowolnie wybranym klubie podczas piosenki „We found love in this hopeless place” tłum lekko wstawionych ludzi będzie szalał ze szczęścia, śpiewając wraz z wokalistką w przekonaniu, że to właśnie o nich tu dzisiaj jest ta piosenka! I że spotkać tam można zbyt pijanego aktora/piosenkarza/wykładowcę/księdza proboszcza, który powinien był pójść do domu ze dwa drinki temu…

Myślę więc, że – choć nie wierzę w „kradzież energii” to jednak – jestem wampirem energetycznym na imprezach. Nawet, gdy stoję czasem z boku i popijam tylko Colę Zero, to jednak pasja tłumu, jego energia, radość, witalność sprawiają, że czerpię całymi garściami. Tłum na parkiecie jest dla mnie jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie można zobaczyć na świecie. I interesuje mnie dużo bardziej niż zobaczenie wieży Eiffela (nawet na nią nie wjechałyśmy z Pauliną podczas 5 dni w Paryżu), zwiedzenie kolejki w Budapeszcie (chociaż byłam pod nią już podczas 3 czy 4 różnych wyjazdów), czy też zobaczenie najważniejszego pomnika w Montrealu (choć wiem, że pewno już nigdy mnie tam nie będzie). Podróżuję po świecie, szukając nowych miejsc, podziwiając ich odmienność i utwierdzając się w tożsamości klubowej świata zachodniego.

Bywałam na imprezach dobrych, słabych jak i na tych przecudnie fenomenalnych. Dziś, jak często powtarzam, kultura klubowa w rozumieniu dobrego, hose’owego grania jest w odwrocie. I cierpię, nie ukrywam, bo dominujące są imprezy słabe lub supersłabe. Ale nie ginie we mnie nadzieja, że kiedyś jeszcze się odrodzi. Choć, nie ukrywam, symboliczny własnoręcznie na zamknięcie Utopii baner, który miałam zdjąć z okna, gdy tylko powróci Utopia (a więc symbolicznie: lepsze imprezowanie) dziś jest już w wielkiej antyramie, bo zaczął się niszczyć na świeżym powietrzu… Więc czuję, że to potrwa.

Tym niemniej, moja miłość nie umiera. Nadal kocham imprezy i nie mogę bez ich energii przetrwać. I nawet jeśli chodzę na nie z mniejszym niż dawniej entuzjazmem, to nie chcę przestawać.

I choć, jak może wiecie, piosenką mojego życia (przynajmniej na razie) jest „Hung up” Madonny, to jednak chciałbym, aby ostatnim utworem, jaki usłyszę w swoim życiu było „Your Disco Needs You” Kylie. I spróbujcie tylko nie zrobić imprezy po moim pogrzebie! Zza grobu będę was ścigać!

Happiness will never last
Darkness comes to kick your ass
So let’s dance through all our fears
War is over for a bit
The whole world should be moving, do your part
Cure a lonely heart
Your disco needs you!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

WOŚP vs. TV Republika – kto wygrał?

09 sty

Dwa ważne wydarzenia związane z wolnością słowa wydarzyły się w ostatnich dniach. Pierwszy to zamach na redakcję satyrycznego magazynu „Charlie Hebdo” a drugie to konferencja prasowa WOŚP, z której usunięto dziennikarza TV Republika. Ponieważ pierwsza kwestia jest po prostu zła, porozmawiać chcę o tej drugiej sytuacji…

Wyrzucenie dziennikarza z konferencji WOŚPLada dzień kolejna edycja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czyli w zasadzie chyba największego charytatywnego wydarzenia w Polsce w historii. Na kilka dni przed wydarzeniem, Fundacja organizująca event zaprosiła dziennikarzy na konferencję prasową. Jako że wydarzenie duże, to i sporo dziennikarzy przybyło na miejsce. Wśród tych, którzy nie dostali akredytacji (samo rozdawanie akredytacji na konferencję wydaje mi się nietypowe, ale to już inna sprawa) znalazła się TV Republika.
Jednakże jej dziennikarzowi udało się dostać na wydarzenie. (Znów: inną sprawą jest przychodzenie na wydarzenie, na które nie ma się akredytacji…) Gdy próbował zadać pytanie Jerzemu Owsiakowi na temat jego (i jego żony) prywatnych spółek, ten nie udzielił mu odpowiedzi. Włączył za to filmik parodiujący TV Republika a po krótkim przekrzykiwaniu, poprosił o wyproszenie dziennikarza. Ten został ostatecznie z sali wypchnięty.

Pamiętam konferencję Paula Camerona kilka lat temu w Warszawie. Po protestach, w których udział brała m.in. „Gazeta Stołeczna”, wydarzenie przeniesiono z budynków Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego do jakiejś sali nieopodal. Zarzutami stawianymi Cameronowi były, jak zwykle, nienaukowość, fakt usunięcia z najważniejszych towarzystw naukowych, szerzenie homofobicznej mowy nienawiści i niewłaściwe interpretowanie danych. Wspominam tę konferencję, ponieważ uczestniczyłam w niej jako dziennikarka ogólnopolskiego miesięcznika. I byłam świadkiem próby niewpuszczenia dziennikarza na teren sali. Chodziło o Wojtka Karpieszuka z „Gazety Stołecznej” właśnie. Kilku młodych mężczyzn zatrzymało go w wejściu i zablokowało mu drogę. Pamiętam, że wówczas wszyscy obecni dziennikarze rzucili się, by a) relacjonować, co się dzieje oraz b) przeciwstawić się takiej cenzurze. Powodem niewpuszczania była oczywiście kampania „Stołecznej” na rzecz odwołania wydarzenia. Ostatecznie Wojtek na salę wszedł. Zadał nawet jakieś pytania na koniec prezentacji Camerona, z tego co pamiętam.

Analogia wobec konferencji WOŚP wydaje się dość oczywista. Dobrze, że Karpieszuk wszedł na salę i zadał swoje pytania. Miał do tego prawo. Tak samo prawo zadawania pytań miał dziennikarz TV Republika. Jednakże zarówno Cameron jak i Owsiak mieli prawo odmówić odpowiedzi. Z wielu powodów. „Bo tak” to podstawowy. Każdy ma prawo odmówić odpowiedzi na pytanie (chyba że to informacja publiczna, ale tutaj nie ma o tym mowy). Cameron odpowiadał. Owsiak nie. I akurat z racji tego, czego dotyczyły pytania TV Republika, stoję na stanowisku, że miał prawo. Bo skoro konferencja dotyczy WOŚP, jej organizatorem jest Fundacja WOŚP i odbywa się w przededniu WOŚP a dziennikarz z uporem maniaka powtarza w kółko pytania dotyczące prywatnej działalności Owsiaka, to jednak coś jest nie tak. Jasne, TV Republika ma prawo zadawać pytania Owsiakowi. Ale nie w tym miejscu i czasie. Jeśli chcą zapytać o sprawy objęte obowiązkiem informowania w trybie dostępu do informacji publicznej – mogą wysłać pismo. Owsiak nie odpowie? Mogą iść do sądu. Ten może zmusić Owsiaka do odpowiedzi. Wiem, bo sama przeszłam tę ścieżkę np. z Samorządem Doktorantów UW i swoje informacje ostatecznie dostałam. Więc da się. A jeśli chce pytać o sprawy prywatne, objęte tajemnicą przedsiębiorstwa czy jakiekolwiek inne – niech się spodziewa, że odpowiedzi nie dostanie. Nikt nie ma prawa zmuszać do udzielania tego typu informacji (poza sądem w pewnych ściśle określonych sytuacjach). I, oczywiście, TV Republika ma prawo codzienne informować i podkreślać, że Owsiak informacji tych nie udziela.
Ale nie jest działaniem właściwym robienie burdy na konferencji prasowej, przerywanie, wykrzykiwanie pytań czy inne tego typu zachowania. Tak jak nie jest zachowaniem właściwym niewpuszczanie kogoś na konferencję – coś takiego działo się chyba też na jakiś spotkaniach w Sejmie, w których uczestniczył Tadeusz Rydzyk. Co do zasady: jest to niewłaściwe, tak jak usuwanie siłą z konferencji. Jak ja zachowałabym się na miejscu Owsiaka? Poprosiłabym dziennikarza o spokój a potem o opuszczenie sali. Jeśliby tego nie zrobił i nadal wykrzykiwałby pytania, przeprosiłabym wszystkich przybyłych i zakończyła spotkanie. Po prostu.

Sama miałam kilka razy do czynienia z TV Republika, która – nietrudno się domyślić – nie przepada za mną. Co do zasady: unikam rozmawiania z nimi, jeśli mam taką możliwość. Wszak, znów, nie mam obowiązku opowiadania wszystkim o wszystkim. Inna sprawa, że czasem powinnam. Jak na przykład ostatnio na konferencji naukowej „Porne graphos…”, kiedy pełniłam rolę przedstawiciela organizatora wydarzenia. Nie ukrywam, że odciągałam w czasie rozmowę z nimi, mając nadzieję, że jednak się znudzą i zmęczą moim ciągłym „za chwilkę, dobrze?” Ale się nie znudzili. Porozmawiałam więc, mając wciąż na uwadze, że moją wypowiedź mogą pociąć, zmanipulować czy coś. Trudno, takie zadanie nierzetelnych mediów. Udało mi się także jednak powstrzymać ich przed filmowaniem całej konferencji. Taki bowiem mieli plan. Ubiegłam ich jednak. Wszak każde wystąpienie objęte jest prawami autorskimi, prawda? Wszystkie osoby uczestniczące zostały poproszone o podpisanie wyłącznej licencji na swoje wystąpienie na rzecz organizatora. Poza tym sami szybko się znudzili. Nie było penisów i filmów porno, więc wrócili do siebie.

Spodziewam się, że mogą się zjawić na którejś z konferencji prasowych Parady Równości i wówczas znów się spotkamy. Z chęcią, oczywiście, odpowiem na wszystkie pytania związane z wydarzeniem. Problem polega na tym, że słyszałam je już wszystkie – nikt nie jest w stanie mnie zaskoczyć nawet uszczypliwie-złośliwymi pytaniami. Dlatego się nie obawiam. Ale wiem też, kiedy postawić barierę. Na niezwiązane z tematem pytania odpowiadać nie zamierzam.

Rozumiem frustrację Jurka Owsiaka. Rozumiem, że zareagował za ostro. Zależało mu na tym, żeby konferencja przebiegła spokojnie, by móc opowiedzieć o tym wszystkim, co się będzie dziać. Tym bardziej, że udało mu się zaprosić gości, przygotować prezentacje i nagrania video… Pamiętajcie, że każda konferencja to godziny poświęcone na ogarnięcie wydarzenia. Wykrzykujący pytania dziennikarz mógł go wkurzyć. W tym sensie go rozumiem. Ale nie popieram tego, co zrobił. A już na pewno nie popieram zachowania dziennikarza. Zachował się nieetycznie, niegrzecznie i po prostu nieładnie, chcąc zniszczyć konferencję prasową. Tak po ludzku nieładnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • MySpace
  • Picasa
  • YouTube
  • Last.fm